piątek, 23 grudnia 2016

Prawo do powrotu - 1 fragment

Święta. Nie wypada się awanturować. Dlatego cichutko i bezpretensjonalnie, zaprezentuję wam cztery krótkie fragmenty mojej najnowszej ( i jedynej ) powieści. Całość to prawie pięćset stron. Bywa i tak.
1. 
Jędrzej, mój przyjaciel i jednocześnie wydawca, w tak ostentacyjny sposób odłożył stos wydruków na blat ciężkiego, odziedziczonego po matce biurka, jakby przed chwilą skończył ich lekturę. Jego mina, mina biznesmena w średnim wieku, który zastanawia się, czy nie przeżył kolejnego rozczarowania, była jednocześnie miną człowieka, który wiele zainwestował, w zamian otrzymując plik papierów o niejasnej wartości.
Pojąłem, że przez kilka najbliższych minut będzie zachowywał się tak, jakby przed laty wypłacił mi zaliczkę. W tym czasie miałem pewnie udawać, iż taką zaliczkę otrzymałem.
Myliłem się. Wyjaśnił mi później, że miał problem z dwoistością charakteru naszego spotkania, nie mogąc pogodzić jego przyjacielskiego charakteru z ambitnym zadaniem pracy nad tekstem, który przed sobą postawiliśmy, nie chcąc zmarnotrawić całego weekendu na popijanie i radosne przekomarzania. Spotykaliśmy się raz na kilka miesięcy, ale prawie codziennie dyskutowaliśmy przez telefon o życiu, polityce, pisaniu i piłce nożnej. To jednak było co innego. Początek spotkania nigdy nie był łatwy. Zupełnie jakbyśmy zdążyli zwątpić wzajemnie w realność naszego istnienia i od nowa, po omacku, musieli szukać punktów porozumienia.
- Napijesz się piwa? – spytał.
- Ostatnio nie piję piwa, ale możesz nalać szklaneczkę burbona – odpowiedziałem grzecznie, wskazując na stojącą na parapecie butelkę.
- Aha, to dobrze. Pisarze, którzy piją piwo, piszą chujowe książki – orzekł autorytatywnie i wyszedł do kuchni po lód.
- Będziemy pić więcej, czy tylko po jednej szklaneczce? – zapytał retorycznie, otwierając lodówkę.
Cóż odpowiedzieć na takie pytanie? Przypomniałem skromnie, że przyjechałem pociągiem.
- Aha. Pamiętasz... Zapytałem cię, czy napijesz się piwa?
- Przed chwilą pytałeś.
- Wyobraź sobie... Nie mam jebanego piwa. W ciemnej butelce po piwie jest ocet winny. Pierdolony ocet winny, który przynosi mi jedna taka poetka, a przecież ja nie wydaję ani wierszy, ani jebanych ciągów świadomości.
- Dlaczego tak przeklinasz? – spytałem.
Nie odpowiedział. Słyszałem jak zawzięcie szarpie się z woreczkiem, uwalniając do szklanek kostki lodu.
- Bo nie mam pierdolonej kostkarki – rzucił wreszcie tonem, który, przypuszczalnie, miał usprawiedliwić jego przyszłe skąpstwo. - Kostkarki mu się zachciało!
Wreszcie wrócił. Nie miałem pojęcia, po cholerę, przebrał się z błękitnej w czerwoną koszulę, ale pominąłem to milczeniem.
- Wiesz, co mnie wkurwia? – spytał.
- Poza brakiem kostkarki?
- Tak, poza brakiem kostkarki.
- Nie mam pojęcia – odparłem zgodnie z prawdą.
- Pisarze! Wkurwiają mnie pisarze.
- To zmień zawód – zaproponowałem.
- Nie rozumiesz – bąknął, nalewając whisky.
– Co ja w tej chwili robię? – spytał.
- Nalewasz do szklanek łyskacza – odpowiedziałem.
- No właśnie. I dlatego ty mnie nie wkurwiasz i dlatego zaproponowałem ci piwo. A tu mam takich... Wskazał na sterty piętrzących się na taboretach wydruków. – Nie dość, że co drugi to kolejna skandynawska kalka, to, kurwa... Taki, rozumiesz, Nesbo, ale z Bydgoszczy. Napisze ci taki ananas: - Ciemnobursztynowy płyn pokrył iskrzące się w świetle lampy kostki lodu. Zupełnie, jakby ktoś naszczał mu do szklanki. I zaraz się takiemu cymbałowi w kółko golonemu przypomina dzieciństwo, tu dołek, tam wypuczenie, niby górka i on na saneczkach, a ty jesteś prosty, ale...
- Ale co?
- Ale wkurwił mnie sam początek. Zapamiętaj sobie raz na zawsze, uczciwy pisarz nigdy nie zaczyna powieści od tego, że bohater się budzi. To tak, jakby się rodził, a to jest tanizna.
- Chciałem...
- Nic, kurwa, nie chciałeś. Po prostu nie miałeś pomysłu. Zjebałeś, stary, zjebałeś! Zapamiętaj sobie i znowu raz na zawsze: Jeśli nie zainteresujesz czytelnika, czyli mnie, na pierwszych dwóch stronach, możesz iść i się powiesić razem ze swoją książką. Pomijając oczywisty fakt, że inny wydawca, gdy zauważy w poczcie plik z książką naiwnego pisarza - maniaka, z którym nigdy nie pił wódki, albo innej fanatyczki słowa, której nie bzykał, a nazwisko autora nie kojarzy mu się nawet z telewizyjną prognozą pogody, robi klik, klik i do kosza.
- Przecież... – próbowałem oponować.
- Nic nie przecież... Kiedyś, w dobrych czasach, wydawcy dorabiali handlem makulaturą. Weź takiego Tolkiena. Nie w tym rzecz, że to staroć i cuchnie naftaliną, ale dzisiaj wylądowałby w koszu. Nie musisz czuć się winny.
- Dlaczego niby miałbym czuć się winny? Poza tym Tolkien też miał trudności ze znalezieniem wydawcy „Hobbita”, a poza tym... – próbowałem coś wtrącić, ale oczywiście miał odpowiedź na nieprzytoczony przeze mnie argument.
- Był nikim. Filolog i profesor od staroangielskiej literatury. Myślisz, że teraz zapraszaliby takiego mądralę do studia, żeby komentował wydarzenia społeczne a nawet polityczne? Nawiasem mówiąc, zmarł w Bournemouth, tam gdzie teraz gra nasz Boruc.
Wreszcie się rozkręcał i z każdym wypowiedzianym zdaniem stawał się Jędrzejem jakiego znałem i lubiłem. Od Tolkiena przeszedł do nakładów, marż i ogólnej bryndzy, panującej na rynku powieści fantastycznej. Przerwał równie nagle jak zaczął i stukając palcem w grube szkło szklanki spytał:
- Dobra, co?
- Pewnie, bardzo dobra. Coś proponujesz?
- Sam zobacz. – Podniósł leżącą na wierzchu stosu kartkę, założył okulary i zaczął głośno czytać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz