sobota, 24 grudnia 2016

Prawo do powrotu. Drugi fragment.

Minęło siedemdziesiąt stron, kilka godzin, a moi dzielni bohaterowie nadal na Białołęce. Nie znaczy to wcale, że nic się nie działo, ale o tym "sza". Zasadnicza fabuła została na moment wyparta przez fabułę powieści. 
Rozdział czwarty
Obudziłem się o trzeciej w nocy, prawie pewny, że zapomniałem wieczorem zadzwonić do domu. Sprawdziłem komórkę i z ulgą odkryłem dwa połączenia. Grażyna dzwoniła o dwudziestej trzydzieści. Tego telefonu nie odebrałem, ale po pięciu minutach oddzwoniłem i rozmowa trwała całe siedem minut, czyli wszystko wydawało się być w porządku, poza tym, że niczego z tej rozmowy nie pamiętałem.
O dziwo po przebudzeniu czułem się trzeźwy i tylko pragnienie walczyło we mnie o lepsze z parciem na pęcherz. Ze zdziwieniem stwierdziłem prawie zupełny brak śladów niedawnego opilstwa. Moje ciuchy leżały starannie złożone na otwartej torbie podróżnej, w łazience nie cuchnęło rzygowinami, zawalony papierami stół był w takim stanie, w jakim go zapamiętałem, a z sypialni dochodziło prozaiczne, miarowe pochrapywanie Jędrzeja.
Przejrzałem się w lustrze, obmyłem twarz, przygładziłem bródkę i dopiero kiedy z butelką Cisowianki wyszedłem na balkon, znalazłem ślad wczorajszej libacji w postaci góry petów na talerzyku, solidnie napoczętej butelki Balentajnsa i dwóch pustych szklanek. Pamiętałem, że piliśmy Old Beana, czyli ta butelka była trzecia. O, cholera! Powinienem zdychać, a czułem się doskonale. - Za dobrze – pomyślałem.
Za to luka w pamięci była niczym czarna płachta zarzucona na łeb. Wypłukałem jedno z opróżnionych wieczorem naczyń wodą mineralną, nalałem whisky na dwa palce, a potem siedziałem, patrząc w gwiazdy. Zza koron drzew, zza Wisły, wypełzało, kłócąc niezmierzoną toń wszechświata, blade światło - poświata drzemiącej Warszawy. 
Martwy spokój osiedla, jaki zapamiętałem, nie był teraz, o dziwo, już tak jednolity. Gdzieś niedaleko wciąż trwała piątkowo-sobotnia impreza. Snuła się cichym łkaniem gitar, przerywanym wybuchami śmiechu, które brzmiały jak rżenie przebudzonych nocą koni.
Ktoś zakasłał pod balkonem. Spojrzałem w dół i zauważyłem ognik papierosa. Palacz siedział albo kucał pod dorodnym bukszpanem i chyba patrzył w moim kierunku, bo w mdłym świetle widziałem jasny owal twarzy.
- Nie za wcześnie na szklankę wódy? – zasyczał nieznajomy.
Nie odpowiedziałem. Jeszcze tego brakowało, żebym wdawał się w rozmowę z kimś, kto spędza noc w krzakach.
- Wczoraj się poznaliśmy. Skręcałem regał – kontynuował niezrażony moim milczeniem.
Aha, czyli miałem do czynienia z Romusiem, liberalnym dziennikarzem i zdaniem Jędrka, menelem po godzinach. Teraz zupełnie nie wiedziałem, jak się zachować. Czułem, że jeśli się odezwę, łajdak spróbuje wprosić się na kielicha, a wpuszczenie go byłoby grubym nadużyciem wobec mojego gospodarza. Cała sytuacja była wielce nieprzyjemna. Wstałem z fotelika i ze szklanką w dłoni, wycofałem się do mieszkania, żegnany dziwnie teatralnym wybuchem tłumionego śmiechu.
- Jutro nie będziesz taki... – Usłyszałem na pożegnanie.
- Hardy? Powiedział „hardy”?... – Straciłem chęć na poranną dawkę alkoholu i wylałem zawartość szklanki do zlewu.
Potem wróciłem na kanapę. Pomimo otwartych drzwi balkonowych w mieszkaniu było zbyt gorąco, bym mógł ponownie zasnąć. Myślałem o dzisiejszym, planowanym spotkaniu z filmowcami, jak ich nazywał Jędrzej, i naszły mnie wątpliwości, czy tego wszystkiego nie zmyślił. Jak przez mgłę przypominałem sobie, że pokazywał mi jakieś papiery. Byłaby to umowa?
Ktoś cicho zastukał. Raz, dwa, pauza, raz, dwa, pauza, raz dwa... Tego było za wiele. Nakryłem twarz poduszką i tak leżałem, ślepy i głuchy przez dobre dwie minuty, ale gdy zsunąłem ją z twarzy, nadal słyszałem ciche,  miarowe stukanie.
- To jakiś pierdolony świr – pomyślałem.
Nie byłem pewny, czy Jędrek zamknął drzwi na zamki, ale wyprawa do przedpokoju, wydała mi się jeszcze dziwniejsza, sankcjonująca absurdalne roszczenia sąsiada do wchodzenia w moją prywatną noc.
- Stuk, stuk.
Od momentu, gdy zwróciłem uwagę na ten dźwięk, zdawał się narastać i leżąc na pokrytej skórą kanapie, wbrew sobie zacząłem go analizować. Był zbyt twardy. Łobuz stukał jakimś przedmiotem. Pomyślałem, że najpewniej kluczem, ale wyobraźnia odpowiedziała mi przekornie, że pazurem.
- To karzeł o małpich rękach i wilczym pysku, a najgorsze... Wszedł i czai się w przedpokoju – pomyślałem, ale zrozumiawszy, że wyobraźnia poniosła mnie za daleko, zachichotałem, po czym wstałem i powlokłem się by wyjaśnić sprawę. Oczywiście drzwi były zamknięte na zamek i solidnie wyglądający łańcuch.
- Słucham – rzuciłem tonem, jakbym rozmawiał przez telefon.
- To ja, Aga. Przyszłam tylko powiedzieć, żeby Roman przestał się wygłupiać. Niech pan mu...
- Nie ma tu pani męża. Myślałem, że to on... Przed chwilą widziałem go pod balkonem, palił papierosa. – Nie zrozumiała mojego szeptu. Widać mówiłem zbyt cicho.
- Niech mu pan powie żeby wrócił do domu. Boję się być sama. Ci z klatki obok chodzą i chodzą, stukają w ścianę, leją wodę do wanny. Niech pan mu powie...
Otworzyłem górny zamek i uchyliłem drzwi na długość łańcucha. Stała blisko drzwi, a gdy się poruszyła, odniosłem wrażenie, iż wykorzystując swą chudość, spróbuje przez szparę wślizgnąć się do mieszkania.
- Powiedział, że idzie do was na jednego. Potem zasnęłam i teraz...
- Proszę się uspokoić, pani mąż jest na dworze. Widziałem go pod balkonem. Siedział w krzakach i palił papierosa.
- Już pan to mówił. Przecież to absurd, to nie może być prawda.
- Dlaczego absurd? Co też pani... – zdziwiłem się.
- Roman nie pali, on nigdy... Niech pan mnie wpuści. Pewnie położył się i gdzieś zasnął. Dlaczego nie chce mnie pan wpuścić?
Napierała na drzwi, przyciskając do szczeliny połowę twarzy. Na wysokości moich oczu widziałem jej ciemne, przysłonięte jasną grzywką, pojedyncze oko. Czułem jej oddech pachnący miętą i cynamonem.
- Proszę mnie wpuścić... – powtarzała z uporem.
Żałowałem, że nie wpuściłem jej od razu, miałbym to z głowy, ale ten łańcuch... Nigdy nie miałem łańcucha w drzwiach. Potem, gdy poczułem napór i zajrzałem z bliska w nic nie wyrażające oko, nie potrafiłem się przemóc, by to zrobić.
Nie bałem się, ale sytuacja z każdą sekundą stawała się coraz bardziej groteskowa. Żeby zamknąć drzwi, musiałbym użyć siły. Na dodatek wsunęła w szparę dłoń, jakby chciała mnie chwycić. Cofnąłem się odruchowo.
- Niech mi pani da minutę. Proszę się cofnąć na chwilę. Sprawdzę wszędzie. To przecież nie moje mieszkanie. Obudzę Jędrzeja - bełkotałem.
Po chwili namysłu cofnęła się i błyskawicznie przekręciłem gałkę zamka.
- Proszę zaczekać, ja zaraz... – Zapaliłem światło i faktycznie spenetrowałem mieszkanie, zaglądając nawet do pokoju, gdzie spał mój przyjaciel. Oczywiście nigdzie nie było jej idiotycznego Romana. Wróciłem do przedpokoju.
- Halo, proszę pani...
Odpowiedziała mi cisza.
- Sprawdziłem całe mieszkanie i nigdzie nie ma pani męża.
Nie odezwała się i po prostu poczułem, że już jej nie ma za drzwiami. Wyjrzałem. Na klatce schodowej zgasło światło, ale bez wątpienia, poza stojącym pod ścianą spacerowym dziecięcym wózkiem, nie było nikogo. Zamknąłem drzwi, wyłączyłem światło i przez chwilę stałem w przedpokoju, zastanawiając się nad dziwacznym uporem tej kobiety, gdy usłyszałem metaliczne stęknięcie, jakby ktoś wprawił w drżenie stalowy pręt. Od razu zrozumiałem, że ona...
Błyskawicznie wróciłem do pokoju, ale było już za późno. Stała w drzwiach balkonowych. Widziałem jej sylwetkę na tle delikatnej poświaty osiedlowych lamp. Tego było już stanowczo za wiele. Zapaliłem światło. Stała bez ruchu z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Bosa, w szarym dresie z napisem Harward Business School na piersiach.
- Proszę pani... – zacząłem, ale podchodząc bliżej zauważyłem, że kobieta zdaje się spać. Nie spuszczając jej z oka, otworzyłem drzwi sypialni i spróbowałem obudzić Jędrzeja, powtarzając głośno jego imię. Za czwartym razem odniosłem sukces.
- Czego mnie budzisz? – spytał nie otwierając oczu.
- Aga tu weszła przez balkon. Szuka męża.
- To ją, kurwa, wyprowadź przez drzwi, skoro weszła przez okno, bo zaraz wpadnie ten debil, że mu ruchamy kobitę.
- Nie, żadne kurwa, tylko wstawaj i mi pomóż. Dość mam tej baby. Najpierw stukała, a teraz stoi bez ruchu... - Westchnął ciężko, ale ku mojej uldze usiadł na łóżku.
- Nie uprzedzałem cię? To wariatka! Oboje są nieźli... Która to godzina? – zainteresował się i odniosłem wrażenie, że znowu chce się położyć, ale w końcu wstał, drapiąc się w głowę i ziewając przeraźliwie.
Był nagi i nagi poczłapał do łazienki, zgoła obojętnie mijając stojącą bez ruchu kobietę.
- To nie pierwszy raz. Weź, spróbuj ją obudzić, ale delikatnie. Zaraz będę, tylko wciągnę jakieś portki. Jakby ten głupek pukał, nie otwieraj, nim ja...
Podszedłem do niej, ale moje próby wyrwania kobiety z letargu okazały się zbyt delikatne, co unaocznił mi Jędrzej, podchodząc i bez chwili wahania wymierzając jej dość siarczysty policzek, by następnie podtrzymując upadającą, usadzić na fotelu. To była bardzo fachowa operacja, w wyniku której Aga natychmiast doszła do siebie i zaczęła całkiem przytomnie dopytywać, co robi w naszym mieszkaniu.
- Znowu jesteś moją zmorą, ale tym razem wystraszyłaś mi autora, co jest niewybaczalne. Jak chcesz, naleję ci soku albo czegoś mocniejszego, a potem grzecznie wrócisz do domu.
Wyszedłem na balkon, ale na dole nie dostrzegłem ognika papierosa. Od zachodu wiał nieprzyjemny, zbyt ciepły jak na przedświt wiatr.
- Panie Romanie, jest pan tu jeszcze? – zawołałem cicho.
- Nie wołaj go. Jeszcze jego tu brakuje.
- Kilka minut temu był na dole. Palił papierosa w krzakach...
- On nie pali. Jej Romuś nie pali, nie pije nawet kawy, nie słodzi, nie soli, tylko za pieniądze pieprzy o liberalizmie. Ten w krzakach to był pierdolony Jagniątko z parteru. Jak ten człowiek mnie wkurwia! Zawsze nocą pali i zaczepia skurwysyn ludzi wychodzących na balkon.
- I co teraz?
- Teraz, odprowadzimy grzeczną panienkę do jej domku. Tak, Agusia...
- Przeraża mnie to wszystko... Roman ciągle gdzieś ginie, a ja... - Pociągnęła nosem.
- A ty jesteś taka samotna i nieszczęśliwa, a koleżanki ci mówią, że jesteś podobna do Sandry Bullock, ale, skromna moja sąsiadko, dzisiaj żadnego ruchania nie będzie. Pójdziesz grzecznie spać, bo mamy ciężki dzień przed sobą i nie zamierzam spędzić go na bójkach z twoim Romusiem.
- Myślałam, że skoro jesteś, jesteście we dwóch to może...
Słuchałem jak świntuszyli, stojąc w tym jego za ciasnym szlafroku i naprawdę miałem dość żenujących, krępujących sytuacji. Z ulgą towarzyszyłem im do drzwi, na klatkę schodową, a nawet wziąłem udział w poszukiwaniu Romusia, po którym został ślad w postaci skręconego regału, stojącego dumnie na środku pokoju.
  - Spać, spać i jeszcze raz spać – powiedział Jędrek, gdy wreszcie zostaliśmy sami. – Ciągle mam z nimi takie ekscesy. Myślałem, że tym razem odpuszczą, ale oczywiście nic z tego. Ta cała Aga ubzdurała sobie najpierw, że sypiam z jej mężem, bo ten jej mąż to, proszę ciebie, tajny pedał. Z tej zazdrości, chciała mnie sprawdzić i... Z czego się, kurwa, śmiejesz?
Rozśmieszyła mnie wizja Jędrka jako homoseksualisty, ale z drugiej strony, samotny facet po czterdziestce, którego odwiedzają i czasem u niego nocują różne, podobne do mnie typy.
- Sypiasz z nią?
- To za dużo powiedziane. Od czasu do czasu przelecę ją na stojąco, ale ostatnio unikam, bo sam przecież widziałeś, że ona ma coś z głową. Nawet to jej lunatykowanie jest udawane. Dobra, stary, teraz śpimy. Doświadczenie podpowiada mi, że mamy spokój do rana, chyba, że on wróci i zaczną się tłuc. Gdyby jeszcze raz przylazła, nie budź mnie, proszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz