niedziela, 25 grudnia 2016

Prawo do powrotu. Trzeci fragment.

Moi dzielni bohaterowie połknęli po sto trzydzieści stron. Dołączył do nich, a właściwie został dołączony redaktor Majewski, postać fikcyjna, choć jak to mówią: oparta na faktach. I wyobraźcie sobie, że tam, w świecie powieści, zebrało im się na ględzenie o blogosferze. Ludzie są jednak dziwni...
Cała ta jej historia była sztampowa i przewidywalna do ostatniego przecinka, ale ratował ją rys autoironii, co rusz wypływający na powierzchnię snutej przy ognisku opowieści. Jakby patrzyła z dystansu. Ze zrozumieniem, bez wybielania swej roli w wydarzeniach, które zaszły nieodwracalnie i sprawiły, że teraz siedziała wśród nas. Nie szukała współczucia. Po prostu rozliczała się z tym, co było i być może po raz pierwszy miała wokół bezinteresownych słuchaczy. Nikt nie udzielał jej rad. Nie przerywał, by wspólnie z nią pomstować na doznane zdrady i krzywdy.
W pewnym momencie zauważyłem ruch ręki Jędrzeja, który najwyraźniej chciał ją pogłaskać po związanych w grubą kitę rudych włosach, ale cofnął dłoń zawstydzony. Być może zrozumiał, że taki, prawie ojcowski gest, uświadomiłby jej dzielącą ich różnicę wieku.
Leżałem nie dalej niż dwa metry od nich, ale w jakiś dziwny sposób zostałem wykluczony. Tak przynajmniej to wówczas odczułem. Jakbym ich podglądał, podsłuchiwał. W tym wykluczeniu nie było krztyny poniżenia czy wyższości. Nie doskwierało mi, ale wbrew sobie poczułem ukłucie zazdrości.
Stanowili grupę, a ja nigdy nie potrafiłem zbliżyć się do grupy ludzi na tyle, by stać się jednym z jej członków. Nie potrafiłem wykrzesać z siebie entuzjazmu, dać się zarazić cudzą pasją, udawać zainteresowania sprawami, które miałem za błahe.
Ale przy tym ognisku chciałem być jednym z nich. Opowiedzieć im własną historię, tyle że mnie nie słuchaliby w ten sposób. Jędrzej zacząłby dowcipkować, a ja ubarwiać opowiadanie, zmieniając moje życie w serię anegdot. Umiałem wywołać śmiech, ale nie współczucie czy zrozumienie. Nigdy przedtem nie wadziło mi to specjalnie, bo byłem mężczyzną. Bo tworzyłem fabuły i światy. Bo bez wyraźnej przyczyny przyznałem sobie rangę komentatora, recenzenta rzeczywistości. Bo byłem uzurpatorem nienależnej mi godności. Bo, bo...
- Poznałem tego łajdaka przez internet, ale nie łudźcie się, nie na profilu randkowym. – Usłyszałem głos Jędrzeja i od razu wiedziałem, że będzie mówił o mnie. Jakby wyczuł moją potrzebę zaistnienia w ich kręgu.
Mówił z charakterystyczną dla siebie swadą, kreśląc na marginesie zgrabny portret nieistniejącej już grupy politycznych blogerów. Mylił swoim zwyczajem nicki, nazwy portali, ale idealnie oddawał atmosferę tych, jak później uznaliśmy, straconych lat. Absurdalne w miejscu, gdzie byliśmy, ale nie bardziej niż jakakolwiek opowieść z życia wzięta. Wbrew jego woli odżywały dawno zapomniane emocje i przyszło mi do głowy, że był to równie dobry świat jak każdy inny.
Krystyna, choć sprawy, o których mówił, były dalekie od jej doświadczeń, pilnie wpatrywała się w niego, od czasu do czasu potakując i śmiejąc się w odpowiednich momentach.
Co innego Majewski. Tą opowieścią Jędrzej wsadził go, jak to mówią, na konia. Siedem lat nie stępiło w nim niechęci i pogardy, jaką żywił do internetowych pisarczyków. Nie musiał nic mówić, bym to zauważył. Dostrzegł to i Jędrzej, a ten, im lepiej odczytywał grymasy redaktora, tym mocniej naciskał, starannie omijając w swej opowieści rolę Majewskiego, na nieistotnym już przecież rynku idei. Zrozumiałem, że to dalszy ciąg zmagań o kobietę i śmiałem się w kułak, z przebiegłości mojego przyjaciela.
Oto szlachetne klawiatury w nierównym zmaganiu z grubo płaconymi manipulatorami, z dziennikarską szczujnią. Im mocniej mówił o naszej zbiorowej i indywidualnej naiwności, im staranniej podkreślał niedoskonałości, błędy i zaniechania, tym mocniej uderzał w uosabianego przez redaktora przeciwnika, jednocześnie odbierając mu wszystkie sensowne argumenty. Nie zdziwiłem się, gdy ten zaczął oponować w stylu:
- Myśleliście, że wszystko wam wolno, a nie byliście u źródła, z nas tylko czerpaliście.
Takimi argumentami zabawialiśmy się dziesięć lat temu. Nic dziwnego, że Jędrzej witał śmiechem każdy kolejny, padający z ust niegdysiejszego Majewskiego.
I tak rozmawiali, budowali szańce, wytaczali armaty, zmagali się niczym wodzowie z czasów wojen napoleońskich, wypuszczając na siebie najeżone bagnetami czworoboki.
Przy niewielkim ogniu, pod niebem jasnym miliardami gwiazd, w świecie całkowicie im obcym, pojawiły się cienie dawnych mitów i rozdrażnień.
Na szczęście napięcie, które wytworzyli, nie przerodziło się w kłótnię. Nie podnieśli nawet głosów. Dopiłem chłodną już wodę, odstawiłem kubek i wyciągnąłem się na wznak. Tej nocy byłem zwolniony z warty. Miałem spać. Przewróciłem się na bok. Naciągnąłem koc na głowę i zasnąłem.
                                                               
                                                         *  *  *
Śniłem, że stoję na wzgórzu, patrząc z oddali na miasto, do którego nie mogłem w żaden sposób dotrzeć. Szosa była wstęgą Moebiusa, wydarte ziemi tory kolejowe celowały w niebo. Niknęły wśród niespiesznie płynących, białych obłoków. Mogłem wspiąć się po betonowych podkładach niczym po drabinie, ale nawet we śnie uznałem ten pomysł za głupi.
- Gdziekolwiek jesteś, tutaj jesteś – powiedział ukryty w mroku mężczyzna.
Letnia noc w mieście. Stałem na balkonie i paliłem papierosa. Cały blok spał. Usłyszałem syk i we śnie rozumiałem, że to dusze śpiących ludzi wołają o pokarm. Ale miasto nie zasnęło całkowicie. Nie tylko wielkie metropolie nigdy nie zasypiają.
Krążyły niewidoczne z balkonu samochody. Zamknięci w betonowych skrzynkach kobiety i mężczyźni obrzucali się wyzwiskami. Nocny drapieżnik polował ukryty w mroku. Tuż obok, za ścianą, sąsiad wybuchnął furiackim atakiem kaszlu. Natężał starcze siły jak kogut z kreskówki, daremnie próbując wzbudzić litość świata. Przebudzona żona, kobieta z którą spędził pół wieku, natychmiast wysłała go do piekła.
Kaszel nie ustawał i stał się pomostem łączącym sen z jawą.
- Kto umarł, został zapisany w czarnej księdze, a ten, co się narodził, został z niej wykreślony. – Usłyszałem jeszcze raz głos mężczyzny ukrytego w mroku.
                                                                 *  *  *
- Cholera, jasna cholera – stękał Jędrzej, podczas gdy Majewski otwartą dłonią walił go w pochylone plecy.
- Ale żeby się czystą wodą tak zakrztusić – wydziwiał.
Usiadłem i przetarłem oczy. Był ranek. Z ulgą stwierdziłem, że czuję się znakomicie. Słabość odeszła. Zjedliśmy śniadanie i zauważyłem, że moi towarzysze są w jak najlepszej komitywie. Najwyraźniej przeszłość nie miała już mocy dzielenia.
- Oni chyba w ogóle nie polują – zaczął Jędrzej. – Tyle tu zwierzyny i prawie wcale nie zna człowieka. Gdyby nie to, że zaraz ruszamy, mielibyśmy koziołka na ruszcie.
- Skoro tu nie polują, może mają jakiś powód – zauważyłem i przypominam naszemu myśliwemu, że na kolację mieliśmy zajadać się pieczoną kaczką. – Prawdę mówiąc, przez całą drogę niczego nie upolowałeś, a na te wędzonki już nie mogę patrzeć – dodałem.
- To może zjesz suszonego mięska z żelaznych zapasów? – odparował złośliwie.
- Dziękuję pięknie – odparłem.
W dzieciństwie, z książek o szlachetnych Indianach, spłodzonych przez niemieckiego cwaniaka, Karola Maya, wysnułem wniosek, że paski suszonego mięsa, jakimi zajadali się bohaterowie jego książek, są posiłkiem godnym prawdziwego mężczyzny. Ukradłem nie rozbitego kotleta i w łazience na desce klozetowej pociąłem go na paski, które następnie rozłożyłem starannie za piecem, na wyrwanej z zeszytu kartce. Na moje szczęście babcia, kierując się węchem, wykryła moje zapasy i do konsumpcji nie doszło.
W jakiś dziwny sposób przypomniałem sobie o zaletach pemmikanu i jeszcze w obozie Kwiecińskiego spróbowałem tego specjału. Cóż rzec? Majewski widział moje ówczesne zmagania z kawałkiem sarniny i stąd to złośliwe pytanie.
                                                                *  *  *
Niemal natychmiast po zejściu ze wzgórza, na którym spędziliśmy noc, natrafiliśmy na duży, solidnie zbudowany szałas. Najwyraźniej wielokrotnie wykorzystywany jako miejsce postojów. Znaleźliśmy tam zawieszony na drągu podtrzymującym konstrukcję niewielki pakiecik, zawierający starannie zawiązany foliowy woreczek wypełniony jasnym, aromatycznym proszkiem.
- Narkotyk? – zaciekawił się Majewski.
- Sam jesteś narkotyk – roześmiał się Jędrzej. – Popatrz na to - dodał, wyjmując z zawiniątka kawałek wygiętej stali i spory, płaski krzemień.
- Do ognia, to służy do rozpalania ognia – sprytnie zauważyła Krystyna.
- A gdzie drugi krzemień? – spytał Majewski, pogrążając się w oczach fachowca, jakim niewątpliwie był mój przyjaciel.
- No tak. Przywlekliście z Goliny worek zapalniczek to jeszcze chwilę możecie żyć w ciemnocie, łudząc się, że ogień pochodzi z plastikowego baniaczka, ale oni, widzę, nie tracą czasu.
- Po co ta stalowa...?
- Krótka lekcja. Proszek to hubka i powstaje ze sproszkowanej...
- Huby – weszła mu w słowo Krysia, która jak wczoraj opowiadała, zawsze była dobrą i pilną uczennicą.
- Kładziemy krzemień i napieprzamy w niego tym stalowym cykiem, czyli krzesiwem. Iskry padają na hubkę i zaraz mamy ognisko, o ile nie zapomnieliśmy zawczasu przyszykować suchej trawy, patyczków, czy co tam mamy.
- Dziękujemy za wykład – powiedziałem, kłaniając się nisko i odbierając wykładowcy materiały poglądowe, bo zauważyłem, że postanowił zademonstrować nam tę trudną sztukę. Wiedziałem do czego jest zdolny, bo kiedyś przez godzinę tłumaczył mi, jak nasi przodkowie w zamierzchłych czasach garbowali skóry.
W szałasie znaleźliśmy też trzy posłania z drobnych świerkowych gałązek. Zbrązowiałe igliwie dawno z nich opadło, ale grubość tych naturalnych materacy świadczyła, że w ciągu minionych lat miejsce to wykorzystywano dziesiątki razy.
- Pięknie. Kocham ich, bo zachowują się jak na cywilizowanych ludzi przystało – chwalił Jędrzej, który wrócił z krótkiej wyprawy wydeptaną ścieżką, prowadzącą między drzewa.
Znalazł bowiem wykopaną w lesie wygódkę z której skorzystał, o czym nie omieszkał wspomnieć.
- Łopian, łopian rządzi – oświadczył, ale spojrzawszy na Krystynę, nie kontynuował przemyśleń na temat higieny.
                                                                  *  *  * 
Początkowo szliśmy między kopulastymi wzgórzami. Podłoże było piaszczyste. Zbocza porośnięte głównie drzewami iglastymi, choć mijaliśmy też pojedyncze dęby i brzozy. Naturalny trakt był na tyle szeroki, że mogliśmy jechać parami. Rozmawialiśmy swobodnie, nie wyczuwając w tym miejscu żadnego zagrożenia.
Dopiero, gdy drogę zagrodził nam garb długiego wzgórza, przypominający wał usypany przez olbrzymów, zsiedliśmy z koni, by zastanowić się, jak pokonać tę przeszkodę. Zbocze było dość strome i Majewski wyraził wątpliwość, czy uda nam się, jako niedoświadczonym jeźdźcom wprowadzić wierzchowce na szczyt. Popatrzył przy tym na mnie, jakbym miał rozstrzygnąć jego wątpliwości, ale tym razem wykpiłem się tym, że grupa Plauta nie miała przecież koni. Pomimo to, zmierzywszy wzrokiem zbocze, stwierdziłem, że spokojnie możemy spróbować.
Niewiarygodne, ale dopiero w tej chwili uświadomiłem sobie, że wedle wiedzy Majewskiego i Krystyny, gdy dotrzemy na miejsce zostanę rozpoznany jako dawno zaginiony towarzysz. Zupełnie pogubiłem się w tych wszystkich przemilczeniach i zmyśleniach. Gdyby to nadal była moja powieść, przewinąłbym w tył te kilkanaście tysięcy słów i naniósł stosowne poprawki, ale niestety, to już nie była powieść. Książka spoczywała na dnie podróżnego worka, przytroczonego do siodła nieocenionego Stańczyka.
Podejście okazało się trudniejsze niż przypuszczałem. Majewski wszedł pierwszy i podczas gdy mozoliliśmy się, prowadząc konie jego śladem, obserwował okolicę ze szczytu. Ledwie do niego dołączyłem, zziajany, zlany potem, wręczył mi lornetkę i wskazał kierunek.
- Tak, to tam – potwierdziłem bez wahania.
Przed nami ciągnęły się wyższe niż to, na którym staliśmy wzgórza, ale między nimi znowu pojawiło się coś w rodzaju traktu, towarzyszącego szerokiej na kilka metrów, płytkiej rzeczce. W oddali wyraźnie ujrzałem szachownicę poletek i choć budynki mieszkalne zasłaniał stok kamienistej górki, nie miałem żadnych wątpliwości, że znaleźliśmy się w miejscu, które opisałem w książce.
- Droga wzdłuż strugi zajmie nam nie więcej niż dwie godziny – oszacowałem i podałem lornetkę Krystynie.
W miejscu, gdzie winien znajdować się cel naszej wyprawy, kończyły się wzgórza. Dalej teren wznosił się jednostajnie, a horyzont zamykało piętrzące się ku niebu pasmo skalistych gór.
- Te góry wyglądają strasznie... Jak z horroru! Byłam w Tatrach, w Alpach, ale tak ponurych szczytów nigdy nie widziałam.
Gdy oddała mi lornetkę, przyjrzałem się dokładniej skalnej zaporze. Osobiście nie znalazłem w nich niczego przerażającego. Nie potrafiłem ocenić odległości, ale biorąc pod uwagę szczegóły, jakie wyraźnie dostrzegłem, nie były zbyt wysokie. Poprzedzała je forpoczta skałek sterczących z trawiastej równiny, tak że nie widziałem samego podnóża.
Razem wyglądały faktycznie, nieco jak ruiny fortecy cyklopów. Nie znałem się na geologii, ale tyle rozumiałem, że góry powstają w sposób naturalny, a natura nie zna pojęcia dziwactwa. Gwałtowne wypiętrzenie górotworu, miliony lat erozji i tyle.
- Będziemy mieli dość czasu, by się przyjrzeć – powiedziałem i oddałem lornetkę Jędrzejowi, który jako ostatni wciągnął na szczyt swoją Mućkę.
- O, woda! Mućka chce pić. – Pogłaskał kobyłę po pysku, chwaląc jej rzekomą dobroć.
                                                               *  *  *
Droga wzdłuż dość wartko płynącego strumienia, nie była tak łatwa jak wydawało się nam, gdy patrzyliśmy na nią z góry. Po pierwsze teren nie był płaski, a opadał pochyło w kierunku koryta. Skały, ostre głazy, albo znowu uciekający spod kopyt drobny piarg, przeszkadzały nawet w prowadzeniu koni. O jeździe, przy naszych umiejętnościach nie było mowy. Część drogi odbyliśmy idąc dnem strumienia, czy jak chciał Jędruś, rzeczki. Przemoczyliśmy buty i spodnie do kolan, ale bliskość celu dodawała nam otuchy.
Wreszcie, jakieś sto metrów przed pierwszym, obsianym słonecznikami zagonem, wkroczyliśmy na bujną, zieloną łąkę.
- Źle, że nikogo nie widzimy – odezwał się Jędrzej, wyrażając nasz wspólny, narastający niepokój.
- Domy są ukryte za wzgórzem, opowiadałem wam przecież... – zacząłem tłumaczyć, ale przerwałem, gdy Eryk wskazał na zdeptany zagon fasoli.
Część kijów wspierających rośliny leżała na ziemi. Niektóre były połamane. Przez starannie wypielone poletka przeszła niedawno chmara ludzi. Ślad bezmyślnego zniszczenia nie pozostawiał wątpliwości, co do intencji tych, którzy przeszli tędy przed nami.
- Zostańcie przy koniach – rzucił Majewski i nisko pochylony pobiegł, ściskając w dłoniach broń gotową do strzału. Nie mieliśmy szans na bezsensowną sprzeczkę, kto zostanie bohaterem. Wybrał sam i wybrał dobrze. Przeładowaliśmy karabinki, sprawdziliśmy magazynki. Jędrzej obserwował biegnącego, nim ten zniknął za skalistym pagórkiem.
- Przeczuwałeś?
Popatrzyłem na Jędrzeja znad grzbietu Stańczyka, ale nic nie odpowiedziałem. Skąd niby miałem wiedzieć?
- To tamci? – spytał. – Oddział, który napotkaliśmy tej nocy, gdy truposze...
- Chyba nie, ślady są świeże, a oni szli w przeciwnym kierunku – odparłem.
                                                        *  *  *
Miniaturowa osada składała się z trzech domów mieszkalnych i tuzina innych zabudowań. Jej mieszkańcy musieli czuć się w niej całkowicie bezpieczni, bo nie było tu nawet śladu choć prowizorycznego ogrodzenia. Domy zbudowane z drewnianych, starannie ociosanych siekierami bali, uszczelniono zmieszaną z wiórami gliną.
Niewielkie okna zaciągnięto płatami folii, która przepuszczała pewnie nieco światła, ale przez którą nie dało się zajrzeć do środka. Nad lekko pochyłymi dachami górowały nieproporcjonalnie wysokie kominy z nierównej, zbrązowiałej cegły, której starannie ułożony stos piętrzył się na dziedzińcu. 
Poza licznymi śladami stóp, na zewnątrz  nie znaleźliśmy żadnych śladów walki. Drzwi do największego budynku stały otworem.
- Nikogo tu nie ma – rzekł Majewski, wskazując gestem dokoła. – W środku... To wygląda tak, jakby mieszkańcy po prostu wyszli.
Przywiązaliśmy konie do potężnych kozłów, sądząc po śladach trocin, służących do piłowania drewna i weszliśmy za nim do dużego domu. Tu także nie natknęliśmy się na spowodowane walką zniszczenia, ale pomieszczenie było ogołocone ze wszystkiego, co dało się zabrać i wyglądało tak, jakby ktoś zadał sobie trud posprzątania po tym, co się tu stało.
- Tu wisiała broń – Jędrzej wskazał na jaśniejsze ślady na pociemniałych ścianach.
W pomieszczeniu panował męczący półmrok, pomimo otwartych na oścież drzwi.
- Musieli zaskoczyć ich w nocy. Wszystko obejdziemy, sprawdzimy, ale na razie wygląda, że uprowadzili ich żywych. Mamy chociaż gdzie odpocząć. – Majewski wyszedł za próg.
Huknął pojedynczy strzał i redaktor runął na ziemię. Wrzasnęliśmy chórem. Rzuciłem się pod ścianę, jednocześnie widząc padającego towarzysza i rozprysk białych drzazg z trafionej pociskiem framugi.
- Dostał! – Zdążył krzyknąć Jędrzej, podczas gdy Majewski wczołgiwał się tyłem do wnętrza.
- Ale się wpierdoliliśmy – powiedział, gdy chwilowo bezpieczny odwrócił się na plecy.
- Nie trafili cię, nic ci nie jest?
- To był chyba strzał ostrzegawczy. Cholera, skąd strzelał? Przecież tam nic nie ma. Plac, potem kawałek łąki, rzeczka i znowu łąka – głośno zastanawiał się Jędrzej, który niespodziewanie odzyskał pełne panowanie nad sobą.
- Na wprost drzwi widziałem dwa takie wybrzuszenia pokryte darnią. To pewnie jakieś ziemianki – odparł Majewski. Weszliśmy w zasadzkę. Moja pieprzona wina.
Na czworakach przysunąłem się do okna i oddarłszy narożnik, wyjrzałem ostrożnie. Dziedziniec był pusty. Spłoszone konie, których z tego miejsca nie widziałem, szarpały wędzidła i waliły kopytami w miękki grunt.
- Kto strzela? – wydarł się Jędrzej ukryty za futryną drzwi.
- Jest nas tu więcej i wystrzelamy was jak kaczki. Niech no który skurwysyn wystawi łeb – zagrzmiał ponury męski głos.
- Nocą wyjdziemy – odkrzyknął mój przyjaciel i niespodziewanie roześmiał się na cały głos.
- Do nocy spalimy was w tej budzie – obwieścił ukryty mężczyzna. Głos faktycznie dochodził z jednej z dwóch ziemianek.
- Jest sam – stwierdził Jędrzej.
- Pierdoleni bandyci! – dorzucił nasz prześladowca.
- Bierze nas za kogoś innego – zauważył mój przyjaciel. – My w żaden sposób nie jesteśmy pierdolonymi bandytami. – Rozpoznajesz po głosie? – zapytał dość głupio, bo niby jak mógłbym rozpoznać powieściową postać po głosie?
Niemniej w słowach strzelca było coś znajomego. Porzuciłem miejsce przy oknie, ustępując Majewskiemu i przycupnąłem przy drzwiach. Uznałem, że nadeszła moja kolej na prowadzenie negocjacji.
- Jesteśmy z obozu pułkownika Kwiecińskiego – rzuciłem na próbę.
- Kwieciński nie żyje, wysadził się w powietrze. Spróbuj frajerze czegoś innego. – Po chwili namysłu odkrzyknął mężczyzna.
- Przyszliśmy zaprosić was do naszej wioski – kontynuowałem.
- Jasne. Już wszystkich zaprosiliście.
- Jesteś z grupy Marka... Wiktor? – zaryzykowałem.
Odpowiedziała mi cisza, więc zacząłem po kolei wymieniać imiona, które pamiętałem. Tych, którym nie zdążyłem im nadać, próbowałem opisać.
- Dość – przerwał mi głos. – Musisz być pierdolonym szpiegiem. Obserwowałeś nas – stwierdził, ale jego głos stał się jednym wielkim wahaniem.
- Przedstaw się, do cholery – syknął Majewski.
- Nie uwierzy – warknąłem.
- Dobra, Stuchlik, dość tych wygłupów. Wychodzę bez broni. Pogadamy. Zanim do mnie strzelisz, zakarbuj sobie w pustym łbie, że tylko my możemy pomóc wyswobodzić twoich przyjaciół.
Podjąłem decyzję. Jędrzej protestował, ale nie posłuchałem i wyszedłem przed dom. Idąc w kierunku ziemianek, ostentacyjnie opuściłem ręce i uśmiechałem się szeroko. Wiedziałem, że nie strzeli. Nawet nie ponowił ostrzeżenie.
Uchyliła się drewniana, pokryta trawą klapa, skośnie wpasowana w niewielki, wyglądający na naturalny pagórek. Strzelał przez uchylne okienko.
Był to niewątpliwie Stuchlik, jakim go stworzyłem, tyle że starannie wypielęgnowaną hiszpańską bródkę, zastąpił bardziej naturalny zarost, noszący za to przedziwne ślady trefienia.
- Czołem waszmość panie – rzekłem uroczyście i wyciągnąłem do niego prawicę, by przywitać się i jednocześnie pomóc wyleźć mu z dziury.
- Czołem jasny panie – odparł Adam Stuchlik i podał mi rękę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz