czwartek, 4 maja 2017

Prawo do powrotu. Rozdział drugi




Rozdział drugi
     
                                 1.      

- I tu się, kochany, wywaliłeś. Zupełnie, jakbyś nie wierzył w inteligencję czytelnika. Nie wierzysz, kurwa, w moją inteligencję? – zapytał Jędrzej.

Wsłuchany w tekst, starałem się zapamiętywać kiksy, miejsca, które powinienem poprawić, ale najwyraźniej umknęło mi coś zasadniczego. Zmienił ton, przywołując mnie do rzeczywistości. Westchnąłem i nalałem burbona do opróżnionych szklanek.

- Wzdychasz jak zakochany do księżyca, a musimy działać. Pokonać panoszące się zło. W kołysce urwać łeb hydrze... Otóż, gdy pierwszy raz czytałem ten tekst, miałem nadzieję, że z niewiedzy Marka uczynisz atut, powiedziesz czytelnika w głąb mrocznego lasu, wręczysz mu pudełko zapałek i powiesz: - Idź i patrz! Ale ty wprowadzasz kolejnego bohatera i każesz mu relacjonować już zasygnalizowane wydarzenia. Potem jeszcze jednego. Obstawiasz las reflektorami, aż bolą oczy od nadmiaru światła.

- Wiktor jest... – zacząłem.

- Wiktor, Wiktor... Znasz jakiegoś Wiktora, poza doktorem Frankensteinem? Czy twój Wiktor zszywa kawałki trupów i uruchamia produkcję potworów? Gdzież tam! Lezie do miejskiego parku, który ślicznie opisujesz, przesiaduje na ławce, popija w upalny dzień zimną wódę piwem, co samo w sobie jest brutalnym nadużyciem, a potem ma niezbyt wyszukane wizje i spotyka synalka swojego sąsiada. Jest świadkiem wstrzymania biegu czasu, potem znajduje rozszarpane na strzępy ciała dwojga młodych ludzi. Czytelnik niezorientowany w niuansach alkoholizmu może dojść do wniosku, że opisane wydarzenia to majaczenia pijaka.

Przewracał kartki maszynopisu. Wszystkie kolejne były przekreślone czerwonym długopisem. Śmiało sobie poczynał, ten mój wydawca. Poruszyłem szklanką. To, co zostało z kostek lodu, przypominało dwudziestogroszówki, ale nie chciałem przerywać jego wywodów.

- O, tutaj! – powiedział, poprawił się na krześle i odczytał: - „Nie minęła godzina, a już, choć policja nie udzielała żadnych informacji, wszyscy wiedzieli, że ci zamordowani w parku to przyjezdni. Narzeczeni. Przyjechali ze stolicy do ciotki, by zażyć prowincji. Ona była malarką z aspiracjami. On, takim bardziej życiowym  turystą. W biały dzień wybrali się po śmierć. Ludzie widzieli, jak szli rozżarzonymi ulicami, trzymali się za ręce, kupili lody. Ona była piękna, niewysoka, stukała obcasami, w żółtej sukience jak klosz. On taki sobie, broda, plecaczek z czerwonym napisem: Sony.
Pani z lodziarni świetnie ich zapamiętała i opowiadała, że on miał wielkie dłonie, jak bochny. Szczupły, a te dłonie takie...”

- No i? – spytałem.

- Nie. W porządku, miał duże dłonie. Tak bywa. W porządku, że park jest zaniedbany, że ktoś na szczęście zajebał ohydne żeliwne lwy, pilnujące przed wojną mostku, prowadzącego na sztuczną wysepkę, która zmieniła swoje przeznaczenie i stała się sralnią dla ucztujących w parku alkoholików. Nawet ten młody Kukla, którego spotyka Wiktor... No, ale kurwa, co to ma do rzeczy?

Rozkręcał się. Jego krytyka, choć chaotyczna i cząstkowa, dotykała wątpliwości, jakie i we mnie budziły pierwsze rozdziały powieści. Miał rację, że wprowadzając czytelnika w świat małomiasteczkowego horroru, zbyt mało uwagi poświęciłem Plautowi. Później, gdy fabuła staje się jednowątkowa, czytelnikowi trudno było utożsamić się z Markiem, a gdy ten błądzi, podążyć za nim...

- Czytałeś „Bastion” Kinga? – zapytał niespodziewanie.

- Strasznie... – zacząłem, ale od razu mi przerywał.

- Jasne, że strasznie, ale facet do spółki z krytykami wyszkolił czytelników i teraz wierzą, biedne sukinkoty, iż to Faulkner, Steinbeck i Truman Capote w jednej osobie, tyle że fajniejszy, bo pisze o cudach-wiankach, ale to niby obraz współczesnej Ameryki. Taki, kurwa, lajf!  Ale ty, obym się mylił, nie sprawisz, dodając swoją cegłę do tysięcy innych, że ludzie zechcą wydać trzydzieści dziewięć złotych i cholernych dziewięćdziesiąt dziewięć groszy, żeby dowiedzieć się, jak wygląda prowincjonalna Polska. Nawet gdy dodasz grozę, niesamowitość i na deser koniec pierdolonego świata.

- W takim razie... – zawahałem się.

Przez chwilę milczeliśmy.

- Wiesz, cenię twoje opowiadania – zaczął z innej beczki.
Pewnie zrozumiał, że posunął się trochę za daleko. Nic nie poradzę, że nie jestem twardzielem w sprawach pisania. Ja to wiedziałem, on to wiedział, nawet moja żona dawno temu zauważyła, że zbyt łatwo przechodzę od euforii do poczucia absolutnej klęski. Minęły co prawda czasy darcia rękopisów, ale i tak na wszelki wypadek wszystko co napisałem, wysyłałem na pocztę, do której tylko ona miała dostęp. Sama świadomość rosnącego, zabezpieczonego archiwum, wystarczała by powstrzymać moje destrukcyjne zapędy.

- Wiem, wiem. Już policzyłeś, ile straciłeś kasy? – starałem się odgryźć, ale moja riposta wypadła małostkowo i żenująco blado.

- Chuja tam straciłem. Wychodzę na zero. Opowiadania są naprawdę dobre, a cenię je za to, za co cenię ciebie. Są prawdziwe. Prawdziwe w takim sensie, że w co drugie mógłbyś napchać bohaterów, cytatów, niuansów, alegorii, opisów i zrobić z nich powieści, a powstrzymałeś się od tego. I nie tylko to... Tam są światy. Ledwie zarysowane, czasem tylko w tle, ale realne, choć bywają dziwaczne.

- Przesadzasz.

- Nie, nie przesadzam, ale dlatego, gdy napisałeś powieść, byłem pewny...

- Mam ją wypruć z flaków i przerobić na opowiadanie?

- Nie w tym rzecz – odparł ze śmiechem. – Jest pięćset stron i zostanie pięćset. 

Już w zgodzie, nieco uniesieni wypitym alkoholem, poszliśmy do kuchni po lód. Jędrzej uruchomił ekspres, a ja wypiłem szklankę mineralnej.

- Twoja wola, panie –zaczął - jest wolą ostateczną, ale na potrzeby dyskusji, tymczasowo kasujemy przebitkę do losów Wiktora i konsekwentnie wywalamy przeżycia i przemyślenia twojego ulubieńca, młodego, ambitnego policjanta, Artura Gutowskiego. Bardzo to są ciekawe i cacane postacie, ale według mnie ich podstawowym, podstępnym celem jest wyparcie, zepchnięcie na margines głównego bohatera. Przecież w połowie książki trudno się zorientować, kto nim jest. Rozumiem, że chciałeś rozszerzyć perspektywę, nadać kolorytu, realiów, ale moim zdaniem wyszło dość mętnie. Chujowo, krótko mówiąc.

Wróciliśmy do pokoju i Jędrzej zaczął odkładać  na bok kolejne, przekreślone strony, mrucząc pod nosem jak mantrę:

 – Więcej zaufania, więcej zaufania, więcej zaufania...  – Pochylony nad kartkami przypominał wielkiego nastroszonego ptaka. Nigdy nie mogłem dociec, dlaczego ten bywały w świecie, do przesady dbający o swój wygląd facet, zawsze nosi nieco przydługie włosy.

- Kiedy ostatnio byłeś u fryzjera? – spytałem.

- Wczoraj – odparł. – Mam swojego fryzjera i jest, wbrew temu co widzisz na mojej głowie, cenionym fachowcem. To część mojego wizerunku. Taki jestem... - Tutaj! Przenosimy się w to miejsce. – Wreszcie zdecydował, ale zanim zaczął czytać, napił się kawy, wody mineralnej a na deser pociągnął spory łyk łyskacza.

                                 2.               

- Boże, mój przyjacielu! – Marek wyszedł na balkon, zapalił papierosa i przez chwilę stał w pełnym słońcu, zaciskając dłonie na barierce. Dwadzieścia sześć słoneczników, które posadził w miejsce zdziczałego, zawłaszczonego przez bluszcz trawnika, pławiło się w upale. Leżąca w długim cieniu popołudnia Aza ziewała raz za razem.
Po drugiej stronie ulicy syn sąsiada mył firmową półciężarówkę, jednocześnie spłukując strumieniem wody, stojącą na pace żółtą betoniarkę. Z samochodowego radia zawodził David Byron z Uriah 
Heep.

„There I was on a July morning
Looking for love,
With strength of a new Day dawning
And the beautiful sun
 At the sound of the first Bird singing
I was leasing for Home...”

W tym momencie odezwała się komórka, ale nim odnalazł  pozostawiony w przedpokoju aparat, sygnał się urwał. Dzwonił Wiktor.

Monika oglądała w stołowym kolejną turę wiadomości. Przy jego biurku chłopcy lepili potwory z plasteliny. Za wzór służył im obraz wyświetlony na monitorze komputera, przedstawiający dwugłową, skrzydlatą ośmiornicę.

- Nasze biurko jest za nowe – odpowiedział Patryk, gdy spytał, dlaczego nie lepią figurek przy swoim.

Wyjął z lodówki piwo i wyszedł na dwór. Usiadł na betonowym murku przy wejściu do piwnicy. Zielony parasol rozłożystego, czterdziestoletniego orzecha skutecznie chronił przed słońcem. Tutaj mógł spokojnie rozmawiać, nie niepokojąc domowników.

- Wreszcie wróciłem z komendy, Ania mówiła, że dzwoniłeś rano, a ja... – Usłyszał lekko zdyszany głos Wiktora.

- To prawda? Znalazłeś w parku?... – spytał Marek.

- Nie wolno mi o tym mówić, ale co to za tajemnica, skoro na okrągło bębnią w telewizji. Wyobraź sobie, że w necie są zdjęcia ofiar. Na pewno któryś z nich, ale chcieli mi wmówić,  choć na fotografiach widać zaparkowany radiowóz, a w tle faceta rozwijającego taśmę. Tak, znalazłem. Ironia.... Kurwa, ja poszedłem do parku, żeby się uspokoić. Kupiłem piwo... Ćwiarteczkę. Po tym porannym, no wiesz... Nie mogłem wrócić do domu, do Anki, bo ona ma nos na wódkę jak wyżeł i tyle miałbym z tego radości, że musiałbym do wieczora słuchać jej terkotu. To całkowity upadek, żeby dorosły chłop mieszkał ze starszą siostrą. Nigdy nie idź na takie układy, nigdy!

- Nie mam siostry – odpowiedział Marek.

                               3.

- Chwileczkę! To nie jest mój tekst – zaprotestowałem.

- Owszem. Poprawisz sobie po swojemu, ale musiałem tymczasowo zastąpić to, co wywaliłem, bo pojawiają się sceny, wątki, które dalej są użyteczne. – odpowiedział spokojnie. – Masz teraz wszystko opowiedziane z pozycji głównego bohatera. Już o tym mówiliśmy.

- Mam wprowadzać bohaterów telefonicznie? Może lepiej kazać Markowi czytać o nich wzmianki w gazetach. Przecież Witek jest ważny, niezbędny...
-
 Po pierwsze skoro Wiktor, to nie Witek. Witek to zdrobnienie od Witolda. Na twoim miejscu...

- Nie jesteś na moim miejscu. – Zezłościł mnie tą ingerencją. Co innego skreślać, a co innego dopisywać. – Wiktor jest wysokim, żylastym facetem. Wygląda jak pieprzony fremen z „Diuny” Herberta, ino rozebrany z filtrfraka. Umyślnie się zacina i przy swojej chudości ma niepohamowany apetyt, a tutaj słyszę telefoniczną gadkę. Takie słowa mógłby wypowiedzieć dosłownie każdy. Także tłusty karzeł.

- Mówię przecież, że poprawisz po swojemu. Ty jesteś pisarzem, ja sprzedawcą. Owszem, jest wiele powieści, gdzie w co drugim akapicie autor kręci innym bohaterem jak bączkiem, ale żadnej dobrej. Przecierp te fragmenty. Nawet – podetknął mi kartkę pod nos – zaznaczyłem te wtręty na zielono, żebyś miał łatwiej.

- Łatwiej? – Próbowałem w pamięci policzyć, ile wykonałem przeskoków narracyjnych, ale nie potrafiłem się skoncentrować.

- Sam mi powtarzałeś: Trzecia wersja, trzecia wersja... Ta powieść cię niszczy i dlatego postanowiłem ci pomóc w tak szerokim zakresie, jak nigdy przedtem. Zrobimy z nią koniec. Podetniemy jej gardło, spuścimy krew, porąbiemy na sztuki i z sukcesem sprzedamy na bazarze – perorował.

- Może jeszcze nakręcimy kiełbas z jej mięsa, co? Uwędzimy...

- A żebyś wiedział, że tak zrobimy! Takich kiełbas świat nie widział. Ledwie się nażrą, przybiegną skamleć o więcej.

- Marzenia – rzuciłem zniecierpliwiony.

- Poczekaj aż skończymy i daj czytać, dopóki język mi się nie plącze. Mamy czas, mamy cholernie dużo czasu.

Uniosłem ręce niczym Piotr Skarga na obrazie Matejki, ale zamiast dać upust przypływowi gniewu, opuściłem je i sięgnąłem po szklankę.
                                 4.

- To masz szczęście – westchnął Wiktor .– Ja z kolei miałem szczęście, bo moje zeznania spisywał Artur. Jeszcze nie dotarli spece z wojewódzkiej, ale nawet jemu wydało się dziwne, że znowu brałem w tym udział. Wiesz, jacy oni są. Na razie, prawda, cieszę się wolnością i nie zamierzam dzisiaj wychodzić z domu. Poza tym muszę ci powiedzieć, że świat się zepsuł.

- Co się zepsuło, świat? – zdziwił się Plaut.

- Miałem takie... Nie wiem, jak to nazwać. Ani wizje, ani przywidzenie. To było... Przerwy, jakby czas się zatrzymywał, świat zamierał na moment. Zresztą, nie tylko ja to widziałem. Nim znalazłem, no wiesz, szliśmy do domu z młodym Kuklą. Znasz Kuklę?

- Tego mecenasa? Jasne. To przecież synek starego „Słonecznika”, a ten to wnuczek. To dobrze, że był z tobą, gdy znalazłeś ciała – pocieszył go Marek.

- Tak, ale chwilę przedtem. Dziwnie powiedzieć, ale widzieliśmy... Za płotem zatrzymał się ruch na ulicy. Samochody, ludzie na chodniku... Tuż przy nas, nad ścieżką zawisł przelatujący wróbel. 

Dotknąłem go palcem. Skoro i młody to widział...
Plaut zwalczył pokusę, by opowiedzieć Wiktorowi sen i wysłuchał szczegółowej relacji o znalezieniu rozszarpanych zwłok.

- Potem zadzwoniłem z komórki młodego na policję i gdy gliniarze zamknęli park, poszliśmy zeznawać. Te buty, buciki na obcasie, buciki dziewczyny. Jeden stał na ścieżce, drugi w trawie metr dalej. Jak tylko zobaczyłem, a były widoczne z daleka, wiedziałem, po prostu wiedziałem, co znajdę.

- Wpadnij, koniecznie. Mam wrażenie, że za tą makabrą... – zaczął Marek.

- Aha, jeszcze taka ciekawostka. Staszkowi Ławie odbiło – przypomniał sobie Wiktor.

- Coś słyszałem, w sklepie...

- O, tak. Uwziął się na makaron.  Z półek zrzucał makaron i płatki śniadaniowe. Popchnął jakąś babcię i nie potrafili go uspokoić, aż ten młody posterunkowy musiał go z powrotem zawlec na komendę, bo chwilę przedtem Ława skończył zeznawać. To on pojechał z gliniarzami do lasu, tam, gdzie znaleźliśmy... Był bardzo pomocny, a potem w kwadrans spił się niczym parobek i zrobił awanturę. Młody był już wtedy sam na posterunku, bo wszyscy pojechali do lasu i naszego Ławę zamknął tymczasowo w areszcie. Co zaszło później, nie wiem. Artur nie bardzo chciał o tym mówić. Tylko, że młody się czegoś przestraszył i strzelał przez drzwi socjalnego. Drzwi wymienili, ale w ścianie korytarza zostały dziury po kulach. Ława naplótł o diable, który przyszedł go uzdrowić. Ciekawe z czego, chyba z opilstwa. Kompletny odjazd, ale on przecież był zamknięty na dole, więc to nie on sprowokował młodego.

- Miałeś nie palić! – Monika wychyliła się z okna i pogroziła Markowi palcem.

- Nie palę!

- A to co?

- Już nie będę – obiecał.

- Albo jak chcesz, to pal. Takie nerwy. Gdy skończysz piwo, nie zapomnij zamknąć piwnicy na kłódkę. Będę spokojniejsza.
                                                             *  *  *
Marek popijał piwo drobnymi łyczkami i smakował barwy zbliżającego się zmierzchu. W końcu odstawił pustą butelkę i wszedł do piwnicy. Otarł z kurzu masywną kłódkę, używaną, gdy wyjeżdżali na dłużej. Wtedy usłyszał za plecami szmer. Ktoś poza nim był w piwnicy. Odgłos szurania dochodził z kotłowni.

- Monika? – zapytał.

Nikt się nie odezwał, ale koło schodów prowadzących do kuchni brzdęknęła pokrywka potrąconego stopą garnka. W pokoju, akurat nad jego głową, rozszczekała się Aza. Stał boso w chłodnym półmroku i nagle w tym doskonale znanym sobie miejscu poczuł narastający niepokój. Wiedział, że jeśli zaraz nie sprawdzi, niepokój przerodzi się w lęk. Ktoś tam był, czuł czyjąś obecność i na pewno nie był to jeden z chętnie odwiedzających jego piwnicę zdziczałych kotów.
Marek rozejrzał się po prawie pustym pomieszczeniu. W zasięgu ręki miał tylko oparte o ścianę stare stylisko od łopaty, którym mieszał nawóz dojrzewający w obciągniętych folią wiadrach.
Zawsze to coś. Prowizorycznie uzbrojony ruszył, ocierając się plecami o ścianę ku otwartemu przejściu do suszarni. Nikogo w niej nie było. Do sprawdzenia pozostały dwie mniejsze komórki. Wyjrzał ostrożnie zza pozbawionej drzwi futryny. Zobaczył stary kredens, regał na przetwory i metalowe kubły na popiół. Wszystko było na swoim miejscu.

- Jest tam kto? Halo!

Pomimo skowytu suczki, próbującej rozdrapać drzwi wiodące do piwnicy, słyszał ciężki oddech kogoś, kto wycofał się do składu opału. Tam, pod oknem leżało nie więcej niż sto kilo kamiennego węgla. Trzy metry drewna z pobliskiego tartaku, które kupił w ubiegłym tygodniu, starannie ułożył pod schodami. Jeszcze siekiera. Ostra, ciężka siekiera wbita w pień. Odruchowo spojrzał na swoją broń - wyschnięty, spękany kawałek drewna, śmierdzący krowim gównem.

- Halo, jest tam kto?

Nikt nie odpowiedział, ale jego nawoływania usłyszała Monika i gwałtownie otworzyła drzwi.

- Marek, co się dzieje? Aza!

Suczka runęła z ujadaniem w dół schodów i Marek odruchowo ruszył jej na pomoc, wymachując styliskiem. Gdyby ktoś czaił się w półmroku... Ale pomieszczenie było puste. Suka błyskawicznie spenetrowała piwnicę, a potem przywarowała, szczerząc kły i warcząc zawzięcie.

- Nic, nic... Nie schodź, już idziemy na górę – odkrzyknął żonie.

Wszystko było jak zawsze, choć mógłby przysiąc, że siekierę zostawił wbitą w pień. Aza uspokoiła się, usiadła i z widocznym zadowoleniem przyjęła pochwałę swej odwagi. Marek podnosząc siekierę zauważył leżącą za pniem oderwaną okładkę książki.

- Kurt Vonnegut „Rzeźnia numer pięć” – przeczytał.

- Co, do cholery... – zaczął, ale nim odrzucił zadrukowany kartonik, zauważył, że z tą doskonale znaną okładką jest coś nie tak. Charakterystyczna dla piwowskiej serii grafika była ok, ale tytuł był inny, niż wydało mu się pierwszy rzut oka. Teraz odczytał, literując:

 - Marek Plaut „Rzeźnia pod piątym”.

Stał, obracając w palcach podniszczony kartonik, ale tytuł nie zmieniał się na właściwy. Spadające bomby, zamknięta pod kloszem naga kobieta wśród gwiazd i leżący żołnierz  z gwiezdnymi przestrzelinami.

- To pewnie poczciwy Derby, rozstrzelany w Dreźnie za kradzież czajnika – pomyślał.
Tego było za wiele. Cisnął okładkę w kąt i uzbrojony w siekierę, wszedł po schodach do kuchni. Mijając żonę ukrył narzędzie za plecami i zaniósł do wiatrołapu. Na wszelki wypadek.
                                                           *  *  *
- Wezmę Azę na spacer i rozejrzę się, co słychać. – Marek przyglądał się Monice nalewającej wodę do dwóch wielkich garnków ustawionych na kuchence gazowej.

- Tylko nie idźcie na łąkę, już prawie ciemno – powiedziała. – Chłopcy pół dnia spędzili w baseniku, a brudni, jak nieboskie stworzenia.

- Kilka minut – rzucił przez ramię i wyprowadził rozradowaną suczkę na dwór.

Na zachodzie jasnofioletowe niebo rozjaśniały dwie intensywnie różowe smugi, ale od wschodu nadciągała ciemność. Nadal było piekielnie gorąco. Powietrze zastygło w całkowitym bezruchu.

- Chcesz poczuć wiatr na twarzy, to biegnij – wymruczał do siebie i zszedł po schodach.

Na ulicy, w kręgach świateł przed chwilą zapalonych lamp, stali i zawzięcie dyskutowali sąsiedzi. Marek wbrew obietnicy danej żonie skręcił w lewo, w kierunku łąk. Spuszczona ze smyczy Aza pognała przed siebie. Wiedział z horrorów, że psy wyczuwają zagrożenie ze strony sił nieczystych. No tak, było to wielce osobliwe źródło wiedzy, ale przecież na ulicy, wśród ludzi czuł się bezpieczny.

- Cześć! Nie idź na łąkę, bo cię zły zje... ha, ha, ha.... – Zaśmiał się Ligęza.

- Spoko, sami uważajcie, żeby was nie pożarł, byki niechrzczone – odkrzyknął, starając się nadać swojemu głosowi beztroskie brzmienie.

- Gówno ich tam złapią, to na sto procent mafia – odezwał się zięć Ligęzy. – Dobrali się z teściem. Nawet podobni – pomyślał. Te same ruchy, głosy podkręcone na maksa, do tego stopnia, że zwykła wymiana zdań między nimi, komuś niezorientowanemu mogła wydać się dziką awanturą.
                                                            *  *  *
Zatrzymał się na skraju łąki i zapalił papierosa. Z daleka słyszał szmer rozmów, przerywany wybuchami nerwowego śmiechu. Aza buszowała w wysokiej, suchej trawie, zapuszczając się nieśmiało w mrok. Stał na skraju ostatniej plamy jasności. Prawie w mroku, ale wciąż asekurowany elektrycznym światłem niczym liną ratunkową. Na horyzoncie gasła ostatnia wstęga ciemnego różu. Trwał koncert świerszczy.

Szosą prawie bezszelestnie nadjechał policyjny radiowóz i zatrzymał się o kilka metrów od niego. W aucie nie paliło się światło. Poczuwszy na sobie taksujący wzrok funkcjonariuszy, wyciągnął rękę ze smyczą. Aza odczytała ten gest jako skierowany do siebie sygnał i nadbiegła z ciemności, a policjanci pojęli, że nie jest obserwującym ulicę potworem, a zwyczajnym facetem wyprowadzającym  psa.

Zapiął smycz i z suczką przy nodze ruszył środkiem osiedlowej ulicy. Miał zamiar dojść do końca Długiej, skręcić w kierunku przystanku PKS i wrócić ścieżką biegnącą przy płocie Orlika. Doszedł prawie do wylotu ulicy, gdy kątem oka dostrzegł wymalowaną na białej ścianie domu wielką czerwoną piątkę.

-To chyba tutaj – pomyślał i zatrzymał się, by zapalić papierosa.

Dom  był pogrążony w ciemności, ale o obecności mieszkańców świadczyła rozsunięta brama wjazdowa i stojący na podjeździe srebrny Passat z rozdziawioną klapą bagażnika. Chciał podejść bliżej, ale Aza stawiła niespodziewany opór. Spod uniesionych dziąseł błysnęły kły, sierść na karku nastroszyła się groźnie, a z gardła suki popłynął przepełniony nienawiścią warkot. Marek pochylił się i głaszcząc przygięty do ziemi łeb, jednocześnie pociągnął wojowniczkę wstecz.

- Mojego Astora zamknąłem w domu, bo płot chciał rozwalić. Żona go uspokaja. Zadzwoniłem po policję. Zaraz tu będą! – odezwał się z ciemności mieszkaniec domu numer siedem. Siedział na składanym wędkarskim krzesełku między starannie wymodelowanymi iglakami.

- Wezwałem policję, zaraz będą! – Staruszek powtórzył informację z taką radością, jakby wzywając gliny spłatał sąsiadom figla.

Siedział niczym na tronie. W dłoniach trzymał jakieś przedmioty i przez moment Markowi zdawało się, że są to jabłko i berło, a sam mężczyzna jest absurdalnym królem pomarszczonych osiemdziesięciolatków.

Nie znał nazwiska dziadka, ale wiedział, z kim rozmawia. Ten Astor był ogromnym mieszańcem bernardyna z czymś jeszcze większym. Mijając bramę posesji numer siedem, należało naprawdę uważać, ponieważ pilnujący jej pies nie ujadał. Trwał w bezruchu, oparty łapami o bramę i próbował chwytać zębami głowy przechodzących chodnikiem intruzów. Takie miał hobby.
Kiedyś Marek uskoczył w ostatniej chwili i paszcza kłapnęła tuż przy jego uchu. Doskonale pamiętał ten dźwięk i wyraz rozczarowania jaki dostrzegł w przekrwionych ślepiach. - Pieprzony Cujo! – myślał od tego dnia o piesku staruszka.

- Już się ściemniło i akurat kończyłem podlewać, panie tego, ogródek, ale gdy poszedłem zakręcić wodę, to on podjechał, otworzył bramę i wszedł z zakupami do domu. Samochód zostawił otwarty i wszystko...

Staruszek przerwał i zabrał się za zapalanie fajki o przedziwnie długim cybuchu, którą Marek wziął w ciemności za królewskie berło. Trwało to dobrą minutę, ale czekał cierpliwie, obserwując dość zręczne manipulacje dziadka, nabijającego główkę tytoniem, wydobywanym porcjami ze sporego skórzanego kapciucha. Gdy wreszcie skończył, odłożył ściągnięty rzemieniem woreczek na trawę, a gdy fajka zapłonęła wiśniowym żarem, raczył skończyć przerwane zdanie:

-...tak zostawił pootwierane. Ale to jeszcze nic. Ledwie wszedł, to jak coś huknęło... Nie wystrzał, tylko tak głucho... Potem, właściwie w tym samym momencie zgasło tam światło i nic się więcej nie wydarzyło. Zapadła cisza, a ten mój pies zaczął wariować, że musiałem zawlec go do domu. On jest psem nie na moje siły. Też bym go wziął na spacer, jak pan tę swoją, ale nie dałbym rady go utrzymać.

Dziadek westchnął i Plaut wystraszył się, że teraz będzie musiał wysłuchać narzekań staruszka na podupadające zdrowie, jakość usług medycznych i podobnych, typowych dla staruszków mądrości, ale nic takiego nie miało miejsca.

- Zostawił wszystko. Jeszcze przy tylnym kole stoi zgrzewka wody. Zawołałem przez płot, obszedłem dom, ale ciemno i głucho. Co było robić? Poszedłem i zadzwoniłem na policję. To tacy, panie, spokojni ludzie. Małżeństwo bez dzieci, ale spokojni. Ona pracuje, on pracuje, żadnych, panie tego, hałasów, choć oni z Konina, a tam, panie... Dwa lata temu odziedziczyli dom po Miechowskiej. 

Początkowo chcieli sprzedać, ale chyba im się spodobało, to i zostali.

- Może nic się nie stało, przecież... - Marek przerwał, widząc podjeżdżający radiowóz. Samochód zatrzymał się metr od niego i w jego wnętrzu  zapaliło się światło. Nim wysiedli, młoda policjantka przez chwilę przeglądała spięte stalową klamrą papiery.

- Ty nas wzywałeś? – zwróciła się do Plauta, wysiadając z auta. W jej głosie pobrzmiewała nuta agresji.

- Nie ja, ten pan – odpowiedział, zdziwiony obcesowym tonem policjantki, wskazując jednocześnie podchodzącego do ogrodzenia staruszka.

- To co tu robisz? Nie wiesz, kurwa, co się dzieje?

- Anka, daj spokój, ma prawo sobie stać – wtrącił jej gramolący się z auta towarzysz.

- Nie wpieprzaj się. Proszę się odsunąć i zabrać tego psa.
Marek nawet nie drgnął. Do cholery, był przecież u siebie, na swojej ulicy. Jeszcze tego brakowało, żeby jakaś siksa nim pomiatała. Drugi funkcjonariusz położył rękę na jej ramieniu.

- Daj spokój, ostatni raz mówię.

- To tutaj? – zwrócił się do opartego o płot dziadka. – Od pańskiego telefonu nic się nie zmieniło?

- Cicho jak w trumnie – spointował staruszek.

- To chyba dobrze, że cicho. Niedługo będą nas wzywać z powodu ciemności – warknęła policjantka, ale odeszła, obrzuciwszy na koniec Marka spojrzeniem pełnym nieskrywanej nienawiści.

- Niesamowite, co ona w ogóle... – zdziwił się Plaut.

Policjanci wbiegli po schodkach i po chwili w ciemnym dotychczas domu rozbłysło światło. Usłyszał policjantkę nawołującą mieszkańców, by wyszli. Marek pomyślał, że wariatka zaraz zacznie strzelać, ale zamiast strzałów, rozległ się przeraźliwy krzyk.

Wybiegła na podest i chwyciwszy się metalowej barierki zaczęła nieskładnie wywrzaskiwać przekleństwa. Jej towarzysz, nie zwracając na nią uwagi, zbiegł po schodach i zażądał przez radio natychmiastowego wsparcia. Dopiero gdy skończył, wrócił do histeryzującej koleżanki i objąwszy ramieniem, sprowadził dziewczynę na ulicę. Powtarzała w kółko swoje prostackie zaklęcie:

- Ja pierdolę, ja pierdolę, rzeźnia, skalpy, ja pierdolę...

W końcu ucichła, ale było za późno. Ulica ożyła. Ludzie, którzy dyskutowali przed domami, ruszyli, zbliżali się, nadchodzili zewsząd. Śmierć i groza weszły na ich teren, a oni wychodzili jej na 
spotkanie. 

Policjant wepchnął koleżankę na tylne siedzenie radiowozu, a sam, ściszywszy głos tak, by nie słyszeli go gromadzący się wokół samochodu gapie, zdawał komuś bardziej szczegółową, dziwnie poetycką relację.

- Na strzępy, na strzępy, na szmaty – usłyszał Marek i uznał, że ma dość.
                                                        *  *   *
Ruszył w kierunku domu z głową wypełnioną obrazami rzeźni. Półtusze na hakach, wanny wypełnione krwią, białe płytki, bure od krwi fartuchy. Rzeźnia pod piątką.
Przyspieszył kroku i szedł przeciwko wzbierającej ludzkiej fali. Otwierały się kolejne drzwi, okna. Zagrały sygnały alarmowe jeszcze niewidocznych, zbliżających się radiowozów. Psy podchwyciły melodię i zaczęły wyć. Nawet Aza próbowała się zatrzymać, by dołączyć do chóru, ale w końcu dała za wygraną i tylko popiskiwała, przebierając łapkami w rytm jego kroków.
Przez jedną, przerażającą chwilę sądził, iż w jego domu zgasły światła, ale to tylko brzoza,  rosnąca na pasku zieleni, zasłoniła mu widok. Niechciany, obcy głos, często mówiący do niego tuż przed zaśnięciem, teraz powtarzał uspokajająco, że nie ma się czego bać, że to nie dotyczy ani jego, ani jego bliskich.

- Idź i patrz, jesteś korespondentem wojennym – namawiał głos.

W końcu wpadł do domu, starannie zamknął obydwa zamki i chciał zbiec do piwnicy, ale w porę przypomniał sobie, że wcześniej założył kłódkę.

- Są na naszej ulicy. Zamordowali małżeństwo spod piątki. Nie znaliśmy ich chyba... Podobno coś potwornego – powiedział.
                                                             *  *  *
Drobnymi łykami popijał gorącą herbatę i znad krawędzi kubka, przyglądał się twarzy milczącej żony. Nie widział oznak nadciągającej histerii. Odsunęła firankę i wyglądała przez kuchenne okno.

- Chłopcy śpią. Wyjątkowo szybko usnęli. – Westchnęła i odwróciła się do niego. Ich spojrzenia się spotkały.

- Kochanie, czy coś nam grozi?- spytała.

- Nie, dlaczego nam? – odparł lekko.

- A dlaczego im się to przydarzyło? Mówiłeś, że to młode małżeństwo. Dwa lata mieszkali na naszej ulicy, a ja nawet nie kojarzę, jak wyglądali. Już ich nie ma.

- Nic nam nie grozi – powtórzył z naciskiem i ujął jej ciepłą, suchą dłoń.

- Gdy byłeś z Azą, mówili w telewizji, że znaleźli jeszcze trzy ofiary. Na nowym osiedlu, za szkołą. Tam są teraz dziennikarze, ale zaraz pewnie będą tutaj. To już dziewięć osób. Kto to robi i jak? Policji jest masa. Niedługo wystawią na każdej uliczce posterunek, a to trwa...

- Rozmawiałem przez telefon z Wiktorem i on powiedział, że świat się zepsuł. Znalazł... Dwa razy znalazł zwłoki.

- Świat się zepsuł – powtórzyła za nim Monika.
                                                            *   *   *
Zbliżała się dwudziesta druga.

W chwili, gdy Monika powtarzała za Markiem słowa Wiktora, policja wiedziała już o trzynastu ofiarach. Mężczyznę, a ściślej rzecz ujmując to, co z niego zostało, znaleziono w otwartym garażu. Śmierć zaskoczyła go, gdy majstrował w silniku swojego Golfa. Jego prawa dłoń, która leżała na dachu auta, nadal ściskała klucz nasadowy.

Na przykościelnym cmentarzu zakończył życie powszechnie lubiany przedsiębiorca pogrzebowy, który wraz z pomocnikiem zajęty był kopaniem grobu dla zmarłego w piątek mężczyzny. Ich szczątki znajdowano w promieniu ponad dwudziestu metrów.

Był jeszcze opóźniony w rozwoju dziewiętnastolatek, który lubił całymi dniami wędrować po ulicach ze słuchawkami na uszach. W tym przypadku nowością było to, iż znaleziono jedynie jego oderwaną od tułowia głowę.
To nie wszystko.

Tak naprawdę, zginęły już trzydzieści cztery osoby. Ich szczątki walały się za zamkniętymi drzwiami domów. Nawet bez tej wiedzy, hekatomba, z jaką miano do czynienia, dalece wykraczała poza procedury przygotowane na wypadek najstraszniejszych nawet wydarzeń. W centrali zapanował chaos.

Informacje o zbrodniach były w oczywisty sposób niepewne i boleśnie niejasne, w związku z czym zdecydowano w końcu przyjąć, że Golina padła ofiarą serii zamachów terrorystycznych. Co prawda nie doszukano się celu, motywu, ani nie wytłumaczono sposobu, w jaki popełniono kolejno odkrywane zbrodnie, ale korzyścią z użycia tego słowa-wytrychu była możliwość zastosowania wszelkich dostępnych środków.

Już po południu spłynęły pierwsze, prowizoryczne, oparte w zasadzie tylko na oględzinach, opinie patologów. Na zwłokach nie znaleziono śladów materiałów wybuchowych, ran postrzałowych, ciętych czy kłutych. Żadna czaszka nie została rozbita przy użyciu narzędzia o tępych krawędziach. Jasna opinia, właśnie z powodu swej jednoznaczności wydawała się niemożliwa do zaakceptowania.
Wedle zgodnej opinii lekarzy ofiary zostały rozerwane na strzępy i częściowo pożarte. Jednak narzucającą się w związku z tym hipotezę o grasującym w miasteczku dzikim, morderczym zwierzęciu, która pojawiła się po znalezieniu w lesie pierwszych ciał, prawie natychmiast odrzucono, ponieważ zwierzę na tyle potężne, by dokonać takich spustoszeń, zostawia poza strzępami ofiar inne, łatwe do odkrycia ślady.

Skoro brakowało sensownych wniosków, jako priorytet przyjęto zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom miasteczka. Równo o dwudziestej drugiej zapadła decyzja o wysłaniu wojska i zamknięciu dróg dojazdowych do Goliny.

Nikogo nie powinno to dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę, że godzinę wcześniej na biurku ministra spraw wewnętrznych znalazł się tajny raport, dotyczący ciała znalezionego w lesie chłopca. Prace nad zwłokami nie dobiegły jeszcze końca, ale podstawowy wniosek, wniosek potwierdzony podpisami patologa i dwóch ściągniętych na tę okoliczność profesorów medycyny, którzy zaprzysięgli dochowanie tajemnicy, stwierdzał, że nie było ciało człowieka, ani żadnego znanego nauce zwierzęcia. Znaleziona, zadręczona na śmierć istota, poza tym, że posiadała kończyny przypominające ludzkie, nie miała nic wspólnego nie tylko z człowiekiem, ale też w ogóle z Ziemią. To był pieprzony Obcy, krótko mówiąc.
                                                               *  *  *
Plaut leżał na wznak z zakrytymi jaśkiem oczami i bezskutecznie próbował usnąć. Monika czytała książkę i wmówił sobie, że w zaśnięciu przeszkadza mu odgłos przewracanych kartek. Zamiast snu, w jego głowie pojawił się obraz. Początkowo drżał, ale powoli się stabilizował i w końcu stał się jasny i wyraźny.

- Znowu to bajoro – westchnął.

Ujrzał człowieka wspartego na wyższym od siebie, lekko wygiętym kiju, brnącego przez płytkie rozlewisko. Po powierzchni wody pływały rozkładające się wachlarzowato źdźbła trawy, a po nią widział żółte tarczki zatopionych mleczów. Chmury nad głową mężczyzny miały barwę ołowiu i światło słoneczne przebijało się przez nie tylko w jednym miejscu, wydobywając z powszechnej szarości, odległą o kilkaset metrów piaszczystą skarpę, zwieńczoną ciemną ścianą lasu. Wędrowiec zatrzymał się i odwrócił. Plaut poczuł na sobie jego wzrok.

- Chodź – wezwał go mężczyzna i w tym momencie stali się jednością.

Stał w wodzie sięgającej do połowy łydki. Za nim nie było nic. Nie pamiętał, skąd wziął się na rozlewisku, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę z faktu, że nadal leży w łóżku. Słyszał oddech Moniki, ale by się upewnić, dotknął jej ramienia.

- Przeczytam do końca rozdziału i zaraz gaszę – odpowiedziała, a jej głos dobiegał z góry, gdzieś zza chmur. Niczym głos Boga. Był jak kaskada grzmotów i dosłownie przygiął Marka do delikatnie marszczącej się tafli wody.

Nim zdołał się wyprostować, Monika przewróciła kolejną kartkę i przez nieboskłon przetoczyła się seria dziwacznych, mlaszczących stęknięć. Wsparł się mocniej na kiju-lasce i ruszył przed siebie.
                                                            
                                                               *  *  *
Marek zniósł do ogrodu tackę z filiżankami i czekoladowe ciastka, a Monika dzbanek ze świeżo zaparzoną kawą. Wiktor przyprowadził Artura. Siedzieli na aluminiowych krzesełkach w cieniu orzecha i na widok zbliżających się gospodarzy przerwali prowadzoną półgłosem rozmowę.

- Dzisiaj dostał wolne – wyjaśnił Wiktor, wskazując na młodego policjanta i dodał tajemniczo:

- Spał u mnie.

Zabrzmiało to jak wyznanie o spędzonej wspólnie nocy i Monika parsknęła śmiechem, ale umilkła, widząc zmęczoną, bladą twarz Gutowskiego.

- Tak wygląda ktoś, kto stanął oko w oko z diabłem – orzekł kobiecy głos w głowie Marka. Głębiej, w tle wypełnionym szumem fal, inny głos dodał autorytarnym tonem:  - Ty zaś jesteś okiem niemowląt wśród wrogów. – Potrząsnął niecierpliwie głową.

I to było wszystko. Po wieczornej wędrówce przez rozlewisko, po tym jak gigantyczna sowa zaprowadziła go na spotkanie z nieżyjącym od prawie trzydziestu lat dziadkiem, spodziewał się czegoś więcej. Zresztą i ten wczorajszy wypad w nieznane zakończył się rozczarowaniem. Chciał wiedzieć, a księga nie została jeszcze zapisana. Puste kartki przeleciały między palcami, nie odkrywając nawet rąbka tajemnicy.

Siedzący na zwalonym pniu mężczyzna, uśmiechał się z przekąsem, zajęty czyszczeniem rozłożonego na pożółkłej gazecie pistoletu maszynowego AK47. W momencie, gdy Monika  zamknęła z hukiem, którego echo wypełniło pagórkowatą, porośniętą lasem krainę,  czytaną książkę i zgasiła światło, zgasł ten żywy, namacalny świat i został ze swoimi wątpliwościami, leżąc na wznak w dusznym, ciemnym pokoju. Rozczarowanie, które przeżył, było tak dojmujące, że ledwie powstrzymał się od płaczu.
                                                                        *  *  *
- Wczorajszej nocy Artur… - opowiadał Wiktor. - W sumie to ja pokazałem mu te zewnętrzne schody na strych. W domu nie było nikogo, a Michalaków jest dziewięcioro. Ty ich pewnie nie znasz z nazwiska, ale na sto procent kojarzysz... Wielopokoleniowa rodzina, a ciekawscy niczym sroki, niech im ziemia lekką będzie. Tyle się działo, a nikt ich nie widział od popołudnia... Ktoś w końcu zadzwonił... Artur był na patrolu z Gruzą. Przeszukali dom i nikogo nie znaleźli, a oni tam mają, mieli – poprawił się - strych, na który wchodzi się po metalowych kręconych schodach, całkiem zarośniętych bluszczem. Byłem na miejscu, to pokazałem Arturowi, a to, co tam znalazł… Powiem tylko, że z tego, co opowiadał Gruza…

- To się wciąż dzieje, a my nic, kompletnie nic nie potrafimy zrobić – wszedł mu w słowo Artur. - Kazaliśmy ludziom sprawdzać po sąsiedzku, dom po domu. Wszędzie jest wojsko i chyba zamknęli miasto. Ja, my...Znaczy miejscowi już tu nie mamy wiele do roboty. – Głos Artura był do tego stopnia głuchy i wyprany z emocji, że Plaut nie potrafił powiązać wypowiadanych słów z nisko pochylonym nad filiżanką kawy młodym policjantem.

- Tata, nie ma Internetu – zawołał przez otwarte okno Patryk.

- Czuję, że zaraz wyłączą telefony i zafundują światu blokadę informacji – odezwał się Wiktor.
Marek odruchowo spojrzał na komórkę leżącą na ogrodowym stoliku, ale nie sięgnął po nią, by sprawdzić trafność przepowiedni Wiktora. Uznał, że blokada nie miałaby żadnego sensu, skoro w Golinie rozsiadły się telewizje, z ledwie skrywaną dumą donoszące, że wyprodukowane przez nich materiały obiegły cały świat.

Wyobraził sobie grupkę bywalców baru w południowym Teksasie, którzy przerywają na moment partyjkę bilardu, by popijając cienkie amerykańskie piwo, podziwiać wypielęgnowaną bródkę Stuchlika.

Sytuację podobną do tej, w jakiej się znaleźli widział w niezliczonych horrorach. Ponieważ akcja prawie wszystkich, rozgrywała się na terenie Stanów Zjednoczonych, w momencie zagrożenia do akcji wkraczała Gwardia Narodowa, później wojsko, a obywatele atakowani przez namolne zombie czy innych, żwawszych, choć równie nieprzyjemnych kosmitów, nim zadawane im razy stały się naprawdę bolesne, zwykli narzekać na restrykcje, którym są poddawani przez bezlitosną władzę i naiwnie powoływać się na prawa i swobody, które gwarantowała, ich zdaniem, tamtejsza, najlepsza na świecie konstytucja. W końcu sami brali się do roboty, by móc w finale z dumą i zadowoleniem oglądać powiewający na wietrze gwiaździsty sztandar.

No chyba że scenarzysta przewidział akurat koniec świata. Wtedy symbolem daremności ludzkich pragnień był rozgorączkowany grubas, umykający z najnowszym modelem telewizora w ramionach. Marek popłakał się kiedyś ze śmiechu, oglądając tak spreparowaną scenę zagłady. Oto sam diabeł rozpościerał nad płonącym miastem błoniaste skrzydła, niebo zwijało się w rulon, trąby grały, demony wyły unisono, a grubas cieszył się ze znalezionego sklepowego wózka, bo taszczenie plazmy już mu dojadło.
                                                                    *  *  *
Zbliżało się południe.

- Dzwonią na sumę… – Artur wstał i z filiżanką w dłoni zaczął przechadzać się po trawniku. Wodzili za nim wzrokiem, czując, że policjant ma coś do powiedzenia i zbiera myśli.

- Czuję jak wracam do świata żywych i tak sobie myślę... Skoro nie było żadnych komunikatów nakazujących siedzenie w domu, powinniśmy wybrać się do kościoła. Sprawdzimy  nastroje. Może się czegoś dowiemy, a poza wszystkim zauważyłem, że twoja żona wybiera się z chłopcami, a pewnie nie chciałbyś, by szli sami...

- Doskonała myśl – podchwycił Wiktor. - Jeśli siostrzyczka zauważy mnie w kościele, zyskam w jej oczach kapitał, który będę mógł trwonić przez dobry miesiąc.
                                                                     *  *  *
Na porośniętym spłowiałą trawą placu koło osiedlowego sklepu, gdzie zwykły rozstawiać swe namioty wędrowne cyrki i małe, niezbyt zasobne w atrakcje wesołe miasteczka, rozebrani od pasa w górę żołnierze, stawiali dwa duże, oliwkowo - zielone namioty. Trzy żółte, zwykle włóczące się po osiedlu kundelki siedziały rzędem, nie spuszczając oka z dziwacznych, jednakowo ubranych i pewnie, wedle psich kategorii, dziwnie pachnących przybyszów. Na otwartej pace ciężarówki stały przygotowane do zdjęcia przenośne toalety.

- Żołnierze, żołnierze! – ucieszył się mały Adaś.

- Tato, ciekawe czy mają bazuki – zainteresował się Patryk.

- Bazuki? Pewnie tak. Sądzę, że gdy będziemy wracali z kościoła, zobaczysz ich w gotowości do użycia bazuk – roześmiał się Marek.

- Bazuki, śmazuki – przedrzeźniał brata Adaś. – Przecież  wszyscy wiedzą, że żołnierze mają karabiny i robią tak…

Naśladując terkot broni automatycznej wypluł w stronę brata serię kropelek śliny, po czym próbował, trzymając się za brzuch, upaść na chodnik, ale Monice udało się zapobiec tej ekstrawagancji.
Skromny, nieco większy niż przeciętny jednorodzinny dom komisariat, był tak obstawiony radiowozami i funkcjonariuszami, iż przypominał oblężoną twierdzę. Stojący na schodach policjanci z oddziału prewencji, wyglądali jak czarne, palące papierosy żuki.

- Pieprzony Poznań na mojej komendzie. – Artur z dezaprobatą pokręcił głową i wysforowawszy się na czoło pochodu, zaczął wygwizdywać melodię z filmu „Most na rzece Kwai”.
                                                              *  *  *
Golina zastygła w upale i wydała im się zupełnie wyludniona. Dopiero, gdy dotarli na rynek i skręcili w kierunku kościoła, przekonali się, że wrażenie było mylące. Już na parkingu przed cmentarzem panował ruch i zgiełk. W cieniu kasztanowców zaparkowały dwa telewizyjne furgony. Idący przodem Wiktor, zgrabnie wyminął mikrofonowe pułapki czekające na złaknionych ulotnej, medialnej sławy.

Nie mieli szans, by dostać się do wnętrza kościoła. Obszerne, rozkładające się amfiteatralnie schody zapełnił gęsty tłum. W końcu stanęli w płytkim cieniu szpaleru wybujałych tui. Pod stopami mieli zmiętą, pożółkłą trawę, a nad głowami rozpalone błękitne niebo. Na szczęście ktoś przewidział wzmożone zainteresowanie i mszę transmitowano przez ustawione na szczycie schodów kolumny.
Nastrój grozy i niepewności sprawił, że wszyscy czekali na kazanie, ale proboszcz, tak elokwentny na co dzień, tym razem zawiódł.

-  Dużo przymiotników, bardzo dużo przymiotników, za dużo przymiotników – skomentował Wiktor.

- To z nerwów – odezwał się stojący krok przed nimi ogolony na łyso młodzieniec.

- Cicho tam! – skarcił ich głęboki bas dochodzący zza tui.

Adaś ukradkiem wyjrzał zza krzewu i nie omieszkał skomentować:

- Tata, to pan z brodą. Wygląda jak krasnal.
T
amten pewnie usłyszał, bo chrząknął znacząco.

- Jak krasnal, powiadasz? – zdziwił się Marek.

Zrobił krok w tył i nie bacząc na gniewną minę tamtego, przyjrzał się brodaczowi. - Co mi tu będzie chrząkał na dziecko – pomyślał.

Pobożny chrząkacz okazał się facetem, który wczoraj dźwigał pomarańczową donicę. Teraz, bez donicy w objęciach, wydawał się jeszcze niższy, ale spojrzenie, jakie rzucił Markowi, było przepełnione taką złością, że ten z ulgą wrócił na swoje miejsce. 

- A ten skąd się wziął w Golinie? – zastanowił się Marek. Poza sobotnim, przelotnym spotkaniem nigdy wcześniej nie widział tego osobliwie wyglądającego mężczyzny.

Po mszy, gdy wierni opuścili kościół, odbyło się coś w rodzaju ogólnego zebrania. Zaczął proboszcz i w charakterystycznym dla siebie kwiecistym stylu poinformował parafian, że na przykościelnym placu wojsko rozbije namioty, w których będzie udzielana potrzebującym pomoc medyczna, psychologiczna i duchowa.

Mord, nocna groza, którą przeżyli, policja i wojsko na ulicach... Ale w blasku dnia rodziło się pytanie, co tu mają do rzeczy namioty, skoro dwanaście kilometrów od Goliny jest szpital. Po księdzu głos zabrał burmistrz. Był zdenerwowany i zaczął się jąkać, co pogłębiło frustrację, a gdy w końcu wydukał apel, by wszyscy w miarę swoich możliwości współpracowali z siłami porządkowymi i przestrzegali przepisów wydanych w związku z zaistniałą sytuacją, zebrani zaczęli pytać.

- Jaką sytuacją?

- Jakie przepisy?

- Chwilowo konieczne są pewne, niewielkie ograniczenia swobody poruszania się mieszkańców wewnątrz i na zewnątrz strefy…- płatał się Stawiński.

- Jakiej strefy?

- Jak to, że nie wolno wyjechać?

Gwar narastał, ale ucichł, gdy do mikrofonu podszedł ogolony na łyso, potężny facet w polowym mundurze. W nagle zapadłej ciszy donośnie wybrzmiał dziwaczny, wykrzyczany gdzieś z najgęstszego tłumu apel.

- Wydajcie nam karabiny i granaty, sami pogonimy im kota!
Markowi głos krzyczącego wydał się dziwnie znajomy, a gdy on, a za nim tłoczący się wokół niego mężczyźni, zaczęli skandować: - Armia z nami! - upewnił się, że Stuchlik powrócił na arenę wydarzeń.

- Armia z nami! – darł się Orzeł z Bernardynki.

- Armia z nami, z patriotami! – powtarzali chórem przyboczni krzykacza, podczas gdy inni próbowali ich uciszyć, dając niedwuznacznie do zrozumienia, co im zrobią, jeśli ci się nie przymkną. Jeden ze zwolenników Stuchlika zdążył jeszcze wrzasnąć:

- Słuchajcie głosu człowieka z telewizji!

Ale zgromadzenia już ucichło, a ostatni, pojedynczy okrzyk zawisł wstydliwie w powietrzu. Łysy pułkownik zaczął mówić. Wreszcie z sensem, wreszcie po kolei. Jasno przedstawił skalę zagrożenia i choć nie posunął się do skrytykowania dotychczasowych działań policji, można było odnieść wrażenie, że od tego momentu, odpowiedzialność za bezpieczeństwo mieszkańców przejmuje wojsko.

Marek starał się słuchać, ale przeszkadzało mu osobliwe przeświadczenie, iż otaczają go zupełnie obcy ludzie. Pierwszy, na którego zwrócił uwagę, był karłowaty brodacz. Ogolony na łyso młody mężczyzna, który odezwał się do Wiktora w trakcie kazania, miał na potylicy wytatuowany dzbanuszek z zatkniętą w dzióbku różyczką oraz wstęgę z napisem głoszącym przewagę herbaty nad bagnetami.

Nigdy, przenigdy nie widział podobnego tatuażu. Metr dalej stała dziewczyna z rozpuszczonymi czarnymi włosami, w których wyraźnie zaznaczały się z założenia siwe, a na skutek jakiegoś błędu, pożółkłe pasma. Rozejrzał się i uznał, że w promieniu kilkunastu metrów nie ma nikogo, kto wydawałby mu się znajomy. Mało tego. Każdy z pilnie słuchających łysego pułkownika osób miał w swoim wyglądzie rzadką, niespotykaną na co dzień skazę.

- Wariuję – stwierdził.

                                5.

- Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. – Jędrzej przerwał czytanie i otworzył brązową saszetkę, leżącą dotychczas na stercie oprawionych w czerwone płótno książek, które, jak wyjaśnił wcześniej, były encyklopedią świata alternatywnego, podesłaną mu przez maniaka z Białegostoku, a którą od czasu do czasu studiował z zapałem.

Przez jedną przerażającą chwilę miałem pewność, że mój zacny kolega chce dać sobie w żyłę, ale tajemnicza saszetka zawierała sprzęt do badania poziomu cukru.

- Tak, Sherlocku, mam poważnie zjebany cukier…

- Czy alkohol ci nie szkodzi?- spytałem, patrząc jak nakłuwa palec.

- Pierdol się Sherlocku – odpowiedział i przytknął pasek testowy do kropli krwi.

- Sto osiemdziesiąt sześć – odczytał wynik badania.

- Czyli? – spytałem.

Wzruszył ramionami.

- Może być. Alkohol, obiadek od Chińczyka... Przez ciebie zapomniałem zażyć swoje lekarstwo. Rano i wieczorem zawsze pamiętam, a obiady rzadko, to i zapominam.

- Ogromna tabletka – skomentowałem.

- Tysiączek. Większych nie ma. Przed snem biorę dodatkowo cztery, a rano pięć innych. Poza Sioforkiem, każda, rozumiesz, inna. Całe garście i ta dieta. Na sam widok listy, czego mi nie wolno, a co powinienem... Idąc cmentarną aleją, szukam ciebie, mój przyjacielu. Odszedłeś, bo byłeś słaby, w ten listopadowy wieczór... – zaśpiewał fałszywie.

- TSA, pamiętam – rzuciłem, żeby coś powiedzieć.

- Widzisz, ja... Może dlatego, że po rozwodzie, a dzieci dorosły i widuję je przeważnie, gdy wpadają do taty po zastrzyk gotówki... Jakoś nie boję się śmierci. Trochę tego, że zasnę i będę gdzieś leżał zaszczany jak menel.

Wstał, wyszedł do łazienki, a kiedy po chwili wrócił, znowu ukazał światu pogodną, uśmiechniętą twarz. Zmoczone włosy zaczesał do tyłu.

- Śmierć widzę jako średniowieczną miniaturę. Na górze miasto. Mury, baszty strzeliste. Rycerz w srebrnej zbroi nadziewa na włócznię dziwnie małego smoka, a ciężarna dama podąża drogą, z lilią w dłoni. Ogony białej sukni wzniecają obłoki pyłu. Tak to widzę. Poniżej jest jeszcze wstęga z napisem, którego nie potrafię odcyfrować i zniecierpliwiony przewracam stronicę manuskryptu. To wszystko.

- Ale pieprzysz. – Nie wiedziałem jak zareagować na tak osobliwe wyznanie.

- Jasne, pieprzę – zaśmiał się szczerze. – Uspokój się i wiedz, że nadal możemy spokojnie gadać i popijać, bo widzę, straciłeś ochotę. Nie bój się, nie mam zamiaru zapadać w śpiączkę. Lekarz mi opowiadał, że mogę dożyć dziewięćdziesiątki, jak ten B.B. King. Nim odkryli we mnie chorobę, planowałem dwadzieścia lat mniej, a teraz popatrz jaki ze mnie Kozak.

- Może skończymy na dzisiaj? Jutro sobota i mamy...

- Prawie skończyliśmy. Wszystko masz opisane na wydrukach. Nie po to ściągnąłem cię do stolicy, by czytać głośno całą powieść. Jutro podpiszemy umowę i wypłacę ci zaliczkę, ale...

- Co zrobisz? – Byłem zdumiony, ponieważ słowa o zaliczce zabrzmiały zupełnie poważnie.

- Niewielką zaliczkę, pod warunkiem, że skończysz poprawki w dwa miesiące. Poza tym, jutro jedziemy na spotkanie z facetem od mini serialu i chciałbym...

- Jędrek, czy ty czasem... – Nie był przecież pijany. Co też mu się nagle przyśniło?

- Znasz „Black Mirror”? To kilka krótkich...

- Znam, ale...

- To się dowiedz, że sprzedałem sześć twoich opowiadań i to jest wiadomość, którą miałem ci zdradzić jutro o poranku. Dostaniesz scenarzystę do pomocy i wspólnie... Będziesz cholernie zajętym facetem i co jest dla ciebie pewną nowością, będziesz miał trochę forsy, aby...

Podczas gdy mówił, roztaczając przede mną świetlane perspektywy, próbowałem obliczyć, ile alkoholu zdążył wlać w siebie podczas naszego spotkania.

- O, widzę, już nie możesz się skoncentrować. Fakt, trochę wypiłem, ale tylko tyle, żeby się wygadać – przyznał z uśmiechem. - To miała być niespodzianka, ale trudno. Wróćmy jeszcze na chwilę do książki, bo musisz coś zrobić z tymi pojawiającymi się od czasu do czasu obrazkami. Rozumiem, chciałeś zagęścić atmosferę, ale skoro zgodziliśmy się, że odbierzesz głos innym, poza Markiem, narratorom, musisz wpleść jakoś inaczej te fragmenty w akcję. Nie rezygnuj z nich, tylko jakoś zaczep. Weźmy te, które pojawiają się pierwsze, a którym nadałeś tytuł: „Stanisław Ława. Fotograf. Dwa obrazki”. Obrazki to sobie możesz, kochany, wieszać na ścianie.

- Dobrze, weźmy się za to, ale powiedz mi chociaż, które opowiadania...

- Ok. „Skorupę”, „Idola”, „Pogodne lato”, „Nieśmiertelnik”, „Zajączka” i „Słodką plażę” – pasuje?

- No – powiedziałem, a tymczasem Jędrek dolał do szklanek, westchnął ciężko i zaczął czytać, starannie akcentując znaki przestankowe, abym docenił pracę jego uroczej, perfekcyjnej korektorki.

- Poczekaj – przerwałem. - Jedna rzecz. Co zrobiłeś z Majewskim? Z tym redaktorem, który przecież był z nimi na mszy. Przyszli do Marka razem, potem do kościoła. Te dwie sceny służyły właśnie przedstawieniu Eryka Majewskiego. Dzięki jego udziałowi, kontrastowi wyobrażeń warszawskiego dziennikarza z golińską rzeczywistością, pytaniom które zadaje... Teraz są niepotrzebne. Co z tych scen wynika?

- O Majewskim będzie dalej. Całego Majewskiego zaznaczyłem na niebiesko. To dobra postać i obydwaj wiemy, na kim się wzorowałeś, a tacy ludzie nie giną nawet w powieści. Zawsze wylezą. Zawsze! – wytłumaczył.

                                  6.

Stanisław Ława opuścił posterunek dopiero w niedzielę wczesnym rankiem. Najpierw zeznawał do skutku, czyli do momentu, gdy ostatecznie zaparł się diabelskich odwiedzin, zwalając winę za swoje niewczesne żarty na alkohol, wysoką temperaturę i zszargane niepotrzebnym aresztowaniem nerwy.

Później, gdy już podpisał protokół, okazał się przydatny przy identyfikacji adresów, gdzie zauważono coś niepokojącego. Ciągle napływały zgłoszenia i choć wielokrotnie zapewniano go, że zostanie zmieniony, nie buntował się przeciwko przedłużającemu się pobytowi na posterunku. Popijał służbową kawę i służył siłom porządku swą doskonałą znajomością topografii miasteczka.

Do domu wrócił kilka minut po piątej i ku swojemu zdumieniu nie zastał żony. Przeżył chwilę rozgoryczenia, ponieważ z nią przede wszystkim chciał podzielić się dobrą nowiną.
Nie rozścieliła łóżek. Nie znalazł też kartki z wyjaśnieniami na stole w kuchni. Cóż, sam zawinił, bo przecież mógł zadzwonić albo nawet poprosić, by odwiedził dom odwiedził jeden z patroli, które pomagał rozsyłać.

W końcu uznał, że nim wojsko zamknęło miasteczko, zdążyła wyjechać do siostry na wieś. Było zbyt wcześnie, by dzwonić. Zresztą, to i tak nie miało już większego znaczenia. Stojąc w rozsłonecznionej lipcowym światłem kuchni, powtarzał słowa Pana.

- Umrzeć, by żyć wiecznie. Umrzeć, by żyć. Umrzeć, by...

Z lodówki wyjął talerzyk z gomółką przywiezionego ze wsi prawdziwego białego sera. Zjadł prawie połowę, krojąc grube plastry i delikatnie, z wyczuciem posypując solą. Popił zimnym mlekiem, a następnie zszedł do piwnicy i się powiesił.

Po dwóch godzinach znalazła go żona. Nie wyjechała do siostry. Noc spędziła u sąsiadki, przeklinając nie męża, a policję, która jak sądziła, zamknęła jej Stasia. Przyjrzała się okruszkom sera rozsypanym na ceracie, a potem zeszła do piwnicy, ponieważ wracając od koleżanki zauważyła, że w jednym z pomieszczeń niepotrzebnie świeci żarówka. 

Zawołała męża, ale ten oczywiście nie odpowiedział. Stał w kącie na ugiętych nogach. Dopiero z bliska zauważyła przezroczystą linkę, na której zwykle wieszała pranie. Był chłodny, blady i nie oddychał. Powiesił się na wbitym w mur haku. Nogi wysunął przed siebie i tak skonał w akcie dziwnego samozaparcia. Nawet nie próbowała go odciąć. Przeżegnała się i zaczęła wycofywać na oślep, nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Wtedy Stanisław Ława otworzył oczy.
                                                                 *  *  *
Gdy w końcu przyjechało wezwane przez sąsiadów pogotowie i szarzy ze zmęczenia sanitariusze przygotowywali nosze, a młoda i całkiem seksowna lekarka orzekała zgon z powodu zawału serca, Stanisław Ława płakał. Siedział na schodach, a lodowate łzy kapały na betonową posadzkę.
Jeden z sanitariuszy, zażywny i rumiany jegomość, cierpiący niewyobrażalne męki z powodu upału, nie mógł nadziwić się, że ktoś przy takiej pogodzie, nawet biorąc pod uwagę tragedię, jaka go właśnie spotkała, może paradować w grubym wełnianym golfie ozdobionym ciągnącymi sanie reniferami.
                                                                   *  *  *
Ekipa dochodzeniowa kończyła zbieranie materiału w domu Michalaków. Policyjny fotograf nie mógł się powstrzymać i na koniec sfotografował niezwykły obraz wiszący nad łóżkiem w jednym z pokoi na parterze.

- Amatorska rzecz – ocenił, i postanowił wrócić na miejsce zbrodni, gdy wszystko się uspokoi. Jadąc wraz z ekipą na ulicę Powstańców Styczniowych, gdzie znaleziono właśnie kolejne ciała, postanowił wrzucić zdjęcia obrazu do prywatnego folderu.

- Co to, kurwa, jest? – krzyknął, a koledzy, łącznie z kierowcą, spojrzeli na niego z irytacją.

Trzy ostatnie fotografie były jego autoportretami. Przyjrzał się dokładniej, tak manipulując aparatem, by osłonić ekran od promieni słonecznych. Nie mógł się mylić. W ciągu swojej długiej kariery fotografa policyjnego wykonał setki podobnych zdjęć.

- Jesteśmy na miejscu! – powiedział kierowca.

Rozsunęły się drzwi i technicy, dźwigając sprzęt, wyszli wprost na rozgrzany, wyłożony szarą kostką podjazd.

– Dwóch facetów. Mamy tutaj dwóch facetów!

Fotograf policyjny nadal oglądał zdjęcia swojej zastygłej w pośmiertną maskę twarzy, bezskutecznie szukając sensownego wyjaśnienia. Zajrzał do opisu pliku. Wedle elektronicznego zegara, zdjęcia które oglądał, miały zostać zrobione za czterdzieści pięć minut.
                                                                 
                                                                 *  *  *
Martwy Stanisław Ława towarzyszył ciału żony do ambulansu. Zgromadzeni przed jego domem sąsiedzi ze zdziwieniem przyjęli, że Wanda była ofiarą zawału serca. Zupełnie tak, jakby w kontekście ostatnich wydarzeń, znajoma, zwyczajna śmierć nie miała wstępu do Goliny, wyparta przez jej ambitniejszą, egzotyczną rywalkę.

Przyglądali się z mieszaniną litości i pogardy blademu jak kreda sąsiadowi, ubranemu w zimowy golf, szepcząc, że biedak całkiem stracił głowę. Pani Renata, u której zmarła spędziła ostatnie godziny życia, opowiadała pochlipując, jak to Wanda źle znosiła upał. Bała się też o męża, którego trzymali na policji.

- Wykończyli kobietę, wykończyli – zawodziła, a pozostali zgromadzeni przytakiwali z pełnym przekonaniem

- Trzeba serca nie mieć, żeby w takiej zgrozie odebrać kobiecie jedyne oparcie, co ma w swoim chłopie – dominował pogląd, sugerujący, jakoby Wanda miała kiedykolwiek oparcie w Stachu.
Ten przedziwny wymysł był związany li tylko z nastrojem chwili. Kto jak kto, ale sąsiedzi doskonale znali Ławę. Do zebranych zaczęli dołączać ludzie wracający z sumy.

- Stan wojenny! – cieszył się tłusty dziadek. – Wreszcie wojsko zrobi porządek!

- Diabli ich nadali, zamknęli nas jak we więzieniu, nikt z miasta nie wyjedzie, chyba do jakiegoś obozu... I nie wiadomo jak długo! – złościł się ktoś inny.

- Co znaczy nie wyjedzie? Ja mam robotę w Reichu, na weekend tylko przyjechałem – Pan Grzegorz chwycił się za serce, i oznajmił, że też dostanie zawału

- Będą zwracać utracone zarobki. Tak mówili.

- Jak, kurwa, zwracać zarobki, jak ja na czarno robię! Niech mnie spróbują zatrzymać, kurwa, zajebię każdego – darł się pan Grzegorz, chwilowo zapominając o stanie swojego serca.

Jego piętnastoletni syn, który był w kościele razem z tłustym dziadkiem, wtrącił uwagę, że to wszystko przez Obcych, którzy wylądowali w Golinie i rząd nie ma wyboru.

- Jak będzie trzeba, to nas zbombardują i wszyscy zginiemy – zdążył jeszcze powiedzieć, nim zauważył, jak groźnym wzrokiem mierzy go rozgorączkowany ojciec.

Powstało zamieszanie informacyjne, jak zwykle, gdy wielu ludzi wysłucha identycznego komunikatu, ale każdy rozumie i  zapamięta coś zupełnie innego.
Ludzie przestali zwracać uwagę na Stanisława Ławę, który usiadł na ławeczce w cieniu swego domu i palił papierosa. Wyglądał z każdą chwilą lepiej. Powoli wracały mu zmysły smaku i powonienia, a nawet poczuł towarzyszący mu od lat ból w prawej łydce. Dodatkowo piekła go głęboka wisielcza bruzda, którą starannie ukrywał pod swetrem.

Nawet kundelek pani Renaty, który jeszcze przed chwilą w bezsilnej złości szczerzył na niego drobne ząbki, teraz przestał się nim interesować i merdając ogonkiem pobiegł między zagonki fasoli.
Ława z politowaniem słuchał ględzenia sąsiadów. Nadchodził czas wielkiego wesela i dziwił się łaskawości Pana, dzięki której ci pospolici, głupi ludzie dostąpią takiego zaszczytu. Gdy wrócił mu węch, poczuł, że musi się jednak wykąpać. Pospieszna zmiana spodni nie wystarczyła. Wokół narastał odór moczu i kału, które wypłynęły z niego w chwili agonii, zmieszany z wolno ustępującym smrodem śmierci. Westchnął i nie odzywając się do nikogo, wszedł po schodach.
                                                               *  *  *
- Mamy dwóch martwych facetów – odpowiedział przez radio policyjny patolog, doktor Ptak, na obcesowe pytanie centrali: - Co tym razem mają?

- Nie, nie znaleźliśmy ich w sypialni, tylko w kuchni. Skąd mam wiedzieć, czy mieszkali razem? Może to kumple... To nie ma nic do rzeczy. Pozwólcie nam pracować, do cholery!

Faktycznie, znaleźli ich w kuchni. Jeden, ten który nazywał się Majchrzak, był właścicielem domu. Drugi, przez chwilę był nieznaną ofiarą. Dopiero w salonie na oparciu krzesła znaleźli przewieszoną niedbale marynarkę, w której kieszeni tkwił wypchany kartami kredytowymi i wizytówkami portfel. Technik wyjął z niego dowód osobisty.

- To też Majchrzak, tylko nie Sławomir, a Jarosław. Zamieszkały w Kraków, ulica...

- W Krakowie, do cholery – odruchowo poprawił Ptak.

- Wygląda na to, że bracia, ale w dzisiejszych czasach, jak durnie usłyszą, o znalezieniu w mieszkaniu dwóch facetów, zaraz zaczynają doszukiwać się homoseksualizmu. – przerwał, by wskazać blademu ze zdenerwowania fotografowi kolejne, godne uwiecznienia obiekty.

- A z tobą, Iwan, co się dzieje? Co się tak trzęsiesz?

Fotograf niezgrabnie przekroczył smugę krwi i pochylił się nad kłębowiskiem narządów, ścięgien, kończyn i poszarpanych resztek ubrań. W ciągu ostatnich godzin napatrzył się na wyjątkowe potworności, ale to, co zastali w tej kuchni, nawet na ich tle było wyjątkowe. Nie pomagała nabyta przez lata rutyna i obficie użyte olejki miętowe.

- Cholera, chyba pójdę do piwnicy po szuflę i zgarniemy wszystko razem do jednego worka – próbował żartować facet zbierający odciski palców.

- Nie jest tak źle. – Patolog ostrożnie zbliżył się do chromowanego zlewu, gdzie wśród resztek zbitych talerzy, szklanek i salaterek tkwiła głowa jednego z braci. - To, co w spodniach, białej koszuli czy lakierkach, należy do tego, jak mu tam, Jarosława. Reszta do Sławomira. Ale na razie niczego nie ruszamy, tylko zabezpieczamy ślady, a ściślej, brak śladów. – Włączył dyktafon i zaczął metodycznie, od początku, zapisywać swoje uwagi.

- Gdzie jest ten cały Iwan?

- Fotograf! – zawołał zniecierpliwiony.

- Iwan poszedł do kibla, tam jest czysto, sprawdzone.

- Kiedy niby sprawdzone? Łazi jak ćma i jeszcze zaczyna mi tu rzygać! Iwan, kurwa mać!

Jan Małecki, ze względu na wygląd sowieckiego amanta z lat trzydziestych, zwany przez kolegów Iwanem, nie mógł słyszeć złorzeczeń doktora Ptaka, ponieważ leżał na białej, lśniącej podłodze. Ściślej rzecz biorąc, na podłodze w kałuży krwi, leżał jego korpus, podczas gdy nogi wrzucono niedbale do wanny. Jedna nogawka zaczepiła o kurek kranu i wanna powolutku wypełniała się ciemnoróżową wodą.
                                                              
 *  *  *
- Jeszcze jedno, komisarzu - kończył swój krótki raport Ptak. - Wygląda na to, że Małecki po śmierci zrobił sobie sesję zdjęciową. W sumie, wobec tego, że zginął rozerwany na dwie części, trzy metry ode mnie, to nic nadzwyczajnego.

Inspektor Ruta, słuchając lekarza, rytmicznie stukał skuwką pamiątkowego Parkera w zasłany papierami blat biurka. W pokoju obok jakiś dobrodziej włączył radio. Grał zespół SBB i Józef Skrzek właśnie śpiewał: „naprawdę nie ma nic nadzwyczajnego, w spożywaniu owoców, ani w nich samych...”

- A w spożywaniu niemowląt? – warknął Ruta i wstał od stołu.

„... ojca wypuszczającego strzałę w stronę syna...” – zawodził Skrzek.

                   



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz