Przypominam dwa teksty. Pierwszy mojego autorstwa, drugi mojego przyjaciela "Igły"
Dzisiaj, gdy dyskusja o Powstaniu Warszawskim moderowana jest w takt wpisu na twitterze ministra Sikorskiego, nie pozostaje nic innego niż przypomnienie słów Józefa Piłsudskiego:
"Chcę zwyciężyć, a bez walki na ostre, jestem nie zapaśnikiem nawet, ale wprost bydlęciem, okładanym kijem czy nahajką"
Powstanie Warszawskie - Historia ma to do siebie, że nie sposób jej zmienić. Nikt dzisiaj, pierwszego sierpnia 2011 roku, nie zatrzyma jego wybuchu, nikt nie dostarczy powstańcom broni i amunicji. Dzisiaj możemy jedynie powiedzieć - Chwała bohaterom!
Możemy też wylać na nich żółć własnej bezradności, zastanawiając się przy okazji, czy potrafilibyśmy walczyć tak jak Tamci/Umarli/Zabici?
To, że każdy z dzisiaj piszących o Powstaniu byłby lepszym strategiem, nie wątpię, sądząc z tekstów corocznie publikowanych z okazji godziny "W" Za kilkanaście lat jakiś przyszły Sikorszczak tego świata, całkiem poważnie zapyta na twitterze:
- A nie łatwiej by było wysłać hasło "Burza" esemesem?
Jarecki - 1944 - POWRÓT WOJOWNIKÓW
Cieszę się z tego Mitu, z tej najnowszej, ciągle rosnącej i piękniejącej opowieści o Powstaniu Warszawskim, ponieważ odkąd wytknęliśmy wszystkie błędy przywódców, odkąd opłakaliśmy utratę Stolicy, wreszcie możemy się cieszyć czystą, radykalną, fascynującą opowieścią o bohaterskiej walce.
Bo nie ma nic piękniejszego niż walka o wolność i honor, jeśli najpierw zrozumie się i przetrawi cały brud, poniżenie ludzi będących naszymi siostrami i braćmi przecież, głupotę i fanfaronadę dowództwa. Jeśli przetrawi się gwałt, krew niewinnych i zagładę rodzinnego domu, można wstać wreszcie od stołu płaczek i wobec tamtego czasu być czysty jak ostrze noża.
To się udało dopiero w ostatnich latach. Jakimś cudem, z pomocą niskich i wysokich sfer sztuki i popkultury, nawet z pomocą internetu dzięki któremu możemy rozmawiać czasem o sprawach ważnych... W sumie diabli wiedzą jak? - Opowieść o Powstaniu nabrała impetu.
Dzisiaj ataki różnych mądrali trafiają w pustkę. Co z tego, jakie mam zdanie o wydarzeniu historycznym jako takim? To się zdarzyło i choćbyśmy nie wiem jak się natężali nie wrócimy czasu do trzydziestego pierwszego lipca 1944 roku.
Z krwi i swądu masakrowanego miasta narodził się wojowniczy mit. Mit, którego wartość jest nie do przecenienia.
Przychodzi jakaś lewiźniana Buka i buczy, że bracia Czesi mają taką piękną Pragę, że takie maleńkie cudowne kamienice a my zapłaciwszy krwią zyskaliśmy odrażającą stalinowską architekturę. No i dobrze, ale nawet najpiękniejsze kamienice diabli w końcu wezmą, a Mit Powstania zostanie.
Mało, że zostanie to ma wszelkie szanse by rosnąć i potężnieć.
Narody nie rosną wraz z indeksami giełdowymi, nawet jeśli bardzo byśmy tego łaknęli i każdy ma swój limit klęsk i zwycięstw. Na wykresie czasu tak czy tak wszystko zmierza do równowagi.
Historia nie skończyła się na życzenie pana Fukuyamy.
Ktoś wierzy w tysiącletnią UE, że spytam?
Być może wkrótce zadowoleni z siebie dzisiejsi pragmatycy będą zmuszeni tarzać się we krwi a my będziemy ich pouczali o bezwzględności sił miotających ludzkim przeznaczeniem.
Obalacze mitów sądzą naiwnie, że są bardzo oryginalni a przecież Trybuna Ludu dawno już o tym pisała.
Przyłażą do mnie do domu za pośrednictwem internetu i niczym Świadkowie Jehowy chcą mnie zbawiać jakimiś swoimi bajdołami, podczas gdy mam własny, potoczyście opowiedziany Mit, z którego jestem bardzo zadowolony.
W tym Micie mieści się moja babcia, która w Powstaniu była do samego końca, opiekując się moim ojcem, który był synkiem 11 letnim. W tym Micie jest i kuchnia polowa, którą prowadziła, gdzie jeńcy Niemiaszki obierali ziemniaki.
Są piwnice wypełnione rykiem bombardowań. Jest strach i rajdy po zbombardowanych ogródkach w poszukiwaniu jedzenia. Jest mój pradziadek, babci ojciec i męska podpora w czasie, gdy jej mąż gnił w niemieckim stalagu, który w wieku 71 lat zginął w walce a właściwie to żył jeszcze dwa tygodnie po tym jak wybuch pozbawił go nóg. W tym Micie są też niemieccy sanitariusze, którzy wynieśli go z pola walki i dali mu dwutygodniową szansę walki o życie w szpitalu na terenie domu wariatów w Tworkach.
W tym micie są i poprzedni pensjonariusze tego domu zamordowani przez ich bezwzględnych braci. Wszystko tam jest!
Mieszkanie, dom rodzinny spalony, zburzony, zmarnowany!
Przedwojenne zdjęcia w moim albumie są doskonale zaznaczone ranami ponieważ były przez znajomych, którzy zostali w Polsce wyciągane spod gruzów.
I to jest mój Mit. A tutaj przychodzi do mnie jakiś bladziak, jakaś parszywa Buka i proponuje mi wymianę. Na co mam się wymienić?
Nie oddam swojego Mitu za jakieś lewiźniane barachło, bo wiadomo, że narodowa mitologia nie znosi próżni. Co mam w zamian do wyboru?
1989 i dogadówkę z przestępcami oraz ubeckimi katami? W zamian za mój Mit? Może jeszcze mi Balcerowicza jeden z drugim zaproponuje albo innego Wałęsę.
Nie ma głupich!
Jest jeszcze taka kwestia, kwestia znacznie poważniejsza niż moja prywatna złość skierowana wobec durniów komentujących Mit. Spójrzmy na Powstanie Styczniowe.
To dopiero była fatalna impreza!
Patrząc na nie z perspektywy czasu wydaje się to Powstanie jakimś chorym, gigantycznym marnotrawstwem. Cała szkoła historyczna na jego krytyce wyrosła, ale powstaje pytanie, czy Polska odzyskałaby niepodległość w 1918 bez tamtego przegranego zrywu?
Piłsudski w swoich znakomitych literacko wykładach o Powstaniu Styczniowym, stawia tezę, że byłoby z tym kiepsko. Tamto powstanie było przeszacowaną zbrojną ruchawką, nad którą jej wodzowie wkrótce stracili kontrolę, ale powstał Mit, który „napędził” kolejne pokolenia. Bez 1863 na czymże by się wsparli konspiratorzy z początku XX wieku?
Na Powstaniu Listopadowym? Za dużo pokoleń odeszło w międzyczasie.
Musi być łączność w żywej historii, w historii opowiadanej w domach. W czynach ojców i dziadków. Bez tego nic!
Czy Mit Powstania Warszawskiego pomógł nam przetrwać czasy komunistycznego zaboru?
Nawet nie zdajemy sobie jeszcze do końca sprawy jak bardzo.
Tyle tylko, że przez lata ważyliśmy na szali straty i korzyści, a te korzyści były tylko moralne i ideowe, co przyznam nie wygląda dobrze w kontrze do dramatu, śmierci i materialnej hekatomby miasta.
Dlatego cieszę się, że wreszcie ten wielki Mit walki zaczyna przynosić owoce.
Że opowieść o powikłanej historycznie pięknej klęsce zamienia się na naszych oczach w opowieść heroiczną. I ta opowieść, ten stary a przecież zupełnie nowy Mit dopiero przyniesie owoce.
Chwała bohaterom!
Trzymajmy za nich kciuki, bo w końcu wezmą skuteczny rewanż, niekoniecznie wśród dymu i ołowianej zawiei, choć i takiego scenariusza nie da się wykluczyć.
Martwi bohaterowie nie przemówią do skupionych nad wagą, oglądających plomby na odważnikach czynów, sklepikarzy historycznej pamięci.
Niech wreszcie jeden z drugim zrozumie, że nie ma do czynienia z jakąś wydumaną Arkadią.
Tu jest i będzie Polska!
IGŁA - TRAMWAJEM JADĘ NA WOJNĘ
Tramwajem jadę na wojnę
z pętli Górczewską jadę. Przejeżdżam obok wolskiej reduty Generała Sowińskiego a potem obok Cmentarza Bohaterów Warszawy.
Moje myśli są moja modlitwą.
Bo tej reduty bronił żołnierz, zawodowiec, który przybity bagnetami Moskali do armaty, tak już pozostał w mojej pamięci, a jego autograf mam codzień przed oczami. On swojej przysięgi dotrzymał, placówki powierzonej nie opuścił, inwalida bez nogi, którą podczas szturmu Smoleńska w 1812r stracił. Ale jego ofiara nie poszła na marne. Dowódcy resztę wojsk z Warszawy wyprowadzili, do rzezi miasta nie dopuścili, znali swoje miejsce i czuli odpowiedzialność. Choć Powstanie (Listopadowe) przegrane już było.
Mam Visa w kieszeni, grubymi słowy strzelać będę, bo to osobisty tekst jest.
Tak, to osobisty tekst jest, bo to jedyne święto, które obchodzę, które mnie wzrusza i porusza. Jedyne, kiedy ja stary chłop płaczę.
Bo w te święto jestem na Wojskowych Powązkach, tam płaczę. Bo w te święto niosłem dzieci na karku, jak były małe, coby pod pomnikiem Zgrupowania Kampinos i na grobie Rudego świeczkę zapaliły. Bo w te święto ( i nie tylko) słuchały opowieści, jak ich babka, jako mała dziewczynka, wisząc na płocie obserwowała, jak niemieckim kurwom leśni ( kampinoska wioska) głowy na pałę golili, za co pół wsi żandarmi spalili.
Drugi raz.
Pierwszy raz wieś paliła się we Wrześniu. Słuchają opowieści, jak ich cioteczna babka, 17letnia, ostatni list z Pawiaka przysłała, za ulotki wzięta, a mogiła jej nieznana do tej pory jest. Słuchają o kuzynie, który ze Zgrupowaniem Stołpeckim “Doliny” spod Naliboków, kilkaset kilometrów miedzy frontami się przedzierał, po to aby w masakrze, podczas szturmu lotniska na Bielanach zginąć. Słuchają o Wujku, który do Powstania poszedł w Zgrupowaniu Kampinos i ranny w nocnej bitwie z pociągiem pancernym został, na który to, zdrajca cały oddział wyprowadził. I wtedy trzeci raz ta kampinoska wioska się spaliła. Słuchają opowieści, jak ich prababka, żeby dzieci wykarmić, uciekając przed żandarmami, spod Zakroczymia, gdzie granica GG była, do Warszawy na plecach pół świniaka przyniosła na piechotę, 40 kilometrów. Słuchają jak ich dziadek 3 lata w Prusach na roboty wywieziony tyrał. A jego ciotka, dziś 102 ( 103 teraz ) lata mająca razem z nim. I na bosaka w marcu ’45r do Warszawy wróciła. A minister Parys kazał jej świadków niewolniczej męki przedstawić.
Mimo że dokumenty miała, żeby jej 800 zl z niemieckiej łaski wypłacić. O drugim dziadku, który jako 14latek nie miał siły taczki przy kopaniu okopów dźwignąć, za co bykowcem był bity i o pradziadku, który najpierw z niemieckiego transportu uciekł a potem z sowieckiego. I o 2 babce, której kulturalny oficer z Hamburga, na kwaterze stojący od paru miesięcy, lalkę z rąk wyrwał, żeby swojej córce na gwiazdkę wysłać.
Mama wtedy na szkarlatynę chora, wahała się pomiędzy życiem i śmiercią, 10 lat miała ( mam nadzieję, że się spopieliła, ta lalka razem z cała tą szwabską rodziną, podczas alianckich nalotów). Ja tego szkopom nie daruję.Do końca moich dni. A to zwykłe rodziny były, wcale nie jakieś bohaterskie.
Ale czy moje dzieci i ich pokolenie też? One pokoju chcą i Europy.
Nie wojny.
I słuchać już nie za bardzo tych wspominek
Ale, jak jadę wzdłuż cmentarzy wolskich, to mi się dzwon Monter, z Parku Wolności odzywa i w uszach dzwoni. Fałszywie.(?)
Bo gen. Sowiński swoje życie na szali kładł i żołnierzów powierzonych, a nie całego bezbronnego, umęczonego miasta. Bo w Parku Wolności na marmurowej ścianie, kilka tysięcy nazwisk widnieje, a na Woli 50 tys. ludzi tylko w trzy dni wymordowano i spalono miotaczami (ognia) na podwórkach i w piwnicach. Ino popiół po nich pozostał. Potem dołączyło do nich kolejnych 150 tys Warszawiaków. Ale Monter i Bór, nie.
Bo on miał wszystkie dane wywiadu Armii Krajowej na stole. On i Bór-Komorowski, kawalerzysta. Co w przedwojennej armii szyderą było.
Być kawalerzystą.
Bo oni doskonale wiedzieli, czym skończyło się powstanie w ramach planu Burza we Wilnie i we Lwowie. Doskonale wiedzieli jaką cenę zapłaciła Sowietom i Niemcom 27 Wołyńska Dywizja AK, w lutym ’44 roku.
Oni to wiedzieli, bo wywiad Armii Krajowej, tak jak i teraz ( polski ) był najlepszy na świcie. Ale to oni karmili młodzież kłamstwami, że polskie dywizjony RAF wylądują na polowych lotniskach w Kampinosie, to oni myśleli, że Brygada Spadochronowa Sosabowskiego spadnie z nieba na pomoc Warszawie. To oni na kilka tygodni przed godziną “W” opróżnili magazyny (z) broni, wysyłając ją na wschód.
Młodzieży nie wysłali. Dlaczego?
Długo o tym rozmawiałem z szefem sztabu Okręgu Warszawskiego AK, Czyli PW. Dożywał swoich dni w moim rodzinnym miasteczku, po dziesięcioleciach emigracji.
Major dyplomowany Stanisław Weber – Chirurg.
Kończył rozmowę pytaniem – czy nie zginąłbyś za dom, za matkę, za Ojczyznę?
Pewnie, że tak, ale nie w beznadziei.
To fataliści byli, nie stratedzy.
Zabili Stolicę.
Zabili Pokolenie, które miało objąć w Polsce władzę.
Otworzyli wrota komunie, a jej władza co najmniej, 10 lat dłużej, dzięki temu trwała.
Pozbawili Polskę jednej z 4 stolic.
Bo 4 były polskie stolice. LWÓW i WILNO sprzedali alianci Stalinowi w Teheranie. Polski wywiad to wiedział, Warszawę oddaliśmy sami na żer niemieckim i sowieckim sępom. Został tylko Kraków. Dlatego jest taki magiczny.
Czy Warszawa – obecnie miasto wyścigu szczurów, gierkowskich blokowisk i psich kup rozmazanych po trawnikach, jest ostoją polskiego ducha i magicznym miejscem, stolicą?
Śmiem wątpić.
Chwała Powstańcom Warszawy.
Oby nigdy więcej takiej ofiary.
P.S. Dwa ( trzy) lata temu gościliśmy w domu Powstańca. Walczył najpierw na Mokotowie a potem na Czerniakowie.
Na pożegnanie tak nam powiedział – we wrześniu przyszły nam na pomoc oddziały Zgrupowania Radosław, resztki Zośki, Parasola, Pięści, Czaty49 ze Starego Miasta.
- Panie, jakie tam piękne dziewczyny były, jacy oni uzbrojeni, pełne mundury ze Stawek mieli. Po kilku dniach my i ludność baliśmy się ich bardziej od Niemców. Taki mógł zastrzelić człowieka i nawet nie splunął. Wojna z nich zwierzęta zrobiła. Nie wierz pan tym łzawym opowieściom o wspaniałej młodzieży. Nie warto.
Tak. Żadnych powstań więcej, z romantyczną młodzieżą przeciw czołgom. I ginącymi, bezbronnymi cywilami w piwnicach.
Nigdy.
...................................................................................
Jednak zmienię/dopiszę
Dla takiej jednej pani z Ochoty, co lubi stare podwórka.
Jest taka miejscowość pod Warszawą – Michałowice, na trasie kolejki WKD
W trzecim dniu Powstania, z braku szans na powodzenie, dowództwo Ochoty postanowiło, że uzbrojeni powstańcy przedrą się do Śródmieścia, reszta, bez broni przedrze się do lasów skierniewickich, do mobilizujących się oddziałów AK
To byli chłopcy i dziewczęta z Parasola
Postanowili jechać kolejką WKD
Wysiedli w Regułach, miejscowa placówka AK ich ostrzegła, że szkopy szykują zasadzkę.
Uderzyli w kierunku Michałowic.
Praktycznie bezbronni.
Większość poległa w ogniu karabinów maszynowych.
Kilkudziesięciu wzięli do niewoli
Mniejszość się przebiła
Ci wzięci do niewoli zostali zamordowani w majątku Michałowice
Tam leżą.
Młodzi.
Jeden ocalał, ukryty w piecu chlebowym.
I opowiedział.
Stąd wiem.
I nie zapomnę.
I nie daruję.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igła pisze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Igła pisze. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
środa, 1 czerwca 2011
Igła pisze: Bo to jest, kurwa, o zabijaniu
Kiedy wojsko idzie na wojnę, to co ma robić?
Niszczyć wroga.
Czyli, zabijać.
Kiedy bloger, (hehe) dziennikarz pisze tekst, to co ma osiągnąć?
Przyciągnąć czytelnika.
Czyli, przekonać.
Tak, czy inaczej idzie się na wojnę.
I nie jest to barachło reprezentowane przez posła Nowaka albo przewodniczącego Napieralskiego, marszałka Niesiołowskiego - cymbałów trzech.
Albo celebrytę, ministra Sikorskiego.
Ten wojenne doświadczenie z Afganistanu, z młodości, zamienił na tvn pitu,pitu z Moniczką Olejnikową.
Wchodzi się w wojenny kocioł.
Blogerstwo, to jest cybernetyczna gra(i nic więcej).
To wiem.
Na pewno.
Można w niej stracić nazwisko, można dostać w mordę.
Dosłownie i w przenośni.
Można mieć zainfekowany komputer, zaatakowany przez /obcych/- do wyrzucenia.
Można się zniechęcić, można mieć drugie /życie/ vel nicka. ( dla starego blogerstwa i szpiegów do rozszyfrowania w 3 minuty)
Można stracić przyjaciół i motywacje.
Tylko, że to pieszczoty są, dostępne dla TT(twiterowego) towarzystwa alb tych co biorą bełkot Salonu24 lub linkowanych, gazetowych celebrytów/dziennikarzy za rzeczywistość i wskazówki do postępowania.
Śmiech.
Zupełnie czym innym jest pojechać na prawdziwą wojnę!!
Na rozkaz polityków.
W imię Polski
Choćby do Afganistanu.
Czym innym jest rozrabiactwo w blogosferze.
Czym innym jest, będąc pod ostrzałem, z ryzykiem śmierci na polu walki, podejmować decyzje.
A nie, je komentować.
Wojna to jest chaos z zagrożeniem śmiercią, tuż za pazuchą.
Najczęściej nad tym chaosem nie da się racjonalnie zapanować. (dla zainteresowanych,proszę wniknąć w - teorię chaosu)
Trzeba podejmować decyzje i wykonywać rozkazy jednocześnie, widząc jak dokoła padają zabici i ranni.
Towarzysze.
Więc, podsumowując, wolałbym aby aby od oceny zachowań naszych żołnierzy na polu walki, wysłanych tam, przez politycznych pajaców różnych maści, odpierdolili się przynajmniej dziennikarscy celebryci vel bandyci ( i ich pogodynki).
Rzeczpospolita wysłała ich na front, ma ich tam chronić i wyposażać w nowoczesne środki walki, i jednocześnie wziąć odpowiedzialność za ich błędy oraz zadośćuczynić pokrzywdzonym.
Bo Rzeczpospolita to nasz wspólny interes.
Niszczyć wroga.
Czyli, zabijać.
Kiedy bloger, (hehe) dziennikarz pisze tekst, to co ma osiągnąć?
Przyciągnąć czytelnika.
Czyli, przekonać.
Tak, czy inaczej idzie się na wojnę.
I nie jest to barachło reprezentowane przez posła Nowaka albo przewodniczącego Napieralskiego, marszałka Niesiołowskiego - cymbałów trzech.
Albo celebrytę, ministra Sikorskiego.
Ten wojenne doświadczenie z Afganistanu, z młodości, zamienił na tvn pitu,pitu z Moniczką Olejnikową.
Wchodzi się w wojenny kocioł.
Blogerstwo, to jest cybernetyczna gra(i nic więcej).
To wiem.
Na pewno.
Można w niej stracić nazwisko, można dostać w mordę.
Dosłownie i w przenośni.
Można mieć zainfekowany komputer, zaatakowany przez /obcych/- do wyrzucenia.
Można się zniechęcić, można mieć drugie /życie/ vel nicka. ( dla starego blogerstwa i szpiegów do rozszyfrowania w 3 minuty)
Można stracić przyjaciół i motywacje.
Tylko, że to pieszczoty są, dostępne dla TT(twiterowego) towarzystwa alb tych co biorą bełkot Salonu24 lub linkowanych, gazetowych celebrytów/dziennikarzy za rzeczywistość i wskazówki do postępowania.
Śmiech.
Zupełnie czym innym jest pojechać na prawdziwą wojnę!!
Na rozkaz polityków.
W imię Polski
Choćby do Afganistanu.
Czym innym jest rozrabiactwo w blogosferze.
Czym innym jest, będąc pod ostrzałem, z ryzykiem śmierci na polu walki, podejmować decyzje.
A nie, je komentować.
Wojna to jest chaos z zagrożeniem śmiercią, tuż za pazuchą.
Najczęściej nad tym chaosem nie da się racjonalnie zapanować. (dla zainteresowanych,proszę wniknąć w - teorię chaosu)
Trzeba podejmować decyzje i wykonywać rozkazy jednocześnie, widząc jak dokoła padają zabici i ranni.
Towarzysze.
Więc, podsumowując, wolałbym aby aby od oceny zachowań naszych żołnierzy na polu walki, wysłanych tam, przez politycznych pajaców różnych maści, odpierdolili się przynajmniej dziennikarscy celebryci vel bandyci ( i ich pogodynki).
Rzeczpospolita wysłała ich na front, ma ich tam chronić i wyposażać w nowoczesne środki walki, i jednocześnie wziąć odpowiedzialność za ich błędy oraz zadośćuczynić pokrzywdzonym.
Bo Rzeczpospolita to nasz wspólny interes.
niedziela, 12 września 2010
Długi weekend czyli Małachowo Złych Miejsc
Ach, poszedłem dzisiaj z małym synkiem na spacer. Przez skoszoną, pachnącą wyschniętym sianem łąkę do najbliższego lasku. Po łące chłop uganiał małym czerwonym traktorem i rozrzucał siano by szybciej mu schło. Ptaszęta śpiewały, linie wysokiego napięcia buczały po swojemu a powietrze stało i chyba dumało nad brakiem choć jednej chmury na niebie błękitnym. Taka tam niedzielna igraszka. W zasadzie to nie ma o czym pisać.
Wróciliśmy, zjedliśmy obiad i usiadłem do komputera, ale zamiast pisać, zacząłem czytać, a gdy popełnię taki błąd opuszcza mnie chęć do pisania, a już szczególnie do pisania o polityce. Na dodatek nieopatrznie popatrzyłem w telewizor i dowiedziałem się, że dzisiaj w Opolu nasi świetni artyści będą dzisiaj śpiewali piosenki z Kabaretu Starszych Panów.
Że też kary na tą łobuzerię nie ma!
Wczoraj o 17 byłem na meczu mojej ulubionej Polonii Golina ze Zjednoczonymi Rychwał czyli po innemu z Rychwal United. Wygraliśmy na skutek słabej skuteczności tylko 7 – 2 a tak się przed sezonem z kibicami martwiliśmy, czy też damy sobie radę w tej okręgówce jako skromny beniaminek, a tu po pięciu kolejkach jesteśmy bez porażki i mamy dziewiętnaście strzelonych goli.
Na ten mecz to ledwie zdążyłem bo pół godziny wcześniej żegnałem pewnego groźnego blogera, którego nicka nie wolno wymieniać w Salonie24 a który na liście osób niepożądanych jest jako jedyny oznaczony cudną etykietą „osoba zawsze blokowana”
Osoba przesiedziała dwa dni u Jareckich i sporośmy wypili, nagadali, nałazili. W sobotę wybraliśmy się od rana z Krzysiem i Algą do Gniezna. Pozwiedzać.
Gniezno jak to Gniezno, kolebka, że się tak wyrażę. Katedra, małe ale ciekawe Muzeum Archidiecezjalne i beznadziejne państwowe „Początków Państwa Polskiego” Ktoś tam wykombinował zwiedzanie w formie prezentacji multimedialnej, chaotycznej i pozostawiającej ogromny niedosyt. Za to w restauracji z „osobą zawsze blokowaną” której nicka ze strachu przed represjami nie wymienię w pewnym sensie wzięliśmy udział w akcji „czytania obciachowych gazet” publicznie czytając ( każdy swój egzemplarz ) „Rzeczpospolitą”
Jadąc do i z Gniezna przez Witkowo widzieliśmy tablicę z nazwą wsi, która to nazwa nami wstrząsnęła. Pomiędzy Niechanowem a Małachowem jest Małachowo Złych Miejsc!
Przyznacie chyba, że to cudna nazwa! Na dodatek zanim zasiadłem do pisania poszukałem w internecie informacji o miejscu nazwanym tak osobliwie. Teraz żałuję, że nie zatrzymaliśmy się w Małachowie Złych Miejsc. Kto ciekawy niech sobie poszuka.
Wróciliśmy, zjedliśmy obiad i usiadłem do komputera, ale zamiast pisać, zacząłem czytać, a gdy popełnię taki błąd opuszcza mnie chęć do pisania, a już szczególnie do pisania o polityce. Na dodatek nieopatrznie popatrzyłem w telewizor i dowiedziałem się, że dzisiaj w Opolu nasi świetni artyści będą dzisiaj śpiewali piosenki z Kabaretu Starszych Panów.
Że też kary na tą łobuzerię nie ma!
Wczoraj o 17 byłem na meczu mojej ulubionej Polonii Golina ze Zjednoczonymi Rychwał czyli po innemu z Rychwal United. Wygraliśmy na skutek słabej skuteczności tylko 7 – 2 a tak się przed sezonem z kibicami martwiliśmy, czy też damy sobie radę w tej okręgówce jako skromny beniaminek, a tu po pięciu kolejkach jesteśmy bez porażki i mamy dziewiętnaście strzelonych goli.
Na ten mecz to ledwie zdążyłem bo pół godziny wcześniej żegnałem pewnego groźnego blogera, którego nicka nie wolno wymieniać w Salonie24 a który na liście osób niepożądanych jest jako jedyny oznaczony cudną etykietą „osoba zawsze blokowana”
Osoba przesiedziała dwa dni u Jareckich i sporośmy wypili, nagadali, nałazili. W sobotę wybraliśmy się od rana z Krzysiem i Algą do Gniezna. Pozwiedzać.
Gniezno jak to Gniezno, kolebka, że się tak wyrażę. Katedra, małe ale ciekawe Muzeum Archidiecezjalne i beznadziejne państwowe „Początków Państwa Polskiego” Ktoś tam wykombinował zwiedzanie w formie prezentacji multimedialnej, chaotycznej i pozostawiającej ogromny niedosyt. Za to w restauracji z „osobą zawsze blokowaną” której nicka ze strachu przed represjami nie wymienię w pewnym sensie wzięliśmy udział w akcji „czytania obciachowych gazet” publicznie czytając ( każdy swój egzemplarz ) „Rzeczpospolitą”
Jadąc do i z Gniezna przez Witkowo widzieliśmy tablicę z nazwą wsi, która to nazwa nami wstrząsnęła. Pomiędzy Niechanowem a Małachowem jest Małachowo Złych Miejsc!
Przyznacie chyba, że to cudna nazwa! Na dodatek zanim zasiadłem do pisania poszukałem w internecie informacji o miejscu nazwanym tak osobliwie. Teraz żałuję, że nie zatrzymaliśmy się w Małachowie Złych Miejsc. Kto ciekawy niech sobie poszuka.
środa, 28 lipca 2010
IGŁA "Tramwajem jadę na wojnę"
Zaczyna się tutaj wielka, coroczna gaduła o Powstaniu Warszawskim. Korzystając z tego, że wielebny Igła jest poza netem wklejam jego tekst. Zresztą mam jego zgodę a poza tym może mi skoczyć, jeśli napiszę, że w necie nie czytałem lepszego tekstu.
Wiem, że "Igła" jest tu zbanowany na wieczność, ale sorry, zbanujcie i mnie na wieczność. Słodki Igiełka pisze...
Igła " Tramwajem jadę na wojnę"
Tramwajem jadę na wojnę
z pętli Górczewską jadę. Przejeżdżam obok wolskiej reduty Generała Sowińskiego a potem obok Cmentarza Bohaterów Warszawy.
Moje myśli są moja modlitwą.
Bo tej reduty bronił żołnierz, zawodowiec, który przybity bagnetami Moskali do armaty, tak już pozostał w mojej pamięci, a jego autograf mam codzień przed oczami. On swojej przysięgi dotrzymał, placówki powierzonej nie opuścił, inwalida bez nogi, którą podczas szturmu Smoleńska w 1812r stracił. Ale jego ofiara nie poszła na marne. Dowódcy resztę wojsk z Warszawy wyprowadzili, do rzezi miasta nie dopuścili, znali swoje miejsce i czuli odpowiedzialność. Choć Powstanie (Listopadowe) przegrane już było.
Mam Visa w kieszeni, grubymi słowy strzelać będę, bo to osobisty tekst jest.
Tak, to osobisty tekst jest, bo to jedyne święto, które obchodzę, które mnie wzrusza i porusza. Jedyne, kiedy ja stary chłop płaczę.
Bo w te święto jestem na Wojskowych Powązkach, tam płaczę. Bo w te święto niosłem dzieci na karku, jak były małe, coby pod pomnikiem Zgrupowania Kampinos i na grobie Rudego świeczkę zapaliły. Bo w te święto ( i nie tylko) słuchały opowieści, jak ich babka, jako mała dziewczynka, wisząc na płocie obserwowała, jak niemieckim kurwom leśni ( kampinoska wioska) głowy na pałę golili, za co pół wsi żandarmi spalili.
Drugi raz.
Pierwszy raz wieś paliła się we Wrześniu. Słuchają opowieści, jak ich cioteczna babka, 17letnia, ostatni list z Pawiaka przysłała, za ulotki wzięta, a mogiła jej nieznana do tej pory jest. Słuchają o kuzynie, który ze Zgrupowaniem Stołpeckim “Doliny” spod Naliboków, kilkaset kilometrów miedzy frontami się przedzierał, po to aby w masakrze, podczas szturmu lotniska na Bielanach zginąć. Słuchają o Wujku, który do Powstania poszedł w Zgrupowaniu Kampinos i ranny w nocnej bitwie z pociągiem pancernym został, na który to, zdrajca cały oddział wyprowadził. I wtedy trzeci raz ta kampinoska wioska się spaliła. Słuchają opowieści, jak ich prababka, żeby dzieci wykarmić, uciekając przed żandarmami, spod Zakroczymia, gdzie granica GG była, do Warszawy na plecach pół świniaka przyniosła na piechotę, 40 kilometrów. Słuchają jak ich dziadek 3 lata w Prusach na roboty wywieziony tyrał. A jego ciotka, dziś 102 ( 103 teraz ) lata mająca razem z nim. I na bosaka w marcu ’45r do Warszawy wróciła. A minister Parys kazał jej świadków niewolniczej męki przedstawić.
Mimo że dokumenty miała, żeby jej 800 zl z niemieckiej łaski wypłacić. O drugim dziadku, który jako 14latek nie miał siły taczki przy kopaniu okopów dźwignąć, za co bykowcem był bity i o pradziadku, który najpierw z niemieckiego transportu uciekł a potem z sowieckiego. I o 2 babce, której kulturalny oficer z Hamburga, na kwaterze stojący od paru miesięcy, lalkę z rąk wyrwał, żeby swojej córce na gwiazdkę wysłać.
Mama wtedy na szkarlatynę chora, wahała się pomiędzy życiem i śmiercią, 10 lat miała ( mam nadzieję, że się spopieliła, ta lalka razem z cała tą szwabską rodziną, podczas alianckich nalotów). Ja tego szkopom nie daruję.Do końca moich dni. A to zwykłe rodziny były, wcale nie jakieś bohaterskie.
Ale czy moje dzieci i ich pokolenie też? One pokoju chcą i Europy.
Nie wojny.
I słuchać już nie za bardzo tych wspominek
Ale, jak jadę wzdłuż cmentarzy wolskich, to mi się dzwon Monter, z Parku Wolności odzywa i w uszach dzwoni. Fałszywie.(?)
Bo gen. Sowiński swoje życie na szali kładł i żołnierzów powierzonych, a nie całego bezbronnego, umęczonego miasta. Bo w Parku Wolności na marmurowej ścianie, kilka tysięcy nazwisk widnieje, a na Woli 50 tys. ludzi tylko w trzy dni wymordowano i spalono miotaczami (ognia) na podwórkach i w piwnicach. Ino popiół po nich pozostał. Potem dołączyło do nich kolejnych 150 tys Warszawiaków. Ale Monter i Bór, nie.
Bo on miał wszystkie dane wywiadu Armii Krajowej na stole. On i Bór-Komorowski, kawalerzysta. Co w przedwojennej armii szyderą było.
Być kawalerzystą.
Bo oni doskonale wiedzieli, czym skończyło się powstanie w ramach planu Burza we Wilnie i we Lwowie. Doskonale wiedzieli jaką cenę zapłaciła Sowietom i Niemcom 27 Wołyńska Dywizja AK, w lutym ’44 roku.
Oni to wiedzieli, bo wywiad Armii Krajowej, tak jak i teraz ( polski ) był najlepszy na świcie. Ale to oni karmili młodzież kłamstwami, że polskie dywizjony RAF wylądują na polowych lotniskach w Kampinosie, to oni myśleli, że Brygada Spadochronowa Sosabowskiego spadnie z nieba na pomoc Warszawie. To oni na kilka tygodni przed godziną “W” opróżnili magazyny (z) broni, wysyłając ją na wschód.
Młodzieży nie wysłali. Dlaczego?
Długo o tym rozmawiałem z szefem sztabu Okręgu Warszawskiego AK, Czyli PW. Dożywał swoich dni w moim rodzinnym miasteczku, po dziesięcioleciach emigracji.
Major dyplomowany Stanisław Weber – Chirurg.
Kończył rozmowę pytaniem – czy nie zginąłbyś za dom, za matkę, za Ojczyznę?
Pewnie, że tak, ale nie w beznadziei.
To fataliści byli, nie stratedzy.
Zabili Stolicę.
Zabili Pokolenie, które miało objąć w Polsce władzę.
Otworzyli wrota komunie, a jej władza co najmniej, 10 lat dłużej, dzięki temu trwała.
Pozbawili Polskę jednej z 4 stolic.
Bo 4 były polskie stolice. LWÓW i WILNO sprzedali alianci Stalinowi w Teheranie. Polski wywiad to wiedział, Warszawę oddaliśmy sami na żer niemieckim i sowieckim sępom. Został tylko Kraków. Dlatego jest taki magiczny.
Czy Warszawa – obecnie miasto wyścigu szczurów, gierkowskich blokowisk i psich kup rozmazanych po trawnikach, jest ostoją polskiego ducha i magicznym miejscem, stolicą?
Śmiem wątpić.
Chwała Powstańcom Warszawy.
Oby nigdy więcej takiej ofiary.
P.S. Dwa ( trzy) lata temu gościliśmy w domu Powstańca. Walczył najpierw na Mokotowie a potem na Czerniakowie.
Na pożegnanie tak nam powiedział – we wrześniu przyszły nam na pomoc oddziały Zgrupowania Radosław, resztki Zośki, Parasola, Pięści, Czaty49 ze Starego Miasta.
- Panie, jakie tam piękne dziewczyny były, jacy oni uzbrojeni, pełne mundury ze Stawek mieli. Po kilku dniach my i ludność baliśmy się ich bardziej od Niemców. Taki mógł zastrzelić człowieka i nawet nie splunął. Wojna z nich zwierzęta zrobiła. Nie wierz pan tym łzawym opowieściom o wspaniałej młodzieży. Nie warto.
Tak. Żadnych powstań więcej, z romantyczną młodzieżą przeciw czołgom. I ginącymi, bezbronnymi cywilami w piwnicach.
Nigdy.
...................................................................................
Jednak zmienię/dopiszę
Dla takiej jednej pani z Ochoty, co lubi stare podwórka.
Jest taka miejscowość pod Warszawą – Michałowice, na trasie kolejki WKD
W trzecim dniu Powstania, z braku szans na powodzenie, dowództwo Ochoty postanowiło, że uzbrojeni powstańcy przedrą się do Śródmieścia, reszta, bez broni przedrze się do lasów skierniewickich, do mobilizujących się oddziałów AK
To byli chłopcy i dziewczęta z Parasola
Postanowili jechać kolejką WKD
Wysiedli w Regułach, miejscowa placówka AK ich ostrzegła, że szkopy szykują zasadzkę.
Uderzyli w kierunku Michałowic.
Praktycznie bezbronni.
Większość poległa w ogniu karabinów maszynowych.
Kilkudziesięciu wzięli do niewoli
Mniejszość się przebiła
Ci wzięci do niewoli zostali zamordowani w majątku Michałowice
Tam leżą.
Młodzi.
Jeden ocalał, ukryty w piecu chlebowym.
I opowiedział.
Stąd wiem.
I nie zapomnę.
I nie daruję.
Wiem, że "Igła" jest tu zbanowany na wieczność, ale sorry, zbanujcie i mnie na wieczność. Słodki Igiełka pisze...
Igła " Tramwajem jadę na wojnę"
Tramwajem jadę na wojnę
z pętli Górczewską jadę. Przejeżdżam obok wolskiej reduty Generała Sowińskiego a potem obok Cmentarza Bohaterów Warszawy.
Moje myśli są moja modlitwą.
Bo tej reduty bronił żołnierz, zawodowiec, który przybity bagnetami Moskali do armaty, tak już pozostał w mojej pamięci, a jego autograf mam codzień przed oczami. On swojej przysięgi dotrzymał, placówki powierzonej nie opuścił, inwalida bez nogi, którą podczas szturmu Smoleńska w 1812r stracił. Ale jego ofiara nie poszła na marne. Dowódcy resztę wojsk z Warszawy wyprowadzili, do rzezi miasta nie dopuścili, znali swoje miejsce i czuli odpowiedzialność. Choć Powstanie (Listopadowe) przegrane już było.
Mam Visa w kieszeni, grubymi słowy strzelać będę, bo to osobisty tekst jest.
Tak, to osobisty tekst jest, bo to jedyne święto, które obchodzę, które mnie wzrusza i porusza. Jedyne, kiedy ja stary chłop płaczę.
Bo w te święto jestem na Wojskowych Powązkach, tam płaczę. Bo w te święto niosłem dzieci na karku, jak były małe, coby pod pomnikiem Zgrupowania Kampinos i na grobie Rudego świeczkę zapaliły. Bo w te święto ( i nie tylko) słuchały opowieści, jak ich babka, jako mała dziewczynka, wisząc na płocie obserwowała, jak niemieckim kurwom leśni ( kampinoska wioska) głowy na pałę golili, za co pół wsi żandarmi spalili.
Drugi raz.
Pierwszy raz wieś paliła się we Wrześniu. Słuchają opowieści, jak ich cioteczna babka, 17letnia, ostatni list z Pawiaka przysłała, za ulotki wzięta, a mogiła jej nieznana do tej pory jest. Słuchają o kuzynie, który ze Zgrupowaniem Stołpeckim “Doliny” spod Naliboków, kilkaset kilometrów miedzy frontami się przedzierał, po to aby w masakrze, podczas szturmu lotniska na Bielanach zginąć. Słuchają o Wujku, który do Powstania poszedł w Zgrupowaniu Kampinos i ranny w nocnej bitwie z pociągiem pancernym został, na który to, zdrajca cały oddział wyprowadził. I wtedy trzeci raz ta kampinoska wioska się spaliła. Słuchają opowieści, jak ich prababka, żeby dzieci wykarmić, uciekając przed żandarmami, spod Zakroczymia, gdzie granica GG była, do Warszawy na plecach pół świniaka przyniosła na piechotę, 40 kilometrów. Słuchają jak ich dziadek 3 lata w Prusach na roboty wywieziony tyrał. A jego ciotka, dziś 102 ( 103 teraz ) lata mająca razem z nim. I na bosaka w marcu ’45r do Warszawy wróciła. A minister Parys kazał jej świadków niewolniczej męki przedstawić.
Mimo że dokumenty miała, żeby jej 800 zl z niemieckiej łaski wypłacić. O drugim dziadku, który jako 14latek nie miał siły taczki przy kopaniu okopów dźwignąć, za co bykowcem był bity i o pradziadku, który najpierw z niemieckiego transportu uciekł a potem z sowieckiego. I o 2 babce, której kulturalny oficer z Hamburga, na kwaterze stojący od paru miesięcy, lalkę z rąk wyrwał, żeby swojej córce na gwiazdkę wysłać.
Mama wtedy na szkarlatynę chora, wahała się pomiędzy życiem i śmiercią, 10 lat miała ( mam nadzieję, że się spopieliła, ta lalka razem z cała tą szwabską rodziną, podczas alianckich nalotów). Ja tego szkopom nie daruję.Do końca moich dni. A to zwykłe rodziny były, wcale nie jakieś bohaterskie.
Ale czy moje dzieci i ich pokolenie też? One pokoju chcą i Europy.
Nie wojny.
I słuchać już nie za bardzo tych wspominek
Ale, jak jadę wzdłuż cmentarzy wolskich, to mi się dzwon Monter, z Parku Wolności odzywa i w uszach dzwoni. Fałszywie.(?)
Bo gen. Sowiński swoje życie na szali kładł i żołnierzów powierzonych, a nie całego bezbronnego, umęczonego miasta. Bo w Parku Wolności na marmurowej ścianie, kilka tysięcy nazwisk widnieje, a na Woli 50 tys. ludzi tylko w trzy dni wymordowano i spalono miotaczami (ognia) na podwórkach i w piwnicach. Ino popiół po nich pozostał. Potem dołączyło do nich kolejnych 150 tys Warszawiaków. Ale Monter i Bór, nie.
Bo on miał wszystkie dane wywiadu Armii Krajowej na stole. On i Bór-Komorowski, kawalerzysta. Co w przedwojennej armii szyderą było.
Być kawalerzystą.
Bo oni doskonale wiedzieli, czym skończyło się powstanie w ramach planu Burza we Wilnie i we Lwowie. Doskonale wiedzieli jaką cenę zapłaciła Sowietom i Niemcom 27 Wołyńska Dywizja AK, w lutym ’44 roku.
Oni to wiedzieli, bo wywiad Armii Krajowej, tak jak i teraz ( polski ) był najlepszy na świcie. Ale to oni karmili młodzież kłamstwami, że polskie dywizjony RAF wylądują na polowych lotniskach w Kampinosie, to oni myśleli, że Brygada Spadochronowa Sosabowskiego spadnie z nieba na pomoc Warszawie. To oni na kilka tygodni przed godziną “W” opróżnili magazyny (z) broni, wysyłając ją na wschód.
Młodzieży nie wysłali. Dlaczego?
Długo o tym rozmawiałem z szefem sztabu Okręgu Warszawskiego AK, Czyli PW. Dożywał swoich dni w moim rodzinnym miasteczku, po dziesięcioleciach emigracji.
Major dyplomowany Stanisław Weber – Chirurg.
Kończył rozmowę pytaniem – czy nie zginąłbyś za dom, za matkę, za Ojczyznę?
Pewnie, że tak, ale nie w beznadziei.
To fataliści byli, nie stratedzy.
Zabili Stolicę.
Zabili Pokolenie, które miało objąć w Polsce władzę.
Otworzyli wrota komunie, a jej władza co najmniej, 10 lat dłużej, dzięki temu trwała.
Pozbawili Polskę jednej z 4 stolic.
Bo 4 były polskie stolice. LWÓW i WILNO sprzedali alianci Stalinowi w Teheranie. Polski wywiad to wiedział, Warszawę oddaliśmy sami na żer niemieckim i sowieckim sępom. Został tylko Kraków. Dlatego jest taki magiczny.
Czy Warszawa – obecnie miasto wyścigu szczurów, gierkowskich blokowisk i psich kup rozmazanych po trawnikach, jest ostoją polskiego ducha i magicznym miejscem, stolicą?
Śmiem wątpić.
Chwała Powstańcom Warszawy.
Oby nigdy więcej takiej ofiary.
P.S. Dwa ( trzy) lata temu gościliśmy w domu Powstańca. Walczył najpierw na Mokotowie a potem na Czerniakowie.
Na pożegnanie tak nam powiedział – we wrześniu przyszły nam na pomoc oddziały Zgrupowania Radosław, resztki Zośki, Parasola, Pięści, Czaty49 ze Starego Miasta.
- Panie, jakie tam piękne dziewczyny były, jacy oni uzbrojeni, pełne mundury ze Stawek mieli. Po kilku dniach my i ludność baliśmy się ich bardziej od Niemców. Taki mógł zastrzelić człowieka i nawet nie splunął. Wojna z nich zwierzęta zrobiła. Nie wierz pan tym łzawym opowieściom o wspaniałej młodzieży. Nie warto.
Tak. Żadnych powstań więcej, z romantyczną młodzieżą przeciw czołgom. I ginącymi, bezbronnymi cywilami w piwnicach.
Nigdy.
...................................................................................
Jednak zmienię/dopiszę
Dla takiej jednej pani z Ochoty, co lubi stare podwórka.
Jest taka miejscowość pod Warszawą – Michałowice, na trasie kolejki WKD
W trzecim dniu Powstania, z braku szans na powodzenie, dowództwo Ochoty postanowiło, że uzbrojeni powstańcy przedrą się do Śródmieścia, reszta, bez broni przedrze się do lasów skierniewickich, do mobilizujących się oddziałów AK
To byli chłopcy i dziewczęta z Parasola
Postanowili jechać kolejką WKD
Wysiedli w Regułach, miejscowa placówka AK ich ostrzegła, że szkopy szykują zasadzkę.
Uderzyli w kierunku Michałowic.
Praktycznie bezbronni.
Większość poległa w ogniu karabinów maszynowych.
Kilkudziesięciu wzięli do niewoli
Mniejszość się przebiła
Ci wzięci do niewoli zostali zamordowani w majątku Michałowice
Tam leżą.
Młodzi.
Jeden ocalał, ukryty w piecu chlebowym.
I opowiedział.
Stąd wiem.
I nie zapomnę.
I nie daruję.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Giełda kandydatów. Znaj proporcje, mocium panie
Wyposzczeni, jakby ich kto ze stu chlewów wywarł rzuciło się towarzystwo blogerskie by działać, zupełnie nie pomne starego powiedzenia, że gdy konie kują, żaba nogi koniecznie podstawiać nie musi.
Nie podoba mi się ta giełda kandydatów na kandydata PiS. Dwa, trzy tygodnie temu to by uszło, ale teraz, gdy decyzja musi być podjęta w ciągu dwóch czy trzech dni, biorąc pod uwagę sytuację lidera tej partii, te rady nie wydają mi się szczególnie stosowne.
Tym bardziej, że przeciwnicy w dziecinnie łatwy sposób kpią z tych pomysłów wysuwając kolejne absurdalne kandydatury ku radości idiotów, jakich zawsze dostatek.
PiS wystawi kandydata, ale co ja, czy inny ancymon piszący w necie ma do tego? Nasz czas nastąpi pięć minut po zgłoszeniu kandydata. Teraz? Po to pisać, że gdyby się sprawdziła prognoza, ogłaszać tryumf swojego „politycznego nosa”? Nie, moi kochani - po to by się nadymać, że Jarosław mnie posłuchał - naprawdę nie warto się tak popisywać.
Ziemkiewicz ze Śniadkiem, Kłopotowski z jakąś dziwaczną giełdą, jakimiś prawyborami w S24. Krzysztof Ligenza zapytał go w jakim celu? W odpowiedzi Autor napisał, że w celu przeprowadzenia demokratycznej debaty obywatelskiej. Paradne. Przecież to do nas nie należy!
Prawo i Sprawiedliwość wezwało was na pomoc, szlachetni dyskutanci, bo nie wie kogo wystawić w wyborach prezydenckich? O niczym takim nie wiem, o niczym podobnym nie słyszałem!
Dzisiaj wielki ruch Kataryny promującej Pana Jana Ołdakowskiego. Inny, zapuszkowany w S24 bloger krzyczy na mnie przez telefon, ze to cudowny pomysł. Z grzeczności, a może dlatego, że się łozbuziak rozłączył nie zdążyłem wypowiedzieć sienkiewiczowskiego:
- To do waćpana nie należy!
Ponieważ jest tak, że trzeba było dawno temu zapisać się, pracować, działać, wpływać itp. A nie przychodzić nagle ze swoimi racjami a jeszcze wymagać. Pod tekstem Kataryny pyta jakiś ananas, czy PiS dojrzał do takiej kandydatury? Zgoda. kandydatura nie jest zła, ale to nie do nas należy!
Jak PO wystawiła Komorowskiego mogę z tej kandydatury szydzić, ale do głowy mi nie przyszło radzić Donaldowi Tuskowi kogo ma wystawic w prawyborach? aby kreować trzeba grac w innej lidze. My są proste gaduły na razie!
Moja rada dla radzących Jarosławowi Kaczyńskiemu jest taka. Niech jeden z drugim założy partię polityczną, a po kilku latach, gdy zdobędzie 30% - 40% poparcia niech się zgłosi do mnie na salon24 to ja mu wyznaczę lidera, kandydata na prezydenta czy nawet, jeśli będę miał czas, ułożę mu listy na wybory sejmowe. I wszystko za darmo. Pasuje?
Kochani, znajmy proporcję tym bardziej, że postpolityczny cyrk chyba się w Polsce skończył!
Nie podoba mi się ta giełda kandydatów na kandydata PiS. Dwa, trzy tygodnie temu to by uszło, ale teraz, gdy decyzja musi być podjęta w ciągu dwóch czy trzech dni, biorąc pod uwagę sytuację lidera tej partii, te rady nie wydają mi się szczególnie stosowne.
Tym bardziej, że przeciwnicy w dziecinnie łatwy sposób kpią z tych pomysłów wysuwając kolejne absurdalne kandydatury ku radości idiotów, jakich zawsze dostatek.
PiS wystawi kandydata, ale co ja, czy inny ancymon piszący w necie ma do tego? Nasz czas nastąpi pięć minut po zgłoszeniu kandydata. Teraz? Po to pisać, że gdyby się sprawdziła prognoza, ogłaszać tryumf swojego „politycznego nosa”? Nie, moi kochani - po to by się nadymać, że Jarosław mnie posłuchał - naprawdę nie warto się tak popisywać.
Ziemkiewicz ze Śniadkiem, Kłopotowski z jakąś dziwaczną giełdą, jakimiś prawyborami w S24. Krzysztof Ligenza zapytał go w jakim celu? W odpowiedzi Autor napisał, że w celu przeprowadzenia demokratycznej debaty obywatelskiej. Paradne. Przecież to do nas nie należy!
Prawo i Sprawiedliwość wezwało was na pomoc, szlachetni dyskutanci, bo nie wie kogo wystawić w wyborach prezydenckich? O niczym takim nie wiem, o niczym podobnym nie słyszałem!
Dzisiaj wielki ruch Kataryny promującej Pana Jana Ołdakowskiego. Inny, zapuszkowany w S24 bloger krzyczy na mnie przez telefon, ze to cudowny pomysł. Z grzeczności, a może dlatego, że się łozbuziak rozłączył nie zdążyłem wypowiedzieć sienkiewiczowskiego:
- To do waćpana nie należy!
Ponieważ jest tak, że trzeba było dawno temu zapisać się, pracować, działać, wpływać itp. A nie przychodzić nagle ze swoimi racjami a jeszcze wymagać. Pod tekstem Kataryny pyta jakiś ananas, czy PiS dojrzał do takiej kandydatury? Zgoda. kandydatura nie jest zła, ale to nie do nas należy!
Jak PO wystawiła Komorowskiego mogę z tej kandydatury szydzić, ale do głowy mi nie przyszło radzić Donaldowi Tuskowi kogo ma wystawic w prawyborach? aby kreować trzeba grac w innej lidze. My są proste gaduły na razie!
Moja rada dla radzących Jarosławowi Kaczyńskiemu jest taka. Niech jeden z drugim założy partię polityczną, a po kilku latach, gdy zdobędzie 30% - 40% poparcia niech się zgłosi do mnie na salon24 to ja mu wyznaczę lidera, kandydata na prezydenta czy nawet, jeśli będę miał czas, ułożę mu listy na wybory sejmowe. I wszystko za darmo. Pasuje?
Kochani, znajmy proporcję tym bardziej, że postpolityczny cyrk chyba się w Polsce skończył!
wtorek, 13 kwietnia 2010
Igła pisze - "Zdrada, ułani&trzy worki złota
Jestem człowiekiem małej wiary...
Bo widzę zdradę.
Jestem człowiekiem małej wiary...
Bo już słyszę sowieckie doniesienia, że pilota Pułku Specjalnego poniosła ułańska fantazja.
W ogóle jestem człowiekiem małej wiary...
Kiedy czytam, słucham, widzę tych samych ludzi, którzy..
Którzy na szyderstwie, niezawiązanych sznurówkach butów Lecha...
Na reklamówce Marii Kaczyńskiej wnoszącej do samolotu kanapki dla męża budowali (swój?) przekaz....
Przekaz skierowany do moich dzieci...
Że nie są już Polakami, że są europejczykami.
Że nie warto już być Polakiem, słuchać Mazurka, być dumnym z przodków, mówić Ojcze Nasz, iść do Częstochowy, szydzić z chłopców od Zośki i Parasola, odwiedzać Wawel a barwy biało czerwone sprowadzać do kibolstwa.
Jestem człowiekiem małej wiary...
Bo kiedy słyszę tę samą, ustawiczną śpiewkę o godności, spolegliwości, o tym aby być teraz razem aby pogrzebać konflikty aby łączyć się w bólu..., tych samych, medialnych mend..
Kiedy mam podziwiać miłość Lecha do psów i kotów...
To jestem człowiekiem małej wiary.
Nie wierzę w szczerość sowietów ani Putina, tak jak nie wierzę, że polski samolot był prawidłowo naprowadzany na pas lotniska w Smoleńsku.
Bo czarna skrzynka jest cierpliwa, rejestruje zapisy rozmów ale nie ich intencję.
Nie wierzę w błąd pilotów Pułku Specjalnego, bo polscy piloci sa najlepsi na świecie. Stara szkoła z Dęblina.
Ale jest coś w co wierzę.
I nie jest to przekleństwo Katynia.
To jest normalna walka o wpływy, długofalowe interesy, strategiczne cele państw i ich elit, narodów i grup interesów.
W czasie wojny cele te realizuje wojsko.
W dobie pokoju tzw.służby i dyplomacja.
Obie, polskie zawiodły. ( Klich i Sikorski won ze stanowisk ).
Wszyscy pytają się o tych którzy byli na pokładzie samolotu. O tych, którzy wsiedli.
Spytajmy się o tych, którzy nie wsiedli?
Podobno nie wsiadła, w ostatniej chwili, wieloletnia, od zawsze sekretarka Lecha Kaczyńskiego. No właśnie.
No tak, tylko kiedy uśmierca się źródło informacji, w tym wypadku Lecha, to i uśmierca się kreta..
W takim razie może zapytajmy kto układał listę pasażerów?
Bo za taka listę każda grupa terrrystów zapłaciłaby każde pieniądze. A co dopiero spadkobiercy NKWD.
Dzisiaj, spokojnie przeczytałem w gazecie listę ofiar. Nie tę która leci w tefałenach, podszyta lekko zamaskowaną satsfakcją, że szlag trafił tych faszystowskch ćwoków, tych z BBN, IPN, WP, Kancelarii Prezedenta, Pisu...
A tam czytam:
- Wojciech Seweryn - twórca pomnika Katyńskiego w Chicago.
- Zenona Mamontowicz - Łojek - żona Jerzego Łojka, znanego prof. historyka i publicysty piszącego o Rosji, następcy Pawła Jasienicy.
To była doskonale ułożona lista proskrybcyjna ludzi przeznaczonych do eksterminacji. Dla niepoznaki wzbogacona o pare osób ze schyłkowej partii.
Kto ją zestawił i zatwierdził?
Panie Premierze Tusk. Kto?
Bo widzę zdradę.
Jestem człowiekiem małej wiary...
Bo już słyszę sowieckie doniesienia, że pilota Pułku Specjalnego poniosła ułańska fantazja.
W ogóle jestem człowiekiem małej wiary...
Kiedy czytam, słucham, widzę tych samych ludzi, którzy..
Którzy na szyderstwie, niezawiązanych sznurówkach butów Lecha...
Na reklamówce Marii Kaczyńskiej wnoszącej do samolotu kanapki dla męża budowali (swój?) przekaz....
Przekaz skierowany do moich dzieci...
Że nie są już Polakami, że są europejczykami.
Że nie warto już być Polakiem, słuchać Mazurka, być dumnym z przodków, mówić Ojcze Nasz, iść do Częstochowy, szydzić z chłopców od Zośki i Parasola, odwiedzać Wawel a barwy biało czerwone sprowadzać do kibolstwa.
Jestem człowiekiem małej wiary...
Bo kiedy słyszę tę samą, ustawiczną śpiewkę o godności, spolegliwości, o tym aby być teraz razem aby pogrzebać konflikty aby łączyć się w bólu..., tych samych, medialnych mend..
Kiedy mam podziwiać miłość Lecha do psów i kotów...
To jestem człowiekiem małej wiary.
Nie wierzę w szczerość sowietów ani Putina, tak jak nie wierzę, że polski samolot był prawidłowo naprowadzany na pas lotniska w Smoleńsku.
Bo czarna skrzynka jest cierpliwa, rejestruje zapisy rozmów ale nie ich intencję.
Nie wierzę w błąd pilotów Pułku Specjalnego, bo polscy piloci sa najlepsi na świecie. Stara szkoła z Dęblina.
Ale jest coś w co wierzę.
I nie jest to przekleństwo Katynia.
To jest normalna walka o wpływy, długofalowe interesy, strategiczne cele państw i ich elit, narodów i grup interesów.
W czasie wojny cele te realizuje wojsko.
W dobie pokoju tzw.służby i dyplomacja.
Obie, polskie zawiodły. ( Klich i Sikorski won ze stanowisk ).
Wszyscy pytają się o tych którzy byli na pokładzie samolotu. O tych, którzy wsiedli.
Spytajmy się o tych, którzy nie wsiedli?
Podobno nie wsiadła, w ostatniej chwili, wieloletnia, od zawsze sekretarka Lecha Kaczyńskiego. No właśnie.
No tak, tylko kiedy uśmierca się źródło informacji, w tym wypadku Lecha, to i uśmierca się kreta..
W takim razie może zapytajmy kto układał listę pasażerów?
Bo za taka listę każda grupa terrrystów zapłaciłaby każde pieniądze. A co dopiero spadkobiercy NKWD.
Dzisiaj, spokojnie przeczytałem w gazecie listę ofiar. Nie tę która leci w tefałenach, podszyta lekko zamaskowaną satsfakcją, że szlag trafił tych faszystowskch ćwoków, tych z BBN, IPN, WP, Kancelarii Prezedenta, Pisu...
A tam czytam:
- Wojciech Seweryn - twórca pomnika Katyńskiego w Chicago.
- Zenona Mamontowicz - Łojek - żona Jerzego Łojka, znanego prof. historyka i publicysty piszącego o Rosji, następcy Pawła Jasienicy.
To była doskonale ułożona lista proskrybcyjna ludzi przeznaczonych do eksterminacji. Dla niepoznaki wzbogacona o pare osób ze schyłkowej partii.
Kto ją zestawił i zatwierdził?
Panie Premierze Tusk. Kto?
piątek, 4 grudnia 2009
Po prostu bujaj! Pospolityka do kwadratu. Gdzie jest Eryk Mistewicz?
Wielu szlachetnych publicystów zastanawia się, dlaczego PO ciągle górą a PiS ciągle dołem? Padają różne odpowiedzi, że ci sympatyczni a ci nie, że ci grają w gałę, a ci nie, że ci są młodzi oraz wykształceni i pochodzą, a ci nie.
Głupoty oraz staromodne widzenie świata!
PO ma przewagę, dlatego, że nikt nie wierzy jej liderom.
Politycy PO to znani, bujacze. Ta partia narodziła się z kłamstwa, że nie jest partią polityczną i w tym kłamstwie trwa. I dobrze!
Przeciwnicy Platformy zachłystują się już to niespełnionymi obietnicami wyborczymi, już to chybotliwą polityką informacyjna, sądząc naiwnie, że w ten sposób wbijają gwoździe w leberalną trumnę. Nic głupszego!
Bujanie, chybotliwość poglądów, zaprzeczanie własnej niby to ideologii to teraz droga do sukcesu. Przykład z dzisiaj? Proszę bardzo!
Magazyn „Obywatel” w osobie Remigiusza Okraskicieszy się z postępów PO w ramach rozgramiania OFE! Razem z nim cieszy się wielu ludzi, którym cierniem w gardle stanął ten mało leberalny pomysł.
Już w pierwszym komentarzu Chevalier informuje, że rząd już się wycofał z tej inicjatywy!
Czyli każdy ma powód do radości! ( poza Okraską i Chwevalierem - he he )
To samo z wycofaniem wojsk z Afganistanu.
Wycofujemy!
Zostajemy do 22:35!
Musimy zostać do 2013roku!
Zostajemy z dumą i honorem do końca świata!
Będę prezydentem! - Ogłasza nasz Tusiu
To nuda – Nie chce! - Dodaje po godzinie
Nie chcę ale muszem – Mówi wieczorem po Wieczorynce!
W sejmie partyjna hucpa na zasadzie, ze jak będziemy chcieli to przegłosujemy, że dwa razy dwa to pięć! I co? I nico!
Nikt nie reaguje, bo wszyscy wiedzą, że to bujacze, a kto by się przejmował bujaczami, skoro jakoś tam żyjemy?
Deficyt budżetowy? – A kto by to poważnie traktował!
Armia?
Prawo?
Wolność?
PO sprowadziło wszystkie te pojęcia do szczerej piaskownicy i dlatego każdy wymierzony w nią cios trafia w pustkę!
PiS wcale nie jest dużo lepszy w skutecznym kreowaniu rozwiązań, ale był niestety dla siebie, bardziej przekonujący. Ten nieszczęsny, wybałuszony Ziobro na konferencjach prasowych! Te zapewnienia o Polsce tak solidarnej jak powinien być kraj rządzony wedle zasad obywatelskich. Niemalże Republika!
Teraz ze zrozumieniem przeczytajcie.
PiS atakował wielki biznes szukając wsparcia w małym und rodzinnym biznesiku.
PiS atakował prokuraturę, sądy und palestrę za sprzyjanie temu gigantycznemu biznesowi, jednocześnie wysyłając na pole bitwy prokuraturę, sądy, policje skarbową itp. do walki z biznesowymi „przekrętami”
Z braku możliwości dobrania się do wielkich tyłków, gnili małych, jak to mieli od lat w zwyczaju.
To już jest wyborcza szkoda spora, ponieważ jest w takie „hazardy” zaangażowanych w Polsce kilka milionów osób, licząc z rodzinami, przyjaciółmi itp… Nie! PiS nie ogłosił ich potencjalnymi przestępcami, ale dał do zrozumienia… a ludzie uwierzyli o się poczuli…że niby „czarny chleb i czarna kawa”
Wystraszyli publikę, bo publika im uwierzyła, że będą konsekwentni. Właściciel warzywniaka nagle poczuł się jak na strzelnicy razem z Kulczykiem czy innym Krauze, a jako bystrzak uznał, że Kulczykowi czy temu drugiemu to mogą skoczyć, za to jemu, który od rolnika (chłopa kupił tonę pyrek po 30 groszy bez rachunku, a sprzedał po 70 .
O!!! Jego mogą zapieprzyć! Jak tylko usiądą na nim namaszczone przez PiS urzędy to z niego i jego warzywniaka zostanie plama!
Gdyby PO ogłosiło dzisiaj rano polowanie z nagonką na właściecieli warzywniaków, ci tylko by wzruszyli ramionami, wiedząc, że wieczorem się PO wycofa.
I dalejże głosować na takich!
Drugi błąd PiS to wykluczanie takich drobnych przedsiębiorców z debaty publicznej.
Czasem miałem wrażenie, że Polska to urzędnicy, aparat przemocy, wojsko, służba zdrowia, nauczyciele, działacze związkowi i inna hołota, czyli wszyscy żyjący z podatków płaconych przez bandytów, złodziei itp. kanalie.
Gdyby takie rzeczy PO ludzie mieliby to w nosie, bo wiadomo, że PO to znani bujacze i dalejże popierać!
Ale PIS?
PiS- owi ludzie uwierzyli!
Co z tego, że jakiś ancymon dowiedzie, że za PiS było mniej podsłuchów w sprawach gospodarczych niż obecnie. W obecnie zakładane podsłuchy nikt nie wierzy! Nawet jak są, wiadomo, że jednym uchem wleci a drugim wyleci.
Zasadniczo jest tak, że ludzie chcą żyć spokojnie.
Pracować, zarabiać, tworzyć jakieś swoje małe ojczyzny, ale jednocześnie chcą mieć za swoje podatki silną władzę
– Zbrojne ramie własnych sumień, które za dobre wynagradza a za złe karze.
PiS przegrywa bo nie zorientował się, albo zorientowany, nie wysłał do ludu czytelnego sygnału, że to wszystko „pic na wodę i fotomontaż postpolityczny”
PO bystrzejsze! Buja ile może i wygrywa.!
W dzisiejszej postpolityce, postpolityce o jakiej nie śniło się nawet Erykowi Mistewiczowi, nie ten jest zbrodniarzem, który zabił, a ten, który w świetle kamer powiedział :
- Ja cię zajebie!
Bujacze górą!
Wszystko by było fajnie, gdyby nie alarm w księgowości!
Głupoty oraz staromodne widzenie świata!
PO ma przewagę, dlatego, że nikt nie wierzy jej liderom.
Politycy PO to znani, bujacze. Ta partia narodziła się z kłamstwa, że nie jest partią polityczną i w tym kłamstwie trwa. I dobrze!
Przeciwnicy Platformy zachłystują się już to niespełnionymi obietnicami wyborczymi, już to chybotliwą polityką informacyjna, sądząc naiwnie, że w ten sposób wbijają gwoździe w leberalną trumnę. Nic głupszego!
Bujanie, chybotliwość poglądów, zaprzeczanie własnej niby to ideologii to teraz droga do sukcesu. Przykład z dzisiaj? Proszę bardzo!
Magazyn „Obywatel” w osobie Remigiusza Okraskicieszy się z postępów PO w ramach rozgramiania OFE! Razem z nim cieszy się wielu ludzi, którym cierniem w gardle stanął ten mało leberalny pomysł.
Już w pierwszym komentarzu Chevalier informuje, że rząd już się wycofał z tej inicjatywy!
Czyli każdy ma powód do radości! ( poza Okraską i Chwevalierem - he he )
To samo z wycofaniem wojsk z Afganistanu.
Wycofujemy!
Zostajemy do 22:35!
Musimy zostać do 2013roku!
Zostajemy z dumą i honorem do końca świata!
Będę prezydentem! - Ogłasza nasz Tusiu
To nuda – Nie chce! - Dodaje po godzinie
Nie chcę ale muszem – Mówi wieczorem po Wieczorynce!
W sejmie partyjna hucpa na zasadzie, ze jak będziemy chcieli to przegłosujemy, że dwa razy dwa to pięć! I co? I nico!
Nikt nie reaguje, bo wszyscy wiedzą, że to bujacze, a kto by się przejmował bujaczami, skoro jakoś tam żyjemy?
Deficyt budżetowy? – A kto by to poważnie traktował!
Armia?
Prawo?
Wolność?
PO sprowadziło wszystkie te pojęcia do szczerej piaskownicy i dlatego każdy wymierzony w nią cios trafia w pustkę!
PiS wcale nie jest dużo lepszy w skutecznym kreowaniu rozwiązań, ale był niestety dla siebie, bardziej przekonujący. Ten nieszczęsny, wybałuszony Ziobro na konferencjach prasowych! Te zapewnienia o Polsce tak solidarnej jak powinien być kraj rządzony wedle zasad obywatelskich. Niemalże Republika!
Teraz ze zrozumieniem przeczytajcie.
PiS atakował wielki biznes szukając wsparcia w małym und rodzinnym biznesiku.
PiS atakował prokuraturę, sądy und palestrę za sprzyjanie temu gigantycznemu biznesowi, jednocześnie wysyłając na pole bitwy prokuraturę, sądy, policje skarbową itp. do walki z biznesowymi „przekrętami”
Z braku możliwości dobrania się do wielkich tyłków, gnili małych, jak to mieli od lat w zwyczaju.
To już jest wyborcza szkoda spora, ponieważ jest w takie „hazardy” zaangażowanych w Polsce kilka milionów osób, licząc z rodzinami, przyjaciółmi itp… Nie! PiS nie ogłosił ich potencjalnymi przestępcami, ale dał do zrozumienia… a ludzie uwierzyli o się poczuli…że niby „czarny chleb i czarna kawa”
Wystraszyli publikę, bo publika im uwierzyła, że będą konsekwentni. Właściciel warzywniaka nagle poczuł się jak na strzelnicy razem z Kulczykiem czy innym Krauze, a jako bystrzak uznał, że Kulczykowi czy temu drugiemu to mogą skoczyć, za to jemu, który od rolnika (chłopa kupił tonę pyrek po 30 groszy bez rachunku, a sprzedał po 70 .
O!!! Jego mogą zapieprzyć! Jak tylko usiądą na nim namaszczone przez PiS urzędy to z niego i jego warzywniaka zostanie plama!
Gdyby PO ogłosiło dzisiaj rano polowanie z nagonką na właściecieli warzywniaków, ci tylko by wzruszyli ramionami, wiedząc, że wieczorem się PO wycofa.
I dalejże głosować na takich!
Drugi błąd PiS to wykluczanie takich drobnych przedsiębiorców z debaty publicznej.
Czasem miałem wrażenie, że Polska to urzędnicy, aparat przemocy, wojsko, służba zdrowia, nauczyciele, działacze związkowi i inna hołota, czyli wszyscy żyjący z podatków płaconych przez bandytów, złodziei itp. kanalie.
Gdyby takie rzeczy PO ludzie mieliby to w nosie, bo wiadomo, że PO to znani bujacze i dalejże popierać!
Ale PIS?
PiS- owi ludzie uwierzyli!
Co z tego, że jakiś ancymon dowiedzie, że za PiS było mniej podsłuchów w sprawach gospodarczych niż obecnie. W obecnie zakładane podsłuchy nikt nie wierzy! Nawet jak są, wiadomo, że jednym uchem wleci a drugim wyleci.
Zasadniczo jest tak, że ludzie chcą żyć spokojnie.
Pracować, zarabiać, tworzyć jakieś swoje małe ojczyzny, ale jednocześnie chcą mieć za swoje podatki silną władzę
– Zbrojne ramie własnych sumień, które za dobre wynagradza a za złe karze.
PiS przegrywa bo nie zorientował się, albo zorientowany, nie wysłał do ludu czytelnego sygnału, że to wszystko „pic na wodę i fotomontaż postpolityczny”
PO bystrzejsze! Buja ile może i wygrywa.!
W dzisiejszej postpolityce, postpolityce o jakiej nie śniło się nawet Erykowi Mistewiczowi, nie ten jest zbrodniarzem, który zabił, a ten, który w świetle kamer powiedział :
- Ja cię zajebie!
Bujacze górą!
Wszystko by było fajnie, gdyby nie alarm w księgowości!
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
IGŁA o mediach. Polemika z tekstem Mistewicza
IGŁA : "RSS - Czyli Doda +Vat, polemika której nie przeczytacie w Dzienniku..."
Polemika z tekstem E.Mistewicza w "Magazynie Dziennika"
Niestety nowa Redakcja zajęta jest sobą, czyli rozpędzaniem starej Redakcji.
————————————————————————————————————————————————————-
RSS, czyli Doda plus VAT
W czasach słusznie minionych, kiedy wychodziła tylko jedna gazeta – „Trybuna Ludu” każda konferencja prasowa władz zaczynała się pytaniem jej redaktora naczelnego, przypadkiem wybranego przez prowadzącego konferencję.
Dlaczego o tym wspominam? Ano, dlatego, że efektem 20 lat niepodległości oraz rozpanoszenia się tak zwanej wolności słowa jest dzisiejszy, dwubiegunowy podział świata, na anty-Pis i Pis. Reszta powoli staje się milczeniem lub w najlepszym przypadku godną litości egzotyką. Byłaby to jedyna zmiana wobec jawnej i jednorodnej przemocy medialnej fundowanej nam w czasach słusznie minionych?
Otwierając gazetę opiniotwórczą czy używając pilota, wystarczy poznać tytuł i nazwisko redaktora dopuszczającego nas do stołu swoich przemyśleń. Reszty czytać, oglądać czy słuchać nie warto. Każdemu nieco uważniejszemu użytkownikowi mediów w Polsce wystarczą tak skromne dane by domyślić się, co napiszą czy powiedzą nasze gwiazdy dziennikarstwa: Wildstein, Stasiński, Kurski, Żakowski, Terlikowski, Wanat et consortes. Wystarczy tytuł oraz autor i już wiadomo, jaka będzie puenta, pod jaką tezę zostaną dobrane fakty, aby na przykład Ziemkiewicz obraził swoich czytelników a nie tylko przeciwników. Bo rzecz w tym, że Polska przeistoczyła się w…
Polskę medialnego kibolstwa
Ten podtytuł oddaje to, co widzimy w kiosku, w telewizji, słuchamy w radio. Nie ma już dziennikarzy. Są medialni kibole używający słów jak bejsbolowych kijów oraz ich starannie dobrane załogi towarzyszące im w medialnym okładaniu się nawzajem obelgami, wyzwiskami i dętymi argumentami. Wszędzie. w telewizji, radio i prasie.
Niczego nowego nie napisał więc Eryk Mistewicz w swoim artykule „Milion dolarów za chwile uwagi” zamieszczonym w zeszłotygodniowym „Magazynie Dziennika”
Prawdziwą znajduję tezę Mistewicza, że za dostęp do informacji trzeba płacić natomiast nie mogę zaakceptować, jako wystarczające, rozwiązania zaproponowane przez Autora.
Tak, jak od zawsze dostęp do informacji był płatny, tak pozostało i teraz. Tak było w PRL-u. Była informacja dla wybranych, czyli uczestników władzy partyjnej i administracyjnej pod postacią Biuletynu Informacyjnego PAP. Dla ogółu Trybuna Ludu. Dla prowincji, jej odnogi regionalne a dla inteligencji pracującej (miast i wsi) – Życie Warszawy ( z ograniczonym nakładem ). Wszystko z całym asortymentem manipulacji, cedzenia informacji jedynie słusznych oraz ich właściwej interpretacji. Teraz zamieniło się tylko tyle, że każda „załoga” medialnie manipulującego ogółu ma swoje tytuły, radio i TV. Na skrzydłach tak urządzonego rynku idei sytuują się medialno – towarzysko – środowiskowe sekty w postaci wyznawców red.Michnika z jego Gazetą Wyborczą oraz o.Rydzyka z Radiem Maryja. Pomiędzy nimi mieszczą się pomniejsze załogi-ofiary jak np. wyznawcy Gazety Polskiej, Rzepy, TVN i kogo tam jeszcze.
Odbiorcy zadym wywoływanych przez wspomniane „załogi” i towarzyszący im kibole są płatnikami, bo kupują podsunięty im przekaz i ogląd otaczającego ich świata. Podzielili miedzy siebie rynek odbiorców. Tyle, że te spostrzeżenie nie wyczerpuje tematu.
Otóż oligarchiczny podział rynku medialnego dotyczy także wspomnianych już czołowych dziennikarzy. Ci toczą wojenki już nie tylko o odbiorcę. Wojna pierwotna rozgrywa się na poziomie dostępu do nadajników.
Stąd nieustająca karuzela programów publicystycznych, zdobywanych, odbijanych i traconych przez tych samych bojówkarzy – dziennikarzy u poszczególnych wydawców. Są też nagrody przyznawane przez środowiskowe bojówki swoim dzielnym żołnierzom. Popatrzmy z uwagą na rozkoszny duet Kitel & Marszałek. Na panią Paradowską, wypomadowanego Lisa i jego męczeńską żonę , faryzejskiego Żakowskiego czy niebywałego (…). z TVN-24-Kuźniara.
Albo nadwornego komentatora polityki zagranicznej TVN – posła Zaleskiego ( kto jest w tym przypadku ogonem a kto psem? ).
Dla mnie, to mniej lub bardziej udolni wykonawcy propagandowych zleceń, kreowani, co zabawne, na niezależnych komentatorów, czy jak w pierwszym przypadku asów dziennikarstwa śledczego.
Wildstein tu, jutro tam…
Eryk Misiewicz udaje, że tego nie widzi, przywołując efekt kuli śniegowej, spychając problem w kierunku jakości informacji, dyskretnie nie wartościując źródeł. Tymczasem jest to kwestia, właśnie, wartości oraz wiarygodności, ponieważ przekaz kształtują ciągle ci sami, faryzeusze rynku medialnego.
Ale ja potrafię wartościować. Za pomocą języka kibiców piłkarskich – kiboli nazwę to – ustawką czyli z góry umówioną bitką.
Otóż bojówkarze – dziennikarze (i biorący udział w tej grze-ustawce, politycy) naszych mediów świetnie sobie radzą w tak zorganizowanym świecie. Na tym mechanizmie poznali się też niespełnieni politycy (patrz – Rokita z idącym w dziesiątki tysięcy wynagrodzeniem i odprawą liczoną w setki tysięcy złotych za felieton będący tylko jego własną fanaberią). Obowiązuje zasada karuzeli. Wyrzucony przez jednego wydawcę dziennikarz-bojówkarz natychmiast pojawia się gdzie indziej a za nim wędrują jego kumple oraz wyznawcy.
Właśnie w ten sposób kręci się kula śniegowa pana Mistewicza, która w swoim pędzie zabiera ze sobą mniej uważnych albo niezbyt obeznanych z rzeczywistością odbiorców. Jedynie dzięki przypadkowi lub zbiegowi okoliczności, tacy odbiorcy mają szansę przekonać się, że ich guru-dziennikarz jest tylko interesownym manipulantem.
Patrz słynna czwórka komentatorów piątkowych w radiu TOK FM albo niezależny (ha,ha,ha) Wildstein ze swoją słynną listą agentów (jednakowo ujawniającą sprawców, jak ich ofiary), jednocześnie inkasujący wielosettysięczną odprawę od TVP, za co?
No właśnie, za co?
Za zdjęcie z ekranu serialu Czterej Pancerni i Pies? A w zamian co?
M jak miłość?
Czy tak?
Dziennikarstwo wraca do korzeni?
Ale jakich, i gdzie, że podchwytliwie spytam Eryka Mistewicza?
Aktywna, z którą wielu wiązało nadzieję, od kilku lat, blogosfera podzieliła się, wypisz wymaluj, wedle wyżej opisanej metody na kibolskie załogi wyznawców jedynie słusznej linii. Często jest zorganizowana wokół ludzi-interesów w sposób widoczny sponsorowanych. Nie wiem czy fakt, że większość publikujących w niej ludzi robi to za darmo i zgodnie ze swymi żywymi przekonaniami stanowi dostateczny atut? Czy naiwność jest wartością dodaną?
W blogosferze pojawiły się nawet załogi przyznające certyfikat przynależności narodowościowej. Decydujące, kto jest, a kto przestał być Polakiem, patriotą. Przypisujące sobie certyfikaty na dobro i zło. Postęp i zaścianek. Moher i europejskość. Bez rozróżnienia, bez argumentów. Wieszające sobie na blogu niemiecką flagę z podpisem – jestem przyjacielem Niemiec. Albo z nami albo wróg!
Do tego dochodzi ciągnące się za tymi załogami kibolstwo potocznie zwane oneciarzami (od Onet.pl) lub psychiatrykiem (od Salon24), zaśmiecające swoim bełkotem każdą sensowną wypowiedź i zniechęcającą autorów dobrych, społecznie pożytecznych wpisów chamstwem, głupotą czy agresją.
Ci ostatni atakują głównie autorów, którzy uwierzyli w tzw. dziennikarstwo obywatelskie.
Tak, pojawili się tacy w necie – historycy, prawnicy, geologowie, nauczyciele etc.., etc.
Najpierw jako komentatorzy a potem jako autorzy własnych wpisów.
Napotkali na dwie bariery.
Jedną jest doktryna Ziemkiewicza – Nie schodzę pod kreskę! W takim rozumieniu, że pożal się Boże, każdy, nawet najgłupszy kabotyn-dziennikarz nie wchodzi w dyskurs z komentatorami dokonującymi wpisów w jego netowym blogu. Nie tylko ze zwykłymi durniami, ale także z innymi polemistami, nawet jeżeli dysponują oni wiedzą i argumentacją przerastającą kabotyna-dziennikarza, autora wpisu.
Drugą przeszkodą stały się wymogi środowiskowe. Otóż jeżeli znawca tematu, np. prawnik czy historyk pisze pod swoim nazwiskiem, naraża się na oskarżenie, że darmowo dzieli się swoją wiedzą. Jeżeli wyraża we wpisie swoje opinie lub sympatie polityczne, tym gorzej dla niego (patrz jedynie słuszny podział świata na Pis i anty-Pis) czyli ostracyzm. Jeżeli, natomiast pisze pod nickiem, to tym gorzej. Jest zdrajcą, który niegodnie się ukrywa i działa podstępnie wbrew interesom swojej korporacji.
Dochodzi też trzeci argument. Otóż, jeżeli ktoś czerpie dochody, żyje ze swojej wiedzy, to w imię czego miałby się dzielić nią z ogółem, za darmo? W ten sposób nie tylko ucina się dyskurs publiczny, ale wręcz nie pozwala się go wywołać. Bo ten ma istnieć tylko i wyłącznie np. w należącej do koncernów prasie, publikującej płatnych dziennikarzy – bojówkarzy oraz działa na zasadach ustawki.
Tak zamyka się koło.
Narzędzia...
Tak, tak panie Eryku, pan masz gotowe rozwiązania wyżej opisanych problemów medialnych. Tak, Panie Eryku, pan masz nawet swój język opisu zjawiska. Te agendy, narracje. Tyle, że ja też go mam. Tylko inny.
Niestety ten pański język, ta narracja nie rozwiązuje nijak problemu zaśmiecenia umysłu przeciętnego Kowalskiego. Co więcej sprowadzając go do jednozdaniowego hasła, degeneruje go do poziomu panienki-reporterki z TVN24. Czyli do badziewia.
Pan polecasz Twittera?
Przyjrzyjmy się Twitterowi.
Pan piszesz dobieramy ludzi, dostarczycieli informacji (w Twitterze), co do których mamy zaufanie. Przyjmijmy (dodam) nawet mniejsze niż większe (zaufanie). Błąd.
Wśród moich followers – wybrańców większość stanowią ludzie mediów lub polityki. Piszący pod własnym nazwiskiem lub nickiem.
I co?
Ano – nic.
Te same podziały, gorzej, ta sama, płytka głupota.
Ta sama głupota, którą to metodą, media prowokują/ustawiają głupotę polityków i odwrotnie. Tak ręka rękę myje.
Jakaś pożal się Boże posłanka tygodniami wysyła informacje, jaka jest pogoda nad morzem, kiedy spaceruje po molo albo jak sprytnie dostrzegła żubra w Gdyni. Inny europoseł dzieli się z nami opisami swoich stosunków z bratem oraz 140 znakowymi relacjami z wycieczki do USA. Minister Nowak, tak, ten od Tuska, zabawia się w dyżurnego psychoterapeutę Polaków. Spychając z siebie nieudolność MSZ.
Czy to jest ta elita, za kilkadziesiąt tys. zł złotych miesięcznie, płatnych przez podatników, mająca dostarczyć nam informacje z pierwszej ręki, którą pan polecasz?
Co?
Żałosne, prawda?
Bo pan wiesz o kim napisałem.
Bo pan, to sam, widzisz.
O czym piszą inni? Przeważnie o niczym, po prostu komunikując nam swoje złote myśli, nie wchodząc w żadne relacje, nie odpowiadając na pytania, nie polemizując.
Doktryna Ziemkiewicza w całej pełni, że pod kreską – czarny lud?
Toż to elita z elitą ma (tam) gadać.
Pan piszesz, że jeżeli ktoś nie potrafi ze 140 znaków stworzyć i zainteresować odbiorców swoją narracją/opowiadaniem – ten nie istnieje, no to ja się pana spytam!!
A kto istnieje z pańskiego Twittera?
Może posłanka pomaska a może dziennikarka pazurkiem?
Żenujące przykłady osób publicznie istniejących.
Żenujące, bo zdaje się wzięły dosłownie pańskie słowa, za dobrą monetę.
RSS – Doda + VAT?
Czy RSS, jako cedzak, jako kolejne narzędzie do odsiewania informacji-śmieci od pożytecznych ma zastąpić poprzednie? Pan je polecasz!!
Śmiem wątpić. Jedynym narzędziem, owszem płatnym, jest rozum własny.
Na przykład opinię o tym, że min. Klich jest ignorantem w MON, można było wysnuć sobie z kilku niszowych źródeł dostępnych od zawsze.
Dla obecnych, medialnych Dod&kiboli, temat powstał znienacka i ograniczył się do tego, czy Klich zdymisjonuje Skrzypczaka, czy też odwrotnie? I nic więcej.
Ci sprawniej udający inteligentów dziennikarze bredzili coś o mieszaniu się wojska do polityki, wykazując (i tym potwierdzając) swoją głupotę. To jest przykład gorący, bo ostatni.
Z innych, starszych. Gdzie jest medialna załoga, bombardująca nas na początku roku argumentami o konieczności natychmiastowego wprowadzenia euro zamiast złotówki, i wyzywająca polemistów od ciemnogrodu?
Odpowiem, ci bojówkarze-znawcy nadal mają się świetnie w Gazecie Wyborczej, TOK FM, Polityce, TVN24.
Bo jak wyżej opisałem przestrzeń publiczna została już zagospodarowana przez osoby, którym kiedyś odmawiano publicznej akceptacji.
Są to osoby, w większości, niewiarygodne, zmanipulowane, głupie, interesowne-jednocześnie usiłujące manipulować innymi.
Tak, jak i towarzyszący im dyżurni – socjologowie, policjanci, amerykaniści, watykaniści, feministki, katolicy, biskupi. Niesiołowscy naszych czasów na sutych prebendach. Karmazyni.
Kilkadziesiąt, tych samych nazwisk w karuzeli zaczerpniętej z tego samego notesu.
Komu wierzyć, żeby nie zostać medialną Dodą?
Sobie, proszę pana.
Sobie!
IGłA & współpraca Jacka Jareckiego
Polemika z tekstem E.Mistewicza w "Magazynie Dziennika"
Niestety nowa Redakcja zajęta jest sobą, czyli rozpędzaniem starej Redakcji.
————————————————————————————————————————————————————-
RSS, czyli Doda plus VAT
W czasach słusznie minionych, kiedy wychodziła tylko jedna gazeta – „Trybuna Ludu” każda konferencja prasowa władz zaczynała się pytaniem jej redaktora naczelnego, przypadkiem wybranego przez prowadzącego konferencję.
Dlaczego o tym wspominam? Ano, dlatego, że efektem 20 lat niepodległości oraz rozpanoszenia się tak zwanej wolności słowa jest dzisiejszy, dwubiegunowy podział świata, na anty-Pis i Pis. Reszta powoli staje się milczeniem lub w najlepszym przypadku godną litości egzotyką. Byłaby to jedyna zmiana wobec jawnej i jednorodnej przemocy medialnej fundowanej nam w czasach słusznie minionych?
Otwierając gazetę opiniotwórczą czy używając pilota, wystarczy poznać tytuł i nazwisko redaktora dopuszczającego nas do stołu swoich przemyśleń. Reszty czytać, oglądać czy słuchać nie warto. Każdemu nieco uważniejszemu użytkownikowi mediów w Polsce wystarczą tak skromne dane by domyślić się, co napiszą czy powiedzą nasze gwiazdy dziennikarstwa: Wildstein, Stasiński, Kurski, Żakowski, Terlikowski, Wanat et consortes. Wystarczy tytuł oraz autor i już wiadomo, jaka będzie puenta, pod jaką tezę zostaną dobrane fakty, aby na przykład Ziemkiewicz obraził swoich czytelników a nie tylko przeciwników. Bo rzecz w tym, że Polska przeistoczyła się w…
Polskę medialnego kibolstwa
Ten podtytuł oddaje to, co widzimy w kiosku, w telewizji, słuchamy w radio. Nie ma już dziennikarzy. Są medialni kibole używający słów jak bejsbolowych kijów oraz ich starannie dobrane załogi towarzyszące im w medialnym okładaniu się nawzajem obelgami, wyzwiskami i dętymi argumentami. Wszędzie. w telewizji, radio i prasie.
Niczego nowego nie napisał więc Eryk Mistewicz w swoim artykule „Milion dolarów za chwile uwagi” zamieszczonym w zeszłotygodniowym „Magazynie Dziennika”
Prawdziwą znajduję tezę Mistewicza, że za dostęp do informacji trzeba płacić natomiast nie mogę zaakceptować, jako wystarczające, rozwiązania zaproponowane przez Autora.
Tak, jak od zawsze dostęp do informacji był płatny, tak pozostało i teraz. Tak było w PRL-u. Była informacja dla wybranych, czyli uczestników władzy partyjnej i administracyjnej pod postacią Biuletynu Informacyjnego PAP. Dla ogółu Trybuna Ludu. Dla prowincji, jej odnogi regionalne a dla inteligencji pracującej (miast i wsi) – Życie Warszawy ( z ograniczonym nakładem ). Wszystko z całym asortymentem manipulacji, cedzenia informacji jedynie słusznych oraz ich właściwej interpretacji. Teraz zamieniło się tylko tyle, że każda „załoga” medialnie manipulującego ogółu ma swoje tytuły, radio i TV. Na skrzydłach tak urządzonego rynku idei sytuują się medialno – towarzysko – środowiskowe sekty w postaci wyznawców red.Michnika z jego Gazetą Wyborczą oraz o.Rydzyka z Radiem Maryja. Pomiędzy nimi mieszczą się pomniejsze załogi-ofiary jak np. wyznawcy Gazety Polskiej, Rzepy, TVN i kogo tam jeszcze.
Odbiorcy zadym wywoływanych przez wspomniane „załogi” i towarzyszący im kibole są płatnikami, bo kupują podsunięty im przekaz i ogląd otaczającego ich świata. Podzielili miedzy siebie rynek odbiorców. Tyle, że te spostrzeżenie nie wyczerpuje tematu.
Otóż oligarchiczny podział rynku medialnego dotyczy także wspomnianych już czołowych dziennikarzy. Ci toczą wojenki już nie tylko o odbiorcę. Wojna pierwotna rozgrywa się na poziomie dostępu do nadajników.
Stąd nieustająca karuzela programów publicystycznych, zdobywanych, odbijanych i traconych przez tych samych bojówkarzy – dziennikarzy u poszczególnych wydawców. Są też nagrody przyznawane przez środowiskowe bojówki swoim dzielnym żołnierzom. Popatrzmy z uwagą na rozkoszny duet Kitel & Marszałek. Na panią Paradowską, wypomadowanego Lisa i jego męczeńską żonę , faryzejskiego Żakowskiego czy niebywałego (…). z TVN-24-Kuźniara.
Albo nadwornego komentatora polityki zagranicznej TVN – posła Zaleskiego ( kto jest w tym przypadku ogonem a kto psem? ).
Dla mnie, to mniej lub bardziej udolni wykonawcy propagandowych zleceń, kreowani, co zabawne, na niezależnych komentatorów, czy jak w pierwszym przypadku asów dziennikarstwa śledczego.
Wildstein tu, jutro tam…
Eryk Misiewicz udaje, że tego nie widzi, przywołując efekt kuli śniegowej, spychając problem w kierunku jakości informacji, dyskretnie nie wartościując źródeł. Tymczasem jest to kwestia, właśnie, wartości oraz wiarygodności, ponieważ przekaz kształtują ciągle ci sami, faryzeusze rynku medialnego.
Ale ja potrafię wartościować. Za pomocą języka kibiców piłkarskich – kiboli nazwę to – ustawką czyli z góry umówioną bitką.
Otóż bojówkarze – dziennikarze (i biorący udział w tej grze-ustawce, politycy) naszych mediów świetnie sobie radzą w tak zorganizowanym świecie. Na tym mechanizmie poznali się też niespełnieni politycy (patrz – Rokita z idącym w dziesiątki tysięcy wynagrodzeniem i odprawą liczoną w setki tysięcy złotych za felieton będący tylko jego własną fanaberią). Obowiązuje zasada karuzeli. Wyrzucony przez jednego wydawcę dziennikarz-bojówkarz natychmiast pojawia się gdzie indziej a za nim wędrują jego kumple oraz wyznawcy.
Właśnie w ten sposób kręci się kula śniegowa pana Mistewicza, która w swoim pędzie zabiera ze sobą mniej uważnych albo niezbyt obeznanych z rzeczywistością odbiorców. Jedynie dzięki przypadkowi lub zbiegowi okoliczności, tacy odbiorcy mają szansę przekonać się, że ich guru-dziennikarz jest tylko interesownym manipulantem.
Patrz słynna czwórka komentatorów piątkowych w radiu TOK FM albo niezależny (ha,ha,ha) Wildstein ze swoją słynną listą agentów (jednakowo ujawniającą sprawców, jak ich ofiary), jednocześnie inkasujący wielosettysięczną odprawę od TVP, za co?
No właśnie, za co?
Za zdjęcie z ekranu serialu Czterej Pancerni i Pies? A w zamian co?
M jak miłość?
Czy tak?
Dziennikarstwo wraca do korzeni?
Ale jakich, i gdzie, że podchwytliwie spytam Eryka Mistewicza?
Aktywna, z którą wielu wiązało nadzieję, od kilku lat, blogosfera podzieliła się, wypisz wymaluj, wedle wyżej opisanej metody na kibolskie załogi wyznawców jedynie słusznej linii. Często jest zorganizowana wokół ludzi-interesów w sposób widoczny sponsorowanych. Nie wiem czy fakt, że większość publikujących w niej ludzi robi to za darmo i zgodnie ze swymi żywymi przekonaniami stanowi dostateczny atut? Czy naiwność jest wartością dodaną?
W blogosferze pojawiły się nawet załogi przyznające certyfikat przynależności narodowościowej. Decydujące, kto jest, a kto przestał być Polakiem, patriotą. Przypisujące sobie certyfikaty na dobro i zło. Postęp i zaścianek. Moher i europejskość. Bez rozróżnienia, bez argumentów. Wieszające sobie na blogu niemiecką flagę z podpisem – jestem przyjacielem Niemiec. Albo z nami albo wróg!
Do tego dochodzi ciągnące się za tymi załogami kibolstwo potocznie zwane oneciarzami (od Onet.pl) lub psychiatrykiem (od Salon24), zaśmiecające swoim bełkotem każdą sensowną wypowiedź i zniechęcającą autorów dobrych, społecznie pożytecznych wpisów chamstwem, głupotą czy agresją.
Ci ostatni atakują głównie autorów, którzy uwierzyli w tzw. dziennikarstwo obywatelskie.
Tak, pojawili się tacy w necie – historycy, prawnicy, geologowie, nauczyciele etc.., etc.
Najpierw jako komentatorzy a potem jako autorzy własnych wpisów.
Napotkali na dwie bariery.
Jedną jest doktryna Ziemkiewicza – Nie schodzę pod kreskę! W takim rozumieniu, że pożal się Boże, każdy, nawet najgłupszy kabotyn-dziennikarz nie wchodzi w dyskurs z komentatorami dokonującymi wpisów w jego netowym blogu. Nie tylko ze zwykłymi durniami, ale także z innymi polemistami, nawet jeżeli dysponują oni wiedzą i argumentacją przerastającą kabotyna-dziennikarza, autora wpisu.
Drugą przeszkodą stały się wymogi środowiskowe. Otóż jeżeli znawca tematu, np. prawnik czy historyk pisze pod swoim nazwiskiem, naraża się na oskarżenie, że darmowo dzieli się swoją wiedzą. Jeżeli wyraża we wpisie swoje opinie lub sympatie polityczne, tym gorzej dla niego (patrz jedynie słuszny podział świata na Pis i anty-Pis) czyli ostracyzm. Jeżeli, natomiast pisze pod nickiem, to tym gorzej. Jest zdrajcą, który niegodnie się ukrywa i działa podstępnie wbrew interesom swojej korporacji.
Dochodzi też trzeci argument. Otóż, jeżeli ktoś czerpie dochody, żyje ze swojej wiedzy, to w imię czego miałby się dzielić nią z ogółem, za darmo? W ten sposób nie tylko ucina się dyskurs publiczny, ale wręcz nie pozwala się go wywołać. Bo ten ma istnieć tylko i wyłącznie np. w należącej do koncernów prasie, publikującej płatnych dziennikarzy – bojówkarzy oraz działa na zasadach ustawki.
Tak zamyka się koło.
Narzędzia...
Tak, tak panie Eryku, pan masz gotowe rozwiązania wyżej opisanych problemów medialnych. Tak, Panie Eryku, pan masz nawet swój język opisu zjawiska. Te agendy, narracje. Tyle, że ja też go mam. Tylko inny.
Niestety ten pański język, ta narracja nie rozwiązuje nijak problemu zaśmiecenia umysłu przeciętnego Kowalskiego. Co więcej sprowadzając go do jednozdaniowego hasła, degeneruje go do poziomu panienki-reporterki z TVN24. Czyli do badziewia.
Pan polecasz Twittera?
Przyjrzyjmy się Twitterowi.
Pan piszesz dobieramy ludzi, dostarczycieli informacji (w Twitterze), co do których mamy zaufanie. Przyjmijmy (dodam) nawet mniejsze niż większe (zaufanie). Błąd.
Wśród moich followers – wybrańców większość stanowią ludzie mediów lub polityki. Piszący pod własnym nazwiskiem lub nickiem.
I co?
Ano – nic.
Te same podziały, gorzej, ta sama, płytka głupota.
Ta sama głupota, którą to metodą, media prowokują/ustawiają głupotę polityków i odwrotnie. Tak ręka rękę myje.
Jakaś pożal się Boże posłanka tygodniami wysyła informacje, jaka jest pogoda nad morzem, kiedy spaceruje po molo albo jak sprytnie dostrzegła żubra w Gdyni. Inny europoseł dzieli się z nami opisami swoich stosunków z bratem oraz 140 znakowymi relacjami z wycieczki do USA. Minister Nowak, tak, ten od Tuska, zabawia się w dyżurnego psychoterapeutę Polaków. Spychając z siebie nieudolność MSZ.
Czy to jest ta elita, za kilkadziesiąt tys. zł złotych miesięcznie, płatnych przez podatników, mająca dostarczyć nam informacje z pierwszej ręki, którą pan polecasz?
Co?
Żałosne, prawda?
Bo pan wiesz o kim napisałem.
Bo pan, to sam, widzisz.
O czym piszą inni? Przeważnie o niczym, po prostu komunikując nam swoje złote myśli, nie wchodząc w żadne relacje, nie odpowiadając na pytania, nie polemizując.
Doktryna Ziemkiewicza w całej pełni, że pod kreską – czarny lud?
Toż to elita z elitą ma (tam) gadać.
Pan piszesz, że jeżeli ktoś nie potrafi ze 140 znaków stworzyć i zainteresować odbiorców swoją narracją/opowiadaniem – ten nie istnieje, no to ja się pana spytam!!
A kto istnieje z pańskiego Twittera?
Może posłanka pomaska a może dziennikarka pazurkiem?
Żenujące przykłady osób publicznie istniejących.
Żenujące, bo zdaje się wzięły dosłownie pańskie słowa, za dobrą monetę.
RSS – Doda + VAT?
Czy RSS, jako cedzak, jako kolejne narzędzie do odsiewania informacji-śmieci od pożytecznych ma zastąpić poprzednie? Pan je polecasz!!
Śmiem wątpić. Jedynym narzędziem, owszem płatnym, jest rozum własny.
Na przykład opinię o tym, że min. Klich jest ignorantem w MON, można było wysnuć sobie z kilku niszowych źródeł dostępnych od zawsze.
Dla obecnych, medialnych Dod&kiboli, temat powstał znienacka i ograniczył się do tego, czy Klich zdymisjonuje Skrzypczaka, czy też odwrotnie? I nic więcej.
Ci sprawniej udający inteligentów dziennikarze bredzili coś o mieszaniu się wojska do polityki, wykazując (i tym potwierdzając) swoją głupotę. To jest przykład gorący, bo ostatni.
Z innych, starszych. Gdzie jest medialna załoga, bombardująca nas na początku roku argumentami o konieczności natychmiastowego wprowadzenia euro zamiast złotówki, i wyzywająca polemistów od ciemnogrodu?
Odpowiem, ci bojówkarze-znawcy nadal mają się świetnie w Gazecie Wyborczej, TOK FM, Polityce, TVN24.
Bo jak wyżej opisałem przestrzeń publiczna została już zagospodarowana przez osoby, którym kiedyś odmawiano publicznej akceptacji.
Są to osoby, w większości, niewiarygodne, zmanipulowane, głupie, interesowne-jednocześnie usiłujące manipulować innymi.
Tak, jak i towarzyszący im dyżurni – socjologowie, policjanci, amerykaniści, watykaniści, feministki, katolicy, biskupi. Niesiołowscy naszych czasów na sutych prebendach. Karmazyni.
Kilkadziesiąt, tych samych nazwisk w karuzeli zaczerpniętej z tego samego notesu.
Komu wierzyć, żeby nie zostać medialną Dodą?
Sobie, proszę pana.
Sobie!
IGłA & współpraca Jacka Jareckiego
piątek, 12 czerwca 2009
IGŁA gościnnie : Dla kogo będzie się bił GROM?
Po uzyskaniu zgody autora ( nieoceniony twitter ) publikuję w całości dzisiejszy tekst Czarka, by trochę odświeżyć atmosferę po dominującej ostatnio sprawie Anny Cugier. To, że pokłóciłem się z tutejszymi administratorami nie wpłynie na moją aktywność blogerską, albo wpłynie, jak chce "klasyk" zupełnie przeciwnie"
IGŁA "DLA KOGO BĘDZIE BIŁ SIĘ GROM?"
Buszując tak sobie leniwie po necie zajrzałem do jednej z notek agencyjnych omawiających konferencję pt.
Siły Zbrojne III Rzeczypospolitej z perspektywy dwudziestolecia
Byli na niej obecni wszyscy dotychczasowi ministrowie ON, oprócz sławnego ze znajomości wojska A.Szczygły.
Mnie zainspirował jeden z małych fragmentów relacji:
Bogdan Klich oświadczył, że rozmawiał z premierem Tuskiem na temat powierzenia Gromowi funkcji narodowej formacji antyterrorystycznej, ze wszystkimi wewnętrznymi i zewnętrznymi tego konsekwencjami. Należy sądzić, że oznacza to także możliwość wejścia Gromu do akcji w dowolnym miejscu świata dla ocalenia zagrożonego życia polskich obywateli.
No nic, tylko przyklasnąć.
Choćby po lekcji męczeńskiej śmierci polskiego geologa w Pakistanie.
Od razu jednak zacząłem się zastanawiać co to, tak naprawdę może oznaczać?
Bo przecież min. Klich jest jednym z najsłabszych ogniw pośród kilku kluczowych ministrów obecnego rządu. I jak mówi, to nie po to aby ktoś lub coś odniosło pożądany efekt, nic oprócz jego własnej kariery. Ot po prostu podąża drogą min. Sikorskiego.
Oczywiście wszyscy wiedzą, że prestiż i potęgę państwa na arenie międzynarodowej buduje się również poprzez skuteczność jego sił zbrojnych. I to niekoniecznie musi być wygrana wojna. W obecnej sytuacji są to raczej działania wydzielonych kontyngentów wojskowych walczących w wielkiej odległości od kraju, posiadanie baz wojskowych w kluczowych miejscach globu, działania grup antyterrorystycznych czy większych oddziałów komandosów zdolnych do ochrony własnych obywateli, ich interesów ekonomicznych w miejscach newralgicznych dla danego państwa, sprawność działania wywiadu – cywilnego i wojskowego.
Przyjrzyjmy się możliwościom Wojska Polskiego w tym zakresie.
Posiadamy obecnie kilka jednostek sił specjalnych, których żołnierze nie odbiegają poziomem wyszkolenia od najlepszych jednostek Anglosasów – Delta Force, Rangersi, SAS i podobnych – byli też przez nich szkoleni. Co więcej brali udział we wspólnych akcjach bojowych.
Mamy GROM, zorganizowany od podstaw przez gen. Petelickiego, 1 Pułk Specjalny Komandosów nawiązujący do tradycji jednostek KEDYW-u AK, jednostkę komandosów morskich FORMOZA. Te jednostki są podległe Dowództwu Sił Specjalnych.
Możemy do tego dodać zwiadowców z 2 Pułku Rozpoznawczego z Hrubieszowa, spadochroniarzy z 6 Brygady Desantowo-Szturmowej oraz kawalerzystów z 25 Brygady Kawalerii Powietrznej z Tomaszowa Mazowieckiego.
I co się okazuje?
Wydajemy i będziemy wydawać setki milionów zł na wyszkolenie i utrzymanie żołnierzy z wymienionych jednostek. Dodam, że wyszkolenie komandosa jest o wiele droższe niż przeciętnego szwejka z prowincjonalnego garnizonu i trwa kilka lat.
To są zawodowcy. Gen. Petelicki twierdzi, że operator GROM kosztuje kilka mln zł.
Mamy więc przeszkolonych żołnierzy.
I teraz chciałbym się spytać min. Klicha w jaki sposób grupy działających w ukryciu żołnierzy miałby zostać przerzucone w odległy koniec świata?
Kto zapewni im łączność i rozpoznanie, czy będą mieli osłonę wywiadowczą, jak zostaną ewakuowani a co z pomocą medyczną, drogami ewakuacji?
I wcale nie musi tu chodzić o pojedynczego, porwanego Polaka.
To mogą być całe grupy obywateli polskich, ich rodzin, które należy np ewakuować z terenu ogarniętego działaniami wojennymi, zamieszkami lub masowymi mordami. Np z Bliskiego Wschodu ( ewakuacja kilkuset Polaków z ogarniętego wojną Libanu ), Ameryki Południowej, Afryki czy Azji Środkowej i Dalekowschodniej.
Otóż Wojsko Polskie nie dysponuje lotnictwem zdolnym do skrytych czy jawnych działań w odległości kilku tysięcy kilometrów od kraju – tu Klich przez 2 lata nie zrobił nic. Nie posiadamy także powietrznych tankowców – tu Klich anulował zakup 2 takich maszyn. Nie mamy okrętów desantowych zdolnych przyjąć i osłonić ewakuację dużych grup ludzi. Tu Klich praktycznie zlikwidował Marynarkę Wojenną.
Polscy spadochroniarze nie dysponują maszynami desantowymi a do niedawna nie dysponowali nawet spadochronami w celach szkoleniowych. Polska kawaleria powietrzna nie dysponuje śmigłowcami desantowymi i jest nią tylko z nazwy. Klich przesuwa w czasie kolejne przetargi na śmigłowce bojowe nie potrafiąc ich skoordynować z zakupami podobnych dla służb cywilnych czy Straży Granicznej.
A może mamy wywiad i rozpoznanie?
Też nie mamy. Służby wywiadowcze są cały czas zdezorganizowane a ostatnio min. Klich zrezygnował w imieniu Polski z udziału w tworzeniu natowskiej jednostki rozpoznawczej opartej o aparaty bezpilotowe, jednostki mającej zasięg globalny. Zaoszczędził tym samym 1,5 mln zł w tegorocznym budżecie MON. Oczywiście te pieniądze MON wyda ( i wielokrotnie więcej ) kiedy będziemy musieli kupować pożądane informacje od sojuszników.
Więc wracając do zacytowanego zdania o tym, – że rozmawiał z premierem Tuskiem na temat powierzenia Gromowi funkcji narodowej formacji antyterrorystycznej, ze wszystkimi wewnętrznymi i zewnętrznymi tego konsekwencjami, co ono może oznaczać?
Otóż tylko jedno. Jeżeli GROM lub komandosi z innych jednostek mają wykonywać zadania specjalne w dużej odległości od kraju to nie mają takich możliwości.
Będą więc zależni w 100% od Amerykanów.
I o to w tym wszystkim chodzi.
Amerykanie dostaną dobrze przeszkolonych Legionistów z WP, ci będą obsługiwali niekoniecznie polskie zadania i cele.
Nowe Santo Domingo zawsze się znajdzie.
A min. Klich?
A ten właśnie zapracował sobie na intratne stanowisko w międzynarodowych strukturach kontrolowanych przez Jankesów, po jesiennej rekonstrukcji rządu.
I tyle.
Kiedyś różni Sapiehowie i Radziwiłłowie mięli więcej prywatnego wojska niż Rzeczpospolita, teraz mówi się, że Polska wstąpiła do NATO ale MON nie.
Cytaty – http://www.altair.com.pl/start-3035
Subskrybuj:
Posty (Atom)