Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celebryci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celebryci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2015

Czy "hejt" powstaje z szacunku dla prawdy?

W książce „Piękni dwudziestoletni” Marek Hłasko początki swej kariery pisarskiej opisuje w ten sposób, że przeczytał jakiś radziecki produkcyjniak o szoferach „Kierowcy”  i zauważył: „tak głupio, to i ja potrafię” po czym usiadł o nasmarował „Bazę Sokołowską” rozpoczynając karierę literacką. Zauważa też skromnie, że w rozwinięciu skrzydeł pomogło mu bieganie po wódkę dla poety Broniewskiego. Dziś prawdziwych poetów już nie ma, ale zabawną bujdę pana Marka, niespodziewanie przypomniałem sobie wczoraj, gdy dotarły do mnie echa kolejnego „hejterskiego” ataku na pana dziennikarza Kuźniara z powodu jego cwaniactwa i zapobiegliwości, jaką się wykazał podróżując po USA.

Dlaczego ludzie poświęcają swój czas, by wyśmiewać osoby publiczne? Wyśmiewani twierdzą, że z zazdrości powodowanej bezsilnością wobec ich zdobytej ciężką pracą pozycji zawodowej i popularności. Nie śmiem wątpić, że redaktor Kuźniar do swojej pozycji, apanaży i sławy doszedł ciężką, codzienną pracą, jako dziennikarz. Nie sposób, bez ciężkiej, wręcz wytężonej pracy doprowadzić swój umysł do stanu, jaki publicznie prezentuje ten sympatyczny młody człowiek. Pan redaktor żali się, że wylewa się na niego pomyje, że wrogowie, źli ludzie... a on przecież prawa nie złamał. 
Normalna reakcja? Dla mnie, zgoła niepotrzebne fikanie koziołków. To dzięki takim reakcjom, pan redaktor jest najpopularniejszym polskim dziennikarzem na twitterze. Ważne, by pisali, prawda?

Rzecz w tym, że ludzie mają nawyk, często podświadomy, porównywania i ustalania własnych, opartych na obserwacji hierarchii. Coraz częściej zdarza się, że kreowane przez media osobistości, nijak przy dokładniejszym oglądzie w nie pasują do roli, jaką im wyznaczono. Tylko w sporcie, który jest bezwzględny, nikt nie stara się rozczłapanego grubasa kreować na gwiazdę sprintu, ponieważ choćby nie wiem czym go nafaszerować, taki typek nigdzie nie dobiegnie.

Krótko mówiąc „hejt” bierze się z rozdźwięku miedzy oczekiwaniami a podsuwanym widzowi pod nos produktem, takim właśnie, ja redaktor Kuźniar. Wiem, doszedł do swojej pozycji ciężką pracą, a zazdrośnicy i ludzie, którzy marzą o podobnej karierze... Stop.

Innym, źródłem „hejtu” jest rozczarowanie wynikłe z naiwności. Człowiek ogląda, słucha, czyta i kombinuje, jak przywołany na wstępie Hłasko, że tak głupio, słabo - to i on potrafi, w związku z czym aplikuje. Zakłada bloga, uprzykrza sąsiadom życie swoim śpiewem, a w skrajnych przypadkach pisze powieść o czarownikach ratujących Ziemię przed księdzem Godzillą, po czym porównuje efekty swojej pracy z dziełami, które odniosły sukces i dziwi się niezmiernie, że nie został celebrytą literatury. Czy „hejt” w jego wykonaniu wynika naprawdę li tylko z zazdrości?

Ważni redaktorzy, artyści wszelkiej maści, celebryci z łaski kolorowych pisemek a nawet niektórzy politycy, nie mogą pojąć, jakie zażenowanie i gniew budzą ich publiczne występy.

Publiczność wyobrażają sobie najwyraźniej, jako tłum zasmarkanych chłopów, przestępujących z nogi na nogę, mnących z nieśmiałości w spoconych dłoniach zniszczone czapki, a gdy pan raczy się odezwać, schylających głowy przed jego autorytetem. Być może dlatego wyobraźnia płata im takiego figla, że tacy ludzie ich otaczają na co dzień, a być może to jakaś projekcja z życia ich przodków. Nie mnie to rozstrzygać.

Czy jest tak, że „hejt” wobec osób publicznych powstaje z szacunku dla prawdy? To może przesada, ale na pewno jest to, często nie do końca uświadomiony protest przeciwko zaburzeniu hierarchii. 

Redaktor Kuźniar jest tylko najnowszym przykładem i nawet nie użyłbym w tekście jego nazwiska, gdyby nie to, facet wciąż udaje, że nie rozumie, dlaczego chwalenie się własną zaradnością spowodowało wylanie na niego „wiadra pomyj” choć wielu swoim znajomym zaimponował sprytem. No właśnie!  


poniedziałek, 25 czerwca 2012

"PZPN " Od morza do może

Zabawni są politycy chcący zbawić polską piłkę nożną, pokonując PZPN.

Ich propozycje, nawoływania do przejrzystości struktur, demokratyzacji, dopuszczenia krwi świeżej a pracowitej, młodych i uczciwych menadżerów i temu podobne banialuki, nie zasługiwałyby na uwagę, gdyby nie zabawny kontekst.

Oto wypowiadają się o PZPN ludzie tkwiący w strukturach partyjnych, w których nijak nie można dopatrzyć się realizacji postulatów, zgłaszanych wobec “Związku”

Ludek partyjny, na co dzień żyjący z dotacji budżetowych dziwnie radykalizuje się wobec stowarzyszenia żyjącego z własnych środków.
PZPN, mimo wszelkich możliwych zastrzeżeń, jakie są wobec niego podnoszone, jednak organizuje rozgrywki w których bierze udział kilkanaście tysięcy drużyn, czego o partiach politycznych, nie sposób napisać bez śmiechu.

Ludek partyjny pędzi z receptami na uzdrowienie piłki kopanej, a nie potrafi uzdrowić własnych struktur. Dziwactwo!

Ludek partyjny nie wie gdzie uderzyć, w związku z czym, wyartykułowane przez polityków propozycje zmian są w najlepszym przypadku śmieszne.

Jeśli wrogiem polskiej piłki jest PZPN, pierwszym krokiem przed podjęciem bitwy, powinno być rozpoznanie terenu wroga.

Jeszcze nie spotkałem się w mediach, na przykład, z postulatem zwalniającym dół piłkarskiej piramidy z obciążeń finansowych kreowanych przez PZPN. Można przeczytać o milionach przewalających się w ramach związku, ale nikt z tych, którzy mogliby realnie pomóc lokalnej piłce, nie raczy powiedzieć rzeczy oczywistych.

To na tym, najniższym poziomie, w ligach okręgowych, klasach A czy B jest matecznik polskiego futbolu. Żadne orliki, żadne komercyjne szkółki piłkarskie, żadne Barcelony czy Reale nie stworzą u nas generacji wspaniałych piłkarzy.

To jest robota dla klubów, które w 99 % klepią biedę, a w 95% ich jedynym źródłem finansowania są dotacje gmin, w większości oscylujące w przedziale, od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie.

Wyobraźcie sobie klub dotowany sumą 60 000 złotych, w którym trenuje i rozgrywa mecze w trzech drużynach : seniorów, juniorów i trampkarzy, około 60 chłopaków.

Przyjmijmy, nieco na wyrost, że sprzęt kupują sponsorzy a koszty utrzymania boisk, trybun i etat “gospodarza obiektu” przejęła dodatkowo gmina.

Klub opłaca trenera oraz instruktora. Niech to będzie koszt 30 000 złotych rocznie. Zostaje 30 000.

Z tego trzeba opłacić sędziów, pomoc medyczną, obserwatorów (!) kary za żółte i czerwone kartki, opłaty za pozyskanie lokalnych graczy, zapewnić dojazdy na mecze wyjazdowe, kupić napoje, zapłacić za badania zawodników. I co zostaje? Ano, guzik z pętelką.

Od razu, by uprzedzić atak, zaznaczę, że suma 60 000 to całkiem niezła kwota. Nieźle sytuowana gmina może zapewnić zbliżoną kwotę, ale dla jednego klubu. Jeśli w gminie istnieje drugi czy trzeci ośrodek piłkarski, przeważnie muszą obyć się smakiem.

To jest jedna z przyczyn słabości a wręcz braku możliwości prawidłowego szkolenia na poziomie podstawowym. Gdyby nie zaangażowanie lokalnych działaczy i sympatyków piłki, już dawno ta powiązana sznurkami konstrukcja raczyłaby się zawalić.

Jeśli ktoś chce zmian w PZPN powinien rozpocząć kampanię właśnie od odciążenia finansowego tych najmniejszych, skromnych klubów. Skoro w związku walają się miliony na opłacanie nieudaczników zawiadujących “dużą piłką” niechże to nie będą pieniądze zdzierane z klubów, gdzie wydatek stu złotych jest problemem, a sposób rozliczania z donatorem mógłby pod względem szczegółowości konkurować z miliardowymi przetargami w zbrojeniówce czy służbie zdrowia.

Tu tkwi problem polskiej piłki. Remedium nie okazały i nie okażą się “orliki” choćby dlatego, że system jaki stworzono, sam je przymknął.
Są to obiekty zamknięte, w związku z czym wymagają w godzinach otwarcia stałego nadzoru człowieka z przeszkoleniem medycznym.
To jest etat za który płaci gmina. Przez pół dnia boiska są zamknięte i tak jak dawniej chłopcy kopią piłkę na osiedlowej uliczce, choć “orlik” jest o rzut beretem. Dosłownie.

Jasne, że budowa tych boisk to krok w dobrym kierunku, ale gdyby były obiektami otwartymi, byłoby z nich dziesięć razy więcej korzyści.

Wracając do PZPN. Po prostu nie da się zmienić na korzyść tej organizacji, nie pozyskawszy, że użyję wytartego za komuny zwrotu, piłkarskich dołów. Dlatego śmieszy mnie gaduła polityków czy innych dziennikarzy, postrzegających piłkę przez pryzmat reprezentacji czy ekstraklasowych klubów. To są dwa światy. Ten, który jest na medialnym celowniku zajmuje się dojeniem swoich mniejszych i zupełnie malutkich “braci”.

Nigdy, co podkreślam, nie uda się żadna reforma PZPN, dopóki nie zamilkną bajkopisarze reform, którzy chcą uzdrawiać związek od góry. To czy kawior będzie zapijał szampanem Lato, Boniek czy inny ananas w rodzaju Bieleckiego, niczego nie zmieni, ponieważ, dzięki Bogu i statutowi, delegaci klubów wybierają swoich przedstawicieli do OZPN a tamci na zjazd PZPN. Tam z kolei wybiera się prezesa i zarząd.

Ględzenie o młodych, ambitnych menadżerach zda się tu psu na budę. Jakoś ich nie widać w lokalnych strukturach. Starzy, te przysłowiowe “leśne dziadki” w 99% angażują się w działania społecznie. Trzeba kosić -koszą boisko. Trzeba wyrwać chwasty wyłażące z popękanych, pamiętających Gomułkę, betonowych trybun - przyjdą i powyrywają. Jechać na mecz z dzieciakami - jadą. Trzeba załatwić transport - załatwią. Wysupłać dwie, trzy stówy z własnej kieszeni - wysupłają na chwałę swojego klubu. Młodych, zdolnych menadżerów na poziomie okręgówki i niżej, zwyczajnie brak. Pracować za darmo? To takie nienowoczesne!

Jasne, że Grzegorz Lato niespecjalnie sprawdza się jako prezes PZPN, ale propozycje, jakie padają ze strony PT polityków, uważam za całkowicie bezsensowne. Sprowadzają się bowiem do starej komuszej idei przywiezienia kandydata w teczce i zmuszenia do zaakceptowania teczkowej, politycznej, kandydatury.

Panowie politycy, od PiS-u, aż do idiotów Palikota. Najpierw wyleczcie się sami, a dopiero gdy będziecie zdrowi na umysłach oraz jędrni intelektualnie, zabierajcie się za leczenie piłkarskiej Polski.

Jeśli jest prawdą, że 16 000 000 Polaków jest kibicami piłkarskimi, niechaj, gdy ruszy sezon, choć 3 000 000 odwiedzi swe lokalne kluby i zacznie im kibicować, a z nich jeden procent, czyli 30 000 niech postara się w jakiejkolwiek formie zaangażować w ich działalność.

Będziemy mieli wówczas “Piłkę” od Morza do Może, i nie zastraszy nas jakaś tam… Hiszpania.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Rokita i Szpakowski. Gole, kontrakty i avocado

Aby potwierdzić prawdziwość, zaczerpniętego z książki o przygodach Szwejka, powiedzonka, że „dobra świnia i na wodzie się upasie” zacznę od wczorajszego meczu z Grecją.

Dwie minuty po przerwie Obraniak wbił pierwszego gola dla Polski, co stało się pretekstem dla kuriozalnych wywodów pana Szpakowskiego na temat autorstwa strzelonej bramki.
Gdyby chociaż komentator był młodzikiem, gołowąsem mikrofonu? Nic z tego! Facet obsługiwał w takiej czy innej formie osiem mundiali, zaczynając od legendarnego 1974 roku. Komentował tysiące meczów, oglądał jak mniemam, dużo więcej.

I nagle okazuje się, że Szpakowski nie ma pojęcia, komu należy przypisać bramkę? Na powtórkach, które obserwujemy razem z nim widać jak Obraniak zmienia kierunek lotu piłki kierując ją do siatki. Widać też, że nie jest jakieś przypadkowe odbicie, co tak czy tak nie zmieniałoby sytuacji, bo zasada jest jedna od zawsze!

A ten się upiera, a basuje mu Juskowiak, który oświeca widzów powiedzonkami w rodzaju „gracz X dostał, jak się to mówi po piłkarsku: „bloka” Juskowiak ma właśnie „bloka” wtórując wbrew oczywistym faktom Szpakowskiemu.

W sumie głupstwo, bo nie takie Szpakowski kwiatki sadzał i sadza w relacjach. To mało, by o nim specjalnie pisać, ale wczoraj po tym, tak fatalnym byku, jeszcze ta jego radość, że speaker na stadionie pomylił Brożka z Krychowiakiem.

- Usprawiedliwmy go, bo Bydgoszcz nieczęsto gości reprezentantów, ha ha…Nawet nie ma tutaj ekstraklasy…ha ha…
Juskowiak oczywiście basuje. Ha ha
Potem nagły news (skąd? Mecz wszak trwa?) że sędzia jednak przypisał gola Obraniakowi.
Cierpliwe odwracanie kota ogonem.
Obraniak strzela drugiego gola!

- Tym razem nie mamy wątpliwości, komu zapisać bramkę – cieszy się Szpakowski.
Ja rozumiem, co to jest pomyłka, ale nie pojmuję jak można tak uporczywie trwać w błędzie, oglądając wraz z nami kolejne powtórki.

Tu nie o piłkę chodzi.

Czy nie mają państwo wrażenia, że coraz częściej, to co widzimy na ekranie nijak się ma do wygłaszanego jednocześnie komentarza?


Inna gwiazda mediów, pan Jan Maria Rokita rozstaje się z Dziennikiem. Znaczy się, wylatuje po prostu. Przy okazji dowiedziałem się z:

http://www.wirtualnemedia.pl/article/2781860_Z_Dziennika_znika_Jan_Rokita_ale_nie_publicystyka.htm

…że jak na faceta piszącego w stylu krawca, z całym szacunkiem dla krawców, którzy nie biorą się za publicystykę, miał całkiem niezły kontrakt.

Trzydzieści tysięcy na miesiąc za klepanie oczywistości i charakterystyczne dla byłego polityka mędrkowanie to całkiem...całkiem.
I do tego osiemnastomiesięczna odprawa, pewnie z myślą by go konkurencja nie podebrała!

Następny celebryta się znalazł.
Ale co mnie Rokita obchodzi, podrzędna acz marudząca gwiazda naszej pożal się Boże publicystyki?
Nic. Mnie interesuje, kto był tak bystry, że podpisał tego typu kontrakt w imieniu zwijającej się gazety?

Czy ktoś kupował Dziennik dla tekstów Rokity?
Niech się przyzna, śmiało!

Axel zapłaci. Jasne i w sumie nic mnie to nie obchodzi. Co łączy Rokitę i Szpakowskiego?
Indolencja?
Brak pojęcia o piłce nożnej?
Gwiazdorskie kontrakty?

„Nie wiem i nie wie, tego nikt na świecie
choć wszyscy wszystko oglądali przecie” – jak kiedyś śpiewał Karczmarski.

Ciekaw jestem, czy w podobny sposób były skonstruowane kontrakty Michalskiego i Krasowskiego? Jeśli tak, oznacza to, że „pampersy” dają sobie jednak radę i obawy oraz recenzje Matyi, z rzeczywistością niewiele mają wspólnego.