Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sienkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sienkiewicz. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 stycznia 2013

Moralne bankructwo średniej Polski


 Przez całą noc trawił Kmicic opinię Wrzeszczowicza o Polakach, szerzej, o obywatelach Rzeczpospolitej i nijak nie potrafił wymyślić dobrych kontrargumentów. – Azali prawdą jest, że jeno dobrą jazdę mamy? – Pytał sam siebie, a był to człowiek niegłupi, po przejściach, przeto rozeznanie jakoweś posiadał. 

Aż z tego wszystkiego o 4:35 nad ranem, udał się, na te smutki, do wygódki.

Gdyby dzisiaj jakiś pisarczyk wywlókł pana Andrzeja z szeleszczącego czyśćca literatury i postawił przed nim współczesnego krytyka naszego narodowego porządku, nie mógłby już się już Jędrek zastawiać żadną „dobrą jazdą”

Historia pędzi niczym husaria pod Parkanami, a my znowuż... byle nasza wieś spokojna… Byle co, po prostu, w obejściu, byle europejczykami nas nazwą, byle fajnie, prawda, było.

Łatwo poszło to, co z trudem przyszło. 

Rzecz nie w Magdalence czy na jakimś Okrągłym Stole. Widzę tu raczej  konsekwentną, choć często nie uświadomioną przez „bezpośrednich wykonawców” linię propagandową. Kto do niej przykładał swój umysł, ręce i duszę, niech będzie przeklęty na zawsze.

Podstawowe zasady wtłaczane od tak zwanego „upadku komuny” do uczesanych głów  PT polaków były i są takie;

Wszyscy są w taki czy inny sposób umoczeni w PRL – Niby wszyscy jesteśmy dziećmi totalitarnego państwa, na równi z jego przywódcami/macherami. 

Wszyscy, w domyśle są łajdakami, ale ja/my mamy odwagę się do tego przyznać a nawet chwalić się swym świństwem ( casus urbana )

Za wszystkie swoje niepowodzenia odpowiadasz tylko ty. Jeśli uważasz inaczej, jesteś płaczkiem, komuchem i łajzą ( casus leberałów z początku lat 90 )

Musisz utożsamiać się z wyższą, finansowo i bezczelnie, grupą społeczną, tak szczerze , aż ich problemy weźmiesz za swoje. Pod żadnym pozorem nie bierz za swoje problemów tych, którzy są niżej niż ty. Do nóg padaj ważnym a pluj na słabszych.

Polityka jest nieważna, zajmowanie się nią to głupota. Wszyscy politycy są tacy sami. Wszyscy politycy są nic nie warci. Wszyscy politycy kłamią, ale tylko nasi, polscy. Reszta to świątobliwe cadyki, od USA do CCCP.

Historia i tradycje Rzeczpospolitej są tylko kulą u nóg rozwoju, zarówno państwa polskiego jak i jego obywateli. Twojego także! Wiedza zawsze przeszkadza, a historyczna przeszkadza szczególnie.

Jeśli już musisz kochać coś abstrakcyjnego, adoruj swoją małą ojczyznę. To jest wybaczalna postawa dzięki której możesz wyzwolić się z grona złych, morderczych Polaków. Bądź Warszawiaku, mężnym mazowszaninem i zaproś dla swojej obrony, PT Krzyżaków. Wiem, że to już było, ale nikt o tym nie pamięta!

Chamstwo, prymitywizm opinii, perfidia oraz pospolite kłamstwo w sferze publicznej jest fajne i nowoczesne, o ile tak zadecydują mądrzejsi od Ciebie. 

Do nóżek padam, prostytuto z telewizora!

Balcerowicz jest najwybitniejszym w świecie ekonomistą a Geremek politykiem. Teraz są lepsze, bardziej odlotowe pomysły z udziałem Rostowskiego i Tuska. I na tak podejrzanej jakości smalec są amatorzy.

Religia katolicka to obciach w przeciwieństwie do innych religii, w których pewnie coś jest i dlatego należy je szanować. Rzezie? Społeczeństwo kastowe? Masowe gwałty? Cóż, postęp wymaga ofiar!

Świeccy święci są naprawdę święci, nie to co jacyś podejrzani - Tfy - katoliccy! 
Z żywych ostali się ino Michnik, Owsiak i Wałęsa. Nawet pan Kuroń budzi wątpliwości – Po kilku latach, ponieważ obecnie zda się mądrzejszym i do zbytku szlachetnym, przynajmniej odkąd nie żyje.

Szanuj tylko potoczne, popularne opinie, nie zagłębiaj się, nie myśl bo ... myśliwym zostaniesz! 

Można by pisać i pisać, ale z tego pisania, cale dobra jazda nie wypłynie chorągwiami, pod polskimi znakami na pole, zza czarnej wstęgi lasu. 

Takie przyszły czasy, że ludzie boją się koni, a konie ludzi. O wyrażaniu swych sądów, przez litość nawet nie wspominam.

Kmicic to miał dobrze!

Udał się do Częstochowy, nie zarządzanej wówczas przez komuchów und ich sojuszników  z PO i literacki ksiądz Kordecki wskazał mu pozytyw pod postacią kultu Maryjnego, aż mu grzbiet pod dyscypliną, z prawej ręki Soroki, krwią spłynął. 

Uzyskawszy rozgrzeszenie, przecie wielkie Ojczyźnie oddając posługi, do dobrego imienia powrócił i przy nim do końca żywota swego pozostać raczył.

A my co, współcześni Polacy?

Hodujemy w świętej Rzplitej komuszą hołotę, palikociarzy i sto tysięcy medialnych ścierw, czyli już na wstępie jesteśmy w dupie! 

I jeszcze trzeba uważać, by jednego z drugim nie urazić grubym słowem.

Albowiem okupanci naszych umysłów wymyślili, że do opinii/idei można zastosować wytrych „mowy nienawiści” 
O, resztki pogrobowców Rzeczpospolitej – Zamknijcie mordy bo tiurma! Na słowo - paragraf! 

We władzy ciemniaków i skurwysynów - Ile można? To jest nudne! 



Dzisiaj, gdy wszyscy jesteśmy obywatelami - udało się wyhodować, trzydzieści trzy lata po Sierpniu, nie tylko szlachtę, arystokrację ale i bohatersko bogatą klasę próżniaczą, która nawet sama nie wie co robi, ani dlaczego?

Doszliśmy do sytuacji, że jest uznawany za tradycję polskiej nowomodnej kultury cytat z naszych kurewek, pospolitych gdańskich leberałów, że niby...pierwszy milion trzeba ukraść. 
Dzisiaj nie ma komu ukraść - O cholera! 
Biedaków, wdowy i sieroty zostawiam Państwu, ponieważ mam jeszcze resztki sumienia. Pozostali mają uzbrojona ochronę.

A co tu ma do rzeczy Kmicic?

Ano nic, dawno temu wyemigrował do Argentyny, biorąc za dobrą monetę opinię, że najsolidniej można zarobić w czasie kryzysu, a kryzys nam nie grozi.
Wrzeszczowicz siedzi w Czechach.

Pielgrzymki kłaniają się przed bohomazem. Majowie zbankrutowali jako poważni naukowcy. Czesław Miłosz choćby milion lat siudał dupką w zaświatach nie wymaże gumką przekazu, swojego, jakże popularnego wiersza.

Dla młodszych/głupszych mam uwagę, że ze względu na termin publikacji wiersza, nijak nie można napisać, że jest to tekst zwracający się bezpośrednio z pretensjami do Jarosława Kaczyńskiego.

"Który skrzywdziłeś człowieka prostego 
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając, 
Gromadę błaznów koło siebie mając 
Na pomieszanie dobrego i złego, 

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili 
Cnotę i mądrość tobie przypisując, 
Złote medale na twoją cześć kując, 
Radzi że jeszcze dzień jeden przeżyli, 

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta. 
Możesz go zabić - narodzi się nowy. 
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy 
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta" 

Owszem, zostały spisane czyny i rozmowy, ale cała ta historia nie jest nic warta, ponieważ nie została zaopatrzona czerwoną, okrągłą, kacapską und carską pieczęcią. 

Bawmy się! 
... nim werble warcząc ruszą
















poniedziałek, 30 maja 2011

Donald Tusk rozserdywsia!

Kilkunastu dziennikarzy i urzędników , dumnych, zziajanych, okrytych potem, a trzeźwych jak sto nieszczęść, weszło do izby. Stanęli przy drzwiach i wyciągając garście pełne zwitków wypisanych mandatów, skserowanych wezwań do prokuratury i wycinków z gazet, zawierających ich artykuły poczęli mówić:

- Przydupasy władzy kłaniają się Peowskiej starszyźnie - tu pokłonili się wszyscy w pas -i proszą, żeby im rabom wiernym, w czasie letnim, wolnym od ligi piłkarskiej dać zezwolenie, szczob z nymi kibolami poihraty, jak z ...

- Wydać im kiboli! -krzyknął redaktor znany z telewizji

- Nie wydawać - niespodziewanie krzyknął Graś. - Niech czekają! Oni kibice, a za pasem euro!
- Na pohybel mu! -ozwały się głosy miłosników Grabarza.

Następnie ucichli wszyscy czekając, co powiedzą bibliotekarze i Schet.

- Elity proszą a nie, to same wezmą - powtórzyli deputaci
Zdawało się, że piłkarscy kibice zgubieni są bez ratunku, gdy wtem Schet pochylił się do ucha Donalda Tuska.

- To twój elektorat -szepnął - Ich ludzie Millera wzięli, oni twoi. Dasz-li ich sobie zabrać? Ich wielu i zorganizowani są, a teraz zupełnie za nic, złotem im nie płacąc, kniaź Kaczyński ich bierze.

- Dawajcie kibiców -wołali coraz groźniej dziennikarze i urzędnicy od zachowania porządku.
Donald Tusk przeciągnął się na swoim siedzeniu i wstał. Twarz zmieniła mu się w jednej chwili, oczy rozszerzyły się jak u żbika, zęby poczęły błyskać. Nagle skoczył jak tygrys przed Przydupasów dopominających się o ostateczne zniszczenie kibiców.

- Precz, capy, psy niewierne! niewolnicy! swynojady! - ryknął chwytając za wygolone podbródki dwóch redaktorów naczelnych i targając nimi z wściekłością. - Precz, pijanice, bydlęta nieczyste! gady plugawe! wy mnie elektorać zabierać przyszli, a ot, ja wam tak!... capy! - To mówiąc, targał teraz za czupryny coraz innych wojowników medialnych, aż mu żel z palców ściekał, na koniec zwaliwszy jednego począł go deptać nogami. - Na twarz, niewolnicy, bo koncesje poodbieram, bo media i urzędy nogami tak zdepczę jak was! z dymami puszczę, ścierwem waszym pokryję!

Obecni, przed chwilą hardzi i pewni swegoi cofali się przerażeni - straszliwy Premier pokazał, co umie.

I dziwna rzecz: Niby premier i jego rząd od pijaru i przychylności mediów zależał! - a jednakże ani jeden głos protestacji nie podniósł się przeciw Tuskowi. Zdawać by się mogło, że sposób, w jaki groźny premier obronił kibiców, był jedynie skuteczny, że trafił od razu do przekonania dziennikarzy i urzędników.
Deputacja dopadła do laptopów i komorek krzycząc jak kto mógł do tłumów wyznawców, urzędników i policjantów że nie będą z kibicami igrały, bo ich Tusk w obronę bierze, a za nadmierną gorliwość wiernym druhom robi kęsim, a do tego Tusk, każe rozserdywsia! „Brody nam podrapał!" - wołali.
W mediach i urzędach też poczęto zaraz powtarzać: „-Donald Tusk -rozserdywsia!" „Rozserdywsia! - wołały żałośnie tłumy -rozserdywsia! rozserdywsia!" - a w kilka chwil jakiś przeraźliwy damski głos jął śpiewać na antenie TokFM:
Hej, hej!
Donald Tusk
Rozserdywsia duże!
Hej, hej,
Donald Tusk
Ne serdysia, druże!

Wnet tysiące głosów powtórzyło : „Hej, hej! Donald Tusk" - i oto powstawała jedna z tych pieśni, które potem, rzekłbyś, wicher roznosił po całej Polsce i trącał nimi struny dusz wylękłych oraz lemingowatych.
inspiracje:
hsogniemimieczem.w.interia.pl/ogniem111.html
oraz:wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,9690080,Tusk_wsciekly__Kto_karal_za__Donald_matole__.html

poniedziałek, 28 grudnia 2009

POtop. Słynne monologi i dialogi


Tusiu rzucił bystre, przelotne spojrzenie na Popularnego Fana PO

- A jeżelibym ci powiedział, że to pozory, czylibyś pomagał dalej?

Popularny Fan PO ruszył niedbale ramionami.

- Ba! Jako rzekłem, moja fortuna przy fortunie liderów naszej partii wyrośnie. Byle się to stało, wszystko mi zresztą jedno!

- Wyjdziesz na człowieka! Pamiętaj, że ci to przepowiadam. Ale czemu to Schet nigdy z tobą szczerze nie mówił?

- Może, dlatego, że skrupulat, a może, ot tak! Nie zgadało się!

- Bystry masz dowcip, Nasz Fanie, bo to szczera prawda, że on skrupulat i niechętnie prawdziwą skórę pokazuje. Jak mi Bóg miły, prawda! Taka już jego natura. Toż on i ze mną gadając, skoro się tylko zapomni, zaraz zaczyna mowę miłością dla ojczyzny koloryzować. Dopiero jak mu się w oczy roześmieję, to się opatrzy. Prawda! prawda!

-, Więc to tedy jeno pozory? – Pytał Popularny Fan PO

Tusiu przekręcił krzesło, siadł na nim jak na koniu i wsparłszy ręce na poręczy milczał chwilę, jakby się namyślając, po czym rzekł:

- Słuchaj, panie Fanie! Gdybyśmy, my Elita, żyli w Hiszpanii, we Francji albo i w Szwecji, gdzie takich ancymonów jak my, powszechny szacunek otacza, z racji, naszej oczywistej przewagi ętelektualnej oraz zarządzania siłami terroru, a tylko jakieś wojny domowe, jakieś przewroty w rodzaju tego AD 1968, jakieś nadzwyczajne zdarzenia, służylibyśmy pewnie ojczyźnie, kontentując się jeno urzędami wedle zdolności oraz wykształcenia, które nam przynależą.
Ale tu, w tym kraju, gdzie nawet Premier nie ma za sobą bożego prawa, jeno wszystkie wybory gołota und chamstwo kreuje, gdzie wszystko in liberis suffragiis, słusznie czyniliśmy sobie pytanie:, dlaczego to Kaczyński, a nie Tusk ma panować?... Nic to jeszcze Kaczyński, boć oni z uznanej przez starodawna władzę opozycji demokratycznej, ale kto nam zaręczy, kto nas upewni, że po Kaczyńskich nie przyjdzie obywatelom fantazja do głowy zrobić premierem choćby autora tego tekstu? Albo, jakiego pana Triariusa, albo, jakiego pana Igłę. Tfu! Czy ja wiem wreszcie kogo?... A my? Prawdziwa Elita i książęta ętelektualne Rzeszy Europejskiej mamyże po staremu przystępować do całowania jego premierowskiej – Triariusowej ręki?...
Tfu! do wszystkich rogatych diabłów, Fanie, czas z tym skończyć!... Spójrz przy tym na Niemcy czy chocby Angielczyków, ilu tam czołowych polityków mogłoby, z uwagi na fortunę, na noszących teczki do nas się zgodzić. A przecie mają swoją udzielność, a przecie panują, a przecie suffragia w sejmach mają, a przecie diamentowe karty kredytowe ponalepiane na czołach noszą i miejsca przed nami w Parlamencie Europejskim biorą, choćby im słuszniej wypadało ogony u naszych płaszczów nosić. Czas z tym skończyć, panie Fanie, czas spełnić to, o czym ŚP. hetman wojsk fartuszkowych J. O. Gieremek z dawna już zamyślał!

Tusiu ożywił się, wstał z krzesła i począł chodzić po komnacie.

- Nie obejdzie się to bez trudności i impedimentów – mówił dalej – bo pomijając już PiS, z natury swej dwojaki i rozrzedzony, także inne łże prawicowe elementy, a nawet lewicowcy co się synami Polski nie Sojuza mienią nie chcą nam w tym dziele pomagać!.

- ... ( chrząkniecie )

- Wiem, że Jarosław Kaczyński pisał do brata, że nam raczej o włosiennicy, nie o pałacu prezydenckim myśleć. Niechże sam o niej myśli, niech pokuty odprawia, niech na popiele siada, niech mu jezuici skórę dyscyplinami garbują; skoro kontentuje się przewodzeniem ciemnocie, niechże przez całe cnotliwe życie aż do cnotliwej śmierci kapłony cnotliwie kraje!
Obejdziem się bez niego i rąk nie opuścimy, bo teraz właśnie pora.
POPISU nie będzie!

- ... ( 2 chrząknięcie )

Rzeczpospolitą diabli biorą, bo już tak bezsilna, na takie psy zeszła, że się nikomu nie może opędzić. Wszyscy lezą w jej granice jak przez rozgrodzony płot. To, co tu Niemiaszki i Kacapy robią, nie przytrafiło się dotąd nigdy na świecie poza czasami komunistycznej opresji!. My, panie Fanie, możem wprawdzie śpiewać: Te Deum laudamus!, a swoją drogą to niesłychana i niebywała rzecz… Jak to, najezdnik uderza na kraj – nie uderzając!
Najezdnik znany z drapieżności, i nie tylko nie znajduje oporu, bo słodkie niczym wrześniowe maliny są jego lica. Ale kto żyw opuszcza Rzeczpospolita i spieszy do onej Unii paradnej: magnates, szlachta, wojsko, zamki, miasta, wszyscy!... bez czci sławy, honoru, wstydu!... Historia drugiego takiego przykładu nie podaje! Tfu! tfu! panie kawalerze! kanalia w tym kraju żywie bez sumienia i ambicji… I taki kraj nie ma zginąć? Na łaskawość się Europejską oglądają! Będą mieć tyż łaskawość szczerą!

Popularny fan PO był coraz był bledszy i resztkami sił trzymał na wodzy wybuch szaleństwa; ale Tusiu, cały zatopiony w swej mowie, upajał się własnymi. słowami, własnym rozumem, i nie zważając na słuchacza tak dalej mówił:

- Jest, panie Popularny Fanie, zwyczaj w tym kraju, iż gdy kto kona, to mu krewni w ostatniej chwili poduszkę spod głowy wyszarpują, ażeby się zaś dłużej nie męczył. Ja , Prezydent, i politycy spod wszystkich politycznych znaków postanowiliśmy tę właśnie przysługę oddać Rzeczypospolitej. Ale że siła drapieżników czyha na spadek i wszystkiego zagarnąć nie zdołamy, przeto chcemy, aby choć część, i to nie lada jaka, dla nas przypadła. Jako liderzy und Elita mamy do tego prawo. Jeśli zaś nie przemówiłem ci tym porównaniem do głowy i nie zdołałem w sedno utrafić, tedy powiem inaczej.
Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągnie PO, PiS, PSL, SLD drobnego ptactwa mnóstwo! A takoż Ojropejska Unia, USA, Rosja i kto żyw na około. A my ze Schetem powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na dwa albo i trzy płaszcze wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy. Niechaj Lwów na wielki wieków przy Ukrainie się ostaje, niech słodka Anielica Merkel o Prusy, Śląsk i wielkopolskie kraje się procesuje, niech Małopolskę bierze Czech czy kto bliższy. Warszawskie urzędy i tamtejsze chleby musza być dla nas!

Popularny fan PO wstał nagle.

- Dziękuję waszej Tuskowatości, to tylko chciałem wiedzieć!

- Odchodzisz, panie Fanie?

- Tak jest.

Tusiu spojrzał uważniej na Popularnego Fana PO i w tej chwili dopiero spostrzegł jego bladość i wzburzenie.

- Co ci jest, panie Fanie? – spytał. – Wyglądasz jak Piotrowin…

- Fatygi z nóg mnie obaliły i w głowie mi się kręci. Żegnam waszą Tusiowatość, przed odjazdem przyjdę się jeszcze pokłonić.

- To się spiesz, bo ja po południu ruszam także…. I tak dalej………….

poniedziałek, 23 listopada 2009

Ogniem i tym co podejdzie!

Orkowski na stołku się bujał łykając, a co miodu łyknął to się mocniej bujnął.

- Panie Orkowski – mówię – nie bujaj się wasze, bo morskiej choroby dostanę od tego waszmościnego bujania, a to, tfu, obrzydliwa i heretycka jest przypadłość.

- Inom się nie spodziewał, że na takim zadupiu, mają miód niczym jakiś dziwny i okrutny Samson, eeip… okrutny!

- To sieć jest międzynarodowa, drogi Orkosiu – „Dzikie Pola” się zwie, a kapitał w niej mocno jest międzynarodowy!

- W rzyci mam kapitał – Odpowiada bujający się Orkosiu i tajemniczo dodaje: – Jeszcze się ten ich Marks nie narodził!

O czym mówi, nie wiem, ale węgrzyn niczym miód – To i w czubie musi być u dzielnego Orkosia dobrze!

W tym momencie obudził się Nicpoń i jak to on zaraz szabli szuka i przekrwionymi gały wszędzie wywraca.

- Cichaj! – Mówię. Oręż waściny u karczmarza Żydowiny schowan dla spokojności.

- Mam tu osobliwą książeczkę – mówi uspokojony Nicpoń – Pod nos mi podtykając nie żadną tam książeczkę, ale tomiszcze szczere in oktawo.

- A o czym, one dzieło? – Pytam udając ciekawość.

Nie doczekałem odpowiedzi, bo nagle tumult powstał i rumor, z tego, że wszyscy przytomni wstawali ławy precz odsuwając i niczym gąsiory szyje wyciągali.
Albowiem przy vipowskim stoliku rozruch powstał.

-, O co tam chodzi – Pytam jednego takiego hołysza w niegdysiejszych barwach książęcych.

- Wszyscy – Odpowiada – wąsem na mnie ruszając – rozprawiają tu od trzynastu pacierzy o ucieczce Chmiela, a tamten młody z brodą, niejaki Skrzetuski co do Krymu posłował, Chmiela z arkana bez żadnej potrzeby uwolnił...

-, Co jest? Jakiego Chmiela? – Dopytuję, bo odkąd wdałem się z Orkosiem i onym przykrym Nicponiem, o polityce żadnego pojęcia nie mam. Ot napić się do syta, babę chędogą za cyc ucapić, siabli zardzewieć nie dać… Tyle naszego!

- No, tego buntownika Chmielnickiego! Patrz waść na Czaplińskiego, jak na pysku sczerwieniał! Istny burak!

- A co to za gruby ślachcic brodaty jako cap, z bielmem na ślepiu?

- Niejaki Zagłoba. Mówią, że przechrzta albo i gbur szczery, ale pyskacz wielki. Sejmowa gęba!. Patrz Pan, co się dzieje!

Patrzę i widzę najnormalniejszą w Polszce awanturę, zupełnie taką samą, jakie bywają „Pod kalichem” czy w naszym „Zerwikapturze” Widzę między onymi awanturnikami starego Zaćwilichowskiego z Unii Wolności. Co ten tam robi, pojęcia nie mam?

Czubi się Czapliński z tym całym Skrzetuskim.

Pierdolnął w stół pięścią Czapliński – Podskoczyły szklanice.

W nagle zapadłej ciszy, ciszy takiej ze słychać sto pieprzonych much uwijających się w izbie, Skrzetuski odzywa się głosem grobowym:

- Nie wylewaj waćpan wina!

Za chwilę to samo!

- Zanim dojdą do pointy, będziemy brodzić jak te czaple w winie. Na szczęście mam gumiaki!

Ale gdzież tam! Już ten cały Skrzetuski ( popularny „Skrzat” ) podnosi się całą swą potężną postacią i chwyta staruszka Zaćwilichowskiego za kurtkę und galoty. Dalejże nieść. Dalejże drzwi onym otwierać i w gnojowisko dziadka – ptaszka smyrga jak z kołczana strzałę! Wraca i do Czaplińskiego:

- Przeproś, bo inaczej, też tak wylecisz.!

Nie przeprosił. Wyleciał!

Zagłoba się śmieje. Przez hulające na wietrze drzwi widać jak Czapliński z Zaćwilichowskim umawiają się w sprawie adwokata.

Przy vipowskim stoliku śmiech, że niby „górą nasi”

Wstałem i mówię:

- Weź mnie Pan , panie Skrzetuski wyrzuć za niemi, albo, co?

Nicpoń mnie odpycha i się pcha – wieśniak – Mnie wyrzuć Acan!

- Ja! Mnie! – dodaje opity do imentu dzielny Orkosiu!

- „Ja” – To w husarii dupa! – Zauważa nie bez racji Nicpoń i pada nagle na podłogę niby gromem, a tak naprawdę gorzałką rażony.

Zostałem nagle, jakby nie patrzeć – sam.

- Ledwie waćpana ujrzałem, od razu pokochałem! Choć do naszego VIPowakiego, znanego z historii literatury stolika. Wina Żydzie!!! – drze mordę Zagłoba!

Cóż robić? Siadam. Był tam jeszcze taki umięśniony grubas. Przedstawili go jako Minimusa Podbipięte.
Litwin, ale fajny facet.

- Mówił mi ociec, że z moja posturą…Rozumiesz wasze – albo się będą mnie bali, albo ze mnie śmiali.

Piliśmy tydzień!

A mówią, że Czechryń to dziura i go do autostrady
Kulczyka porównują.

Obudziłem się widzę. Kura się przechadza. W zasięgu ręki nicponiowi księga. Łeb żarzy. Język w gębie niby sowa w dziupli. Ktoś jęczy. Inny za oknem wyje. Księga.

Pierwsza strona – bezsensowny obrazek.
Druga – tekst – Czytam!

„ 2010 był to dziwny rok….

niedziela, 8 marca 2009

Dzikie Pola Internetu

Polowano w portalach dyskusyjnych na ludzi jakby na wilki lub suhaki. Polował, kto chciał. Człek nie doceniony przez wyborców chronił się do Internetu, rządowy pasterz trzód strzegł, wolnościowy rycerz przygód tam szukał, łotrzyk łupu. Pisowczyk Peowca, Peowiec Pisowczyka. Bywało, że i całe watahy broniły trzód przed tłumami napastników. Sieć była pusta i pełna zarazem, cicha i groźna, spokojna i pełna zasadzek, dzika od Dzikich Idei, ale i od dzikich dusz.
Czasem też napełniała ją wielka wojna. Wybory! Wówczas płynęły po niej jak fale czambuły partyjne, pułki rządowe, to chorągwie polskie lub całkiem nie polskie; nocami rżenie prześmiewczych blogerów wtórowało wyciom trolli, terkoczące liczniki otwarć i milionowy stukot klawiatur leciały aż do nieba telewizji i ku tajnym kancelariom gdzie analitycy …”

Trochę zmasakrowałem tekst Sienkiewicza, ale to dla jasności i pro publico bono.

Krótko.

Blogerzy i komentatorzy zaczynają w Internecie wybijać się na niepodległość. Ostatnio odbyta krwawa wyborcza wojna jakby otrzeźwiła zwaśnione strony.

Coraz więcej kontestacji politycznej rzeczywistości, na dodatek ponad podziałami wynikającymi z partyjnych zacietrzewień. I już nie tylko narzekanie gnuśnych marudów obrażonych na cały świat.

Coraz częstsze próby kreowania własnych wizji, gromadzenia ludzi wokół różnorakich akcji.

Już trudniej mediom głównego nurtu narzucać kierunek i ton rozważań na blogach i w komentarzach.

Widać jak ludzie nabierają przekonania do tego co robią. Już nie szukają akceptacji wielkich, coraz rzadziej także obrażają by zwrócić na siebie uwagę.

Tworzą się zupełnie nowe konstrukcje wzajemnych sympatii, a przede wszystkim tworzy się zupełnie nowa grupa, niby poza mediami i polityką, ale jednocześnie sama będąca i tym i tym naraz.

Nie przypadkiem zacząłem od tego kawałka z „Ogniem i mieczem” ponieważ właśnie tu i w tej chwili jesteśmy na Dzikich Polach.

Spójrzcie na harcowników politycznych jak zaczynają swych umyślnych wysyłać albo już nawet własnymi osobami raczą nas skromnych zaszczycić.

Tyle tylko, że ten młyn jest nasz i tak naprawdę to sobie mogą popatrzeć przez dziurkę od klucza na to co się w środku wyprawia.

Co popatrzą, odchodzą zadowoleni, że to niegroźne, że naiwne, że jacyś tam nawiedzeńcy wirtualni.

I dobra nasza jeśli takim okiem na nas patrzą ci z „reala”

Jest to jedna z najgrubszych pomyłek jakie mogą się przydarzyć politykowi czy medialnemu naganiaczowi bo tak naprawdę to oni żyją w „wirtualu” nie my!

My żyjemy w jak najbardziej realnym świecie a to, że kontaktujemy się za pomocą Internetu ma niby czynić z nas byty wirtualne?

To w nich jest tyle realności co uda się im z nas wydusić.

A tu Dzikie Pola i nikt gwarancji nie daje co z nich wyjdzie za chwilę.

Może być tak, że za chwilę te realnie rozwielmożnione polityczne gęby będzie można opisać słowami pana Sienkiewicza.

„…mówiono także, że politycy snując się po Sieci zastępują drogę internautom jęcząc i prosząc o znak krzyża świętego. Między nimi trafiały się upiory, które goniły za ludźmi wyjąc. Wprawne ucho z daleka już rozeznawało wycie upiorów od wilczego.”

Ile jeszcze czasu potrzeba? W tej chwili jest godzina 21:01, dnia 18 kwietnia, Roku Pańskiego 2008. A przecież:

„Rok 2007 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”

Nawet się zgadza bo zima, dziwnie ciepła była!

Potop - Zabawa w masakrę

Oczy Blogera błysnęły przez chwilę, lecz mówił dalej spokojnie:

- Owóż tak jest: Pan Premier wszystkie swe postępki dobrem i zbawieniem Rzeczypospolitej osłania. Już też ta Rzeczpospolita z ust mu nie schodzi. Raczże mi panie ministrze szczerze powiedzieć: pozoryli to tylko konieczne czyli naprawdę nasz wódz ulubiony ma tylko dobro Rzeczypospolitej na celu?...

Radek rzucił bystre, przelotne spojrzenie na Dzielnego Blogera.

- A jeżelibym ci powiedział, że to pozory, czylibyś pomagał dalej?

Bloger, ukryty pod płaszczem nicka ruszył niedbale ramionami.

- Ba! Jako rzekłem, moja fortuna przy fortunie waszej Najlepszej Partii wyrośnie. Byle się to stało, wszystko mi zresztą jedno!

- Wyjdziesz na człowieka! Pamiętaj, że ci to przepowiadam. Ale czemu to nikt z naszych z tobą, dotychczas szczerze nie mówił? Bo media, sam wiesz…

- Może dlatego, że strach okrutny jakiemuś nickowi się zwierzać, a może, ot tak! Nie zgadało się!

- Bystry masz dowcip, kawalerze, bo to szczera prawda, że strach i wtajemniczeni w sprawę niechętnie prawdziwą skórę pokazują. Jak mi Bóg miły, prawda! Taka już nasza polityczna natura. Toż my i między sobą gadając, skoro się tylko zapomni, zaraz zaczynamy mowę miłością dla ojczyzny koloryzować. Dopiero jak jeden drugiemu się w oczy roześmieję, to się opatrzy. Prawda! prawda!

- Więc to tedy jeno pozory? - pytał Bloger.

Minister przekręcił krzesło, siadł na nim jak na koniu i wsparłszy ręce na poręczy milczał chwilę, jakby się namyślając, po czym rzekł:

- Słuchaj, panie Bloger! Gdybyśmy, my polskie elity, żyli w Hiszpanii, we Francji albo w Szwecji, gdzie wiedzę, światowe obycie oraz międzynarodowe koneksje elit się szanuje i gdzie prawo z ducha oświecenia wypływa, tedy, pominąwszy jakieś wojny domowe, jakieś przejęcia władzy przy pomocy obcych potęg, jakieś nadzwyczajne zdarzenia, służylibyśmy nawet i tej ciemnej ojczyźnie, kontentując się jeno najwyższymi urzędami, które nam się z rodu i fortuny przynależą. Ale tu, w tym kraju, gdzie byle chmyz poniża każdy autorytet, gdzie podważa się nawet wyroki Komisji Europejskiej, gdzie wszystko „in liberis suffragiis” słusznie czyniliśmy sobie pytanie: dlaczego to Kaczyński, a nie Komorowski ma prezydentem być?... Nic to jeszcze Kaczyński, boć on też z opozycji demokratycznej przecież i przy okrągłym stole siedział, ale kto nam zaręczy, kto nas upewni, że po Kaczyńskim nie przyjdzie ludziom fantazja do głowy posadzić na stolcu królewskim i wielkoksiążęcym choćby pana Harasimowicza albo jakiego pana Nicponia, albo jakiego pana Piegłasiewicza z Psiej Wólki. Tfu! czy ja wiem wreszcie kogo?... A my? Elita tej nieszczęsnej Polski mamyże po staremu przystępować do całowania jego królewskiej - piegłasiewiczowskiej ręki?... Tfu! do wszystkich rogatych diabłów, panie blogerze, czas z tym skończyć! Tu minister ożywił się, wstał z krzesła i począł chodzić po komnacie.

- Nie obejdzie się to bez trudności i impedimentów - mówił dalej - bo nie wszyscy dawni opozycjoniści chcą nam pomagać. Wiem, że były premier Kaczyński pisał do brata, że nam raczej o włosiennicy, nie o biurku prezydenckim myśleć. Niechże sam o niej myśli, niech pokuty odprawia, niech na popiele siada, niech mu jezuici skórę dyscyplinami garbują; skoro nawet konta nie posiada w banku, niechże przez całe cnotliwe życie aż do cnotliwej śmierci kapłony cnotliwie kraje! Obejdziem się bez niego i rąk nie opuścimy, bo teraz właśnie pora. Rzeczpospolitą diabli biorą, bo już tak bezsilna, na takie psy zeszła, że się nikomu nie może opędzić. Wszyscy lezą w jej granice jak przez rozgrodzony płot. To My, panie kawalerze, możem wprawdzie śpiewać: „wolność i swoboda! Niech żyje demokracja i dziewczyna młoda”!, a swoją drogą to niesłychana i niebywała rzecz... Tfu! tfu! panie blogerze! Kanalia w tym kraju żywie bez sumienia i ambicji... I taki kraj nie ma zginąć? Na łaskawość się europejską oglądali! Będziecie mieć łaskawość! Już tam w Wielkopolsce unijni biurokraci przedsiębiorcom mało ekologicznym pałce w kurki od muszkietów wkręcają!... I tak wszędy będzie - nie może być inaczej, bo taki naród musi zginąć, musi pójść w pogardę i w służbę do sąsiadów!...

Bloger coraz był bledszy i resztkami sit trzymał na wodzy wybuch szaleństwa; ale minister, cały zatopiony w swej mowie, upajał się własnymi. słowami, własnym rozumem, i nie zważając na słuchacza tak dalej mówił:

- Jest, panie bloger, zwyczaj w tym kraju, iż gdy kto kona, to mu krewni w ostatniej chwili poduszkę spod głowy wyszarpują, ażeby się zaś dłużej nie męczył. Ja, nasz premier dzielny i nasza partia stowarzyszona z innemi, postanowiliśmy tę właśnie przysługę oddać Rzyczypospolitej. Ale że siła drapieżników czyha na spadek i wszystkiego zagarnąć nie zdołamy, przeto chcemy, aby choć część, i to nie lada jaka, dla nas przypadła. Jako urzędnicy którzy zarządzać będziemy tą prowincją nieszczęsną i tym ludem marnym - mamy do tego prawo! Jeśli zaś nie przemówiłem ci tym porównaniem do głowy i nie zdołałem w sedno utrafić, tedy powiem inaczej. Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które ciągną politycy, agenci państw ościennych, biznesmeni którzy się nigdy żadnym biznesem nie splamili, niemieccy i rosyjscy pachołkowie a także Hiperborejczykowie!

– Kto to są ci Hipperborejczykowie? – spytał zaciekawiony Bloger

- Akurat nie wiem. Na razie ich skreślimy – zmartwił się minister, ale ciągnął dalej…

…ale my – sól tej ziemi przecież – powiedzieliśmy sobie, że z tego sukna musi się i nam tyle zostać w ręku, aby na płaszcz wystarczyło; dlatego nie tylko nie przeszkadzamy ciągnąć, ale i sami ciągniemy. Niechaj Putin przy Ukrainie się ostaje, niech Szwedzi z Brandenburczykiem o Prusy i wielkopolskie kraje się rozprawiają, niech Małopolskę bierze Sarkozy czy kto bliższy. Reszta musi być dla nas, choćby w dzierżawie!

Bloger wstał nagle.

- Dziękuję waszej ministerialnej mości, to tylko chciałem wiedzieć!

- Odchodzisz, panie kawalerze?

- Tak jest.

Potop w wersji feministycznej - fragment

Nieregularny głos dzwonka targanego przy dyszlu brzmiał coraz wyraźniej; na koniec ucichł nagle, widocznie sanki zatrzymały się przed domem.

— Obacz, kto przyjechał — rzekł Kmicic do obracającego żarna Żmudzina.

Żmudzin wyszedł z czeladnej, lecz po małej chwili pojawił się z powrotem i biorąc znów za drąg od żaren rzekł z flegmą:

— Panna Oleńka.

— A słowo stało się ciałem! — wykrzyknął Kulwieć Hipocentaurus.
Panowie zerwali się na równe nogi; karty i szachowe bierki pospadały na ziemię. Pan Andrzej wstał także; serce mu biło jak młotem, na twarz występowały rumieńce, a po nich bladość; ale odwrócił się umyślnie od komina, żeby wzruszenia nie okazać. Wtem we drzwiach pojawiła się wyniosła jakaś postać w sztubie i czapce futrzanej na głowie. Młoda kobieta postąpiła na środek izby i poznawszy, że znajduje się w czeladnej, spytała dźwięcznym głosem, nie zdejmując czapki:

— Hej! a gdzie to wasz pan?

— Jestem — odpowiedział dość pewnym głosem Kmicic.
Usłyszawszy to przybyła zdjęła czapkę, rzuciła ją na ziemię i skłoniwszy się rzekła:

— Ja jestem Aleksandra Bilewiczówna.

Oczy pana Andrzeja spoczęły błyskawicą na twarzy panny, a potem znów wbiły się w ziemię; przez ten czas jednak zdołał młodzieniec dojrzeć płowe jak żyto długie włosy, smagłą cerę, błękitne oczy bystro przed się patrzące i twarz młodą i cudownie wesołą.
Ona zaś w bok ujęła lewą rękę, prawą odrzuciła włosy i mówiła:

— Jeszczem w Lubiczu nie była, jeno tu ptakiem śpieszyłam do nóg pana Kmicica się pokłonić. Prosto z obozu mnie tu wiatr przywiał, daj Boże, szczęśliwy.

— Waćpanna wiedziałaś o śmierci babuni podkomorzyny? — spytał pan Andrzej.

— Nie wiedziałam, alem ją łzami rzewnymi opłakała, dobrodziejkę moją, gdym się o jej zgonie od owych szaraczków dowiedziała, którzy z tych stron do mnie przybyli. Szczera to był przyjaciółka, nieledwie siostra mej nieboszczki mateczki. Pewnie waćpanu wiadomo dobrze, że przed czterema laty aż po Orszę do nas przybyła. Wtedy mi to waćpana obiecała i konterfekt pokazała, do którego po nocach wzdychałam.Byłabym tu wcześniej przyjechała, ale wojna nie matka: ze śmiercią jeno ludzi swata.

— To waćpanna jeszcze swojego Lubicza nie widziałaś?

— Czas na to będzie. Tu pierwsze służby i droższy legat, który naprzód chciałabym odziedziczyć. Jeno mi się waćpan tak od komina odwracasz, żem dotąd i w oczy spojrzeć nie mogła. Ot! tak! Odwróć się waćpan, a ja od komina zajdę! — ot — tak!

To rzekłszy śmiała dziewczyna chwyciła nie spodziewającego się takiego postępku Kmicica za ręce i ku ognisku odwróciła, tak nim jak frygą zakręciwszy.
On zaś zmieszał się jeszcze bardziej i nakrywszy oczy długimi rzęsami stał tak światłem i własną pięknością zawstydzony. Oleńka puściła go wreszcie i uderzyła po kontuszu.

— Jak mi Bóg miły, rarytet! Dam na sto mszy po mojej dobrodziejce, że mi cię zapisała. Kiedy ślub?

— Jeszcze nieprędki, jeszczem nie waćpanny — odrzekł Jędruś.

— Ale będziesz, choćbym ten dom miała podpalić! Na Boga! myślałem,że konterfekt pochlebiony, ale to, widzę, malarz wysoko mierzył, a chybił. Sto bizunów takiemu — i piece mu malować, nie one specjały,którymi oczy pasę. Miłoż to taki legat dostać, niech mnie kule biją!

— Dobrze nieboszczka babunia mi powiadała, żeś waćpanna gorączka.

— Tacy u nas wszyscy w Smoleńskiem, nie jak wasi Żmudzini. Raz, dwa! — i musi być, jak chcemy, a nie, to śmierć!

Andrzej uśmiechnął się i rzekł już pewniejszym głosem podnosząc na dziewczynę oczy:

— Ej! to chyba Tatarzy u was mieszkają?

— Wszystko jedno! a waćpan moim jesteś z woli rodziców i po sercu.

— Po sercu, to jeszcze nie wiem.

— Niechbyś nie był, to bym się nożem pchnąła!

— Śmiejący się to waćpanna mówisz… ależ my to jeszcze w czeladnej!...Proszę do komnat. Po długiej drodze pewnie się i wieczerza przygodzi — proszę!

Tymczasem wyrostek ukazał się ze światłem, więc przeszli do sieni,gdzie panna Oleńka szubę z siebie zrzuciła, a potem na drugą stronę, do komnat gościnnych.
Zaraz po ich odejściu gracze zbili się w ciasną gromadkę i nuż jeden przez drugiego gadać a uwagi czynić. Strojna dziewczyna podobała się im bardzo, więc i nie szczędzili jej słów, wzajemnie się w pochwałach przesadzając.

— Łuna od niej bije — mówił jeden. — Kiedy weszła, myślałam, że królewna.

— A oczy ma jak ryś, aż nimi kłuje — odrzekł drugi — Takiej się nie przeciw!

— Najgorzej się przeciwiać! — odpowiedział trzeci.

— Paniczem jak wrzecionem okręciła! Ale już to znać, że mu się udał bardzo, bo i komuż by się on nie udał?

— Szczęśliwy pan!

— Bogatym zawsze lepiej na świecie. Ej, ej! złotoż to, nie panna!

W taki to sposób rozprawiali ze sobą panowie w czeladnej. Tymczasem nakrywano co duchu w izbie stołowej, a w gościnnej siedziała panna Aleksandra sam na sam z Kmicicem, bo wujek Kulwieć poszedł krzątać się wedle wieczerzy.
Panna Oleńka nie zdejmowała wzroku z Andrzeja i oczy iskrzyły jej się coraz bardziej, na koniec rzekła:

—Są ludzie, którym majętność nad wszystko milsza, inni za zdobyczą na wojnie gonią, inni się w koniach kochają, ale ja bym waćpana zażadne skarby nie oddała! Dalibóg, im więcej patrzę, tym większa ochota do żeniaczki, żeby choć i jutro! Już tę brew to chyba waćpan korkiem przypalonym malujesz?

— Słyszałam, że tak metroseksualni czynią, ale jam nie taki.

— A oczy jakoby z nieba! Od konfuzji słów mnie brakuje.

— Nie bardzoś waćpanna skonfundowana, gdy tak obcesem na mnie nastajesz, aż mnie i dziwno.

— To też obyczaj nasz smoleński: do mężczyzn czy w ogień iść śmiało. Musisz królu, do tego przywyknąć, bo tak zawsze będzie.

— Musisz waćpanna odwyknąć, bo nie może tak być.

— Może się i poddam, niech mnie usieką! Wierz, waćpan, nie wierz,ale rada bym ci nieba przychyliła! Dla ciebie, mój królu, gotowam się i obyczajów innych uczyć, bo wiem to do siebie, żem żołnierka i prostaczka i w obozie więcej bywałam niźli na pokojach dworskich.

— Ejże, nic to nie szkodzi, bo i moja babcia żołnierką była, ale dziękuję za dobrą chęć! — odrzekł Andrzej i oczy jego spojrzały tak słodko na pannę Oleńkę, że jej od razu serce jak wosk stopniało i odrzekła:

— Waćpan mnie na nitce będziesz wodzić!

— Oj, niepodobna waćpanna do takich, których na nitce wodzą! Najtrudniej to z niestatecznymi.

Oleńka ukazała białe, jakoby wilcze, żeby w uśmiechu.

— Jak to? — rzekła — małoż to matki nałamały na mnie rózg w konwencie, abym do statku przyszła i różne piękna maksymy spamiętała,przewodniczki żywota…

— A którąż najlepiej spamiętała?

— “Kiedy kochasz, padaj do nóg” — ot tak!
To rzekłszy panna już była na kolanach, Kmicic zaś wołał chowając nogi pod stołek:

— Dla Boga! tego w konwencie nie uczyli! Daj waćpanna spokój, bo się rozgniewam…i wujek zaraz przyjdzie…

Ona zaś, klęcząc ciągle, podniosła głowę w górę i w oczy jego patrzyła.

— A niech i cała chorągiew wujków nadciągnie, nie zaprę się ochoty!

— Wstańże panienko.

— Już wstaję.

— Siadaj waćpanna.

— Już siedzę.

— Zdrajca z waćpanny, Judaszka!

— A nieprawda, bo jak całuję, to szczerze!... Chcesz się przekonać!

— Ani się waćpanna waż!
Pan Kmicic śmiał się jednak, a od niej aż łuna biła młodości i wesołości. Nozdrza jej latały jak młodej klaczce szlachetnej krwi.

— Aj! aj! — mówiła — co to za oczki, jakie liczko! Ratujcież mnie, wszyscy święci, bo nie usiedzę!

itd....