Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o elitach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o elitach. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 czerwca 2009

Ach ten Plotyn!


Usiadłem sobie w cieniu i oddałem się głębokim rozważaniom. Może przesadzam.
W każdym razie wykonałem kilka myśli, dzięki czemu mam teraz kilka wniosków.
Jeden wniosek jest taki, że głowa człowieka nie jest z gumy i nawet najbystrzejszy osobnik nie jest w stanie wszystkiego wiedzieć. Niby oczywistość, ale jest druga strona tego medalu.

Im, kto sobie bardziej napcha łeb różnymi niepotrzebnymi faktami tym ma trudniej i tym łatwiej przez swoją naiwność może się wykluczyć z głównego nurtu kultury.
A kultura narodu jest jak ta rzeka, w której trzeba się pluskać a nie siedzieć w krzakach z ponurą miną jak jakiś podglądacz albo inny wędkarz.

Mi osobiście bardzo przeszkadza Plotyn. Taki dawno nieżyjący filozof urodzony ponad 600 lat po Platonie a ponoć pozostający pod jego wpływem jako jakiś neoplatonik, co się z neokonami kojarzy oraz z Neospaminem.
Zaraz ktoś wzruszy ramionami, że czemu niby się Jarecki czepia człowieka?

Już tłumaczę. Rozumiem, że każdy uważający się za kulturalnego osobnik może znać Platona i Sokratesa – powiedzmy, choćby ze słyszenia, a jeśli chce brylować w towarzystwie może też wiedzieć o Diogenesie, który siedział w beczce i na przykład widząc kogoś siedzącego w beczce może mu zaimponować erudycją, że niby :

-Ty taki i owaki wyłaź z tej beczki i nie rób z siebie Diogenesa!

Ale to są niebezpieczne sprawy i lepiej się w ogóle o takich rzeczach nie odzywać.
To jest okej, ale, po co komu Plotyn? Albo Czechow?
Ale nie rozdrabniajmy się i nie ulegajmy pokusie mnożenia bytów ponad konieczną potrzebę.

Zostańmy przy Plotynie, który zajmuje niepotrzebnie miejsce w mojej głowie przez co nie mogę swobodnie przyswajać współczesnej kultury i powoli zjeżdżam na społeczny margines, także jako bloger.

Chciałem zacząć tekst posiłkując się przykładem takiego facecika w śmiesznym kapelusiku, którego wypowiedź przeczytałem na internetowej stronie Dziennika. Facet jest gwiazdą i akurat Dziennik poprosił go o skomentowanie protestów w sprawie koncertu Madonny 15 sierpnia. Gość się rozwodzi nad tym, że nie będzie mu kościół zabraniał i w ogóle to on nie chce nawet wiedzieć, co to jest za święto tego dnia.

I dobrze. Ja zresztą wcale nie chciałem pisać ani o Święcie ani o koncercie tylko o tym, że coraz częściej autorytetami i gwiazdami są ludzie całkowicie dla mnie anonimowi. Ki diabeł?
Patrzę a obok są jeszcze dwa teksty o nim. Jeden, że skończył 30 lat a drugi, że nie jest chory na AIDS, czyli w pewnym sensie same sukcesy.
Przeczytałem teksty i się dowiedziałem.
Żyd, gej, tancerz, choreograf i juror. Z ciekawości wołam 16 letnią córkę.
Ona wie, a na pytanie, z czego facet jest znany odpowiada dość zaskakująco choć bardzo prosto, że z głupoty. Nieładnie powiedziała, ale dzieci nawet te starsze podobno są szczere brak im szacunku dla autorytetów.

Zgłupiałem, ale ja nie od tego by czyjąś mądrość oceniać. Siadam do pisania i nagle „trach” Za chińskiego Boga nie mogę sobie przypomnieć jak się człowiek nazywa.
I nie wiem skąd mi się ten cały Plotyn przypomniał i pamięć mi blokuje. Plotyn i Plotyn.

Tak mnie ten Plotyn zdenerwował, że aż nieprzyjemnie. I potem na złość cała czereda różnych greckich cwaniaków a Dziennik powodowany dziwaczną i zdalną złośliwością schował gościa z jedynki. Na szczęście jest tam wyszukiwarka i po wpisaniu, kim jest, ujawniła mi, że chodzi o Michała Piroga.

Nie do uwierzenia bo już po tym sprawdzeniu dochodząc do miejsca w którym miałem zamiar ujawnić nazwisko tego ananasa znowu zapomniałem i drugi raz sprawdzałem.
Oczywiście Plotyn, a jeszcze jakiś Duns i do tego Szkot się przypętał, jakby Plotyna było mało?

Mam w związku z tym kolejny wniosek, żeby uczeni skonstruowali jakieś cyko, tak jak w komputerze kosz. Cyk Plotyna i tego Szkota do kosza a wgrywam sobie Piroga i już podążam z żywymi naprzód! Może być w postaci pigułki w ostateczności.

Bo przecież nie mam złudzeń. Ledwie wkleję tekst zaraz znowu zapomnę, o kim pisałem i przylezie ten cały Plotyn z kumplami. Dalejże się rozsiadać, pluć pestkami po chacie i siwe brody palcami w obrączki zwijać.
A żywa kultura płynie obok niby ta rzeka.

czwartek, 12 marca 2009

Alchemik

Mówiono o nim, że jest zdolnym Alchemikiem, chociaż jego sukcesy nie były zbyt spektakularne. Niby poszukiwał kamienia filozoficznego, ale który z nich tak nie mówi?

Złośliwi twierdzili, że udało mu się zamienić złoto w ołów, ale to nie była prawda. Po prostu nie miał szczęścia w doborze współpracowników. Tajemnicze substancje dymiły i bulgotały, a powietrze w jego ciemnej pracowni pełne było ulotnych trucizn.

Blady i zmęczony pracował dniami i nocami, zupełnie bez efektów. Przez grube szkło odczytywał bluźniercze inwokacje, ale nic się nie zdarzało nadzwyczajnego. Dawniej bano się go, ale z biegiem czasu lęk się ulatniał i zaczęły się kpiny.

Kiedy zimą jakiś łapserdak zbił szybę w jego pracowni bryłą brudnego lodu, długo siedział zasępiony na krześle, który jeszcze niedawno wydawał mu się tronem. Ogień wygasł a on siedział przez całą noc zastanawiając się, co robić dalej. W końcu wymyślił.

Rankiem poszedł do księcia i przedstawił to, co może mu zaofiarować zamiast złota. Książę zdziwił się niepomiernie i początkowo chciał alchemika wsadzić do ciupy.

- A na co mi ta cała ideologia i ten „polityczny marketing" ( jakieś pogańskie słowa!)? To ja już mieczy, tarcz nie mam, ludzi gotowych na wszystko?

Lecz wysłuchawszy Alchemika tłumaczeń, zamyślił się a potem nagle poweselał.

- I powiadasz, że już nikt nie będzie widział, że mam krótszą prawą nogę a lud będzie się dziwował, jaką długą mam lewą? I ludzie uwierzą, że w biegu na koń wskakuje jak młodzik, w pełnej zbroi i z mieczem? Jak to, przecież nikt tego nigdy nie zobaczy? Jak mogą uwierzyć, wszak mnie znają, żem nie chwaląc się kuternoga, okrutnik i złodziej największy w Świecie a także gnębiciel wdów i sierot, szczególny. Jakże to tak, po dobrej woli uwierzą, bez tortur uwierzą?

- Panie! Racz mi zaufać, a sam się przekonasz jak to działa, gdyż wielka jest w tym ludzie nadzieja i tęsknota za rządem dobrym i sprawiedliwym. Za księciem odważnym i szlachetnym...

- Niedoczekanie, żebym na starość kimś takim miał zostać, jeszcze czego! Okrucieństwo, zdzierstwo i gwałt są moim żywiołem! Nie zmienię się ani o jotę!

- Nie musisz Panie, gdzieżbym śmiał sugerować cos takiego, Panie! Ja niegodny biorę wszystko na siebie i każdy twój czyn w odpowiednim świetle tak przedstawię...

- W świetle, powiadasz. Ale gwałcić mogę?

- Możesz Panie, a nawet więcej niż kiedyś mogłeś, a jeszcze lud będzie na twoją cześć pieśni śpiewał!

- Alchemiku, ale kto w to uwierzy?

- Wszyscy o Panie, albowiem wielka jest potęga mojego wynalazku, a ludzie dobra łakną, ale po świecie całkiem ślepi chodzą.

Od tej pory wszystkim żyło się lepiej i szczęśliwiej. A komu się nie żyło, jego strata.

Autorytety

Niektórzy ludzie są tacy, że za wszelką cenę muszą udawać autorytet w każdej dziedzinie.
Facet na przykład dostaje duży całkiem diament. Widać, że diament, ale jemu coś się przypomniało nagle i próbuje diament na ząb wziąć, bo gdzieś w dzieciństwie wyczytał, że tak się diamenty sprawdza czy prawdziwe, a uważa że w ten sposób wyjdzie na fachowca.

Wiadoma rzecz, że diament ze złotem pomylił, to i wszyscy zgromadzeni dokoła syczą jak węże, żeby tego nie robił. A on robi i ząb złamany a prawdę powiedziawszy to dwa.
Bo proszę państwa nie był autorytetem w dziedzinie diamentów, tylko na przykład mechaniki nieba, a diament był prezentem od pewnego szefa mafii, który z nieznanych bliżej powodów był jego zagorzałym fanem. Ale pomijając to wszystko, ktoś mógłby się odezwać, że niby, po co diament do gęby pchać? A tu tylko syczenie, by nie podważyć znakomitego autorytetu.

Inny znowu gość, na przykład krytyk filmowy, który w swej dziedzinie stał się takim autorytetem, że nawet sam zaczął wierzyć we własne opinie, nagle doznał takiego objawienia, że zaczął wypowiadać się autorytarnie w każdej możliwej sprawie. Polityka? Proszę bardzo, chrząknie tylko i już daje na stół błyskotliwą analizę.
Teoria wielkiego wybuchu? Po prostu małe piwo!

Gorzej, że te jego wywody spore mają luki i lud początkowo gęby rozdziawiający zaczyna syczeć znacząco, ale ten, nie zrażony zupełnie i swój zdobyty ciężką pracą w innej dziedzinie autorytet na szwank wystawia. Aż z tego wszystkiego zaczyna się powątpiewanie, że skoro ktoś kwarki ze skwarkami myli, to może i na filmach się nie znać.

Zaraz jakiś życzliwy rozgłasza, że widział pana krytyka śpiącego na filmie „Osiem i pół” I mało raz, ale trzy razy!
I po co było autorytet znawcy filmów na szwank wystawiać tymi skwarkami?

Ale znowuż my, internetowi pisarczykowie wcale nie lepsi od tych cwaniaków z papierowego realu. ( to też osobny temat dlaczego papier jest realny a sieć nie. Guttenberg nadal lobbuje? )

Taki bloger, jeden z drugim na przykład.
Zaczyna skromnie i nieśmiało, awanturując się dlaczego jego tekst nie trafił na SG, a po pół roku już z siebie taką postać robi, że normalnie strach się odezwać!

Najpierw komentował, potem zadawał pytania retoryczne różnym osobom a następnie oczekiwał z całą powagą swego niezależnego urzędu odpowiedzi na piśmie! Za nic ma już zwykłego profesora czy szarego ministra.

Premiera mu tu dawaj, a biegusiem!

Już sądzi, że służby specjalne na niego dybią i do pani kasjerki w sklepie osiedlowym uśmiecha się znacząco. I cierpi na to samo, bo też zna się na wszystkim, a jak się nie zna to przeczyta w wikipedii, którą też w wolnych chwilach pomaga redagować.

Po roku „zaczyna się z Bogiem” i to mu nie daje spokoju, że Bóg nie chce mu odpowiedzieć na jego słynnym przecież blogu.

Przed dziewczynami popisuje się szyderstwem, że pewnie Bóg nie potrafi wymyślić sobie fajnego nicka.

poniedziałek, 9 marca 2009

Kłopotliwy pies Saba

Uchylił okno i wyjrzał na podwórko. Nic ciekawego, kot goni psa a pies kurę. Jak zwykle.

Zmarszczył nos z wyraźnym niezadowoleniem, ponieważ na zewnątrz nie było z całą pewnością obiecanych w telewizji osiemnastu stopni Celsjusza. Najwyżej szesnaście – pomyślał, ale dla pewności spojrzał na termometr za oknem.

Pokazywał osiemnaście, ale jak go parę razy puknął, słupek rtęci spadł na szesnaście i jeszcze raz okazało się, że to jednak On ma rację. Był dumny z tego, że zawsze ma rację i niezmiernie dziwiło go, że ludzie niechętnie słuchają jego rad.

Na przykład jego własna żona. Wczoraj znowu najadła się na kolacje jajek i teraz cierpiała bóle a przecież ją ostrzegał dwa razy i tyle tylko jej pomógł, że gdy zagapiła się na serial, wyjadł z jej talerza prawie całą kiełbasę z jajecznicy.

Synalek też go nie posłuchał i do matury z polskiego nie przygotował się jak należy z „Lalki” choć tyle się natłumaczył, że „Lalka” będzie z całą pewnością.

- Spójrz Mariuszku na naszego Premiera! „Lalka” będzie na sto procent! – tłumaczył cierpliwie a synek się uparł i teraz ma za swoje. Już nie wspomnę, że wyśmiewał się z mojego blogowania! – rozśmieszył się gapowatością swojego pierworodnego. I jak to mówił – „Ten wasz Janke to wygląda jakby do trzech nie umiał zliczyć, tatku” – a teraz będzie miał trójeczkę marną, synalek z piekła rodem!

Ze strychu dobiegło go miarowe buczenie synalka, płaczącego nad angielską gramatyką. W kuchni żona trzaskała garami.

-Pewnie znowu będzie coś smażyła, ha ha ha!

W wielkie zadowolenie wprawiały go zawsze niepowodzenia innych wynikłe z niesłuchania jego doskonałych rad i obiektywnych proroctw.

-Saba! Saba! Zostaw tą kurę cholero, bo udusisz! – krzyknął przez okno i zaraz zmarkotniał.

Cóż to za głupi pies, że w ogóle nie reaguje na nowe imię! Mogę krzyczeć „Szejk” aż gardło zedrę, a bydle się ani nie ruszy. Teraz już jest lepiej odkąd ten cały Dorn popadł w niełaskę, ale zaraz po wyborach to sobie tą Sabą wiele wstydu narobiłem.

Pułkownik Cathcart z Paragrafu 22 zaliczył by niewątpliwie nazwanie psa Sabą do „plam na honorze” Plama była podwójna, ponieważ nazwał psa imieniem, jakie nadaje się zwykle sukom. Uczynił to przewidując podwójną kadencję Pis-u i teraz został z tą Sabą jak jakiś dureń.

A wyobrażał sobie, że gdy będzie spacerował z Sabunią po ulicach albo i parkach to ludzie będą komentowali to imię, że niby taki gest, wyraz poparcia.

Powiedzmy szczerze, że nawet pod rządami PiS-u doczekał się tylko znaczącego spojrzenia weterynarza, który robił psu zastrzyk i zapisywał go w wielkiej księdze. To spojrzenie także niestety należało dopisać do „plam na honorze” I jeszcze, gdy za drzwiami zakładał Sabie smycz, usłyszał jak weterynarz mówił do swojego brodatego pomagiera:

- To jemu by się przydało zrobić zastrzyk!

No cóż, bywa, że człowiek ulegnie propagandzie, ale z drugiej strony może ten Dorn jeszcze czymś błyśnie i wtedy wyjdę na Spartakusa, to znaczy nie na Spartakusa żadnego tylko na tego co tak wiernie czeka – nie mógł sobie przypomnieć właściwego słowa – no ten…no…

- Hanka jak się nazywa ten co tak wiernie czeka, ty te krzyżówki…?

- Na ile liter?

- Nie wiem na ile, no ten, co tak czeka?

- Jak na pięć to Godot!

- Nie, na Godota to inni czekają, no ten… co to zawsze czeka

- Czekista?

- Jaki znowuż czekista? Pies, nie, pies nie pasuje…no ten co wiernie czeka a jest człowiekiem

- Ale na co czeka?

- Nie wiem na co, na sprawiedliwość? Żeby wyszło na jego? Żeby …

- Jak na sprawiedliwość to naiwniak, a o co właściwie chodzi?

- O tego Sabę chodzi, o politykę chodzi, żeby wyszło na moje!

- To w końcu na jego czy na twoje? Zjesz jajecznicę na kiełbasie?

- Jajecznicę na kiełbasie?

- Tak, jajecznice na kiełbasie. I pisz „Godot” Zawsze w końcu wychodzi Godot, bo to rozumiesz podobno jakiś grubszy cwaniak był. W co trzeciej krzyżówce jest, bardzo popularny gość.

niedziela, 8 marca 2009

Służby na manowcach


Siedzi rozparty w fotelu i dłubie w nosie.

Co to za człowiek w ogóle, żeby nic sobie nie robić z dziedzictwa kulturalnego, z tych pokoleń, które wyniosły nasz naród i naszą ukochaną Polskę na obecne wyżyny, nie po to chyba się trudząc, żeby ich potomek, duma i nadzieja wysiadywał niczym jakiś dureń w fotelu i całymi dniami dłubał bezwstydnie w nosie.

Na biurku, za którym siedzi każdy przedmiot podkreśla jego wyjątkowy charakter. Widzimy srebrną ramkę ze zdjęciem psa spaniela. Pies najwyraźniej zdechł, ponieważ narożnik fotografii przekreśla czarna wstążka. Z drewnianej ramki stojącej obok, szczerze szczerzy się rodzina dłubiącego.

Obok ramek laptop. Na tapecie pod zestawem ikonek, znany nam już spaniel z czasów, gdy był w naprawdę dobrej formie. Widzimy go jak płynie z kijkiem w pysku.

Przed dłubiącym leżą papiery a na nich eleganckie wieczne pióro.

Miał podpisywać, ale się zamyślił a taki ma obyczaj, że jak się zamyśli to dłubie w nosie.

Dlatego w miejscach publicznych stara się nie myśleć, przynajmniej wtedy, gdy nie ma przy nim asystenta uzbrojonego w specjalny szpikulec.

Po prawej stronie biurka stoi mosiężny przycisk do papieru w kształcie Napoleona na koniu.

Jako przycisk, Napoleon jest mało praktyczny, bo wywrotny. Nie może też uchodzić za dzieło sztuki, ponieważ choć do postaci samego cesarza nie można się specjalnie przyczepić to do konia jak najbardziej. No nie wyszedł ten koń najlepiej.

W nieco wysuniętej szufladzie widzimy gazetę Super Expres i rewolwer. Nie, nie będzie to tekst o samobójstwie męża stanu, ponieważ autor wie, że jest to pistolet gazowy.

Nie przerywając dłubania, dłubiący wstaje, podchodzi do okna i wygląda na ulicę. Z jego piersi dobywa się stłumione westchnienie.

W końcu przestaje dłubać i ze zdziwieniem ogląda swój wypielęgnowany palec.

Przybiera groźną minę, minę zarezerwowaną do stosunków z podwładnymi płci obojga i wygrażając identycznym palcem lewej ręki, niegrzecznemu palcowi ręki prawej, zaczyna charakterystyczną dla siebie przemowę.

- Znowu to zrobiłeś bez mojej wiedzy! Ile razy mam ci powtarzać, że w ten sposób kompromitujesz urząd, który ja reprezentuję! Podkreślam, że ja, bo ty, chociaż czerpiesz wymierne korzyści z mojej pracy, podobnie jak pozostała dziewiątka, niczym nie ryzykujesz. Ale spójrz na siebie i na nich. Tylko ty starasz się zatruć mi życie swoimi nieodpowiedzialnymi wyskokami, a oni, oni są lojalni. Ten mały się wychylał, gdy piłem z filiżanki, sądząc że w ten sposób maskuje swoje pochodzenie, ale raz wyśmiany i pouczony przestał się wychylać i trzyma się pozostałych, a ty gdy tylko spuszczę cię z oka, zaraz pchasz się w to miejsce, choć wiesz, że to zabronione.

Palec milczał i ze wstydu aż się zgiął.

Już nie dłubiący wymierzył mu jeszcze kilka klapsów i zwinął wszystkie palce w pięść a zasiadłszy z powrotem w fotelu zaczął podpisywać przygotowane przez asystentkę papiery.

Jeden po drugim, jeden po drugim.

Gdybym miał to czytać, niechybnie bym zwariował ze strachu albo z czego – pomyślał i na podpisanych papierach postawił Napoleona, który oczywiście zaraz się przewrócił.

W związku z czym pogroził też wodzowi Francuzów.

- To już twój ostatni wyczyn głupi ex kapralu! Skończysz na pieprzonym śmietniku i będziesz tam mógł się do woli wylegiwać a na twoje miejsce przyjdzie ten łysy, tak ten sam, pamiątka z czasów poprzedniego ustroju. Teraz śpi na półce za książkami bo niby wstyd, ale to on zastąpi ciebie, ważniaku a współpracownikom się wytłumaczy że to taki żart. Lewicy zaś da to do myślenia. Doigrałeś się!

x x x

- Stefan, tego nie rozumiem, że za książkami. Łysy nic z książkami nie ma wspólnego a wręcz przeciwnie.

- Szyfrem gadał chyba, ale po cholerę szyfrem skoro jest przekonany, że podsłuch ma już zdjęty?

- No nie wiem, kurwa, po co? Jednak to jest grubsza sprawa. Z tej dziesiątki mamy tylko czterech namierzonych, a teraz jeszcze Łysy.

- Dobra, lecimy z tym do centrali. Słyszałem, że otwierał drzwi, czyli wyszli. Jakby, co to się nagra, ale on do biura teraz nie wróci. Ma spotkania na mieście a potem będzie w TV. Chłopaki już czekają.

- Wymknąć to się już nie wymkną. Jak to ten poeta napisał, że no te, rozmowy będą spisane.

- I czyny.

- Tak, czyny też.

O przewadze lewicy

Ludzie o poglądach lewicowych są lepiej wykształceni i dowcipniejsi, niż ludzie o poglądach prawicowych. Lewicowcy mają przeciętnie o 2% większa głowę niż prawicowcy.

Profesor Puta a Purtyan z Uniwersytety w Yokochamie przeprowadził szereg pomiarów, przemierzając w tym celu wszystkie kontynenty, za wyjątkiem Australii. Zauważył także, iż wbrew dotychczasowym przekonaniom głowa człowieka, zajmującego się intensywnie lewicowym myśleniem, często rośnie aż do końca jego życia.

Zmiana poglądów powoduje zahamowanie wzrostu, a w przypadkach skrajnych, następuje efekt, nazwany przez Profesora Puta, efektem „czaszkowego jo-jo” Wedle tego znakomitego naukowca, dzieje się tak dlatego, że mózg lewicowy musi dużo intensywniej pracować, by dostosować realnie istniejący świat, do lewicowych wyobrażeń właściciela mózgu.

W przypadku skrajnych ideologów czy zupełnie zwykłych lewicowych publicystów, ciągłe zmagania z niedoskonałościami świata i złośliwą naturą bliźnich, nie mogących pojąć sensu lewicowych wywodów może powodować, że mózg staje się mięśniem, łudząco podobnym do bicepsa.

W książce Profesora, zdziwiony czytelnik, może obejrzeć potwierdzające, śmiałe tezy uczonego, kolorowe zdjęcia takich mózgów. Tamże można zapoznać się z czytelnymi tabelkami, gdzie przedstawiono 34 zestawy poglądów, charakterystyczne dla osób o różnych poglądach politycznych i społecznych i porównano je z wynikami pomiarów, oraz ich szczególową analizą.

Tylko ktoś o wyjątkowo złej woli, stojąc wobec ogromu zgromadzonych tam danych, może pozostać sceptyczny wobec wniosków Profesora Puta a Purtyana. Aby do maksimum wykorzystać tak olbrzymi materiał, ten wybitny, a zupełnie nieznany w Polsce naukowiec, publikuje także w specjalnym rozdziale, bardzo interesujące zestawienie innych danych, zebranych przy okazji swych badań.

Wynotowałem kilka przykładów, gdzie różnica pomiędzy lewicowcem, a prawicowcem jest szczególnie duża.

Okazuje się oto, że osoby o poglądach lewicowych, wobec osób o poglądach prawicowych:

- są lepiej wykształceni, a różnica sięga jedenastu miesięcy przeznaczonych na naukę

- o cztery lata szybciej łysieją i kapcanieją (nie potrafiłem znaleźć odpowiedniego słowa, gdyż moja znajomość japońskiego, nie jest doskonała) ale za to dłużej zachowują dobry wzrok!

- czytają przeciętnie więcej książek, ale mniej, w przeliczeniu na zadrukowane arkusze, co znaczy, że czytają cieńsze książki

- częściej śpią w dwuczęściowych piżamach a wstają średnio o 40 minut później

- co zadziwiające, są bardziej podatni na szalbierstwa paranauki, a raz powziętego przekonania, nie są w stanie podważyć w nich nawet najbardziej oczywiste dane (różnica wynosi tu 17% wobec osób o przekonaniach centrowych, a 7% prawicowych).

Tego typu przykłady mógłbym mnożyć, ale mam nadzieję, ze wkrótce dzieło Profesora Puta a Purtyana, zostanie przetłumaczone na nasz język i wydane w Polsce.

Mimo ilości zgromadzonych na 760 stronach danych, książkę czyta się znakomicie, a klarowność wykładu, podkreśla subtelne poczucie humoru autora.

Widać je na przykład podczas rozważań profesora nad zagadnieniem poczucia humoru osób o lewicowych i prawicowych poglądach.

Co prawda profesor przyznaje lewicy status dowcipniejszej, ale zastrzega, że jest to jego subiektywna ocena, gdyż w tym przypadku jego metody badawcze zawiodły.

Przytacza za to powiedzenie, przypisywane Diogenesowi, który:

„chwalił pewnego kitarzystę, którego wszyscy wyśmiewali ze względu na jego grę na kitarze, a także w istocie, dość fałszywy śpiew. Pytany dlaczego go chwali, odrzekł:

- Chwalę go za to, że wyglądając tak ohydnie i śpiewając tak fałszywie, odważa się występować publicznie”

Dyplomacja i łowy


Zawsze miałem kłopoty z liczeniem.

Komuś może się to wydać śmieszne, gdy usłyszy, że miewam trudności z szybkim policzeniem swoich kończyn. Nogi to i owszem. Lewa i prawa, czyli dwie! Ale gorzej z rękoma, bo tu występuje trudność manualna. Jak zaczynam liczyć lewą ręką, no to dotykam prawej i mówię „ raz”! I zaraz utknę, bo lewej nie mogę dotknąć lewą ręką, a jak dotknę lewej, prawą ręką, to znowu jakoś mi się samo tak wypsnie „ raz”.

W domu, jak jestem w dresie, to mogę ręce policzyć nogą! No, ale nie bardzo wypada, gdy człowiek jest na jakimś na przykład raucie w ambasadzie obcego państwa, rozsiadać się w garniturze na dywanie i robić takie sztuczki! Na szczęście rzadko się zdarza, by ktoś tak do człowieka podszedł i znienacka zapytał po ichniemu:

- How many hands have you got?

Albo jakoś tak! Protokół Dyplomatyczny, a i brak zainteresowania naszymi polskimi sprawami powoduje, że takich spraw osobistych raczej się nie porusza. Pyta mnie tak szczerze kolega partyjny.

- Panie Wacku! Niech pan powie, jak pan zdał maturę, przecież w tamtych czasach matematyka była na maturze obowiązkowa?

- Nie wiem! – I taka jest moja szczera odpowiedź, bo naprawdę nie wiem! Ale nie pisze o tej mojej słabości matematycznej, z powodu jakiegoś tak ekshibicjonizmu, tylko by uświadomić szarą ludzką masę, że nawet najwybitniejsi jej przedstawiciele, miewają różne słabości, ludzkie śmieszne przywary.

Wśród moich znajomych dyplomatów, ale tu będzie bez nazwisk, bo wiecie…

Ambasador M. to człowiek nadzwyczajnie miły i dobrze wyrachowany. Stara kadra! Zna cztery języki, ale ma taką słabość, że szczególnie lubi mówić po rosyjsku! Czym skorupka…

I wszyscy go już tak upominają, żeby sobie w domu z psem pogadał, jak już musi.

A ma takiego buldoga na krótkich łapach z wyglądu… Pan Churchill. A wiecie jak go nazwał? Striełka! No taki typ!

I tak z każdym zagaduje: „ Czy nie spotkaliśmy się kiedyś w Moskwie?” albo „ Tak czuję, że pan studiował w Moskwie?” I żeby do Bułgara, albo innego Czecha? Ale gdzie tam!

Przedstawiają mu na przyjęciu słynnego amerykańskiego astronautę z jeszcze słynniejszej kolejnej misji Apollo, a on na cały głos po ichniemu

„ kolego, przecież my razem w 71 w Moskwie….” I nie zrażony tym, ze astronauta wykonując tzw. „ koparę” zahacza szczęką o dywan, bez żadnego powodu zaraz przechodzi na rosyjski. A jak zacznie śpiewać „ Wołga, Wołga…” to już prawdziwe faux paux!

Taka jest siła ludzkich narowów!

Albo Kasztelan! Mówimy tak na niego, bo ma takie powiedzenie „ Mój konsulat to moja twierdza” Ten jest znowu uczulony na rodaków. Gdzie zobaczy rodaka, to jakby zobaczył robaka. Choćby się paliło i waliło, to do konsulatu robaka nie wpuści. A jak mu po chamsku wtargnie, to i tak nic nie załatwi.

Jego wadą jest znowu zbytnia mania myśliwska! Ciągle lata po okolicy ze sztucerem i strzela. A co mu się uda zastrzelić, to zaraz każe wypchać, stad konsulat wygląda jak ZOO, a nasz dzielny dyplomata w hełmie korkowym, podkoszulku na ramiączkach i w samych majtkach, skrada się zewsząd i strzela do tych martwych stworów.

Wszyscy w strachu, choć strzelba nie nabita, ale przyznam, że może to działać na nerwy! Te ciągłe krzyki:

- Słoń po lewej!

- Odłamkowym!

- Leży! Leży!

I kto to biega w majtkach i w butach do kolan, że niby przeciw wężom! Ale w sumie, to przecież nic takiego! Ot słabostki ludzkie!