Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwona - kobieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwona - kobieta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 października 2011

Tasiemiec uzbrojony, czyli, he he... debata Lisa z Kaczyńskim

Czytam i czytam na s24, że Kaczyński wygrał z Lisem, lub odwrotnie, że to Lis(hi hi) wygrał z Kaczyńskim. Nie mogę wyjść z podziwu, że dziennikarzynę porównuję się z jednym z najlepszych polityków w Polsce.

No cóż, takie mamy standardy!

Przewidują niektórzy, że to koniec Lisa jako gwiazdy dziennikarstwa. Litościwi nawet mu lekko współczują.

Nie ma co się o niego martwić, Lis jest jak tasiemiec i to uzbrojony. Pasożytów ciężko się pozbyć, zwłaszcza takich. On już zbyt mocno się obudował i wpiął, żeby można go było łatwo usunąć.

Mam pewną satysfakcję, bo Premier Kaczyński (wciąż mu się należy ten tytuł), czego Lis też nie uszanował, nie dał się sprowokować i za to mu chwała.

To tyle, nie mam zamiaru wyrokować o wygranych i przegranych, o tym zdecydują wyborcy. Wiem jedno, ze jeżeli ktoś, kto oglądał wczorajszy program Lisa może sam we własnym sumieniu zastanowić się jakie są standardy medialne w naszym (a jakże) demokratycznym kraju.

środa, 20 lipca 2011

Dziś to odkryłam na YUTUBIE



Czy to oznacza, że kobiecie nie wolno mówić kobieta?

piątek, 8 lipca 2011

Dziewice dla leminga i inne baby z brodą

Od kilku dni, no, prawie od tygodnia chciałam się ustosunkować do ostatnich felietonów triariusa.
Chodzi mi szczególnie o trzy części -dla.html">„Dziewica dla Leminga„ i ostatnie z dedykacją dla mnie, co http://www.blogger.com/img/blank.gifmnie jako kobietę bardzo cieszy „Baby z brodą…”.
* Pod każdym słowem jest jeden z tych tekstów.http://www.blogger.com/img/blank.gif

Czy się z Tygrysem nie zgadzam?

Nie, to nie o to chodzi. Może i jestem kobietą tzw. przeszłości. Może i nie znam się na ostatnich trendach i równouprawnieniach. Bo sądzę, że Tygrys ma wiele racji, co nie oznacza, że całkowitą. No cóż, chyba nie byłabym kobietą, gdybym się ze wszystkim zgadzała.
Jedna z uwag o sportach walki, że to nie kobiece. Nie, nie żebym była za, ale, skoro dziewczę w wieku lat 16 lubi grać w koszykówkę, czy inną piłkę ręczną, niech sobie gra. Boks, no cóż, kobieta i boks to dla mnie dwie oddzielne rzeczy. Tyle, że skoro te lubią się prać po pyskach…no cóż, widać tak być musi.
Ja bu… Jako kobieta, zawsze myślałam, może za bardzo, by zawsze wydawać się taką efemeryczną, a jakoś sport kojarzył mi się zawsze z muskularną kobietą.

No tak, dobra dość o sporcie, bo ja jak już to wolę kibicować, choć ostatnio żaden ze sportów nie wydaje mi się zbyt interesujący. No, kiedyś, gdy byłam młodsza, pewnie patrzyłam z ciekawością, na piłkarzy, czy innych bokserów, teraz, no cóż, jakoś stali mi się obojętni.


Ale wyłazi ze mnie babska szowinistka!


Co do namiętności, podległości mężczyźnie. Jasne wykreślamy wszystkich lemingów o wydepilowanym torsie i inne męsko podobne twory.

Z kobietami jest tak, że nie potrafią kochać, podziwiać faceta, który jest albo pozerem, albo nadmiernym feministą. (oczywiście to tylko moje własne odczucie).

Ale kobieta uwielbia, gdy facet ją „rozumie”, gdy może mu się wypłakać w mankiet.

I, bo Tygrys nadciągnął moim zdaniem temat tzw. „niewolnictwa kobiety”. Kobieta, no cóż, może być nie wiem jak zniewolona, przez swojego „pana”,” rycerza”, ale wiecie kiedy czuje całkowitą wolność, kiedy nad tym wszystkim panuje…

Co oznacza panowanie. No cóż, nie zazdrość, nie zaborczość nawet, ale wiedza, że jest się i tak tym kimś najważniejszym w oczach „rycerza – pana”.

sobota, 11 czerwca 2011

Niektóre kobiety lubią być bite





Niektóre kobiety lubią być bite. Patrząc dziś na Joannę Kluzik – Rostkowską miałam takie wrażenie. Czemu?

To retrospekcja.

Pamiętam, że kiedyś moje koleżanki uganiały się za facetem mający opinię damskiego boksera. Mój mąż ślubny, który miał opinię, no może niezbyt świetlana, że przy nim dziewczyny wariują, miał koło siebie wianuszek panienek, nawet w momencie, gdy my już byliśmy po zapowiedziach.

Czyżby kobiety stawiały tylko na tzw. mocne wrażenia?

Czy feminizm, to tylko przykrywka?

Czy takie kobiety nie potrafią zawrzeć żadnego kompromisu? Potrafią mieć albo wszystko (nawet za cenę podbitego oka, czy złamanej ręki), albo nienawidzić całe męskie plemię.

Jasne, żartuję. Ale patrzyłam dziś na tą panią, miałam wrażenie, że w oczach można było odczytać pytanie. „co ja tu naprawdę robię”. Ale z obłędem potrafiła powtarzać jak mantrę, ze czuję się tam dobrze, że potrzebuję miłości….



Nie ma co drwić z takich kobiet. Mnie takich żal.

No cóż, podpierała się tak dziwnymi w moim odczuciu argumentami, że aż wstyd powtórzyć. Czy ktokolwiek neguje kobietom, by mogły się rozwijać? Robić karierę?

Niektóre kobiety po prostu lubią być poniewierane, by czuć się ważne.

piątek, 13 maja 2011

Cykl Kobiecość ciąg dalszy


Jest jeden niezły sposób, by uczynić z kobiety feministkę - pozbawić ją nadziei na zdobycie chłopa. I jeden stuprocentowy - wydać ją za socjaldemokratę.


Motto jest dziełem mojego przyjaciela Triariusa



Kobieta zadowolona, spełniona, to taka, która akceptuje samą siebie.

To, że jest kobietą powinna uważać za atut, a nie za rodzaj balastu.

Zbyt często odzywają się teraz „medialni mędrcy i mędrczynie”, którzy próbują nam wmówić, że się niczym od mężczyzn nie różnimy. To chyba największa obelga.

Jak to nie różnimy?

Chyba każdy przytomny w miarę człowiek dostrzega różnice.

Co oczywiście nie oznacza bynajmniej jakiejkolwiek ułomności żadnej z płci. Komu zależy, by zacierać różnice? By tworzyć - tak tworzyć, nową odmianę gatunku ludzkiego?

Coraz mniej kobiecą - kobietę i zniewieściałego mężczyznę?.

Gdzie i kiedy zaczął się ten proces?

Ja myślę, że ten proces zaczął się w czasie, gdy rozwijał się globalizm. Bo łatwiej manipulować ludźmi, którym się coraz trudniej określić, nawet płciowo. A niszczenie przez globalizm, regionalizmu, a i przez to wspólnoty, plemienności, co można tłumaczyć, że i rodziny stworzyło nam ten nowy gatunek ludzki!

Konsumpcyjnego, egoistycznego człowieka. Tak, bo tu kobiecość męskość się zaciera. Oba jakże różne i przeciwstawne sobie obiekty, chcąc czerpać i konsumować tak samo zapominają co je różni. Co jest ich największymi atutami.

Czy powrót jest możliwy?

Nie wiem. Wiem jedno, że ja jestem zadowolona, kocham być kobietą, czego życzę każdej kobiecie. A będziemy nimi w pełni, gdy mężczyzna okaże się prawdziwym…

środa, 6 kwietnia 2011

Zaniechanie, Rekolekcje i pyski elit



Posłuchaj! W zgiełku targowiska,
gdzie wsiąkła w ziemię święta czerwień,
tłum źre i ślinę leje z pyska,
tańcuje, parzy się na ścierwie

i rzyga…

W. Broniewski


Dlaczego takie motto?

Właściwie mogłabym po nim już nic więcej nie pisać, bo akurat poeta wyraził dokładnie moje myśli i odczucia. Od roku obserwuje ten taniec chocholi, którym mnie częstuje obecna elita władzy uśmiechając się do mnie głupawo i wytrzeszczając przekrwione oczy. O co w tym wszystkim chodzi?

O zaniechanie.

Ale tego można było się spodziewać. Ja wiem, jestem świadoma jak szybko obsychają nieszczere łzy i gaśnie fałszywy smutek.

Świętoszkowie o duszy grzesznika?

Tu nawet nie można takiego porównania, bo żeby grzeszyć, trzeba mieć sumienie, a pewne elity ich już nie posiadają. To jak z pokutnikiem, który klęka przy konfesjonale tylko dlatego, że tak wypada raz do roku (przed Wielką Nocą). Potem wychodzi za drzwi kościoła i od razu bluźni przeciw Bogu i bliźnim.

A swoją drogą od kilku lat obserwuje coraz większe pustki w Kościele, tym moim parafialnym. Co roku mniej ludzi uczestniczy w rekolekcjach. W tym roku, można ich było policzyć na palcach! A nie mieszkam w tzw. wielkim mieście.

To jest przerażające.

Pan Bóg, był zbyt łaskawy dając nam wolną wolę, bo zamiast z niej korzystać, dajemy się zamykać w klatce „sekunda rozkoszy” podpisując Cyrograf, Volkslistę?

piątek, 1 kwietnia 2011

Moje 46 urodziny



Za chwilę będę miała urodziny, niestety już 46. I zrobiło mi się melancholijnie…bo to szmat czasu. Czasu, mojego życia, ale i historii. Pamiętam czasy, kiedy w powiatowym Koninie otwierał się pierwszy (wtedy dla mnie ogromny) sklep o nazwie „supersam”. Bo szczerze z mojej małej Goliny na zakupy jeździło się właśnie do Konina. Natomiast, gdy miał to być zakup typu płaszczyk, czy kurteczka, jeździło się aż do Wrześni, albo do samego Poznania.

Co najbardziej zapamiętałam z dzieciństwa?
Fryzury typu chałka, chyba, albo ogromne koki (takie tapirowane). Pamiętam moje ciotki, które się tak czesały i słynne jaskółki na powiekach. Czemu o tym piszę? Bo wtedy bardzo chciałam być taka dorosła, robić sobie takie fryzury, zamiast warkoczyków, które miałam z wywiązanymi kokardami. Malować sobie oczy i paznokcie. Widać byłam taką małą kobietką.

Pamiętam nasz pierwszy telewizor, nazywał się Neptun i miał jeszcze szybkę, która chroniła kineskop. Ja urodziłam się już w erze TV, bo u nas tenże pojawił się zanim ja przyszłam na świat. Pamiętam też dlatego tow. Wiesława, który czasem przemawiał w czasie, gdy powinna być dobranocka.

Co jeszcze zapamiętałam?

Może to bardzo subiektywne, ale taką szarość…wszystko było szaro-bure. Gdziekolwiek by nie spojrzeć, było bardzo dużo szarości. W sklepach, na ulicach…

Na ulicy prowadzącej do naszego domu, był sklep z zabawkami, często stałam z przyklejonym nosem do szyby i oglądałam wystawę. Zawsze były tam lalki, a te były zawsze kolorowe i piękne, więc trudno mnie było od tej wystawy odkleić.

OK., dość o wczesnym dzieciństwie.

Potem była dekada Gierka, a ja zaczęłam chodzić do szkoły. Rodzice zaczęli budować dom, nasz dom. Wiec to był okres tzw. wyrzeczeń, bo każda złotówka szła w budowę, ale wszyscy byliśmy zbyt szczęśliwi, że będziemy mieli własny dom, ogródek, że niedogodności typu wakacje w domu i uszyte przez mamę ubrania, nie były dla nas żadnym problemem. Choć często też zdarzało się tak, że brakowało rodzicom do pierwszego, ale…w końcu mogliśmy przeprowadzić się do własnego domu.

Potem z dziecka zaczęłam stawać się nastolatką, bardzo buntowniczą nastolatką.
Obawiam się, że nie chciałabym, być własną córką.

Mając czternaście lat uciekłam z domu. Nie dlatego, że mi w nim było źle, nie, uciekłam, bo chciałam dotrzymać koleżance towarzystwa.
Złapano nas bardzo szybko i wylądowałyśmy w izbie dziecka.

Potem był okres mojej fascynacji filozofią marksistowską…dlaczego?

Bo wszyscy byli przeciw więc ja by być oryginalną była marksistką. Godzinami przesiadywałam w bibliotece publicznej i czytałam Marksa, Engelsa i Lenina. Byłam pierwszym czytelnikiem tych książek. Nawet bibliotekarki przyglądały mi się dziwnie.

No a potem?

To już znacie. Wyszłam za mąż, urodziłam dzieci. Pierwszą córkę Anię w 86, drugą Natalię 93, a ostatniego syna Krzysia, już w XXI wieku, bo w 2003 roku.

I nagle mam już 46 lat. A wolałabym mieć znów tamte mysie ogonki z kokardkami. Bu!

niedziela, 27 lutego 2011

Czarny Czwartek, bo ludzie się nie zmieniają, tylko okoliczności


Byliśmy dziś w kinie, na Czarnym Czwartku, w reżyserii Antoniego Krauzego.

Chciałam iść na ten film z dwóch powodów, pierwszy, że to jeden z tragiczniejszych wydarzeń historii najnowszej. A drugi powód, że miałam wtedy pięć lat i pamiętam tow. Wiesława z telewizora, czasem zamiast dobranocki.
Wtedy wydawał mi się jedynie nieprzyjemnym dziadem o skrzeczącym głosie popijającym z karafki wodę. Pamiętam też, te podwyżki cen żywności i że potem zniknął nagle skrzeczący dziad, a na jego miejsce wszedł energiczny Gierek z hasłem „pomożecie”.

Tyle własnej retrospekcji.

Nie wiedziałam o wydarzeniach w Gdyni, Gdańsku i Elblągu, no bo i skąd?
Małe dziecko i to w samym środku Wielkopolski.

Ojciec co prawda cicho (bo myślał, że śpimy) mówił mamie, że w Gdańsku podpalili budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Tyle.

Dziś wiemy…tyle, że ta wiedza jest dziś inna, to nie najnowsze wydarzenie, a historia, tragiczna, ale historia.

Czy film mi się podobał?

Na pewno przeniósł mnie na chwilę do tamtej rzeczywistości PRL-owskiej, bo jest zrobiony dobrze, bez zbędnych ozdobników i wyolbrzymień.

Pszoniak jako Gomułka idealny, jakbym cofnęła się w czasie, a Fronczewski jako Kliszko…no cóż, ale kto te postacie dziś pamięta?

Nawet Cyrankiewicza, odstającego od tej proletariackiej „elity”?

Ale nie o tym chciałam, a o tej rodzinie Drywa. Przeciętna rodzina, marząca, by żyć normalnie, spłacić mieszkanie, kupić meble, może potem samochód…potem kanapki do pracy i…zaczyna się jej koszmar.

Ile było takich rodzin?

A on do końca martwił się o prezenty pod choinkę dla dzieci. To miało być ich pierwsze Boże Narodzenie w nowym mieszkaniu.

Polecam ten film gorąco, by przypomnieć, że nikomu nie można dać nigdy całkowitego kredytu zaufania. Bestialstwo rodzi się z bezkarności, bo ludzie się nie zmieniają, tylko okoliczności i zawsze są ofiary i kaci.

Może dziś zmienił się tylko „straszak”, choć czy na pewno?

wtorek, 22 lutego 2011

Dom Elżbiety CX (zakończenie)



Ksiądz, chcąc dodać odwagi Elżbiecie, powiedział:

- Posłuchaj mnie uważnie. Musisz bardzo intensywnie myśleć o tym, by uwolnić dom z tego parszywego nalotu, które zagnieździło się tutaj. Pamiętaj też, że Carlota jest bardzo silna, nie wiem jak odzyskała pełnię mocy, ale podejrzewam, że to Piotr…no cóż, wiem, że on jest dość słabym człowiekiem. Nie było mu w życiu łatwo. – Dodał jakby na jego usprawiedliwienie – Teraz wszystko zależy od ciebie. Jeżeli Carlota w tobie weźmie gorę, będzie bardzo źle, rozumiesz?

- Tak – Powiedziała bardzo cicho – ale, nie wiem, czy mam siłę. To jest we mnie. Janusz ratuj! – Jęknęła i po chwili nie swoim głosem dodała – myślisz, że ona jest w stanie mi się przeciwstawić? – I zaśmiała się chimerycznie.

Janusz westchnął, wiedział, że władzę, nad ciałem Eli wzięła Carlota. Był już blisko nich, bo rozmawiając z nią, delikatnie przesuwał się w jej stronę. Widział, że obok Karoliny jak trupy leżą obaj mężczyźni. Przez umysł przebiegła mu straszna myśl, że ich zamordowała. Wtedy Piotr poruszył ręką, jakby przez sen. Odetchnął z ulgą. Domyślił się, że są pod działaniem jakiejś siły, albo ziół.

- Elżbieto! – Nie dawał za wygraną – ona chce cię zniszczyć. Wyrzuć ją, nie daj sobą manipulować. Pamiętaj, że to ty jesteś jedynym władcą własnego ciała i duszy i żadna najczarniejsza siła nie może tego zniszczyć, chyba, że poddasz się jej sama.

- Boję się, ona mnie więzi! – Usłyszał głos Eli jako krzyk rozpaczy – wyśmiewa się ze mnie, z moich marzeń i wspomnień. Nie wytrzymam tego!

- Wytrzymasz. Pomogę ci. Teraz jeżeli możesz, nie daj jej tego podsłuchać, ok.?

Skinęła głową.

- Zacznij się modlić. Mów jakąkolwiek modlitwę, tylko od serca, żeby nic innego nie miało do ciebie dostępu. Rozumiesz?

Znów skinęła głową i zaczęła „Ojcze Nasz…” Po pewnym czasie upadła na zakurzoną podłogę na kolana i dalej mówiła z przejęciem Modlitwę Pańską. Łzy spływały jej po policzkach, obok przesuwały się cienie…wokół panowała przedziwna atmosfera, jakby uwalniała coś swoją modlitwą. Janusz też stał w skupieniu. Modlił się o wybawienie Elżbiety i reszty ze szponów tego, co tyle zła uczyniło i chciało przejąć władzę nad Elżbietą.

W pewnej chwili nad głową Eli pojawił się ogień. Jakby coś za nią płonęło, Janusz się wystraszył, myśląc, że to Carlota z zemsty chce spalić dom. Gdy zobaczył w tym płomieniu twarz, To była okrutna twarz, pełna nienawiści i okrucieństwa, choć była twarzą pięknej kobiety.

- Tym razem wygrałeś księżulku – zasyczała jak żmija – ale spotkamy się jeszcze…- i rozpłynęła się jak chmura.

Janusz podbiegł do Eli, która nadal się modliła, choć osuwała się ze zmęczenia na podłogę.
Dotknął delikatnie jej ramion.

- To już koniec – szepnął – podnieś się, czas, byś w końcu zaczęła się leczyć. Wyglądasz okropnie – zażartował nieśmiało. – A i resztę czas zbudzić, niech nie wylegują się na podłodze.


Kiedy potem wszyscy siedzieli w kuchni, popijając herbatę, żadne z nich nie miało siły, by analizować to, czego doświadczyli. Nawet Janusz, spoglądając na to całe towarzystwo, poczuł się bezradny. Pomyślał, że tak lepiej. Zegar w salonie wybijał pierwszą w nocy. Zaczął się nowy dzień i wszystko co było, stało się tylko mglistą przeszłością. Choć wciąż w głowie słyszał ostatnie słowa Carloty „spotkamy się jeszcze…”



Koniec

poniedziałek, 21 lutego 2011

Dom Elżbiety CIX


Wybaczcie, że to nie ostatni fragment, ale niestety, nie mam już siły na końcowkę dzisiaj.

To, co uznał za głos przyjaciół, niestety, było tylko jakąś grą. Nikogo w kuchni nie było. Nikogo…kogo by można było uznać za normalnych ludzi. Przesuwały się po niej cienie naśladując głosy, to Piotra, to Roberta szydząc z oniemiałego Janusza. Było w tych cieniach coś przerażającego, gęstość ich złej aury przygniatała.

- Jak to możliwe? – Zapytał bardziej siebie, niż tych zjaw. – Przecież wygnałem go stąd…

- Przecież wygnałem…jak to możliwe? – naśladując głos księdza parodiowała go zjawa jakiegoś mężczyzny.

- Zamilcz duchu nieczysty – ryknął potężnym głosem Janusz – gdzie są moi przyjaciele?

Jedna ze zjaw wykrzywiając groteskowo oblicze stykając się z nim prawie twarzą w twarz powiedziała - Nigdy ich księżulku nie odnajdziesz. Już nasz Pan się o to postarał. – Zachichotała złowrogo. – Straciłeś czujność! Nasz Pan ma rację, jesteś pozerem i hipokrytą.

- Nie jestem. To ten wasz pan, jest mistrzem pozoru i hipokryzji. Ale komu to tłumaczę, duszy czarniejszej niż sadza? Potępieńcowi, który nigdy nie zazna Boskiej łaski? – Janusz spoglądał na ten cień bardziej z litością, niż lękiem.- Pomyśl, że na wieki będziesz przykuty do swojego pana, niewidzialnymi łańcuchami posłuszeństwa i zła! I wy wszyscy. – Zwrócił się do kłębowiska cieni. – Powiedzcie mi, gdzie ich ukrył? Co z nimi zrobił? A może będzie to pierwszy krok do zerwania tych łańcuchów?

W odpowiedzi usłyszał tylko chichot. Wiedział, że to nie będzie łatwe, ale myślał w naiwności, że każda dusza pragnie zbawienia.

- Widzę, że to was bawi. Trudno, sam ich poszukam. – Odwrócił się na pięcie i skierował w stronę drzwi. Kiedy złapał za klamkę odwrócił się, spojrzał na zjawy, jak na kłębowisko żmij. – Żadne z was nie ma prawa tu przebywać, idźcie za swoim panem, precz z tego domu! – Powiedział podniesionym głosem i wyszedł.

Stał chwilę w holu, zastanawiając się, co mogło się stać z jego przyjaciółmi. Jak to się stało, że mistrz zanim zniknął, zostawił te zjawy i ukrył, albo coś zrobił Piotrowi, Robertowi i dziewczynom. Pomyślał o Carlocie, że może to ona. Może wykonywała już z góry zaplanowaną defensywę? Tylko dlaczego? Za co tak bardzo chce się na nich zemścić? Za to, że ich odkryto? Że Elżbieta znalazła pamiętnik? W sumie, mogli go zniszczyć, zwłaszcza, że jak mówiła Ela, Carlota rzuciła na niego jakiś urok, stąd ta ich intensywność po otwarciu zapisków Zofii.
Pamiętnik! On był znaleziony na strychu. Więc możliwe, że i jego przyjaciele są tam teraz. Zaczął wspinać się po schodach. Było ciemno. W czasie gdy wchodził, zegar w salonie uderzył dziesięć razy, znaczy, że była już dziesiąta wieczór. Pomyślał, że powinien coś wziąć ze sobą, żeby sobie poświecić. Namacał w kieszeni pudełko zapałek, zapalił jedną z nich i rozejrzał się stojąc u szczytu schodów. Na belce nieopodal zobaczył zawieszoną latarkę. Wziął ją i omiótł snopem światła strych. Zrobił na nim nieprzyjemne wrażenie, jakby coś się tu czaiło. Stare meble i skrzynie w takim świetle nabrały drapieżnego wyglądu. Choć można było dopatrzeć się, że ktoś tu niedawno próbował zrobić porządek. Nagle usłyszał poruszenia w drugiej części. Skierował latarkę w tamtym kierunku.

Naprzeciw niego stała Elżbieta! Owinięta w jego sweter. Stała wpatrując się w niego zimnym wzrokiem. Aż po plecach przebiegły go dreszcze.

- Elżbieto! – Zawołał – Gdzie jest reszta? Co się stało, gdy walczyłem z mistrzem?

- Choć, jesteśmy tu wszyscy – uśmiechnęła się zimno – schowaliśmy się tutaj. – Jej twarz zaczęła nabierać jakichś zwierzęcych cech.

- Carlota! – Zawołał – zostaw ją w spokoju. Nie masz prawa, wygnałem cię wraz z waszym mistrzem.

Tamta zachichotała.

- Wygnałem cię? – zawahał się Janusz.

- Nie, ja nie jestem na tych samych prawach co mistrz. Nigdy nie byłam. A Elżbieta zaprosiła mnie – znów zachichotała. – Pozwoliła, żebym była w niej. Jesteśmy już nierozłączne. Nic na to nie poradzisz. Teraz znów on wróci – uśmiechnęła się z udawaną nieśmiałością i pozwolę, by znów żył. Dam mu ją – podniosła za włosy jak szmacianą lalkę, Karolinę. Musimy dopełnić rytuału. Tych dwóch też potrzebuję, ciebie nie, mógłbyś wszystko popsuć. – Spojrzała na niego zimno – musisz zginąć. Pomódl się do swojej Bozi, bo to ostatnie chwile twojego żywota.

- Nie. – Janusza głos był opanowany – Nie zaprosiła cię. Nie wiem w jaki sposób opanowałaś jej ciało, ale jest tam wciąż jej dusza. Elżbieto! – Zawołał przejmująco – Obudź się. Nie daj siebie zniszczyć. Nie daj się opętać temu potworowi. Pamiętasz kim jesteś? Elżbieto!

Z Elą działo się coś dziwnego. To drżała, to chichotała, To spływały jej łzy z oczu, to spoglądała zimno na księdza. Janusz miał nadzieję, że jednak Ela wygra tą walkę, choć wiedział jak silna jest Carlota.
Chciał dodać Elżbiecie odwagi, więc znów zawołał:

- Ela, spójrz, ona chce zabić twoją przyjaciółkę, wydać ją na pohańbienie i śmierć, by mistrz odzyskał siłę. Chce też Piotra, myślę, że ona chce wszystkiego tego co ty. Ona ci zazdrości, dlatego pragnie być tobą. Nie oddawać jej tego, co należy do ciebie!

- Janusz – załkała – Boże, jak się bałam. To było okropne. – łzy spływały jej po policzkach kreśląc jaśniejsze ślady za zakurzonej twarzy.

- Uważaj! – Ostrzegł ją ksiądz – ona tam w tobie wciąż jest. Jak to się stało, że cię opanowała? Pamiętasz?

Tak – kiwnęła głową – bałam się. Ona powiedziała, że może uczynić coś i że już nie będę się bać. Potem już nic nie pamiętam.

czwartek, 17 lutego 2011

Dom Elżbiety CVIII




Chwilę stał i jakby stracił całą siłę. Nie mógł znieść, że tamten śmiejąc mu się w twarz nie był w całkowitym błędzie. No cóż, fakt, był ułomny, wiedział o tym, a mistrz przejaskrawiając fakty, wywlekł jego ciemną stronę duszy. Próbował się zmobilizować, ale jakaś wewnętrzna bariera nie pozwalała. Poczuł się bardzo samotny, sam naprzeciw całemu złu, a on nie był w stanie…nie mógł temu zaradzić.

- I co, księżulku? Zmarkotniałeś? – Mistrz szydził z niego – Co, gdzie ten twój Bóg, który powinien cię teraz wspierać? Zapomniał o swoim słudze?

- Milcz! – powiedział Janusz ze ściśniętym gardłem.

- Milcz, milcz, milcz! Tylko na tyle cię stać? – Mistrz nie krył coraz większego rozbawienia, jakby wahania Janusza, wprowadziły go w szampański nastrój.

- Nie. Wiem, że mogę i chcę wypędzić cię stąd raz na zawsze – ksiądz przemógł słabość – a twoje słowa i zachowania tylko mnie w tym utwierdzają.

- Urocze! Więc zaczynajmy te egzorcyzmy – roześmiał się nieprzyjemnie. – A wiesz jak tu znalazła się Elżbieta i ta druga? Same przyszły. Ona chce być ze mną. Pragnie być moją niewolnicą. Przyprowadziła mi tamtą drugą, bym i ją wziął. Chciała zobaczyć jak można sobie podporządkować kobietę. Ale nie zasłużyła na to, przedtem mi się za bardzo opierała. Kobiety, to durne istoty, jeszcze głupsze niż mężczyźni. No, ale wasz Bóg stworzy was na swój obraz i podobieństwo podobno – znów zarechotał pustym śmiechem. – choć kobietom dodał parę szczególików – dodał z lubieżnym uśmiechem. Szkoda, że jako ksiądz nie jesteś ich świadom. A może się mylę? – Zapytał z tym samym uśmiechem.

Janusz myślał intensywnie, by nie dać mu się w to wciągnąć. Nie słuchać tego co mówi, bo to wszystko kłamstwa, wiedział o tym.

- Swoim zachowaniem okazujesz słabości – zaczął - lękasz się tego co nieuniknione, czyli wypędzenia. Stąd twoja natarczywość i kłamstwa. Twoja gra się kończy. Już napisałem do biskupa o tym, co się tu zdarzyło. Poprosiłem też o ekshumację Zofii. To twój koniec. Elżbieta cię tu nie zapraszała i nie sądzę, by kiedykolwiek zaprosiła. Nie jesteś już tu gościem, tylko intruzem. Carlota też.

- Wiesz co robiłem z dziewczętami, które wykradałem? Było ich ze dwie setki przez czas jaki tu jestem. Niektóre były urocze, tak posłuszne jak suczki, jak je wytresowałem.

- Myślę, że nie potrzeba tu żadnych egzorcyzmów – kontynuował Janusz, jakby nie słyszał słów mistrza - wystarczy cię definitywnie wyprosić na zawsze.

- Carlota sprzedawała je do burdeli. – Mistrz nie dawał za wygraną – Niektóre nie chciały się ze mną rozstać. Zwłaszcza jedna była urocza, miała piękne piersi i pośladki, miała na imię chyba Hanka, albo jakoś tak.

- Wypraszam cię w imieniu Zofii Mioduckiej, która przez sakrament spowiedzi dostąpiła łaski pojednania z Bogiem Wszechmogącym. Odejdź z tego domu na zawsze i zabierz ze sobą wszelkie zło, które się wraz z tobą tu zagnieździło. – Głos Janusza, pod wpływem wymawianych słów nabierał mocy. - Odejdź stąd na zawsze. Prawo, które przez podstęp wymusiliście na gospodyni tego domu wygasło!

Zadrżało, światło, które nagle się pojawiło, oślepiło go całkowicie. Musiał zamknąć oczy.

- Zawdzięczam ci wolność – usłyszał głos kobiety – Bóg ci zapłać. Uwolniłeś ten dom od zła które sprowadziłam nieumyślnie. Bóg ci zapłać. Jeżeli stanę przed Panem, dam o tobie świadectwo. – potem światło zniknęło.

Kiedy Janusz otworzył oczy, stał sam pośrodku piwnicy, zaciśnięte pięści i zmęczenie przypominało, że przed chwilą stoczył może najważniejszą walkę w swoim życiu. Czuł też zmianę w atmosferze panującej tutaj. Jakby gęstość i wieczny chłód, zniknął na zawsze.

Wspiął się po schodach wiodących na górę. Stanął w holu i nadsłuchiwał. W kuchni rozmawiali Robert z Piotrem. Głosu dziewczyn nie słyszał.

Wszedł do kuchni.

wtorek, 15 lutego 2011

Dom Elżbiety CVII




- Jak śmiesz mi się przeciwstawiać? – W pytaniu mistrza była zawarta i złość i drwina – Męczysz już mnie. Myślałem, że wystąpisz z kropidłem i wodą, nad którą odprawiłeś te swoje czary. – Zaśmiał się nieprzyjemnie. – A ty przychodzisz z pustymi rękoma, a na dodatek uważasz, że mnie rozszyfrowałeś. Jesteś śmieszny. Żałobny wyznawco twojej konsekrowanej prawdy – dodał ze wzgardą.

- Jeżeli jesteś tak silny, silniejszy ode mnie, czemu się mnie boisz? – Z uśmiechem zapytał Janusz – Próbujesz obrzucać mnie obelgami, żeby odciągnąć mnie od istoty rzeczy. A to nie przeciwstawianie, a całkowita negacja ciebie. Nie dam ci już niszczyć niczego. Wypraszam cię z tego domu w imieniu jej gospodyni, która wreszcie pojednała się z Bogiem.

- Nie może – powiedział z wahaniem – nie wiesz, że została wyklęta?

- Nigdy nie była wyklęta. A poza tym, nawet klątwę można zdjąć. I od kiedy uznajesz klątwę kościelną? – Janusz tryumfował – A wiemy gdzie jest pochowana, więc to tylko kwestia czasu, kiedy zostanie przeniesiona na poświęcone miejsce. Poza tym, jej pamiętnik stał się spowiedzią i ja po spowiedzi dałem jej rozgrzeszenie. Nie rozumiesz, że jesteś tu niechcianym gościem? Zabierz ze sobą tą, którą nazywasz Carlota i daj Elżbiecie wreszcie normalnie żyć.

- A Pawlicki? O niego się nie troszczysz?

- Piotr sam zadba o siebie. To nie dziecko, czy słaba kobieta. Ty zawsze znęcasz się na słabszych, bo masz do nich lepszy dostęp, a mnie Bóg każe takich bronić za wszelką cenę.

- Uważasz, że Elżbieta jest słabsza niż Pawlicki?

- Nie. Uważam, że jest dużo silniejszą, co nie zmienia faktu, że jest kobietą, którą łatwiej zranić, poniżyć. Jak przed chwilą ty, który chciałeś jej to zrobić. Nie wiem w jaki sposób zwabiliście ją do tej piwnicy wraz z jej przyjaciółką, ale chciałeś ją zabić, a przed śmiercią zniszczyć jej duszę. Bo zabijając w niej duszę, niszcząc ją i masakrując, chciałeś wciąż tu być. Wiedząc, że inaczej ona wygna ciebie stąd na zawsze.

- Nie doceniałem cię – mistrz uśmiechnął się złośliwie – pod tą sutanną jednak kryję się mężczyzna.

- Słucham? Chyba mnie nie rozumiesz. – Janusza zaniepokoiły słowa mistrza.

- Rozumiem aż za dobrze. Podnieciła cię taka zależna, naga? – Uśmiechał się coraz szerzej, oczy nabierały rubinowej barwy. - Czy się mylę?

- Mylisz się. – Janusz się zmieszał – Bóg ma rację, jesteś mistrzem manipulacji. Już przez moment chciałem się nad tym zastanawiać. Ale nie wciągniesz mnie. Jestem odporny na twoje gry.

- Czy aby na pewno? Pomyśl, mógłbyś z nią zrobić co tylko byś chciał. Była zupełnie ubezwłasnowolniona. Myślisz, że kiedykolwiek trafi ci się lepsza sposobność?

- Milcz! – Krzyknął – Koniec. Od początku nie powinienem wdawać się z tobą w dyskusję. Masz po prostu odejść.

- Oho zdenerwowałem księżulka – zaśmiał się diabelsko – a może powiedziałem tylko głośno to, o czym myślałeś?

- Jak śmiesz!

- A śmię i nawet więcej, myślę, że pod maską pobożności i pokory kryje się rozczarowanie i hipokryzja. Tak, księżulku, nie oszukasz mnie, znam was ludziki. Chcecie być wielcy, zwłaszcza wy, słudzy Boga. Stawiacie świątynie, by was szanowano. Bo jeżeli grzmicie na ambonach tych świątyń, to jesteście wielcy i wszechwładni.

- Milcz!

W odpowiedzi usłyszał śmiech. Mistrz zanosił się od śmiechu, a Janusz stał trochę bezradny.

czwartek, 10 lutego 2011

Dom Elżbiety CVI



Ostatkiem swojej złości i realności, przejechała Robertowi paznokciami po policzku. Ten złapał się za niego odruchowo. Poczuł że, krwawi, ale nie czuł bólu.

Weszli do części piwnic, które były zamurowane, tą samą drogą, którą utorowała sobie Ela. Piotr nadal był niezbyt przytomny, więc obaj, Robert i Janusz musieli go ciągnąć za sobą.
Kiedy weszli, przerazili się.

Nieprzytomna Karolina leżała na posadce, a Elżbieta przykuta do dziwacznej ławy jęczała. Ręce miała wykręcone i związane do tyłu, nogi uniesione do góry i przykute łańcuchami. Z kącika ust sączyła się krew, oczy miała zamknięte. Co chwila jej piersi unosił spazm.

- Elżbieta – jęknął Piotr jakby zupełnie przytomnie. – nic ci nie jest?

Otworzyła oczy. Spojrzała na niego, ale w oczach nie można było doczytać się ulgi. Nadal była przerażona. Janusz zdecydowanym gestem odsunął Piotra i podszedł do Elżbiety. Pomógł się jej uwolnić i okrył swoim swetrem, który miał na sobie. Podszedł do Karoliny, nachylił się i dotknął pulsu.
Żyła. Odetchnął z ulgą, zwłaszcza, że podejrzewał ją zupełnie niesłusznie. Domyślił się, że została ogłuszona. Robert stał bezradny, tak, jakby to co zobaczył odebrało mu siły.

Piotrem miotały jakieś dziwne uczucia, to w jego oczach odbijał się lęk, to dziwaczna satysfakcja.

Janusz spojrzał na Roberta, zmarszczył brwi, ale po chwili rzekł. – Słuchaj, nie myślałem, że to akurat ciebie będę o to prosił – Przyjrzał mu się znów, bo tamten drżał – Spróbuj wyprowadzić stąd kobiety, dobrze?

- Nie tak szybko. – Z ciemności wysunął się mistrz. – Sam proboszcz mnie zaszczycił swoją wizytą – powiedział kpiąco i schylił się w groteskowym ukłonie. - Czym chata bogata, można się częstować. Choć tej wisienki – gestem wskazał na Elę – dać nie mogę, bo jest to mój deser.

- Azazelu! – Spokojnie, choć podniesionym głosem powiedział ksiądz – to już koniec. Nic nikomu nie zrobisz. Elżbieta prawie cię unicestwiła, ale Carlota jakimś cudem sprowadziła cię tu powrotem. Wiem na czym polega wasza siła. Wiem też, że mogę cię jednym słowem wygnać stąd na zawsze.

- Nie rozśmieszaj mnie, sługo ukrzyżowanego Boga! – Zawołał – nic nie możesz zrobić. Jesteś tak samo bezradny jak ten twój Bóg – dodał z pogardą.

- Ten mój Bóg ukrzyżowany jest Bogiem Zmartwychwstałym. A ty, kim jesteś? Szczurem kryjącym się w ciemnościach? Bojącym się światła potworem, który czycha w mroku na naiwnych i nieszczęśliwych, by wyssać z nich resztę uczuć. Tak, żywisz się strachem i cierpieniem, ale i miłością i słabościami. Żerujesz jak pasożyt i tym jesteś. Wymusiłeś na Zofii, a właściwie to twoja flama Carlota, by ona na zawsze was tu gościła. Dlatego pochowaliście ją w ogrodzie, prawda? Jako gospodyni tego domu, bo nadal była tutaj, mogła was gościć do końca świata?

- He, he – roześmiał się mistrz – jesteś żałosny. Myślisz, że jakikolwiek nędzny człowieczek jest mi potrzebny do istnienia? Zapytaj się tego swojego Boga, kim jestem.

- To właśnie mój Bóg powiedział mi, żeś szczur i pasożyt. Uwięziliście Zofię, jej duszę, by ją dręczyć. Napadaliście w lesie na ludzi jak dzikie zwierzęta, by pastwić się nad nimi i by Zofia czuła, że jest za to odpowiedzialną. Robert! – odwrócił się w stronę Karnafla – wyprowadź dziewczyny, prosiłem cię o to i zabierz stąd Piotra.

Za jego plecami zrobiło się poruszenie, co oznaczało, że Robert zaczął się w końcu stosować do jego polecenia.
Mistrz wysunął się z cienia. Teraz był młodym mężczyzną. Oczy jarzyły się czerwonym blaskiem, a mimo to czuło się, że nie jest już tak pewny swego. Spoglądał na księdza z pode łba, jakby słowa, które tamten wypowiedział, były rozwiązaniem zagadki.

niedziela, 6 lutego 2011

Dom Elżbiety CV





- Masz rację. Nie lubię przegrywać. – Robert patrzył odważnie w wijącą się ze złości Carlotę – A ty? Wiesz, że już przegrałaś, więc ostatnim twoim trupim tchnieniem, chcesz zniszczyć to co tu, w tym domu zaczęło kiełkować? Coś zrozumiałem, gdy kilka dni temu rozmawiałem z Elą. Przywiodła mnie tu co prawda całkiem inna sprawa, ale…

- Chciałeś, no przyznaj się – zachichotała – żeby Ela cię zauważyła.

- Tak. Masz rację, chciałem. Wdychałem zapach tego domu, bo on mi się kojarzył z czymś lepszym, wyższym. Pewnie mam kompleks syna służącej. Elżbieta jawiła mi się jako spełnienie moich marzeń. I cóż, wszedłem, trochę obcesowo zacząłem ją czarować i ona wtedy powiedziała, że ten zapach…że on jest zły. Teraz wiem, że miała rację, to ty rozsiewasz go razem ze złem. Dajesz namiastki. Szafujesz tym, co do ciebie nie należy. Kim ty do diabła jesteś?

- Mówiłam. Nie słuchałeś? Jestem początkiem i końcem. Jestem rozkoszą i torturą. Pożądaniem i cierpieniem – Miała ogień w oczach. Twarz znów stała się piękna i było w niej tyle namiętności, że aż oboje się wystraszyli.

Czuli, że słabną, że znów ma nad nimi przewagę. Piotr ruszył nieświadomie w jej stronę, a ona ukazując równy rząd białych zębów wabiła go jak modliszka. Robert chwycił go za rękę, ale Pawlicki jakby tego nie czuł i parł w stronę Carloty jak na zatracenie.

- Zostaw go! – Krzyknął przerażony.

- Dlaczego? On sam tego chce. Ma już dość kłopotów z naszą dziedziczką. Ciesz się, będziesz miał wolne pole do popisu. Jak uda ci się ją odnaleźć. Jeżeli mistrz ci ją odda. Choć sądzę, że miał na nią ogromną ochotę, zwłaszcza jak mu się wyślizgnęła przedtem. – Zsunęła z ramion suknię i ukazała piękne, jędrne piersi. – Czy ona ma takie piersi, zobacz? Zsunęła suknię do pasa, by za chwilę opadła z niej całkiem. – Powiedz jaka kobieta może pochwalić się tak idealnym ciałem? A ja jestem jeszcze mistrzynią w sztuce kochania.

- To nie jest realne ciało, złudo, maro! A nie możesz być mistrzynią w tej sztuce, bo nie potrafisz kochać. – Robert bronił się ostatkami sił, wstrzymując jak mógł oniemiałego Piotra, który zachowywał się jak zahipnotyzowany.

- Dotknij, a przekonasz się, że jestem prawdziwa – nagle znalazła się obok niego, emanująca erotyzmem. Robert przełknął ślinę i próbował nie patrzeć na nią, bo czuł, że za chwilę sam będzie w takim samym stanie jak Piotr.

- Odejdź – szepnął, choć chciał krzyknąć i zacisnął powieki. Wtedy usłyszał krzyk. Wyraźnie dochodzący gdzieś zza ściany.

Carlota szybko przemieściła się na swoje dawne miejsce. Jakby tam próbowała coś ukryć.

- Tam za tobą jest przejście? Tam ją więzicie?

- Może. Oddaj mi wreszcie Pawlickiego, to cię tam wpuszczę. – Zaproponowała.

- Chcesz mnie oszukać. Nie, nigdy w życiu nie zrobię już Piotrkowi świństwa. Ne oddam go w twoje szpony. A i tak mnie musisz przepuścić, bo wiesz, ze na miłość nic nie możesz poradzić. Odsuń się!

- Wiesz, ze nawet jeśli cię puszczę, będziesz musiał stanąć oko w oko z mistrzem?

- Nie boję się. – szarpnął Piotra za ramię. Ten jakby zaczął dochodzić do siebie. Był co prawda jak zbudzony z letargu, ale posłusznie ruszył za Robertem.


Przechodząc obok niej, poczuł zapach i to jej ciało. Przez moment chciał ją dotknąć, wziąć w ramiona…zatracić się. Potrząsnął głowa, jakby odganiając od siebie te myśli. Tamta zaśmiała się perliście, aż zafalowały jej nagie piersi.

Przemógł jednak pożądanie i odsunął ją zdecydowanym gestem, wtedy znów się zmieniła. Jej twarz zaczęła nabierać czegoś zwierzęcego, a ciało, stawało się mniej atrakcyjne.
Teraz wyraźnie zobaczył wyżłobioną dziurę w ścianie i sączące się tam światło. Pociągnął za sobą Piotra i już miał wchodzić, gdy usłyszał, że ktoś schodzi po schodach. Odwrócił się. Ze schodów schodził Janusz i zawołał – Zaczekaj. Idę z wami. Wiem coś, co ich unicestwi na zawsze.

Carlota zasyczała i rozpłynęła się jak gradowa chmura.

sobota, 5 lutego 2011

Dom Elżbiety CIV




Poczuł się bardzo zmęczony, znużony tym wszystkim. Chciał uratować kobietę swojego życia, tak myślał o Eli. Teraz zdał sobie sprawę, że te jego zabiegi, walka…tamta kobieta za jego plecami i ten jej przeraźliwy śmiech? To wszystko zbyt go zmęczyło. On był z natury dość leniwy. Chciał dość łatwo prześlizgnąć się przez okres zwany życiem. Po co mu te niepotrzebne wzruszenia, szarpanina? Mógł łatwo zatonąć w ramionach tej tutaj. Może i była tylko fantazją, czy może raczej złymi myślami, czy raczej samym złem, ale…zawsze była i to bardzo atrakcyjnym zwidem.

Odwrócił się od Roberta leżącego pod ścianą. Jakby przestało go obchodzić, czy potrzebuje pomocy, czy w ogóle żyje. Chciał spojrzeć Carlocie w twarz, chciał…no właśnie, czego chciał najbardziej. Zanim wyszedł z domu, chciał by to Karolina. Jezu! Tak przypomina sobie, chciał by to wszystko się skończyło, a Karolina została jego kobietą. Zobaczył ją w drzwiach i coś w nim zadrgało. Potem ten wzrok z przyganą Janusza…życie powinno być łatwiejsze. Przynajmniej powinno…

- Masz rację – szepnęła Carlota – ten księżulo nie powinien tak nikogo od razu potępiać. – Uśmiechała się tak namiętnie, aż czuł, że cały w środku się sztywnieje, aż do bólu.- są rzeczy dla takich jak on nie dostępne - zasyczała niczym wąż kusiciel. – Ty to wiesz, a ja…- nie dopowiedziała, ale w jej gestach można było doszukać się reszty. – Choć pokażę ci to, czego’ś nigdy nie zaznał.

Już miał ochotę rzucić się w jej ramiona. Tak, to było chyba jego marzenie od początku. Już wtedy, gdy rozciął sobie rękę, ale tylko dlatego, żeby być lojalnym wobec Elżbiety. Wtedy usłyszał jęk Roberta, to powróciło go do realności. Odwrócił się z szybkością błyskawicy i podbiegł do mężczyzny. Ten gramolił się niezdarnie, żeby wstać. Krew na skroni zaczęła zasychać, malując brunatny zaciek na czole.

- Co się stało? – zapytał nieprzytomnie.

- Nic, straciłeś przytomność. Ale mam nadzieję, że nic poza tym. – Stwarzał pozory zainteresowanego losem Roberta, ale tak naprawdę miał to w nosie. Wciąż słyszał szept Carloty.

- Słuchaj – zaczął Robert – ona nie odpuści. - Spojrzał na fosforyzującą postać Carloty. – Myślę, że nic nie przekłamywałeś. Wybacz, że traktowałem to jako przemęczenie. To jest szalone, ale dzieje się niestety na prawdę. A wiem, że musimy wyrwać Elę z jej szponów…- tamta zaśmiała się znów, jakby kpiąc sobie ze słów, które wypowiedział Robert.

- Zamknij się małpo – Głos Roberta był stanowczy – Byłaś taką samą służką, jak moja matka, więc nie wytykaj mi , że jestem synem tejże. Tyle, że ty, ty jesteś jak zły pieniądz, wracający zawsze, robiący zamęt. Zobacz co robisz z Pawlickim, on ci ulega. Ja nie jestem taki, ja wiem, że Elżbieta jest warta sto razy więcej, niż ten twój zwid, bo ty tylko jesteś zwidem, stworzonym przez złość i myśli, może i ja mam w tym udział, bo jestem idiotą.

- Jesteś idiotą – ze śmiechem odparła Carlota – a Ksawery – Piotr, on już wie, że tylko ja mogę dać prawdziwe uniesienia…

- A uczucia? – Robert był bezwzględny.

- Po co komu te uczucia?

- By czuć się człowiekiem. Ty nigdy tego nie zrozumiesz, zły omamie, czarownico!

- Myślisz, że ja jestem czarownicą? Nie. Ja jestem początek i koniec. Jestem pragnieniem, ale i torturą…

- Milcz – Odezwał się nagle Pawlicki – wyraźnie usłyszał jęk kobiety. – Gdzie one są? Powiedz dziwko szatańska! Żadne z nas tak naprawdę cię nie pragnie, chyba, że znów spróbujesz swoich szatańskich sztuczek. Powiedz, czy po tamtej stronie je zamknęłaś?

Zgadnij – zasyczała wściekła – chcesz ją? To musisz przejść przez tamtą wyrwę. Tylko ja nie wiem, co cię może tam po drugiej stronie spotkać. Mistrz znów odzyskał moc, choć ta mała dziwka postarała się, by tak nie było. - Zaśmiała się demonicznie, jakby jej słowa były żartem.


- Mistrz, jak i ty, jesteście tylko tu dlatego, że my tego chcemy.

- Bzdura – była teraz brzydka, zwierzęca, jakby wszystkie cechy ludzkie w niej zanikły – jesteśmy, bo ktoś dał nam ku temu prawo. Dał nam glejt i korzystamy z jej gościnności. Pozwoliła nam tu być.

- Zofia! – jęknął Piotr – To ona pozwoliła wam, wyrażając zgodę, na pobyt Mistrza?

- Jesteś domyślny – głos Carloty, był pomieszaniem szczekania psa, z sykiem węża. – Szukaj wybranki serca. A ty – zwróciła się do Roberta – też chcesz jej szukać? – Myślisz, że zrozumie, że to ty ją kochasz bardziej niż własne życie? Myślisz, że to doceni? Ona kocha tu tego i z nim, chce związać życie, więc twoje zabiegi mogą skończyć się fiaskiem, a ty przecież nie lubisz przegrywać, prawda?

piątek, 4 lutego 2011

Moja babcia Anielka

Moja babcia Anielka bała się gazu.

Śmieszne?

Lubiła gotować na płycie pieca opalanego węglem.

Tak bywa, dziś miałaby 107 lat. Zmarła 14 lat temu. Akurat mija rocznica jej śmierci.
Byłam z nią bardzo zżytą, bo to ona wprowadziła mnie w arkany kuchenne…tak, pierwsze moje gotowanie było nadzorowane właśnie PRZEZ MOJĄ BABCIĘ ANIELĘ.

Często wspominam jej delikatne dygresje, nigdy mnie nie strofowała! To zawsze były rady, typu., kochanie spróbuj tak zrobić raz, zobaczysz, ze to po prostu łatwiejsze.
Bardzo często to wspominam, bo to były takie gwiazdki, za które jestem babci niezmiernie wdzięczną.

Bo ona nigdy się nie narzucała, nigdy nie powiedziała, że robię coś nie tak, tylko…spróbuj zrobić tak jak ja, potem sama ocenisz, czy lepiej tak, czy lepiej jak robiłaś sama.

Taka była. Bardzo skromna, by nie powiedzieć wycofana. Przez całe swoje życie nigdy nie nałożyła na twarz makijażu. Jedyną książkę, jaką czytała z zapamiętaniem, była książeczką do nabożeństwa. Ufała bardzo, św. Józefowi, co i mnie zaszczepiła. Zawsze była niesamowicie wyrozumiałą.

Bardzo ją kochałam.

Czasem myślę, czy ona wiedziała, że aż tak bardzo ją cenię i kocham?

Była osobą raczej niezbyt wylewną, matkę straciła, gdy miała zalewie 3 lata. Wychowywana przez starsze siostry i ojca, który nie był zbyt czułym, a nawet oschłym. Wyrobiła więc sobie zasadę, nie dać nikomu zbyt wiele, ale nigdy też nie traktowała nikogo pobłażliwie, by nie powiedzieć ulgowo.

Ona szanowała ludzi, więc w każdym z nich doszukiwała się wielkich czynów.

Często mi brakuje jej uśmiechu i tego, że siedzi ze mną w kuchni i mówi:

- Iwonka, jak sparzysz rodzynki i obtoczysz je mąką, będą w placku smakowały lepiej. A mięso mielone, żeby nie kleiło się do rąk, uklep zimną wodą, a i ręce w niej zamocz jak będziesz formować kotleciki.

Dziękuję Babciu! Do dziś stosuję twoje rady.
A pamiętam też, że jak coś zaplami się herbatą, to od razu trzeba posypać solą, a potem od razu trzeba sprać.
A jak dryluje się wiśnie, to, żeby ręce nie były jak brudne, trzeba zrobić przepierkę w rękach.

Widzisz babciu? Nadal pamiętam, nawet to, jak drze się pierze.

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Dom Elżbiety CII




Wpatrywał się w zmiętą pościel, jakby tam była odpowiedź gdzie zniknęła Elżbieta i Karolina. Spojrzał pytająco na Roberta, który rozglądał się po pokoju równie zdziwiony jak Piotr.

- Co tu się właściwie dzieje? – Zapytał doktora – Nic z tego nie rozumiem. To jest jakaś gra?

- Sam nie wiem – odpowiedział, trąc łuk brwiowy. – Ale jest to coś w rodzaju jakiejś szatańskiej gry. Myślę też, że wiem gdzie są obie. Cholera. – Zaklął zdenerwowany.

- To znaczy?

- W piwnicy.

Tamten uniósł w akcie zdziwienia brwi.

- To w czym problem? Idziemy po nie.

- Obawiam się, że to nie takie proste. Jeżeli…cholera – znów zaklął – widzisz, to coś jest tu wewnątrz, to potrafi cię zahipnotyzować.

- Nie rozumiem. O czym ty mówisz? Słuchaj, czy ty aby nie za bardzo uległeś bajdom plecionym przez moją matkę. Ja rozumiem, że ten wasz pech do kobiet i dopisywanie do tego całej historii z klątwami, czarownicami i innymi bajdami, ale…

- Robert! – Piotr krzyknął na niego – Nie rozumiesz, to wylazło, chciało zabić Elę. To się w jakiś sposób zmaterializowało. Przeszłość, zło…sam nie wiem jak to określić.

- Po kolei. Co wylazło? Co chciało zrobić krzywdę pannie dziedziczce?

- Znasz historię Zofii Mioduckiej, prawda?

- No jasne. Jak ktoś nazywa się Karnafel musi ją znać przecież. Demoniczna dziedziczka rzucająca klątwę na niespełnionego kochanka. Mordująca młode dziewczyny, w tym w okrutny sposób młodą Żydówkę i jej ojca. Bawiąca się ludźmi jak zabawkami wraz ze swoją pokojówką, która jednak uratowała życie mojego pradziada. Pojawia się jeszcze w tej historii niejaki obleśny staruch…ale chyba nie o tym chciałeś?

- A mylisz się, ten obleśny staruch jest kwintesencją tej historii. Ale od początku. Ela znalazła pamiętnik spisany ręką Mioduckiej. Jest on w formie spowiedzi. Zaczęliśmy go czytać oboje, bo jakby nie było dotyczył też mojej rodziny.

- No w pewnym sensie – zainteresował się Robert – i co?
- No i coś się zaczęło dziać. Ale wiesz, nie teraz, potem resztę ci wyjaśnię. Teraz musimy poszukać dziewczyn.

- OK. Ale wiesz, jeżeli mnie podpuszczasz, to…

- Zgłupiałeś! Po co i jaki by miało sens robić taki kretyński żart?

- Wiesz, może żeby się odegrać?

- Nie jestem taki, wiesz przecież.

- Jasne fujara Pawlicki.

- Daruj sobie. Nie jestem w nastroju. Idziemy do piwnicy.

Schodzili do piwnicy w ciemnościach, bo światło na zejściu nie działało. Posuwali się wolno, by nie spaść. Na dole też było zupełnie ciemno.

niedziela, 30 stycznia 2011

Dom Elżbiety CI


Myśli wszystkich trzech poszybowały i odbiły się o…no właśnie odbiły się, zostały schwytane. Żadne z nich zapewne tego nie przypuszczało, że ktoś lub coś, może je w jakiś sposób kontrolować. Ale wszyscy w jednej chwili usłyszeli dziwaczny, ironiczny śmiech.

Janusz przyspieszył kroku, Elżbieta nadal wpatrywała się wielkimi oczach w przyjaciółkę, która nadal trajkotała baz związku. A Piotr? No cóż, Piotr uśmiechnął się dziwnie i wyszedł z domu. Szedł w stronę swojego domu. W jego oczach odbijała się jakaś szatańska decyzja. Uśmiechał się, jakby dobrze się bawił, gdy nagle usłyszał.

- Proszę kogo widzę, pan Pawlicki we własnej osobie! – W jednej chwili otrzeźwiał z tamtego dziwnego odrętwienia, bo głos który usłyszał niewątpliwie należał do Roberta.

- Co tu robisz? – Zapytał zachrypniętym, zmęczonym głosem. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że naprawdę jest zmęczony. Trzy dni, które Elżbieta bez przytomności spędziła w szpitalu, dla niego były dniami bez snu. Czasem chwilę zdrzemnął się na krześle. Janusz namawiał go, by pojechał choć na jedną noc do domu, ale się nie zgodził. Teraz dopiero głos Roberta mu to uświadomił. Padał z nóg.

- Widzę, że nie cieszy cię mój widok przyjacielu – Robert specjalnie go prowokował – a wyglądasz jak śmierć! Tak panna dziedziczka cię eksploatuje? – zaśmiał się lubieżnie.

- Odczep się. – Warknął na niego – Ela była bardzo chora, a i teraz potrzebuje opieki. Tobie w głowie tylko jedno. Byłeś u matki?

- Jasne – Robert nagle zmienił ton – coś słyszałem, że podobno nieprzytomną zawieźliście z Księdzem Januszem do szpitala. Ale dzwoniłem tam i powiedziano mi, że Elżbieta Loretańska wypisała się na własną prośbę. Więc przyjechałem odwiedzić chorą. A u matki nie byłem jeszcze, a co?

- Nie sądzę, by Elę twoja wizyta ucieszyła. A twoją mamę akurat bardzo. Wiesz, że ona, twoja mama jest bardzo chora? Oprócz astmy na tarczycy utworzył się guz. Powinna poddać się operacji, no ale chyba tylko ty mógłbyś ją o tym przekonać.

- Słuchaj – Robert przyglądał się Piotrowi – rzućmy w niepamięć dawne urazy. Wiem, że nie uda mi się rozkochać w sobie Elżbiety. Wiem też, że bardziej dbasz o moja matkę niż ja. Wiem, jestem sukinsyn i drań. Ale stary, naprawdę powinieneś się chyba przespać, bo wyglądasz jakby wyciągnięto cię z grobu. Mogę robić za pielęgniarkę we dworze. Tylko powiedz co? A do matki pójdę, tylko potem.

- Teraz jest u niej, jej przyjaciółka. – Nagle to zdanie go samego przeraziło – Słuchaj ja wracam do Eli, choć ze mną – zaproponował.

Robert spojrzał na niego zdziwiony. Ta zmiana decyzji była dla niego niezrozumiała, ale ruszył wraz z nim w stronę domu Elżbiety. Żaden się nie odzywał. Szli szybko w milczeniu. Kiedy Piotr nacisnął klamkę, usłyszał za sobą, znów ten ironiczny chichot. Spojrzał na Roberta, czy też to słyszał, ale wyraz jego twarzy wskazywał, że nie.

Weszli do środka. Hol spowijał już mrok, bo drzwi do pokojów były pozamykane, jedynie drzwi od kuchni, rzucały wąską smugę gasnącego dnia.

- Elżbieta! Karolina! – Zawołał zaniepokojony Piotr.

Odpowiedziała mu niestety tylko cisza.

Otworzył drzwi sypialni, ale nie zastał ani Eli, ani tamtej drugiej. Tylko pościel w nieładzie świadczyła, że jeszcze przed chwilą ktoś w niej leżał.

czwartek, 27 stycznia 2011

Dom Elżbiety C




Przyglądał jej się i chyba zaczynał dobrze się bawić, bo Karolina stawała się coraz bardziej nerwowa.

- Nie rozumiem – powiedziała bardziej do siebie niż do Janusza.– Skoro ksiądz pyta mi się, czemu przyjechałam, robiąc mi z tego powodu jakby zarzut, to chciałabym wiedzieć, o co chodzi? – Zapytała nerwowo.

- Droga pani – zaczął konwencjonalnie, ale z odrobiną ironii – wiem kim pani jest. – Zakończył zdanie zagadkowo.

- Tak? Kim? – Wyrzuciła z siebie pytania nerwowo, jakby strzelała z broni.

- Potem – machnął ręką, bo wracał Piotr od Elżbiety z zaproszeniem dla Karoliny, by ta przyszła do niej.

Kiedy Karolina zniknęła za drzwiami kuchni, Janusz westchnął głęboko i spojrzał w twarz Piotra. Na jego twarzy odbijała się troska o Elę i lęk, spowodowany może tym, że w najważniejszym momencie nie był przy niej, a powinien. Tak zgadywał i chciałby mu jakoś pomóc, ale... coś nie dawało mu spokoju, bo nagle poderwał się i powiedział:

- Słuchaj, muszę coś sprawdzić, gdyby coś się działo zadzwoń na plebanię. Poza tym dobiega piąta, więc muszę odprawić mszę za godzinę. I tak szefowa zmyje mi głowę, że się gdzieś włóczę, znasz panią Marię.

- Jasne – odparł niezbyt przytomnie, bo coś zaprzątnęło jego umysłem, aż Janusz zadrżał przyglądając mu się.

- Słuchaj, wszystko w porządku? – Zapytał się Piotra.

Tamten kiwnął głową, na znak, że tak, ale Janusz był innego zdania. Wiedział, że musi się jednak oddalić, a bał się ich tu samych zostawić. Wyglądali, jak Ela, taki i on, na ludzi potrzebujących wsparcia, a tego nie mogła dać im ta kobieta.

- O Jezu! – Jęknął – wrócę za jakieś dwie godziny, nie róbcie nic, czego byście potem żałowali, dobrze? Uważajcie na siebie i na tą kobietę, to ostrzeżenie.

- Jasne – Znów głos Piotra nie wydawał się przytomny, jakby żył w innym świecie. Janusz miał chęć nim potrząsnąć, ale nagle zrezygnował i po chwili wyszedł.

Miał wciąż w pamięci wyraz twarzy tej kobiety, gdy zobaczyła go w drzwiach. Tak, na pewno ma rację, ale musi to sprawdzić w pamiętniku Zofii. Ona w jednym miejscu napisała coś takiego, że Carlota wszystkich urzekała swoją osobą, Carlota, czyli Karolina. A może się myli? Może ma manię prześladowczą? Ale jeżeli ona, ta obecna tu, zareagowała tak silnie na jego słowa, że wie kim jest?

Piotr słyszał wyraźnie głos Eli i Karoliny ja rozmawiały. Wiedział, że Janusz go ostrzegał…tylko przed czym? Nie pamiętał. Miał pustkę w głowie i dziwne pragnienie, bardzo złe pragnienie, by Elżbieta umarła. Poczuł, że mu przeszkadza, że jest mu przeszkodą w szczęściu? Sam się zdziwił. Jakie szczęście? Jaka przeszkoda? Karolina! Przypomniał sobie nagle. No tak. Uśmiechnął się dziwnie i znów zatopił się w jakichś dziwnych myślach.

Elżbieta przyglądała się Karolinie. Jakby widziała ją po raz pierwszy. Coś zaczęło ją niepokoić. Ta dziwna zmiana nastroju Piotra. A i Karolina wydała się jej nie tylko natarczywa, ale emanująca jakimś czymś, czego nie potrafiła określić. Po raz pierwszy przyjrzała się lepiej przyjaciółce. Dlaczego od czasu gdy ją poznała i to przed dziwaczny zbieg okoliczności, ta ją już nie odstępowała? Czemu przyjechała tu akurat dziś i opowiada o zupełnie nieistotnych rzeczach, choć widzi, że ją to zupełnie nie interesuje?

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Dom Elżbiety XCIX




Walił z całym impetem, jakby coś się paliło. Oboje spojrzeli na siebie wymownie i Piotr poszedł otworzyć. Idąc nadal był co najmniej zdziwiony, że ktoś dobija się w ten sposób, mimo, że wszyscy we wsi wiedzieli, iż Elżbieta jest w szpitalu.

- Kto tam? – Zapytał przy drzwiach z lekką irytacją.

- Nazywam się Karolina Walczak, przyjechałam do Elżbiety – odezwał się damski głos.

Piotr otworzył. W drzwiach stała młoda, piękna kobieta o ciemnej cerze i bujnych kręconych, czarnych włosach.

- Ty, to pewnie ten doktorek? – Zapytała bez wstępów – Mnie już zapewne znasz, jestem Eli przyjaciółką? Ela się zapewne ucieszy, że wyrwałam się z tej Warszawy szybciej – uśmiechnęła się wchodząc do holu.

- Wybaczy pani – Piotr zaczął mniej pewnie – Elżbieta teraz śpi. Jest bardzo chora. Zapraszam do kuchni, gdzie wraz z moim przyjacielem księdzem mamy zamiar zrobić sobie herbatę. Fakt, nikt się tu dziś pani nie spodziewał – powiedział podejrzliwie – a Ela najmniej. Może będzie to dla niej miła niespodzianka – zakończył bez entuzjazmu.

- Jestem Karolina – powiedziała jeszcze raz, bardziej dobitnie – Ela mnie na pewno potrzebuje. Wiem, zawiodłam ją, ale naprawdę szybciej nie mogłam. – Powiedziała tajemniczo.

- Nie wiem, nie obchodzą mnie wasze relacje. Mnie chodzi o nią, a wiem, że jest bardzo chora. Wie pani, co ona tu ostatnio przeżyła?

- Coś mi wspominała o duchach przez telefon. Ale coś stało się z moją komórką wyobraża sobie pan? Roztopiła mi się w rękach. I bardzo się o Elę zaczęłam bać, zwłaszcza, że nie dawała żadnego znaku życia. A ja trzy razy próbowałam się do niej dodzwonić, wreszcie po prostu przyjechałam.

- Wyobrażam sobie – Piotra zainteresowały słowa Karoliny. – Moja też się stopiła. A podejrzewam, że po prostu Eli komórka się rozładowała i leży gdzieś w domu. Ona była w szpitalu, nieprzytomna, sama na własną prośbę wróciła i…wie pani, trudno mi o tym opowiadać, bo zawiodłem, pozwoliłem jej iść tu samej…

- Piotr, kto przyszedł? – We drzwiach kuchni pojawiła się okrągła twarz księdza – O witam panią – Janusz spojrzał na Karolinę podejrzliwie – jest pani znajomą Elżbiety?

- Tak. Ale widzę, że Ela już poczyniła szerokie znajomości, jak na dziedziczę przystało i doktor i ksiądz – powiedziała zjadliwie, jakby to, że ich tu spotyka nie tylko jej nie cieszyło, ale było jej przykre.

- Zapraszamy dalej, właśnie zaparzyłem herbatę Eral Grey – Janusz próbował ukryć niechęć do Karoliny, bo nie zrobiła na nim dobrego wrażenia.

Kiedy potem siedzieli w kuchni popijając herbatę, wciąż patrzyli na siebie dość nieprzychylnie. Jakby nawzajem próbowali wybadać pobudki jakimi się nawzajem kierowali.
Wtedy z pokoju Ela zawołała Piotra.

Piotr zniknął za drzwiami kuchni, a Janusz spoglądają na Karolinę nagle zapytał:

- Po co tu przyjechałaś? – Dziwne zapytanie wprowadziło Karolinę w jeszcze większe zakłopotanie.

- My się znamy? – Zapytała zdezorientowana. Janusz przecząco pokręcił głową.

- To skąd u księdza ten ton?

Ten uśmiechnął się zagadkowo.