Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeczpospolita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeczpospolita. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 marca 2017

Cienka, cieniutka linia

Nie napiszę, że sondaż IBRIS-u jest niewiarygodny, ponieważ jak powszechnie wiadomo, tamtejszy prawnik jest nieustannie zalogowany i śledzi podobne opinię pod kątem procesowym. Wyobrażam go sobie jako ponurego Metysa z jednym zaostrzonym zębem, wystającym z wykrzywionych w cynicznym półuśmiechu ust. Nie znam i nie chcę znać ich metodologii, powiązań politycznych, biznesowych, a już przede wszystkim wymienionego powyżej prawnika. Cała ta hucpa - zamówiona i opublikowana przez Rzeczpospolitą – jest po prostu orężem, który zabierze ze sobą na sejmową debatę lider Platformy Obywatelskiej.
To nic nowego. Podobny koncept przyświecał miejskim rozbójnikom, którzy owijali w gazetę poręczną gazrurkę służącą do pozbawiania przytomności współobywateli. Czyli okazuje się, że i w opozycyjnych dzisiaj środowiskach politycznych istnieje jakieś tam poszanowanie tradycji.

Tych, ewentualnych czytelników, którzy oburzą się, że zawracam im głowy czymś równie nieważnym jak sondaż IBRIS-u informuję, że i mnie nie sprawia to żadnej uciechy. Ciekawsze jest zaangażowanie Rzeczpospolitej. Gazeta pana Hajdarowicza od pewnego czasu próbuje przejąć część chwały, zawłaszczonej dotychczas w całości przez Gazetę Wyborczą. Ta, pikując w kierunku histerycznie postępowego kabaretu zostawia dość miejsca, w uważanym za poważniejszy sektorze analizy politycznej, co jest skrzętnie wykorzystywane przez Rzepę, jawnie aspirującą do udziału w realnej rozgrywce politycznej.

Patrząc pod tym kątem, należy uznać publikacje sondaży produkowanych przez instytut pana Dumy za dobry ruch marketingowy i zagranie na tyle celne, że nim opadnie kurz po sejmowej awanturze, wielu przyzna, że taki prasowy sojusznik jest wielce przydatny i w odróżnieniu od Wyborczej, w jakiś tam sposób konkretny. Sama nazwa „Rzeczpospolita” wciąż kojarzona z oficjalnym organem rządowym jest na giełdzie kłamstw i pomówień sporo warta. I jeszcze ton zatroskania, ważenia racji, który konkurencja dawno raczyła odrzucić, a który zapewniają, nie wiedzieć czemu kojarzeni z szeroko pojętą prawicą, wyrobnicy słów ważkich, w rodzaju redaktora Chraboty, który zachęcony spodziewanym powodzeniem pisze tak:

„Polacy zaczynają być niezadowoleni z rządu i prezydenta, na dodatek dokonali wyboru alternatywy. To już nie zagubienie, ale wyraźne wskazanie na Platformę Obywatelską, konkurenta tyleż tradycyjnego, co wspartego błyskotliwym sukcesem Donalda Tuska. To właśnie najważniejszy punkt bilansu brukselskiej afery. Platforma i Schetyna w świetle promiennego uśmiechu Tuska wysuwają się bezdyskusyjnie na prowadzenie. Stąd ta odwaga, jaką odnalazł w sobie Grzegorz Schetyna, by wystawić się na razy w debacie nad wnioskiem o wotum nieufności dla rządu. To wciąż wielkie ryzyko, ale Schetyna wziął je na siebie. Czy się obroni? Zobaczymy. Co jednak najważniejsze, odebrał argumenty opozycji. Nie konsultował się, nie droczył, tylko postawił na siebie. Hamletyzowanie ograniczył do minimum.”

Czyli okazuje się, że jednak kabaret kusi, że dyrdymały trudno ogłaszać światu ze śmiertelną powagą, ale zważmy jak łatwo pan redaktor pozbywa się wątpliwości, z jakim złowieszczym szumem niknie w otmętach wiadomego urządzenia sanitarnego, budząca takie nadzieje najnowocześniejsza opozycja galaktyki. Czym odpowie Wyborcza? Może nieżyjący myśliciel Baumann ukaże się w formie deszczowego zacieku na czerskiej szybie ważnego gabinetu? Na liberalnej lewicy wszystko bowiem zmierza ku nadzwyczajnym objawieniom, bo trzeba być szczerym fanatykiem, by wierzyć w wypisywane przez siebie samego brednie, w produkowaną przez samego siebie propagandę. Nie ukryje tego poza myśliciela, rzędy książek w tle zdjęcia profilowego, ani wypracowana zmarszczka przecinająca błyskawicą wysokie czoło autora.

Ci Polacy, którzy porzucają PiS, by wspierać PO, albo co lepsze enigmatyczną partię Razem, pewnie rzucą się do kiosków, by masowo wykupywać Rzepę, zgodnie z zasadą „jak szaleć, to szaleć”.

I tak kończę, unikając sprytnie oskarżeń i przekleństw. Przypominam jedynie, jak cienka linia dzieli najsprytniejszy plan od nieplanowanej autokompromitacji. Z jaką ostrożnością należy badać grunt pod stopami, gdy łasi na status opiniotwórczej wyroczni wkraczamy na bagna realnej polityki. Stare amerykańskie przysłowie poucza, że tylko cienka linia oddziela rozsądek od szaleństwa, ale do dziwnych, zajętych niuansami taktycznymi głów nie dociera nawet prosta zaoceaniczna ludowa mądrość.




niedziela, 2 grudnia 2012

Kiosk z gazetami w niełatwych czasach


Przyjemne były czasy! W sobotę poszedł sobie człowiek na ryneczek po warzywa i owoce. Zaszedł pod kiosk. Grzecznie się ukłonił, nabyłDziennik i Rzepę. Przejrzał. Odłożył dodatki by sobie poczytać w wolnej chwili. Zajrzał do internetu, gdzie zastał zawsze kilka interesujących tekstów. Skomentował sobie człowiek, przemyślał co w wolnej chwili napisze. Komu to przeszkadzało?
Dziennik odszedł, Wprost zamienił się we Wprostaka, ale została Rzeczpospolita, Rzepunia ulubiona. Pojawiło się Urze i jakoś się toczyło. Popatrzył człowiek sobie na tekst Wilka z Syberii, Zarembczaka poczytał, zbadał aktualny poziom poczucia humoru Mazurka.
Słoneczko świeciło aż tu nagle „szast prast i po wszystkim” Znaczy się, nie tak całkiem się to odbyło, ale niech tam człowiekowi będzie.
Prosty jest – czytać nie musi.
W ostateczności codziennie dostarczają mu do furtki liczne, kolorowe a na dodatek bezpłatne gazety. Wystarczy wyobrazić sobie, że ta z Tesco jest lewicowa, z media Markt prawicowa, a ta od Muszkieterów, centrowa. Jest w czym w piecu rozpalić, a przecież głównie o to chodzi, odkąd bezwzględny kapitalizm zalał rynek papierem toaletowym.
Dość wygłupów – Teraz będzie prawie poważnie. Wszystkie wymienione powyżej czasopisma i gazety w większości zapełniane były publicystycznymi tekstami grupy znanych i lubianych na prawicowych łąkach, autorów. Początkowo ich publicystyka zajmowała miejsce obok form większych. Można było jakiś esej o sprawach międzynarodowych przeczytać, o sprawach wojskowych, ostatki dziennikarstwa śledczego śledzić. W końcu Dziennik został wchłonięty przez Gazetę Prawną co spowodowało praktyczne zajęcie całej publicystycznej przestrzeni w Rzeczpospolitej przez coraz lepiej zintegrowaną grupę publicystów. Pojawiły się dyskusje w których kolega odpowiadał koledze, kolega zachwalał książkę kolegi pod pozorem recenzji. I tak to szło z numeru na numer, a moje zainteresowanie gasło. Jednak przez rok wszystko wyglądało w miarę stabilnie, choć wartość merytoryczna, poznawcza treści, moim zdaniem spadała, nakłady trzymały fason i nadal warto było zanieść do kiosku kilka złotych.
Od kilku dni jesteśmy świadkami interesującego manewru. Po wywaleni Lisieckiego znani i lubiani odeszli z Urze co prawdopodobnie zaowocuje powstaniem nowego tygodnika, albo wzmocnieniem i przekształceniem w takowy, obecny dwutygodnik wW Sieci, którego pierwszy numer raczyłem nabyć. Żadnych zaskoczeń na plus czy minus. Poza idiotycznym formatem pisma, oczywiście.
Jak sobie poradzą na rynku to nie moje zmartwienie, podobnie jak pytanie, ilu dotychczasowych czytelników pozostanie przy zapełnionym treścią przez innych autorów, nowym Urze. To ciekawa sprawa, w sumie.
Będziemy mieli malutką podpowiedź, co jest ważniejsze – jajko czy kura? Tfu! Znaczy się, czy czytelnicy bardziej cenią obwolutę czy treść? Na początku, trochę to będzie przekłamane, ponieważ ciekawscy, tacy jak ja, niezawodnie kupią ten pierwszy numer, by wyrobić sobie opinię o tygodniku i autorach. I proszę tu nie krzyczeć o zdradzie, ponieważ nigdzie w sobie nie mogę odnaleźć pokładów solidarności do Naszych Publicystów. Jak Kuba, ... tak Kubie. O czym donoszę ze smutkiem.
Czy w Polsce jest miejsce na dobry tygodnik opinii, nie ulegający presji politycznego kibolstwa? Przykład wymienionych na początku dodatkówEuropa,  + - czy przy wszystkich zastrzeżeniach Urzepokazuje, że tak. Na dłuższą metę taki tytuł musiałby jednak zachować duży margines otwartości, ponieważ, choć smaczne są kiszone ogórki czy inna kapusta, kiszenie się we własnym sosie nie wpływa dobrze na czytelniczy smak, o ile chce się uchodzić za tygodnik opinii.
Mam nadzieję, że to się w końcu uda. Jakoś nie marzę o czytaniu przy śniadaniu gazetek sklepowych. Nie po to się uczyłem czytać. Bieżących wojenek mam dosyć w Internecie. Aż do przesytu.  

sobota, 29 października 2011

"Rzepa" czyli "krycie łysych papą"

Ostatnio powstało wiele tekstów o Rzepie, a przy okazji o „Uważam Rze” Skoro wiele tekstów to jeszcze więcej rozmaitych komentarzy. Nie mam zamiaru dzisiaj upierać się przy jakości publikowanej w wymienionych tytułach publicystyki. O utraconej czci dla słowa/wolności słowa też dzisiaj nie mam zamiaru pisać. Dzisiaj o reklamie.

Sprzedajemy 130 000 egzemplarzy, chwalą się całkiem słusznie redaktorzy „UważamRze” z czego naśmiewają się sympatycy tysiącletniej 3RP, ponieważ tygodnik odczuwa brak reklam!

Zbankrutują! Zbankrutują! – Cieszą się idioci nie rozumiejący idiotyzmu swoich argumentów. Znaczy się, że ilość odbiorców do których trafia reklama nie ma żadnego znaczenia? Ciekawe dlaczego telewizje tak starannie wyceniają czas reklamowy w stosunku do popularności audycji, w trakcie, albo, obok których wstawiają reklamy.

Pojawia się argument, że czytelnicy takiego tygodnika jak „UważamRze” to ludzie drugiego gatunku, czyli „prawaki” a jak wiadomo oni nie są wartościową grupa docelową jako biedacy, starcy oraz mieszkańcy pipidówek.

Ciekawe, dlaczego takie drogie są reklamy otaczające idiotyczne seriale w TV? Przecież przed telewizorami wysiaduje ponoć ta sama grupa, tylko w większej liczbie.

Innym wnioskiem jaki można wywieść z tego argumentu jest prosty fakt, że „prawaki” nie łykają niczym gąszczaki reklamowej papki, którą się obecnie serwuje. To już inna rzecz, bo to jest nieintencjonalna pochwała.

Ad rem!

Przyjmuję wasz, moi mili idioci, argument o przewadze dobrego układu reklamowego nad ilością klientów kupujących produkt "czasopismo", produkt umysłów dziennikarskich. Rozumując w ten sposób…

Znacie Zenona?

Nie, nie tego Zenka, którego spotykacie przed spożywczym z nieodłaczną flaszką piwa w łapie, ale tego dawnego, z jakiejś tam, obecnie zadłużonej Elei. Parafrazując jego paradoks o łysolu, można wyobrazić sobie, w wersji radykalnej, doskonale radzącą sobie finansowo gazetę, którą za 3 złote kupuje tylko jeden klient, ale reklam ma za milion.

Dziwne? Nieprawdopodobne?

Zapraszam do samodzielnego przeprowadzenia dowodu, że taka gazeta/czasopismo jest/są możliwe.

Jako podpowiedź dla ewentualnych czytelników, którzy nie kumają Zenona w prostacki, charakterystyczny dla mnie sposób przybliżę ten starodawny koncept.

Bierzemy faceta, który ma na głowie, powiedzmy, 70 000 włosów i wyrywamy mu, nie bacząc na jego wrzaski, po jednym włosie. Kiedy wrzaskliwiec będzie łysy? Póki rzecz idzie w tysiące, nie jest łysy. Nikt rozsądny nie zaryzykowałby takiego twierdzenia.

Ale z całą pewnością, o ile będziemy wystarczająco konsekwentni, dojdziemy do sytuacji, że facetowi zostanie na łbie, na przykład, pięć włosów. Jest łysy?

Skoro ma pięć włosów, chyba nie? Trudno też nazwać go kudłatym. A jeśli, nie bacząc na jego wrzaski wyrwiemy mu jeszcze cztery włosy, będzie łysy czy nadal nie?

Wróć czytelniku i dodaj, że za każdy wyrwany włos zapłaci mu się stówę.

Jak to zmienia obraz sytuacji? Otóż tak, że facet z taką kasą, choć nadal obarczony ciężarem jednego włosa, niezawodnie wygra wybory na prezesa łysych, ponieważ jego rażąca niedoskonałość jako człowieka łysego, kompensowana jest jego powodzeniem finansowym.

- Może nie całkiem łysy, ale geniusz! – Chwalić będą inni łysi. Niejeden przyklei sobie psi włos na czubku głowy. Dla sławy!

sobota, 20 sierpnia 2011

Zaremba o kryzysie prasy. Ratujmy prasę!

Piotr Zaremba narzeka w dzisiejszej Rzepie na możliwy upadek płatnej prasy papierowej. Jak to zwykle z intelektualistami bywa, gdy mowa o mediach i ich starciu z twórczością internetową stawia tak zwane “media tradycyjne” w opozycji do blogosfery i portali internetowych. Błąd.

Że brak formuły pozwalającej na pogodzenie zarabiania pieniędzy z misją informacyjną i publicystyczną, będącą dotychczas domeną prasy.
Że rynek reklamy raczy się kurczyć.
Że jest źle.

Pan Piotr ma rację, ale jest to racja starodawnego futurysty obliczającego możliwą wielkość miasta na podstawie ilości stajen dla koni, koniecznych do transportu towarów itp. Wszyscy to znamy.

Do zwykłych czytelników, a także nielicznych intelektualistów raczących czytać wypociny blogerów, najskuteczniej trafia prostacka argumentacja “na przykładzie”

W “erze przedinternetowej” co w moim przypadku oznacza, przed 2005 rokiem, nosiłem codziennie do domu papier służący do czytania. Codziennie przynajmniej jeden dziennik, gazetę sportową, a na weekend dwa lub trzy tygodniki, co oznacza, że miesięcznie wspierałem branże sumą oscylującą wokół 200 złotych.

Obecnie kupuję, no chyba, że wyruszam w podróż, piątkową i sobotnią Rzepę i poniedziałkowy “UważamRze” przy czym piątkową Rzepę głównie dla programu TV. Daje to, licząc miesiąc jako 4 tygodnie - pięćdziesiąt złotych, czyli za 150 złotych mniej.

Odpadła warstwa informacyjna. Kto przytomny płaci za wczorajszą informację? Za opis meczu, który oglądał 12 godzin wcześniej? Za streszczenie przemówienia premiera, skoro nie tylko obejrzałem i wysłuchałem go w necie, ale zdążyłem poznać kilka analizujących je tekstów?

Okazało się, że nie są atrakcyjne finansowodla wydawców, internetowe strony gazet, z możliwością wykupu ukrytych treści.
Pierwszą rzeczą jest nośnik. By kupić dzisiejszą Rzepę musiałem wybrać się do kiosku na kilometrową wyprawę. Siedzę w firmie i mogę sobie poczytać tekst Zaremby.

Chcecie grać/istnieć na rynku - Musicie Szanowni zainwestować w nowoczesne nośniki i rozprowadzać je w stylu podobnym do tego, jaki prezentują operatorzy telefonii komórkowej.

Powiedzmy, tablet za złotówę, powiązany z abonamentem miesięcznym, lub na przy wyższej cenie urządzenia, na kartę, gdzie w cenę będą wliczone wszystkie, podane w całości numery Rzepy i UważamRrze + dostęp do archiwum + serwis z informacjami online ze świata polityki, giełd, cen surowców itd.

Przy okazji możliwość taniego ściągnięcia książek waszych autorów, jakieś blogi, a wszystko jednocześnie udostępnione na komputerze abonenta. Oczywiście możliwość ściągania książek czy gazet lub czasopism konkurencji.

Dlaczego tablet ? Czy nie wystarcza kompek czy laptop? Nie, choćby dlatego, że gazetę, pan Jacek lubi czytać w łóżku, na kanapie, w autobusie, pociągu, w parku, wtranżalając sałatkę, na kocyku pod ulubionym orzechem, że bytności w łazience, przez przyzwoitość nie wspomnę.

Naprawdę nie muszę trzymać w łapach papierowej gazety ( co lubię ) i z musu zgodzę się chętnie na generowany elektronicznie szelest przekładanej karty wirtualnego papieru, ale nie mam zamiaru kompać sie z laptopem czy pecetem.

Sto zyli miesięcznie to za mało?
Mam nadzieję, że jak się bliżej przyjrzeć, wystarczyłoby pewnie 70, jeśli weźmie się pod uwagę marże dystrybutorów papierowej prasy, sprzedawców, koszt druku, zwrotów już wyprodukowanego numeru.

Reszta jest rynkiem i technologicznym rozwojem i nie ma nad czym rozpaczać wzorem starodawnych przeciwników nowinkarza Gutenberga.

piątek, 17 czerwca 2011

Janke pisze. Zadziwiająca anabasis pani Joanny

Igor Janke w dzisiejszej Rzeczpospolitej opisuje polityczną wędrówkę pani Kluzik- Roztkowskiej po drogach i bezdrożach polskiej polityki.
Swoim zwyczajem objawia się czytelnikowi jako szczery i naiwny młody człowiek.

Na stronie: Jak ja lubię tak pisać o ludziach urodzonych w latach sześćdziesiątych!

Jankes dopatruje się w postępowaniu niedawnej liderki PJN szczytu politycznej nielojalności. Szczytem, drogi Igorze, byłoby dopiero, gdyby pani JKR zrażona niechętnym stosunkiem “platformerskich dołów partyjnych“, powróciła w przyszłym tygodniu do PiS, na zasadzie “nie ma jak w domu!” przy okazji, opisując swoje przygody, niczym współczesny Ksenofont w spódnicy.

Pewnie do tego nie dojdzie, ale dobrze jest maksymalizować swoje oczekiwania, szczególnie wobec naszych ulubionych polityków. Ich wolty, zmiany przekonań i politycznych kursów, coraz częściej sprawiają wrażenie zacierania śladów, zupełnie tak jakby bawili się z nami w podchody.

Jasne, z tym Ksenofontem nieco przesadziłem. To nie “marsz dziesięciu tysięcy” a raczej Budziejowicka anabasis Szwejka.
Słuchając pań i panów z naszej “łączki” widzę dzielnego bohatera powieści Haszka tłumaczącemu zdumionemu dowódcy miejscowej żandarmerii trasę swej wędrówki do Budziejowic, która przybiera kształt okręgu.

Wcześniej, wypytywany dlaczego po prostu nie pojechał pociągiem skoro do Budziejowic odjechało ich z Taboru kilkanaście, nie kombinował, nie robił uników tylko odpowiedział wprost:

- Ponieważ spotkała mnie taka przygoda, że siedziałem w dworcowej knajpie i piłem jedno piwo za drugim! - czego sobie i państwu życzę dla niezbędnego “wzmożenia moralnego oraz intelektualnego” bez którego żaden z nas, wyborców przecież, nie będzie w stanie pojąć tego, co mają w głowach politycy w rodzaju pani Kluzik - Rostkowskiej, publicyści czy inni blogerzy, popierający i szukający wartościowej odmiany w każdym głupstwie, byle odetchnąć, byle zachowując pryncypialną minę obiektywizmu, odwrócić się jakoś bokiem od jaskini, w której siedzi, trwając niezmiennie, nieżyciowy smok Jarosław.

Nieżyciowy przede wszystkim w tym sensie, że jak to ze smokami bywa, ma pewnie ochotę na schrupanie jakiejś dziewicy lub prawiczka, a na scenach, politycznej i medialnej występuje wyraźny deficyt tego towaru.

No, chyba, że nasz dzielny Igor, oczywiście w sensie politycznym, żeby nie było!

piątek, 10 czerwca 2011

Czytając Rzepę: Mistewicz o tragedii lewicy

Eryk Mistewicz bardzo zgrabnie, w tekście wypełnionym cytatami, oraz odniesieniami kulturowymi, opowiadając jak to ma w zwyczaju, o opowieściach, naśmiewa się z uroszczeń europejskiej lewicy do pełnienia arystokratycznej, niezależnej od opinii wyborców i pospolitych zasad przyzwoitości, roli. Oto nowa międzynarodówka, międzynarodówka starych, nienażartych atrakcji, bezkarnych dziadów. Wedle tekstu Eryka Mistewicza liderem tego obłędnego, acz zabójczego dla lewicy ględzenia jest Jean-Francois Kahn.
Czy francuska lewica obsadza stanowiska swych wioskowych arystokratów/głupków ducha, samymi Kahnami, że pozwolę sobie sparafrazować tekst z filmu “Miłość i Śmierć” Allena?

Te wszystkie atrakcje na przykładzie seksualnej afery Dominika Strauss - Kahna.

Nie rozumiem tylko, dlaczego żona Strauss - Kahna, przyrównywana jest w tekście do Antygony z tragedii Sofoklesa? Nijak mi się to nie składa w sensowną ( czytelną ) narrację, podobnie zresztą jak nazywanie dla “ułatwienia przekazu” pani Naffisatou Diablo - Ofelią.

Eryk Mistewicz przywołuje narracje wymyślone przez PT Francuzików i pewnie winy jego nie ma w tym żadnej. Co prawda bohaterowie tego sądowo - politycznego, obyczajowego dramatu wedle mnie przypominają raczej komiczno - ponurych bohaterów piosenek wyśpiewywanych przed laty przez Stanisława Grzesiuka. Raczej nie Sofokles i Szekspir, a Tata Tasiemka i Czarna ( nomen omen ) Mańka.

Do pana Eryka mam tylko jedną pretensję. Wnikliwie opisuje narracyjne gry rozgrywane wokół tej sprawy, samemu używając w tytule, a następnie w tekście skrótu “DSK” Czy tylko dla wygody piszących i czytelników, ten skrót funkcjonuje w światowych mediach?

Przecież skojarzenie nasuwa się samo: DSK jest całkiem podobne do JFK, w przypadku którego pisanie o sprawach obyczajowych nie jest zupełnie od rzeczy, a przecież jawi się po pięćdziesięciu latach jako postać sympatyczna i umocowana na stałe w medialnej wyobraźni zachodniego świata.

Strauss-Kahn szanse na zostanie gwiazdą popkultury ma raczej nikłe, podobnie jak niewiarygodnie głupawa lewica, w czasach kryzysu i narastania społecznych napięć zajmująca się lizaniem tyłków milionerom i wszystkim innym, gustującym w takich rozrywkach.

niedziela, 17 października 2010

Rzeczpospolita to nie gazeta

Każdy kto mnie zna, powinien pamiętać, jak bliska jest mi ta stara, wielonarodowa Rzeczpospolita, z którą, jako z wiodącą ideą całkiem niedawno żegnałem się prawie z płaczem.

Tak, bliska jest mi Rzeczpospolita, Ojczyzna Polaków, Rusinów, Niemców, Kozaków, Olendrów, Żydów, Ormian czy przysposobionych do polskości Tatarów. Bliska jest mi Rzeczpospolita wielonarodowa, zróżnicowana etnicznie, religijnie i kulturowo.
Nie znaczy to oczywiście, że muszę akceptować w Rzeczpospolitej rządy Tatarskiej Ordy!

Przypomniałem o Tatarach, bo ci, o których wspomniałem powyżej to są nasi ludzie. Najpierw wzięci w niewolę wojenną a potem w kulturalna i społeczną. Potem hektolitry krwi wylali za Polskę, za Rzeczpospolitą.

Ja nie o tym, nie o nich, ale o Tatarach nie wspomniałem przypadkowo.

Oto nagle orda, starodawna, plemienna dzicz grasuje po Rzeczpospolitej. Jasyr i łupy biorą dowolnie, bo kraj jest rozgrodzony, bezbronny. Nikt ich nie rozpozna, ponieważ nie śmierdzą końskim tłuszczem, nie strzelają z łuków, a „hałłakują” tylko w mediach.
Chan siedzi z nadętą mina chana i obserwuje mecz Lechii Gdańsk.

Co to za gęba, swoja drogą!

Ale ja nie o tym! Dziwne i przerażające jest to, że ci „tatarzy” są naszego wyrobu.
O cholera!

Nie dość, że naszego wyrobu to jeszcze mają silne poparcie , o rany – aż śmiesznie to napisać – demokratyczne!

Zupełnie tak, jakby obywatele Rzeczpospolitej polubili branie po pyskach od jakichś, diabli wiedzą skąd wziętych, bandziorów. Polityczna dzicz grasuje po Polsce za demokratycznym przyzwoleniem, oczywiście. To śmieszne, czy już tragiczne?

To jest jak sen.
Chciałbym się obudzić i żyć w normalnym świecie. W świecie, gdzie co prawda grasują wilkołaki i brukołaki, a na drzwiach wiesza się wiązki czosnku dla obrony przed wampirami, ale za to książe czy inny król w ramach swoich kompetencji broni mnie przed wrogami, nie zaś, uśmiechem wykrzywioną mając gębę, staje na ich czele.
Niech ta Rzeczpospolita, okrojona z narodów, wiar i obyczajów zostanie do diabła, krajem wolnym! Krajem wolnych, broniących swej wolności ludzi. Nie dajmy się okupować byle chmyzom!

Nie dajmy się rozstawiać po kątach. Nie dajmy robić z siebie wariatów, że niby jesteśmy skazani na ordę jedna czy drugą.

Skoro z naszych polityków tacy bezwzględni „tatarzy” zróbmy im po tatarsku „kęsim”
Najwyższy czas!

niedziela, 22 sierpnia 2010

Schetyna w Rzepie. Nie lękajcie się!

Sądziłem, że wywiad z Grzegorzem Schetyną opublikowany we wczorajszej Rzeczpospolitej odbije się szerokim echem, że blogosfera krzyknie wielkim głosem, a tu nic. Ktoś gdzieś napisał, że wypowiedź Marszałka Sejmu o tym, że „stukanie laską wprowadza go w pogodny nastrój” świadczy o dziecięctwie obecnie rządzących. Ktoś wyszydził fakt, że jesienią Rząd weźmie się za robotę, a przecież to wszystko furda!

W wywiadzie Grzegorz Schetyna odpowiadając na jedno z pytań dziennikarskiego duetu Majewski & Reszka całkiem jawnie wykłada na stół nowy wizerunkowy „trynd” który za chwilę będzie obowiązywał wszystkich, na czele z mediami oczywiście. Jest to „trynd” na czasy trudne, które niestety nadchodzą. Mało, z tego króciutkiego fragmentu można dowiedzieć się jak daleko klasa polityczna odeszła od ględzenia i oczadzania głów naiwnych bajaniem o społeczeństwie obywatelskim i temu podobnych ekscentrycznościach.

Zanim odnośny fragment przepiszę z papierowej Rzepy, którą nabyłem kosztem trzech złotych i czterdziestu groszy ( ukłony dla Igora Janke ) ze smutkiem donoszę czytelnikom, że pod linkiem znajdziecie jeno informację o płatnym dostępie. To straszne, że dobro narodowe w postaci przemyśleń naszych najwybitniejszych polityków nie jest dostępne za darmochę.
Trudno. Poświęciłem się dla dobra publicznego i niech mi to będzie zapisane na plus.

Dziennikarze najpierw, o zgrozo, dopytują o jakieś „konkrety” by następnie zapytać, a właściwie stwierdzić bezczelnie:

- Bo są potrzebne reformy. Jest ogromny deficyt budżetowy, rozdęte wydatki.

Na co mąż opatrznościowy polskiej polityki odpowiada tak:

- Dużo o tym rozmawiamy w PO. To o czym mówicie jest ważne, ale to jest nasz problem, a nie ludzi, którzy rano wstają i idą do pracy. Oni chcą pracować, dostawać za to przyzwoite pieniądze, żyć w bezpiecznym kraju. To im dajemy. A deficyt to nasz kłopot i musimy ten problem ograniczyć.

Tak powiedział, nie zmyślam. Po pobieżnym przeczytaniu w pierwszym odruchu chce się powiedzieć, że o to chodzi, że po to wybieramy i następnie opłacamy rządzących by ci zamiast nas troszczyli się tak nieprzyjemnymi kwestiami jak jakieś setki miliardów i to bynajmniej nie zysku.

W takim razie proszę przeczytać raz jeszcze i zastanowić się, czego się z tego fragmentu dowiadujemy, zakładając oczywiście, że czytający nie uważa Marszałka Sejmu za wariata.

Przeczytaliście ponownie, jak prosiłem? No to teraz o nowym „tryndzie wizerunkowym” bo Schetyna tutaj po prostu powtarza pewną formułkę, która najwyraźniej jest już przygotowana do użytku. Przekładając na język bardziej patetyczny można ją odczytać, że oto: nasze ciężary, rząd dźwigać będzie! Ciężary o których istnieniu lepiej byśmy nawet nie wiedzieli.
My czyli, kto?
Obywatele? – Oj, wątpię czy w oczach Marszałka sejmu zasługujemy na taką nazwę.

Czy taką głupotę da się „sprzedać” ludowi?

Odpowiadam, że z najwyższą łatwością, ponieważ większość ludzi woli się nie martwić sprawami publicznymi niż martwić. Zresztą poza wrzuceniem karteczki dniu wyborów wpływ na sprawy publiczne mamy żaden, a jak ktoś chce takowy mieć może dostać w łeb. Godzimy się na taki model demokracji, wynajmując fachowców od rządzenia w rodzaju pana Schetyny to niech się oni martwią jakimś tam deficytem. Co nas tam jakiś deficyt obchodzi?

Ludzie w naturalnym odruchu odsuwają od siebie to czego nie widzą, a kto widział kiedyś deficyt budżetowy?

No, chyba, że u siebie w domu, ale to już inna historia. Wtedy żarty się kończą i zaczyna dramat. Ale w państwie? Chcesz się przejmować Polską to się zapisz do PO i tam sobie dużo rozmawiaj.

Rząd nosi twoje ciężary, biorąc najwyraźniej na siebie także Twoją część zadłużenia, rozrost administracji który spowodowałeś, bankructwo systemu ubezpieczeń i wszystkie, wszystkie złe, brzydkie i groźne kwestie, a ty w zamian uśmiechaj się, głosuj i popieraj za co otrzymasz dodatkową premię. Będziesz bezpieczny!

Że nadinterpretuję i niby, po co to wszystko?

Ano, mili moi, dotychczas PO żyła przez lata niejako w kontrze do PiS, które z uporem godnym lepszej sprawy wyciągało na wierzch wszystkie te brzydkie, złe rzeczy, martwiąc nimi, coraz bardziej zniechęcony tym piętrzeniem problemów elektorat. Na tym PO zyskiwała. Teraz potrzebna jest zupełnie nowa narracja. Narracja na czasy dominacji z ledwie żywą zmarginalizowaną opozycją, która gdzieś tam niby jest, ale jej głos będzie niesłyszalny.

I stąd to dziwaczne: Nie lękajcie się, bo to nie wasza sprawa! W waszym imieniu przegonimy te wszystkie cholerne, nielicencjonowane Kasandry!

Gdyby ktoś dalej dopytywał się wzorem dziennikarzy z Rzeczpospolitej o reformy i straszył przykładem Grecji czy Węgier, ględził o jakichś ratingach może dostać gwarancje, że wszystko będzie dobrze, ponieważ jak twierdzi Marszałek Sejmu „Tusk ma intuicję”
Czy Tusk jest kobietą?