Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiastki życiowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiastki życiowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lipca 2018

O snach proroczych i złym samopoczuciu podróżnika w czasie


Udałem się wczoraj na krótką wycieczkę po antypodach Internetu, gdzie sensacja nie jest zabarwiona politycznie, a ludzi przyciągają brednie sezonu ogórkowego. Młodszym wyjaśniam, że w starożytności tak nazywano okres letni, czas gdy brednia łatwiej znajdowała swe miejsce na łamach gazet. Wyciągano z magazynu potwora z Loch Ness, Yeti oraz wszystko co wykluło się w głowach sprytnych redaktorów, a co miało zabawić gawiedź wylegującą się na leżakach. Obecnie, gdy tak zwany główny nurt przesiąknięty jest jawnym wariactwem, na biedną Nessie nie ma zapotrzebowania. Albo taki kosmita? Po co wdawać się w dywagacje, czy istnieje? Wmawiać ludziom, że jakiś cień to Marsjanin w kufajce, gdy można pokazać autentycznego aktora Pieczyńskiego, który bynajmniej nie jest cieniem, mówi po polsku, a wydaje się stokroć dziwniejszy niż jakiś tam przybysz z gwiazd.

Moja wycieczka była krótka, a i tak zostałem przywalony nadmiarem materiału: filmów, tekstów, nagrań audio, zdjęć, stron internetowych, czasopism, książek, targów… To właściwie jakby świat alternatywny, o istnieniu którego nie mamy pojęcia. Wszędzie liczniki wskazujące od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy otwarć. Żywe zainteresowanie, że się tak wyrażę.

Aby od razu nie oszaleć, zaraz po obejrzeniu relacji o tym, że wiercąc w ziemi Rosjanie dowiercili się do piekła i wysłuchaniu stosownego nagrania z otchłani, skierowałem swoje zainteresowanie w kierunku podróży w czasie. Od dawna mam bowiem ochotę pozwiedzać tak zwane dawne czasy, by móc skutecznie dopiec różnym mądralom, czyli udającym historyków propagandystom. Przy okazji takich podróży mógłbym stać się nawet cenionym autorem Szkoły Nawigatorów.

Na wstępie dowiedziałem się, że podróże w czasie są trudne, ale od 2003 możliwe. Tyle tylko, że zły amerykański rząd ukrywa przed światem stosowną technologię. Taki Trump może w wolnych chwilach śmigać w przeszłość, choćby po to, by poprawiać swój wizerunek. I faktycznie, im dłużej zasiada w Białym Domu, tym świat łagodniej patrzy na jego wcześniejsze dokonania.

Skoro podróże w czasie są możliwe, zaraz znalazł się renegat, który przybył do nas z roku 2028 i został z nami, aby ni mniej ni więcej, tylko ostrzec nas przed podróżowaniem w czasie. Otóż twierdzi on, a nie ma powodu, by mu nie wierzyć, że podróżując w czasie nabawił się depresji i anoreksji. Faktycznie niezbyt zachęcająca perspektywa! O niedalekiej przyszłości też nie ma niczego specjalnego do powiedzenia, poza tym, że Trump zostanie wybrany na drugą kadencję, a technika pójdzie tak do przodu, że pojawi się nowe urządzenie, które zmiażdży obecną modę i każdy będzie chciał nosić je bez przerwy na głowie, jako okulary. O szczegółach podróżnik nie wypowiada się, pewnie z ostrożności procesowej.

Tak to wygląda, a wspominam o tym świecie alternatywnym byście wiedzieli, że obok nas żyje kilkaset tysięcy ludzi, którzy chętnie przyswajają sobie podobne historie. Gardner już w latach pięćdziesiątych badając środowiska pseudonaukowe i sensacjonistyczne zdziwił się niezmiernie, że za fasadą składającą się z biednych nawiedzonych oszołomów można spotkać ludzi poważnych, dysponujących stosownymi budżetami. Nie dziwi, że po kilku latach fala pseudonauki dotarła na uniwersytety i do głównego medialnego nurtu. Inwestowanie w ciemnotę zawsze się bowiem opłaca w dłuższej perspektywie.

Dzisiaj ludzie niechętnie słuchają o Yeti, ale pojawiają się inne dość zadziwiające fobie. A gdyby tak zbadać pod kontem budżetu i wymiany informacji coraz silniejsze ruchy antyszczepionkowe, to czy gdzieś na dnie nie doszukamy się dziarskich chłopców w walonkach? Tak tylko pytam, bez żadnych złych intencji. Ogólnie rzecz ujmując: Zwróćcie szczególną uwagę na ludzi, którzy żądają od Was, mili moi czytelnicy, byście mieli otwarty umysł.

No dobra, dość powagi. Teraz napiszę o moim proroczym śnie i na tym przykładzie nauczycie się, jak zostać prawdziwym prorokiem, nie takim grającym na czas, który umieszcza swoje proroctwa w mętnej przyszłości, a spytany o wynik jutrzejszego meczu otwiera ze zdziwienia gębę.
Śniło mi się wczoraj, że żona nazwała mnie „ryżym cwaniakiem”. Fakt, że nigdy nie byłem ryży, a do cwaniactwa też się nie poczuwam spowodował, że wspomniałem jej o tym dziwnym śnie.

- Jak mogłam cię tak nazwać? – zdziwiła się moja dobra żona i zaraz przyznała, że nie jestem ryży, a i do cwaniaka wiele mi brakuje.

Ja jej na to, że co prawda sen mara, ale fakt pozostaje faktem, a samo określenie mam za obraźliwe i kojarzące się jednoznacznie z panem Donaldem, a w najlepszym przypadku z Bońkiem. I tak się przez chwilę przekomarzaliśmy, aż wymyśliłem, żeby w ramach przeprosin usmażyła mi jajca na boczku. W jakiś pokrętny sposób uznała swoją winę i powędrowała do kuchni smażyć rzeczone jaja, ale w drzwiach, tak trochę do mnie, a trochę do siebie powiedziała:

- Prawdziwy ryży cwaniak!

Widzicie! Mój sen okazał się proroczy. Na stworzenie sekty to może ciut mało, ale na powyższy tekst wystarczyło aż nadto! Ciekawskich informuję, że jajecznicę zjadłem i okazała się jak zwykle pyszna.



wtorek, 30 sierpnia 2011

PO snu

Śniła mi się czarna kula, która niby to nic nie robiła, ale istniała bardzo aktywnie. Do tego stopnia, że zmuszała do reakcji. Chciałem ją kopnąć ale była zbyt duża. Próbowałem popchnąć, ale była zbyt ciężka.
Rozpocząłem systematyczne badanie kuli. Polegało to na tym, że dwukrotnie obszedłem kulę stukając pięścią tu i ówdzie.
W odpowiedzi kula dzwoniła jak budzik a na jej powierzchni powstawały wklęśnięcia.

Bardzo cienka ta kula - pomyślałem - Powinna być lekka a nie jest!

Wydedukowałem, że musi być przytwierdzona do podłogi.
Zacząłem trzecie okrążenie i nagle stanąłem jak wryty. Dostrzegłem drzwiczki prowadzące do wnętrza kuli, ale drzwiczki tak małe, że chyba jedynie mysz mogłaby nimi wejść.
Była tam mała klameczka, a nad klameczką napis złożony z maleńkich literek. Na szczęście odkąd zacząłem poszukiwać sensu naszego istnienia, zawsze mam przy sobie lupę. Sięgnąłem za pazuchę i odczytałem napis.

“Przedmiot PO kuli”

Zadrżałem na myśl, że polityka do tego stopnia mnie zżera, że wdarła się do snów, ale uspokoiłem się, że chodzi o “przedmiot pełniący obowiązki kuli” Jakoś tak sobie pomyślałem i cap dwoma paluchami za klameczkę.

Drzwiczki się otwarły i zajaśniało. Włożyłem palec - nic. Przytknąłem oko - jakieś błękity.
Odwróciłem lupę i spojrzałem na siebie. Zaraz się zmniejszyłem i przelazłem przez drzwi. Dla bezpieczeństwa, z obawy przed nieznanym, podparłem drzwiczki lupą, wyprostowałem się i rozejrzałem dokoła.

Stałem na chodniku rojnej i gwarnej ulicy, a przechodnie mijali mnie z lewa i prawa. Samochody trąbiły na siebie a mnie zaswędział duży palec u prawej nogi.

Stałem na wprost witryny sklepu, gdzie handluje się mięsem. “PO Rzeźnika” głosił szyld i zachęcał do wejścia tarczą z wizerunkiem uciętej ludzkiej głowy, głowy jak doprecyzowano, Samuela Zborowskiego.
Wszedłem, stanąłem w trzyosobowej kolejce i popatruję po hakach.

- Poproszę trzy kilogramy PO parówek - zażyczyła sobie staruszka w różowym garniturze. Tylko żeby trociny nie były z olszyny bo mi szkodzą.

- Absolutnie, proszę szanownej klientki, dzisiaj są topolowe, niech tu na miejscu skonam! - Zaklął się sprzedawca i zgodnie z logiką snu, natychmiast skonał w męczarniach.

Cóż było robić, przecież nie będę wdawał się w awantury we śnie. Wyszedłem.

Pędzi jakaś kobiecina w chustce na głowie, od razu widać, że awangardowa artystka albo dziennikarka i wymachuje dwoma rondlami bez dna.

- PO rondli przywieźli! Ludzie lećta, bo dają na Borsuczej!

I wszyscy biegną na Borsuczą, bo tam rondle bez dna dają.

Złapałem kobiecinę za rondel i pytam grzecznie, po co komu rondel bez dna, a ona zaraz za gwizdek i gwiżdże przeraźliwie.

Nadbiegli PO policjantów i dalejże okładać mnie czymś co było PO pał policyjnych, a tak naprawdę rodzajem chudych, pluszowych niedźwiadków.

- Od dawna mieliśmy cię na oku, ty burzycielu spokoju! - Krzyczą w uniesieniu. Ciągną mnie do samochodu, który był pierwotnie PO karetki pogotowia, a obecnie został PO suki. Skuty galaretką wieloowocową PO kajdanek, widzę i słyszę jeszcze staruszkę w różowym, udzielającą wywiadu do cegły PO mikrofonu i mizdrzącą się do wiertarki udarowej PO kamery.

- Zwróciłam uwagę na tego typa w masarni, ponieważ nachalnie rozglądał się po hakach.

- No to się doigrałeś! - Zwrócił się do mnie krokodyl PO policjanta.

- No to się doigrałeś! - Zwróciła się do mnie żona, wskazując na budzik PO budzika. Wskazywał ósmą.

- Przecież dzisiaj niedziela! - Nieśmiało zaoponowałem.

- Niedziela? Fakt! To czego się drzesz od rana? PO i PO! Do wyborów jeszcze miesiąc a ty poczciwym kobietom spać nie dajesz!

- Sen taki miałem, kochanie, śniła mi się pusta kula, która nic nie robiła a tylko…

- Tusk ci się jednym słowem przyśnił, moje ty biedactwo! Sen mara, Bóg wiara!


niedziela, 17 stycznia 2010

Niewidzialni ludzie

- Daj mi spokój! – Krzyknął Dżony do staruszka i tak szybko się odwrócił, że zniknął.

Staruszek pogmerał w kieszeni, wyjął okulary i przetarłszy je chusteczką higieniczną, przyjrzał się miejscu, gdzie przed chwilą stał Dżony.

- Hmmm…zniknął – Powiedział staruszek i rozejrzał się starannie dokoła. Domy, śnieg, przebiegający opodal czarny kundel, jakaś baba z czerwoną reklamówką w dłoni. Spojrzał nawet w górę i zobaczył gwiazdy. – Panie Dżony, gdzie pan zniknął? – Zapytał staruszek i głośno wysmarkał się w chusteczkę.

- Pogięło cię? – Dżony nie miał pojęcia, że zniknął i ze zdziwieniem przyglądał się osobliwym wygibasom staruszka.

- No Dżony, ja cię nie widzę nic a nic, co jest?

Dżony spojrzał na swoją prawicę, w której trzymał zapalonego Malborasa. Nie zobaczył ręki, ani papierosa, ale dym zobaczył i wrzasnął:

- Cholera! Wybuch urwał mi ręke!

- Panie Dżony, niech się pan uspokoi, tu nie było żadnego wybuchu! Pan zniknął zupełnie tak jak w tej książce Wellsa!

- Gdyby tak było widziałby pan moje ciuchy – Obruszył się Dżony, który był oczytany w fantastyce, choć swoją edukację w tej dziedzinie zakończył na Żeleznym. Zajdel, Ziemkiewicz …Żelezny i starczy – zwykł mawiać, gdy ci, którzy byli przy dopiero przy Lemie zawracali mu głowę pytaniami.

- Widzę tylko dym i śnieg się rusza jak się ruszasz nogami – Niegramatycznie wyjaśnił staruszek.

- A teraz?

- Teraz wylewasz piwo z butelki! O ty prosiaku, stoimy przed sklepem!

- Ty stoisz przed sklepem odważny staruszku, a ja teraz jestem… przerwał, bo nie wiedział, co powiedzieć. Wszedł do sklepu, pochylił się i nad ręką panny Kasi wyciągnął z kasy dwie stówy na dobry początek.

Ale chytry staruszek coś zauważył i zaczął piskliwym, staruszkowatym głosem wołać, że niby łapać złodzieja!
Nikt mu oczywiście nie uwierzył, że Dżony zniknął i zebrani w sklepie klienci niepochlebnie wyrażali się o staruszku, że niby państwo daje takim staruszkom emerytury, a ci się rozbijają po sklepach i wzniecają niepokoje. Jedna paniusia w czapce zwróciła nawet uwagę, że słuszna jest zagraniczna idea, żeby staruszków wzniecających niepokoje usypiać.

Niewidzialny Dżony maszerował tymczasem w stronę dworca kolejowego, zły na siebie jak sto diabłów!

- Po co na przykład ukradłem te dwie stówy, skoro jako człowiek niewidzialny nigdzie ich nie wydam? – Pocieszył się myślą, że zawsze może je wydać na łapówkę, a jak nie wyda to odniesie. Nie od rzeczy kombinował, ponieważ postanowił pojechać do Warszawy.

Nie myśl sobie, miły czytelniku, ze Dżony to jakiś lump. Owszem, skroić kogoś z portfela, jako niewidzialny człowiek bank obrobić – nie twierdzę, że nie, ale jak tak szedł zmarzniętymi, pobieżnie odśnieżonymi chodnikami naciskając czapkę na swe niewidzialne uszy kombinował całkiem „pro publico bono” Pojadę – myślał – i wszystkiego się dowiem. Nagram, zapiszę, zrobię szum, a jakby, co, nikt mnie nie złapie, bo jestem niewidzialny. Nawet gdyby złapali to tez jestem skarb i cenna inwestycja dla służb, nie żaden tam zwykły Dżony.

Pojechał Dżony do Warszawy. Tłoku w pociągu nie było a choć się kilka razy otarł o kogoś, kto by w pociągu zwracał uwagę na jakieś ocieranie, choćby niewidzialne.

W stolicy przez pierwszy dzień nie miał lekko. Nie głodował, ale też nic specjalnego nie użył. Tyle, że jak zmarzł to za darmo wszedł do kina, ale w kinie upał a cały seans siedział w kurtce. Diabli nadali. Niby kryzys a w takim kinie palą jak wszyscy, a do tego, jaki głupi film!
Już się prawie załamał, aż tu widzi, że idzie znany polityk. Przykleił się do niego i wtedy zaczął żyć na całego. Spotkanie w miejscu ustronnym. Był tym trzecim.

- To już mój jesteś – Pomyślał Dżony i miał rację.

I co miał zrobić znany polityk, skoro Dżony go nagrał na niewidzialnym dyktafonie, zabranym ze sklepu nie dla idiotów i mu, prawda, nagranie odtworzył? Niewidzialne, ale dobrze i czysto nagrane.

Dogadali się w kwadrans. Polityk trochę marudził, że na niewidzialnego asystenta nie dostanie jakiegoś tam zwrotu, ale jak pomyślał o korzyściach…Teraz Dżony był w grze. Kiedy poszedł ze znanym politykiem na ważne spotkanie partyjne uważał tylko by na kogoś nie wpaść. Nagrywał dla swojego polityka pokątne szeptanki, a dla siebie zbierał sprawy obyczajowe, bo takie szczególnie sobie upodobał.

Fajnie było aż tu nagle jak nie trzaśnie się w łeb o coś twardego i jakieś niewidzialne ręce popychają go na korytarz a z korytarza wprost w czeluść toalety. Nieznajomy niewidzialny człowiek uderzył go w twarz, ale jak później powiedział, tylko dla otrzeźwienia. Pogadali.

Kiedy wrócił na salę inaczej patrzył na zgromadzonych przy stole pierwszoligowych politycznych graczy. Pacynki, cholerne pacynki! – Pomyślał i rozejrzał się uważnie. Teraz widział.
Tu jakiś dymek unoszący się nie wiadomo skąd. Tu jakaś znikająca kanapka. Jakiś nieostrożne szurnięcie. Kropla wody z znienacka pojawiająca się na parkiecie w samym kącie pokoju.

- Korzystając z okazji, że jesteśmy sami… – zaczął Prezes

Dżony nie słuchał. Włączył dyktafon. W prawej kieszeni namacał starannie zwinięty rulonik. Głupie pieniądze! Po co komu pieniądze? Władza. Ale z drugiej strony ten staruszek. Co też ten biedny idealista sobie teraz myśli?

Dżony niepotrzebnie martwił się o staruszka. Staruszek zmarł zaraz po wyjeździe Dżonego na skutek silnego wstrząsu, chyba psychicznego. Usiadł staruszek na krześle we własnej kuchni. Napił się herbaty, pogłaskał psa i umarł. Bywa i tak.

wtorek, 20 października 2009

Kto wierzy w sny, zbiera guzy

Ludzie ze wszystkim przesadzają. Nawet ze snami. Śpi sobie jeden taki obywatel, rozwalony na tapczanie jak jakiś Rasputin. Chrapie tak, że słabsi psychicznie sąsiedzi po prostu umierają ze strachu, ale nagle jak nie podskoczy! Siedzi na łóżku. Lampką świeci, bo przyśnił mu się, uważacie, wróbel w koszuli.
Co też może taki sen znaczyć? Czy nie spotka mnie, aby jakieś nieszczęście? Budzi żonę i opowiada jej o tym wróblu.
Żona oczywiście zaraz wypada na niego z mordą i w pewnym sensie jest to już jakieś nieszczęście, tym bardziej, że jest akurat piętnaście po trzeciej.

- Ty mi tu – mówi- z głupim wróblem w środku nocy wyskakujesz a jak mi się śniła nieboszczka babcia, babcia Miglaszewska siedząca na mrowisku, to nawet nie chciałeś na mszę za jej duszę w czyśćcu pokutującą dać!

Faktycznie. Każdy przytomny obywatel przyzna, że wróbel w koszuli to nic nadzwyczajnego, a już na pewno nie powód by zakłócać ciszę nocną.

W ogóle sny to bujda na resorach. Dzisiaj na przykład śniło mi się nie byle, co, tylko prawdziwa powódź. I na dodatek w tym śnie bawiłem się obsługując tamę. Puszczałem wodę i zamykałem jej wypływ przy użyciu takiego fajnego komputera z kolorowymi lampkami. Aż tu nagle system mi się zawiesił i woda zaczęła zalewać jakieś miasto. Na szczęście nie Golinę, ponieważ u nas raczej tramwajów, metra, ani Pałacu Kultury i Nauki zasadniczo nie ma. Pędzę przez ulice by ludzi ostrzec, ale ulice puste. Wiatr tylko gazety roznosi, a za mną szemrzą już języki wody. W końcu natknąłem się na policjanta. Ten na mnie z pyskiem, żebym się schronił tak jak inni w metrze.

- W metrze? W metrze mam się chronić przed powodzią? – Po prostu nie dowierzam własnym uszom a stoimy już po kostki w wodzie.

- Władza rozkazała żeby w metrze to trzeba w metrze, argumentuje policjant i ciągnie mnie za połę płaszcza.

Obudziłem się. Usiadłem w pościeli. To jest dopiero sen! Sięgam po komórkę, żeby zobaczyć, która godzina i bach! Szklanka z herbatą wywrócona. Mam, cholera, powódź. Zachciało mi się powodzi.

Zasadniczo nie lubię rozmów o snach. O tym, co się, komu śniło i co taki sen może znaczyć. W tym gustują kobiety. Zejdą się ciotki to każdej obowiązkowo śnią się nieżyjący od dawna nieboszczycy albo dla odmiany coś związanego ze ślubami, narodzinami dzieci, chorobami i temu podobne ekscesy. I wszystko coś znaczy.
Przyznaję bez bicia. Lubię się powygłupiać i czasem też coś wymyślę. Na przykład – mówię- śniła mi się Julia Pitera sprzedająca ciastka w cukierni.

- To na chorobę! Takie zimno a ty bez czapki chodzisz!

Innym razem zmyślam, że śnił mi się Jarosław Kaczyński naprawiający naszą pralkę.

- To na chorobę! – Orzekają po krótkiej konsultacji. Kaszlesz, ale nadal chodzisz bez czapki!
Zupełnie jakbym dziennik w telewizji oglądał, takie to przewidywalne.

Niestety do ideału wiele mi brakuje, ponieważ, choć nie zastanawiam się nad snami i zaraz je wesoło zapominam to jednak praktycznie każdej nocy coś mi się śni. Kolorowo, plenerowo, a czasem z niezwykłym wprost przepychem. Ideałem jest mój szwagier, który twierdzi, że przez czterdzieści siedem lat, które szczęśliwie przeżył, miał tylko jeden jedyny sen, a i ten zaraz po przebudzeniu zapomniał.

Obywatel, któremu śnił się wróbel w koszuli, w końcu zasnął. Przyśnił mu się natychmiast pies w koszuli. Wyskoczył z łóżka. Pędzi do kuchni, a tam wierny Enter gryzie jego ulubioną, melancholijnie błękitną koszule i jeszcze głupio się krzywi!
Zamiast się zastanowić nad tym, że zdarzył mu się niczym ślepej kurze ziarno proroczy sen, dalejże ganiać za psem z zamiarem kopnięcia buldoga w tyłek. Zaplątał się w koszulę, poślizgnął a wywalając się zahaczył łbem o marmurową płytę. Jeszcze mu się Magda Mołek ukazała a potem stracił przytomność.

Żona przykłada mu nóż do guza, a guz jak kartofel. Pies go liże po nodze.
Doszedł do siebie. Usiadł na taboreciku. Patrzy na płytę. Szczerba jest. Ładny, prawda, marmur. Znowu w branży marmurowej obywateli oszukują! Napisać by gdzieś list, albo do telewizji! Sny – myśli – zachciało mi się w sny wierzyć. Koszula? To już nie koszula tylko łach. Co to za jakość za siedemdziesiąt złotych? Oszustwo nie jakość. Ledwo pies do mordy weźmie – zaraz łach. Iść gdzieś? Protestować? List napisać do wyższych władz?

- Chodź spać. Zrobiłam ci kompresie! – Mówi żona

- Że też kary na takich awanturników nie ma! – Dziwi się sąsiad za ścianą

sobota, 1 sierpnia 2009

44 - Cmentarz pod wysypiskiem słów

1.

Dzisiaj powiedzielibyście o mnie, że jestem lekko upośledzony - było ze mnie
kawał chłopa. Może zdobywałbym dzisiaj dla Polski medale na
paraolimpiadach? Chciałbym Wam coś dać z siebie - ale od dawna nie żyję.

Podczas ostrzału trochę się trząsłem wewnątrz siebie. Teraz widzę wyraźnie, że
nie było zapotrzebowania na śliniących się żołnierzy - ale tyle lat po
śmierci, każdy jest dużo mądrzejszy niż był wówczas.

Moi bracia wzięli mnie jako pomocnika - nosiłem za nimi jedzenie i różne
rzeczy. Akurat bawiłem się - kulając po obcym podwórku
stalową obręcz. Nikogo z dorosłych wtedy nie było. Ukryli się przed
upałem albo ze strachu w piwnicach.

Nadszedł on - młodziutki
Bóg wojny - sprężysty i błyszczący w tym kurzu jak gwiazda. Złapał mnie
za ramię, a że bardzo się wystraszyłem - uderzył mnie otwartą dłonią w
twarz.

Wówczas otoczyli nas moi przyjaciele - Płacząc próbowałem się wyrwać temu panu.I akurat w tym momencie zawalił się świat i jakby dla śmiechu, konaliśmy razem, twarzą w twarz pod tymi gruzami...

On szeptał: - Wody… wody… i skonał o całe popołudnie przede mną. Ja - ja nie umiałem wówczas jeszcze tak bardzo myśleć. Całymi godzinami tylko płakałem i wołałem mamy. Trochę wstyd, bo miałem tamtego sierpniowego popołudnia, całe dwadzieścia dwa
lata.


2

Nigdy nie potrafiłem spełnić się w roli, w jakiej obsadzało mnie życie.
Bardziej niesiony przez wyobrażenia moich bliskich niż sam stawiając
kroki, zostałem najpierw nauczycielem matematyki a w czwartym roku
wojny, gdy zaczęło być już naprawdę źle, skierowano mnie do fabryki
amunicji.

Nadzorowałem akurat Polaków bo moja matka pochodziła z Krakowa i jak to mówią: "liznąłem języka" Kiedy w końcu uznano, że wszystkie moje choroby i ułomności przestały być przeszkodą, wcielono mnie do armii. Byłem marnym żołnierzem - jako
jeden z pierwszych dostałem się do niewoli.

Nie traktowali mnie źle. Razem z kobietami i dziećmi pracowałem w kuchni,
gdzieś na Żoliborzu. Obierałem ziemniaki, gotowałem zupę.

Byłem tam po trzydziestu pięciu latach. Wróciłem, ale nie odnalazłem tego miejsca. W 1986 roku, kiedy konałem na raka jelit w klinice onkologicznej w Monachium,
tuż przed śmiercią znowu usłyszałem świst pocisków, zapach spalonej
słońcem ziemi i przerywane, bełkotliwe buczenie syren. Co zabawne, moje
ostatnie słowa były takie:

- Nie bać sie, pseniesie, pseniesie…

Wyobrażacie to sobie?


3.

Przyszli po mnie 30 lipca. Jakby nie mogli poczekać tych pieprzonych dwóch dni!
Być może bym odkupił, zamazał. A tak - przyszli w biały dzień, a wiatr
rozwiewał wówczas firankę po pokoju. Lato było gorące. Akurat wybijałem
muchy taką specjalną packą.

Żonę i córeczkę wyprowadzili do kuchni - odczytali wyrok i strzelili z przyłożenia w
moje prywatne serce. Po śmierci dowiedziałem się, że cała kamienica
wiedziała o wyroku od dawna.

Że tamci spacerowali przed bramą uroczyści i bezwzględni. Śmiali się - palili papierosy i spluwali do suchego rynsztoka.

Niemieckie patrole na wszelki wypadek, przechodziły na druga stronę ulicy.

Cóż, zdarza się. Człowiekowi zdarza się zbłądzić, tym bardziej jeśli w grę
wchodzi naprawdę dużo złota i bezpieczeństwo najbliższych. Bardzo
kochałem moją córeczkę.

Ale mogli poczekać!

Szczęśliwie - Przez kilkadziesiąt lat moi potomkowie słyszeli tylko, że zginąłem w
powstaniu. Teraz mój wnuczek już wie, za co zginął dziadek. I przez tą
niedyskrecję historii - bez końca muszę martwym łbem tłuc w żelazną
ścianę więzienia i w pustkę krzyczeć, że tak nie można!
Że to jest niesprawiedliwe!

wtorek, 30 czerwca 2009

Mumia


Mumia cała w bandażach, spaceruje sobie w biały dzień ulicami ludnego miasta z wiklinowym koszykiem w łapie i nikt nie zwraca na nią uwagi. Oglądają się za mumią, ale tak od niechcenia. Komentują mumię, ale półgębkiem, bo nikt nie chce wyjść na naiwniaka albo prowincjusza, co to wszystkiemu się dziwi.

Idąc za mumią i słuchając komentarzy miejscowej oraz napływowej ludności zanotowałem w główce dwie najczęściej powtarzające się opinie. Pierwsza, że to po prostu reklama, ale żaden mądrala nie wysnuł, czego reklama? Bandaży? Mumifikacji jako odpowiedzi na kremację? Nie, wystarczy powiedzieć, że reklama i mumia zaszufladkowana.
Druga opinia, z grubsza sprowadzała się do tego, że to sprawka rozwydrzonych artystów – Darmozjadów. Jeden dowcipniś zawołał: - O Madonna przyjechała!

Ludzie są dziwni. Zobaczą grubego kota i pół narodu zaczyna żyć w strachu przed pumami. Co wrażliwsi nie otwierają z powodu pum okien i żyją w duchocie, nie bacząc nawet na to, że pumy przeważnie nie fruwają, ale jak oryginalna mumia spaceruje między nimi to dla nich reklama albo inna Masłowska.

Jak starodawny nieboszczyk wykupuje w markecie produkty to dla nich normalne.
Nie jestem żadnym archeologiem ani specjalistą, ale jeszcze prawdziwą mumię potrafię odróżnić.
W końcu z ulgą zauważyłem, że podjechał busik z ekipą telewizyjną. No – myślę – w ramach misji zaraz przeprowadzą wywiad z mumią, ale gdzież tam! Mijają mumię jakby nie istniała a pędzą do kiosku Ruchu zrobić wywiad z kioskarzem, tylko dlatego, że kioskarz jest podobny do posła Palikota.
Faktycznie podobny. Wyszedł z kiosku i grzebyczkiem sobie czuprynę przeczesuje. Pozuje.
Poczułem zew obywatelski i wtrąciłem się stukając reporterkę w łokieć i wskazując na mumię.

- Co mnie pan stuka? Chce mi pan zniszczyć zagraniczny mikrofon?

- Mumia – mówię – Nieżywy zabalsamowany człowiek pozbawiony wnętrzności a chodzi po mieście i produkty spożywcze kupuje. Czy to nie sensacja?

- Może nie kupuje dla siebie? Może go żona wysłała po zakupy, tego mumię? Niech pan spojrzy, jaki piękny – i wskazuje na kioskarza. Też mi coś!
Rozmawiaj człowieku z taką! Jeszcze dodała, nie wiem po co, że w sierpniu jedzie na dwa tygodnie do Egiptu.

Zagadałem się i nagle patrzę a mumia znikła w tłumie. Biegnę w lewo – nie ma. W prawo – mumii brak.

Mignęła mi w tramwaju nr13. W trzynastce, jak to mówimy.
Chciałem gonić, ale nie mam biletu. Ja do kiosku, ale kiosk nieczynny z powodu wywiadu. Kioskarz się rozwodzi nad swoją przedziwną urodą.
A była szansa dowiedzieć się czegoś w kwestii historii albo samopoczucia mumii. Kto za nią stoi oraz na przykład tak ogólnie o czymś?
A może to początek grubszej afery politycznej?

Wróciłem do domu. Szukam w internecie – nic. Ani w Pudelku, ani na portalu Dziennika, Wyborcza też nie porusza. Gorzej – nawet przysłowiowy „bloger z kulawą nogą” nic nie napisał. Cholera! W desperacji włączam telewizor.
No jasne – wywiad z kioskarzem! Coś on, jak tak się przyjrzeć, za bardzo do tego posła podobny. Zagubiony bliźniak?

środa, 22 kwietnia 2009

Stłukłem ulubioną szklankę


Ech - Obywatele czytelnicy - Cóż to się wyprawia w tym naszym państwie?
Przed chwilą – na przykład - zbiłem swoją własną szklankę, w której od sześciu lat piłem herbatę.

Siedziałem sobie jak jakiś Arab przed komputerem i piłem herbatę z mojej ulubionej szklanki. Wypiłem i z chytrości zachciało mi się drugiej. Patrzę a tu biografia Lincolna z półki się wychyla i ma zamiar wypaść na podłogę. No to poprawiłem akurat tą ręką, w której trzymałem szklankę i szklanka hyc z koszyczka.
Po szklance! Ohydny, żółty koszyczek mi się został w garści. Na ten koszyczek to ja mówiłem „Kosma”
Posprzątałem szkła i teraz rozpaczam. Tyle lat sobie z niej piłem herbatę i nie dalej jak wczoraj – kto nie wierzy może spytać Iwony - bardzo się tą szklanką chełpiłem, że niby nie dla mnie te wasze majonezy, filiżaneczki, sruteczki. I nawet całkiem niepotrzebnie powiedziałem, że ta szklanka jest jakby z żelaza.

Wyrwałem się z tym żelazem! Już moja szklaneczka w koszu na śmieci przed domem a ja jak jakiś burżuj będę musiał pić herbatę z filiżanki.
Na dodatek wszyscy się z mojej straty cieszą, bo rzekomo to nie bardzo tak ze szklanki herbatę. No burżuje mi się w domu zalęgli!
Może i fakt, że jak goście i tak dalej. Filiżanki, dzbanuszki i diabli wiedzą, co jeszcze, a tu Jarecki ze szklanką w żółtym plastykowym koszyczku. Ech, co też się w tej Polsce wyprawia!
Same straty dokoła!

Mam sobie wybrać teraz filiżankę, bo każdy niby ma swoją. Dają mi taką – niby ładna – i ma takie małe uszko. Prawdę mówiąc, ta filiżanka, cała jest zbyt mała. Jeszcze mi wmawiają, że tyle samo w nią wejdzie herbaty co w moją byłą szklankę. Dobre sobie!

Same mają filiżany jak dzwony i wiedzą, że aby nadążyć cały czas musiałbym biegać z pokoju do kuchni z tym naparstkiem. Nie nadążę to kobiety całą esencję zużyją i będę musiał jakieś zlewki pić.
Iwona się zdenerwowała i mówi:
- To pij w kubku!

Na złość, faktycznie zrobiłem sobie herbatę w kubku. Na tym kubku, jak gdyby nigdy nic wymalował jakiś ancymon złotego kozła z broda, ale za to z ogonem ryby. Po angielsku podpisane, że to koziorożec. Z ogonem ryby?
Z picia herbaty żadnej przyjemności nie mam, bo koziorożca – kubkowy artysta – wymalował także w środku i jak piję to się gęba tego stwora na mnie patrzy.

Ktoś powie, że niby głupstwo, że są tacy, którzy… Fakt, znam jednego, co się chciał przed gośćmi popisać i cały komplet miśnieńskiej, rzekomo rodowej zastawy rozbił na miśnieńskie kawałeczki za jednym zamachem, przewróciwszy się na kłębku wełny, którym bawił się jego własny kotek.

Przewrócił się całkiem - jak to mówią - na mordę i jeszcze miał przy tym, takie osobliwe szczęście, że sobie nos gorącą kawą sparzył. Ale to oportunista i pozer. Wcale mi go nie szkoda!
Jak żałować człowieka, który sobie w salonie skrzyżowane szable powiesił a między nimi ryngraf z Matką Boską i damom opowiada, jak to jego dziadunio ułan szarżował.
Może i szarżował, ale przecież jak się przyjrzeć to szable są górnicze, co to wyższym szarżom wręczali w kopali dla wygłupu i parady, a te, że napiszę szczegółowo, akurat w czasach nieboszczyka Gierka.
Na jednej wygrawerowane 1977 a na drugiej 1979 rok.
Takich ludzi mi nie żal wcale i ich zastaw, ale mojej szklanki bardzo!

Kupić nową? Ale co to teraz za szklanki robią? Po prostu aż się takiej szklanki nie chce wziąć do ręki. Może ona chińska? Niby herbata też przeważnie z Chin pochodzi, ale czy Chińczycy piją herbatę w szklankach?

( Zdjęcie na blogu - Natalia Jarecka )

wtorek, 21 kwietnia 2009

Ach ten staruszek, taki i owaki



Pewien staruszek, a nie był ani zdziecinniały ani chory, ot tyle, że emeryt, strasznie się nudził na tym swoim państwowym dożywociu. Starał się robić wszystko to, co robią inni emeryci, ale czuł się jakoś tak nieswojo.

- Będziesz miał teraz czas robić to, czego nie miałeś czasu robić, gdy pracowałeś – powiedział mu na przykład syn, a staruszek zachodził w głowę, co też może robić teraz, czego nie robił, gdy był młodszy, czyli tak naprawdę kilka dni temu.

Rozumiecie sami, że taka rada jest bardzo głupia i w takiej radzie nic dobrego nie uświadczysz.

Staruszek, zanim został staruszkiem lubił na przykład napić się piwa albo innej wódki, ale jako solidny pracownik pijał tylko po pracy, i tak naprawdę nigdy do syta – no chyba, że w sobotę.

- To, co? Teraz mam pić od rana? – Martwił się staruszek, którego taka perspektywa specjalnie nie podniecała. Na dziwki też nie chodziłem – przypomniał sobie, ale przecież teraz mojej Zośki nie zostawię z wnuczkami, a sam nie będę przesiadywał w burdelu.

Po pierwsze, co by na to dziwki powiedziały, że niby, co ty tu staruszku taki i owaki robisz? A po drugie staruszkowi dziwek się jakoś nie chciało. Z taką emeryturą dali by mi pewnie najgorszą wydrę! - Przy moim szczęściu – zauważył dodatkowo staruszek, z pewnością zaraz bym złapał jakąś brzydką chorobę i dopiero by się wszyscy ze mnie śmiali.

Staruszek lubił w dawnych czasach grać w karty i nawet dobrze grał w brydża, ale z kolegów, z którymi uprawiał ten niewinny hazard został tylko on.

- Mietek i Marek na zawał, Robert na raka, a Henio – szlag by go trafił – podczas wycieczki po morzu Egejskim wypadł ze burtę i utopił się tak skutecznie, że nie nigdy go nie odnaleziono.

To nie pomyłka, że wymieniam pięciu, choć każdy przytomny wie, że w brydża gra się w czterech. Zmieniali się i tyle. Przy dobrej grze zawsze jest robota dla piątego. A teraz został sam, a samemu grać w brydża nie sposób.
Po obcych ludziach chodzić i się pytać, czy ktoś by nie zagrał? Wstyd trochę. W necie? Nuda!

Staruszek aż zmarniał od tego myślenia. Poszedł do garażu, odpalił auto – działa. Nie ma, znaczy się, co naprawiać. Umył auto, choć było całkiem czyste. Sprawdził płyny. Pojechałby gdzieś, ale gdzie tu jechać i po co? Zakupy zrobione, wnuczęta odwiezione a na dodatek jego Zośka z nimi. Staruszek na włościach.

Do lasu pojechać, niby na tą przyrodę popatrzeć? Kiedyś pojechał to zaraz go w lesie napadł leśniczy, że niby nie wolno pchać się między drzewa, bo susza. Zresztą, po co w kwietniu do lasu? Grzybów nie ma, a zresztą – Pluję na grzyby! – Zezłościł się nasz bohater.

- Łazi człowiek, schyla się a ten robaczywy a ten znowu nic nie warty, a potem tak czy tak się zje i nic się z tego nie ma. Przepadną grzyby w kałdunie, jak wszystko na świecie.

Inni emeryci uprawiają ogródki, a staruszek nie lubi i już. Nigdy nie lubił, choć czasem udawał przed żoną, że lubi. Podlać mogę – sam siebie przekonywał staruszek, ale, po co podlewać skoro deszcz dopiero, co przestał padać i mokro?

Poszedł do domu, popatrzył w telewizor. Zdziwił się, że takie głupstwa ludowi pokazują. Popstrykał kanałami – nic. Wziął do ręki gazetę – nic. Książkę – A co to ja jakiś niedorajda jestem żeby książki czytać, skoro tak pięknie na dworze. Zajrzał do Internetu – kłócą się jak zwykle. Nie chciało się staruszkowi nawet zalogować.

Wyszedł na dwór – Faktycznie pięknie!
Pospacerował pod kwitnącymi czereśniami w ogrodzie. Pogadał z bąkami, że czemu one takie grube, podczas gdy on nie bardzo. Nawet się uśmiechnął dwa razy. Usiadł na ławeczce i zamknął oczy.

- Teraz sobie, najspokojniej na świecie w tym moim ogrodzie umrę – pomyślał staruszek – i ta myśl bardzo mu się spodobała. Pachnie kwiatami, bąki grubo brzeczą a ptaszki patałaszki ćwierkolą. I zebrał się staruszek w sobie, nadął się nawet by naprawdę umrzeć, a tu u sąsiada łajdaka jak nie ryknie głośnik.
Drze się Mick Jagger jakby obdzierany ze skóry, chyba na złość staruszkowi wyskoczył ten Jagger.

Wypuścił staruszek z siebie śmiertelne powietrze i otworzył oczy. Przed nim na trawniku siedział czarny kot i gapił się na niego bezczelnie.

- Ten Jagger, stare dziadzisko, w moim wieku a … i nagle staruszek uświadomił sobie, że on też jest z pokolenia rock and rolla. Co ze mnie – kurwa – za staruszek? Przygnębił mnie reżim rzeczywistości i tyle! Trzy dni na emeryturze i już dopadła mnie depresja – zezłościł się sam na siebie nagle odmieniony staruszek i na początek poszedł do domu zaparzyć sobie kawy.

I can’t get now satisfaction! – Zawył facet, który przed chwilą robił w tej historyjce za staruszka. I tak trzasnął drzwiami, że znad framugi odleciał mały kawałek tynku.

- Życie jest tym, no… – zaczął ale machnął ręką i bez pointy poszedł do kuchni.



Zdjęcie - Natalia Jarecka

piątek, 17 kwietnia 2009

Dżony Mamarony i Armia Wałęsy

Mój kumpel - Dżony Mamarony, w związku z tym, że wielokrotnie starał się o wizę do USA, bardzo się zamerykanizował. Strach pomyśleć, co się z nim stanie, kiedy wreszcie go do tej jego Ameryki wpuszczą. Taki się zrobił nieprzejednany, że na wszystko ma gotową odpowiedź. Problemy dla niego nie istnieją.
Spotkałem go dzisiaj.

- Cześć

- Cześć, co u ciebie Dżony?

- Fajn, ogólnie fajn, tyle tylko że rękę złamałem.

- Rękę złamałeś? – dziwię się widząc, że wymachuje kończynami bardzo dziarsko.

- Przecież nie sobie, tylko takiemu jednemu Józikowi, poszło - rozumiesz - o tego Obamę. Mniejsza z tym. Powiedz Jacek, co te kurwy wyprawiają?

No i gadamy. O tym, o czym należy. O Tusku, Wałęsie, Ipeenie, Zyzaku oraz o wolności słowa. Mamarony jako człowiek oczytany zaraz mi po angielsku tamtejszą konstytucję cytuje. Tak gadamy, aż sobie przysiedliśmy na ławce. Nie, żeby jakaś tam awantura, ale fakt, że ludzie na drugą stronę ulicy przechodzą. Pewnie na wszelki wypadek.
W końcu Dżony sprzedał mi taki greps, że padłem.

- Wałęsa – mówi – powinien wreszcie okazać swą prawdziwą siłę!

- Co okazać? – zdziwiłem się, może nieco zbyt teatralnie, tak że Dżony się obraził i nawet próbował mnie kopnąć, a żeby się czegoś więcej dowiedzieć, musiałem go długo namawiać.

- Słuchaj Jacek! Zgodzisz się chyba z tym, że jak się walczy to trzeba użyć wszystkich dostępnych sił, co?

- No tak.

- Ty trochę kumasz z historii. Pamiętasz, że był kiedyś taki Jan Sobieski, który zanim został królem pełnił różne funkcje wojskowe, aż się dochrapał stanowiska hetmana?

- Jakże bym miał nie pamiętać?

- No, bo to się tyczy Wałęsy - akurat!

- Akurat Wałęsy? Bój się Boga, co ma Sobieski…

- Niby nic, ale słuchaj! Ten cały Sobieski brał kasę od Francuzów, także przy okazji elekcji - no i sprawa się rypła. Szlachty całe masy i zaraz się zaczęło, że zdrada jawna, że korupcja i w ogóle, dawajcie go tutaj to my mu zrobim dekapitacjonibus.

- I co to ma…

- Słuchaj, nie przerywaj! Marnie by było z Sobieskim, i Wiedeń by ci się teraz tylko z Kurnikiem albo Ałganowem kojarzył, ale…

- Ale?

- Ale była armia, a armia za Sobieskim stała murem, bo wielki to był wódz, a taki żołnierz jeden z drugim zawsze woli gonić niż być gonionym. Sute łupy brać i w zwycięskiej chwale brodzić! No i żołnierze go kochali, a siła to była znaczna i gdyby krzywda się wodzowi stała, mogłaby Warszawa krwią przecie spłynąć – a może nie tylko stolica.

- Ale co to ma do Wałęsy?

- Jak to? Przecież Wałęsa też ma armię, na czele której stał, dowodząc którą zwyciężał, a nawet zmienił losy całego Świata, czego nawet o Sobieskim nie można powiedzieć!

- No, przecież bronią go jak najęci! Wszystkie autorytety! Sam Premier a nawet jego były rywal…

- Weź przestań! To liżygarnki, papierowe towarzystwo, które wiatr może…

- Co ty Dżony? Już nic nie rozumiem - To jaką Wałęsa ma armię i kto ma go skutecznie bronić?

Mamarony wstał i dla dodania swoim słowom znaczenia, aż wzniósł ręce ku niebu, tak że wyglądał jak Skarga na obrazie Matejki.

- Jak to kto ma bronić?

- No kto?

- ROBOTNICY!
…….

Kiedy wróciłem do domu, Iwona oglądając moją kurtkę obiecała, że mnie zabije, ale gdy wyjaśniłem jej dlaczego z Dżonym kulaliśmy się ze śmiechu po miejskim trawniku, przecie złość jej przeszła.
Kurtka w pralce a ja sobie piszę.
Dopóki wolno pisać, co się chce.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Opowieść o bezgłowym motocykliście


Już pojedli i tak sobie siedzieli - dzieci biegały wszędzie a dorośli gadali jak to dorośli, czyli same pierdoły. A to o piłce, że nie bardzo ta cała piłka, a to znowuż o tym, ze nic w telewizji ciekawego nie ma - A to że ciotka Zośka złamała nogę goniąc cielaka.

No takie tam, jak to ludzie gadają, gdy się widzą raz na rok i szukają wspólnego tematu.

Dopiero wujek Mietek, który nic się dotychczas nie odzywał, ponieważ jadł i popijał, gdyż miał w zwyczaju solidnie podjeść z każdej podanej potrawy - taki temat znalazł. Otarł buziaka serwetką i wszedł w słowo Szwagrowi, wywodzącemu, że Małysz to teraz słaby jest.

- Małysz nie jest znowuż taki słaby! Słaby to ja byłem, gdy zdarzyło mi się to, o czym wam zaraz opowiem – rzekł wujek Mietek i opowiedział swoją słynną opowieść o tym jak to osobiście spotkał motocyklistę bez głowy.

Opowieść wujkowa pochodzi z lat siedemdziesiątych i dzięki temu, że była już opowiadana niewyobrażalną ilość razy, nabrała potoczystości oraz dramatyzmu. Wszyscy znamy ją na pamięć, ale słuchamy z wielką przyjemnością.

Dzieci przestają hałasować i zbijają się w ciasną gromadkę a nad stołem zaczyna się unosić aura niesamowitości. Po pierwsze wujek Mietek jest osobą prawdomówną, co wszyscy zgromadzeni wiedzą. Powiem nawet, że jest osobą prawdomówną w takim stopniu, że ta prawdomówność przynosi mu więcej szkód niż pożytku.

Na dodatek wujaszek jest znanym w okolicy ateuszem i racjonalistą, a tutaj proszę państwa, taka historia. Mietek zaczyna ją od tego, jak to kupował sobie motocykl WSK i podaje przy tym różne, moim zdaniem nieistotne szczegóły w rodzaju, że gwarancję stemplowała mu młoda Lichaczewska, która tego dnia ubrana była w sukienkę w czerwone groszki, a ta sukienka miała wielce obiecujący dekolt i jak to on - wujek Mietek się pochylił by coś podpisać.

W tym momencie zawsze gromi go ciotka i nigdy nie dowiemy się, co też tam w tym dekolcie wujaszek wypatrzył. Za to dzięki ciotce dowiadujemy się, że to ta sama Lichaczewska, co to wyszła za Niemca i mieszkała w Hamburgu, aż nałykała się jakichś proszków czy tam czegoś i zmarła.

Potem wujaszek opowiada o tym jak bardzo dbał o ten motor, czym go czyścił i że dzięki temu motorowi rozkochał w sobie ciotkę, która teraz nagle chichocze i się rumieni, tym bardziej, że wujaszek cały czas nadmienia jak to woził ją do lasu i że w tym lesie była taka polanka.

Ciotka go wówczas szturcha i daje mu sygnały żeby już przestał. Przez chwilę się droczą, a każdy ma czas wyobrazić sobie ze szczegółami, co też oni w tym lesie robili na tej rozsłonecznionej polance.

W tym momencie zawsze mam ochotę coś dopowiedzieć, ale się lękam bo ciotka jest bardzo wrażliwa na punkcie seksu i mogłaby się obrazić. Dalej wujek wywodzi o swojej pasji do łowienia ryb, co jest wstępem do właściwej opowieści, opowieści o tym jak wujem Mietek spotkał motocyklistę bez głowy.

Opowieść o spotkaniu motocyklisty bez głowy

Jedzie sobie wujek Mietek na ryby swoim motocyklem WSK wąską dróżką przez łąki. Sam jedzie, a dookoła przyroda sianem pachnie, bo to latem było. Jakiś ptaszek a nawet skowronek w powietrzu wysoko siedzi i śpiewa, a po lewej czuć nieco torfowiskami.

A wujaszek śmiga bo dróżka już szersza i ubita przecudnie. Motor gra a za plecami wujaszka wędki i podbierak, rzekłbyś patrząc z daleka, że to husarz jakiś. Nagle wujaszek widzi, że z naprzeciwka drugi taki jak on jedzie, tyle że nie w czerwonej olimpijce tylko cały na czarno ubrany.

Myśli Mietek, że trzeba będzie zjechać, bo się strykną - a tamten obcy jakiś i dziwnie na swojej maszynie siedzi. Jak do wyścigu pochylony. No zjechał nieco w trawę wujaszek i motor ściszył.

A tamten też. Podnosi wujaszek głowę znad czarnego baku, a tamten nie, bo głowy nie ma. Wujaszkowi pod kaskiem wszystkie włosy sztywnieją a oczy z orbit wychodzą i językiem skołowaciałym obrócić w pysku nie może, bo widzi, że ten drugi zamiast głowy nie ma zupełnie nic.

No szyja jest niby pieniek na czerwono usmarowany a tamten przed sobą ma taki pakunek i ten pakunek dłońmi w rękawiczkach podnosi i przez ścieżkę dłońmi w kierunku Mietka wytyka. A to, drodzy Państwo jest jego, znaczy tego bezgłowego, głowa w kasku i ta głowa, całkiem żywo na wujaszka spoglądając szeptem takim teatralnym go ostrzega, że niby w olszynkach mostek zerwany i pali w dno nawbijane, i że jak nie zatrzyma się zaraz, zginie niechybnie.

Wujaszek z tego strachu wywrócił się razem z motorem i w głębokiej trawie leży a oczy zaciska. Próbuje sobie jakąś modlitwę przypomnieć, ale nie może i jedyne co sobie przypomina to zapamiętane z serialu „Przygody pana Michała” słowa jakie powtarzał Wołodyjowski gdy zbrzydziwszy sobie życie wojskowe przebywał w klasztorze.

- Memento mori! Memento mori! – powtarza wujaszek leżąc w ciepłej wilgotnej trawie a skowronek wysoko się buja i śmieje.

W końcu ścierpł a słysząc, że nic nie słyszy, otworzył oczy.

Bezgłowego nie było -przepadł. Wujaszek się pozbierał, ale ochota na ryby mu odeszła i nawet nie poszedł sprawdzić czy faktycznie ten mostek zniszczony. Później dowiedział się, że mostek nie był zniszczony, czyli bezgłowy łgał, ale… tu wujaszek zawiesza głos i bardzo powoli zapala papierosa.

- Ale tam gdzie ja zawsze łowiłem, jakiś miastowy wędkarz się rozgościł tego dnia. I nawet - jak mówili - trzy szczupaczki wyciągnął, nim trafiła go kula. Kto strzelał, do dzisiaj nie wiadomo?

Pewne jest tylko, że zza rzeki strzelano. Ktoś dobrze się przyłożył. Prosto w czoło.

Wujek Mietek kończy swą opowieść i nakłada sobie sernika i kawałek makowca. Kobiety dopytują, kto kawy a kto herbaty?

niedziela, 12 kwietnia 2009

Co się wydarzy w 2009 roku? - część 2

Pies mi odpowiedział swoim zagranicznym: Hur! Hur! – I cóż mi pozostało, jak nie odejść z pustą głową. Teraz w dół, więc już bez przesadnego zmęczenia, już wyluzowany we własnej niewiedzy. I zaraz ludzie wydali mi się sympatyczniejsi – a górskie powietrze dodawało mi animuszu.

W hotelu zmarudziłem godzinę, wykąpałem się, przebrałem – w barze wypiłem kawę i przez chwile obserwowałem ludzi. Ludzie tacy jak u nas, tyle że trochę piękniejsi, choćby przez to, że nie rozumiałem co do siebie mówią po hiszpańsku. Niedaleko od mojego stolika siedzieli Francuzi, z których pogawędek też nic nie rozumiałem. I pomyślałem sobie, jakie to szczęście być w tłumie nieznajomych, dostatnio ubranych i bez wyjątku sympatycznych ludzi, jeśli nie trzeba cierpieć ich pospolitości, przebiegłości i głupoty, która objawia się w słowach.

Zapłaciłem za kawę i poszedłem na umówione spotkanie z Markiem – tym doktorantem z Łomży. Choć byłem tu pierwszy dzień, sam wybrałem lokal przy Avenida Granderos. Urzekła mnie nazwa, której nie rozumiałem. I wędrowałem ze słownikiem w ręku, wędrowałem śmiało, zupełnie tak jakbym był bywalcem, wędrowałem do „Las Brasas” by być tam jako pierwszy, by zadomowić się tym dziwnym zadomowieniem, gdy wyprzedzimy kogoś o godzinę i dzięki temu stajemy się jakby gospodarzem miejsca.

I jestem, i siadam, i oglądam kartę dań bo uznałem, że zdążę coś zjeść na wszelki wypadek, gdyż tak naprawdę nie piłem wina z nikim pochodzącym z Łomży, a do tego jeszcze w Chile.

I kelner, ciemnoskóry bożek z aprobatą kiwa głową, bo wybrałem jak miejscowy – bez wahań i popisywania się swoją cudzoziemskością.

- Cozuela de mariscos i kieliszek mocniejszego pisco.

I kelner gdy z pomocą słownika wdaję się w uszczegóławianie zamówienia, z miejsca odgaduje, że jestem z Polonia. Już się cieszy na zapas, oraz z własnego obycia i częstuje mnie wiedzą jaką posiada o Polsce:

- A Polonia! A Boniek! A Waleza! A Domeyko! – Jestem w szoku, bo nie wymienił Papa Polaco – że też zawsze mnie musi coś takiego spotkać, czyżby Prawosławny? Ale nie dopytuję się tylko raduję się wraz z nim jego niestandartową wiedzą, i oczywiście jako Polak

Prawy chcę mu odpowiedzieć w podobny sposób, ale poza piłkarzem Francescolim…Co miałem mu powiedzieć?

-A Chile! A Francescoli! A Pinochet! A Allende! – tylko Ci trzej przyszli mi do głowy, więc się głupio uśmiechając – Gracia! Gracia! – Co miałem niby powiedzieć, skoro mi facet z Domeyki zajechał? I jakie szczęście, bo ten Francescoli to znowuż Urugwajczyk. Mógłbym zarobić w pałę!

Zjadłem tę niby zupę, ale to gęste coś w stylu naszej osobliwej fasolki po bretońsku tylko zamiast fasolki i kiełbasy występują w niej tak zwane owoce morza i kawałki ryb. Nawet nie wiem co, ale dobre.

Zjadłem, wypiłem pisco – zamówiłem butelkę półsłodkiego na początek i czekając rozglądam się po sali. I znowu uderzyło mnie to samo – gęby jak gęby – ale przecież w jakiś sposób uszlachcone swą innoplemienności. Ściszone rozmowy – najbliżej całkiem zwyczajny facet ale za to z Japonką i po japońsku coś do niej szepce. Ale może to Chinka? Jeśli to Chinka to chyba nie po japońsku a po chińsku. A może Wietnamka?

Ale już wchodzi Marek, ale nie sam wchodzi, tylko z jakimś brodaczem. I z daleka machają do mnie, więc ja też macham i uśmiecham się szeroko. Ten drugi, jakże by inaczej mogło być – też Marek, ale za to z Wrocławia. Witamy się i śmiejemy nawet niezbyt głośno, ale towarzysz Japonki, Chinki lub Wietnamki, która za chwilę okaże się jednak Japonką – już do nas podchodzi z groźną miną. Ale z bliska mina już nie groźna – tylko wesoła

– Cześć! Mam na imię Marek i jak widzicie jestem tu z żoną. Czy możemy się przysiąść? Ona jest Japonką – wiecie – my mieszkamy w Osace, ale ona prawie wszystko rozumie.

I oczywiście, i wspaniale – tyle tysięcy kilometrów od kraju przy jednym stole ja, trzech Marków i Japonka o imieniu Yukari – artystka na dodatek.

I po co było się tłuc na drugi koniec świata? Siedzimy, pijemy wino i uśmiechamy się do siebie, zadowoleni że przechytrzyliśmy rachunek prawdopodobieństwa.

Co się wydarzy w 2009 roku?

Hur! Hur! – powiedział pies. Nic więcej nie potrafiłem wymyślić a miałem napisać rozsądną i wiarygodną prognozę polityczną na rok 2009. Wiem, że początek jest w porządku, ale jest trochę za mało tekstu. Chciałem zmienić na „ powiedział pan pies” ale co to znowu za pan, co potrafi tylko powiedzieć: Hur! Hur!

Tyle to każdy głupi potrafi, ale na szczęście dowiedziałem się, że w mieście Calama mieszka pewien emerytowany historyk, który tak zapędził się w studiowaniu historii najnowszej, że doszedł już do 2011 roku.

- Tak się cholera zapędziłem, że nie zauważyłem chwili bieżącej i ją niepostrzeżenie minąłem – wygadał się siedząc na werandzie swego białego domu i popijając akurat herbatę z rumem.

Usłyszał to pewien niepoważny chłopiec i wkrótce za pośrednictwem Internetu ta wiadomość trafiła przypadkiem na moją pocztę.

Ktoś powiedział: - O zaraz tam, z Chile do Polski? A dlaczego nie? – odpowiedziałem pakując walizkę i ledwie ta moja odpowiedź dostatecznie wybrzmiała w przedpokoju, już byłem w drodze na lotnisko!

Fakt, że nie trzeba prosić się o wizę, bardzo ułatwił mi sprawę. Dopiero nad oceanem przeczytałem w przewodniku, że mogłem zabrać ze sobą 10000 dolarów, 400papierosów i 2,5 litra alkoholu. Machnąłem ręką bo nie leciałem do Chile jako jakaś zwariowana „mrówka” tylko, żeby się dowiedzieć co się będzie działo na świecie a przede wszystkim w Polsce, w roku 2009!

Chciałem się dowiedzieć nie w żadnym tam komercyjnym celu, a tylko po to by szpanować na blogu. Doleciałem do Santiago, a potem okazyjnym samolocikiem produkcji czeskiej do Antofagasty. Potem oczywiście autobusem do Calamy. W autobusie, aż ciężko to sobie wyobrazić – sami chyba Chilijczycy, ale nawet się za mocno nie bałem. Trochę ich nawet nauczałem o Polsce i naszej sytuacji politycznej. Jeden taki siwawy profesore chyba coś źle mnie zrozumiał bo zażądał od kierowcy zatrzymania pojazdu w dzikiej okolicy, niby w celu „na siku” a tak naprawdę zaczął uciekać. Kierowca musiał go złapać na lasso, ponieważ tam jest tak, że kierowca odpowiada za bezpieczeństwo pasażerów.

Po drodze spisałem sobie najważniejsze rzeczy, o które chciałem się wypytać. Całą listę sobie przygotowałem pytań. O gospodarkę, o konflikty zbrojne, o to, do ilu procent wzrośnie w Polsce poparcie dla PO? Czy będą wybory? Dla kibiców i aby zwróciła mi się podróż, miałem też pytania o różne imprezy sportowe, w tym mecze Polski w eliminacjach – na przykład ze Słowenią. No masę ciekawych pytań miałem w kajeciku.

Wysiadam w tej Calamie. Słońce świeci a zimno.

Wtedy mi się skojarzyło, że nie znam adresu. Dalejże wypytywać miejscowych przy pomocy podręcznego słownika. Już mnie tak ręce bolały, że postanowiłem iść najpierw do hotelu Diego de Almagro by rozpakować walizkę i coś zjeść, aż tu widzę: „Museo Arqueológico y Etnográfico del Loa” No, gdzie jak gdzie, ale w muzeum powinni historyka znać!

Wchodzę, jakiś facet w kraciastej koszuli przykręca panel stojąc na aluminiowej drabince. Ciągnę go za koszulę – Ej Siniore!

- Czego dusza pokutująca potrzebuje? – on do mnie i już było po kłopotach. Jakiś nasz doktorant i do tego z Łomży.

Znał, wytłumaczył, narysował trasę jak dojść, umówiliśmy się na wieczór w niezbyt odległej knajpce. Idę, a cały czas pod górę. Już mnie nawet przyroda ani tubylcy nie interesują, bo jak to mówią „język na wierzchu”

Wreszcie jest. Biały domek z werandą. Po asfalcie jakiś mało poważny chłopiec toczy koło od roweru. Może ten sam, co wówczas? Nie pytałem.

Dzwonię. Wychodzi gruba baba, zupełnie w typie naszych grubych bab. To ja do niej ze słownikiem, a ona, że profesor wyjechał i już go nie będzie w tym roku, ani pewnie w następnym, że niby coś takiego wyczytał, że się zwinął i czmychnął do Australii.

Ale ja twardo, bo koniecznie chciałem się czegoś dowiedzieć, ale baba gwizdnęła i zaraz się pojawił taki niesympatyczny duży kundel.

- Hur! Hur! – powiedział pies, to i poszedłem. I tyle się drodzy moi dowiedziałem o roku 2009. Tyle, co od tego psa chilijskiego, a przyznacie chyba, że to trochę zbyt mało żeby szpanować na blogu?

Koszule

Stoję sobie z kumplem Eustachym, i gadamy o bogaczach, że niby taki Kulczyk czy inny Krauze mógłby… albo i nie mógłby. Przy okazji gadamy też o kolei – „made in PKP” ( bo PKP to jest państwo, którego nie ma na mapach) – Że działa – I o tym jeszcze gadamy, że „wannolotów” jak nie było – tak nie ma!
Ukłony dla Papcia Chmiela!


W końcu zeszło na polityczne aspekty bogactwa – na oligarchów zeszło – niepostrzeżenie, a od oligarchów jak wiadomo, to do polityki znowuż tylko krok – znaczy zapętlenie jakieś.
Ale od polityki do koszul też kroczek niewielki!

Nagle mi się przypomniał starodawny dowcip i poczułem przymus by go opowiedzieć.

- Słuchaj – mówię – wiesz, jakie mam marzenie?

-Wrzód na plecach?

- Nie! Nie o to chodzi – Mam marzenie, żebym – jakby się przypadkiem paliła moja chata – zdążył wyskoczyć z płomieni choćby w jednej koszuli na grzbiecie!

- Ha ha ha – śmieje się mój kumpel i z tego śmiechu, aż usiadł na oblodzonym krawężniku – A co to niby ma być za marzenie? – Co byś z tego miał, że spytam?

- Miałbym przynajmniej koszulę na grzbiecie! – odpowiadam i śmiejemy się razem Ja z tego, że udało mi się skutecznie „sprzedać” stary szmonces, a Eustachy pewnie z tego, że nie wspomniałem o portkach.
Akurat mijała nas niewiasta odziana w brązy oraz róże, i aż splunęła na lodowaty trotuar!

- Wstyd! Świat się w kryzysie pogrąża, a tutaj na ulicy i śmiechy i chichy! I żeby to młodzież, ale stare byki publicznie rechocą…
Aż się popłakałem ze śmiechu i mówię:

- Wróćmy lepiej do koszul! Bo widzisz – mówię – Jedna partia polityczna jest bogata a druga biedna i liderzy…

- No właśnie – dopowiada Eustachy – Taki Korwin Mikke czy inny Giertych, to musi się pilnować żeby mu koszula na trzy dni bez prania wystarczyła!

- To ubierają czarne, granatowe – albo zwyczajnie ciemne – żeby na kołnierzyku nie było znać, a taki Pawlak to sobie rano wyciąga czystą i bieluteńką koszulę z szafy – z szafy trzydrzwiowej, gdańskiej!

- A to jest tak ogromna szafa, że wstawił sobie do środka łóżko, fotel i komputerów trzech – A koszule bierze ze specjalnej półeczki, chronionej przez BOR. To jest prawdziwy bogacz!

- A co tam Pawlak?! – Taki prezydent Kaczyński, to ma tyle koszul, że trzy razy dziennie się przebiera. Wszystkie nakrochmalone, śnieżnobiałe albo w innych tez doskonałych barwach. Sam miód i cymes! Rano, ledwie się obudzi, już hyc i… koszulę ubiera. Po południu świeżą, we wzorki – a wieczorem ubierają go w wieczorową! To jest bogacz niesłychany! Tyle ma koszul, że mógłby zakoszulić jakieś niewielkie państwo. A dla oszczędności, brat po nim nosi – ale nawet plamki się nie dopatrzysz!

– Bogacze!

- A Tusk? A lider Platformy Obywatelskiej i Premier na dodatek? Ten dopiero musi mieć…

- Tusk – ile ma koszul pytasz? A Pan Premier Tusk, to ma tyle koszul, że:
…zdejmuje koszulę – wkłada koszulę
…zdejmuje koszulę – wkłada koszulę
…zdejmuje koszulę – wkłada koszulę
…zdejmuje koszulę – wkłada koszulę
…zdejmuje koszulę – wkłada koszulę
…zdejmuje koszulę – wkłada koszulę

- I co dalej?

- Na końcu po zdjęciu ostatniej – przysłowiowej koszuli – ubiera piżamkę Donalda – tę z dziobem na plecach – i idzie nyny. Znaczy się – śpi, a z nim zasypia cały rząd, samorząd, a Księżyc, że się tak wyrażę – sobie świeci a muzom.

- Mam takie ptanie. Ta "ostatnia koszula" którą zdejmuje premier - to czyja jest?

sobota, 14 marca 2009

Szekspir

- Bo mnie to najbardziej ten Hamlet denerwuje. Wielu mnie denerwuje, ale ten Hamlet szczególnie.

Młody, bogaty, a nic mu nie pasuje, i czepia się - tym swoim ojcem nieżywym się przejmuje bez potrzeby - skoro facet nie żyje, a przecież każdy wie, że będzie szydera. Zamiast się dogadać, z jakąś korzyścią wyjść, unosi się jak…



- Tak, ten Hamlet, niby młody i zdolny, a zupełnie bez klasy facet. Nawet za czubka go mieli, a przecież mógł wybrać przyszłość, ale nie - uparł się karku nadstawić to i nadstawił.



- Bo ten Szekspir jest mocno przereklamowany, to znaczy nie w takim sensie jak w markecie, że jest promocja, a w takim, że chwalą zupełnie nie wiadomo za co, a on strasznie mało życiowe te teatry pisał.



- No przeceniony to jest. Jakby zamiast naszej Łebkowskiej, takie "M jak miłość" pisał, to bohaterów by wybił w drugim odcinku, albo takiego Pottera, to wcale by nie napisał. On w ogóle nigdy tyle nie napisał, i nie zarobił.



- I nie zarobi, bo nie żyje, a ja na dodatek w telewizji słyszałem, że to nie on to napisał, tylko inny zupełnie Szekspir napisał, a on tylko udawał, że pisze.



- Tak często jest, bo to pisanie to trochę jest udawanie takie.



- To fakt, ale słyszałem, że z tym pisaniem będzie koniec, bo nie ma głupich, żeby to wszystko czytać, jak każda książka ważna, tak czy tak będzie sfilmowana - to się obejrzy, a nieważnych nie filmują.



- Ale o tym Hamlecie też jest filmów, a czytać się tego nie da.



- Czytać się nie da, bo to wierszem jest napisane.



- Wierszem? U mnie były tylko kawałki wierszem.



- Bo ty czytałeś streszczenie, a mi stary podarł, a że nie chciałem czytać i płakałem - na głos mi czytał i nie mogłem iść do Pubu, zanim nie wysłuchałem kawałka i jeszcze musiałem mu streścić o czym było.



- Twój stary to piła, dobrze że u nas nie wykłada, tylko kafelki w łazienkach!



- Ale ze starego trochę miałem zryw, bo tak się przejął tymi lekturami a szczególnie tym Gombrowiczem. Jakby go znał tego Gombrowicza, albo miał procent od przeczytanej książki. Zaczął mnie molestować tym Gombrowiczem nawet przy obiedzie mnie nagabywał. I w końcu, zmusił mnie do czytania jakiegoś "Dziennika" tego pisarza, że niby łatwe i fajne.

Otwarłem i przeczytałem kawałek o tym, że ten Gombrowicz leżał na plaży i zobaczył robaka, który się wywrócił na plecy i machał łapami, i ten Gombrowicz go postawił na nogi i robak uciekł w cień, a potem drugiego i jeszcze, a potem zobaczył, że pełno na plaży tych robaków, i już się temu Gombrowiczowi znudziła zabawa. To jakiś wariat. Dobrze, że go wywalili z lektur!



- Tak napisał o tych robakach w książce? Ja p…ę!



-Albo taki film ostatnio leciał „ Chudy i inni” Polski, ale też strasznie nudny. Tyle, że grał syn tego aktora Pieczki, a taki do ojca podobny jak nieszczęście, ale nie oglądałem do końca, bo czarno biały, a czarno białych filmów nie oglądam wcale. Męczą mnie, bo co ja mam czarno biały oglądać, jak nawet w telefonie mam kolorowy ekran i wszędzie wszystko mam kolorowe.



- Patrz, a przecież w dawnych czasach nawet malarze obrazy malowali kolorowe. Taki Matejko na przykład. Widziałem tę jego bitwę i ci powiem, ze to nawet fajnie sobie na coś takiego popatrzeć.



- Tak jak mój stary. Też za młodego napstrykał zdjęć czarno białych, a kolorowych wcale. Jak go się spytałem czemu, to tak jakoś popatrzył.

piątek, 13 marca 2009

Książka skarg i wniosków

Sprzedawczyni odmówiła mi oleju poza kolejką twierdząc, że nie ma obowiązku rozglądać się po sklepie za każdym garbatym.



To nieprawda. Wpis obywatela podyktowany jest złośliwością. Oleju nie sprzedałam ponieważ wyszedł. Poza tym załoga naszego sklepu bierze udział w konkursie na najmilszą załogę sklepu w mieście i nie ma mowy o żadnej dyskryminacji klientów takich czy owakich. Poprzednia załoga, słusznie wymieniona na naszą brała udział w wielokrotnym prześladowaniu poprzez dyskryminacje, za co poniosła zasłużoną karę.



Przed chwilą zakupiłem w tym sklepie bez żadnych problemów dwa litry oleju rzepakowego. Niniejszym chciałem podziękować załodze sklepu za miłą i kulturalna obsługę. Tak dalej!



I nam również było bardzo miło gościć w naszych progach szanowną panią. Zapraszamy w przyszłości. Sam kierownik przesyła życzenia „Dobrego smażenia” Pozdrawiamy!



Czy ktoś wreszcie naprawi te pieprzone chodniki przed sklepem? Kupiłem, jak co dzień butelkę oleju i wychodząc ze sklepu wypierdzieliłem się, a olej mi się rozlał. Tak dalej nie sposób żyć! I jeszcze ze sklepu wyskoczyło jakieś chamidło w fartuchu i drze się na mnie słowami: Sprzątaj dziadu po sobie! A ja, choć faktycznie jestem emerytem to sobie nie pozwolę na takie….



Narzekanie klienta na chodniki jest bezprzedmiotowe. Przecież zaraz po objęciu sklepu przez naszą załogę wywiesiliśmy przed sklepem dużą tablicę o treści : Uwaga dziurawe chodniki! ze specjalnym rysunkiem dla ewentualnych analfabetów, przedstawiającym klienta przewracającego się z butelką oleju w dłoni i krzyczącego: Aaaaa… co uwidocznione jest w formie komiksowego dymku wychodzącego z ust przewracającej się postaci.

Człowiekiem w fartuchu nie było żadne chamidło tylko sam kierownik sklepu, a jego słowa były prześmiewczym nawiązaniem do ogólnie znanego na osiedlu chamstwa poprzedniego kierownika, obecnie nie wiadomo dlaczego zatrudnionego na stanowisku kierowniczym w delikatesach ku oburzeniu nas wszystkich. Poza tym jako dowód niech posłuży niesprzątnięta plama oleju pozostała po tym nieszczęśliwym wypadku, którą teraz trzeba omijać by się nie wywrócić.



Dlaczego olej rzepakowy sprzedawany w tym sklepie jest z dnia na dzień coraz bardziej mętny? Czy można coś z tym zrobić?



Wygląd ani smak oleju nie zależą od załogi sklepu. Winna jest światowa sytuacja rzepaku i oczywiste zaniedbania poprzedniej załogi, która nie zadbała w kontraktach z dostawcami oleju o zaznaczenie stopnia przejrzystości cieczy. My ze swojej strony zapewniamy, że nie ustaniemy w walce o wyższą i jeszcze wyższą przejrzystość oleju. Powstał koncepcja, aby olej używany do sałatek filtrować przez gazę, ale to każdy klient powinien robić we własnym zakresie a my weźmiemy na siebie trud sprowadzenia gazików z apteki.



Przed chwilą zakupiłem w tym sklepie bez żadnych problemów pięć litrów bardzo smacznego oleju rzepakowego i wcale mi nie przeszkadza tych parę paprochów gdyż olej jest wyjątkowo smaczny. Niniejszym chciałem podziękować załodze sklepu za miłą i kulturalna obsługę. Z pewnością jest to najmilsza i najsympatyczniejsza załoga sklepu. Ja i cała moja rodzina trzymamy kciuki za wasz sukces, bo wasz sukces w konkursie na najmilejszą załogę będzie i naszym sukcesem!



W imieniu kierownictwa dziękuję! Damy radę! Precz z załogą delikatesów!



Pełne półki oleju, ale w głowach tutejszych sprzedawców zauważyłem jego brak. Paradoks!



Pani Renatko, pani wyjdzie z zaplecza! Tu jakiś debil się dopisał, że paradoks. Co tu teraz odpisać?

czwartek, 12 marca 2009

Ulica im. Chłodnego potwora

Ludzie to już naprawdę mają głupie zmartwienia.

W naszym mieście powstała zupełnie nowa ulica. Ludzie sobie wybudowali domy, zamieszkali w nich, małe dzieci zaczęły biegać po trawnikach, a świadkowie Jehowy, w najlepsze roznosili swoje gazetki, gdy nagle ktoś się zorientował, że ta nowa ulica nie powinna być już przedłużeniem ulicy Margarynowej, ponieważ jest właściwie zupełnie nową ulicą i z margaryną nie ma nic wspólnego.

Ludzie zrobili zebranie, bo chcieli wybrać taką nazwę dla ulicy, przy której mieszkali, żeby „czuć się u siebie” Ale to nie jest proste, wybrać nazwę dla ulicy, przy której się mieszka.
Ludzie zaczęli się namawiać, tworzyć różne koterie, grupy nacisku.

Na zebraniu byli prawie wszyscy mieszkańcy, a za stołem prezydialnym zasiadły władze gminy, w osobach burmistrza i jego chimerycznego zastępcy.

Władza poparła myśl, że nazwa ulicy powinna coś symbolizować, i razem z mieszkańcami odrzuciła precz, knowania mieszkańców Margarynowej, by nowej ulicy nadać nazwę „ Masłowej”, co miało niby podtrzymywać jakąś tradycję, ale nikt nie wiedział, jaką?

Ktoś krzyknął coś o cholesterolu i powiało grozą. Wówczas wstał jeden gość, z takich co zawsze wstają na zebraniach i mówią, i zaproponował, by ulica nazywała się „ Męczenników liberalizmu”

Potem miejscowy nauczyciel zaproponował, by patronem został „ Szary człowiek, ofiara przemian ustrojowych”

- Sam pan jesteś szary! – usłyszał pomysłodawca

Chimeryczny zastępca burmistrza zaproponował “Wincentego Witosa” ale został oskarżony o „peeselizm” a jego kompromisowa propozycja, by Witosa zamienić na Kadłubka, została wyśmiana jako przejaw nepotyzmu, ponieważ wszyscy wiedzieli, że teść pomysłodawcy ma na imię akurat Wincenty i prowadzi sieć warzywniaków, składającą się z dwóch warzywniaków.

- Podlizuch! Kapitalista! – krzyczano, i chimeryczny zastępca więcej się nie odezwał, ostentacyjnie śledząc do końca zebrania muchy uprawiające seks na suficie.

Młody wykształciuch wyskoczył z Gombrowiczem, a jeden taki ponury i głupkowaty inżynier zaproponował, by ulica nazywała się: „ Prosta” albo „ Mięsna”

Siedziałem na tym zebraniu, jak na „ tureckim kazaniu” bo sam mieszkam na “Długiej” i nie widzę w tym żadnego problemu. Może, gdybym mieszkał na “Krótkiej” albo “Poprzecznej”?

Sam nie wiem.

Zupełnie nie wiem też, po co polazłem na to zebranie, ale jak już tam byłem, to wyskoczyłem z takim głupim pomysłem, żeby mieszkańcy demokratycznie wybrali nazwę.

I tak się stało, bo kto nie ceni sobie demokracji?

Tyle, że jak zaczęli uzgadniać, dochodzić do kompromisów, konsensusów i wnosić poprawki do poprawek, w końcu po kilku godzinach wybrano nazwę, która nie zadowoliła nikogo, poza mną oczywiście, gdyż miałem dużo przy tym zabawy.

Nieco na siłę wybrano nazwę: „Głodnego Potwora” a po kolejnej burzy głosowań, zmieniono ją na : „ CHŁODNEGO POTWORA” I tak już zostało!

Trudno znaleźć człowieka mieszkającego przy tej ulicy i zadowolonego z tej nazwy. Mimo, ze cała dyskusja była protokołowana w przytomności wszystkich mieszkańców, zupełnie dojść nie można, jak to się stało.

Tylko Burmistrz rozmarzył się, że być może trafi dzięki tej nazwie do Teleexpresu.

Był wieczór, gdy pod remizą paliliśmy fajki, dyskutując nad procedurami, które doprowadziły do wybrania tak dziwnej nazwy.

Tylko pan Janek, znany społecznik i znawca, dowodził, że na tym właśnie polega demokracja.

-Wszyscy się wypowiedzieli, a nikt nie jest zadowolony z efektu! – grzmiał przed remizą, energicznie popluwając na chodnik drobinami tytoniu, ponieważ pan Janek, miał osobliwy zwyczaj odrywania filtrów od palonych papierosów.

- A co wy sobie myślicie? Niby jak konstruuje się budżet państwa? – zdążył zapytać retorycznie, i tak mocno zaciągnął się papierosem, że uległ samospaleniu.

Patrzyliśmy, jak wiatr rozwiewa kupkę popiołu, która przed chwilą była panem Jankiem, zwolennikiem demokracji.

Ktoś zaproponował, żeby chociaż rozciągnąć węże, bo przecież stoimy przed remizą, ale wszyscy wzruszyli ramionami, i rozeszli się po domach.

Ci z „ Chłodnego potwora” poszli przez łąkę na skróty, a ja poszedłem po słoik, by zebrać w niego, choć trochę pana Janka na pamiątkę, nim go wiatr całkiem rozwieje a deszcz rozpuści.

poniedziałek, 9 marca 2009

Prowincjonalne VooDoo

Ludzie są jednak bardzo dziwni.

Taki jeden mój znajomy, niby człowiek poważny i wykształcony a nagle się dowiaduję, że po pracy jest czarownikiem Voodoo. Przedtem lubił łowić ryby a teraz lubi czarować i rzucać uroki na ludzi o których mówi, że mu nie pasują.

Jeździł sobie autkiem nad rzekę i tak się relaksował. Od żony i dzieci odpoczywał na łonie natury. Pod wierzbą siadał, kij w rzece moczył i o czymś pewnie dumał.

O czym to nie wiem, ale jak ktoś siedzi kilka godzin i patrzy na wodę, to chyba o czymś tam myśli, a nie tylko bąki zbija.

Znudziło mu się i teraz jest czarownikiem. Wszystko przez to, że odziedziczył po teściu jakieś afrykańskie klamoty, w tym kilka bębnów całkiem dobrych. Najpierw chciał ten majdan opchnąć na allegro, ale się widać rozmyślił.

Teraz kombinuje, że sobie łatwo dorobi jako szaman i ten cały czarownik. Dowiedziałem się o tym jego Voodoo, bo polazłem do niego pożyczyć drabinę.

Już mnie zdziwiło, że po domu kręci się czarny kogut i gości, czyli akurat mnie, bezczelnie zaczepia. No to pytam:

- A ty Józek, drób w domu hodujesz? Majka ci pozwala?

No to on mi opowiada, że nie hoduje, tylko potrzebuje krwi czarnego koguta do czarów, ale nie potrafi koguta łajdaka zabić i wyobraźcie sobie, że nóż do krojenia chleba mi do ręki wciska. –A idźże z tym swoim nożem, nie przyszedłem nikogo zabijać, tylko drabiny pożyczyć tej długiej.

No to on mnie ciągnie do tej swojej komórki, a kogut łajdak mnie po nogawkach dziobie i za nami podąża. A ten gada i gada o tych swoich czarach, umiejętnościach wydumanych, w bębny bez odrobiny talentu uderza. Bałagan w tej komórce nieziemski. Nie dość ze ciasno, to przez środek parawan, jakiś ołtarzyk dziwaczny. Świece w biały dzień zapala, jakieś kadzidełka cuchnące. Pomyślałem, że mu odbiło, ale widzę, że flaszkę absolwenta z pod stolika wyciąga, czyli jeszcze wśród żywych go liczę. Nalał mi małego i sobie też.

Ja wypiłem jak człowiek, a on do gęby nabrał i jak na mnie gorzałka nie prychnie! Dobrze, że odskoczyłem ale trochę mnie poświęcił.

Miałem wiać, ale ciekawość zwyciężyła.

No to siadam i tylko proszę, żeby przestał śpiewać bo coś go naszło i zaczął jakieś murzyńskie wygibasy. Przestał ale za to poprosił mnie o kilka moich włosów i chusteczkę do nosa. No dałem mu te włosy, ale chusteczkę to miałem tylko jednorazową. Dałem choć zażądał bym najpierw tą chusteczką nos sobie utarł.

Pokręcił się w tym bałaganie i pod nos taką laleczkę z plasteliny mi podetknął z kępką moich włosów na głowie i w tej chusteczce, niczym w płaszczu kąpielowym.

W drugiej łapie taki drut do robienia na drutach trzyma, który pewnie żonie zakosił.

Myślałem, że wiem co będzie dalej, bo z filmów znam takie sztuczki. Nawet postanowiłem, żeby mu zrobić przyjemność i trochę udawać ból jak on tą lalkę nakłuje a wyśmiać go dopiero na odchodnym. Ale tego co nastąpiło zupełnie się nie spodziewałem!

Jak mnie łobuz tym drutem w bok nie kujnie, aż podskoczyłem na krześle. I jak mnie kujnął to takim piskliwym, strasznie fałszywym głosem, że to niby ta lalka mówi, zawołał:

- Ojej nie rób tego więcej bo mnie zabijesz! Teraz widzę, że jesteś prawdziwym czarownikiem Voodoo.

Ale on widzę, nic sobie z błagań tego plastusia nie robi, tylko kombinuje żeby znowu mnie ukłuć.

Dziękuję za taki pokaz magii. Toż to straszliwa tandeta i oszustwo!

Ale że drutem celuje to ja w nogi. On za mną, kogut za mną, ale byłem szybszy i zwiałem.

Post scriptum

To działo się ponad rok temu. Tak wówczas myślałem.

Z ogromną goryczą muszę dopisać do tej błahej historyjki pointę.

Nie, Józek nie zwariował i nie zabił siekierą rodziny. Fakt, że rzucił robotę, ale nie dziwię się, bo skoro na tym czarowaniu głupiego ludu taką kasę wyciąga, też bym tak zrobił.

Mówił mi ostatnio, że koniunktura na takie rzeczy dopisuje jak nigdy. Fakt, kolejki mu przed domem stoją.

Jeszcze bezczelnie mi opowiada, że być może wkrótce weźmie się też za uzdrawianie przez Internet, bo na zachodzie takie trendy są. Najpierw powiada, będzie leczył zwierzęta, dla bezpieczeństwa, a jak się sprawdzi zabierze się za ludzi.

Stawiam mu obiekcje, że przecież o czarach czy uzdrawianiu pojęcia nie ma, a on na to ze śmiechem.

– Coś ty jarecki, w zabobony wierzysz? Przecież to bujda! Ważne, że te głupki wierzą i kaskę zupełnie za nic mi znoszą. Żyć nie umierać, a pomyśleć że harowałem tyle lat, zanim mnie oświeciło, że ludzie tacy głupi są.

Zapytałem, kiedy takiej iluminacji doznał, choć przecież przeczuwałem odpowiedź.

- Na rybach kochany, na rybach. Jak się tak siedzi kilka godzin i patrzy w wodę, to człowiek zastanawia się nad różnymi sprawami. Na przykład, że taka ryba za kawałkiem jakiegoś szajsu pędzi do mnie, a ja ją w łeb i moja jest. To mi się skojarzyło z polityką, a polityka z czarami, a że ostatnio powtarzali w telewizji Bonda i w tym Bondzie było to całe Voodoo, no to wiesz…

- Józek, ale to przecież strasznie głupie!

- Gdyby to było mądre to guzik bym zarobił, a tak…

Ludzie są jednak bardzo dziwni.

niedziela, 8 marca 2009

Szuszfole i śmierć


Było trzech braci. Dwóch porządnych i jeden szuszfol. Ci porządni wyedukowali się znakomicie i zostali milicjantami. Do dzisiaj najstarszy z braci zdążył nawet umrzeć. Zresztą po co o nich pisać skoro nie będą występowali w tej opowieści? Zaznaczyłem, że milicjantami, żeby nikt mi nie zarzucił, że jakąś patologiczną rodzinę opisuję.


Dwaj bracia opuścili dom i matka została z dwoma szuszfolami. Nie da się ukryć, że jej mąż też miał takie szuszfolskie skłonności. Nieraz oberwał ścierą za gmeranie brudnymi paluchami w rosole, albo za opieranie się o czystą ścianę swym brudnym ciałem odzianym w naprawdę brudne ciuchy.

Już mniej więcej wiecie co to znaczy szuszfol, ale muszę w tym miejscu zaznaczyć, że synek znacznie rozwinął talent odziedziczony po ojcu.

Rozedrzyjmy kurtynę czasu i wejdźmy śmiało w sam środek tej sceny. Nie trafiliście pod Agincourt, ale za to ujrzycie coś naprawdę awangardowego.


Oto sypialnia wiejskiego domu. W kącie telewizor Rubin, przykryty serwetką a na nim szklana ryba w kolorze błękitnym. Na jednej ścianie obrazy o treści pobożnej, na drugiej widoczki. Podłoga przykryta rudą wykładziną. Na kaflowym piecu ktoś sprytnie zawiesił kilka wianuszków suszonych grzybów.

Dwa łóżka.


W tym pod świętymi obrazami kona akurat stary szuszfol. Charczy, dusi się i poci ale ciężko mu to umieranie idzie. Ledwie wczoraj założył w domu centralne ogrzewanie i żona zmusiła go do kąpieli. Teraz żegna się z życiem, podczas gdy jego małżonka nic o tym nie wiedząc wybrała się załatwiać sprawy urzędowe w Gminie!


Pod ścianą z widoczkami siedzi w pościeli syn szuszfol i na pierzynie reperuje motor.

Aż dziwne ale rozłożył gazety a konkretnie Zielony Sztandar i właśnie w tym dramatycznym momencie rozbiera silnik na części. Reszta motoru leży koło łóżka.

Nie chciało mu się wychodzić na zimno, a w sobotę ma zamiar jechać swą wsk-ą na zabawę.

Diabli wiedzą, po jaka cholerę przyniósł z szopki nawet kask. Skrzynka z narzędziami na poduszce. Między nim a ojcem biegają trzy kury i zawzięcie dziobią wykładzinę. Gdy zbliżają się do motocykla, młody szuszfol woła na nie: - sio!


Wpada sąsiadka i widzi co się dzieje.


- Jezu! Jezu! Ludzie ratujta bo stary szuszfol umiera!


Za chwilę pełna chata ludzi. Gwar i sto dobrych rad. Ktoś biegnie do sołtysa by dzwonić po karetkę.

Syn zabiera się za rozkręcanie gaźnika.

Kury skaczą i wszędzie gdaczą ze strachu!

Ktoś podaje umierającemu wody w butelce po śmietanie.

Umierający krzyczy z przerażenia widząc wodę.

Jakiś dobrodziej wsiada na rower i pędzi po księdza.

Zahaczona rękawem szklana rybka spada z telewizora i roztrzaskuje się na podłodze.


Facet z butelką po śmietanie rozpoznaje sam w sobie sołtysa i krzyczy na całe gardło:


- Nie zadzwoni bo mnie nie ma w domu! Wybiega!


Ludzie apelują do umierającego by poczekał na pogotowie albo na księdza, a przynajmniej na własną żonę!


- Nie umieraj! Nie umieraj!

Nagle chory siada wyprostowany na łóżku i strasznym głosem oświadcza!


- Umieram! Diabła widzę!


- Jak diabła widzisz, to lepiej umieraj- doradza znająca się na rzeczy sąsiadka staruszka.


Nieporozumienie się wyjaśnia bo to tylko synek przerwał naprawianie motocykla i niespodziewanie stanął u wezgłowia ojcowego łoża boleści.


- Ojciec, umierasz czy nie bo jak nie umierasz to napalę w piecu a jak umierasz to lepiej zostawię chłodek.


Wpada lekarka w asyście sanitariuszy.

Kura atakuje lekarkę! Sanitariusze walczą z kurami.

Ludzie pozbawieni uczuć wyższych zaczynają się śmiać.

Lekarka bada starego szuszfola i z miłym uśmiechem wypytuje umierającego o różne szczegóły. Wchodzi ksiądz.


- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!


- Na wieki wieków amen- odpowiadają zebrani chórem, poza lekarką, która jest ateistką ale mimo tego stawia trafną diagnozę i osobiście daje konającemu jakiś zastrzyk.


Ludzie szepczą po kątach, że to zastrzyk śmiertelny, ale to nie jest prawda.

Lekarka zwraca się do księdza:


- Pan tu nie jest potrzebny. Zwykły napad histerii i tyle.


Do pokoju wbiega nagle wprost z dworu kwiczący i dziarski świniak. Lekarka dostaje ataku histerii. Ksiądz się śmieje.

Świniak włazi do łóżka, kura na telewizorze a ktoś w tym zamieszani wlazł na szkło i rozciął sobie stopę przez gumiaka! Wszędzie krwawe ślady!

Za drzwiami młody szuszfol zaśmiewa się z żartu ze świniakiem.

Panopticum!

I w tym momencie wraca matka i żona szuszfoli. Widząc to wszystko załamuje ręce.

- Was to zupełnie nie można samych w domu zostawić. A ty stary co? W sklepie mówili, żeś umarł a ty ze świnią w łóżku się mocujesz. Widzi ksiądz, co ja mam z tymi moimi chłopami?

-?

-Szuszfole i tyle!

( Zaletą tej opowieści jest to, że jest to opowieść prawdziwa. Autor nie mógł co prawda powstrzymać się przed dodaniem kilku szczegółów, ale nie są to szczegóły istotne dla tej przejmującej opowieści)

Socjalizm

Dwadzieścia lat temu Jarecki pracował jako magazynier.

Firma jeden z magazynów miała na wsi, w przerobionej stodole. Składowano tam towar, który zajmował zbyt dużo miejsca.

Papier toaletowy w papierowych workach, watę w workach foliowych i czasem podpaski. Pół stodoły zajmowały znicze szklane w paczkach przewiązanych sznurkiem.

Znicze jako asortyment dzieliły się na trzy rodzaje w przeciwieństwie do papieru toaletowego, waty i podpasek, które były zawsze takie same. Znicze były różnorodne!

Z tych najmniejszych wyciągało się wkłady i można było elegancko pić wódkę z kolorowych literatek.

Panem na włościach był pan Józef. Przyjeżdżaliśmy razem z nim by pomóc przy rozładunku. Wielka ciężarówka wjeżdżała na podwórze i my rozładowywaliśmy tego smoka. Tak naprawdę to mówiło się: rozbijaliśmy. Rozbijaliśmy tego smoka.

W stodole piętrzyły się pod sufit skarby epoki późnego PRL-u, a my rozpijaliśmy kolejne flaszki dyskutując o literaturze, kobietach i świństwie komunizmu. Zawsze było wesoło i twórczo.

I zawsze powtarzała się taka scena. Niestety Chełmoński już nie żyje a tylko on miał takie oko do chłopskiego pejzażu.

Luty. Śnieg spływa i na dodatek mży. Przyjeżdżamy Żukiem i czekamy na naszego tira. Józio otwiera magazyn i zdejmuje z półki flaszkę. Pijemy i palimy Klubowe king size. Magazyn jest do tego stopnia pusty, że nie ma na czym usiąść.

Nadjeżdża dostawa i kierowca odpina plandekę. Stoję koło zabitej dechami studni i patrzę jak nadchodzą, jak nadbiegają. Widziałem to wiele razy ale zawsze ten widok ujmował mnie za serce.

Jeśli ktoś łaknie definicji socjalizmu to niech sobie nadal łaknie. Dla mnie to było właśnie to! Socjalizm.

Oto przez pola, grzęznąc po kostki w błocie nadlatuje chmara ludzi. Pod smutnym ołowianym niebem ciemne sylwetki na śniegu. Ludzie rozpoczęli pogoń za deficytowym dobrem. Każdy ściska w łapie forsę, a ci co chcą więcej, co nie zadowalają się byle czym, niosą za pazuchami, za paskami, flaszki.

Jak będzie papier, kupią papier. Jak wata, watę. Jak podpaski, niektórzy wezmą nawet i podpaski.

I nie ma tu żadnego oszustwa bo Józio nie bierze od nich grosza więcej, ale jak ktoś chce więcej niż worek, wiadoma sprawa, że flaszka musi być. Albo jak ktoś sobie zamówi z magazynu cos rarytaśnego jak na przykład karton kremu Nicea, no to wiadomo, ale wszystko bez prinuki, na luzie.

Już są. Awangarda podgląda pod plandekę i śmiechy milkną. Teraz to się nazywa ogólna konsternacja.

Jeden Pan, zziajany i ubłocony zwraca się wprost do Jareckiego, który nonszalancko tłucze obcasem skorupę lodu.

- Panie, do kurwy nędzy, na chuj komu w lutym znicze?

A Jarecki, przyszły bloger Salonu24 odpowiada z miłym uśmiechem:

- Socjalizm drogi panie, socjalizm!

Potem sobie rozmawiamy i gość częstuje mnie wiśniowym bimberkiem własnego wyrobu. Oparci o wilgotny mur delektujemy się osobliwym smakiem i palimy papierosy.

- Niech ich wreszcie trafi szlag! – mówi na odchodnym starszy pan w kufajce przepasanej skórzanym czarnym paskiem, unosząc ze sobą resztę osobliwego bimberku i pewnie jakieś ciepło i wesołość wewnętrzną bo jeszcze dwa razy zatrzymuje się, odwraca i macha mi ręką.

Zabieramy się za robotę, bo przed nami całe dwadzieścia ton. Trzy gatunki zniczy szklanych. Małe, średnie i duże.