Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tekstowisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tekstowisko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 grudnia 2012

Tekstowisko zamarzło? - Tekst publikowany w celach archiwalnych

http://txt-atrium.pl/jarecki/62167.html
Pozaziębialiście się, czy co?
A mówiłem; Grzesiu, na sanki można iść, bo zima, ale przez cały dzień na teczce z kajetami uczniów zjeżdżać z górki to jest lewicowy fanatyzm!
To samo dotyczy Maciejowczaka z Magią.
Wiem, latem bałwana ulepić się nie da, ale pomysł stworzenia galerii politycznych bałwanów to zadanie dla kozackiej chorągwi/spieszonej, a nie dla parki takich gołąbeczków.
Sergiusz siedzi chociaż w cieple, ale on zawsze siedzi w cieple, ponieważ kożuch zdejmuje dopiero w czerwcu. I onucki.
Tekst poniższy został opublikowany na stronie  http://txt-atrium.pl/ Tutaj pojawia się tylko jako przeznaczony do archiwum. Ewentualnych czytelników proszę o przelogowanie się na TXT i czytanie "tamój"

Weście przykład ze mnie. Nie w sensie ogólnym, bo to mógłbym polecić jakiemuś rozczochranemu wrogowi, ale w takim, że ledwie wstałem z łoża boleści, zaraz się zalogowałem na tekstowisku i dobrym słowem chcę was pokrzepić. Właśnie tak!
Poszedłem wczoraj do sklepu. W uszy zimno gdyż dla dodania sobie fantazji nie założyłem czapki. Dodam, że coś mnie bodło w lewym boku. Przed wyjściem chciałem spisać testament, ale z powodu braku mienia, którym mógłbym rozporządzać, oraz kancelaryjnego papieru, zaniechałem.
Kupiłem ziemniaki, dwa kilo marchwi, cztery pomarańcze, ser dojrzały i trochę wołowiny na tatara. Nadkładając drogi udałem się do kiosku po gazetę i papierosy. Z przyzwyczajenia. Przed kioskiem uświadomiłem sobie, że nie mam ochoty na żadną gazetę i tak się tym zdenerwowałem, że zapomniałem o tytoniu. Stało się! Przestałem być zwierzęciem politycznym! Już się nie będą tubylcy śmiali ze mnie, że idę z zakupami i po drodze czytam gazetę.
Z tą marchwią to jest historia! Moja Algusia dostała jakiejś manii gryzienia marchwi. Dokuczliwy nałóg! Wróciłem i widząc mój szkaradny wygląd, rzeczona Alga kazała się meni położyć do łóżka, co chętnie uczyniłem. Włączyłem laptopika i próbowałem obejrzeć jakiś film. Nie wiem dlaczego, ale trafiałem na same głupie filmy. Nie zdziwiłem się, ponieważ dziwnymi wiedziony myślami, łaknąłem horroru. Jeden był nawet niezły „Kobieta w czerni” ale znowuż dość straszny, a ja byłem sam w pokoju. Słyszałem co prawda Algę gryzącą marchew, ale strach mnie nie opuszczał. Wyłączyłem.
W związku z tym, przeczytałem ze 400 stron „Trylogii Rzymskiej” Valtariego a na kolację zjadłem ogromny talerz tatara, pomimo przestróg, że to niezdrowy pomysł. Przemogłem się i zjadłem! Dzisiaj obudziłem się niczym nowo narodzony. W boku nie boli, spojrzenie jasne, gęba rumiana.
Spacer z Różą. Świat się błyszczy, uszy marzną, ale bez przesady, jak to niektórzy z was, co jak widzę pozamarzali. Róża uwielbia śnieg. Kładzie się w śniegu i trzeba ją śniegiem nacierać. Nie polecam tego merlotowi, joteszowi czy innym tutejszym, ponieważ Róża ma zimą futro jak niedźwiadek, a wy nie macie!
Zasiadłem do kompka. Polatałem po portalach. Brzęczenie much, chociaż zima. Z braku gazety przyniosłem packę, nie pomogło. Kaczyński się zmniejszył niemiecko i zaraz stał się tańszy. Jakiś dureń podniósł dłoń świętokradczą, Siwiec się przenosi, czasopisma zdychają lub się mnożą, dziennikarze odkryli, że są hipokrytami. Do much brzęczących dołączyły komary i tną.
Jedna dobra informacja jest taka, że Igła poszedł do fryzjera i obciął się na Młodego Piasta, pod garnek.
Zajrzałem na Tekstowisko. Ostatnie logowanie sprzed dwóch dni i 15 godzin. Od razu pomyślałem, że pozamarzali, pochorowali się, zjedli coś nieświeżego.
Prawda li to?

piątek, 16 września 2011

Jajco frajer - czyli wybory Polaków

Byłam dziś w Koninie, aż dwa razy. Dwa, no niestety, tak mi się zdarzyło. Choć nie posiadam własnego środka lokomocji, musiałam przemieścić się do miasta powiatowego dwa razy komunikacją publiczną.

Pewnie, każdego nurtuje ten „Jajco”. Jest to i dla mnie zagadką Zagadka polega na tym, że od dwóch lat, kiedy to przemierzam autobusem drogę z Goliny do Konina, zawsze mi ten Jajco towarzyszy. Towarzyszy w dość specyficzny sposób, są to napisy sprayem na murach bloków nowego osiedla, które powstało około 93 – 94 roku. Napisy pojawiały się cyklicznie. Na początku był to po prostu „Jajco”, potem „Jajco –Frajer”, by na końcu zostać ”Jajco frajerem z powołaniem”

Kim może być ten „Jajco”?

Może wyborcą PO, SLD, albo PSL, czy Palikota. Może jest też wyborcą PiSu, albo ma w dużym poważaniu politykę Polską. Nie ważne. Ważne jest to, że Jajco zdobył pewną lokalną popularność!

Jajco odzwierciedla wybory Polaków!

Jajco jest frajerem.

Jajco ma powołanie?

Jak może frajer mieć powołanie?

Do frajerstwa?

Jak facet z powołaniem może być frajerem?

A ilu z nas poczuje się frajerami po tych wyborach?

Na przystanku autobusowym, w czasie gdy przyjechał już mój autobus, zasłabła pewna pani…nikt nie zareagował. Mną aż wstrząsnęło, było dużo ludzi czekających na swoje połączenia. Była w rozdarciu, czy zrezygnować z autobusu i pomóc tamtej pani? Wreszcie krzyknęła i zasugerowała, że trzeba wezwać karetkę…ale…no tak ,nie poczekałam, cała godzina na przystanku mi się nie uśmiechała. Bo następny autobus miałabym za godzinę.

Zwłaszcza, że musiałam odebrać Krzysia ze szkoły i zobaczyć, czy z moją własną mamą, która jest bardzo chora i którą zostawiłam samą w dom ..., że tu wszystko jest w porządku.

Czuję wstyd, że nie poczekałam na pogotowie. Głupio mi. Ale jestem frajerem. Kimś, kto chce zbawiać wciąż świat i może nawet budzi sympatię, ale raczej jest zabawny.

Mam nadzieję, że tamta Pani ma się już dobrze, że… O Boże! Ta utrata przytomności , była tylko chwilową niedyspozycją spowodowaną niskim ciśnieniem atmosferycznym.



A może w każdym z nas drzemie ten „JAJCO FRAJER Z POWOŁANIEM"?



Serdeczności.

wtorek, 30 sierpnia 2011

PO snu

Śniła mi się czarna kula, która niby to nic nie robiła, ale istniała bardzo aktywnie. Do tego stopnia, że zmuszała do reakcji. Chciałem ją kopnąć ale była zbyt duża. Próbowałem popchnąć, ale była zbyt ciężka.
Rozpocząłem systematyczne badanie kuli. Polegało to na tym, że dwukrotnie obszedłem kulę stukając pięścią tu i ówdzie.
W odpowiedzi kula dzwoniła jak budzik a na jej powierzchni powstawały wklęśnięcia.

Bardzo cienka ta kula - pomyślałem - Powinna być lekka a nie jest!

Wydedukowałem, że musi być przytwierdzona do podłogi.
Zacząłem trzecie okrążenie i nagle stanąłem jak wryty. Dostrzegłem drzwiczki prowadzące do wnętrza kuli, ale drzwiczki tak małe, że chyba jedynie mysz mogłaby nimi wejść.
Była tam mała klameczka, a nad klameczką napis złożony z maleńkich literek. Na szczęście odkąd zacząłem poszukiwać sensu naszego istnienia, zawsze mam przy sobie lupę. Sięgnąłem za pazuchę i odczytałem napis.

“Przedmiot PO kuli”

Zadrżałem na myśl, że polityka do tego stopnia mnie zżera, że wdarła się do snów, ale uspokoiłem się, że chodzi o “przedmiot pełniący obowiązki kuli” Jakoś tak sobie pomyślałem i cap dwoma paluchami za klameczkę.

Drzwiczki się otwarły i zajaśniało. Włożyłem palec - nic. Przytknąłem oko - jakieś błękity.
Odwróciłem lupę i spojrzałem na siebie. Zaraz się zmniejszyłem i przelazłem przez drzwi. Dla bezpieczeństwa, z obawy przed nieznanym, podparłem drzwiczki lupą, wyprostowałem się i rozejrzałem dokoła.

Stałem na chodniku rojnej i gwarnej ulicy, a przechodnie mijali mnie z lewa i prawa. Samochody trąbiły na siebie a mnie zaswędział duży palec u prawej nogi.

Stałem na wprost witryny sklepu, gdzie handluje się mięsem. “PO Rzeźnika” głosił szyld i zachęcał do wejścia tarczą z wizerunkiem uciętej ludzkiej głowy, głowy jak doprecyzowano, Samuela Zborowskiego.
Wszedłem, stanąłem w trzyosobowej kolejce i popatruję po hakach.

- Poproszę trzy kilogramy PO parówek - zażyczyła sobie staruszka w różowym garniturze. Tylko żeby trociny nie były z olszyny bo mi szkodzą.

- Absolutnie, proszę szanownej klientki, dzisiaj są topolowe, niech tu na miejscu skonam! - Zaklął się sprzedawca i zgodnie z logiką snu, natychmiast skonał w męczarniach.

Cóż było robić, przecież nie będę wdawał się w awantury we śnie. Wyszedłem.

Pędzi jakaś kobiecina w chustce na głowie, od razu widać, że awangardowa artystka albo dziennikarka i wymachuje dwoma rondlami bez dna.

- PO rondli przywieźli! Ludzie lećta, bo dają na Borsuczej!

I wszyscy biegną na Borsuczą, bo tam rondle bez dna dają.

Złapałem kobiecinę za rondel i pytam grzecznie, po co komu rondel bez dna, a ona zaraz za gwizdek i gwiżdże przeraźliwie.

Nadbiegli PO policjantów i dalejże okładać mnie czymś co było PO pał policyjnych, a tak naprawdę rodzajem chudych, pluszowych niedźwiadków.

- Od dawna mieliśmy cię na oku, ty burzycielu spokoju! - Krzyczą w uniesieniu. Ciągną mnie do samochodu, który był pierwotnie PO karetki pogotowia, a obecnie został PO suki. Skuty galaretką wieloowocową PO kajdanek, widzę i słyszę jeszcze staruszkę w różowym, udzielającą wywiadu do cegły PO mikrofonu i mizdrzącą się do wiertarki udarowej PO kamery.

- Zwróciłam uwagę na tego typa w masarni, ponieważ nachalnie rozglądał się po hakach.

- No to się doigrałeś! - Zwrócił się do mnie krokodyl PO policjanta.

- No to się doigrałeś! - Zwróciła się do mnie żona, wskazując na budzik PO budzika. Wskazywał ósmą.

- Przecież dzisiaj niedziela! - Nieśmiało zaoponowałem.

- Niedziela? Fakt! To czego się drzesz od rana? PO i PO! Do wyborów jeszcze miesiąc a ty poczciwym kobietom spać nie dajesz!

- Sen taki miałem, kochanie, śniła mi się pusta kula, która nic nie robiła a tylko…

- Tusk ci się jednym słowem przyśnił, moje ty biedactwo! Sen mara, Bóg wiara!


niedziela, 22 listopada 2009

W internecie sarenek brak

Jadę sobie kiedyś autkiem a tu patrzę, sarny. Naliczyłem osiemnaście sztuk. Coś tam skubią. Chłop zasiał a te skubią. Ładne sarenki. Jeszcze trzy wyszły z krzaków. Wyjąłem kalkulator i dodałem. Wyszło mi dwadzieścia jeden. Widząc, że w cholerę dobra się marnuje poczułem w sobie żyłkę myśliwską.

Nie, nie poszedłem na łatwiznę i nie zapisałem się na jakiegoś głupiego myśliwego. No, trochę poszedłem, bo najpierw sam próbowałem zrobić sobie łuk, ale tylko kujnąłem się gałęzią w oko i tydzień chodziłem z opatrunkiem. Wyglądałem z przepaską jak pirat, a nie chciałem być piratem tylko zwykłym Robin Hoodem.

Łuk kupiłem w necie i dalejże w las. Przemykam się i skradam. Czujny jak diabli, bo to i na leśniczego trzeba uważać. Wyglądam na to pole zza krzaka. Cisza. Zimno jak diabli a saren nie widzę. Nie - Patrzę dokładniej. Jest jedna. Skubie sobie oziminę. A tu ten mój skretyniały pies, jak nie zacznie szczekać! Musimy zawrócić, bo zapomniałem, że wybrałem się do lasu z psem.

Nie mam psa, ale co to za wyprawa na łowy bez psa? Na całej ulicy nikt nie trzyma psa myśliwskiego, tylko jak nie przekarmiony buldog, to wilczur. Dużych psów się lękam, a znowu nie pójże do lasu z jakimś kurduplem w kieszeni. Sąsiad akurat ma trzy takie czarne kundle średniego wzrostu. Prawie identyczne i wszystkie mają na imię „Michu”
Zagadałem, a sąsiad zaraz się zgodził pożyczyć jednego „Micha” w zamian za kawałek sarniny.

- Jak go odyniec rozszarpie, też wielkiej straty nie będzie! – mówi

Trochę mnie tym odyńcem postraszył i zaraz popełniłem drobne faux paux z tych nerwów. Ciągnę, rozumiecie za smycz ile wlezie, a ten cały Michu coś bardzo się opiera i w końcu mówi: - Gdzie mnie, prawda, ciągniesz?

- Do lasu na polowanie, a gdzie? – odpowiadam, ale zdziwiłem się, że pies mówi.

Odwracam się, patrzę, a w tym zamieszaniu zamiast wziąć na smycz psa, wziąłem sąsiada. Dopieroż przepraszać za tak niezwykłą pomyłkę.

Idę w końcu z prawdziwym Michem, a ten zamiast tropić w kółko szczeka. Dałem mu patyk. Przestał. Niesie patyk a ja dopiero teraz zauważyłem, że z tym psem więcej kłopotu będzie niż pożytku. I właśnie. Jak tylko zobaczył sarnę, zaraz wypluł patyk i dalejże szczekać!

Na szczęście sarna albo głucha, albo mało bojąca. Stoi jak stała. Skubie jak skubała. Skubana!
Teraz przypomniałem sobie z filmów, że trzeba podchodzić bydlątko pod wiatr, żeby nie poczuło mojego zapachu. Jak na złość w ogóle nie ma wiatru. Nawet listek nie drgnie. O takim przypadku w filmach nie mówili, albo nie zapamiętałem. Uciąłem kozikiem gałąź ze świerku, bo zachciało mi się powtórzyć znaną sztuczkę z „Makbeta”
Wiadomo, że taka sarna sztuki nie zna to się nabierze.

Micha na wszelki wypadek przywiązałem do drzewa i żeby nie szczekał dałem mój berecik do zabawy. Niech ma!
Zbliżam się. Sarna nic. Skubie. Z dziesięciu kroków trafię jak nic. Ostrożnie zdejmuję z pleców pokrowiec. Z pokrowca wyciągam łuk wraz z instrukcją obsługi.
"To i owo. Strzałę zakładamy…" - Wiedziałem, że o czymś zapomnę! No tak. Taki jest los pochopnych myśliwych - nuworyszy.

Patrzę na tę sarenkę i tak mi jakoś serce zmiękło, że nawet gdybym nie zapomniał strzał, pewnie bym nie strzelił.
Miłe zwierzątko. Co ono mi w sumie winne? Zrobiłem jej kilka fotek komórką.
Spokojnie sobie skubie, niech się, prawda, posili. Jak to się patrzy skromnie!

I wtedy rozpętało się piekło! Z zarośli wytoczył się czerwony na pysku grubas z flintą!

- Szlag by cię trafił, cholerny ekologu! Nawet sobie człowiek przy niedzieli nie może spokojnie postrzelać! Pilnuje drab przeklęty!

Sarna w nogi. Grubas do mnie! Michu zaczyna ujadać!

- O jeszcze psa do lasu sprowadził! Zabiję tego kundla!

Przez pole sadzi od południa jakiś dziany facet w kufajce z widłami!
Coś tam krzyczy o deptaniu jego pola i świętej własności rolnej!
Gruby myśliwy w nogi! Ja w nogi po Micha!

A tam cała ekipa. Jakieś baby, pan policjant i wszyscy do mnie z pyskiem, że gorzko pożałuję okrucieństwa w stosunku do „tego uroczego kundelka” jak wyraziła się jedna taka w okularach.

- Pewnie na wczasy jedzie i pies mu przeszkadza to do drzewa przywiązał jego na zatracenie!

Zacząłem się głupio tłumaczyć i pokazuje łuk, że niby tylko na chwilę…
Już mnie chcą aresztować za znęcanie oraz kłusownictwo, a tu czerwona gęba wpada i wrzeszczy, że złośliwie jako ekofaszysta uniemożliwiłem mu strzelenie sarenki. I flintą przed policjantem wymachuje.
Zmiana sytuacji. Baby na myśliwego, a mnie ta w okularach w zmarznięte poliki całuje.
Chłop oparł się na widłach i nic nie mówi.

Odwiązałem Micha a ten ni w pięć ni w dziewięć cap policjanta za nogawkę!

- Zastrzelę bydlaka! – Wrzeszczy policjant. Baby na mundurowego. Myśliwy zapala papierosa. Wykorzystałem zamieszanie i dalejże na niego:

- W lesie jesteś chamie, gdzie rzucasz zapałkę? Chcesz las spalić!
Włącza się chłop.

- Właśnie! I ten kawałek lasu, aż do drogi jest mój prywatny. Idź pan do państwowego i tam se pal!

Teraz już wszyscy wrzeszczą. Odebrałem Michowi baretkę. Nawet nie pogryzł tylko lekko poślinił. Naciągnąłem na uszy i razem z Michem do domu.
Przyroda, spokój – psia krew – Jak na jarmarku!

x x x

- I co było dalej?

- Co dalej? Nic nie było dalej. Odprowadziłem Micha. Zamiast sarniny musiałem wybulić za wypożyczenie psa dychę. W domu zebrałem opiernicz za włóczęgostwo. Zmarzłem, wypiłem herbatę. Usiadłem do komputera. Zajrzałem do netu, a tam…

- Co tam?

- Nic, to samo. Wszystko to samo. I polowanie i myśliwy i wrzaski i policja, tyle tylko, że niestety sarenek brak.

niedziela, 1 listopada 2009

Żeliwiak

Od kilku lat, kiedy pierwszego listopada zapalamy znicze na grobach naszych bliskich, mam przeczucie, że to już ostatni raz po tej, prawda, stronie. I zawsze to przeczucie mnie zawodzi. Czy to dobrze, czy źle, nie mnie sądzić, ale tak czy tak w końcu trafię. Zawsze jest jakiś ostatni raz.
Cmentarz jest zawsze pełen ludzi oraz ludzkich losów, ale dziś jest ludny. Opanowany przez jeszcze żywych. Spacerują, podziwiają iluminację, wspominają, niektórzy się modlą. Inni idą by być między ludźmi. Mówią.

Gdy cmentarz się rozrasta groby powstają w kolejności umierania. Nie, oczywiście są kwatery rodzinne. Grobowce wieloosobowe, ale nie o nich mowa. Moja mama zginęła w wypadku trzynaście lat temu i obok niej spoczywają ludzie, którzy zmarli jesienią 1996. Między innymi dwóch młodych chłopaków, którzy zginęli w wypadku, w miejscowej odlewni żeliwa. Pracowałem wówczas w tej firmie. Dwunastego grudnia 1996 roku, zginęło jednocześnie czterech młodych ludzi. Znałem ich pobieżnie, ale przecież znałem.
Wiecie jak to jest, gdy w małej firmie jednego dnia zginie czterech pracowników? To była wówczas głośna sprawa. Wspominam to dzisiaj, bo ich śmierć była – nie wiem jak to napisać – przejawem solidarności międzyludzkiej, koleżeństwa?

Pracowałem wówczas w dziale handlowym, w siedzibie firmy w Koninie, choć paradoksalnie budynek odlewni stoi sto metrów od mojego domu. Kiedy dowiedzieliśmy się o wypadku sądziliśmy, że podczas wytopu urwała się kadź z płynnym metalem. Było inaczej.
Wytop był przygotowany. W żeliwiaku już rozpalono. Na koksie leżała warstwa kamienia wapiennego. Prowadzący wytop zauważył, że wymurówka wewnętrzna pieca jest w jednym miejscu uszkodzona, a że piec był jeszcze zimny, zrzucił w czeluść stalową drabinkę i zszedł do środka. Nie ma tam wiele miejsca. Może metr szerokości. To był doświadczony pracownik, ale zszedł nieco za późno. Atmosfera beztlenowa. Osunął się tracąc przytomność. Dwóch jego młodych pomocników zeszło po niego. Ze strasznym skutkiem. Kolejny widząc, co się dzieje zbiegł po metalowych stopniach szukać ratunku. Przybiegł kierownik, ale wtedy był już tylko dym. Jedyną szansą stało się otwarcie pieca.
Wysypał się płonący koks, kamień i cztery ciała. W hali… nie, bez szczegółów.
Skąd się wzięły czwarte zwłoki? Ach, przez tę krótką chwilę nim nadbiegli odpowiedzialni, jeszcze jeden próbował sam ich wyciągnąć. Nie wiadomo czy zszedł, czy przewieszony przez otwór próbował sięgnąć, wyrwać śmierci ludzkie istnienie i spadł.

Straszna tragedia. Dotarłem tam wieczorem. Policja, prokuratura. Ludzie dosłownie skamieniali.

Piszę o tym, bo ciągle, na każdym kroku widzę smutne pamiątki tego wypadku. Stojąc przy grobie matki widzę grób jednego z tych chłopaków. Żył lat 21. Z okien domu widzę dom, który zdążył postawić Bronek, nim wszedł poprawiać ubytek wymurówki. Przez kolejne trzynaście lat pracowałem w tej firmie, w tym pięć na terenie odlewni. W 2001 jako ostatni schodziłem z jej pokładu, gdy firma przenosiła się do nowej siedziby. Nadzorowałem demontaż urządzeń, ich złomowanie. Na okna zakładaliśmy kraty. Zdemontowaliśmy urządzenia żeliwiaka, ale konstrukcja została. Góruje nad okolicą zardzewiały grzyb komina. Jest. Stoi we wnęce. Można wejść po stalowych schodkach i zajrzeć w czeluść. Teraz mieszkają tam wróble. Zaczynają się do mnie przyzwyczajać.

Wynająłem część tej hali i wraz z moją obecnością, miejsce powoli zaczyna ożywać. Po ośmiu latach. Wróblom wystarczy odrobina chleba i się zbliżają, zabawnie przekrzywiając łebki. Ale uwaga, dzielne wróble, bo do hali zaczął zaglądać całkiem obcy kot. Na razie wstawia przez drzwi swój szary pyszczek. Chwilę popatrzy, co też porabiam, miauknie i sobie idzie. Wszystko zatacza koło.

Gdy wieje wiatr żeliwiak ożywa. Tłuką się blachy, wiatr wyje w kominie, ruszają wielkie, niepotrzebne już wentylatory.

poniedziałek, 19 października 2009

Wierszyk o chłodnej starości

Siedzę w wielkiej pustej hali
Mógłbym tu w tenisa grać
Wprost przede mną, nie zgadniecie
Ogromny stalowy hak

Mógłbym bujać się jak małpa
Na tym haku, raz i dwa
Lecz dzieciństwo spadło ze mnie
Chłopcem bywam czasem w snach

Siedzę, obok stoi waga
Dobrze waży, psia jej mać
Lecz uczynków tu nie ważę
Co najwyżej ludzki strach

Na tym wózku osiem złotych
A w tej torbie złotych trzy
Proszę dowód, dowód proszę
Odpad ten pochodzi z …?

„G” jak dom, jak gospodarstwo
„Z” zbieractwo, inna rzecz
Pisz pan „G” Choć dom to piekło
Każdy sobie…Pisz pan „g”

PESEL. Pierwsze cyfry data
Urodzenia, każdy wie
Rok 33 jak tata. Jak mój ojciec
Przykra rzecz

Trochę stali, worek puszek
Cztery garnki, kłódki dwie
Każdy panie ma swą godność
Tu jest Polska, może nie?

Teraz sobie zapalimy
Przegadamy chwile dwie
Jutro znowu coś przywiozę
Dla żartu wpiszesz pan „Z”

wtorek, 6 października 2009

Sport w trudnych czasach

- Jola 40mm – Odczytał Brodacz i zdziwiony spojrzał na Łysego.

- Nie żadna Jola. Panu to się wszystko… – Joola! Bardzo porządna piłeczka swoją drogą. Niech pan łapie, leci następna.
Faktycznie skacząc żwawo po schodach kolejna biała piłeczka zmierzała w ich kierunku. Brodacz próbował ją zatrzymać nogą, ale nawet najzagorzalszy jego wielbiciel musiałby stwierdzić, o ile jest człowiekiem sumiennym, że uczynił to w sposób wielce niezgrabny zgniatając z chrzęstem białą, delikatną kulkę.

- Piłeczek do ping ponga się nie stopuje. To nie futbolówka – z wyrzutem dodał łysy, ale podniósł ją z posadzki i schował do kieszeni – Sztuki muszą się zgadzać. Dziennikarze…

- Dwadzieścia jeden do piętnastu, czyli dwa jeden dla mnie – dobiegł z góry głos premiera.

- Grają starym systemem – zainteresował się Brodacz – Wie pan, tez kiedyś lubiłem sobie pograć w świetlicy albo gdzie.

- Ja też – pokiwał głową Łysy – każdy lubił pograć. Nie to, co teraz dzisiejsza młodzież. Całe dnie przy komputerach. A pamięta pan piłeczki? Po złotówce były polskie, ale się zupełnie nie nadawały. Sztywne i słabe. Nawet seta się tym szajsem nie dograło.

- Z rozwalonej piłeczki można było zrobić sobie takie wyłupiaste oczy do straszenia dziewczyn. Narysować pisakiem czerwone żyłki – zaangażował się we wspomnienia Brodacz.

- A po pięć złotych były chińskie. Można było grać aż się napis wytarł. Co chińskie to było dobre. Shel? Jakoś tak.

- A grałeś czeskimi? Były po trzy złote, ale jakby z kamienia. Ja kiedyś kumplowi nabiłem guza na czole, albo on mi – nie pamiętam. Nie pamiętam też ich nazwy, ale to była prawdziwa broń. Jak skończą, może zagramy secika – zapalił się Brodacz.

- Innym razem. Pamiętaj, że jesteśmy tutaj służbowo.

- Szesnaście do dziewięciu! Zaraz będziesz wisiał! – Z góry dobiegł ich wesoły śmiech premiera.

- Swoją drogą. Zobacz jak to szybko idzie, taka rekonstrukcja, jak się raz zacznie to ciężko skończyć. A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno grywali sobie jedenastu na jedenastu na Polonii. Sportowcy! – Łysy podrapał się kościanym grzebykiem za uchem a widząc zdziwione spojrzenie Brodacza – dodał – Ja głowę golę żeby mi się z nazwiskiem zgadzało z powodu tej całej wiarygodności.
Brodacz ze zrozumieniem pokiwał głową i postanowił w najbliższym czasie zapuścić brodę.

- Potem grali w siatkówkę, bo mniej ludzi trzeba no i jest taki trend. A teraz to już tylko ping pong został – westchnęli jednocześnie, jakby byli umówieni.

- Dwadzieścia jeden do siedemnastu, czyli trzy do jednego i na dzisiaj dosyć.

- A w co można grać samemu? – Zainteresował się Brodacz zapinając marynarkę

- Nie mam pojęcia – zgodnie z prawdą odpowiedział Łysy wchodząc po schodach na piętro.

- Panie premierze!
Premier zajęty był zwijaniem siatki, ale widząc ich nie okazał zdziwienia. Ani jeden mięsień nie drgnął na jego męskiej, przystojnej twarzy. – Czyńcie panowie, co do was należy!

Kiedy został sam, wszedł do gabinetu. Zapalił światło i chwilę ponudził się patrząc na ścianę. Z szuflady biurka wyjął notatnik. Najpierw zapisał wynik zwycięskiego meczu, złośliwie wpisując zamiast nazwiska swojego niedawnego rywala jego pierwszą literę. Zdjął buty i w samych skarpetkach podszedł do stojaka na piłkę. Sprawdził czy jest „nabita” akuratnie. Była.
Zrobił dziesięć przysiadów i zaczął żonglować. Jego rekord wynosił 421. Był rozgrzany i pewien, że nikt mu już dzisiaj nie przeszkodzi. Lewa, prawa, kolanko, lewa, prawa, kolanko, kolanko, główka! Lewa, prawa, kolanko…

piątek, 14 sierpnia 2009

Bo co może, co może mały bloger?

Był kiedyś taki zespół za komuny, który się nazywał „Konusy” bazujący na popularności harcerskiej Gawędy. Ich piosneczka z refrenem, gdzie młodociani śpiewacy powątpiewali w swoje możliwości, pytając, co niby może mały człowiek? Zaraz też zwracali się o podpowiedź do jakiejś pani czy pana, z góry zapewniając o swojej zgodzie na propozycję dorosłych.

Dziw bierze, jak ta piosenka utkwiła w głowach i teraz po latach nagle się ujawnia wśród dorosłych ludzi w internecie. Wśród blogerów na przykład.
Ile razy ludzie muszą najeść się wstydu, żeby zrozumieć, że nie są już małymi dziećmi, i nie muszą koniecznie chwytać za poły jakichś, prawda, autorytetów politycznych czy medialnych. To jest moi drodzy błąd i odwrócenie porządku spraw.

W dobrej, pewnie, wierze ludzie grupują się wokół obecnych na scenie polityków, albo starają się jakoś pomóc tym ze sceny zepchniętym w powrocie. I, aż trudno to sobie wyobrazić, ta banda jełopów ma to zupełnie za darmo. I nie piszę tu nawet o forsie, żeby nie było.
W ich imieniu ludzie toczą prawdziwe boje, zwalczają się wzajemnie a czasem namiętnie nienawidzą, podczas gdy bohaterowie tych sieciowych zmagań wspólnie sobie, prawda, zimną wódeczkę popijają i gadają o geszeftach, a jak temat zejdzie na internet – ot, wzruszenie ramion i pogardliwy uśmieszek. Czerń, drogi kolego!

Oni wiedzą i doskonale zdają sobie sprawę z tego, że sieć już odgrywa, a za chwilę będzie odgrywała całkiem sporą rolę w walce politycznej. Ale przecież was, drodzy moi, do stołu nie zaproszą. Sami wystawią swoich hunwejbinów, bo tam przecież kasa nie jest bynajmniej wirtualna. Wasze wsparcie już mają i mogą swobodnie wami pogardzać.

Sądziłem, że ta wiedza już do blogerów i komentatorów internetowych dotarła. Rozumiem, że to trochę trwa i każdy ma własny rytm przyswajania nawet takich oczywistości. Dlatego też piszę ten tekst, aby ten kanał trochę udrożnić. Szkoda czasu.

To samo, co polityków czy innych osób zaangażowanych na tym rynku, tyczy też oczywiście dziennikarzy a nawet całych redakcji gazet tworzących portale internetowe. Kolejny raz informuję ludzi wierzących w szczerość intencji tych środowisk wobec blogosfery, że rozpoczęły się bardzo realne zmagania o zajęcie odpowiedniej pozycji w necie.
Fachowcy pracują a my, prawda, napieprzamy się po łbach. Mało tego. W międzyczasie lecimy ze swoimi tekstami do fachowców, żeby bidule mieli, czym zapełnić swoje portale, bo się nam wydaje, że tam to jest dopiero ruch, lans i dyskusja.

Jak ma nie być, skoro sami ją tworzymy, że spytam?

Całkiem niedawno udało mi się wreszcie wyrwać z tego kołowrotu i wszystkim taki ruch szczerze polecam.
Traktują was tam, mili moi, jak przysłowiowe piąte koło u wozu, to niech zaczną sami, prawda, popychać ten wóz.
Czasem, prawda, ciężko jest się zorientować, co jest grane, ale jak się dobrze namyślicie…

Ostatni raz mówię. Jak się teraz nie zastawimy odpowiednio to wkrótce postawimy oczy w słup. Co rusz ktoś apeluje o linkowanie wzajemne, a wykopywanie tekstów, ale odźwięk jest mierny, tak jakby kilka minut pracy dziennie na rzecz portalu przekraczało możliwości piszących i komentujących. Jak tak dalej będziemy robić, na zawsze będziemy tą czernią, która za darmo drze mordy pod oknami pałacu, gdzie prawda nasi przedstawiciele ucztują. Czasem któryś podejdzie do okna i pomacha z grzeczności. Ludzkie panisko, prawda?