niedziela, 7 maja 2017

W Warszawie świeciło słońce



Wiem, że nudzę, ale powtórzę setny raz, że wiara we własną propagandę jest w polityce szaleństwem. Nie dość, że nudzę, to wychodzę na miłośnika PO i reszty tej bandy, bo w co drugim tekście ostrzegam ich przed robieniem głupot.
Jako ich wróg zawzięty powinienem raczej przyklaskiwać ich maniackim konceptom. Dobrze chociaż, że ich prawdziwi fani ino mnie wyzywają. I niech tak zostanie.

Wczoraj Platforma rzuciła forsę i swój przywódczy, świeżo nabyty w sondażach autorytet na stół, tylko po to, by dostać solidnie w pysk. Od początku było pewne, że oberwie, ale w swej głupocie brnęli do końca. Mało tego. Dzisiaj, z racji licznych programów publicystycznych, gdzie zwykli się wygłupiać, tym razem szczęśliwie za darmo, ich przedstawiciele, będzie brnęła dalej. I jutro. I pojutrze. I...

Frekwencja. Żeby odnieść sukces na tym polu musieli zgromadzić co najmniej dwieście tysięcy demonstrantów, żeby można było bajać o trzystu, czy nawet pół milionie. Pozornie wydawało się to możliwe, biorąc pod uwagę, że w samej Warszawie znaleźć można bez trudu, podobną ilość zakamieniałych wrogów partii rządzącej. Dlaczego nie zaszczycili marszu swoją obecnością? Odpowiedź jest banalna: Po pierwsze, nie wszystkim odpowiada przywódcza rola PO, a po drugie, nie było żadnego sensownego powodu, by maszerować, drąc japę, akurat szóstego maja. Tu tkwi ostrzeżenie grubszego kalibru, ponieważ dotyczy prawdziwych, przyszłych wyborów i konceptu wspólnego startu całej opozycji zjednoczonej przeciwko PiS, z oczywistych względów, zebranej wokół najsilniejszej partii opozycyjnej.

A powód demonstracji? Przepraszam, ale poza niezgodą, by Polską rządziła wybrana w wyborach partia, nie było żadnego, w miarę jasno sprecyzowanego powodu, który mógłby zachęcić rzesze do udziału demonstracji. Ciągłe, uparte stawianie na to, że uda się kłopoty i dyskomfort „elit” połączyć z gniewem i energią tak zwanego ludu, nie ma żadnych racjonalnych podstaw. Te „elity” (proszę się nie oburzać, cudzysłów jak najbardziej na miejscu) są tak wytarte w ciągłej politycznej nagonce, że raczej zasługują na miano politycznych wyciruchów. Delikatnie rzecz ujmując, ich autorytet uległ drastycznej dewaluacji. Jakiś plus w ich histerycznym poparciu widzą chyba jedynie partyjni przywódcy, by potem zabawnie, w ciszy gabinetów dziwić się, że wielkie nazwiska kultury, intelektu czy gryzipiórkowstwa „tego kraju” nie nęcą młodych ludzi.

Podam przykład. W oddalonym o dwanaście kilometrów od mojego miasta Koninie, tuż przed Marszem Wolności, tak zwany Klub Obywatelski zorganizował spotkanie z aktorką Dorotą Stalińską. Chyba dla śmiechu w Młodzieżowym Domu Kultury. Miasto prawie stutysięczne, wedle wskazań wyborczych dość przychylne Platformie i lewicy wszelkiej maści. Reklama taka, że nawet w mojej Golinie na każdym słupie ogłoszeniowym co najmniej dwa plakaty, a frekwencyjny efekt można obejrzeć pod poniższym linkiem, odsyłającym na lokalny portal.


To tylko przykład, ale przykład ukazujący odchylenie od realnej oceny sytuacji społecznej. Jeśli Kluby Obywatelskie miały być odpowiedzią na Kluby Gazety Polskiej, to wyszła z tego konceptu efektowna pustka. Rozdźwięk pomiędzy spodziewanym przez animatorów tego ruchu zainteresowaniem, a osiąganymi efektami jest dla mnie zabawny, ale ich samych oczywiście niczego nie uczy.

Żeby ktoś raczył powiedzieć coś nowego, oryginalnego, ale próżne nadzieje. Codziennie na wszystkich kanałach telewizyjnych, te same gęby plotą te same androny. Podlegają tym samym emocjom, odstawiają wciąż ten sam spektakl. Polityk to nie kapela rockowa, że ktoś nasłuchawszy się płyt, naoglądawszy koncertów w necie, kupuje bilet i pędzi na stadion, żeby koniecznie obejrzeć to samo, ale na żywo. Choćby jeden z drugim przemawiał na wiecu stojąc na głowie, Mickiem Jaggerem nie zostanie.

Jeszcze emocje. Mają w szeregach, nawet w pierwszym, prawdziwych filmowców, z panią reżyser Holland na czele, a nie potrafią sklecić scenariusza budzącego emocje. Niczym w jakiejś obłędnej tysiącodcinkowej telenoweli, siedzą, ględzą, narzekają, straszą, jedzą sałatkę, myją naczynia, znowu siadają, znowu ględzą... Wszystko na jednej nucie, w jednym przewidywalnym rytmie. A nudzić, to już najgorsze z najgorszych.

Naprawdę chciałem się z nich wczoraj szczerze pośmiać. Deszcz padał. Robić nie było specjalnie co, to włączyłem pudło. Wytrzymałem pół godziny. Jedno ciekawe, że w Warszawie świeciło słońce.



piątek, 5 maja 2017

Rozmowy przy obalaniu pisowskiej tyranii




- Pisowski rząd nic nie robi. Tylko się człowiek starzeje niepotrzebnie. Nawet młodzi ludzie się starzeją. To beznadziejne! Za naszej Platformy było inaczej. Tylko pisowski element się starzał, my młodnieliśmy z roku na rok. Niektórzy wprost się bali, że jak dalej pójdzie tak dobrze, to zostaną niemowlętami. Oni byli starymi babkami w beretach, my jeden w drugiego, studenci jak byki, a studentki jak łanie. Aż przyjemnie było popatrzeć. Szkoda, że wtedy nie maszerowaliśmy, że nikt nam nie napisał stosownych pieśni do masowego wykonania. Coś, że: My młodzi, choćby z Łodzi... Nie wiem, nie jestem poetą.

- Albo jakie masło było tanie za naszej peowskiej władzy! Smarowało się i jazda. Każdy wiedział, z której strony chleb posmarowany. A teraz, ledwie się zabierzesz za smarowanie, już cię mają na oku. Wiadomo, że skoro kapitał nie ma narodowości, to tym bardziej nie ma imienia, nazwiska, ani peselu. W odpowiedniej skali jest zupełnie obojętne w czyjej siedzi kieszeni. Nawet lepiej, gdy jest skoncentrowany, a statystycznie i tak wszyscy mieli po równo.

- Tuś pan trafił! Wszystko mieliśmy. Jakby naszego Bronka za króla, arystokrację, szlachtę i w ogóle, a równocześnie wszyscy mieli po równo, niczym w komunie. Wersal w kibucu, a kibuc w Wersalu. Teraz tego nie ma, nie ma równości! Mnie zabierają, a dają niby na jakieś bachory. A mało to dzieciaków depce trawniki? Dzieci niby tego, a mojego Jasia wywalili z roboty jako dziecko resortowe. Chłopaczyna ledwie pięćdziesiąt skończył. I to ma być dbałość o młode pokolenie? A pan co sądzi?

- Ja z prowincjonalnej Goliny, aż przyjechałem i sądzę, że trafiłem do, przepraszam za wyrażenie, raju. Ilu nas maszeruje, obywateli dobrej myśli, to się w głowie nie mieści. U nas smutek. Jak protestowałem za naszym Rzeplińskim, to sam chodziłem po rynku, to tu, to tam. Zero entuzjazmu. W końcu podszedł taki jeden pisowiec i pyta, co się tak Dżony kręcisz, bo na mnie Dżony mówią, chodź, prawda, na piwo. Ja mu o konstytucji, że zagrożenie substancji, a on, że niby nie jesteśmy w kabarecie. Taki smutek mnie wtedy ogarnął, bo kiedyś u mnie na prowincji wygrywaliśmy, a teraz...

- Nie płaczcie prowincjonalny obywatelu, grunt że jesteście z nami. W jedności siła, w sile rozum, a w rozumie pieniądze. Przecież, jak tak się rozejrzeć, to wszyscy są po naszej stronie. W zasadzie nawet wybory są niepotrzebne. Wygrywamy przez aklamację, a wtedy...

- Bo najlepsze jest to, że im gospodarka rośnie. Jak tak sobie usiądziemy ze znajomymi za stołem, to nic nie mówimy tylko zacieramy ręce. Taki od tego zacierania idzie pogłos, że sąsiedzi przez okna wyglądają. Oj, będzie się działo!

- Przepraszam, ale dlaczego tak cicho? Idziemy i idziemy, a nie słyszę ani śpiewów, ani skandowania.

- Bo jak raz, to jesteśmy w tunelu, a w tunelu trzeba cicho, bo się może na łby zawalić. Ta inwestycja nie do końca...

- A dlaczego weszliśmy do tunelu?

- Tego nie wiem. Liderzy nas prowadzą.


wtorek, 2 maja 2017

Hołota nad szachownicą

Hołota ma to do siebie, że bezkarność ma za akceptację i przyzwolenie. Dlatego trzeba czekać, aż hołota zapędzi się ciut za daleko. Tak jest, odkąd nie wolno, po prostu, w szlachetnym odruchu oćwiczyć hołoty bykowcem. Inna rzecz, również związana z upadkiem obyczajów jest taka, że strzela się do cywilów, z daleka od linii frontu. Jeśli człowiek chce zażyć wojenno-politycznych emocji ma dość przestrzeni, choćby w internecie.
Co innego, gdy obudzony o szóstej rano przez moje dzielne suczki, które jak raz zachciały siku, robię sobie kawę i siadam przy kompeczku, żeby, cholera, zagrać w szachy. Nie idę drzeć się na twittera, nie wchodzę na stronę Wyborczej, ale zwyczajnie i po ludzku, chcę się zrelaksować przy kawie. Nie dadzą! Nawet tego hołota nie uszanuje!
Otwieram „Kurnik” i widzę:




I niech mi nikt nie opowiada, że prywatny właściciel ma prawo ryzykować na swoim portalu obrazę Prezydenta RP. Jeśli nawet, to ja tego prawa nie uznaję, przynajmniej do czasu, aż takie ekscesy nie będą realnie karane. Wtedy porozmawiamy o ryzyku. Na razie jest to upajanie się hołoty władzą nad, w tym przypadku graczami korzystającymi z portalu „Kurnik”. Jasne, że nie ma tam miejsca, by wyrazić swoją opinię o wieszaniu takich gównianych bannerów. Nawiasem pisząc, właściciel portalu umożliwia rozpowszechnianie obrazy prezydenta za pomocą kliknięcia, które powoduje umieszczenie jej na fejsbukowym profilu klikającego.

Poza tym, jeśli front jest wszędzie, możesz spodziewać się miły czytelniku, że wkrótce dojdzie do tego, że kelner w restauracji, nim poda ci obiad, zacznie wywrzaskiwać hasła polityczne, a jeśli zamruczysz w proteście, usłyszysz charakterystyczne dla hołoty:

- Nie podoba się, to won! 

poniedziałek, 1 maja 2017

Ścierka na polskim stole


Kto jest bez przerwy zmobilizowany, nieustannie trwa w gotowości bojowej, ten, gdy nadejdzie pora, będzie już tylko nieużytecznym flakiem. Cieszę się niezmiernie, że przywódcy naszej dziwacznej opozycji w ogóle nie rozumieją rzeczy tak podstawowej. Taktyka polegająca na ustawicznym podnoszeniu poprzeczki napięć i emocji, mnożenie wydarzeń, decydujących starć i ostatecznych rozstrzygnięć, prowadzi ich na manowce bylejakości i znudzenia. Warkot werbli bojowych tylko dla prawdziwych maniaków jest miłą uchu muzyką. Jeśli tak stawia się sprawy, nie dziwi, że im mniej się dzieje realnie, tym retoryka musi być gwałtowniejsza, przechodząca w jazgot. Łatwe to, ale niezmiernie głupie, jeśli spojrzymy na oś czasu i ocenimy perspektywę wyborczą.

Już się przyzwyczaiłem do tych harców. Już mnie nie prowokują do ripost, ani nawet nie złoszczą. Dziwię się jedynie, że sami organizatorzy, wśród których nie brakuje ludzi inteligentnych, nie są w stanie zauważyć najoczywistszych prawidłowości. Jeśli liczą, że ciągłe wrzaski i przemarsze zachęcą większość do czegoś gwałtowniejszego niż wzruszenie ramion czy znaczące popukanie się w czoło, są w błędzie.

Nie mając żadnego prawdziwego paliwa społecznego do buntu, w pocie czoła próbują je stworzyć z dostępnych w magazynie medialnym substancji: rozhisteryzowanych celebrytów, wątpliwej świeżości aktorskich i pisarskich pieczarek, tępych młodocianych aktywistów partyjnych i starych, nie bójmy się użyć tego słowa, politycznych durniów. W swoich działaniach przypominają nieco nieszczęsnego zamachowca, pana Kwietnia, co dziwnie zabarwia całe to polityczne wzmożenie niewidzialnymi barwami służb tajnych, acz tym razem niekoniecznie rodzimych.

Rozpędzili się, wierząc we własną propagandę (co samo w sobie jest grubą osobliwością) do tego stopnia, że zaczynają straszyć zemstą, jakiej dokonają po wygranych wyborach. Co dziwne, nawet nie na samych PiS-owcach, a ogólnie na elektoracie, także swoim. To już jest zgoła nieprzytomne zachowanie. Jeśli nie ma się najmniejszych szans na pozyskanie dla swojego sklerotycznego bełkotu młodzieży, nie należy podsuwać starszakom oferty odebrania dopiero co odzyskanego przywileju emerytalnego. O pozostałych pomysłach na cofanie wprowadzonych przez PiS zmian, szkoda w ogóle pisać. Ich szczęście, że niewielu ludzi śledzi na bieżąco te wszystkie pomysły i wymysły. Ale spokojna głowa, w końcu i te mądrości dotrą pod przysłowiowe strzechy.

To, że obecna opozycja chce wrócić do władzy, doskonale rozumiem, ale szanse na to są dość iluzoryczne, ponieważ prawdę pisząc, ci ambitni i chętni do czynienia zła ludzie, nie mają się na kim oprzeć. W codziennej walce politycznej zużywają ostatnie naboje, czyli lęk przed zmianami, bajki o wyjściu z UE i wsparcie zakłamanych do szaleństwa mediów. Autorytety realne i wydumane już dawno poszły do diabła, szans na wykreowanie nowych liderów nie ma żadnych. Wskaźniki gospodarcze są jakie są i nie zanosi się na pogorszenie, a wręcz przeciwnie. Można oczywiście wrzeszczeć, że gospodarka nie jest ważna, ale jakoś niezręcznie, prawda?

Bo jeśli wracać do władzy, to z czym?

Można piękny niegdyś obrus, sprany, splamiony i naddarty, przerobić na ścierkę do podłogi, ale nikt przytomny nie będzie próbował ze starej ścierki robić obrusu. Nie pomoże obszycie koronkami, ani wyhaftowanie na środku czerwonej różyczki. Ścierka pozostanie ścierką. Jasne, w TVN24 powiedzą, że obrus, a Gazeta Wyborcza napisze, że to nowy trend, ale sposobu nie ma, by taka ekscentryczna ozdoba znalazła powszechne uznanie i znalazła się na polskich stołach.    



sobota, 29 kwietnia 2017

Wielka krzyżacka majówka

W Malborku nastało wielkie poruszenie, odkąd rozniosło się na mieście, że w najbliższych dniach Krzyżacy po raz kolejny staną w zwartym szyku na polach Grunwaldu. Narzekaniom nie było końca. W krzyżackiej aptece wykupiono maści na ból wszystkich części ciała, a kolejka do Wielkiego Szpitalnika Zakonu, w celu zdobycia zaświadczenia chorobowego, wydłużyła się i zmieniła w zakręcony, spiralny ogonek. Minęła ósma, a nikt nie odmykał wierzei urzędu.

- Minęła ósma, a nikt nie odmyka – marudził Von Pałętasz, co rusz spoglądając na zegarek.

- I nikt nie odemknie – złowieszczo obwieścił krzyżak Macencjusz, przepychając się na czoło kolejki, by wleźć na schodki i stamtąd ogłosić, że o żadnych zwolnieniach mowy być nie może. – Wielki Mistrz zarządził, że wszystkie krzyżackie ręce mają być w dniu bitwy na pokładzie, czyli na placu, a nie tam, gdzie jeden z drugim przeważnie je lubi trzymać – zakończył.

- No, ale jak to, w maju? Na deszczu? W mieście? – podniosły się pełne zdziwienia głosy.

- Najważniejsze, że Polacy się nie stawią! – zawołał zniecierpliwiony Macencjusz.

- Czy aby na pewno? – dopytywał niewielki krzyżak, który kazał nazywać się Gotfrydem z Bulionu, ale wszyscy wołali na niego: Ej, gofry!

- Uspokójcie się bracia krzyżacy i siostry krzyżaczki. Dajcie mi mówić, albowiem znam szczegóły zapowiedzianej kampanii, którymi z polecenia WM mam się z wami podzielić.

- Kto to jest WM? – zapytał krzyżak, kudłaty niczym stary Żmudzin z powieści Sienkiewicza. Uciszyło się nieco.

- Chodź no tutaj kudłaty krzyżaku. Posłużysz za punkt pierwszy. Czy widzicie tego oto krzyżaka? – Macencjusz wskazał na kudłacza.

- To nasz Kudłaty – krzyknął Von Pałętasz.

- Wygląda jak smarkacz, nie groźny rycerz! Łeb rozkudłany, broda rozkudłana i do tego cały siwy. Osiwiałeś z rozpusty, czy ze starości?

- Po trosze... – bąknęło zmieszane krzyżaczysko.

- Na następną sobotę masz być ogolony, łeb na jeża, a przede wszystkim pofarbowany na kruczo.

- Mam być Murzynem?

- Włosy! Murzyna dostarczy zaprzyjaźniona redakcja. To się wszystkich tyczy, więc nie rozumiem skąd te śmiechy. Żadnych siwych łbów, ci o kosturkach wystąpią jako niepełnosprawni, ale młodzi! Gotowi do walki, dla dobra... Polaczkowie muszą ujrzeć zgraną, krzyżacką paczkę w rozkwicie sił witalnych, nie, jak ostatnio bywało... Wielki Mistrz na przykład...

- Wielki Mistrz na forsie śpi, co rusz młodszy, zębem sztucznym błyska!

- Będziemy wypożyczać sztuczne szczęki, peruki dla łysych a kto ma wzrok błędny, dostanie szklane oczy. Oczywiście za pokwitowaniem.

- Znaczy się bitwy nie będzie? – wrócił do tematu Ej, gofry.

- Jasne, że nie! Sami ze sobą mamy się bić? Jeszcze nam głupi Jagiełło daje ochronę, w razie czego, bo zbieramy się w samej stolicy Polaczków.

- Rany boskie! Jak my tam dojdziemy? Chłopstwo nas w drodze okrutnie poszarpie.

- Autobusami dojedziemy. Tym się nie martwcie. Jest jeszcze w Malborku wieża złotem nasypana. Ad rem. Tym razem będziemy twardzi, a przede wszystkim młodzi, wykształceni i...

- Ja się wykształcić nie dam! – oburzył się Von Pałętasz.

- I wszyscy, ale dosłownie wszyscy mają wiedzieć, po co się zebraliśmy, co chcemy osiągnąć, jeśli Polaczkowie poddadzą się naszej krzyżackiej władzy. Jeśli ktoś się nie czuje na dość silny na rozumie, zapytany przez media niech udaje niemowę, że mu siepacze Jagiełły język wyrwali, albo coś. Wielki Mistrz osobiście wam to powtórzy, ale już teraz zapowiadam, że jak się który, albo która, znajdzie na YouTube w jakimś głupim filmiku, w lochu skończy. Nie przechwalać się dokonanymi uprzednio zniszczeniami, nie straszyć gardeł podrzynaniem, bo my dla dobra, ku powszechnej szczęśliwości, aby nieszczęsny naród wybawić od losu, jakiego już niegdyś za dawnych Jagiellonów zaznawał.

- A można przy okazji jakiś sklep zrabować? – zainteresował się Von Pałętasz, ale widząc, że krzyżak Macencjusz sięga pod płaszcz, pospiesznie zasłonił się Kudłatym.

- Każdy dostanie kartkę z hasłami, pieśniami oraz innymi szczegółowymi zaleceniami. Na pamięć kuć, bo będę przepytywał, a oporni majówkę spędzą... Wiecie gdzie. Żarty się skończyły! Albo my ich, albo oni nas.

Rozchodzili się powiewając płachtami kart. Czytaci popisywali się swoją umiejętnością, inni narzekali na rozwielmożnienie krzyżaka Macencjusza. Krzyżacy z sekcji poznańskiej, próbowali zwrócić zakupione niepotrzebnie maści, ale apteka była zamknięta. Niektórzy narzekali, że zamiast grillować, będą musieli uczyć się z kartki.

Krzyżak Macencjusz został sam. Otarł pot z czoła i westchnął. Od dawna żałował, że wplątał się w tą krzyżacką aferę. Chciał zostać kowalem artystycznym. Miałby fach w ręku, spokojne zajęcie, ale ojciec krzyżak, matka krzyżaczka zamiłowana. Tak długo gnębili młodego Macencjuszka, aż uległ. A tu, ani wesołej kompanii, panie krzyżaczki, odpuść Boże, piękne jak przedwczorajsze ruskie pierogi, ciągle ględzenie i ględzenie. Tylko ta wieża złotem nasypana. Presja, prawda, środowiskowa.

Splunął, owinął się krzyżackim płaszczem, bo duć zaczęło i poszedł posiedzieć nad fosą, licząc, że może coś ciekawego zobaczy po drugiej stronie.  

czwartek, 13 kwietnia 2017

Takie triduum

1

Znowu dzwoni komórka Judasza.
- Że co? Tak, mamo! Jest, mamo! Wrócę po dwudziestej drugiej. Nie Martw się mamo! Tak, pójdziemy do parku! Tak, pamiętam o czapce. Dobrze mamo!
Jezus wznosi oczy ku sufitowi. Żałosne są wybiegi, szyfry Judasza.
- Panie, jeszcze tylko wyślę SMS-a, przepraszam – I wysyła pomagając sobie językiem. Paluchy jak serdelki, a klawiatura taka maleńka. Ot, jeszcze jeden uparty chłopiec na służbie.
Piotr za dużo wypił. Stanął przy oknie i wypatruje. Widzę jak chwycił dechę parapetu. Aż mu palce zbielały.
- Tam ktoś jest. Krąży wokół domu!
- Piotrze, czego się lękasz, wszak jesteś wśród przyjaciół?
- Ale on krąży, krąży i krąży. Krąży i krąży i zagląda do okien.
W końcu wraca do stołu i pierwszy wyciąga rękę po kawałek pizzy. Tomasz dyskretnie przestawia butelkę. Piotr zauważa i tylko syczy bezsilnie, bo Jezus grozi mu palcem.
Zaniepokojony gadaniem Piotra wychodzę na dwór. Zapalam papierosa i rozglądam się uważnie. Cisza. Księżyc na niebie jak smutna panna młoda w pożółkłym welonie. Dziadowskie porównanie. To tylko na zmianę pogody. Nasłuchując okrążam dom, szukając śladów intruza. Nikogo nie ma. Cisza.
Z ciemności, z oddali, zza ciężkiej kotary dźwięk. Przytłumiony, skórzany, czarny. Nierozpoznawalny. I znowu ciężka, nienaturalna cisza. Żadnych psów, samochodów, telewizorów. Nawet wiatr ucichł. Gaszę papierosa.
Jeszcze jesteśmy, jeszcze siedzimy, jeszcze uśmiechamy się do siebie, gdy gaśnie światło i przez okna, przez wyrzucone żelazną pięścią drzwi wpadają ciemni. Smugi celowników, wyuczona brutalność i wrzask. Leżę z twarzą w dywanie.
- Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus?
Ledwie zdążyłem ze trzy razy odetchnąć, już ich nie było.
Zabrali. Okna wybite. Drzwi. Same szkody.
Znowu odezwała się komórka Judasza. Uciekając, porzucił ją na kanapie. Wiadomości. Skrzynka odbiorcza. Wybierz. Siedzimy teraz i spoglądamy na siebie nawzajem zdumieni.
Co robić? Gdzie biec? Dzwonić? Na stole jedzenie. Wino.
Siedzimy w milczeniu, bo o czym tu gadać? A świat ożył. Znów drą się kwietniowe koty. Szczekają psy, gonią się samochody i ludzie. Ryczą telewizory.
- Panie! Gdzie jesteś?

2

- Co jest? Nie popychaj mnie! Swoją kobietę popychaj! Gdzie się z łapami pchasz do mordy? Dobra, jeszcze raz opowiem, ale naprawdę ostatni raz. Sami sobie opowiadajcie, jeden drugiemu. Jak było? Normalnie było! Szedłem z tyłu. Łeb mnie tak ..., bo schlałem się uczciwie, jak wieprz. Pasuje? Nalej! Nawet go dobrze nie widziałem, ale musieli go nieźle sprać, bo co chwila się wywracał i trzeba go było batem stawiać na nogi. Nie ja. Gdzież mi do tego.
-...
-Tłum jak to tłum. Wyli i chcieli mu dołożyć, ale ja przepisy znam. Tak. Prawda, że jednemu przywaliłem tarczą. Dobra, może i niepotrzebnie, ale pluł na mnie i wygrażał. Wiem, że trzeba tylko odpychać, ale ten łeb... I co będzie pluł, jeszcze tak obmierzłym pyskiem? Dalej to już poszło gładko, to znaczy najpierw gładko, ale dobra. Nalej Greku!
-…
-Trochę patrzyłem, ale wiatr piasek mi w oczy, bo stałem akurat pod wiatr. No i to Słońce. Słońce okrutne! Zdjąłem hełm i usiadłem w cieniu przy takiej skałce, ale mnie dowódca wypatrzył, a ja akurat, taki mój pech, zdrzemnąłem się dosłownie na chwilkę. Jak mi nie zasadzi kopa! I dalej pod te krzyże, że niby za karę mam dobijać.
- I wtedy…
- No słońce zaszło i zobaczyłem jego twarz, bo ci obok, to już byli martwi. Ale on się trzymał i patrzył na mnie z góry, i coś tam szeptał. Nie wiem, co szeptał, bo po ichniemu nie rozumiem. Znaczy takie proste rzeczy, że pić, że jeść, że…
- Milcz!
- Milczę!
- Nie! Mów, tylko pohamuj trochę język. Opowiadaj żołnierzu!
- Jak tak na mnie spojrzał, to mnie złość wzięła, bo tak jakoś patrzył, no tak jakoś inaczej niż wszyscy. Złość mnie porwała na to jego patrzenie i jak mi dali włócznię to zaraz go, ale musiałem poprawić, bo tylko mu trochę bok sprułem. Jak poprawiłem to się wygiął – coś krzyknął i zaczął się miotać. Wtedy lunął deszcz i krwią się schlapałem. Błoto, krew. Nie mogłem się pod tym krzyżem ogarnąć. Wtedy umarł.
- …
- Nic się takiego nie stało. Umarł – wiadomo, że miał umrzeć, to umarł. Odszedłem na bok, żeby się oczyścić. Zagarnąłem piasku w garści, a ten pieprzony – O ten – Ten co tam drzemie  lał wodę z dzbana. Szorowałem łapska z krwi, a już dobrze lało i ze wzgórza wszyscy zwiewali do miasta, bo pioruny zaczęły walić jak wszyscy diabli!
No to i ja pobiegłem, ale facet z pewnością już nie żył. Chociaż był z niego kawał chłopa – ale ja nie takich wielkoludów...Znam fach, to wiem.
- I twierdzisz, że z pewnością skonał, ale jednocześnie utrzymujesz, ze z nim rozmawiałeś później!
- Tak Panie, rozmawiałem i na pewno z nim, ale nie rozmawiałem, bo mnie coś tak ścisnęło. Było tak, że wracałem z burdelu i tak mi wszystko przed oczami migotało. Te cypryjskie wynalazki dodają do wina. A jak tu w burdelu nie pić? Ze sobą przynosić flaszkę? Kiedyś spróbowałem to mi taka jedna powiedziała, że może innym razem sobie do burdelu dziwkę sprowadzę? No, powalający argument!
- Do rzeczy! Do rzeczy!
- Jasne! Za twoje piję! Już mówię – Nalej!
- Do rzeczy!
- Tak. Zobaczyłem go jak szedł z dwiema kobietami i śmiali się głośno. Najpierw go nie poznałem, ale jak byli blisko, to już byłem pewny i włosy stanęły mi dęba na głowie. Żadna tam bitwa, nie ten strach! To było gorsze, poczułem się... O mało nie zlałem się w gacie. Cały się trząsłem. Jak ja musiałem wyglądać, jak tak stałem na baczność jak przed jakimś oficerem, trzęsąc się i płacząc. Podszedł do mnie, objął mnie i tak mnie gładził po głowie. I powiedział…
- ?
- Powiedział jakoś tak, jakby coś zanucił, ale nie zrozumiałem a potem już tylko powtarzał:
Bracie. Człowieku, Bracie mój… człowieku!
I tam zostałem, na tej zakurzonej drodze, spocony, na kolanach. Płakałem jak dziecko. Jak jakieś dziecko! Teraz stawiacie mi wino żebym opowiadał, to opowiadam. Tak było! Dwa razy. Dźgnąłem go włócznią dwa razy! Co teraz czuję? Nie wiem. Chyba nic nie czuję. Nalej Greku!

3

Usiadł na pniu porośniętym mchem i popatrywał na jezioro. Podniósł wygrzebaną ze ściółki szyszkę i rzucił, ale pocisk nie doleciał do wody i ugrzązł w przybrzeżnym mule z cichym plaśnięciem. Pogrzebał raz jeszcze i natrafił na płaski kamień. Zważył go w dłoni. Cisnął. Cisnął i tym razem udało mu się dorzucić do wody. Ledwie zauważalne koncentryczne kręgi. Przepadł kamień. Przepadł w zimnej toni.
- To tu będę nie żył. Mieszkał na tym pochyłym zboczu w białym, spalonym przez słońce domku. Miejsce do spania, kuchnia i pokój, gdzie wyrósł nagły stół do pisania. Będę tu nie żył przez jakiś czas. Uprawiał warzywa, sadził, szczepił winorośl a nawet…
Zmusił się, by przez chwilę patrzeć wprost w Słońce, a potem, gdy zamknął oczy, zabawiał się barwnymi obrazami, wyświetlanymi przez darmowe kino pod powiekami. Im mocniej zaciskał powieki, tym widział więcej błysków. Piramida ognia!
Twarze tych, którzy tam zostali. Chimeryczne – chybotliwe budowle, które gwałtownie rosły i rozpadały się. Pachniało sosnami.
Więc to tak wygląda? Tego się bałem?
- Będę tu nie żył. Rano będę szedł razem z innymi do kościoła. Będę się modlił, choć wyżej pradawny las. Na drzwiach domu zawsze będę pisał kredą moje skromne wyznanie wiary, ponieważ nawet tutaj krąży smok. Oj, widzę go – słyszę – jak obiega mój dom. Wyje. Straszy. Próbuje wygryźć okna. Wyłamać oczy.
- Jeszcze słyszę jak się naradzają. Tak, tak – albo jeszcze trochę – nie ma sensu tego ciągnąć. Ktoś płaczę.
Wstał i z przyzwyczajenia ocenił wysokość piaszczystej skarpy, a potem, ostrożnie zaczął schodzić. Początkowo chwytając się korzeni, kęp trawy – a potem już odważnie, jakby zrozumiawszy, że nic mu nie grozi, poturlał się w dół.
Głosy ucichły. Pozbierał się. Otrzepał ubranie z piasku i zdjął buty. Boso, podwinąwszy nogawki stanął na wodzie. Drobne fale obmywały mu stopy.
- Zawsze, gdy tylko wbije szpadel w ziemię to spadnę. Niżej jest jezioro.
Przetarł oczy.
- Co ja za bzdury opowiadam sam do siebie – westchnął.

Usiadłem na pniu. Brzozy, sosny i dęby. Po tafli jeziora płyną ku mnie papierowe okręciki. Rozkrzyczani chłopcy na drugim brzegu bawią się w kapitanów, w wojnę.
- Przymykam oczy i razem z wiatrem zapadam w drzemkę poobiednią. Śni mi się lew szczający na tarczę. Podnosi łapę jak pies. Podchodzę do niego i za łeb chwytając lwi, pytam:
- Kim jesteś lwie, by szczać na moje godło? Na moją tarczę herbową?
- Lwem jestem – odpowiada Lew .
- Szyszki. Szyszki tylko mamy. Tyle po nas zostanie. Szyszki. Po duchach. Po nas. Idę, mijam, dotykam. Na wilgotnym piasku … Dobra! Nie ma tak dobrze
Wiem, że muszę wrócić, to idę

* * *
W grobie oddech, jak w oddechu grób. Nikt nie wiedział wtedy na świecie, na białym, ze Bóg może krzyczeć z bólu. Zastygły góry, pustynie, lasy, wody i gwiazdy. I zwierzęta. I nawet ogień wstrzymał oddech, gdy serce Boga zaczęło bić w ciemności grobu. Tylko niemowlęta zaśmiały się nagle w kołyskach i ramionach matek. Pewnie przez sen, przez życie, przez śmierć. Czekamy.

2007-2017

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Smoleńsk. Prawda poszlak i poszlaki prawdy

Dzień dzisiejszy jest dniem szczególnym, nie tylko jako kolejna rocznica tragedii smoleńskiej, ale także jako okazja, by przypomnieć o grze politycznej rozpoczętej w momencie, gdy do Polski dotarła przerażająca wiadomość o katastrofie. Ten zbiorowy wysiłek politycznego i medialnego zaprzaństwa, sam w sobie jest dowodem poszlakowym. Wystarczy zadać sobie proste pytanie: Czy zwykły wypadek wymaga armii kłamców, obudowujących zdarzenie ścianami zmyśleń, przeinaczeń i manipulacji?

Siedem lat temu, nie pojedyncze osoby, a całe środowiska, zainwestowały swój autorytet i kariery w serię kłamstw, zupełnie jakby prawda zależała od tego, ilu ludzi zdołają przekonać do swoich racji. Piszę „środowiska” ale te kłamstwa miały swoich liderów, za którymi mogli podążyli inni. Po większości kłamstw ślad zaginął i naprawdę przydałby się jakiś „Poczet kłamców smoleńskich”.

Może wówczas dotarlibyśmy do sztabu wymyślającego kolejne narracje, dokonującego wrzutek, które można było w pocie czoła obalać. Nie zaniedbano bowiem niczego, a taka wielostronna, skomplikowana operacja musiała mieć swój całkiem pokaźny budżet. Odnalezienie jego śladów, śladów przepływu gotówki, też należałoby w tym kontekście poszukać. Forsy i wrzutek informacyjnych, bo wtedy, po raz pierwszy i na szczęście jedyny, zaprzańcy skutecznie sięgnęli po władzę nad polskim, politycznym internetem.

Ogrom tragedii, niezgoda na medialne załganie, przygotowały grunt na którym wyrósł plon teorii szaleńczych w sposób oczywisty. Pełniło to rolę podwójną. Po pierwsze kanalizowało przeciwników oficjalnego kłamstwa w jałowych przepychankach i dyskusjach, ale przede wszystkim służyło ośmieszaniu argumentów i protestów ówczesnej opozycji, bo nigdy tak chętnie media nie korzystały z dziwactw wykwitłych na internetowych łąkach. Wystarczyło wrzucić wszystko do jednego worka i walić tym workiem oponentów po łbach. Zdarza się, ze i  dzisiaj medialne szczujnie wykorzystują dorobek naszych kolegów blogerów. Ekskluzywna wiedza bywa nieodpartą pokusą, prawda? A taką wiedzę zdobywa się pokątnie i rozszerza na zasadzie: - Media się boją, ale tyś prawy i szczerego serca...

Podobną rolę spełniła pewna gazeta, której naczelny dzisiaj rozpowiada, że tak naprawdę to on wygrał ostatnie wybory. To tylko taka uwaga na boku, żebyśmy pamiętali, że nie wszyscy którzy przynoszą dary są naszymi przyjaciółmi, a waga na której waży się zyski i straty... Cóż, zależy kto ją obsługuje.

Minęło siedem lat i przychodzą ludzie, pytając publicznie: Jak długo jeszcze ten Smoleńsk?
Są znudzeni, albo udają znudzenie. Inni domagają się natychmiastowych rozstrzygnięć. Decyzji, kar. Inni, że szkoda forsy, bo forsa to grunt. Jedni ze strachu, drudzy z głupoty, trzeci, bo im za to płacą.
Odpowiem prosto, bo jako prostaka, stać mnie jedynie na proste odpowiedzi.

Tak długo Smoleńsk, aż ostatni zaprzaniec, który kłamał, wymyślał i szydził siedem lat temu nie zniknie ostatecznie i nieodwołalnie z życia publicznego. Wątła to nadzieja w kraju, gdzie wciąż egzystuje na obrzeżach tego życia pan Urban. Słaba, ale nadzieja ponoć, umiera ostatnia. Doskonale byłoby, gdyby prawda wyszła na jaw w całej swej jaskrawości, co i tak nie zmieniłoby faktu, że prawie połowa Polaków krzyczałaby, że nieprawda. Tyle tylko, że moim zdaniem to już jest proces poszlakowy. Za kłamstwo, znieważenie, dzielenie narodu można w dzisiejszych czasach karać ostracyzmem, nie sznurem, bo inaczej zostalibyśmy bez połowy polityków i trzech czwartych mediów.

A jeśli uda się udowodnić tezę o zamachu? Wtedy, moi mili, popatrzymy sobie głęboko w oczy i zastanowimy się wspólnie, komu i co się należy od Polski.