piątek, 16 stycznia 2026

Krzyżak PIMO - wspomnienie z lat odległych...

 

Wraca Krzyżak Pimo z wizyty u polskiego króla bardzo zmęczony – tak jakby nie na koniu jechał a koń na nim. Zresztą uroda krzyżaka jest tego osobliwie nordyckiego typu, że gdyby nie siodło, to trudno by konia od jeźdźca odróżnić. No chyba, że po zbroi, ale dzisiejsze konie też potrafią się stroić.

- Żebym to chociaż nie był posłem, ale gdzież tam! – martwi się po niewczasie krzyżak Pimo.

Aby być wierny prawdzie, nasz dzielny krzyżak był z zawodu posłem, ale do tego całewgo europejskiego parlamentu i w Malborku wszyscy mają go za nic.

Tym razem – Wielki Mistrz wysłał go do Polaków po toster!

Kryzys w Zakonie straszny, bo mistrz bez tostera wytrzymać nie może a stary toster się spalił całkiem sam z siebie.

- Zimnego chlebka nie kumam - mawia Wielki Mistrz.

No i wraca nasz dzielny krzyżak z bratniej Polski dumając, jak to za dawnych czasów było fajnie. Bitwy, podpalanie wiosek i rabowanie tosterów, a teraz?

Proszę, dziękuję…dzień dobry!

Jedzie zziębnięty i styczniowy krzyżak Pimo - słucha Floydów - a po prawej stronie siodła buja się polski, znaczy się chiński toster, a po lewej hełm z białym pióropuszem. "Jestem Krzyżakiem pełnym tajemnic" - myśli nieco na wyrost.

Żebym się tylko nie pomylił, bo Wielki Mistrz się wkurzy, znajdując, że jednak, co hełm to nie toster! – martwi się krzyżak, który z powodu ziąbu oraz wiatru od wschodu, choć cały w srebrzystych blachach – przecież w wełnianej czapce z pomponem - na głowie.

Jego koń w takiej samej oraz w końskim kraciastym szaliku na szyi.

Ciemny wieczór, a droga daleka! I coś mży, jak na złość.

Gdy wyjeżdżał wydawało mu się, że jest do wizyty doskonale przygotowany. Nażarł się jakichś proszków. Na ramieniu przykleił sobie plaster, że niby rzuca palenie, bo straszne historie opowiadano w zakonie o polskich papierosach. Z tym plastrem narobił sobie szydery - bo zaraz Zyndram się kapnął, że na naramienniku nakleił i mówi:

- Ty mordo krzyżacka – taka owaka - gdzie sobie nakleiłeś? – i zaraz go fajką, jakby na złość częstuje.

Palą tak do płuc dechy, a tu Zawisza napity jak to zwykle on - zaraz do przedsionka gębę swą wraził i piwem częstuje. Jak tu takiemu odmówić nie tracąc głowy?

Porwał naszego krzyżaka wir imprezy. Toster? Bierz toster! Bierz dwa!

Prowadzą go gdzieś po schodach w górę i w dół a potem poziomym korytarzem do sali tosterowej, gdzie Polacy zwykli przechowywać tostery.

Dają mu dwa a potem jeden zabierają, nie wiadomo dlaczego. Zaraz uczta. Król Jagiełło siedzi na tronie i tylko wodę popija z kubka.

- Daliście jego krzyżackiej mości toster? – pyta - a nasz Krzyżak widzi, że sam król, chociaż wodę źródlaną tylko pije, przecież ujarany tak, że ledwie siedzi.

Obok niego biskup Oleśnicki też cały się śmieje!

Aż się zakręciło w głowie Krzyżakowi od światła świec - przedziwnie cudnego - A tu muzykanci zapodają muzę - średniowieczne - żelazne techno. Niedźwiedzie tańczą! Krzyki, śmiech i jak to mówią w Rzeszy „prapolska ruja und porubstwo”

Wraca Krzyżak do domu, a co się koń zatoczy – ( dzisiejsze konie potrafią ) to na żółtą gębę Księżyca spojrzy.

- Oj, ty Księżycu – na cóż nam obu przyszło? – a Księżyc na to tylko kicha

Aaaa…psik!

- Na zdrowie! – odpowiedział odruchowo krzyżak.

- Kha trowie! – dodaje koń.

Poprawił się Krzyżak w siodle i rozejrzał po okolicy, ale nic nie zobaczył, bo było prawie całkiem ciemno. Tylko tyle widział, co z łaski Księżyca, czyli niewiele.

A potem była uczta i – co wspominał teraz z pewnym zawstydzeniem, pojedynkował się z jakimś wrocławskim karłem na tostery. Na szczęście dostał nowy w zamian – ach ci Polacy! Jacy oni przewidujący.

Trzeba by im założyć… a mówili, że to bezpieczna lokata! – niespodziewanie Krzyżak rozpłakał się jak dziecko. Przebiegający mimo brukołak Kazek tylko westchnął i ukrył się w rowie melioracyjnym.

Wyjechali wreszcie z brzózek na wrzosowisko. Aż się koń zaśmiał widząc nasmarowany na kawałku dykty drogowskaz:

Malbork - 300 metrów













Tylko pozytywnie

 

Ledwie świt, po grudzie i lodzie, w bamboszach zbiegam po schodach i wołam, żeby panowie z komunalki zaczekali, to zaraz wypchnę mój kosz z popiołem.

- Popioły już zebrane – oni do mnie, a ja w szlafroku.

Ósma rano. O, cholera!

Potem w drodze do sklepu dwa razy się wywaliłem. To mój rekord! Raz na dupę, na przejściu dla pieszych, a drugi raz na kolana i łapy. Rzecz jasna w miejscach, skąd starannie usunięto lód. Drugie wywalenie gorsze, bo dżinsy na kolanie rozdarte. Gdyby mnie śledził jakiś smutny, napisałby w raporcie, że osobnik pijany. Portki do niczego, ale akurat wywaliłem się przed szmateksem. Wchodzę i za trzy dychy kupuję całkiem nowe dżinsy, bardzo zgrabne.

Grenlandia wypycha Ukrainę, zahaczając o Iran. Więcej emocji niż te domniemane wojny, dostarczył mi kot Traktorek, który przez ponad dwadzieścia godzin nie wracał do domu. Pewnie uznał, że zero stopni świadczy o marcu, ale odkąd wrócił, nie bawi się w jakieś sentymenty, tylko sobie smacznie śpi. Dziecinada straszna, ale wielu komentatorów nierzeczywistości jest w swoim żywiole. Jeden dobrodziej przywołał nawet Stefana Czarnieckiego, że niby bronił Danii, a jest w hymnie, w związku z czym powinniśmy wspomóc Duńczyków. Dobrze, że ancymon nie pamięta, jak dzielny hetman pacyfikował Ukrainę.

Nie pisałem od wielu miesięcy. Wybaczcie toporny styl, ale mam nadzieję wrócić do odpowiedniej formy. O sporcie w styczniu mam niewiele do napisania. Zabawiła mnie tylko kreacja na sporowca roku pani Zwolińskiej, która ściga się kajakiem w betonowych rynnach. Pomimo tego, że z daleka widać, że jest to planowany wyczyn marketingowy, dziennikarze sportowi debatują nad tym całkiem na poważnie. I tak tematem wiosny będą osiągnięcia pana Papszuna, który poprowadzi warszawską Legię - właśnie – do czego? Pisząc te słowa mam na podglądzie sparing z Sigmą Ołomuniec. Jest 1-0.