Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 stycznia 2026

Namnożyło się w Polsce łajdaków

 Namnożyło się w Polsce łajdaków, a co trzeci to hrabia. No, może nie co trzeci, ale razem z paniczami, prawie. A niektórzy narzekają, że Rzeczpospolitą, panie tego, diabli wzięli, bo było za dużo szlachty. Owszem wzięli, nie oddają i oddać nie zamierzają. Niby komu, hrabiom we władanie? I żeby to jeszcze jeden z drugim miał rozum, albo jakiś znaczący majątek, a tu tylko gołe zadki oraz poczucie wyższości, niby nad tym ciemnym ludem. Jednak trzeba przyznać, że część z nich jest dość sprytna, ale metoda, której używają dogorywa.

Na co dzień my i oni, od święta wszyscy Polacy. My, znaczy się światłość i rozum, oni zaś czerń, do której pasują wszystkie, nawet najwymyślniejsze epitety. Od święta, że niby wszyscy Polacy powinni, albo to czy tamto… A już przy okazjach wyborczych to nawet, owszem nieco selektywna, ale miłość. Aby nie oślepiać tym swoim hrabiowskim, zagranicznym tytułem, można na przykład nazwać się demokratami, stroną demokratyczną. Sprytne to jest, bo bardzo ogólnikowe i zawsze można powiedzieć, że zostaliśmy źle zrozumiani z tą całą demokracją.

Wszystkie ich działania są powtarzalne niby scenariusze jakiegoś serialu dla niezbyt rozgarniętych widzów. To bardzo sprytne, bo widownia ich popisów, no wiecie, taka sobie. Podam to na przykładzie ustaw wetowanych przez Prezydenta. Zawsze są to projekty, o których można mówić dużo i pięknie, przypisując sobie jak najlepsze intencje. Nie ma tam żadnych wrzutek czy pomyłek. Idea jest taka, żeby za każdym razem wymusić weto i móc się rozczulać, straszyć i wygłupiać we własnych mediach, licząc na to, że wyjaśnienia Prezydenta czy jego kancelarii dotrą do mniejszej liczby osób, niż ich medialny bełkot. I mają w tym swoją rację.

Dziwne dla nich, że na razie to nie działa. Lud ciemny się uparł i trwa przy swoim, ale scenariusze kolejnych odcinków są już gotowe. Do tego zbliża się finał WOŚP i Prezydent, który nie gra razem z Jurasem, czyli dojdzie jeszcze, że nienawidzi też dzieci, czy tam czegoś, co wymyślił hrabia Owsiak. Będzie bardzo zabawnie, ale lud ciemny nawet nie drgnie. Być może po prostu znudziło go pouczanie, co ma myśleć i czuć na żądanie byle obszczymurka, choćby i z zawodu był hrabią. Nudne są te połajanki, te bezmyślne gęby na stanowiskach ministerialnych, ten bełkot… Na dodatek masa krytyczna tego całego wykształceństwa dominującego w przestrzeni publicznej została przekroczona i wkrótce może nastąpić BUM!

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Urojone filary polskości

 Coroczna debata na temat Powstania Warszawskiego przetoczyła się przez media i jak zwykle wygasa bez żadnych sensownych konkluzji. Tym razem było już mniej emocji, strony okopane na swoich stanowiskach rażą się tylko zza zasłon własnych wyobrażonych autorytetów. Strzelcy są poklepywani po plecach, wróg ideowy poniewierany werbalnie. I wszystko jest komunałem, tanią rekonstrukcją w głowach propagandystów i jawnych maniaków. I darcie szat, że Moskal stał za rzeką, że sojusznicy z zachodu tylko pozorowali wsparcie, że to czy tamto. Machina historii nas zmiażdżyła, zżarła i wypluła. Nic więcej, a my po prawie osiemdziesięciu latach gadamy o czułości czy nadziejach. Kolejny raz sami siebie utwierdzamy w przekonaniu, że jesteśmy cholernymi Indianami z filmów dla niegdysiejszej młodzieży. Sami tworzymy na swój temat negatywne stereotypy i żądamy od innych zachwytu.

Od wieków nie jesteśmy wojowniczym, sprawnym w działaniu czy dobrze dowodzonym narodem. Tyle tylko, że pod wpływem własnej propagandy straciliśmy rozsądek. Nie wygrywamy, ponieważ idea i dobre chęci górują nad pragmatycznym przygotowaniem działań, logistyką i umiejętnościami. Powstanie Warszawskie jest ukoronowaniem takiej postawy. Oczywiście koroną cierniową, bo jakże inaczej. Innych koron światowe mocarstwa nie rozdają.

Jesteśmy narodem, który lubi rozprawiać o historii, ale własnej historii nie zna, a jeśli zna jej wyrywki dzięki kulturze masowej, literaturze czy popularnym opracowaniom historycznym, to w zasadzie jeszcze gorzej. Wdrukowano  nam w głowy pewną wizję polskości, która może jest dobra i szlachetna, ale do diabła, dla ludu, nie dla osób, które decydują o sprawach poważnych. Jasne, że są to sprawy poboczne, ale skoro z tych najważniejszych niewiele wynika, nie można całkiem odrzucić kwestii wychowania, bo przecież znakomita większość dowódców miała od dziecka serca pokrzepione Sienkiewiczem i podobnymi lekturami. Czy to źle? Dobrze, o ile się wie, że to tylko romanse na tle historycznym. Źle, gdy za chwalebne ma się wysadzenie twierdzy razem z kilkuset piechurami, bo tu już niedaleko do całkowitego zidiocenia. Niestety, ale coś podobnego pobrzmiewa w zapisach rozmów, rozkazach, tamtejszej propagandzie skierowanej do bojowników i cywilów.

Wojna od zawsze, poza okrucieństwem, śmiercią i zniszczeniem jest dla jej uczestników i cywilów nieprawdopodobnie wręcz uciążliwa pod każdym względem. My, urodzeni i żyjący w takim czy owakim, ale pokoju, nawet niespecjalnie możemy sobie to wyobrazić, ale bitwa to zupełnie co innego niż wojna. Bitwa jako akt rozstrzygający jest w pewnym sensie świętem, dlatego poważni wodzowie tak starannie je planowali. Dobór możliwych do zaakceptowania miejsc starcia, zaopatrzenie w materiały wojenne i nie tylko i masa rozmaitych szczegółów mających na celu minimalizację strat, łącznie z drogami ewakuacji w razie zawsze możliwej klęski. No i żeby cywile się nie pętali pod nogami. Powiecie, że Powstanie to nie bitwa, to ja spytam, co w takim razie?

Cena życia wyszkolonego żołnierza rośnie wraz ze stopniem jego sprawności. Celem walki jest pokonanie lub chociaż znaczne osłabienie sił wroga przy możliwie najmniejszych stratach własnych, nie tylko ludzkich, ale i materialnych. Wiedzieliśmy to pięćset lat temu, a teraz nie wiemy i oddajemy się bajaniu o emocjach i chwale. Od dawna nie wiemy, bo już powstańcy styczniowi zdumiewali się obojętnością z jaką przyjmowano ich ofiarę. Potem to zagłaskano zupełnie po dzisiejszemu. Kobiety w czarnych sukniach, biżuteria patriotyczna, antycarskie graffiti, literatura. Zagraniczny autorytet się zachwycił, Konfederaci z dalekiej Ameryki, ale już Lincoln twardo przy ruskim carze. I tak dalej.

Wczoraj obchodziliśmy 77 rocznicę Powstania Warszawskiego. Jak mawiał Zagłoba, gdy miał właśnie tyle lat poczuł jakby dwie siekiery nad nim zawisły, ale potem odmłodniał i czuł się znacznie lepiej. Czego Polsce i wszystkim, którzy przebrnęli przez ten niejasny tekst szczerze życzę.

 

niedziela, 26 kwietnia 2020

Ostatni raz o sprawach, które do mnie nie należą


Najwyraźniej z racji możliwego kryzysu, zewnętrzni wobec Polski szafarze dóbr wszelkich ponownie rozsupłali sakwę ze złotem. To rozumne wobec faktu, że obecni beneficjenci całkowicie zawiedli dopuszczając we własnym gronie do rebelii, do wypuszczenia na pierwszą linię prawdziwych już idiotów i pałkarzy, nie nadających się do żadnej tam polityki. Postępującej degradacji Platformy Obywatelskiej nie da się już zatrzymać, zaś ani sklerotyczno-brodato-spurkowa lewica, ani skorumpowany do cna PSL nie są żadnymi alternatywami. Chodzi bowiem o rzecz poważną, czyli ujmując w skrócie o to, by nakłonić Polaków do kolejnych trzydziestu lat tyrania na rzecz dobrostanu państw, tak hojnych wobec wyznaczanych przez siebie nadzorców. Po to właśnie objawił się ten cały Gowin. Jego rolą nie jest zostanie marszałkiem sejmu, stanięcie na czele mniejszościowego rządu, ani nic podobnie głupiego i krótkotrwałego.

Jego rolą jest stworzenie kolejnej w Polsce partii opartej na sile pochodzącej z zewnątrz. Do takiej pracy zawsze u nas tłumy chętnych, o ile forsa i koncesje będą się zgadzały. Wystarczy ogłosić łagodny konserwatyzm, wolnorynkowość, konsyliacyjność, dumę narodową i przede wszystkim położyć nacisk na fakt, że w trudnych czasach tylko rządy ludzi rozumnych i przewidywalnych mogą zapewnić przetrwanie. Znajdą tam polityczne ukojenie obecni politycy opozycji mający dość basowania dzisiejszym krzykaczkom i krzykaczkom. Wszyscy mądrale i mądralki, dla których PiS jest emanacją socjalizmu, albo nie mogą z powodów estetycznych znieść serwowanej przez obecną władzę propagandy. 

Potem zacznie się gadka o zgodzie narodowej, co w rzeczywistości oznacza, że wszyscy, którzy godzić się z zaprzańcami nie chcą, zostaną chwyceni za pysk. W związku z takim postawieniem sprawy i pisowscy koniunkturaliści, którzy są wszędzie i mają się doskonale, dołączą truchcikiem, albo i w karnych szeregach. I tak dalej, i tak dalej… Wyborcy dadzą się jak zwykle nabrać, ponieważ u nas panuje dziwne przekonanie, że sama deklaracja jest już jakby czynem. A czyny będą, bo tak i na takiej bazie fundowane państwo będzie jak najbardziej kompetentne do zaprowadzania porządku w kraju nad Wisłą.

Czy ja opisuję mechanizm zdrady? Oczywiście, że tak! Polacy są zdradzani od setek lat i tak się przyzwyczaili, że życie nie pod rządami zdrajców mają za zmarnowane.  i niepełne, bo przecież wszyscy wiedzą, że inne nacje rządzą się lepiej, a skoro tak, logiczne się wydaje, żeby i nami rządziły. Trochę po cichu, bo lubimy śpiewać hymn i po kielichu pysznić się, jacy my tacy i owacy, a po prawdzie jesteśmy narodem gastabraiterów i geszefciarzy. Drobne zyski, fałszywe miny i absolutna oraz powszechna obojętność dla spraw publicznych i o dziwo boskich, oczywiście poza hucznymi deklaracjami.

Pisanie o tym jest pisaniem po nic. Ostatni raz to robię, ostatni raz dotykam kwestii, które do mnie nie należą. Lepiej milczeć, żyjąc idiotycznym złudzeniem, że jakoś się ułoży. Otóż, nic się nie ułoży, ponieważ nie ma takiej siły ani potrzeby, by fundować wolność ludziom z natury bezwolnym. Mam tylko osobliwe szczęście, że niezbyt długo będę na te rzeczy patrzył. Kto planuje trwać dłużej… Cóż, nie moja to sprawa.

środa, 8 kwietnia 2020

Wystarczy odwrócić znaki



Ludzie, którzy na co dzień, w sprawach dotyczących pracy, rodziny, codziennych zajęć czy nawet pasji są mądrzy, gdy rzecz dotyczy polityki, spraw społecznych i świata w którym żyją, nagle stają się nagle bezdennie głupi. Tam logiczni i sprawni, tu ślepi i reagujący na rzeczywistość niczym pieski poddawane eksperymentom przez niejakiego Pawłowa. Tam każdą rzecz obejrzą sto razy, zajrzą pod spód, o ile jest gdzie zajrzeć i do środka i pomacają paluchem, tu gotowi są bez wahania łyknąć i kolportować każde kłamstwo i oczywiste głupstwo. Myli się ten, kto sądzi, że wpływ na ich przekonania mają wznoszący okrzyki politycy, ich małpie wręcz zachowania i brednie, którymi ich karmią. Politycy są tylko beneficjentami procesów, które w umysłach ludzi zaszły wcześniej, a ich zysk polega na tym, że fani, nawet jeśli oglądają ich i słuchają, widzą i słyszą coś zgoła innego. Trochę siebie samych, a trochę jakieś wyobrażenie, co umożliwia im trwanie w mentalnym uporze i przekonaniu o własnej wyższości.

Jeśli ktoś raz uzna, że polityka, sprawy społeczne czy gospodarcze są w zasadzie nudne, trudne i w sumie dla niego obojętne, koniecznie musi scedować myślenie o nich na kogoś innego, choćby po to by móc zająć się rzeczami, na których się zna. Najlepiej, żeby to, co w ten sposób czerpie zapewniało mu komfort i właśnie poczucie wyższości. Czyli najpierw zapoznaje się z wrogiem, którego odtąd będzie zwalczał i poniżał, z wrogiem, w którego odczłowieczeniu znajdzie satysfakcję, ale musi być to jednocześnie wróg środowiska, w którym sam żyje. Im bardziej skonsolidowane środowisko tym łatwiej. Oczywiście nikt się nad tym nie zastanawia w ten sposób. To przychodzi samo. Najpierw jest śmiech, zgrzytanie zębami przychodzi później. Z tym tylko, że nadal i w zasadzie już nigdy formatowanemu w ten sposób osobnikowi nie przyjdzie do głowy sprawdzić, co tak naprawdę zwalcza, a co popiera. Od tego ma jedynie prawdziwe i rozumne media i całą rzeszę autorytetów z różnych dziedzin, które sobie obrał, a za najcenniejsze ma te możliwie najbardziej oddalone od rzeczywistości, a swoją fiksacją znacznie przekraczające jego własną, w pocie czoła budowaną fiksację. Jeśli jakiś autorytet się wyłamie, zaczyna poddawać w wątpliwość, marudzić, po prostu przestaje być autorytetem, a staje się wrogiem.

Jak to możliwe, ktoś spyta, że można jednocześnie nie interesować się polityką, waląc w polityczny bęben? W nosie mieć kwestie społeczne, a wydzierać się na przykład w obronie przywilejów, których samemu się nie ma i mieć nie będzie? Oczywiście, że możliwe! Taki osobnik ma więcej czasu, choćby dlatego, że nie musi myśleć, analizować i wyciągać wniosków. Dostaje gotowce i może z pełnym przekonaniem zabierać głos. Dla niego ważne, że nie jest sam. Ba, przeważnie jest przekonany, że większość ludzi wyznaje jego poglądy i ma po temu powód, ponieważ styka się na co dzień tylko z takimi jak on. Ma komfort tym większy, że pakiet przekonań puchnie, rośnie wraz z upływem czasu i obejmuje też historię, literaturę, aż do filmu czy muzyki. Dzięki niemu wszystko gotów ocenić, sprawić dobre wrażenie, pokazać, że potrafi… Nawet, gdy mu coś zgrzyta, po cichu wie, że to jego wina, bo po prawdzie, to pojęcia o tym nie ma.

Najlepsze, że tak sformatowany człowiek jest niepokonany. Żadne argumenty, apele nic oczywiście nie zdziałają, bo niby jak mają zdziałać, skoro on wie lepiej, nic nie wiedząc. O, jeśli osobiście dostanie w łeb od tego w co wierzył święcie, wtedy usiądzie i będzie siedział chwilę drapiąc się po bolącym łbie. Ale wybrnie z tego niezawodnie, bo przecież ma w sobie miliard gotowych opinii i w końcu dojdzie do oczywistego wniosku, że wystarczy odwrócić znaki.




niedziela, 22 grudnia 2019

O wszystkim, czyli o niczym, albo odwrotnie


Urzekła mnie informacja, że mniej więcej sto lat przed Chrystusem trafiły do Rzymu pierwsze sadzonki moreli oraz brzoskwiń, a ich owoce wkrótce zyskały wielką popularność. Zostały przywiezione, wystawcie sobie, z Armenii. Zawracam Wam tym głowę tylko dlatego, że na terenie dzisiejszej Polski dużo wcześniej, bo różnica jest szacowana na kilkaset lat, brzoskwinia była obok śliwy najpopularniejszym owocem. Nic w tym dziwnego, bo wedle badaczy archaicznego DNA nasi protoplaści przywędrowali nad Wisłę i Wartę z Półwyspu Indyjskiego. Ale spokojnie, nie jest to notka o klimacie, ani o wędrówce plemion.

Ta notka jest o niczym. Przede wszystkim dlatego, że każde bieżące wydarzenie, o którym chciałbym napisać, nim się nad nim zastanowię, zostaje natychmiast unieważnione. Weźmy nagrodę Nobla dla pani Tokarczuk. Zaszumiało, zagrzmiało i zapadła cisza. Można przyjąć, że teraz wszyscy fani oddali się lekturze jej wiekopomnych dzieł i trwając w zachwycie, nie mają czasu by podzielić się z nami swoimi emocjami. Zresztą, prawdę pisząc, ze dwa lata temu przeczytałem dobre trzydzieści stron Ksiąg Jakubowych i parafrazując opinię Hłaski o Żeromskim, poczułem się zwolniony z dalszej lektury.

Zresztą nasi literaccy nobliści mają u mnie ciężko. Nigdy na przykład nie przebrnąłem w całości przez Quo Vadis, ponieważ bohaterowie tej powieści niezmiernie mnie bawią, a chyba nie powinni. Jeden Reymont ze swoimi Chłopami, ale nie w szkole, bo męka to dla mnie była, a w zeszłym roku. Czytałem w zachwycie, bo to, co pan Władysław wyprawia z narratorem, to ludzkie pojęcie przechodzi, a współczujący narrator pani Olgi może iść na łąkę i tam szczaw liczyć. Tak, mili moi. Piszę szybko, a mimo tej zalety zdaję się trwać w jakimś zdumieniu światem, a jakimś niepojętym stuporze.

Teraz dla odmiany ta cała Greta i klimat planety. Co tu można napisać, skoro rzecz cała jest tak jawnie głupia, że w zasadzie komentowanie jej może być poczytane za wstydliwe dla komentującego. Nawet wyśmiać tego nie sposób, bo to tak jakby wzniecać śmiech i dyskusję nad znalezionym na śmietniku beznogim kadłubem plastikowej lalki. To wymaga specyficznego poczucia humoru, a ze mnie żaden tam Roland Topor. A skoro on, to zaraz nasz Romuś, bo Chimeryczny Lokator. Nie taki zresztą pan Polański chimeryczny, bo jego czyn wraca z uporem godnym lepszej sprawy.

Albo ten bohater senatu, pan Grodzki. Nic mnie nie interesuje, czy popełnił przestępstwo, czy się przedawniło, ani czy oszalał tłumacząc się w tak dziwaczny sposób. Powinno być tylko dla każdego jasne, że natychmiast powinien zrezygnować z zajmowanego stanowiska, bo jest już politycznym trupem. I sami powiedzcie, czy jest z tej osobliwości temat, którym warto się zajmować? I jeszcze ci sędziowie, którzy odkryli w sobie razem z boskością, chęć wzniecania niepokoju i trwania w nim, co na pierwszy i każdy kolejny rzut oka, wydaje się stanem niewygodnym i budzącym raczej politowanie  niż współczucie.

Ważnym tematem byłby Cyceron, z racji przydomku chyba krewny pani redaktor Renaty Grochal. Tak, Cyceron i jego polityczne kalkulacje, na których końcu była głowa myśliciela uprzejmie wychylona z lektyki, by żołdak spełnił powinność miecza. Bywa i tak, gdy zmyślność zawiedzie, a pretekst sprzed lat stoi niby kamienny bałwan. I zaraz, że znowu ten Rzym i przemoc. Jasne, że może komuś wydać się to nudne, ale mnie to nie zraża. Warto na przykład wiedzieć, że dopiero w III wieku oficjalnie usankcjonowano zasadę prawną, że dla bogatych i ustosunkowanych są inne kary niż dla ludzi pospolitych.

Oczywiście te kary, to zagrożenie nie różniło się tak radykalnie jak obecnie. Dzisiejszych celebrytów czy inne jeszcze ważniejsze osoby nie usatysfakcjonowałaby różnica między ścięciem mieczem, a rzuceniem dzikim zwierzętom na pożarcie. Pusty śmiech, po prostu! I teraz mam problem, ponieważ założyłem, że notka o wszystkim i o niczym powinna zmieścić się w siedmiu akapitach, a każdy składać się z siedmiu wersów. Widzicie, muszę o tym, bo już nic ważnego nie przychodzi mi do głowy. Ratunek w Wiedźminie! Informuję przeto, że zasnąłem po kwadransie, co nie jest powodem do chwały.


sobota, 21 grudnia 2019

Sprawy za proste



Próżno deklamować Herberta, jeśliś sam wnuczkiem dziecka Aurory. Nie dla ciebie potęga smaku, skoro wielbisz potęgę hordy, z jej bezwzględnym przyzwoleniem na przemoc wobec podbitego niegdyś ludu. Trucizna, którą mu podawałeś przez dziesięciolecia osłabiła go, wykrzywiła nie do poznania, ale nie zabiła. Wielu nazywa ją lekarstwem, tak jak lekarstwem był bicz, czy strzał w potylicę. Leczyła z pamięci, z dziedzictwa, z wrażliwości na krzywdę ludzką, dając w zamian łatwość uproszczeń, wyparcia, pazerność i pełną pychy świadomość obiegowej, aktualnie pożądanej mądrości.

Zacząłem za wysoko i zaraz się dowiem, że znowu nikt nie rozumie, o co mi chodzi, a to są rzeczy proste, choć nadal wiele wysiłku idzie w zacieranie śladów. Większość wie, jak kupiono po wojnie część polskich elit, z jakim zapałem zniszczono resztę, razem z niepotrzebną nowej władzy wiedzą, by potem wielokrotnie aktami specjalnej łaski przywracać i znowu rzucać w niebyt. Falami, albo punktowo po nazwisku, a wszystko po to, aby zachować przemocą nabyte prawo do przewodzenia narodowi. Podległość i szanowanie roszczeń tych dzikich, ledwie ociosanych, w rzeczy samej, ludzi, nazwano ładem społecznym.

Jest to ład fałszywy do samego gruntu, aż do najprostszych odruchów, ale nie zanosi się wcale, by został zmieniony, czy choćby znacząco skorygowany, ponieważ polityka jest obecnie tylko emanacją zjawisk społecznie głębszych. Wszystko jest doraźne, chwiejne, bo bez oparcia w moralności, szczerze przeżywanej religii, czy w choćby w praktycznych zasadach wywiedzionych z filozofii, która nie jest jak się sądzi obecnie, zbiorem nikomu niepotrzebnych nudziarstw. Jakby tego było mało, powoli, z dnia na dzień pozbywamy się języka, w którym moglibyśmy opisać, zapytać, czy odpowiedzieć.

Nie naprawimy Polski werbalnymi deklaracjami o własnym patriotyzmie, czy europejskiej nowoczesności. Nie podniesiemy nauki, ochrony zdrowia, armii ani sprawiedliwości ględzeniem o ich naprawie, ponieważ to co złe już się stało. Kto niby ma to zrobić, skoro większość ludzi, którzy mają choćby zbliżone do pożądanych umiejętności, sama wymaga naprawy? Sił starcza im co najwyżej na chronienie własnych przywilejów. Mam wierzyć w moc sprawczą ich dzieci czy wychowanków? Jaka może być odnowa w kraju, gdzie najsłuszniejszy nawet postulat rozmywa się zaraz w bylejakości?

Jestem człowiekiem pospolitym i nie mam rady, jak zmienić, ruszyć z posad bryłę tego czegoś, co bynajmniej nie jest kamieniem. To znaczy mam, ale się z Wami nie podzielę, ponieważ jakoś mi nie spieszno na salę rozpraw. Zauważę tylko, że gdyby ktoś przemógł niechęć do historii i zaczął zgłębiać dzieje, choćby starożytnego Rzymu, ma szansę zauważyć, jak wiele opisów zawrotnych karier politycznych i finansowych kończy się skromną uwagą, że na koniec zwłoki delikwenta wrzucono do Tybru. U nas nie ma Tybru, tylko kobieca Wisła, a my tak sobie chodzimy po świecie, choć już sami nie bardzo wiemy dokąd zmierzamy.



wtorek, 5 listopada 2019

Stalinowskie złote Słońce...


Przy okazji wczorajszej awantury personalnej dotyczącej zgłoszonych kandydatów na sędziów TK muszę podzielić się pewnym spostrzeżeniem na temat wybitności, która jest zarezerwowana dla pewnej grupy społecznej, rodów niemalże arystokratycznych. Otóż w Polsce współczesnej jedynymi akceptowanymi patentami szlacheckimi są te, które raczył nadać lub odświeżyć Stalin i jego akolici, także miejscowi, nasi, że się tak wyrażę. To oczywiście uproszczenie, ale działa i żadne pitolenie o wolnej Polsce tego nie zmieni. To, że Gomułka rozbroił stalinowski aparat bezpieczeństwa tylko pomogło w uzyskaniu przez nich pozycji dominującej, ponieważ z kazamatów i sal sądowych, gdzie pilnie sprawowali nadzór nad prawidłowością Polaków, rozpełzli się po wydawnictwach, uczelniach oraz instytucjach traktowanych przez tryumfującego satrapę jako drugo i trzeciorzędnych. Tam dopiero dalejże wychowywać, gromadzić dwory i kształtować swoją wybitność. Jednocześnie, wraz z kolejnymi potknięciami reżimu pana Władysława wiele z tych tworzących się środowisk nabierało charakteru, albo było postrzegane jako quasi opozycyjne. Już ich dzieci, już przyjaciele tych niedawnych bobasów, już mieszkania intelektualistów, nie katów i donosicieli, już pianino zamiast stołka i bicza. I kooptacja do szeregów i pamięć zawiązana na supełek, bo nagle nikt niczego nie wiedział.

Co mógł dorzucić Gierek? Chłopków i śląskich cwaniaków? Albo Jaruzelski? Złodziei chyba i cinkciarzy na poczekaniu przekształconych w biznes. A wybitni mieli to w nosie, służyli, to jasne, ale z góry, z pogardą kasowali należności. Przy każdym obrocie polskich spraw byli i są nietykalni, bo w zasadzie nie ma już żadnego powodu, żeby ich tykać. Za grzechy ojców czy dziadów mają odpowiadać? Dobre sobie. Nie po to historia i sowiecka przemoc dała im szansę, by ją zmarnować. Nie po to Ameryka futrowała ich dzieci stypendiami, by tak kosztowną wybitność wyrzucić do kosza. Przecież nawet tropiciele ich życiorysów są z nimi związani, a chęć przypodobania się wybitnym idzie w poprzek podziałów politycznych, które tak czy owak są efemerydą. Maszyna zbudowana przed laty już działa sama, ze społeczeństwem kontaktując się i to społeczeństwo prowokując w zasadzie tylko głosami pionków, nic nie rozumiejących nuworyszy.

Każdy powie, że to zbiór oczywistości. Jasne. Pewnie dlatego większość pilnie podąża za ich grymasami i nieskrywanymi poleceniami. Oni decydują, kto w Polsce jest ładny, a kto brzydki i żaden sprzeciw tu nie pomoże, bo to będzie tylko indywidualny wyskok nie poparty żadnym autorytetem, a u nich, gdzie splunąć tam autorytet. W każdej, dosłownie każdej dziedzinie. Czy nie lepiej choć aspirować, choć otrzeć się o aprobatę wybitnych, niż zasługiwać na aplauz motłochu, jakim wszyscy, do cholery, jesteśmy? To pytanie retoryczne, tym bardziej, że czasy groźnych, zdolnych cokolwiek poruszyć tłumów dawno minęły, no chyba, że Oni taki tłum zorganizują, a wtedy władza nadana poprzez wolne wybory zniknie i nikt ani nic jej nie pomoże. Tym bardziej, gdy część jej przedstawicieli zostanie nagle uznana za osoby wybitne. W tym mają zadziwiającą wprawę, przećwiczoną z powodzeniem w czasie powojennego terroru. Przecież nie z chłopków roztropków budowali swoją administrację, nie z analfabetów kadry uniwersyteckie. Bo żyć trzeba i z tym się zgadzam.

Monopolu na wybitność nie da się złamać gadaniem, tym bardziej, gdy wielu chcących go łamać, półgębkiem przyznaje monopolistom rację. Czym bowiem może kusić obecna władza, o ile w ogóle traktować ją poważnie jako trwałą alternatywę? Chyba tylko pieniędzmi, bo o żadnym prestiżu nie ma mowy, skoro wszystkie narzędzia jego tworzenia i nadawania dzierży tamta strona. Nawiasem mówiąc pieniądze nadal płyną ku niej szerokim strumieniem i nikt nawet nie pomyśli, że subsydiowanie własnych wrogów nie prowadzi choćby do remisu, podobnie jak przeglądanie się w ich opiniach zamiast w lustrze.

Co tu mają do rzeczy kandydaci na sędziów TK i trwające właśnie wzmożenie moralno – polityczne? Otóż wszystko. Setny raz okazało się, że w zasadzie nie ma niczego poza opinią salonu wybitnych. Stalinowskie złote Słońce wyjrzało zza pisowskich chmur i dobrotliwie pogroziło palcem. I wszyscy pędzą służyć, by tylko życzenie nie stało się rozkazem, bo wtedy…

poniedziałek, 28 października 2019

O racjonalistycznym widzeniu rzeczywistości

Historia to jak wiadomo zbiór opowieści, dokumentów i zabytków o zróżnicowanych stopniu wiarygodności. Osobliwe jest to, że wcale nie jest tak, że im wydarzenie nam bliższe, tym wymienione materiały wiarygodniejsze. Jest ich po prostu więcej, ale nie w ilości chyba rzecz. Dzisiaj postanowiłem napisać o różnicy pomiędzy wiedzą, tłumaczeniem i racjonalistycznym widzeniem świata, a pełną chaosu, krwi oraz beznadziejnych i przedwczesnych czynów rzeczywistością.

Przenieśmy się zatem pod Filippi do roku jeszcze nie „pańskiego”, a zwykłego czterdziestego drugiego. Dwa lata wcześniej, czyli w roku 44 pod ciosami spiskowców padł Cezar i teraz zbliżał się dzień zapłaty za zbrodnię, ponieważ wszystko ma swoją cenę i za wszystko tak czy inaczej trzeba uiścić należność. Jeszcze nie dzisiaj, jeszcze nie dotarli na pole przyszłej bitwy, a właściwie bitew, bo to był dramat w dwóch aktach. Z jednej strony Oktawian i Antoniusz znowu niby to pogodzeni, z drugiej armia Brutusa, Kasjusza, Republiki, Senatu i wszystkich innych diabłów, stworzona za wydarte wschodowi pieniądze. Wóz, jako to mówią, albo przewóz, ale o bitwie nie będę wam tu pisał. Wiadomo, kto wygrał, a przynajmniej powinno być wiadomo każdemu, kto potrafi pisać i czytać.

I Brutus właśnie sobie czyta. Miał taki zwyczaj, że do późnej nocy czytał, oczy sobie psując przy kaganku. Lubił, to czytał. I tak sobie siedzi w namiocie, aż tu nagle coś jakby wiatr i płachta wejściowa się unosi… Przed Brutusem staje nie wiadomo kto. Ogromny, bo nie człowiek, ale też nie zwierzę, ponieważ zgoła po ludzku zapowiada, że spotka się Brutusem pod Filippi. Duch? Demon? Przeznaczenie? Sam Cezar? Groza i groźba! Nazajutrz Brutus opowiada o tym spotkaniu Kasjuszowi, bo po prawdzie wielkiego wyboru nie ma. Przecież nie będzie swojej grozy stawiał przed ślepiami gawiedzi. Wielcy tak mają, a wielcy politycy czy zbrodniarze szczególnie. Tyle tylko, że Kasjusz jest racjonalistą i zaraz zaczyna, że po pierwsze Brutus nie powinien czytać po nocy, bo to nadwyręża jego zdrowie, które będzie potrzebne w zbliżającej się bitwie. Mama się znalazła! Po drugie – wywodzi – żadnych duchów nie ma, co wiedzieć powinno każde dziecko, nie wspominając o wodzach potężnych armii. Następnie tłumaczy racjonalnie, powołując się autorytet Epikura, że zjawy, duchy i inne takie, to tak naprawdę… Uwaga, bo to jest interesujące i całkiem współczesne, że świat. Otóż wedle nie-go, mózg przechowuje rozmaite wyobrażenia czy obrazy postaci, by w chwili zmęczenia, choroby, albo jakbyśmy dziś powiedzieli „stresu” wystawić je na pokaz przed pośledniejsze zmysły, takie jak słuch czy wzrok. Bardzo to jest piękne, racjonalistyczne tłumaczenie i Kasjusz, pazerny morderca i niszczyciel, jawi się jako prawie mędrzec, choć nie wiadomo, czy dał radę uspokoić Marka Brutusa.

A potem chaos pierwszej bitwy. Kasjusz dowodzi lewym skrzydłem umocnień, ale jego ludzie nie dają rady utrzymać pozycji, wróg wdziera się, zbliża, trwa zażarta walka, aż tu od flanki jakaś jazda. I tu zaraz ani Epikur, ani racjonalizm, ani gotowość do empirycznej analizy, ani nawet próba uzgodnienia wyobrażenia z rzeczywistością, tylko zaraz do niewolnika, za ucho niewolnika żeby ten przebił go mieczem, albo ściął – już nie pamiętam i nie w tym rzecz, bo i tak z Kasjusza trup. Trup bezsensowny, bo byli to jeźdźcy Brutusa, chcący powiadomić Kasjusza o tryumfie. Względnym, bo wkrótce doszło do bitwy rewanżowej i przegrany Brutus też zginął od własnego miecza, przy czym nie stwierdzono udziału osób trzecich, a trafił ponoć ostrzem prosto w serduszko bijące dla chwały Republiki. Warto zauważyć, że ludzie w tam-tych czasach mieli dziwną łatwość w przebijaniu się mieczami, zamiast chodzić w zaparte, ukrywać się w leśnych chaszczach czy wiać w strony dalekie. Może nie było gdzie uciekać?

O ile ktoś doczytał tekst do tego miejsca może zadać pytanie, po cholerę go napisałem? Czy sama różnica pomiędzy deklarowanym racjonalizmem, naukowością, gotowością do tłumaczenia niecodzienności świata a realnym zachowaniem w stanie tak zwanej wyższej konieczności jest warta aż tekstu o ludziach, którzy od dawna mało już żyją? A nie znacie, nie oglądacie, nie czytacie mądrali, którzy racjonalizując rzeczywistość, analizując każde zdarzenie na wszelkie możliwe sposoby, przy pierwszej okazji wpadają w polityczną panikę? Nie, żeby jeden z drugim zaraz się czymś przebijali, ale mechanizm jest identyczny. Drugim powodem przywołania właśnie postaci zabójców Cezara, o których do dzisiaj się mawia, że walczyli o wolność, choć tak naprawdę była to wolność jedynie dla kasty uprzywilejowanej. Wolność dla gromadzenia majątków niewspółmiernych do zasług i bezkarności maskowanej słodkim pierniczeniem o prawach i właśnie wolności. I po trzecie, o czym niby pisać, o durniach i … ( przepraszam, ale nie potrafię znaleźć żeńskiej formy słowa dureń) wybranych do Sejmu? O miałkości charakterów i mgławicowym cynizmie dzisiejszej polityki? 

Sądzę, że warto przypomnieć o Filippi, by ktoś nam nie powiedział o nocnej godzinie, że właśnie tam się spotkamy.

poniedziałek, 21 października 2019

Nic nowego po wyborach

Nic nowego po wyborach. Jeśli gdzieś na szczytach politycznych ktoś wyciągnął z ich wyników oraz przebiegu kampanii jakieś solidne wnioski, musi swoje przemyślenia starannie utajniać, ponieważ przynajmniej mnie nic o tym nie wiadomo. Na razie wszyscy zdają się trwać w swoich okopach, zupełnie jakby tych wyborów nie było. Prawo i Sprawiedliwość wygrało, uzyskując rekordową ilość ponad ośmiu milionów głosów i to jest niepodważalny fakt. Jednocześnie jakby zremisowało, ponieważ nie zwiększyło swojego stanu posiadania, a można rzec, że na-wet zremisowało z dużym minusem, dość niespodziewania oddając przewagę w senacie. To sytuacja dziwna, choć stosunkowo łatwa do przewidzenia, o ile ktoś zna ordynację wyborczą i w stopniu zadowalającym rozumie nastroje społeczne. Okazuje się bowiem, że nic nie jest dane raz na zawsze, a najgorsze co może spotkać dużą formację polityczną to wygodne z powodów personalnych czy innych uporczywe trwanie w błędzie. Tak jest, ponieważ już nie chodzi o wybory, które się odbyły, a o skuteczną kontynuację władzy i wszystkie kolejne rozstrzygnięcia. Patrząc na rzecz z zewnątrz widzę trzy błędy podstawowe. Nie twierdzę przy tym, że gdyby ich nie popełniono ilość mandatów w sejmie byłaby znacząco wyższa, ale mam pełne przekonanie, że jeśli nadal będą popełniane, przy kolejnym rozdaniu tych mandatów zabraknie do stworzenia działającej większości, a pierwsza weryfikacja niedługo, bo przy okazji wyborów prezydenckich.
Dwa błędy dotyczą mediów i obydwa są doskonale znane, choćby dlatego, że wcześniej po-pełniła je Platforma Obywatelska. Pierwszy jest taki, że przekaz polityczny jest formatowany pod zawziętych fanów, co w kategoriach wyborczych daje niewiele, a drugi, znacznie groźniejszy polega na tym, że z braku odpowiednich kadr i pomysłów wewnątrz partii, ceduje się w zasadzie całą propagandę na dziennikarzy, przez co są słusznie postrzegani jako część partyjnej machiny. To pułapka.
W pierwszym przypadku mamy do czynienia z kompletnym niezrozumieniem celu przekazu. Mamy takie ociekające wazeliną i propagandą telewizyjne Wiadomości. Ogląda je powiedz-my trzy i pół miliona widzów. Są to głównie ludzie starsi, albo przynajmniej przywiązani do pewnych rytuałów porządkujących dzień, a do tego zagorzali fani dobrej zmiany. Przeciwnicy mają swój TVN i tam uczą się, co mają myśleć. W tym sensie obydwa ośrodki propagandowe są skierowane do wewnątrz. Przy czym, nie wdając się w szczegóły, brednie i agresja tej drugiej strony są roznoszone przez wielkie portale internetowe, a TVP ten obowiązek zrzuca na odbiorców. Ci zaś, ze względu na opisane powyżej cechy nie są w stanie temu sprostać, albo nie chcą, ponieważ często jakość i charakter przekazu jest zawstydzająca. A celem, przy trzymilionowej widowni jest dotarcie do 10 – 12 milionów widzów, o czym chętnie się zapomina. Druga rzecz, moim zdaniem gorsza, to oddanie przekazu, ale oczywiście bez brzemienia odpowiedzialności redakcjom politycznym. Platforma Obywatelska wyszła na tym jak najgorzej, choć w swoim czasie sprzyjały jej wszystkie duże media, ale oczywiście ten fakt niczego nie uczy. Tam od dawna ogon macha psem i byle dziennikarski cwaniak narzuca największej wciąż jeszcze partii opozycyjnej narrację swoją czy też swoich właścicieli. Popularny wśród fanów Prawa i Sprawiedliwości przekaz, że wszystko jest jak najlepiej, a polityczne redakcje TVP to sam cymes i osiem milionów głosów to ich zasługa jest, mili moi, wielkim nadużyciem. Spotkałem się też z argumentem, że nie sposób dowieść złej politycznej roboty TVP, ponieważ nie ma możliwości sprawdzenia, jak wyglądałyby wyniki wyborów, gdyby działała inaczej. Oczywiście, że jest, ale nie będę się spierał, ponieważ i tak przeszłości nic nie zmieni, a przyszłość pokaże to niestety dobitnie. Zwrócę tylko uwagę, że wielu ludzi nie lubi, gdy ktoś nieustannie i namolnie przypomina im o wyświadczonych dobrodziejstwach, albo przy każdej okazji daje do zrozumienia, jak doskonałe i wyjątkowe jest to co robi dla innych. Nie liczę na zmiany rewolucyjne, bo pan Kurski jest przecież z Solidarnej Polski, przez co jego pozycja wydaje się pewna, choćby dlatego, że ta Polska ministra Ziobry, aż taka solidarna nie jest. Niemniej ewolucja jest tu możliwa, o ile będzie wywierany odpowiedni nacisk.
Trzecia kwestia dotyczy przed i powyborczej wojny z Konfederacją. Tutaj akurat nie wierzę, że wywołała ją TVP, ot tak, sama z siebie. W każdym razie pomysłodawca obrania tak nielogicznej taktyki powinien zostać przywołany do porządku. Cel był jasny. Zatrzymać konfederatów pod progiem wyborczym, co znacznie podniosłoby rzeczywisty wynik Prawa i Sprawiedliwości. Do realizacji wybrano oczywiście telewizję i zaprzyjaźnione z władzą media, co zna-lazło przełożenie w sieci, na agresywną pełną wzajemnych obelg kampanię, która zresztą trwa w najlepsze do dzisiaj. Wrogość utwierdza się tu dzięki zawziętym, a niewiele rozumiejącym fanom obydwu formacji, a komuchy śmieją się w kułak. Przy tym wszystkim przezabawnie brzmią głosy oburzenia, że wyborcy Konfederacji nie wsparli w wyborach do senatu kandydatów PiS. Pobrzmiewa nawet przedziwna teza, że każdy, kto nie popiera PiS w zasadzie nie jest patriotą, a szczególne nie jest, gdy ogłasza się prawicowcem. No ładnie! Jakby nie patrzeć winą za całe to zamieszanie należy obarczyć stronę silniejszą, czyli w tym przypadku partię rządzącą. Najbardziej ponurym aspektem sprawy jest fakt, że poza fatalnie wybraną taktyką kolejny raz znalazło potwierdzenie, że recenzentem, czy może lustrem, w którym przeglądają się prominentni działacze Prawa i Sprawiedliwości są w sprawach światopoglądowych media opozycyjne z Gazetą Wyborczą na czele. Przy całej wzajemnej wrogości tak jest i nic nie zapowiada zmiany. Dla opozycji z kolei punktem odniesienia jest tylko i wyłącz-nie PiS i w ten sposób kółko się zamyka. Nic nowego po wyborach, poza tym, że zbliżają się wybory prezydenckie.

czwartek, 19 września 2019

Notatki kandydata na wyborcę

1.
Kapitalne są dwie ostatnie akcje opozycji, na które natknąłem się w sieci. Jako wyborca czuję się nimi w pełni usatysfakcjonowany. Pierwsza, polegająca na tym, że z całą powagą mędrcy w rodzaju profesora Matczaka przez dwa dni udowadniali, że PiS sfałszował losowanie numerów list wyborczych tylko po to, by najlepsze numery, (o ile można poważnie twierdzić, że takie w ogóle są), oddać Koalicji Obywatelskiej i PSL. Nie pomogło nawet nawoływanie Wyborczej, że to jednak głupota. Brnęli w swoje fantazje z zadziwiającym uporem, a co głupsi brną nadal. Jeszcze lepsza jest akcja z paragonami pokazującymi drożyznę w sklepach. Pomysł, by zapędzić polityków, którzy na co dzień wpychają knajpiane obiadki za dwie stówy do warzywniaków i sklepików osiedlowych jest po prostu wspaniały. Ludzie, którzy ledwie wiążą koniec z końcem z utęsknieniem czekali, by dowiedzieć się „po czemu cebula”. Widziałem kilka tych paragonów i ze zdziwieniem stwierdzam, że właśnie cebula jawi się na nich jak podstawowy przysmak. W ogóle struktura tych rzekomo codziennych zakupów jest zadziwiająca. Akcja miała zobrazować szalejącą (czy mającą szaleć po podwyżkach płacy minimalnej) inflację, a rozpłynęła się w szczegółach i szyderstwie. Jakby tego było mało politycy PO, obiecują, że jeśli znajdzie się odpowiednio liczna grupa frajerów, którzy im uwierzą, to ceny spadną. Na pytanie, jak to uczynią, nie odpowiadają. Można się domyślać, że poprzez zamrożenie albo obniżenie dochodów najmniej zarabiających, bo chyba nie poprzez wprowadzenie cen urzędowych na cebulę czy inną, prawda, pietruszkę. Uważam, że wyobraźnią potencjalnych wyborców skuteczniej wstrząsnęłaby publikacja wyciągów z kart płatniczych miłośników cebuli. Wtedy można by było jasno udowodnić jak bardzo ci zacni ludzie zbiednieli pod rządami pisowskiego reżimu, ile muszą znieść upokorzeń ekonomicznych… Na litość należy brać ludzi, na litość.

2. 

Bardzo dobre i zdrowe jest to, że większość ludzi na co dzień nie interesuje się polityką. Dzięki temu ich wybory, o ile w ogóle raczą wziąć w nich udział, oparte są na wielce ogólnym wyobrażeniu o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie. I tak naprawdę oni decydują o wynikach głosowania. Dodać tu należy, że ich głos nie jest gorszy, a moim zdaniem lepszy od głosu fanów, miłośników oglądania politycznych wiadomości, czy takich jak ja internetowych łże mądrali. Obraz ogólny jest bowiem niewątpliwie prawdziwszy od obrazu wykreowanego przez jedną, drugą, czy trzecią propagandę. Oparty o własne doświadczenie, o doświadczenie najbliższych, czy choćby przekonanie panujące w grupach zawodowych/społecznych do których należą.

Wiedza oparta na strzępach informacji, bywa, że już podrasowanych w obiegu międzyludzkim jest ich wiedzą codzienną i jeśli ktoś biada nad jej stanem, w zasadzie niczego nie rozumie. Wtedy zadaje złe pytania, a nie uzyskując oczekiwanej odpowiedzi podejmuje złe decyzje, biorąc za ludzkie oczekiwania wobec rządzących czy opozycji, własne środowiskowe fobie, uprzedzenia i gniewy. Jeśli nie idzie, jeśli ludzie nie wykazują zakładanego entuzjazmu, polityczni demiurgowie wbrew logice jeszcze mocniej pokręcają śrubę demagogii. Tak długo będą dokręcać, aż im się gwint urwie. A już trzeszczy!

Ludzie nie łakną bowiem wiedzy o programach partii, analiz socjologicznych, czy przedstawień politycznych w przygłupich telewizjach. Nie łakną też wrzasków, skandowania czy upraszczania rzeczywistości, nie łakną też przy władzy ludzi, których mają za głupszych od siebie. Nie chcą rewolucji, ani kontrrewolucji. Jak zawsze, od tysięcy lat, ludzie chcą spokoju, pracy i znośnych warunków życia. Nie lubią być też zmuszani do przyjęcia obcych sobie poglądów, tak jak nie lubią, by rzeczywistość, którą współtworzą była oceniana przez siły zewnętrzne.

To są sprawy proste, a to, kto zapewni takie minimum, w szerszej perspektywie jest kwestią drugorzędną. Byle szczerze do tego dążył, bo negatywne doświadczenia trzydziestolecia są jednym z decydujących obecnie czynników. I tego nie da się przeskoczyć gadaniem, że „zrobimy dużo i lepsze”.

3. 

Nie oglądam telewizji w ogóle, w związku z czym nie jestem w stanie na sto procent zweryfikować tego, o czym za chwilę napiszę, ale tysięczny raz przeczytałem w necie, że przedstawiciele Konfederacji są wykluczeni z politycznych programów TVP, w których różne szumowiny zachwalają swój towar. Nie mam powodu przypuszczać, że jest inaczej, a jeśli jest, to proszę mnie oświecić. W każdym razie warto przypomnieć, że jest to jeden z pięciu komitetów, które zostały zarejestrowane w całej Polsce.

Czytam w sieci różne mniej czy bardziej dowcipne komentarze, jakieś dziwne tłumaczenia, że autorskie prawo doboru, że dla konfederatów lepiej, że ich nie pokazują, że lepszy komuch czy inna lewacka pokraka. Nie w tym rzecz. Dla mnie, dla wyborcy, jest to najzwyklejsza granda i kryminał w biały dzień. O! Gdyby było, powiedzmy, piętnaście komitetów, to jakoś pokrętnie by się ta banda dziennikarskich liżypółmisków mogła wyłgać, ale tym razem jest inaczej.

To nie jest kwestia, czy mnie się podoba Konfederacja, bo rzecz w tym, że mamy do czynienia z wyjątkowo chamskim nadużyciem. Już i bez tego propagandyści zgromadzeni w gmachu przy Woronicza są dla mnie równie odpychający jak ci z TVN, ale jak wspomniałem na wstępie, nie moja to rzecz. Kto lubi, niech się gapi w telewizor jak przysłowiowa sroka w gnat.

W tym przypadku rzecz wychodzi poza telewizyjny gust, sympatie i antypatie polityczne, ponieważ dotyczy dostępu do anteny publicznej ludzi, którzy skutecznie zbierając podpisy pod listami swoich kandydatów spełnili warunek, by być traktowani identycznie jak pozostały kwartet. Na tym etapie kampanii wyborczej wszyscy startujący mają bowiem teoretycznie takie same szanse, a co za tym idzie również przywileje. Obecnej sytuacji nie da się wytłumaczyć, bo nie ma ani jednego przyzwoitego argumentu, by nadal było tak jak jest obecnie.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Niemoralne propozycje

Ponad dziesięć lat temu do założenia konta na twitterze namówił mnie pan Mistewicz i choć od lat blokuje mi dostęp do treści, które sam prezentuje, nadal jestem mu za to wdzięczny. Jest to bowiem jedyne dostępne szerszej publiczności medium, gdzie można oglądać polityków, dziennikarzy oraz inne publiczne osoby w całej ich intelektualnej i emocjonalnej nagości. Nieco przypomina to okres, gdy tak zwani liderzy opinii masowo pisali teksty w blogosferze, bo też było z tego dużo śmiechu, ale na twitterze dla łatwości i skrótowości przekazu jest to znacznie ciekawsze. Ludzie bowiem zapominają kim są i koniecznie chcą przypodobać się, zadziwić, albo sprowokować przeciwników tylko po to, by za ich wpisami szedł stosowny aplauz. Co dziwne nie rozumieją najprostszych spraw związanych z prowadzeniem konta, z zasadami bezpieczeństwa, a przede wszystkim nie potrafią oszacować wiarygodności rozmówców. Wszyscy chyba znają powiedzonko „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. Otóż w sieci jest odwrotnie i to jest pierwsza zasada, którą każdy z tych naszych żałosnych wipów powinien zrozumieć, a ni cholery nie rozumie.  
Weźmy aktualnie grzaną aferę pana wiceministra w randze sędziego. Sprawdziłem swoje konto i okazało się, że ta cała Emi obserwuje moje wyczyny na twitterze, a ja jej wyczynów nie, choć w dziewięćdziesięciu procentach przypadków odwdzięczam się obserwującym wzajemnością, bo akurat mnie to nic nie może zaszkodzić. Z tym, że najpierw zaglądam i sprawdzam, co delikwent wypisuje. Oczywiście nie pamiętam, dlaczego negatywnie zweryfikowałem akurat Emi, ale najwidoczniej coś w jej pisaniu sprawiło, że strząsnąłem ją z twitterowego płaszcza. Takie reakcje nie wynikają z jakiejś tam mądrości, a z doświadczenia. Ze szczególną ostrożnością należy bowiem traktować ludzi, którzy wznoszą patriotyczne okrzyki, deklarują dozgonną miłość ideom, partiom politycznym czy samym politykom, co już jest aberracją wyższego stopnia. Skąd o tym może wiedzieć polityk, urzędnik, czy inny ananas obdarzony władzą? Ano znikąd, bo pewnie na co dzień otaczają go podobne deklaracje i wyrazy najwyższego uwielbienia. Co najwyżej zweryfikuje osobę, z którą rozmawia u przychylnych mu młodych dziennikarzy, którzy nie dość, że są idiotami, to na dodatek prześcigają się w serwilizmie w stopniu wprost nieprawdopodobnym. Ponoć niektórym pali się w związku z Emi pod tyłkami, z czego bardzo się cieszę, ponieważ są to ludzie najzwyczajniej w świecie wstrętni.
Sama myśl, że można wymieniać na prywatnej poczcie twittera uwagi poważnej rangi, albo co lepsze spiskować z osobami, których nie znamy jest co najmniej dziwna, a uważać to za prywatne i niedostępne… Tu brakuje mi słów. Ku nauce, nie żeby się chwalić, bo nie mam czym, ale prywatnie rozmawiam tylko z ludźmi, których znam. Niekoniecznie osobiście, ale na przykład z blogosfery i mam o nich dobre zdanie. Z zasady nie otwieram też żadnych załączników. To jest elementarz. Myśl bowiem, że ktoś podsuwa akurat mnie jakieś istotne dla spraw państwa materiały jest absurdalna w najwyższym stopniu i podejrzana, choć warto pamiętać, że ja nic, ale to kompletnie nic nie znaczę.
Przed kliku laty dostałem materiały z wnętrza Platformy Obywatelskiej i wówczas przerobiłem je, bo były naprawdę fajne i zabawne, na teksty humorystyczne, że niby tak sobie wyobrażam kulisy ówczesnej władzy, a i tej zabawy zaniechałem, gdy zorientowałem się, że to tylko element wewnętrznej rozgrywki w PO. Kto ciekawy może je sobie znaleźć w necie, ale ostrzegam, że to nadal tylko teksty humorystyczne. To chociaż były informacje od osób publicznych, których tożsamość była dla mnie jawna. I to są właśnie tytułowe „niemoralne propozycje”. Potem miałem jeszcze do czynienia z dziennikarzem, który był wówczas zagrożony a dzisiaj zaszczytnie jest redaktorem naczelnym pewnego szmatławca, ale to już było za głupie, żeby na tej kanwie choćby sobie żartować. Ostrzegam, nigdy nie łapcie się na podobne chwyty, na informacje o sprawach, które tylko wy możecie upublicznić i temu podobne brednie. Nie zwracam się tu do polityków czy urzędników, bo oni i tak nie zrozumieją, ale do was mili blogerzy i komentatorzy. Dla tych pierwszych mam tylko taką radę: Jak nie umiesz pływać, to nie próbuj przepłynąć jeziora, choćbyś uważał się za tego jeziora kierownika, bo pewnikiem utoniesz.


Wracając do obecnej afery pragnę zauważyć, że dziennikarze i politycy, którzy tak przeraźliwie wrzeszczą z jej powodu tak naprawdę zgoła jej nie rozumieją. Dobre i jednocześnie złe jest to, że szersza publiczność także.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Radykałowie w objęciach

Popatrzcie na waszych ulubionych radykałów z gębami pełnymi frazesów. Kukiz, pierwszy obywatel, który uwiódł niezgorsze rzesze twórczo rozwijając idee ruchu śp. profesora Przystawy teraz obściskuje liderów PSL, partii ucieleśniającej partyjny oportunizm i nepotyzm współczesnej Polski. Drugi Zandberg, który naiwnym wydał się socjalistą szczerze społecznym, rzuca się w objęcia partii komunistycznych zdechlaków, w objęcia SLD, które ma być cennym sojusznikiem naszych złodziejskich liberałów. I nadal gęby pełne frazesów. Jeden o konserwatyzmie, zgodzie, drugi Marks wie o czym, chyba o konieczności zwarcia szeregów. Gdyby Zandberg zgolił, a Kukiz zapuścił brodę mogliby się zamienić miejscami, bo są identyczni przynajmniej w jednym. Obydwaj przepieprzyli ostatnie cztery lata. Po biblijnemu, z prochu ludzkich nadziei powstali i w proch te nadzieje obrócili.
Tak bywa, ale zabawne jest to, że dobrze im z tym, że już tchu nabierają, by znowu kusić naiwnych. Tyle tylko, że obciążeni świeżo nabytym balastem oraz czteroleciem pieprzenia w bambus nie są w stanie wywołać jakiejkolwiek fali społecznej. Jeszcze myślą, że są wynajętym mieczem, a stali się ozdobą na tarczach skończonych łajdaków. Będą nimi wywijali w ogniu wyborczej walki, razy na ich łby będą zbierali. Taki widać los radykałów, że zawsze są produktem jednorazowego użytku. Potem już tylko zabiegają o przetrwanie, gdy mocodawcy ich wzlotu tracą cierpliwość. Ze wszystkich idei, które zdobiły ich polityczny byt została jedna i do tego bardzo prosta: za wszelką cenę odsunąć PiS od władzy. Reszta jest czczym gada-niem, ponieważ chodzi tylko o taką właśnie kalkulację polityczną. I wszystko byłoby pięknie, ale z powodu pewnej ułomności umysłowej, o której kiedy indziej, ci stratedzy sądzą, że w tych koalicjach jeden drugiego wspiera, że jeden drugiemu ciężary nosi, że jeden załatwia sprawy organizacyjne, a drugi przyciąga wyborców swą charyzmą…
Nie widzą, że tego, co powinno być od dawna jasne dla każdego przeciętnie rozumnego człowieka, że te zalety są niweczone przez to, że jeden drugiego jednocześnie topi oraz unieważnia. Dla doraźnej korzyści kilkudziesięciu osób lekką ręką niszczy się tożsamość ugrupowań politycznych, która dotychczas była tym, co utrzymywało je na powierzchni. Rozumiem, że Kukiz ma pozyskać dla PSL głosy w miastach, a Zandberg z Biedroniem dla komuchów głosy miejskiej i nowoczesnej młodzieży. No proszę… Oto są efekty zapaści wykształcenia matematycznego! Oni, wystawcie sobie państwo biorą potencjalne elektoraty poszczególnych partii i je po prostu sumują. Bardziej świadomi ujmują z otrzymanej puli pięć, sześć procent, a powinni co najmniej dwadzieścia. Efektem rozczarowanie podobne temu ostatniemu, przeżytemu przez nich przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Nauka oczywiście poszła w las, z czego należy się jedynie cieszyć.
Mieliby pewne szanse, gdyby utrzymali choć tę przegraną koalicję, ale zwyciężyła najwidoczniej chęć zamknięcia wszystkich możliwości poza tymi, którymi zarządzają. Nie dadzą swoim fanom, których dotychczasowe wybory i tak świadczą o nieprzesadnej lotności, czasu na zorientowanie się w kwestii dla antypisu podstawowej, a mianowicie na kogo opłaca się w końcu głosować, żeby zaszkodzić Kaczyńskiemu? A przecież tylko o to chodzi! I jeszcze uwaga na koniec, uwaga o czymś pozornie nieistotnym. Otóż w ciągu minionych czterech lat bardzo, ale to bardzo wielu wyborców wymieniło dowody osobiste. Ostrzegam, żeby potem nie było płaczu i wrzeszczenia o faszyzmie, gdy ktoś solidnie zabierze się za sprawdzanie podpisów poparcia, a jest to dzisiaj zadziwiająco łatwe.

sobota, 17 sierpnia 2019

Wojna domowa

Codziennie dociera do mnie bełkot jakiegoś idioty o grożącej nam wojnie domowej. Jest to niewątpliwie stopień wyższy ględzenia o dramatycznym, bezprecedensowym podziale polskiego społeczeństwa. Bierze się radykałów razem z ich zachowaniami oraz emocjami i pod-pisuje się nimi wielkie grupy społeczeństwa. Dopiero, jeśli ktoś szczerze uwierzy w tak jawne nadużycie, staje się podatny na rozważania o czekającej nas wojnie domowej. Wczoraj, nie śledząc jakoś specjalnie mediów natknąłem się na dwie takie wojny. Jedną zapowiadał Wałęsa, drugą Ferency. Niby wiadomo, że głos tego pierwszego do niczego nie powinien się już liczyć, a drugi klepie brednie jak na polskiego aktora przystało, ale ostatecznie są to głosy, które pojawiły się w przestrzeni publicznej, a nie są incydentem tylko codziennością. Do tego Ferency twierdzi w wywiadzie dla Onetu, że Europa nie zniesie takich antagonizmów w Polsce i pozbawi nas niepodległości. No ładnie.
Staję bezradny wobec takiego małpiarstwa, bo naprawdę nie jestem w stanie pojąć, jak te ponure pętaki wyobrażają sobie wojnę domową pomiędzy Polakami. Chyba nas wszystkich mierzą poziomem własnej fiksacji i sami pod pozorem troski dyszą na krwawo chęcią zemsty. Dobrze, ale zemsty za co? Miałbym w ramach tej wojny domowej napaść na znaną mi działaczkę PO, zresztą sympatyczną, bo gardzę Tuskiem? A może ona, zgromadziwszy aktywistów Platformy, miałaby najechać mój dom i uciąć mi łeb? O! Tyle, że moje suczki by ich przegoniły. Taka to wasza wojna domowa. Powtarzam, bo już to kiedyś napisałem: Każdy, kto straszy wojną domową powinien dostać trzy razy w pysk. Raz dla otrzeźwienia, drugi, dla nauki, a trzeci ku pamięci.
Nie musiałbym o tym pisać, gdyby w Polsce nie wyprowadzono za drzwi polityki, jako zbędnej w starciu ideologicznym. Zastąpiono ją szeregiem akcji i reakcji, a efektem takich działań jest zdumienie opozycji, że ciemny lud nie reaguje na tak efektowną zanętę. Przed trzema laty szczerze antypisowski przyjaciel tłumaczył mi dzikie zachowanie posłów opozycyjnych w sejmie dojmującym poczuciem bezradności, jakie ich ogarnęło, gdy zauważyli, że jakimś cudem znaleźli się w mniejszości. Miałem to za wielkie głupstwo, ale dzisiaj to się jakby potwierdza. W szerszej skali stoją bowiem przed murem, którego znanymi sobie metodami nie potrafią skruszyć. Nie wierzą w argumenty gospodarcze i polityczne, w związku z czym wydzierają się jak najgłośniej mogą. Sprawia to wrażenie, jakby ich celem była tylko i wyłącznie konsolidacja własnych szeregów, nie naturalny wydawałoby się cel, czyli wygranie wyborów i odzyskanie władzy. Być może stąd bajanie o wojnie domowej, wyłażąca z podświadomości idea rozlewu krwi jako remedium, a może naiwna próba zwycięstwa przez zastraszenie. Nie wiem, ale jedno jest pewne. Mianowicie to, że dzisiejsza sytuacja, a wiele wskazuje, że i jutrzejsza jest dla nich nienormalna w każdym możliwym aspekcie. Co pozostaje, poza marze-niem ukrytym pod troską, poza majakiem, że Polacy chwycą się za gardła, że pomoże obca potęga? Ano, coraz wyraźniej widać, że nic.
Błąd tkwi w tym, że przeceniają poziom emocji własnych zwolenników. Pomiędzy niechęcią czy pogardą dla PiS czy Kaczyńskiego, a chęcią wzięcia udziału w przelewie krwi jest tyle przestrzeni, że z powodzeniem zmieściłby się w niej cały Układ Słoneczny. Dużo łatwiej byłoby zastanowić się nad swoimi codziennymi poczynaniami, bo może skończyć się i tak, że za rok czy dwa, jacyś dzisiejsi zwolennicy opozycji poczują dziwną chęć stworzenia poważnej partii centrowo-liberalnej, ale bez obecnych polityków, nie z ich nadania, nie z woli antypisowskich mediów i bez pomocy podstarzałych służb PRL. Ot, tak sobie, bo chyba wolno? To wcale nie jest nieprawdopodobne, o ile tylko ludzie o podobnych poglądach zauważą, że działalność dzisiejszej opozycji służy dewastacji ich własnych, prywatnych emocji. Powtarzam, żadnej „wojny domowej” nie będzie, a każdy o niej wspominający, bez względu na stronę po której stoi, co powinien dostać? Ano, trzy razy w pysk. Na taką przemoc się zgadzam i takiej wojnie z jawnym przecież zbydlęceniem chętnie przyklasnę, bo krew i zniszczenie, to nie jest figura retoryczna, którą wolno się bawić.

czwartek, 23 maja 2019

Uwagi 7

...

Przypadek posłanki Scheuring – Wielgus, która w związku z przeprowadzką z domu wolno stojącego do mieszkania oddała dwie suczki do schroniska byłby przypadkiem jednym z tysięcy, gdyby nie pozycja społeczna oraz starannie wypracowany wizerunek kobiety wyjątkowo wrażliwej na krzywdę słabszych. Jej czyn nabiera w ten sposób charakteru brzydkiej alegorii, która na szczęście dotyczy bardzo brzydkich ludzi. Może choć ten prosty i jednoznaczny przykład da do myślenia sentymentalnym durniom, ile dzieli deklaracje werbalne polityków liberalnej lewicy od rzeczywistości. – Przecież nie wywiozłam ich do lasu – tłumaczy posłanka. – Nikt z moich znajomych nie chciał kundli… - To jest jeszcze lepsze, bo przecież całe ta banda jest szczególnie wrażliwa. Na dodatek tłumaczy się alergią, którą odkryła wraz ze zmianą warunków lokalowych. Kłamie oczywiście, bo gdyby miała alergię na psią sierść nigdy nie miałaby psa, no chyba, że jest to alergia na sprzątanie psiej sierści. Zawsze miałem panią posłankę za wyjątkowo durną i prymitywną i nigdy nie zawracałbym Wam głowy tą okropną kobietą, gdyby nie moje dwie dzielne suczki, które po prostu wymagają tego ode mnie.

...

Nie wiem, kto jest dowcipniejszy, niemieccy publicyści czy lider ludzi o zadziwiająco niskich czołach, nasz, choć sowieckiego wyrobu Cimoszewicz. Ci pierwsi śmiało przełamują stereotyp Niemca ponuraka i po lamentacji szparagowej, do której wypadałoby napisać melodię, zabrali się za udowadnianie, że ewentualne reparacje wojenne zepsułyby Polskę na kilka sposobów, ponieważ nadmiar forsy szkodzi gospodarce. Proszę docenić humor zawarty w tej tezie, wprost prowadzący do wniosku, że Niemcy natychmiast i dla swojego dobra powinni te reparacje zapłacić. Zysk dla nich wydaje się oczywisty, ponieważ niszcząc naszą gospodarkę wzmocnią swoją, bo skoro lepiej jest nie mieć niż mieć… Bardzo się tymi ekonomicznymi nowinkami musiał przejąć Cimoszewicz, który na wszelki wypadek już chce rozdawać nie swój bynajmniej, a polski majątek. To też jest bardzo dowcipne, ponieważ jak raz jest kandydatem z Warszawy. Zawsze miałem go za ponurego łotra, a tu proszę… dowcipniś.

Tak sobie rozważam, kto lepszy, a tu coś w okno pazurem stuka, ciamka za szybą. Ki diabeł? Wyglądam, a to zwykła hybryda krokodyla z nietoperzem, czyli Gazeta Wyborcza z pretensjami, że pominięta. – A ja, a ja? – markoci. – Ja, to w wojsku dupa – tłumaczę i zamykam na wszelki wypadek okno.

...

Kultura i cała reszta codziennej tresury społeczeństwa służy w sensie politycznym przekierowaniu uwagi ze spraw ważnych na marginalne. Zwróćcie uwagę choćby na to, że podstawa naszego codziennego bytu, czyli stan gospodarki kraju, znajduje się na marginesie zainteresowania mediów i samych polityków. PiS chwali się kapitalnymi przecież wynikami w stylu gierkowskim, nie pokazując (poza złodziejstwem poprzedników) przyczyn wzrostu, bo są to sprawy dla ogółu niezrozumiałe i właśnie przy czynnym udziale kultury dawno uznane za nudne i nie warte opowieści. Opozycja z kolei nabrała przekonania, że organizacje międzynarodowe w rodzaju OECD znajdują się pod przemożnym wpływem oligarchy Jarosława Kaczyńskiego i w tej dziedzinie niczego nie raczy proponować. Dyskusja, o ile taka się pojawia jest na poziomie: -Pietruszka droga, ale masło staniało. Jedynie część Konfederacji po Korwinowemu zasuwa, nie bacząc na to, że Polska nie jest samotną wyspą i pełna realizacja ich częściowo słusznych postulatów zmieniłaby nasz dość ładny kraj w istne żerowisko dla międzynarodowego biznesu, ale to już oczywiście prawo ich bajki oraz imponujących uproszczeń, które stosują. Cała reszta przekazu nakierowana jest na wzmożenie emocji. Te zaś w polityce są potrzebne, ale do cholery, emocji nikt nie włoży do garnka!

piątek, 17 maja 2019

Wytresowani ludzie

Człowiek wytresowany przez media jest po prostu kaleką. Jego rozum gnije czekając na zbawcze dyrektywy. Nie ufa też, co już jest nieco dziwne, własnym zmysłom. To już nawet nie zwierzę prowadzone na rzeź. To zwierzę, któremu wydaje się, że samo jest rzeźnikiem. Ta fałszywa samoświadomość oparta jest na tanim sentymentalizmie i dziwacznym przekonaniu, że przewodnicy prowadzący ludy do rzeźni mają inne niż bandyckie intencje. Realizowany schemat prowadzi nas wszystkich, także tych niepodatnych na tresurę do wojny i rozlewu krwi. Masa krytyczna zbydlęcenia populacji została bowiem przekroczona. Wszystko co możemy, to odwlekać ten straszny moment, licząc, że tym razem uda się nam jakimś cudem zo-stać nieco z boku. Potrzeba do tego odwagi, nie histerycznych wrzasków. Nie zmienimy ludzi, nie odwrócimy wektorów sentymentów społecznych. Nie ma takiej edukacji, ani takiej kul-tury, która pomogłaby nam przeżyć. To są rzeczy stracone. Nadzieją może być jedynie pragmatyzm codzienności oraz upór w staniu po własnej stronie, nie cudzej. Odrzucenie i absolutna negacja treserów i wytresowanych, bo inaczej zagarną i nas w swym pędzie do rzeźni.
Trudno mi o tym pisać, ponieważ temperament prowadzi moje paluchy stukające w klawiaturę ku codziennym zmaganiom, publicystycznym, niewiele wartym sporom, ku kpinie i bła-zeństwu, ale to co obserwuję wymusza na mnie pauzę, choćby trwającą przez jeden tekst. Widzę gorączkę, która opanowała bandziorów i czuję, dosłownie czuję na karku, oddech wiedzionych przez nich tłumów, które nawet nie wiedzą czym jest polityka i jakie wyzwania stoją przed nami. Chcą burzyć, niszczyć i piętnować. To nic nowego w sumie, ale nigdy jeszcze nie mieliśmy tak mało do obrony jak teraz i nie mam na myśli środków materialnych, a duchowe. Z tego deficytu bierze się lęk przenikający nas do szpiku kości. Już nie miecza się lękamy, a samej myśli o mieczu. Przed laty otoczono naród polski niczym w jakimś lunaparku lustrami pomniejszającymi i czyniącymi karykaturalnym odbity w nich obraz. To był pierwszy punkt tresury i jego skutki widoczne są do dzisiaj. Okazał się bowiem niezwykle skuteczny. Do tego stopnia, że na zwykłe odbicie znaczna część naszego społeczeństwa reaguje negacją i gniewem, tak przywykła do roli koślawego karła. Inaczej nie sposób wytłumaczyć jakim cudem bandyci oraz polityczni imbecyle zawładnęli wyobraźnią tak wielu ludzi.
Człowiek pozbawiony tożsamości, to zasadniczo co innego niż człowiek, który zgubił dowód osobisty. Utrata tożsamości bywa niewidoczna i chociaż można wyrobić sobie nową, zawsze będzie to tożsamość fałszywa. Ale właśnie taki jest cel tresury! Inną jej metodą są substytuty. Podaje się je zamiast wiedzy, historii, literatury, sztuki… I tak bez końca. Trwa to dziesięcio-lecia, aż nagle (ładne mi nagle) okazuje się, że jesteśmy społeczeństwem wyzutym dosłownie ze wszystkiego i sformatowanym do granic absurdu w ramach iście niewolniczego naśladownictwa. Nie mamy bowiem nic oryginalnego, a jeśli nawet mamy jest to starannie ukryte.
Obrazoburczo stwierdzam, że tak naprawdę nadzieję pokładam w realizmie i naturalnym dla naszej nacji spokoju. Bliższy mi w dziele przetrwania prosty chłop z sakiewką u pasa niż płonący emocjami mówca. Spryt, udawany koniunkturalizm i polityczne mataczenie na wszelkie możliwe sposoby stwarzają możliwości budowy, bo tak naprawdę prawo do spokojnego życia i wzrostu społeczeństwa trzeba wyłudzić od możnych tego świata, a najpierw oczywiście od Polaków. Jedni i drudzy muszą się przemóc i przyzwyczaić do myśli, że Polska jest konieczna i nie musi udowadniać tego co pół godziny, a treserzy mogą udać się do przystojniejszych zajęć, na przykład do kopania rowów melioracyjnych.

środa, 1 maja 2019

Kiedy ulubieńcy maszerują...

Na czele pochodu pracownicy i prezesi. Ci najbardziej zapracowani, ci na których barkach spoczywa chleb dwustronnie posmarowany masłem. Teraz tak bliscy, że możemy ich dotknąć, ale bez przesady z tym dotykaniem. Niejako z rozdzielnika pochód otwiera dzielna załoga z Woronicza. Uśmiechnięty prezes Kurski osobiście raczy nieść goździk i tabliczkę z kolorowym pikiem. Goździk jest biały, co symbolizuje czystość intencji pana prezesa. Pani Holecka prowadzi swoje zastępy, pilnie rozglądając się na boki, bo wiadomo, że wróg najchętniej czai się we własnych szeregach. Dalej grupa ekspertów, których twarze i wady rozumowania tak dobrze znamy. Trzymają się pod ręce, aby pokazać światu swą solidarność i jednomyślność.

Potem dziatwa dziennikarska wymachująca słownikami poprawnej polszczyzny. Nad głowami transparenty „Faszyzm nie przejdzie!” „Eldorado jest wszędzie” „ I ty wysiedzisz jajko”. Przyznam, że znaczenia tego ostatniego hasła nie pojmuję. Przykryty dla bezpieczeństwa brezentową płachtą przemyka „paskowy”, witany owacjami publiczności. Ktoś gorliwy niesie na kiju kukłę pani Pieli przebitą dzidą czy może raczej zaostrzonym kijem. Radosny pochód ludzi, którzy codziennie zginają kark przed potrzebą chwili zamykają malkontenci o twarzach marudnych z natury.

Nic dziwnego, bo na pięty następują im, marchewkę skrobią po prostu, kuksańce sadzą działacze mediów niezależnych i wolnych. Tu już prawdziwa fiesta! Z daleka słychać śpiew, przerywany jakże politycznym pochrząkiwaniem. To idzie młodzież TVN 24 i Polsatu. Pochód prowadzi bosa z włosem rozwianym młodsza wersja pani Moniki Olejnik. Nie, to ona sama przecież! Wygląda tak po prostu na tle pozostałych zasłużonych komentatorów od sceny i życia. Pluralizm aż bije po uszach. Część śpiewa unisono „Odę do radości” a inni z otwartości serc „Międzynarodówkę”. Oczywiście tylko pierwszą zwrotkę, bo reszta nie bardzo pasuje, a i tu dochodzi do sporu, ponieważ część śpiewających upiera się przy wersie „Powstańcie ludu żywej wełny” bo wedle nich i tak chodzi o strzyżenie owiec i baranów.

I to jest właśnie swoboda oraz przejaw niezależnej inteligencji. Na transparentach „Faszyzm nie przejdzie!” „El-dorado jest wszędzie”… Ejże, coś tu nie tak. Zbyt podobne liternictwo, ale hasła o jajku nie ma. Nie ma też kukły pani Pieli, ale jest zdjęcie dowodu rzeczowego, czyli kukły przedstawiającej zohydzony wizerunek pana Jurka. Gęba faktycznie nieprzyjemna! Do tego podpis na czerwono „Juras z nami!”. A nie, przepraszam, to po prostu fotografia naszego narodowego idola. Tak się człowiek czasem zapędzi, że z tego rozpędu coś palnie.

Potem maszeruje elita elit, czyli załoga niezastąpionego TokFm. Czarne peleryny, miny marsowe. Trochę szosą, a trochę chodnikiem, bo cień. Pan Żakowski prowadzi swą trzódkę, ale pan Lis nieco z boku, bo otoczony widzami swoich internetowych programów. Pokrzykuje niezadowolony, bo nie zjawił się komplet. Pan Rysio znowu zawalił. Bywa.

Dalej media papierowe czyli dramat braków wszelkich. Dla podkreślenia powszechnej nędzy widzimy papierowe marynarki, gdzieniegdzie przedarte. Tekturowe buciki, jakby trumienne. Zwraca uwagę brak redaktorów tak zwanych czasopism prawicowych, ale oni będą maszerowali później, razem z załogami Spółek Skarbu Państwa. Ludzie z Rzepy niosą styropianowy model śmietnika, a chłopcy i dziewczęta z Wyborczej liczne hasła, a właściwie ich początki, bo jak informuje stosowne oświadczenie, reszta haseł jest dostępna dla abonentów haseł.

Pochód zamyka liczna ekipa TVP. Prezes Kurski niesie goździk… Przepraszam, a czego się spodziewaliście? 
W kółko chodzą, bo jakby mieli iść prosto, nie wiadomo gdzie by zaszli, a tak jest bezpiecznie jak u mamy. Ważne, że wszyscy są na swoim miejscu i za każdym obejściem placu możecie podziwiać te same, jakże ulubione twarze. Słuchać tych samych głosów, chrząknięć i podziwiać obłęd raz szczery, a raz wprost przeciwnie.

Pojawiła się ostatnio opinia, że ludziom, którzy wiedzę o Polsce i świecie czerpią z mediów należy ustępować miejsca w środkach komunikacji zbiorowej razem ze starcami, ludźmi chromymi oraz paniami w ciąży. Przyznam chętnie, że coś w tym jest.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Okładanie narodu kijem

Zaraz objawię swój antypolski pysk, dlatego ludzi, którzy pokładają w moich tekstach jakąś nadzieję proszę o odstąpienie. Otóż jest tak i nie będzie inaczej, że nie potrafię utożsamić się z jakąkolwiek tradycją, która jest zbyt hałaśliwa, że o okładaniu kukieł kijami nie wspomnę. Nie lubię spędów, wrzaskliwych rozmów nawet, nie trawię gorliwej propagandy, a na każdego kto chce mnie wciągnąć do wspólnej zabawy, na wszelki wypadek patrzę wilkiem. Można rzec, że nie czuję ducha wspólnoty, ale też nie mam w sobie ni krztyny chęci do psucia innym zabawy. Na przykład lubię banany i lubię morze czy inny ocean, ale nie uważam za konieczne pływanie po morzu na dmuchanym bananie, choćby tysiąc osób zachwalało mi tę rozrywkę. Z drugiej strony odeślę do wszystkich diabłów kogoś, kto będzie paluchem pokazywał wrzeszczących z rozkoszy bananowców, że idioci i powinno się zakazać…
Czy to jest jasne, bo jeśli tak, przechodzę do tego, czego naprawdę nie znoszę i co, w miarę swoich skromnych możliwości staram się zwalczać. Dla krótkości wywodu skoncentruję się na dwóch kwestiach: stręczycielstwie i niepotrzebnym tchórzostwie, zostawiając na boku obłudę, pogardę dla słabszych i pychę.
Ktoś może się zdziwić, że „niepotrzebne tchórzostwo”, zamiast po prostu tchórzostwo. Otóż jest tak, że człowiek ma prawo być tchórzem i nie zmieni tego pokrzykiwanie o ciągłym bohaterstwie, gotowości do wystawiania się na hazard ostateczny, bo to po prostu bajki. Tchórzostwo zaś niepotrzebne jest wtedy, gdy dorosły człowiek boi się, że w jego szafie z ubraniami zaczaił się Czarny Lud i w związku z tym chodzi przez miesiąc w przepoconej koszuli.
W sferze politycznej nagminnie spotykamy się z tego typu tchórzostwem, ponieważ wiąże się to z głęboko zakorzenionym wśród naszych tak zwanych elit poczuciem własnej małości ( wielkie ego nie ma tu nic do rzeczy), koniecznością reagowania dosłownie na wszystko i po-czuciem, że gdzieś wyżej znajduje się właściwy recenzent, któremu podlegamy oraz prze-świadczeniu, że elity są po to, by tego recenzenta zadowalać w imieniu narodu, który ma się najwyraźniej za jajo, bynajmniej nie Wielkanocne.
Zawstydzające komentarze do tłuczenia Judasza nasmarowane w gorączkowym amoku uniewinnień przez prominentnych polityków czy nawet Episkopat nadały historii na którą nawet nie warto splunąć całkiem nowego, bo politycznego znaczenia. Dziwaczna gorliwość i chorobliwy aktywizm ludzi, którzy w zasadzie powinni, a nawet są zobowiązani być naszą tarczą, a trzęsą się na widok zmarszczonego nosa swoich, jak twierdzą, wypróbowanych przyjaciół. Naprawdę mam wierzyć w ich twardość, niezłomność i całą resztę zestawu wybitnego patriotyzmu? Może i powinienem, ale jakoś mi się nie chce. Może dlatego, że nie lubię wychodzić na durnia. Może, może…
Bo skoro już tak patrzymy z uwielbieniem na to nasze kochane USA, może czas najwyższy wprowadzić i w Polsce wolność słowa, hę? To żadne cuda na kiju i naprawdę warto znieść te wszystkie cholerne sankcje, raz błysnąć niczym gwiazda, zamiast brnąć w penalizację poglądów i wyrażania myśli. Za trudne, doprawdy? A może zgodnie z tradycyjnym „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. No tak, jesteśmy czym jesteśmy, także dla naszych umiłowanych elit.
Druga rzecz to stręczycielstwo. Nadal kojarzy się z płatnym seksem, ale tak naprawdę to już broń masowego rażenia, narzędzie polityczne i kulturowe. Jakby nie patrzeć, nie prowadzi do miłości. No, chyba, że coś przegapiłem. Wachlarz stręczycielstwa jest bardzo szeroki, ale w kontekście wczorajszego ekscesu, a to nie ja wymyśliłem jego polityczny charakter, warto kilka zdań w kontekście polsko-żydowskim. Stręczycielstwo w tym zakresie służy oczywiście w Polsce jedynie wrogom Żydów i państwa Izrael, ale raz puszczonej w ruch machiny politycznego lęku nie sposób zatrzymać z dnia na dzień. Co najmniej raz dziennie czytam, że interesy polskie są ściśle związane z tym, jak postrzega nas świat. Jeśli to nie jest przejaw najczystszego obłędu, nie pytajcie mnie, co nim jest.
Co to w ogóle znaczy? Mamy przeglądać się w lustrze obcych mediów? Drżeć na myśl, co powie o nas jakiś typek w Brukseli, Waszyngtonie czy Jerozolimie? Oburzać się? W ramach odwetu wygadywać na niego? Jak w takich warunkach budować wspólnotę, jak podwyższać status narodu, skoro na każdą rzecz należy patrzeć przez siatkówkę obcego, często wrogiego oka? Ba, dawać mu przywilej oceniania własnego ludu i jeszcze w tym ocenianiu pomagać, płacić za to dotacjami od tegoż ludu ściągniętymi?
Przepraszam, ale czy ktoś tak robi oprócz naszych rozmiłowanych w służeniu elit? A jeśli nawet, to nie rozgłasza tego wszem i wobec. Powtarzam: Efektem stręczycielstwa nie będzie miłość, a co najwyżej kac i poranna niechęć do siebie samego. Jeśli ktoś jest pechowy, może też stracić portfel, ale to już temat na inną opowieść. Może o obłudzie, o ile nie jest to własny portfel – nie wiem.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Opozycja i lud

Raz na kilka miesięcy tłumaczę w miarę przystępnie, że radykalizmem w Polsce nikt jeszcze niczego nie wygrał, ale oczywiście nikt tego nie czyta, a jeśli nawet to uśmiechnie się pod co najwyżej pod nosem i dalej wie swoje. Potem nos rozkwaszony i pretensje, że lud nie rozumie. Dzieje się tak dlatego, że z chamską, prostacką argumentacją podsycaną nieskrywaną nienawiścią osobliwie trudno się utożsamić komukolwiek poza już zradykalizowanymi fanami.
To jasne, że przez to domyka się własne środowisko, najeża je, prowokuje do gniewu, który trzeba gdzieś skierować, podczas gdy lud pozostaje obojętnym. W związku z tym właśnie na nim radykał musi odreagować. Jego potencjalny wyborca zostaje w ten sposób nieustannym celem ataku, jako ciemny, bezduszny i łapczywy. Widzenie rzeczywistości przez pryzmat własnych chęci oraz rozdrażnień oczywiście bardzo pomaga w polityce. Niczym przysłowiowy dzwonek umarłemu.
Włażenie w tak widoczną pułapkę nie byłoby możliwe bez sprzyjających radykalizmowi mediów, które wesoło i zgoła bezmyślnie wpychają w nią polityków, których szczerze popierają. Bywa, że jednocześnie gardząc nimi za nieudolność i jeszcze zbyt mizerny radykalizm.
Aby się przypodobać, aby zaistnieć na ekranie, w eterze, co słabsze umysły wzmagają się wręcz do wrzasku. Zostaje niesmak, bo niby co ma zostać? Na naszych oczach typowo centrowe, urzędnicze w swej przeciętności organizmy takie jak PO czy PSL przekształciły się w jakieś tajne bezprogramowe bojówki prowadzone przez jawnych już osłów i krzykaczy. Zradykalizowały się niemożebnie i bez żadnego zgoła powodu. Bo jakim powodem było przekrzykiwanie się na radykalizm z nieboszczką Nowoczesną, czy z jest z innym, prawda, Biedroniem.
Medialna otoczka, stworzona wokół ich nieustannych kampanii radykalna otoczka powoduje nieustanną pogoń myśli i konceptów. Rozumiem, że po szczegółowym oglądzie spraw można zmienić czy skorygować własny program, ale nie w ciągu jednego dnia. Najnowszy pomysł, że w zasadzie o programie mowy być nie może, bo rzecz tylko w tym, by najpierw odzyskać władzę jest ukoronowaniem piętrzącego się koncepcyjnego absurdu. Konsekwencją tak radykalnej polityki partyjnej powinny być teraz masowe demonstracje, bitwy z policją i szturmowanie gmachów publicznych, powiązane z wywieszanych na zdobytych flag unijnych, czy jak ktoś woli niemieckich. Problem w tym, że radykalizm werbalny nie zmienia faktu, że nadal mamy do czynienia z partiami centrowymi, urzędniczymi, partiami drobnych korzyści.
Może się oczywiście nasz Schetyna ubrać w żółtą odblaskową kamizelkę, a nawet pomóc ubrać takową Kosiniakowi Kamyszowi, ale tu jest Polska i lud pomyśli, że panowie wybierają się na wycieczkę rowerową. Można wszystko, ale już jest za późno by zejść ze ścieżki radykalizmu. Można jedynie wciągnąć na nią innych, bo niby w kupie raźniej maszerować. To plan zalecany przez sprzyjające opozycji media. Plan, żeby na wszelkie możliwe sposoby rozmyć resztki charakteru Platformy Obywatelskiej i zaserwować wyborcom dziwaczny koktajl liberalno- ludowo- komuszy. Na razie i wewnątrz partii wielu trwa stuporze, ale oczywiście elektorat pewnie jest zachwycony, skoro zachwyceni są publicyści w rodzaju panów Lisa czy Żakowskiego.
Naprawdę trzeba być radykałem, żeby tak nędznie osądzać własnych wyborców. Jasne, że tłumy wielkie nienawidzą partii rządzącej, ale są to tłumy doskonale znane i poza
radykalniejszymi od swoich przywódców grupami są to tłumy nieruchome, okopane na swoich pozycjach często od dziesięcioleci. Wygodniej było im w centrum, w spokoju dojutrkowania, w odcinaniu kuponów, w lożach z których mogli szydzić z kłębiącego się, napędzanego ideologiami parteru.
Teraz sami na dole i tam zostawieni bez żadnej idei, bez szerszego konceptu. Mają wrzeszczeć, wymachiwać i tyle. Gdyby któryś podniósł głowę miałby szansę zauważyć, pomimo reflektorów, gry barw i dudniącej muzyki coś, co przy bliższym oglądzie może okazać się przeklętym szklanym sufitem.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Państwo oblężone od środka


Służba obcym jest w zasadzie łatwiejsza do wytłumaczenia na każdym poziomie niż służba własnemu narodowi. Po pierwsze służąc obcym służymy wyższym od siebie. Po drugie nie musimy służyć osobiście i możemy ten zaszczyt scedować na warstwy niższe, sami zyskując pochwały i akceptację. Po trzecie wreszcie, to co bliskie właśnie z powodu bliskości wydaje się jakieś takie ohydne. Szczegółowość oglądu nie służy. Nie wspominam o gratyfikacjach finansowych, bo to sprawa oczywista.

Reszta tkwi w języku i to wymaga pewnych umiejętności, przynajmniej dopóki taplamy się w demokratycznym bagnie. Uważam, że już niedługo, bo nie da się zabezpieczyć poważnych interesów licząc się na każdym kroku ze zdaniem hołoty. Na razie jednak należy jej wytłumaczyć, że obcy są nasi, a nasi obcy. I to udaje się w pewnym stopniu, ale nie do końca. Część już wierzy, już się utożsamia, już łaknie służyć, ale inni zachowują dystans, włos dzielą na czworo. Chamy hamują postęp – można rzec, ale tak otwarcie nie sposób.

Jak chamowi zatkać gębę? Jak chama zawstydzić do tego stopnia, że skurczy się w sobie, że w decydującym momencie zawaha się, odpuści. To nie jest łatwe bez doprowadzenia do klęsk ciężkich i nadzwyczajnych, a i wtedy nie ma pewności, co cham zrobi. Oczywiście słuszne i właściwe jest podważanie wiary chama, jego oglądu świata, przyzwyczajeń i poglądów, ale to wymaga jeszcze wielu lat wytężonej pracy, a czasu niewiele. Już i wielcy, którym się przyrzekało porządek nad Wisłą zaczynają się niecierpliwić.

Służba obcym, owszem łatwa do wytłumaczenia, nie jest jednak prosta. W ostateczności można nawet dostać po pysku, łkać w złoconych przedpokojach z urażonej dumy. Potem wrócić i tańczyć przed chamem, chamowi śpiewać piosenki o wolności, teatrzyk odgrywać, choć gardło ściśnięte lękiem. Cel się przybliża, oddala, znika, znów na wyciągnięcie ręki… Państwo narodowe to relikt, a szczególnie jeśli naród nie jest odpowiedni, ale obleganie współczesnego państwa od środka, to też nie jest bułka z masłem.



sobota, 6 kwietnia 2019

Inteligencja strajkuje


To w sumie jest bardzo piękne, bo kto ma dać przykład warstwom niższym jak nie naturalni liderzy społeczności. Na poczekaniu dodam jeszcze prawników, lekarzy, urzędników, akademików, literatów, dziennikarzy oraz ludzi znanych i lubianych. Wszyscy ci ludzie zasługują na to by żyć godnie, a do tego im jeszcze daleko. Warto zwrócić uwagę, że przyrodzona skromność każe im ograniczyć swoje postulaty do kwestii ekonomicznych. Nikt nie żąda przecież, żeby lud prosty mijając ich na ulicy zdejmował przed nimi czapki i pozdrawiał ukłonem. Może dlatego, że ludzie mało teraz chodzą w czapkach, kapeluszach czy beretach, a mody zadekretować się nie da.

Władza w starciu z Inteligencją zawsze przegra, nawet jeśli wygra na poziomie demokratycznym, ponieważ jej zwycięstwo będzie chwilowe. Szacunek zaś, nimb zasługi otaczający wymienionych w pierwszym akapicie jest zasłużony i dzięki pracy jaką wkładają, poświęcając się dla maluczkich tego świata jest przenoszony na kolejne pokolenia. To jakby kwiaty rosnące na stercie społecznego kompostu. Należy o nie dbać i raczej podziwiać niż wąchać, bo kompost zaburza wrażenia węchowe.

Orężem Inteligencji jest przecież nie sam strajk, który jest oczywiście tylko krzykiem rozpaczy, ale na przykład kultura, a tej pokonać się nie da. Orężem są znakomite polskie kabarety, odkrywcze filmy, których przesłania nie pojmuje gawiedź, bezstronne telewizje czy najlepsza w świecie gazeta. Książki, których klasy niższe nie znają, a których złośliwie nie dopisują do kanonu lektur, a przede wszystkim autorytety moralne i zwyczajne. Szczęśliwie Inteligencję reprezentują nowoczesne i postępowe partie polityczne, które chwilowo znalazły się w opozycji także dlatego, że były nielojalne w stosunku do Inteligencji, ale gdy wrócą do władzy, tym razem już naprawdę przychylą jej nieba, w co chętnie wierzy każdy Inteligent.

Hasło, że najlepsi z nas powinni żyć godnie jest hasłem oczywistym. Oczywiście mam na myśli ściśle ekonomiczne znaczenie słowa „godnie”, bo gdyby je rozszerzyć na aspekty moralne czy inne, mógłby podnieść się wielki krzyk o kolejnych szykanach, aż do faszyzmu włącznie.

Dobrym przelicznikiem, wielokrotnie podnoszonym przez reprezentantów Inteligencji jest obywatelka zatrudniona na kasie w hipermarkecie (osobiście nie pojmuję dlaczego, ale ciągle się o tych paniach wspomina). Można nawet zrobić stosowną tabelkę, według zasług i rang, na przykład, że nauczyciel to dwie kasjerki, a dyplomowany to dwie i pół kasjerki. I tak dalej, i tak dalej… To zadanie pozostawiam komuś z Inteligencji, w ostateczności może być dziennikarz.

Należy też pamiętać, że w takim hipermarkecie praca na kasie jest rotacyjna i raz się siedzi, a raz odpoczywa popychając wózek, czy rozkładając towar, a Inteligent jest Inteligentem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, no chyba, że ma czas by spać. Wtedy nie wiem, to zależy czy śni inteligentnie czy wręcz przeciwnie.  Chętnie bym się o tym przekonał, ale jako prostak nie mam szans. Cóż dodać?

Panie i panowie nauczyciele, strajkujcie godnie!