poniedziałek, 11 czerwca 2018

Imperium Futbol 2. Kult Cargo


Kult Cargo to ruch religijny, który rozkwitł wśród zamieszkujących wyspy Pacyfiku tubylców, nieprzesadnie rozeznanych w realiach współczesnego świata. Upraszczając: Wziął się z obserwacji oraz opartego na fałszywych przesłankach logicznego rozumowania: Biali mają dużo wspaniałych rzeczy, których my nie mamy, a wszystkie te dobra są zwożone na wyspy samolotami. Znaczy się pochodzą z nieba, a skoro tak, czas zacząć budować własne lotniska. Kosić trawę, z bambusa budować wieże kontrolne itp.

W swej futbolowej wersji podobne wierzenia są bardzo rozpowszechnione, a w Polsce mają wielu gorących wyznawców. Ludzie ci każą nam wierzyć, że imitując działania wielkich piłkarskiego świata sprawią, że na polski futbol spłynie deszcz mamony, nasze boiska zaroją się od klonów Messiego, a czołowe kluby będą hulać co najmniej w półfinałach europejskich pucharów. Oczywiste jest, że tego typu zabobony prowadzą do rozczarowań, a samoloty z dobrami wszelkimi przelatują obojętnie nad naszymi zadartymi w górę głowami. Tyle tylko, że rozczarowanie jest domeną kibiców, ponieważ kapłani Cargo pocieszają się żywą gotówką, w zamian za szerzenie tego osobliwego kultu. Rozczarowanie jest zresztą jednym z celów, służącym przekierowaniu uwagi kibiców z rynku lokalnego na rynek światowy i docelowo całkowite unieważnienie tego pierwszego. Rzecz w tym, żeby ludzie nadal kochając futbol jako widowisko, dobrowolnie wyzbyli się lokalnych roszczeń do realnego sukcesu.

Rynki lokalne są ważne o tyle, że dostarczają piłkarzy i kibiców. To zresztą jest w jakimś sensie powiązane. Wystarczy przyjrzeć się, jak wraz z Lewandowskim zainteresowanie polskich mediów i kibiców łatwo przeniosło się z Dortmundu na Monachium. To jeden z setek podobnych procesów, które przez swoją mnogość nie są w ogóle zauważane. Rzecz w tym, że skoro produkujemy mercedesa w rodzaju Bayernu, żeby zarobić musimy go sprzedawać nie tylko na rynku niemieckim, ale przede wszystkim na światowym. To marka, produkt, ale fan motoryzacji podziwiając nowy model piłkarskiego mercedesa, nie musi koniecznie przy okazji podziwiać huty, która wyprodukowała blachę na jego karoserię.

Paradoksalnie lokalny rynek niemiecki różni się od polskiego jedynie rzędem wielkości, co przekłada się na poziom rozgrywek. Głównie dlatego, że ilość zaangażowanych w Bundesligę pieniędzy sprawia, że jest to rynek wsobny, dzięki czemu utalentowani niemieccy gracze nie muszą szukać swoich szans w innych europejskich ligach. Import z zewnątrz jest przy tym na nieosiągalnym dla nas poziomie.
Nam, biednym tubylcom, musi wystarczyć zadzieranie głowy i obserwacja przelatujących samolotów. 

Oczywiście próbujemy naśladować wielkich, próbując budować z patyków i trawy nasze własne Reale i Bayerny, nie bacząc na to, że za każdym razem wychodzi nam parodia oryginału. Nie potrafimy przyjąć po męsku odpowiedzi odmownej. Nasz lokalny rynek jest za słaby i poza nami, nikomu do niczego niepotrzebny. Spójrzmy na wschód, gdzie zarówno w Rosji, jak i na Ukrainie zaangażowano bajkowe w naszym pojęciu budżety. Owszem, w pierwszej dekadzie XXI wieku CSKA i Zenit zdobyły puchar UEFA, a cztery lata temu Dnipro zagrało w finale Ligi Europy, ale czy tamtejsze ligi stały się przez to popularne w świecie? Podobnie jak niemiecka, nabrały wsobnego charakteru, tyle tylko, że w przeciwieństwie do Niemiec nie przełożyło się to na jakikolwiek sukces ich narodowych reprezentacji. Tamtejsi kibice nadal są skazani na podziwianie wielkich i narzekanie na marnotrawienie lokalnych budżetów.

Od lat wmawia się kibicom, że futbol to gra prosta, że każdy ma szansę i co najzabawniejsze, że przewodzące mu organizacje wiele wysiłku wkładają w wyrównanie poziomu. Fakty temu przeczą, więc tym gorzej dla nich. Piłka nożna jest oparta na rywalizacji klubowej i reprezentacyjnej. Tę pierwszą już sprowadzono do rytualnych starć galaktycznych gigantów. Z tą drugą trudniej, ponieważ w grę wchodzą aspiracje polityczne. Czas wrócić do wyjściowego porównania i zapytać, po co propagowany jest tytułowy kult? Aby odpowiedzieć pozostanę w sferze religii, bo dla wielu i futbol jest religią i zacytuję św. Mateusza:

„Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.”

Władcy piłkarskich emocji rozumieją ten cytat dosłownie. Jako wytyczną.
Dlaczego w takim razie nie powstanie ta ogłaszana od lat klubowa superliga, gdzie osiemnaście starannie wyselekcjonowanych drużyn będzie rozgrywało same niecodzienne, galaktyczne i niezwykle emocjonujące mecze? Takie mecze w ramach ligi, co? Przecież w czołowych europejskich ligach przepaść pomiędzy największymi firmami a całą resztą pogłębiła się wystarczająco. Ile można oglądać bicie klubowych rekordów i emocjonować się licząc kolejne strzelane bezradnym rywalom gole? Aby nadać rywalizacji pozór sportowy można przecież stworzyć drugą i trzecią Superligę. Awanse, spadki – proszę bardzo. Sprzeciw światowych federacji? Ewentualne sankcje dla uczestniczących w takiej imprezie klubów? Doprawdy wierzycie w to, że miliardowe kluby tego się lękają? Unieważnienie lokalnych rynków już przecież ma miejsce, więc w czym problem?

Otóż głównym problemem jest Premier League, której unieważnić się nie da. Liga angielska jako produkt nigdy nie zależała od osiągnięć grających w niej klubów na arenie międzynarodowej. Trudno też tamtejszym kibicom wmówić tytułowy kult Cargo, ponieważ jego twórcami są właśnie sami Brytyjczycy. Ich ligę mamy podziwiać, w niej upatrywać nadzwyczajnej nobilitacji dla graczy, którzy tam trafią. Jakby nie porównywać jest to liga imperialna wobec pozostałych lig, a dla lokalnych kibiców najważniejsze w świecie rozgrywki. Gdyby ktoś wyciągnął z niej pięć czołowych klubów, to one zostaną unieważnione, nie liga. Drugim problemem i powodem, że superliga nadal pozostaje straszakiem jest przesyt. Już w tej chwili, w momencie szczytowego w całej historii zainteresowania futbolem jako światowym widowiskiem można dostrzec jego pierwsze symptomy. Tak jak kiedyś nad imperium brytyjskim nigdy nie zachodziło słońce, tak obecnie nigdy nie gasną piłkarskie emocje.

Tak naprawdę kapłani piłkarskiego kultu Cargo są piewcami zabobonnej wiary w nieograniczony rozwój. Tak jak dobra materialne nie były na wyspy Pacyfiku przywożone z nieba przez samoloty, tak nasze kibicowskie emocje nie pochodzą z ciągłego zadzierania głowy ku szczytom i podziwiania wielkich mistrzów. Jeśli skutecznie wyśmieje się i unieważni lokalne futbolowe rynki, zabraknie podstawy na której opierają się kibicowskie emocje. A przecież futbol, to przede wszystkim emocje. Owszem, piłka na najwyższym poziomie to wielkie widowisko, ale w sferze ogólnie pojętej kultury jedno z wielu.

Przyglądam się z sympatią nadwiślańskim kibicom Realu czy innej Barcelony, tak jak z sympatią myślę o mieszkańcach tych biednych wysepek, wierzących, że dobry Bóg zacznie w końcu zacznie sprawiedliwiej dzielić dostawy dóbr wszelkich. Tyle tylko, że ich miłość jest miłością platoniczną, a ich nadzieje na wzajemność złudne.



niedziela, 10 czerwca 2018

Imperium Futbol


Docierają do mnie strzępy informacji przeważnie wyśmiewające opolski festiwal jako mix współczesnej tandety z tandetą starodawną, ale sprytnie pokrytą stosowną patyną. To pewnie prawda, bo jak co roku szczęśliwie gwiazdami są tam wykonawcy, którzy już dawno powinni znaleźć się w kręgu zainteresowania czasopism w rodzaju „Mówią wieki”.  Takie, rozumiecie, myśli napadły mnie podczas porannego podlewania ogródka i zaraz skojarzyłem je z futbolem. To dla mnie łatwizna, bo mnie się wszystko kojarzy z futbolem. Tak zwana kultura przede wszystkim. Wiele wylano bitów opisując budżety instytucji, imprez, akcji propagandowych w skali od gminnej do globalnej i związane z nimi niegodziwości. To trochę tak jakby na trasie przemarszu stada słoni zajmować się miejscowymi ryjówkami. Po raz ostatni przywołam nieszczęsny festiwal, a i to tylko dlatego, by zauważyć, że jego budżet niknie by przy budżecie drugoligowego klubu piłkarskiego, który na trybunach gromadzi rzesze fanów, w porywach sięgającą tysiąca pięciuset osób. Zaznaczę przy tym, że polska piłka jest w skali europejskiej dość uboga.

Za chwilę Mundial. Same oficjalne nagrody, bez reklam, mediów i tak dalej, to 400 milionów dolarów. Nikt o tym nie wspomina, bo w kategoriach futbolowych to grosze. Kogo ma ekscytować fakt, że za sam wyjazd do Rosji premia wynosi osiem milionów baksów plus zwrot kosztów w wysokości półtora miliona. Potem oczywiście kwoty rosną, a mistrz otrzyma dolarów 38 milionów. 

Żart po prostu. Znacie piłkarza Arkadiusza Recę? Ja znam, ale ja zajmuję się futbolem. Ten dziarski młodzieniec został właśnie sprzedany przez płocką Wisłę do włoskiej Atalanty Bergamo za 4 miliony euro. Kibice mu gratulują, ale i zadają pytania w stylu: Jak mamy budować ligę, skoro utalentowanych graczy oddaje się dosłownie za grosze? Pan Arkadiusz będzie teraz zarabiał rocznie, tak na początek, kwotę porównywalną z szumną nagrodą Nobla.

Zarówno MŚ jak i szanowny klub z Bergamo to groszowa prowincja w porównaniu z brytyjską ligą imperialną. W sezonie 2016/17 same premie wypłacone klubom z tytułu udziału w rozgrywkach ( transmisje TV oczywiście ) wyniosły prawie dwa i pół miliarda funtów. Ostatni w tabeli, beznadziejnie grający Sunderland z tego tytułu zainkasował 93,4 miliona. Do tego dochodzi forsa za bardzo drogie bilety, sponsoring, reklama, gadżety itp. Angielska liga to obecnie największe i najlepsze widowisko sprzedawane w skali globalnej. Hollywood wysiada. Nawet reżyseria transmisji jest na wyższym poziomie.
N
a razie po angielskich murawach nie biegają tyranozaury, nie ląduje UFO a nawet żaden piłkarz nie okazał się inteligentnym nad wszelką przyzwoitość kanibalem, ale manipulowanie obrazem jest tam na poziomie Jurasic Park 9. Żeby było jasne, to telewizja zawsze manipuluje obrazem piłkarskiego widowiska, ale to co się wyprawia na wyspach przekracza wszelkie granice. Żadna liga, żaden turniej międzynarodowy nie wygląda tak dobrze, jak zgoła przeciętny mecz Premier Laeague. Zupełnie nie przeszkadza, że w Anglii gra się przeważnie przy naturalnym świetle. Podkręca się tam wszystko, począwszy od wielkości boiska aż do tempa i dynamiki gry.

Odwiedził mnie kiedyś kolega, fan angielskiej piłki, a szczególnie Arsenalu Londyn, ale chłop, który bywał przecież na meczach Legii czy reprezentacji Polski. Wybraliśmy się na mecz klasy okręgowej mojej lokalnej drużyny. Bardzo się zdziwił, że można rozgrywać mecze piłkarskie na tak małym boisku.
- Co ty mi tu opowiadasz? – oburzał się dodając, że przecież to połowa boiska jego ulubionego Arsenalu. Wyszedł na tym jak najgorzej, bo po sprawdzeniu okazało się, że nasze gminne boisko jest o pięć metrów dłuższe niż to w dzielnicy Highbury. Prawda, że o dwa metry węższe nie zmienia istoty rzeczy.

Tak telewizja i realizatorzy transmisji poprawiają smutny świat w którym żyjemy. Chodzi o aurę nadzwyczajności, która ma otaczać współczesnych herosów. Wchodzimy tu w sferę kultury rządzącej starannie kreowanym mitem. To nie tylko hurtowa sprzedaż widowisk sportowych, ale przede wszystkim zawłaszczenie człowieczych emocji oraz czasu.
To walka o czas napędza ten i wszystkie inne rozrywkowe biznesy. Trudno znaleźć w kalendarzu dzień, w który futbol nie oferuje żadnego wielkiego widowiska. Setki milionów ludzi pracuje, uczy się i ogląda mecze. Potem czyta o meczach, gra w mecze, myśli o meczach. I tak w kółko. Niczym jakieś cholerne zombie.
Czas człowieczy jest, jak już wspomniałem, ograniczony. Przeciętny tydzień fana wygląda w sezonie tak:

Piątek – zaczynają się mecze lig wszelkich, sobota i niedziela – grają ligi, w poniedziałek także! Wtorek, środa, czwartek – puchary europejskie albo krajowe, a w piątek…
Ligi zatrzymują swój bieg, gdy mają grać reprezentacje. Flauta jest pozorna, bo raz że nie wszystkie, a jeśli nawet, to są jeszcze ligi niższe niż ekstraklasa, które grają w najlepsze. Same reprezentacje też oczywiście dzielą się terminami tak, żeby wypełnić szczelnie każdy kolejny dzień. Teraz trwa flauta flaut, bo przed MŚ nic się nie dzieje. No tak, ale dzisiaj gra Brazylia, wczoraj Francja i Hiszpania, przedwczoraj Niemcy i Polska, dzień wcześniej Anglia… I tak to leci.

Straciłem wprawę w pisaniu i co za tym idzie pewność, czy zostanę właściwie zrozumiany. Nie mam nic przeciwko futbolowi, sam chętnie oglądam mecze, ale przeraża mnie skala tego szaleństwa. Ludziom serwuje się ten sport (!) niczym kolejne dawki narkotyku. Dzień w dzień, od rana do wieczora, od dziecka aż do śmierci.

Przy pomocy futbolu sprzedaje się prestiż miast, regionów i państw. Współcześni kibice też chcą mieć w tym swój udział i dlatego milionami kibicują największym i najsilniejszym. Dawno minęły czasy, gdy kibicowano swoim albo słabszym. Dzisiaj emocje angażowane są po stronie wielkich i najbogatszych, a sensacyjne rozstrzygnięcia przyjmowane są wręcz z oburzeniem, niczym jakaś osobista obraza. Przykre, że w wielkich galaktycznych finałach nie mogą grać wszyscy wspaniali do kupy, niczym Hamleci w humoresce Gałczyńskiego, chórem wołający „być albo nie być”.

Oczywiście cała ta futbolowa budowla wkrótce runie, ponieważ teoria nieograniczonego rozwoju jest tylko pseudonaukową brednią. To oczywista piramida finansowa i doszła do granicy za którą dalsza sprzedaż jest praktycznie niemożliwa. Inflacja emocji, gwiazd, języka służącego do opisywania futbolu  to pierwsze zapowiedzi upadku, który przy odrobinie szczęścia pozwoli wrócić piłce nożnej do właściwych wymiarów.


wtorek, 20 marca 2018

Tylko Becia!


Nie jestem ani z Prawa i Sprawiedliwości, ani z Warszawy, co znaczy, że zajmuję akurat taką pozycję jak trzeba, by zabrać głos w sprawie wyborów na prezydenta naszej wspaniałej stolicy. Patrzeć z oddali jest łatwiej, szczególnie gdy się patrzy na ludzi, nie na otaczający ich nimb, czy sprzedawane nam w mediach wyobrażenie o nich. Zacznę od tego, że walka wyborcza o warszawski stolec, bynajmniej nie jest degradująca politycznie dla pani premier, a szybkie „zagospodarowanie” tak ważnej postaci partii rządzącej wydaje się w sensie czysto politycznym jednym z priorytetów. Dodatkowym plusem kandydatury Beaty Szydło jest fakt, że kandydaci o których obecnie się mówi, czyli panowie Dworczyk i Jaki mogliby z powodzeniem zająć miejsca u jej boku, zarówno w trakcie kampanii, jak i porządkując po ewentualnym sukcesie przesławny warszawski ratusz. Jeden jako pragmatyczny urzędnik, drugi jako pogromca i trybun ludowy, w sensie współczesnym, oczywiście.

Niech mi wybaczą miłośnicy pana Jakiego, ale wasz lider w ogóle nie kojarzy się ze sprawowaniem władzy. Nawet nie chodzi o jego wiek, a raczej o niefrasobliwość, czy może bardziej gorączkę publicystyczną przenikającą jego wypowiedzi oraz działania. Pan Dworczyk z kolei, wbrew swemu dość emocjonującemu życiorysowi jest szary, szarością osób poruszających się na zapleczu wielkiej polityki. To pożyteczna cecha, ale i oczywista droga do klęski dla partii, które wystawi go na czoło takich zmagań, jak walka o warszawską prezydenturę. O panu Sasinie, poruszającym się gdzieś na obrzeżu, taktownie pomilczę.

Rzecz sprowadza się w zasadzie do dwóch pytań: Czy pani Szydło nie jest przypadkiem obrażona z powodu zmiany na stanowisku premiera, co może zostać przedstawione jako zmęczenie/wypalenie funkcją premiera, oraz czy Prawo i Sprawiedliwość podejmie tak znaczące, w przypadku porażki pani Beaty ryzyko. Nie oszukujmy się, w sytuacji, gdy w kontekście wyborów samorządowych szanse opozycji na sukces są mierne, wybory na stanowisko prezydenta stolicy zgromadzą wokół siebie uwagę mediów w stopniu znaczniejszym, niż kiedykolwiek. Ewentualny sukces pana Trzaskowskiego zostanie ogłoszony jako niezwykłe wprost zwycięstwo i zmiana kierunku wiejących w Polsce wiatrów politycznych. I nie zmieni tego fakt, kogo wystawi PiS. W przypadku pana Jakiego, będzie się to wiązało z otrąbieniem, że warszawiacy w nosie mają firmowaną jego nazwiskiem komisję i efekty jej pracy.

Moim zdaniem Prawo i Sprawiedliwość może zwyciężyć tylko wtedy, gdy postawi  wszystko na szali i podejmie stosowne do wagi wydarzenia ryzyko. Pocieszanie się słabościami pana Trzaskowskiego jest dziecinadą, ponieważ elektorat opozycji zupełnie nie będzie na nie zważał. W drugiej turze opozycja mogłaby wystawić nawet jego czapkę, by zyskać podobną ilość głosów. Tu żartów nie ma, bo w grę wchodzą naprawdę duże interesy.

Myślenie, że Beata Szydło nie nadaje się, ponieważ nie kojarzy się z Warszawą jest błędem, ponieważ kojarzy się z czymś więcej, a mianowicie z władzą. Poza tym, jest moim zdaniem jedyną wśród potencjalnych kandydatów PiS osobą, która wyciągnie z domów tych, którzy przeważnie na wybory samorządowe machają zniecierpliwieni rękami, a nogi nie niosą ich do lokali wyborczych.
Opozycja chce mieć poważne starcie w Warszawie, niech ma! Chce walki kampanijnej na wysokim poziomie, proszę bardzo!

Dla mnie kandydatura pani Beaty Szydło jest jedyną prowadzącą do zwycięstwa, ale jak wspomniałem na wstępie nie jestem z Prawa i Sprawiedliwości, a moje warszawskie korzenie zerwane zostały w roku pańskim 1944, czy tuż przed tym, nim powstała nowa Warszawa i jeszcze nowszy Warszawiak.

piątek, 9 marca 2018

Album rysunków Niewolnika własnych genów


Dostałem wczoraj piękny prezent. Żona naszego nieodżałowanego artysty, podpisującego swoje rysunki: Niewolnik własnych genów, pana Adama Wycichowskiego przysłała mnie, niegodnemu, pięknie wydany album jego prac z lat 2009-2016. Gdy rysował dla nas, bo On dla nas, dla braci blogerskiej tworzył, wielu takich jak ja, wyczekiwało na kolejne jego dzieło, kolejny komentarz do naszej dziwnej, a czasami zabawnej rzeczywistości. Teraz, gdy przeglądam jego prace, uporządkowane w sposób ostateczny, mam wrażenie, że przechadzam się po moście czasu, bo to nie tylko humorystyczny komentarz do wydarzeń politycznych, ale przede wszystkim opowieść o naszych emocjach, nadziejach i rozczarowaniach. Poza tym, to także historia blogosfery, opowiedziana poprzez pryzmat konfliktów na ówczesnym Salonie 24 i nie tylko. Tamże logo i rysunki dla Szkoły Nawigatorów.

Na stronie http://adamwycichowski.se można obejrzeć rysunki, album, dwa filmy Niewolnika i zdjęcia stadionu, na którym reprezentacja Szwecji gra w piłkę nożną, a którą to arenę współtworzył jako architekt, pan Adam.
Bardzo żal, ale życie bywa w swoich okrutne. Coś znaczącego zostało. Coś, czym możemy samolubnie się cieszyć. Jeszcze raz serdecznie dziękuję.

Poniżej moje nieudolne zdjęcia okładki albumu i jednego z ulubionych rysunków, dziwnie pasującego do aktualnych dylematów naszej uroczej opozycji:



środa, 7 marca 2018

Sprawa Onetu


Wczorajszy szum, wywołany przez dziennikarzy Onetu nie jest zwykłym szumem medialnym, ani kolejną akcją dezinformacyjną do jakiej przywykliśmy. Mam naiwną nadzieję, że tym razem nie skończy się na połajankach i ogólnym ględzeniu o tym, kto i co miał na myśli. Panowie dziennikarze, którzy raczyli wczoraj uderzyć ( tak, dosłownie uderzyć ) w stosunki polsko – amerykańskie, znaleźli się „o jeden most za daleko” że się tak wyrażę. Liczyli na oddźwięk i taki znaleźli. Najpierw wśród krajowych cymbałów, a następnie, z czego doskonale zdawali sobie sprawę, wśród zagranicznych kolegów po fachu, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt przychylnych sprawom polskim.

Ich działanie zaowocowało oświadczeniem amerykańskiego departamentu stanu. Wiedzieli chyba, że tak się impreza zakończy, no chyba, że są już kompletnymi idiotami. Przecież nawet, gdyby ich informacje były w stu procentach prawdziwe, a nie jak zwykle opierały się na przeświadczeniu o wyższości własnego, maniakalnego oglądu świata, nad rzeczywistym, nikt przytomny by ich wywodów nie potwierdził. To jest inna zupełnie liga i kmiotek z onetowskiej B klasy, może sobie co najwyżej possać palec pod drzwiami. Nie zmienia to faktu, że z każdego możliwego punktu widzenia było to celowe działanie na szkodę polskich interesów i tak, a nie w kategorii publicystycznego pitolenia należy patrzeć na sprawę Onetu. Nawet, gdyby rzecz cała pomyślana była jedynie na użytek wewnętrzny, w co nie wierzę, nie zmienia to zakresu moich zarzutów.

W Polsce, początkowo ostrożnie, a z upływem godzin coraz śmielej, temat podchwyciły rodzime medialne grupy opętańców , źródła amerykańskie mnożyły się jak króliki, uchodzący za wyważonych w opiniach publicyści zaczęli swoje: „a nie mówiłem”. Miałem wrażenie, że i po tak zwanej prawej stronie, część ludzi jakby objadła się szaleju. I gdyby sprawa nie była tak poważna w zamysłach, nazwałbym ją kolejną hecą, którą można śmiechem skwitować. Tyle tylko, że sprawy międzynarodowe to nigdy nie jest powód do śmiechu, a fakt, że coś takiego jak Onet zabiera się śmiało za kreowanie konfliktu pomiędzy Polską a USA napawa grozą.

Zabiera się, bo ma ku temu podatny grunt. Bo jest, jak się niestety okaże za moment, całkowicie bezkarny i następnym razem z powodzeniem powoła się na źródła, choćby marsjańskie. Jeden poda temat drugiemu, drugi zacytuje pierwszego i nasz rząd stanie w głupiej sytuacji, jako psujący stosunki międzyplanetarne.

Dziwię się tylko, że taki prostak i burak jak ja, potrafi odczytać intencje i oznaczyć prawidłowo prawdopodobieństwo zdarzeń, a wielu takich, którzy każą się szanować publiczności, zgoła nie potrafi. Wiem, że część z wrodzonego cynizmu, ale reszta… Naprawdę można zapłakać nad stanem polskich mediów, widząc ludzi, których miejsce jest na przysłowiowym Pudelku, opowiadających zdumionej publiczności o polityce międzynarodowej.

W powyższym tekście celowo nie wymieniłem żadnych nazwisk. Raz, że tekst byłby dłuższy, a miał być krótki, dwa, że wymieniając nazwiska twórców i tych, którzy powielali onetowską prowokację, niewątpliwie przeszedłbym do epitetów, czego ostatnio staram się unikać, a trzy, że wszyscy ci ludzie, ze względu na kaliber sprawy, stali się dla mnie ludźmi „niewymownymi”. I niech każdy tą „niewymowność” rozumie jak chce.

czwartek, 22 lutego 2018

Wrogość jest łatwa


Od razu dodajmy, że wrogość obarczona wszystkimi jej konsekwencjami łatwa być przestaje. Czym innym jest bowiem zwykłe pyskowanie, a czym innym działanie na szkodę kogoś wybranego na wroga. Bo wróg to figura, stanowisko bez mała. W polityce wrogość jest powszechna, ale nie przypadkiem trwa przeważnie między sąsiadującymi ludami. Trwa często przez stulecia, pomimo szumnych deklaracji państw. Zasypywana i odgrzebywana, gdy zachodzi potrzeba wojenna, zawsze może liczyć na całkiem samodzielny, niesterowany odgórnie rozkwit. Potocznie, jako przykład całkowitego spacyfikowania wrogości, podaje się pojednanie francusko – niemieckie. Dolary stawiam przeciwko orzechom, że gdy zajdzie potrzeba, wystarczy zdjęcie tabu i pół roku propagandy, a przedstawiciele tych zacnych nacji zaczną się ganiać z toporkami po ulicach uroczych alzackich miasteczek. Pojednania i ogólna szczera miłość, nie jest przecież wynalazkiem współczesnym.

Tyle, że nawet najbardziej odporny na wiedzę geograficzną człowiek, nie będzie twierdził, że Polska graniczy z Izraelem. Patrząc zaś ze strony mentalnej, historycznej i każdej innej, graniczy jak najbardziej, a wzajemna wrogość na poziomie niższym niż państwowy jest nadal wrogością sąsiadów. Wbrew rzewnym opowieścią polityków, którzy załamują teraz ręce nad upadkiem wzajemnych stosunków, wrogość i jej nieodrodna córeczka nieufność przez cały okres po 1989 roku miały się jak najlepiej. Różnica w tym, że w Izraelu, a szczególnie wśród diaspory amerykańskiej była wielokrotnie wyrażana śmiało, głośno i publicznie, wspierana grantami na uczelniach, a w publicystyce wręcz warunkowała sukces, o ile autor raczył pisać o kwestiach polsko – żydowskich. U nas zaś ukryta jako wstrętny antysemityzm, obarczona ryzykiem kary i absolutnego ostracyzmu politycznego i towarzyskiego, przecież przetrwała, ponieważ wrogość ma silniejsze geny niż ckliwość.

Pytanie jest takie, co jest w sensie społecznym, moralnym i politycznym lepsze? Czy udawana zgoda i przyjaźń, czy szczerość we wzajemnych stosunkach, choćby ta szczerość była lodowata jak wykuta z lodu kość cholernego mamuta? Bo wzajemne pokrzykiwania zaraz się skończą i wszystko wróci na tory polityki oraz codziennych interesów. Mniejszych i większych. Dobrych i złych, ale przecież zwyczajnych, jak to między ludźmi. Być może w polityce nadejdzie okres zlodowacenia, ale to akurat nic wielkiego. Szczególnie Izrael ma w takich stosunkach doświadczenie, gdyż jego dyplomacja, postrzegana u nas jako znakomita, niespecjalnie udolnie szuka i szukała w świecie przyjaciół i sojuszników. Oczywiście USA, ale Stany Zjednoczone, choć są militarnym hegemonem i gwarantem izraelskiej państwowości, nie są przecież służącym, biegającym na posyłki dla Izraela, choć z niektórych wypowiedzi jego samorzutnych przedstawicieli można wysnuć taki wniosek. Ale to przecież bujda.

Co dzisiaj powinna robić polska dyplomacja, polski rząd? Moim zdaniem, w zasadzie nic, czyli swoje. Należy pozwolić wypalić się wrogości, dać się wykrzyczeć tym, którzy koniecznie chcą krzyczeć, bo zaraz wszystkich zabolą gardła od wrzasku i ani się obejrzymy, a na polu zmagań zostaną tylko ci, którzy bez polsko – żydowskiej wojny żyć po prostu nie potrafią. Wbrew powszechnej opinii, to Izrael jest dzisiaj w nieco trudniejszej sytuacji, choćby dlatego, że zimna wojna z Iranem, nabiera powoli barwy krwi. Zauważę, że po dwóch tygodniach zaczyna przebijać się do szerszej publiczności myśl, którą wyraziłem po pierwszym występie premiera Netanjahu, że celem konfliktu z Polską nie jest, jak sądzono potocznie kwestia wyłudzenia odszkodowania finansowego, a odciągnięcie USA z Europy Środkowej, by zogniskować całą moc, ponownie na bliskim wschodzie. Moc polityczną oczywiście, bo nie chodzi tu przecież o te kilka tysięcy żołnierzy. Można tu domniemywać realizację jakichś rosyjskich roszczeń, w zamian za neutralność wobec ewentualnego konfliktu z Iranem. To oczywiście moje dywagacje, czyli dywagacje publicystyczne, w najlepszym razie. Na razie wolno takie snuć, więc czemu nie?

Wracając do wrogości. Wczoraj mieliśmy przykład w postaci nieszczęsnego filmiku wyprodukowanego przez amerykańską fundację Ruderman Family. Na szczęście nasz rząd wobec tej prowokacji trzymał gębę na kłódkę. Teraz dowiadujemy się, że filmik zdjęto na skutek protestów samych Żydów. Ten wyczyn można traktować dwojako, albo jako typowe „o jeden most za daleko” albo paradoksalnie, jako próbę załagodzenia konfliktu, tak jak można zgasić ognisko, wrzucając do niego odbezpieczony granat. Rozleci się, może gdzieniegdzie tlić się jeszcze jakaś gałązka, ale ognisko siłą rzeczy przestaje istnieć.

Powtarzam: Wrogość jest łatwa, ale żyć trzeba! Ani prowokacjami, ani pobożnie dobrotliwym gadaniem, nie umniejszymy jej ani o krzynę. Ci, którzy z niej żyją, może przez chwilę będą lepiej żyli, ale czy ja mam w tej wrogości jakiś interes?  

środa, 21 lutego 2018

Zandberg we mgle


Dzisiaj na stronie GW głos zabrał nieoficjalny przywódca lewactwa, pan Zandberg. Fakt, że krąży we mgle, to komplement, świadczący chociażby o ruchu, który daje świadectwo jakiegoś tam życia. Jak to z lewakami bywa, należy zacząć od końca. Pointa jego tekstu jest taka:
Im szybciej skończy się lament o końcu demokracji, a zacznie rozmowa o godnej pracy, kryzysie w szpitalach, prawie do aborcji czy szwankującym transporcie publicznym, tym gorzej dla PiS. I lepiej dla Polski.”
Trochę to podobne do deklaracji PO, a szczególnie Nowoczesnej, ale apelując do ludu, trudno uniknąć tego typu sformułowań. Ciekawe jest to, że w samym tekście nie pojawia się żaden poważny powód, dla którego lud roboczy miast i wsi miałby odsuwać PiS od władzy. Może nie znam się na czytaniu ze zrozumieniem, ale gdyby wyciąć przywołane powyżej zdanie, resztę tekstu mógłby podpisać socjalistycznie motywowany wyborca Prawa i Sprawiedliwości, a jest takich całkiem sporo, i nie tylko wyborców.
Muszę najpierw pochwalić pana Zandberga, co w moim przypadku można porównać do pomysłu wyrwania sobie zęba przy użyciu kombinerek, ale widzę, że po stronie opozycyjnej, to nasz lewak jest najbliższy odkrycia pewnej prostej prawdy. Otóż świadoma decyzja wyborcza jest podejmowana w oparciu o ocenę wieloskładnikowego pakietu danych i osobistych osądów. Ludzie, wbrew temu, co wmawiają sobie polityczne elity, bynajmniej nie głosują powodowani zachwytem nad hasłami, obietnicami, czy pragnąc wyrazić swój gniew. Nie twierdzę przy tym, że przed wrzuceniem kartki do urny, każdy dokonuje analizy programów, ani czyni coś w rodzaju politycznego rachunku sumienia. Po części odbywa się to w sposób intuicyjny, a po części środowiskowy. I nie mam tu na myśli, ciągle podnoszonego przez politycznych dziwaków mitycznego od dawna wpływu kościoła, czy innych namaszczonych autorytetów. Stadność typu zarzucanego elektoratowi PiS występuje raczej po drugiej stronie politycznej barykady, gdzie posiadanie poglądów szeroko rozumianych jako konserwatywne, jest dyskredytujący towarzysko.
Wytłumaczę na przykładzie 500+. Śmiesznym „graalem” opozycji było i po części nadal jest przeświadczenie, że PiS kupił tym programem wyborców, co nie przeszkadzało kombinować, w oparciu o przeświadczenie o niskim statusie moralnym Polaków, że przeciwwagą dla tego „kupienia” będzie zawiść tych, których program nie objął. W tej dwoistości rozumowania zawarta jest jedna z przyczyn porażek naszych, pożal się Boże, liberałów. Zandberg, choć nie artykułuje tego wprost, chyba zdaje sobie z tego sprawę. To są oczywistości, ale dla silnie zideologizowanego polityka, to jednak musi być odkrycie.
Cały akapit poświęca nasz lewak usankcjonowanemu zależnością służbową gnojeniu, jak to zgrabnie określa. Staje tu oczywiście po stronie gnojonych, czemu nie sposób się dziwić i co należy pochwalić. Pisze tak:
Tak, mamy w Polsce problem z poniżaniem i gnojeniem. Nie tylko w polityce. Szef poniża podwładnych, ordynator – rezydentów, sieć supermarketów – swoich dostawców. Zbudowaliśmy system, w którym silniejszy czerpie siłę z poniżania słabszego. W takich warunkach nie da się budować wspólnoty. Ale przypisywanie winy wyborcom jednej partii nie ma sensu.”
Myli się tylko w konkluzji, bo wspominając o braku winy jednej partii, chyba ma na myśli PiS, a wymienione przykłady, akurat z elektoratem czy działaniami tej partii mają tyle wspólnego, że próbują z tym systemem walczyć, w mniej czy bardziej udolny sposób.
Rację ma też Zandberg, gdy pisze o uporczywym poszukiwaniu przez liberałów lidera i konkluduje, że skończy się to klęską. Nie ma szans, ponieważ nie da się ugotować zupy grzybowej, z grzybów znalezionych na Saharze. Być może jakieś tam rosną, ale prawdziwków nie da się znaleźć. Już dawno ta strona sceny politycznej zużyła swoje autorytety w codziennej walce politycznej. To zresztą jest zjawisko szersze i dotyczy wszystkich stron sporu, ale PiS ma chociaż Kaczyńskiego, a szanowna opozycja może tylko bezradnie rozłożyć ręce.
I tak, całkiem sensowne wywody pana Zandberga zmierzają ku krainie baśni, bo jak inaczej można traktować przedostatni akapit jego tekstu:
Żeby Polska po PiS-ie stała się faktem, freelancerzy i pracujący w wielkich korporacjach muszą się dogadać z klasą ludową z Miastka. To nie będzie takie trudne. Nawet bez badań Gduli wiemy, jak wiele nas łączy. Że sekretarka z warszawskiej korporacji i sprzedawczyni z Miastka tak samo chcą liberalizacji ustawy aborcyjnej. Że społeczeństwo wcale nie jest tak homofobiczne czy konserwatywne, jak chcieliby tego politycy PiS. Że dzielimy wiele problemów (stołecznej „klasy kreatywnej” też często nie stać na ratę kredytu; ona też nie może się dostać do lekarza czy zapisać dziecka do żłobka). Że wszyscy potrzebujemy państwa, które nie zostawia ludzi za burtą.”
Zwróćcie uwagę, że próżno tu szukać powodu, dla którego społeczeństwo miałoby się odwrócić od PiS-u, bo tak należy rozumieć to zaklęcie. W zasadzie wychodzi na to, że jedyną logiczną zmienną, znowu jest tu aborcja. To trochę jak leninowska elektryfikacja, ale czy nie będąc lewakiem można stawić takie kwestie na tej samej płaszczyźnie? To prowadzi do horrendalnych wręcz wniosków. Ci freelancerzy, ta „klasa ludowa”, która notabene pojawiła się i wczoraj w bełkociku pani Lubanuer…
Zaklęcia są domeną bajek, a tutaj jest scena polityczna i społeczeństwo składające się z żywych ludzi, o czym ideolodzy chętnie zapominają. Niemniej wypowiedź pana Zandberga, świadcząca o tym, że kręci się we mgle własnych ideologicznych uwarunkowań, przynajmniej przez kontrast wobec zgoła nieprzytomnych rozważań liderów PO i Nowoczesnej wydaje się znośna. Oczywiście, jak na zagorzałego lewaka, ale zawsze to coś.
Chciałbym jedynie uzyskać od niego odpowiedź na dwa pytania:
1.     Dlaczego łaknie odsunięcia od władzy Prawa i Sprawiedliwości?
2.     Jeśli to nastąpi, w jaki sposób chce realizować swoje lewackie marzenia, pod rządami triumwiratu PO, Nowoczesna, PSL?
No chyba, że wierzy we własne i absolutne zwycięstwo, ale w takim przypadku, mógłby dodać akapit o roli jednorożców i wróżek w obaleniu kaczystowskiego reżimu.

wtorek, 20 lutego 2018

Miastko, Miastko!


Człowieka głupiego łatwo rozpoznać, ponieważ lubi chwalić się swoją głupotą. Zabawne potwierdzenie tej tezy można znaleźć na stronach internetowych Gazety wyborczej, gdzie liderzy największych, zawzięcie opozycyjnych partii roztrząsają własną niewiedzę na temat polskiego społeczeństwa i mechanizmów, które wyniosły PiS do władzy i które, gdy zostaną oswojone, ich samych popchną na fotele ministerialne i inne. Tym razem, powodem do zorganizowanego przez Wyborczą cyklu wynurzeń są wyniki badań doktora Gduli przeprowadzone w Miastku, które w pewnym stopniu zepsuły doskonałe samopoczucie opozycyjnych liderów. Te wyniki mają to do siebie, że potwierdzają oczywiste wnioski, jakie każdy w miarę przytomny obserwator sceny politycznej mógł wyciągnąć dzień po wyborach parlamentarnych, a głębiej zainteresowani tematem, już w trakcie kampanii wyborczej.

Już sam fakt, że dwa lata zajęło PO wyciągnięcie wniosków z porażki, która w tym czasie zdążyła zmienić się w zjazd sondażowy i zapowiedź prawdziwej klęski jest kompromitujący dla jej liderów. Jeszcze lepsze jest to, że kandydat na prezydenta Warszawy, pan Trzaskowski, nawet po przyswojeniu sobie raportu Gduli, nadal zdaje się niczego nie rozumieć. Przynajmniej tak wynika z jego tekstu, choć  można przyjąć, przymykając oko na jego błazeńską retorykę, że próbuje skroić swój tekst pod warszawski elektorat, przynajmniej taki, jakim go sobie wyobraża. Taki, prawda, prywatny interesik na boku.

Na wstępie pan Trzaskowski opowiada, jak od dwóch lat zastanawiają się w PO nad przyczynami porażki. Dotychczas uważali, dla łatwości wytłumaczę skrótowo, że na PiS zagłosowała biedota i chamy, a teraz doktor Gdula przekonał ich, że jednak nie. Dotychczas uważali, że ludzie sycą się samym pieprzeniem o wzroście gospodarczym, a tu okazało się, że nie. Doprawdy, odkrycie w iście kopernikańskiej skali, że elektoratu nie cieszą „majonezy” zjadane przez ich przedstawicieli. Receptą na to jest ogłoszenie końca transformacji. O tak, ludzie wyczekują oświadczenia pana Schetyny, wygłoszonego w tym duchu. Aby pozyskać młodzież, możecie nawet ułożyć i zaśpiewać piosenkę o końcu transformacji.

Liderzy PO zauważyli też nagle, że ludzi niespecjalnie obchodzi ich ględzenie o zagrożeniu wolności, jako zbyt abstrakcyjne. Oczywiście, fakt, że sami zrobili ze swoich ostrzeżeń kabaret, że dali w swoim imieniu przemawiać największym krzykaczom i politycznym osłom, nie ma na ten odbiór żadnego wpływu, ponieważ elektorat, nagle znowu ciemny, nie jest w stanie nadążać za obrazem abstrakcyjnym. Dalej jest już tylko lepiej. Oni są elitą, PiS populistyczny, a bibliotek nie ma. Bije się w piersi kandydat na prezydenta Warszawy i nawet zauważa, że elita nie ma dobrych manier i język jej nieco zbyt potoczny. No proszę, ale nadal, pomimo tych drobnych niedociągnięć, elita jest i będzie elitą. Teraz zajmie się pomaganiem najsłabszym, oczywiście w ramach odzyskiwania autorytetu. I teraz cytat:

Miejsce opozycji jest dziś przy kobietach, których prawa są zagrożone, cudzoziemcach na ulicach naszych miast, gejach, żydach, a nawet cyklistach (w kontekście ruchów miejskich piszę o tym śmiertelnie poważnie).”
Reszta to banialuki, ale powyższy cytat świadczy o tym, że Platforma Obywatelska staje do walki raczej z Partią Razem i osobiście uważam, że jeśli się odpowiednio natęży, ma szansę pokonać pana Zandberga. Uwaga o „cyklistach” ma chyba świadczyć o tym, że przy okazji zostanie też rozgromiony na stołecznym gruncie, znany rowerzystożerca redaktor Łukasz Warzecha. Dziwi nieco „żyd” z małej pisany litery, ale najwyraźniej PO nie ma zamiaru stawać w obronie Żydów o nastawieniu ateistycznym. Program jak program. Powodzenia życzę!
Następnie w szranki wstąpiła pani Lubnauer, która nie musi się kajać za lata rządzenia i może śmiało bić  się w peowskie piersi. Ogłasza się liberałem i obiecuje, że razem z innymi liberałami przestanie zdradzać klasę średnią. Po prostu pięknie! Przywołuje nawet badania, wedle których sformułowali swój wyborczy target dwa lata temu. I wygrali, wchodząc do sejmu. Pozwolę sobie w tym miejscu na osobistą dygresję: Przyjaźnie się z facetem, który głosował na Nowoczesną, jako partię „młodych specjalistów” z całym korporacyjnym obciążeniem, wierząc, że wniosą do polityki nową jakość i z biegiem czasu staną się przedstawicielami przynajmniej części klasy średniej. Tłumaczyłem chłopu, że to bujda, ale się uparł i zagłosował.
I co zobaczył ten starannie wykształcony wielkomiejski cwaniak? Otóż zobaczył bandę wrzeszczących histeryczek pod wodzą lidera sprawiającego wrażenie lekko zaburzonego, w sensie postrzegania rzeczywistości. Tego, co teraz mówi o swoim wyborze, nie da się zacytowaćć w sposób cywilizowany. Bywa i tak.
W tekście liderki Nowoczesnej, przez który trudno się przedrzeć, ze względu na nagromadzenie ogólników, pobożnych życzeń i oczywistości, dochodzimy w końcu do recepty na pozyskanie tych nieszczęsnych średniaków. Nowoczesna odkrywa, że aby ich pozyskać, aby chętniej płacili podatki, należy podnieść jakość usług publicznych. Nie wszystkich od razu, ale dwóch – trzech z pewnością. Należy:
„… solidnie je dofinansować, zreorganizować, zreformować, stanąć na głowie, aby zmieniły się w najlepsze na świecie i żebyśmy byli z nich dumni. Według mnie powinny to być w pierwszej kolejności ochrona zdrowia i edukacja.”
Rozumiem, że gdy Nowoczesna dojdzie do władzy, nasze dzieci będą uczyć dobrze opłacane nauczycielki, a szczęśliwe swym dobrobytem pielęgniarki… Jakbym gdzieś już to słyszał. I znowu warstwa pustosłowia, gdzie klasa ludowa pojawia się jako rodzynek. PiS nie szanujący ludzkiej pracy, prości ludzie ( ach ci prości ludzie – po prostu ich uwielbiam ) aż dochodzimy do recepty, która brzmi tak:
„Poza dobrymi usługami publicznymi i wolnością gospodarczą ważne są też takie sprawy jak rozdział Kościoła i państwa, wprowadzenie związków partnerskich czy poszerzania praw kobiet. My, liberałowie, nie możemy się bać o tym mówić! Prawa człowieka nie mogą być traktowane jak ekstrawagancja.
I to jest nasza mocna kontra do świata PiS, a często też do świata poprzedników.
Większość Polaków niezależnie od przynależności do różnych klas oczekuje wizji państwa skutecznego, silnego, dobrze zorganizowanego, ale jednocześnie promującego przedsiębiorczość, chroniącego wolności i prawa obywatelskie. I po to jest Nowoczesna.”
Podczas lektury obydwu tekstów, cały czas przypominał mi się film Allena „Bierz forsę i w nogi”. Sam tytuł dość dobrze oddaje stosunek liberałów rodzimego chowu do państwa i zamieszkującego go ludu, ale męczyło mnie, że jest w tym filmie lepiej pasująca do tej debaty pointa. Nie mogłem się zdecydować, czy jest to sam Allen, który napadając na bank, daje kasjerowi kartkę z żądaniem, które jest obarczone błędem ortograficznym, co wywołuje dyskusję, co w zasadzie jest na niej napisane. Czy lepsze jest może przeprowadzenie w trakcie napadu głosowania wśród klientów, która z dwóch band, ma rzeczony bank obrabować?
 W końcu uznałem, że najlepiej do naszej opozycji pasuje jedna z przewin, wymieniona w liście gończym, rozesłanym za bandą Allena. Otóż wśród wielu okropieństw, które są tam wymienione, pojawia się zarzut rozebrania się do naga przed własną teściową. Uważam, że symbolika tego zadziwiającego czynu najlepiej pasuje do opisanych powyżej przemyśleń ludzi, aspirujących do objęcia władzy w Polsce.


niedziela, 18 lutego 2018

Z cielęcia byk


Głupie pod każdym względem jest licytowanie się z Żydami na wzajemnie wyrządzone sobie krzywdy, ponieważ licytujący z naszej strony zawsze polegną. Po pierwsze dlatego, że druga strona nigdy przy sprawdzeniu nie pokaże swoich kart, a jeśli zostanie do tego zmuszona, zaraz wyciągnie aneks do zasad gry, gdzie na pierwszym miejscu stoi jak byk, że akurat ich układ kart wygrywa.
Cała sztuka polega na tym, by rzecz sprowadzić do właściwych wymiarów. I na tym polu, premier Morawiecki wykonał wczoraj ruch kapitalny w swojej prostocie. Zarówno pytanie, jak i szum, który wypełnił media po jego odpowiedzi, były doskonale przewidywalne, w związku z czym odpowiedź pana premiera, nie dość, że była przygotowana, to nie mogła być inna.

Mowa jest tutaj bowiem o próbie szantażu moralnego i językowego, która się nie powiodła. Teraz druga strona może albo rzucić karty i wrzeszczeć, albo kolejną licytację zacząć od żądania uznania własnej nieposzlakowanej świętości. Tak czy owak, jej pozycja nie jest najlepsza, o czym świadczą wczorajsze twitterowe wywody naszego Eli Barbura, że Żydzi, jeśli kolaborowali i donosili, czynili tak w nadziei na uratowanie swojego i swoich najbliższych życia, a Polacy z powodu antysemityzmu i pazerności. Przyznacie, że to już nowa płaszczyzna rozmowy, ale i tak są to kwestie drugorzędne, bo i sam spór historyczny jest tylko składnikiem jak najbardziej współczesnej politycznej narracji. Oto, ku zdumieniu światowych mediów, Polska nie tylko ma swoje racje, ale śmiało je prezentuje.

Przy okazji zwrócę uwagę, że opowieści o tym, jak to świat zastygł w oburzeniu i pokrewne bajędy godne pięciolatka, tak naprawdę dotyczą redakcji mediów, zafiksowanych na problematyce około żydowskiej. Ich dobre prawo, ale co tu mieszać na przykład PT Chińczyków? Owszem, jeśli ktoś patrzy na świat przez dziurkę od klucza, takie wrażenie może odnieść.

Właściwy wymiar sprawy jest jednocześnie znaczący i niewielki. Nie ma w poprzednim zdaniu sprzeczności, ponieważ i kula karabinowa jest niewielka. Znaczący jest w tym sensie, że dotychczas wątpiącym ukazuje dziwny dla nich fakt, że jakaś tam Polska ma własne zdanie i nie zawaha się go użyć. Oczywiście nasi niedawni wewnętrzni nadzorcy, na samą myśl o jakiejkolwiek samodzielności dostają spazmów i drgawek, ale do tego chyba wszyscy przytomni zdążyli się już przyzwyczaić. Inną sprawą jest ogłaszanie, że rząd Morawieckiego zniszczył znakomite stosunki Polski z Izraelem, pieczołowicie wypracowywane przez ponad ćwierć wieku. To też bujda, no chyba, że ktoś ponad wszystko przedkłada import narracji historycznej. W tej dziedzinie naprawdę może być ciężko, szczególnie tłuścioszkom handlującym polskim narodowym wstydem. Ale nawet w tej dziedzinie należy powiedzieć jasno, że popyt na ten towar dawno już się wyczerpał. Niewielki, bo co do bilansów handlowych jestem dziwnie spokojny. Nie przewiduję exodusu z Polski izraelskich biznesmenów, z deweloperami na czele, ani też załamania współpracy wojskowej. To, w przeciwieństwie do politycznych pokrzykiwań są sprawy poważne.

W Polsce ludzie muszą po prostu przyzwyczaić się do normalnej polityki, która polega między innymi  na zarządzaniu konfliktami, walce o własne, ściśle narodowe interesy, stawianiu przeszkód i udzielaniu łaski, nie zaś… No, dobra. Odpuśćmy sobie wątpliwe dowcipasy.

Poza tym, i to piszę całkiem poważnie, nie wszystkie motywy działań na arenie międzynarodowej powinny być jawne. I na szczęście nie są. Polityka rządu wobec sojuszników i nie tylko zresztą sojuszników, to nie jest jarmark, ani gazetowa publicystyka.

Nie będę powtarzał truizmów, że pokorny partner jest zawsze godny pogardy, że nie sposób liczyć na zrozumienie, o ile nie przedstawia się publicznie swoich racji, że zadowolić wszystkich nie sposób, a dbać należy przede wszystkim o obywateli państwa, któremu się przewodzi. To są oczywistości.

Mędrców, czczących zaś mądrość ludową, że pokorne ciele dwie matki ssie, informuje, że razem ze swoją pokorą, wcześniej czy później cielę trafi do rzeźni, a jeśli będzie miało pecha, egzekucja na nim odbędzie się w sposób uświęcony i rytualny.

sobota, 17 lutego 2018

Chwasty prawdy w ogrodzie kłamstw

Wśród wielu zaskakujących argumentów używanych w trwających zmaganiach o podłożu historycznym, wybijają się dwa. Pierwszy jest patetyczny i objaśnia nam, że prawda o holokauście należy do całego świata i nie mamy prawa do własnej narracji. Dzięki przyjęciu takiej zasady, alfabetycznie tkwiąc pomiędzy Polinezją Francuską a Portugalią, faktycznie powinniśmy milczeć, gdyż nasze doświadczenie niknie wobec doświadczenia globalnego. Można się dziwić, ale tak właśnie jest z bardzo prostego powodu. Otóż kilkadziesiąt lat pracowano z sukcesem nad wypreparowaniem z historii drugiej wojny światowej gehenny Żydów. Częścią tej pracy było oddzielenie żydowskiej martyrologii od martyrologii innych nacji. To się udało w stu procentach, także dzięki stworzeniu nacji nazistowskiej.
W popkulturowym przekazie niedostrzegalne są więzy łączące pustynne szarże, popularniejszego dzięki telewizjom łże historycznym, niż generał Patton, „lisa pustyni”, z obozami śmierci. To jakby dwie zupełnie osobne opowieści, dwie wojny i dwa dramaty. Tu dynamiczne strzałki na mapach frontów i zmagania równoprawnych w dzielności oraz honorze żołnierzy, a tam ludzkie szkielety oprymowane przez nazistów. Oczywiście, że są księgi, dokumenty i statystyki, bo na razie nikomu nie przyszło do głowy, żeby je spalić. Utajnić owszem, ale spalić jeszcze nie. Mamy więc nazistów i miejsce kaźni, którym w dużej mierze są ziemie należące do Polski. Skojarzenie jest w takim wydaniu jasne, tym bardziej, że dopiero gdzieś w tle, o ile odbiorca takiej historii należy do dociekliwych, może się dowiedzieć, że Polska w czasie wojny była okupowana przez Niemcy. I weźmy takiego Francuza, który z choćby z przekazów rodzinnych wie, jak wyglądała niemiecka okupacja. Nie tylko Francuza zresztą. Konia z rzędem temu, kto wskaże popularny w świecie obraz realiów polskiej okupacji. Prędzej skojarzenie podąży śladem brytyjskiej komedii „Allo, allo!”. Ktoś w kontrze wspomni „Listę Schindlera”… No właśnie! Z tym, co napisałem powyżej łączy się, jako jeden z koniecznych warunków, odarcie ofiar z polskiego obywatelstwa i w sensie ogólnym, z polskości jako takiej. Trzy miliony Polaków i trzy miliony Żydów, zupełnie jakby ci drudzy żyli przez stulecia na księżycu. W ujęciu globalnym nasza niezgoda na zrównanie z katem jest postrzegana jak strzelista mowa oskarżonego z przypisanego mu miejsca na wiadomej ławie. Oskarżonego, dodam, którego nawet nie stać na adwokata.
Drugim zaskakującym argumentem, tym razem docierającym już tylko do zainteresowanych głębiej, jest żądanie absolutnego prymatu doświadczenia ocalonych z zagłady, a także ich rodzin, z wnukami włącznie, oraz historyków i publicystów, którzy ten argument stawiają. Jest to żądanie nielogiczne, ahistoryczne i dziwaczne, ale wszyscy przecież pochylają przed nim głowy w pokorze. Tak opowiedzianej historii nie wolno w żaden sposób weryfikować, dopytywać, czy nawet zaglądać do metryki urodzenia świadka historii, bo inaczej narażamy się na zarzut skrajnego zezwierzęcenia. Jak w ogóle dyskutować z zatkaną gębą, nie wiem. Jasne, wszystko można przeczytać, dociec czegoś z grubsza podobnego do prawdy, ale w zasadzie tylko na własny użytek, bo ile warte jest świadectwo Polaka, który przeżył Auschwitz? Poza Polską, niewiele. Prawda? Przecież nawet tysiące drzewek w Yad Vashem są używane na zasadzie: Kilka tysięcy, a reszta łajdacy! Najlepsze, że ostatnio przez naszych własnych łotrów, którzy tłukąc w klawiatury głoszą, ilu oni uratowaliby Żydów, gdyby wówczas żyli. Na tym polu ściera się zbyt wiele kłamstw, żeby w ogóle się nimi zajmować. Bo też i czytam, jacy byliśmy najlepsi w świecie i w ogóle… Jak powinniśmy promować naszą wielkość, wchodzić wszędzie z buta. Flaki się od tego przewracają we mnie. Od małości i od wielkości, po równo.
Jedno wiem, że ogrody kłamstwa są liczniejsze i lepiej utrzymane, a chwasty prawdy nigdy ich nie zagłuszą. Awantura wkrótce się skończy, a na historycznych kanałach tematycznych, wyprasowani i wyglancowani niemieccy żołnierze, będą zaprowadzali porządek w białoruskich wioskach, wśród ludzi wyglądających na brudnych degeneratów i tylko niewielu zda sobie sprawę, kto i dla kogo te urocze filmiki kręcił.  

sobota, 13 stycznia 2018

1,93 vs 50 000 pln, czyli oczywistości

W zasadzie, o tych pięćdziesięciu tysiącach przekazanych operatorom komunikacyjnym przez Hannę Gronkiewicz Waltz powinni pisać roztropni mieszkańcy Warszawy. Dlatego, o ekscesach pani prezydent, to na razie wszystko. Mnie interesuje wielkość nadużyć i nie zapłaconych przez winowajcę błędów, w skali kraju. Jestem przekonany, że gdyby sprawdzić w samorządach, urzędach do stopnia ministerialnego włącznie, spółkach skarbu państwa i fundacjach utrzymywanych przez państwo tylko i wyłącznie rachunki telefoniczne, kilometrówki, koszty wyjazdów służbowych raz, na przykład, zakupów na potrzeby reprezentacji, z samych tylko nadużyć dałoby się wykroić budżet dla dwóch, a może trzech powiatów średniej wielkości. Myślicie, że przesadzam, czy może zaniżam skalę?

I nie piszcie, że tak się dzieje, bo PSL i PO… Guzik prawda!

Wiem, że te wyjątkowe organizacje skażone są jawnym już tropizmem do dóbr wszelkich i nienależnych, ale akurat takie drobne przekręciarstwo nie ma barw politycznych czy narodowych. Exemplum członkowie brytyjskiej izby lordów, którzy sycili się mydełkiem czy paczką kondonów za państwowe funciaki. Tradycja sfałszowanych „kilometrówek” sięga czasów rzymskich, a i wcześniej urzędnicy dopuszczali się identycznych ekscesów.

Dam wam przykład i zacytuję mądrości mojego byłego szefa,  ponieważ świat lokalny jest pełen zapewnień, że zarządzanie mieniem wspólnym jest tak szczegółowe i odpowiedzialne, jakby ci wszyscy Nababowie władzy, zarządzali rodzinnymi firmami o kilkusetletniej tradycji. Co do tego, że często są to faktycznie biznesy rodzinne nie mam wątpliwości, co innego jeśli wziąć pod uwagę pieczołowitość zarządzania wspólnym mieniem.

Pracowałem przez lata w „milionowej firmie”, czyli sporej, ale nie ogromnej. Z tej racji, że zajmowałem się zakupami komponentów do produkcji, dźwigałem całą dobę te cholerne telefony komórkowe. Kilku nas było takich ancymonów. I wyobraźcie sobie, że po okresie rozliczeniowym, każdy dostawał w łapę wydruk i musiał zaznaczyć prywatne rozmowy i SMS-y, a potem za nie zapłacić. Biorąc pod uwagę, że dziennie wykonywałem od kilkunastu do kilkudziesięciu telefonów w imieniu firmy, sprawdzenie było uciążliwe i wielce marudne, tym bardziej, że dzwoniło się także poza godzinami pracy, a w efekcie wychodziło na przykład, ze mam zapłacić:

Złotówkę i dziewięćdziesiąt trzy grosze.

Każdy z nas miał prywatny telefon, ale fakty świadczyły przeciwko nam. Wychodziło i trzeba było iść do pani asystentki prezesa i uiścić.

W końcu, na jednej z narad, ktoś z młodszego pokolenia wdał się w dyskusję o sensie tego groszowego prześladowania, argumentując, że to nieekonomiczne, że koszty samych wydruków, nie wspominając o naszej i osoby kontrolującej wyrywkowo nasze wyliczeniowe deklaracje, są znacznie wyższe niż te złotówki marne, które oddajemy. Pan prezes odpowiedział w ten deseń:

- W zasadzie od razu powinienem pana zwolnić, ponieważ tym pytaniem ujawnił pan głębię swej niewiedzy, ale ze względu na pański młody wiek, wytłumaczę: Mnie na tych paru złotych przecież nie zależy, ale jeśli odpuszczę, jednemu czy drugiemu nie będzie się chciało sięgnąć do kieszeni po drugą komórkę i zadzwoni do domu czy innej kochanki ze służbowej. Co dalej? Mam może nie pilnować waszych kilometrówek, rachunków za hotele i reprezentację? Ok, ale za pół roku dowiem się, że pan byłeś w Kutnie i nocowałeś w Hiltonie, bo tak to właśnie działa.


Tak ( mniej więcej ) szef zgromił młodocianego, a mnie niewinnego razem z nim. Dostało mi się rykoszetem, bo siedziałem obok, choć doskonale rozumiałem, po co „stary” to robi. No, w domu, sylabizując płachty wydruków, zamiast oglądania filmu, którego jeszcze nie widziałem, rozgoryczałem się nad tymi złotówkami, ale film można obejrzeć w Internecie, a zasady winny być przestrzegane. Także, jeśli chodzi o forsę publiczną, która bynajmniej nie jest niczyja. 

czwartek, 4 stycznia 2018

Problemem będą niechciane pakiety

Nie dane mi się było nacieszyć opinią pisowskiego prostaka, a już zostałem „rechociarzem”, antypolskim cynikiem, Niemcem bez mała, a może nawet utajnionym peowcem. A wszystko z powodu telenoweli, której nie oglądam, na łamach czasopism, których nie czytuję. Można by pomyśleć, że przy tak zaawansowanym poziomie abstrakcji, cała ta łże historyczna histeria nie powinna mnie obchodzić, a tu taka, prawda, niespodzianka, że nie tylko obchodzi, a wręcz denerwuje. Mam bowiem wrażenie, że bez mojego przyzwolenia, różne typki próbują upchnąć mi pakiet dóbr, którego nie zamawiałem, a co gorsza, niespodziewanie dla siebie, sam znalazłem się w jakimś pakiecie i są ludzie, którzy koniecznie chcą mnie tam zamknąć, dopychając kolanami, łokciami, a może nawet i dechą. Oświadczam niniejszym, że się dopchnąć nie dam, a swoje pakiety niech przyjmą z powrotem.

Wracając na chwilę do pretekstu, jakim jest ta królewska telenowela, pragnę poinformować światłych publicystów dobrej zmiany z portalu „wPolityce.pl” że sam, wykorzystany do produkcji format jest sprzeczny z ideą opowieści o królach. Wynika to choćby z tego, że polski król, to nie byle chłystek, czy inny poseł na sejm i swą godność oraz majestat posiada. Idąc tropem kosztów, tak chętnie podnoszonym przez obrońców „Korony królów” jeszcze taniej byłoby umieścić Kazimierza Wielkiego w bloku mieszkalnym, na trzecim piętrze, za to z zamglonym przez smog widokiem na Wawel. W kawalerce obok mieszkałby na przykład kłótliwy biskup, a razem mogliby adoptować murzyńskiego chłopca. Ale to detale, które można zmyślać w nieskończoność.
Robi się poważnie, gdy czytam w tekście pana Karnowskiego:

Nie jest przypadkiem, że to parówkowe i niemieckie media rzuciły się z największą wściekłością na telenowelę TVP „Korona królów”, opowiadającą o czasach zjednoczenia Polski pod berłem Władysława Łokietka. Nie zdziwił mnie także wspierający atak zestaw cynicznych ironistów, dobrze nam znany i używający powtarzalnych argumentów: że w Hollywood robią lepsze, że po co w ogóle było się za to brać, że i tak z „Grą o tron” się nie wygra. Czytając to wszystko miałem wrażenie, że wszystkie te tweety i teksty zostały napisane wcześniej. Niezależnie jakim serialem telenowela „Korona królów” by się okazała, miała zostać wyśmiana, wyszydzona, zniszczona. Żadnej szansy, żadnego kredytu. Ta dyskusja jest bowiem kontynuacją starego w III RP starcia - między cynicznymi rechotami a współczesnymi - nie znajduję innego słowa - pozytywistami. Jest sporem o to, czy cokolwiek warto tutaj, z Polakami i dla Polaków, robić, próbować, działać…”

Niby to głupotka taka, ale co za dużo i za często, to nie zdrowo. Ledwie pot na czole mi obeschnąć raczył, po tym, jak nie zachwyciłem się jakimś Zenkiem, czy innym zagranicznym Mańkiem w Sylwestra, jużem znowuż nieprawowiernym, bo się meni telenowela nie podoba. A najgorsze jest to, że sam Kurski mi się nie podoba. Żaden z braci, dodam dla pewności.

Do polityki, do tego, że od TVN, przez Polsat, do TVP nie ma ani jednego programu informacyjnego, czy publicystycznego, który mógłbym oglądać bez złości czy zażenowania, już się przyzwyczaiłem za rządów PO i nawet nie liczyłem, że poza przestawieniem wektorów w telewizji publicznej coś się zmieni, ale żeby pchano mi na siłę w bonusie z PiS-em takie „hop siup po kanapie” to dla mnie nowość. Żeby to chociaż z PiS-em, ale w groźnym tonie publicystycznych ancymonów pobrzmiewa, że już prawie z… Polskością.


To wszystko brednie i drobiazgi, ale tendencja się pogłębia. Magicy, zwani „naszymi” poczuli się pewniej, a ich jedynym marzeniem jest, jak widzę, stworzenie podobnych do Agory kombinatów, aby już naprawdę nie było czym odetchnąć pomiędzy młotem a kowadłem. To bardzo nieprzyjemne miejsce, dodam, tym bardziej, że obydwie strony zagarniają nie tylko sprawy ideologiczne, czy polityczne, ale biorą się dosłownie za wszystko.  Nie skarżę się, bom przyzwyczajony, ale ostrzegam nieprzyzwyczajonych, że za wzmożonymi otwarciem sakiewek panami z mediów i polityki, dziarsko podąża całkiem spory tłumek, zajmujący się głównie wytykaniem takim delikwentom jak ja, braku stosownej gorliwości, albo wywyższanie się, na przykład, poprzez niesłuchanie disco polo. Wąski zakres politycznego poparcia, rozkładają w wachlarz pawiego godny ogona, a każde piórko mam chwalić, bo jak nie, to zaraz…