niedziela, 23 września 2018

Ministerstwo kroków poetyckich oraz innowacyjnych


Minister Gliński, który jest mistrzem w tworzeniu bytów niepotrzebnych zapowiedział wczoraj powstanie Instytutu Literatury. Ma to być instytucja państwowa czyli „szeroko zakrojony projekt o ogromnym walorze edukacyjnym, który ma umożliwić wszystkim zainteresowanym dostęp do najnowszej wartościowej literatury. Jego celem jest zapoznanie z nowymi formami literackimi, współczesnymi konwencjami oraz wartościowymi innowacjami”.

Proszę niczym we mnie nie rzucać, to cytat. Chodzi oczywiście o zbudowanie krowy o tysiącu dydkach i stu dopieszczających jęzorach do lizania poetycko-powieściowych  pyszczków. Ten potwór ma się rozsiąść na polskiej literaturze, która i bez niego jest wyjątkowo nędzna i wtórna, a ukryci w jego korpusie urzędnicy i mądrale będą sterowali kanałem dystrybucji budżetowej forsy, próbując stworzyć silną grupę pod wezwaniem profesora Glińskiego, która na jego widok nie będzie wyła i gwizdała.

Innego celu poza dotowaniem przyjaznych miernot nie potrafię dostrzec, ale ostrzegam, że nie da się przerobić poety Wenzla na nowego Mickiewicza, choćby zaprzęgnięto do tego zbożnego dzieła elektromobilność, nano czy naprotechnologię , albo nawet zwykły młotek. Co gorsza podobne głupstwa będą się mnożyć, ponieważ ludziom wychowanym w kulcie dla artystów i tworzonej przez nich sztuki nic innego przyjść do głowy nie może. Najważniejszym powodem jest oczywiście stworzenie środowiska alternatywnego wobec lewicowo-liberalnego, grupującego pisarczyków, a nawet przechwycenie co bardziej łasych na dobra doczesne twórców drugiej strony tego medalu wystruganego z ziemniaka.

Myśl, że prawicy (użyte tu określenia o charakterze politycznym są nieprecyzyjne z powodu założonej objętości tekstu) potrzebne jest podobne środowisko to wielkie nieporozumienie.  Niczym dziura w moście potrzebni są bowiem pisarze deklamujący swoją prawicowość. To, że lewica ma takich na pęczki w niczym nie poprawia jej dość paskudnej sytuacji. Różnica, jak mniemam, będzie taka, że tutaj na pierwszym miejscu będzie stawiany życiorys twórcy, co wróży jak najgorzej całemu przedsięwzięciu. To, że ludzie kultury mają delikatnie rzecz ujmując, tak zwaną dobrą zmianę w nosie, nie znaczy, że trzeba pompować jej apologetów. Jeśli już, niech stworzą dobrozmianowy chór, który będzie śpiewał przy okazji państwowych uroczystości (poeci w pierwszym rzędzie, bo głosem najcieńszym).

Stronie liberalno-lewicowej ci wszyscy literaci & poeci potrzebni są jako proteza intelektualna i stąd męczące powoływanie się na ich autorytet. Wynika to po prostu z tego, że ich koncepty teoretyczne, samo postrzeganie rzeczywistości są zaburzone do tego stopnia, że bez argumentu z autorytetu, który przerwie niechciany proces myślowy odbiorcy rozmywają się ku nicości. Niech sobie, prawda, mają tych swoich wybitnych twórców. Nie skazujmy często niczemu niewinnych ludzi, których jedynym grzechem jest aspirowanie do intelektualnej wyższości na spędzanie czasu sam na sam ze Schetyną czy panią Lubnauer. Niech im gra muzyka, niech śpiewają na Fejsiku wybitne pisarki Nurowska i Gretkowska. Tego zazdrości minister Gliński? Łaknie własnych wybitnych pisarek?

Podobne działania są oczywiście skazane na klęskę, podobnie jak każda próba podlizywania się wrogiemu środowisku, które skwarkę łyknie, a i tak wypnie na pana ministra tyłek. Jeśli zaś pomysłowi przyświeca myśl wsparcia polskiej literatury na rynku światowym, rzecz cała sprowadza się do jawnej komedii, żywo podobnej do prezentowanego przez rozmaitych wydrwigroszów pomysłu tworzenia w Hollywood filmowych hitów o polskiej historii.

Jeszcze raz przeczytajcie fragment cytatu, którym otwieram tekst: „…Jego celem jest zapoznanie z nowymi formami literackimi, współczesnymi konwencjami oraz wartościowymi innowacjami”.

Wierzę, że wśród czytelników znajdzie się ktoś na tyle wykształcony, kto w dobrej wierze wytłumaczy ciemnemu pisarczykowi, jakie to są te nowe formy literackie i gdzie szukać współczesnych konwencji, a szczególnie „wartościowych innowacji”? Bardzo mi na tym zależy, bo za chwilę może się okazać, że chodzi o blogosferę modową i poezję twitterową.





czwartek, 20 września 2018

Pitbull chowa się pod kanapą, na której rozsiadł się wredny kler


Każdy zwolennik horrorów wie, że na amerykańskiej prowincji jest cholernie niebezpiecznie. Wystarczy zjechać z autostrady żeby się o tym przekonać. Szanse, że zostanie się poćwiartowanym, a w radykalnej wersji spożytym rosną wraz z odległością od najbliższej metropolii. Miejscowi nie przejmują się tym do tego stopnia, że nawet nie mają zamków w drzwiach i wysiadują na werandach popijając bimber. Po terenach pustynnych krążą mutanci odżywiający się turystami, a w lasach nie mogą się czuć bezpieczne nawet uzbrojone po zęby oddziały komandosów. Co tu w ogóle mówić o zbieraniu grzybów?

Nikt się tym jakoś specjalnie nie przejmuje i nadal zamiast egzorcyzmować kukurydzę napuszcza się na nią kombajny. Albowiem nawet w tak ciemnym (wedle naszych elit) społeczeństwie jak amerykańskie istnieje powszechna zgoda, że kino to w zasadzie bujda, a kino klasy B czy C to już bujda resorowana. U nas jest oczywiście odwrotnie, ponieważ wszystkie polskie filmy pochodzą z najwyższej półki, a jakość obserwacji oraz diagnozy społecznej jest tu najwyższej próby. Trudno zresztą by było inaczej, skoro ku konsternacji Hollywood wszyscy ludzie zajmujący się filmem w Polsce są artystami. Trudno przecież wyobrazić sobie artystę, który zna własne ograniczenia i z założenia kręci film klasy B.

Z braku polskich horrorów naszą prowincję zaludniają zwykli, potulni degeneraci nie potrafiący prawidłowo wyartykułować swoich potrzeb. Prymitywniejsi od tej tłuszczy są tylko nadzorujący ją lokalni politycy, robiący wszystko co każą szemrani pod każdym względem biznesmani. Czuwa nad tym policja składająca się z prymitywnych durniów, gdzie zwykle jedynym sprawiedliwym, inteligentnym śledczym jest z kolei zdeklarowany alkoholik. Wszyscy razem wrzeszczą, ale z tego wrzasku trudno wiele zrozumieć, a to rzekomo z powodu niskiego, wobec Hollywood budżetu. Szkoda, że upadł pomysł wprowadzenia napisów do rodzimych produkcji.

Pan Smarzowski rzucił właśnie na rynek film „Kler” i z właściwym naszym artystom wdziękiem zabrał się za jego reklamę. Media się cieszą, bo jedni oburzeni, drudzy zachwyceni, czyli dzieło zarobi stosowny szmal tak czy inaczej, a finansowy zastrzyk z PISF zostanie zwrócony. W recenzjach pojawiła się opinia, że pan reżyser z pesymisty przekształcił się w moralistę. Brzmi to zabawnie, w kontekście dotychczasowych dokonań reżysera. Moralista – no proszę! Nie mogę oczywiście zrecenzować uczciwie tego filmu, z wiadomego powodu, ale w pewnym sensie wystarcza mi zapewnienie, że jest to dzieło w typie Smarzowskiego oraz zarys fabuły, by stwierdzić, że znowu wbrew założeniom i wzmożeniu artystycznemu powstał kolejny film klasy B. Popatrzcie jak to się plecie. Niby czegoś nie mamy, a po sprawdzeniu mamy w nadmiarze. Szkoda tylko, że nie są to pieniądze.

Z dorobku pana reżysera znam dzięki uprzejmości pana Kurskiego koszmarek zatytułowany „Wołyń”. Nazywając ten film „koszmarkiem” nie mam na myśli scen okropnych i okrutnych, ponieważ na podobne filmowe ekscesy jestem uodporniony, ale samą fabułę i sposób prowadzenia narracji. Do wcześniejszych filmów ledwie się przymierzyłem, tracąc cierpliwość po dwóch, trzech kwadransach. Ani to, moi mili, realizm, ani wyraz pesymizmu czy obawy przed tryumfem zła, a po prostu kolejna wersja tego, co mały Jasio po dużym piwie ma do powiedzenia o społeczeństwie w którym żyje. Dodatkową atrakcją jest fakt, że podobnie jak wszyscy nasi artyści, tak i pan Smarzowski uważa się za tego społeczeństwa ukoronowanie. I tak sobie, patrząc z góry wrzeszczy, ta nasza perła w koronie.

Jak już zaznaczyłem film będzie sukcesem frekwencyjnym. Nie trudno o to w kraju, gdzie sukcesami są dużo gorsze sensacjonistyczne filmidła w rodzaju Pitbulla. Reżyser i ekipa liczą też pewnie na jakieś protesty przed kinami, co doskonale rozumiem. To zabawne, ale eskalacja werbalnych i publicystycznych  emocji tak mi spowszedniała, że zamiast filmu chętnie obejrzałbym związane z nim ekscesy, ale i tego pewnie się nie doczekam. Zresztą, odkąd w mediach ludzi protestujących zaczęto nazywać protestantami, w ogóle nie liczę na wiele. No chyba, że głos na temat filmu zabierze filozof i prawnik, pan profesor Sadurski, którego osiągnięcia na twitterze są godne polecenia i uwagi. Na przykład taki wczorajszy wpis:  

„W sytuacji, gdy wiarygodność Prezydenta USA jest wielokrotnie niższa niż oskarżających go gwiazd porno, przymilne słowa polskiego prezydenta o Fort Trump to gorzej niż polityczny błąd. To głupota.”

Pitbull, proszę państwa, ze wstydu chowa się pod kanapą, na której rozsiadł się wredny kler. Szacunek, panie profesorze!


wtorek, 18 września 2018

O zwalczaniu rewolucji bezobjawowej wszystkimi dostępnymi siłami


Jest w tym coś niesamowitego, że w Polsce nie dzieje się praktycznie nic, a jednocześnie coraz częściej pojawiają się opinię, że trwa tu rewolucja. Nie tylko u nas, ale nasza jest jakby gwałtowniejsza. Co prawda chodząc po ulicach, czy gdzie kto tam lubi chodzić z katalogiem syndromów charakteryzujących przeciętną rewolucję pod pachą trudno dostrzec choć jeden, ale skoro tak twierdzą ludzie, których przodkowie wyleźli na światło dzienne przy okazji dziejowych przewrotów warto się temu przyjrzeć. Rewolucja bezobjawowa, rewolucja, której nie przyklaskuje lewactwo. Po prostu dziw nad dziwy. Szczególnie bawi, że zgodnie z wszelkimi prawidłami, skoro trwa rewolucja musi objawić się konserwatywna reakcja i owszem jest, ale składa się jak raz z liberałów i lewicy.

Ci zaś, zupełnie jak nie oni, nawet nie przygotowali pod swoje działania podwalin teoretycznych. Może słabe głowy, a może narracyjnie bardziej opłacalne wydały im się histeryczne pokrzykiwania i mnożenie przymiotników.

Nagle, ni z gruszki ni z pietruszki lud jest dziką, prymitywną i wrogą wszystkiemu co szlachetne siłą. Niesamowite! Nawet sama demokracja stała się czymś w rodzaju totalitarnego przymusu, bo jakże to tak, żeby zwycięska partia rządziła krajem? Jakim niby prawem? Przecież normalnym państwie nie ma takiego zwyczaju! W normalnym państwie bowiem do wyboru są tylko partie słuszne oraz ohydny margines. Status quo musi być zachowane, a interesy nienaruszone. Rewolucje są owszem wspaniałe, ale tylko takie na których można zarobić. Ich serce musi bić co najmniej nad Tamizą, nie żeby ktoś sobie coś samemu wymyślał. Dlatego nasza bezobjawowa rewolucja jest tak przerażająca, choć nie wydaje się, żeby była zaraźliwa.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że poza składanymi codziennie deklaracjami nasza osobliwa opozycja nie robi kompletnie nic, by przechylić na swoją stronę polityczne szale choćby poprzez wygranie kolejnych wyborów. Oni całą nadzieję pokładają w presji zewnętrznej. Nie zauważają, albo zauważyć nie chcą, że nawet gdy taka presja okaże się skuteczna, oni sami niekoniecznie będą jej beneficjentami. To nawet dość mało prawdopodobne, ponieważ nie sprawdzili się jako przedstawiciele interesów państw zainteresowanych przegrywając wybory i przerywając zmierzający do szczęśliwego zakończenia proces integracyjno-kolonizacyjny. Reszta jest po prostu biznesem, o którym chętnie, acz w innych okolicznościach mawiają, że nie ma w nim miejsca na sentymenty.

Nie mogą przecież liczyć na niemiecką kawalerię, która wyzwoli ich z twierdzy, w której sami raczyli się zamknąć. A wiadomo co się dzieje z oblężonymi, gdy odcinane są kolejne szlaki zaopatrzenia. Najpierw zjada się konie, psy, koty i szczury, a potem… Po prostu strach pomyśleć. Na dodatek kierują swe apele o pomoc w kierunku instytucji, które same szukają już tylko odpowiednich murów, by się za nimi zamknąć. Jest to próba zwalczenia bezobjawowej rewolucji bezobjawową interwencją. Smuci jedynie, że w tym zamieszaniu zdarzają się i tacy, którzy z wielką ochotą przekraczają linię wyznaczającą najzwyczajniejszą w świecie zdradę, a to tylko z powodu obrony własnego interesu. Trudno, już nie tylko pojąć, ale i tolerować podobne ekscesy, ale na razie i kara za nie jest również bezobjawowa.

Jeśli ktoś sądzi, że to co napisałem jest bujdą i przesadą niech przypomni sobie i zastanowi się nad emocjami jakie wzbudziły amerykańskie wybory. Zupełnie jakby nasi opozycyjni mądrale sądzili, że jeśli wygra pani Clinton wpadną tu Jankesi i zrobią porządek z Kaczyńskim. To ci dopiero kalkulacja! Nie? Przecież już teraz, patrząc w przyszłość wyglądają zbawienia po kolejnej zaoceanicznej elekcji. 

To koncepty jednocześnie starannie ukryte i równocześnie jawne. Można rzec, że geopolityka zawróciła niektórym w głowach, jak raz przed wyborami samorządowymi, które znowu, jak sami mówią i piszą mogą przynieść rewolucyjną zmianę w samorządach. I tak wracamy na początek tego krótkiego tekstu. Rewolucja goni rewolucję, ale przynajmniej w moim miasteczku z żadnej latarni nie zwisa nawet najmarniejszy sznurek.

sobota, 15 września 2018

Ręce na pokładzie łajby całkiem podwodnej


Krąży w sieci filmik, fragment relacji telewizyjnej ukazującej dramatyzm huraganu Florence. Widzimy opatulonego reportera ostatkiem sił walczącego z wichurą, by zdać relacje, by opisać to, czego w ogóle opisać się nie da. Tymczasem za jego plecami spaceruje dwóch młodzieńców w krótkich spodenkach i zabawia się komórkami, jak to współcześni młodzieńcy maja w zwyczaju. Ludzie się śmieją, mnożą podobne przykłady i chętnie bym wam to pokazał, ale nie wiem czy wolno? Nie jestem bowiem prawnikiem, a prostym pisarczykiem. Co prawda powszechnie uważa się, że jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów, czym strasznie przejęła się nasza opozycja, która zamiast mnożyć argumenty pokazuje zdumionym widzom posła Grabca, ale szczerze wątpię, czy taki poseł, choćby nie wiem jak śliczny wystarczy do wygrania wyborów samorządowych?

Trwa medialno-polityczna akcja „wszystkie ręce na pokład” a im dłużej trwa tym jest głupsza. Może dlatego, że teraz mamy do czynienia z okrętem podwodnym i przepychaniem się przy wiadomej klapie. Efektem jest kampania wyborcza partii opozycyjnych żywo przypominająca majaczenie wariata. Zupełnie fatalną rolę odgrywają zaprzyjaźnione media, które zalewają rynek wyborczym paliwem, mającym jedną, ale zasadniczą wadę: Nie chce płonąć. Dobrym przykładem wzorowego idiotyzmu jest wczorajsza histeria związana z botami, które tak namąciły elektoratowi w głowie, że wybrał na prezydenta pana Dudę. Do kogo niby jest to skierowane? Ci, którzy cokolwiek znają się na internecie, co najwyżej parskną śmiechem, a pozostałych zupełnie to nie obchodzi. Rozumiem, że politycy mogą mniemać, że istnieje utajony elektorat głupszych niż oni sami, ale zapewniam, że nie jest to legendarna młodzież, której względy chcą pozyskać.

Niedawno tryumfowali, ponieważ wciągnęli do gry panią Nowacką, w związku z czym uważają całkiem poważnie, że w zasadzie ogarnęli całe spectrum ideowe. Od lewa do prawa, że mucha nie siada. Od Nowackiej do Giertycha, z gromadką Schetyny wygodnie rozpartą w centrum. Sukces gwarantowany! Wyobraźcie sobie, że oni tak po prostu dodają te punkty poparcia. Tyle PO, tyle Nowoczesna, plus lewica obyczajowa, czyli dla każdego coś miłego. W tej układance brakuje jeszcze Korwina i Narodowców, a wtedy 50% poparcia jest dosłownie pewne! Że tak mogą kalkulować ludzie, którzy chcą przejąć władzę w Polsce to moim zdaniem coś absolutnie niesamowitego. Jeśli zaś tylko udają, że wierzą w podobny absurd, to jeszcze gorzej, bo niby w jakim celu? Zabawnie zbiegło się to atakiem na nieszczęsnego Biedronia, którego domniemany elektorat w żaden sposób nie kojarzy się przecież z lewicą, prawda? Zresztą takie przekonanie potwierdził sondaż pewnej wybitnie zasłużonej dla sprawy sondażowni, z którego wynika, że powstanie partii popularnego homoseksualisty odbędzie się głównie kosztem PSL, który w takiej konfiguracji straci miejsce w parlamencie. No pięknie!

Za chwilę zobaczycie jak siły postępu zaczną w pozytywnym świetle przedstawiać kandydaturę pana posła Jakubiaka, kandydującego na prezydenta Warszawy. Kalkulacja jest prosta i stoi na identycznym poziomie jak prezentowana powyżej i polega na odebraniu głosów Jakiemu. Wiem, że nadużywam tego zwrotu, ale są to plany godne politycznego pięciolatka. Inaczej tego nazwać nie umiem.

Cała propaganda opozycji tak czy owak sprowadza się do prostego: Wszyscy przeciwko PiS, ale co znaczy „wszyscy” to już inna kwestia, ponieważ działania skierowane są do wewnątrz, a żadne w kierunku pozyskania nowych wyborców. Sprawy zaszły tak daleko, że nawet przekaz medialny zaprzyjaźnionych z opozycją mediów skierowany jest w tym samym kierunku. ( Akurat w tym miejscu PiS popełnia podobny błąd sprowadzając dział informacyjno-publicystyczny TVP do roli ściśle propagandowej. Argument, że tamci… odrzucam, ponieważ tamtych mam w nosie, ale dzięki staraniom pana Kurskiego znalazłem się na niechcianej pozycji intelektualisty, który telewizji nie ogląda w ogóle. Strzępy internetowe i tak wystarczą aż nadto ) i stanowi przejaw chowu wsobnego. Same getta, moi mili, no chyba, że ktoś ogląda/słucha dla beki. To jeszcze rozumiem.

Zabawne jest, że PO gromadząc wokół siebie mniejszych ancymonów chce powtórzyć sukces PiS, ale na razie popełnia wszystkie błędy, jakie znienawidzona przez nią partia popełniała w przeszłości. Robi to na dodatek z zadziwiającą konsekwencją, nie bacząc na widoczne w sondażach efekty. Im bardziej obniża ich szanse histeryczna narracja, tym usilniej w nią brną. Jeśli kiedyś zaprzyjaźnione media potrafiły wmówić co naiwniejszym, że PiS to obciach, teraz sami koniecznie muszą na pierwszej linii frontu stawiać prawdziwych już durniów, kierując w ten sposób przekaz w kierunku elektoratu, który na wybory nie pójdzie, ponieważ może zabłądzić na własnym osiedlu.

Nie rozumieją, że PiS nawet w swych najgorszych latach postrzegany był zawsze jako całość. 
Owszem, z tego powodu łatwiej było tę partię okładać ze wszystkich stron, zupełnie jak boksera ukrytego za podwójną gardą, ale jeśli taki zza obrony wyprowadzi w końcu skuteczny cios, nie pozostaje nic innego jak poleżeć na ringu i spróbować zebrać siły, a nie od razu wspinać się po linach i dalejże pyskować, bo może to skutkować bardzo poważnym nokautem, czego im ze szczerego serca życzę.


niedziela, 9 września 2018

Człowiek pogryzł lamę


Od lat znosimy nieustającą kampanię wyborczą. Dziwne, że od tej polityki jeszcze nie powariowaliśmy ze szczętem. Ci, którym się to udało żyją w jakimś dziwnym świeckim raju, gdzie dosłownie wszystko jest polityczne i dwubiegunowe. Nasze opętane szaleństwem media nie dają publiczności chwili wytchnienia. Aby odbiorca nie mógł zaczerpnąć powietrza poszerza się nieustannie pole konfrontacji. Co prawda jeszcze nie słyszałem o podziale planet układu słonecznego na pisowskie i peowskie, ale nie jestem pewien czy w czeluściach niektórych politycznych mózgów przewaga nazw męskich nie budzi wątpliwości. Ziemia i Wenus to niewiele, tym bardziej, że dochodzi jeszcze popularny i codzienny Księżyc.  Dlaczego nie Księżyca? Prawdziwi radykałowie narzekają też na Ziemię, że niby kojarzy się z Ziemkiewiczem i ziemniakiem, którzy są przecież facetami.

Za idiotycznymi mediami podążają hordy szalonych wyznawców, którzy nie ominą żadnego tematu, by nie podzielić się z innymi swoim szaleństwem. Oto para Francuzów podczas safari w Kenii wylazła z auta i postanowiła zrobić sobie selfie z lwem. Miły drapieżnik nie pomny na rolę mediów społecznościowych raczył ich rozszarpać. Pod tekstem komentarze w stylu: Dobrze tak pis….om! Dostali 500+ i się szwendają po świecie. Brawo lew! I zaraz kontra, że niby tylko peowiec tyle nakradł, żeby do Kenii… Ktoś sprytnie zauważa, że Francuzi, ale zaraz zostaje skontrowany, że i we Francji są pisowcy, bo kto inny mógłby popierać Le Pen, a wiadomo, że Kaczyński razem z Moskwą i do tego ma kota, a lew wiadomo, że psem nie jest.

Przesadzam? Co kilka dni można znaleźć w mediach opis psiej męki, bo jakiś degenerat przywiązał swojego „pupila” drutem do drzewa itp. Przeczytajcie komentarze i jeśli nie znajdziecie tekstów, że zrobił to wychowany przez Kościół katolik ergo pisowiec, znaczy to jedynie, że forum jest moderowane przez kogoś, kto potrafi czytać i na dodatek sam nie rechoce do wtóru podobnym komentarzom. Nie mówicie mi przeto, że to nie robota mediów.

Kto jak nie media, poszerza pole politycznej walki o kolejne coraz bardziej tematy? O gospodarce i decyzjach mających wpływ na jej dobrostan pisze się maleńkim drukiem, bo to nie rezonuje, a poza tym jednak trzeba pisać pod rygorem faktów. Jeśli już, wyrywa się pojedynczą, łatwo zrozumiałą rzecz  z łańcucha zdarzeń i dalejże snuć dowolne na jej temat bajki. Dlatego nie dziwi, że na tym samym wiodącym bęcwałów portalu zgoła co innego można przeczytać w dziale gospodarczym, a co innego w dziale ogólnym, tym dla plebsu. Pięknym przykładem, choć z dziedziny czystej propagandy był ostatni eksces przyjemniaczków z Gazety Wyborczej. Najpierw ogłosili światu, że PiS ukrywa przed rejestrem pedofilów księży. Potem przyznali, że pomylili paragrafy, ale uważają, że i tak mają rację. Tak można zawsze i bez końca. Na boku zauważę, że podobnie jak w mediach jest też w sejmie. Sprawy gospodarcze? Debata budżetowa? Poza małpimi popisami na początku debaty, nic. Milczenie. Ale niech jeden z drugim cymbał wrzuci temat obyczajowy, albo choć trochę nadający się do medialnych popisów zaraz wszyscy pędzą dźwigając te swoje niewyparzone gęby.

Wszystko byłoby niezwykle zabawne, gdyby jednocześnie nie było tak odstręczające. Co gorsza krąg się zamknął. Media i politycy głównie komentują wzajemnie swoje prawdziwe i domniemane łajdactwa. Do tego publiczność zamiast tupnąć swą zbiorową nogą na takie bałwanienie do kwadratu, sama zabiera się za propagandę. Rozumiem tych, który za takową płacą, ale reszta?
Oto pod Kielcami urodziła się świnia z trzema głowami, a miejscowy obywatel pogryzł lamę!

- Jak świnia, to pewnie z PO. He He

- Ile ci za to płacą płacą pisowski trollu? Ciekawe, czy świnia dostanie 500+ na każdy łeb. LOL

- Ten co pogryzł lamę co niedzielę chodzi do kościoła, a w poniedziałki gryzie lamy!

- Prawdziwy Polak nie hoduje lam, tylko krowy!

- Sam jesteś krowa!

- Wolę być krową niż pis…em! Co na gryzienie lam powie Europa, z której Kaczyński chce nas wyprowadzić na Białoruś? Konstytucja! Konstytucja! Czy my już żyjemy w średniowieczu, żeby gryźć lamy? Takie są efekty pisowskiej (tfu!) polityki historycznej.

- Teraz widzicie problem? Rządziliście osiem lat i co zrobiliście dla lam, żeby nikt nie gryzł ich w tyłek? Mam przypomnieć, ile hodowli lam przez was upadło, a lamiści pogrążyli się w cichej rozpaczy?

- To pewnie Ukrainiec pogryzł lamę. PiS i PO są siebie warte! Przez nich co drugi Polak jest obcokrajowcem albo Filipińczykiem. Niech żyje wolna polska!

-Jak piszesz Polska, barani łbie?

- Sorki, literówka się wymskła meni.

sobota, 18 sierpnia 2018

Tragedia czyni okazję


Pan Bóg pokarał nas mediami, które największą nawet ludzką tragedię potrafią już na poziomie opisu zdarzenia zmienić w nędzną publicystykę. Uruchamiając jednocześnie do działania hordy ludzi do tego stopnia przepełnionych nienawiścią, że już zupełnie niezdolnych do jakiejkolwiek refleksji.

Każdy dzień jest pełen zdarzeń dramatycznych, ludzkiego bólu i śmierci. Każda chwila jest chwilą w której cierpią ludzie. Zdarza się, że śmierć zostaje zauważona przez media i wtedy prawie zawsze mamy do czynienie z wielopoziomowym obłędem. Ostatnia, wciąż opisywana tragedia w Darłówku jest tutaj wymownym przykładem.

Nie ma czegoś takiego jak współodczuwanie bólu i nawet ryzykownie zakładając, że część doniesień medialnych chce wywołać podobny efekt, to wynikiem jest agresywna ciekawość i chciwość na cudzy ból, którego jakość może ocenić szeroka publiczność. Gdyby powrócił zwyczaj publicznych egzekucji masa ludzi byłaby gotowa znieść wszelkie niedogodności podróży, by na żywo obejrzeć cudzą mękę. Dzisiaj mogą popisywać się w Internecie, ale o nich na końcu, bo tylko na koniec zasługują.

Na wstępie media zafundowały nam następujący obraz: Nad morzem wypoczywa rodzina z czwórką dzieci. Nie dość, że na odcinku plaży, który nie jest strzeżony, to jeszcze sami rodzice nie dopilnowali swoich pociech, a morze porwało je na śmierć. Pozornie wszystko się zgadza. W wyobraźni ujrzałem trójkę biednych, pozostawionych wobec żywiołu maluchów. Po chwili okazało się, że dzieci były dużo starsze, co oczywiście nie umniejsza samej tragedii, ale powinno całkowicie zmienić medialny opis, a o niczym podobnym nie słyszałem.

Kiedyś ukuto, zapomniane już słowo „nastolatek” opisujące młodziaków, którzy już nie są dziećmi, a trudno ich jeszcze zaliczyć w szeregi młodzieży. Wbrew pozorom takie rozróżnienie było całkiem konkretnym opisem granic oraz intensywności wymaganej społecznie opieki rodziców. Zawsze pod pręgierzem stawali rodzice, których kilkuletnia pociecha bawiła się sama przed blokiem, sama wchodziła do morza czy jeziora, ale jedenastolatek buszujący po ulicach z przysłowiowym „kluczem na szyi” nie budził niczyjego zgorszenia. Na wsi, podobnie jak dzisiaj, ten próg z powodów pragmatycznych był i jest obniżony o 3-4 lata. Znam to z autopsji, to wiem.

No właśnie. Jako jedynak byłem wobec moich kolegów nieco zapóźniony w nastoletniej samodzielności. Nie przeszkadzało to oczywiście w tym, że w wakacje dostawałem parę złotych na bilet i sam lub z kolegami jeździłem w dni upalne nad jezioro Pątnowskie. Jak spojrzę na skalę czasu, to niewątpliwie pierwsze takie samodzielne rajdy odbyłem jako dwunastolatek. Jechałem nad jezioro, by wodne wyprawiać brewerie. Rodzice w pracy, a lato piękne. Dostawałem instrukcję, czego nie wolno mi robić i jechałem. Portfelik z drobnymi, razem z ręcznikiem i gatkami na zmianę zostawiało się przy kocu kogoś, kto wyglądał w miarę poważnie i do wody! Patologia, czyż nie?

Dawniej dzieci i nastolatków otaczali dorośli ludzie. To nie ma nic wspólnego z tragedią, która jest tu pretekstem, ale warto o tym wspomnieć. Nigdy nikt nie spytał mnie na tej plaży, dlaczego jestem sam, ponieważ ludzie rozumieli, że w ich obecności sam przecież nie jestem.

Ktoś powie, że wówczas panowała inna wrażliwość. I z tym się zgadzam! Gdyby coś mi się wówczas przydarzyło, nikt by nie obwiniał mojej matki. Nikt by nie właził jej z buciorami w cierpiącą duszę. Z tym się zgadzam! Ta cała medialna, narzucana nam empatia jest w najlepszym wypadku podglądactwem, ohydną manierą szukania winnych wśród najbardziej cierpiących. Manierą, prowokującą do wynurzeń ludzi stojących sto kilometrów od granicy jakiejkolwiek przyzwoitości.

Tragedia jako przyczynek do dyskusji o polityce prorodzinnej rządu. Ludzka tragedia jako pole politycznego ataku, jako wyraz absolutnej pogardy… To jest zbyt wstrętne, żeby o tym pisać. Jeśli chcecie się przekonać, jak nisko może upaść istota potrafiąca pisać poczytajcie komentarze na internetowych portalach skierowanych do gawiedzi. Na dodatek to już stały element, żelazny punkt programu, że się tak wyrażę.  

wtorek, 14 sierpnia 2018

Gra w Biedronia o podział konfitur w Europarlamencie


Gra w Biedronia nigdy się chyba nie skończy. Jest to rozrywka tak nudna i przewidywalna, że nie sposób zrozumieć motywacji grających w nią specjalistów od politycznego dymu. Trudno też dociec, jaką rolę odgrywa w niej sam Biedroń. Czy jest pionkiem na politycznej planszy, czy jedną z pośledniejszych, ale jednak figur? Przed kilkoma tygodniami wysłuchałem wywiadu z tym dziwnym człowiekiem i moje ówczesne cierpienie w ogóle nie pomogło mi nabyć stosownej wiedzy. To było wtedy, gdy PO do spółki z PiS nie udzieliły mu absolutorium i jego oburzenie tym faktem było chyba świeże i szczere.


Pan Robert potwierdził w tym wywiadzie, że jego najsilniejszą stroną jest niczym nie ograniczona megalomania, oraz absolutny brak politycznego rozumu. Sądziłem naiwnie, że jego namolni promotorzy schowają go gdzieś przynajmniej na jakiś czas, ale moje nadzieje okazały się płonne. Tym razem ogłaszają jego wielki plan pod nazwą „Kocham Polskę”. Oczywiście w ramach sondowania szans sam bohater dystansuje się od sprawy, ale jest to metoda stosowana za każdym razem, gdy mocodawcy pana Biedronia próbują wypuścić go na szersze polityczne wody. Jestem zdumiony, że im się to jeszcze nie znudziło.

Tym razem pomysł dotyczy wyborów do Parlamentu Europejskiego, czyli po prostu konfitur. Jak zwykle powodzenie akcji nie zależy od pana Roberta, a tym razem od prezydenta Dudy, który jeśli nie zawetuje zmian w ordynacji wyborczej, uczyni cały plan bezsensownym i Biedroń setny raz będzie zmuszony powrócić do polityki lokalnej. Oczywiście na chwilę, bo zaraz wybory samorządowe i trzeba będzie się zdecydować, czy nie czas zawalczyć o stanowisko prezydenta Polski. Nie jest lekko być panem Biedroniem!

W ten sprytny publicystycznie sposób dochodzimy do zmian w ordynacji wyborczej, dyskryminujących mniejsze ugrupowania polityczne. Nie dającej szans nowym inicjatywom. Muszę w tym miejscu wyrazić zdziwienie, że pan prezydent Duda jeszcze się zastanawia nad jej podpisaniem. Veto byłoby poważnym błędem, a samo podwyższenie progu, wynikające ze struktury wyborów jest jak najbardziej korzystne także dla nowych inicjatyw politycznych, które by trwać dłużej niż sezon muszą zaczynać od zgoła innych wyborów.

Przy obecnej ordynacji szans nie zyskują bynajmniej mniejsze partie polityczne, a byty celebrycko-medialne, przy czym ich kreacja odbywa się tylko i wyłącznie w kontekście wspomożenia/zaszkodzenia większym partiom. W zasadzie jest to najlepsza szansa by zaistnieć tanim kosztem, przy minimalnym wkładzie pracy i bliskim zeru poczuciu odpowiedzialności wobec elektoratu.

Nikt nawet nie kryje, że polega to głównie na zebraniu „znanych nazwisk” a dalej to już tylko prostackie „jadziem z tym koksem, a głupki niech głosują, a potem się cieszą”. Żadna partia zbudowana na sukcesie w wyborach do europarlamentu nie przetrwa, ponieważ znanym nazwiskom chodzi jedynie o ich osobiste przetrwanie w polityce. Dlatego tworzą rozmaite miraże, od prawa do lewa. Miraże właśnie w rodzaju „Kocham Polskę”.

Mniejsze partie, aby stać się większymi muszą pracować, tworzyć struktury, własny obieg idei, znaleźć sposoby na pozyskanie ludzi, którzy ich otaczają na co dzień. Tego nie robią w ogóle, a jeśli robią, to źle. Aby odróżnić się od rządzącego centrum starają się pokazać swój radykalizm, w związku z czym zamiast pozyskiwać, straszą. 

Najgorsze, że ich liderzy zdają się być zachwyceni taką sytuacją. W miejscu przebiera nogami lewackie Razem, podobnie jak Narodowcy wszelkiego rodzaju, którzy również nie potrafią wykorzystać żadnej społecznej okazji by zaistnieć w polityce. O "liberalnych liberałach" wiadomo tylko tyle, że gdzieś tam się tlą, a ich niedawni liderzy od czasu do czasu robią z siebie błaznów w telewizji czy internecie. 

Odpowiedzcie sobie na proste pytanie:
Dlaczego takie byty zasługują na konfitury, skoro nie potrafią upiec najprostszego politycznego chleba?

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Trędowata i inne klęski spuszczone na nasze biedne głowy

Helena Mniszkówna, która sama należała do tak zwanej sfery wyższej opisała jej byt codzienny oraz ekscesy miłosno-towarzyskie w sposób charakterystyczny dla osoby, która nigdy nie bywała na dworze. Nawet, pardą, z jajami. Jej sukces wynikał z tego, że konsekwentnie pisała z perspektywy właśnie takiej osoby. Nie mam pojęcia, czy świadomie, czy z braku zmysłu obserwacji, ale udało jej się trafić w tak zwane potoczne wyobrażenie o życiu ziemiaństwa. O tym wyobrażeniu wiele mówi sukces frekwencyjny adaptacji „Trędowatej” nakręconej w 1976 przez Jerzego Hofmana nie tylko w Polsce, ale i na przykład w ZSRR, co z wielu powodów jest dość zabawne.

Tak sobie kombinuję, że metoda Mniszkówny jest bardzo żywa w dzisiejszych czasach, tyle tylko, że obecnie stosuje się ją przeważnie do opisu tak zwanego ludu. Poczynając od popularnych seriali, przez propagandę polityczną, a kończąc na dziwacznych analizach socjologicznych upowszechnianych przez media. Fałszerstwo dotyka samego języka. W takich serialach jak „Rancho” czy powiedzmy „Ojciec Mateusz” prosty człowiek, gdy już zacznie mówić, koniecznie musi przestawiać szyk zdania na nieprawidłowy i akcentować na wschodnią modłę, ale też fałszywie. Z tej racji, że sam jestem prostym człowiekiem, a żyjąc w prowincjonalnym miasteczku jestem otoczony równie prostymi ludźmi, z całą stanowczością mogę stwierdzić, że nikt, ale kompletnie nikt nie mówi w taki sposób. Za tym oczywistym fałszem idą kolejne, zupełnie jakby fałszywy język determinował zachowania, gradacje ważności problemów i całe codzienne życie.

To są tylko pozorne błahostki, jeśli przypomnimy sobie, jak unieważniono sztukę powstającą poza obiegiem akademickim tworząc kanony sztuki ludowej, rynek na nią i centrum dystrybucji w postaci Cepelii. Jako dziecię trafiłem do pracowni ludowego artysty, który wyrabiał święte figury i frasobliwych Jezusów. To znaczy wtedy akurat nie wyrabiał, ponieważ za darmochę rzeźbił właśnie realistyczną figurę jakiegoś świętego dla miejscowego kościoła. Oczywiście jako dziecko, o nic nie śmiałem zapytać, ale zdziwienie pozostało, że tu powiewająca szata, a tu te niemalże kloce.

Widzenie świata przez ludzi nadających ton kulturze czy politycznej propagandzie jest skażone tym, że sami są jej odbiorcami, a misję zmieniania czy jak sądzą poprawiania świata w którym żyjemy traktują nadzwyczaj poważnie. Z takiej perspektywy człowiek, który znajduje się choć o kilka metrów od granic środowiska w jakim sami żyją jest dla nich człowiekiem równie egzotycznym jak australijski Buszmen. Jeśli z konieczności zawodowej muszą go dostrzec i opisać, są w stanie uczynić to tylko jednowymiarowo. I takiego płaskiego, jakby wyciętego z kartki papieru człowieka próbują ożywić i tchnąć w niego stosownego ducha. Tak się nie da.

Nędza demiurgów politycznej propagandy wynika nie tylko z marności metody i braku rzetelnej obserwacji, ale i z tego, że różnorodność kanałów przepływu opinii oraz idei sprawia, że z kreatorów stali się dziwadłami. Straty zaś, jakie ponieśli i nadal ponoszą są po prostu nie do odrobienia. Tym bardziej, że konieczności życiowe zmuszają ich do uporczywego trzymania się politycznych podnóżków swych mocodawców. Na rynku propagandy nie zmieni się nic, dopóki płacący za tego typu usługi nie zorientują się, że są robieni w bambuko, a dystans pomiędzy nimi a wymarzonym i wedle zapewnień specjalistów ciemnym elektoratem zamiast zmniejszać się, powiększa się dosłownie z każdą propagandową akcją.

Mamy na przykład w miarę młodego polityka, który chce zyskać popularność wśród młodzieży. W związku, że na co dzień przygląda się młodzieży w postaci partyjnej młodzieżówki, swoim asystentom i tym podobnym reprezentantom, wydaje mu się, że klucz do serc tej części elektoratu ma w ręku. Dla pewności pyta speców od wizerunku i analityków, którzy za swoje światłe przemyślenia wystawiają faktury, co jest jedyną realną rzeczą w całej operacji. Potem oczywiście wychodzi na durnia i zaczyna snuć powieści, jaka ta młodzież jest głupia, niewdzięczna i otumaniona przez wroga.

Nie może być inaczej, ponieważ dla nich wszystkich człowiek jawi się, o czym napisałem powyżej, jako postać jednowymiarowa. Wybór cechy nadrzędnej, która determinuje polityczne poczynania jednostki kiedyś wydawał się dość skuteczny, ale chyba nikt nie poinformował politycznych macherów, że to już przeszłość. Rozumiem, że to dość trudne, ta wielowymiarowość współczesnego człowieka, ale nie ma przymusu tkwić w jawnych błędach i jeszcze uważać się przy tym za wielce sprytnego i nowoczesnego.

Jedyną rzeczą jaka się udała partyjnym propagandzistom, to doprowadzenie niewielkiej części populacji do autentycznej fiksacji, ale na tym nie da się nigdzie zajechać. Ludzie, choć lubię retorycznie nazywać ich „dziwnymi” w swojej masie są rozsądni. Łatwiej przy tym rozzłościć ich niż pozyskać i o tym w ogóle dziwnie łatwo się zapomina. Ludzie nie lubią przesady i budzenia w nich samych wewnętrznego konfliktu. Wbrew temu co się powszechnie sądzi spór polityczny choćby z bliskimi osobami nie jest niszczący. Najgorszy jest spór wewnętrzny, gdy zamiast zmniejszać, poszerza się pakiet przedstawiany jako konieczny do zaakceptowania w ramach poparcia dla partii X czy Y. Dlatego rozsądny polityk tnie radykalizm nawet, gdy pozornie jest mu na rękę, a polityk głupi funduje rozwrzeszczanym agitatorom radykalizmu stosowne nagłośnienie.

Poza wszystkim obywatel nie powinien być przez okrągły rok pompowany politycznymi emocjami niczym w szczycie kampanii wyborczej. To rzecz pierwsza. Do tego dochodzi prawdziwy i niepohamowany wręcz wrzask polityczny ewidentnych już szaleńców. Jeśli ktoś sądzi, że w ten sposób nęci elektorat jest w błędzie. Męczy po prostu ludzi niczym biegający po ulicach wariat, który z jednej strony jest ponoć niegroźny, ale na wszelki wypadek lepiej przejść na drugą stronę ulicy. Co dziwne największymi wariatami wydają się być zaangażowanie w polityczną wojnę dziennikarze. Świat, który kreują jest już do tego stopnia oddalony od świata w którym żyjemy, że bez żadnej przesady można pisać o rzeczywistości równoległej. Niczym małe upiory, sączące w nasze żyły trąd z piosenki „Czerwony autobus” Kaczmarskiego.

Zacząłem od „Trędowatej” pani Mniszkówny, a kończę „trądem” Kaczmara. Jak to się ładnie ułożyło!

wtorek, 7 sierpnia 2018

Czy Polska jest już państwem kolonialnym?


Ludzie są naprawdę dziwni. Napisze jeden z drugim tekst o tym, że Polacy powinni migiem wracać powiedzmy z Wielkiej Brytanii na Ojczyzny łono, ponieważ zamiast pracować na dobrobyt tamtejszych anglosaskich cwaniaków, lepiej żeby przelewali pot ku chwale Polski. Doda przy okazji, że powinno się im stworzyć jakieś specjalne warunki, ale w to już mniej się wgłębia. Potem je obiad i smaruje tekst o zalewaniu Polski przez tanią siłę roboczą ze wschodu. Mnoży, dodaje, dzieli i najlepsze, że wszystko mu się zgadza w ramach jego patriotycznej roboty.
Rozumiecie? Nasi harują na obczyźnie, a żywioł ze wschodu nas kolonizuje. Wychodzi na to, że jakby się nie odwrócić zawsze mamy pod górę. Na dodatek takie obłędne ględzenie zdobywa poklask, szczególnie gdy autor raczy domieszać do swoich wywodów krwawe łuny przeszłości. Z jednej strony alarm, że wymieramy, z drugiej dziwaczna chęć otorbienia się właśnie w tym wymieraniu. Do tego dochodzą przeciwnicy jego argumentów, którzy diabli wiedzą czemu majaczą o wielonarodowej Rzeczpospolitej. To są wszystko bajki, dosłownie z mchu i paproci, tyle tylko, że niektórzy bajkopisarze biorą rzetelne wynagrodzenie od  sponsorów wcale nie kojarzących z dziecięcymi urojeniami.

Z drugiej, tej naiwniejszej strony mamy pokłosie lat minionych, gdy społeczeństwu podstawiono zniekształcające lustro wykradzione z bankrutującego lunaparku. A w lustrze zamiast człowieka – pokraka, zamiast państwa – pokraka i tyle, że można było się pośmiać, pilnie rozglądając się za drogami ucieczki. Widać, że wielu zasmakowała taka zabawa i choćby przyprawili sobie husarskie skrzydła będą zawsze wyglądali jako chore gołębie, razem ze swoją dziwaczną logiką.
Polska, aby wejść na drogę prawdziwego rozwoju, w swoich obecnych granicach powinna liczyć co najmniej 50 000 000 obywateli. No chyba, że ktoś ma życzenie mieszkać w skansenie przyrodniczo-historycznym. 

Droga do uzyskania takiej populacji nie jest łatwa i prawie niemożliwa do opisania w ramach sensownej futurologii społecznej. ( Jest w ogóle coś takiego?) Ludzie muszą pojąć, że jest to forma ekspansji wobec ludów sąsiednich. Nie zabiera się ziemi, a oraczy. Świat bowiem niepostrzeżenie zmienia priorytety, w pokrętny sposób wracając do bardzo starych porządków.  Nie ma oczywiście mowy o zbrojnych rajdach w celu pozyskania rąk do pracy, ale jak widać można się bez tego obyć.

Bunt przeciwko takim porządkom sprowadza się i jest najbardziej nośny, gdy jego głosiciele opowiadają, że P.T. Ukraińcy czy im podobni pracownicy odbierają Polakom miejsca pracy. Czyli w ramach samoobrony przed obcym żywiołem Polak powinien, gdy zachodzi taka patriotyczna potrzeba zasuwać na dwóch etatach. To może od razu wprowadzić przymus pracy, szczególnie w gałęziach gospodarki, gdzie „rozwydrzonemu” Polakowi nie chce się zginać karku? Takie teorie są zwykle dziełem ludzi, dla których umycie naczyń po obiedzie jest ciężką pracą fizyczną.

Zawsze sądziłem, że pragmatycznym ideałem jest zarabianie pieniędzy bez przesadnego wysiłku, ale widzę, że wielu nadal chętnie odwołuje się do haseł, które można było spotkać rozwieszone w czasach komuny na płotach okalających zakłady pracy. Trochę przesadzam, bo w takiej Anglii propaganda skierowana przeciwko pracowitym innych nacji jest praktycznie bliźniaczo podobna, choć poddani Królowej nigdy w takim stopniu jak my nie zaznali mocy propagandy komunistycznej. Tyle tylko, że tam werbalny atak na przybyszów z europejskiego wschodu, zaspokaja potrzeby emocjonalne, których bezkarnie wyrazić już nie można.

Problemem dla nas nie jest milion czy dwa miliony Ukraińców, a raczej fakt, że na razie bardzo ostrożnie osiedlają się na stałe na naszym terytorium. My bowiem, nie dość, że ich potrzebujemy w celach oczywistych, to przede wszystkim potrzebujemy ich dzieci. To są zresztą procesy rozłożone na dziesięciolecia, ale ich pierwociny oglądamy tu i teraz. Aby rozwijać Polskę potrzebujemy ludzi, technologii, pieniędzy oraz stałego rozwoju infrastruktury. Jeśli zabraknie pierwszego czynnika, sama idea wielkiej, silnej Polski zawali się nam na łeb i pod tymi gruzami sczeźniemy.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Chytre brodate panny kontra rzymskie legiony, czyli historia Polski via Hollywood

Wydaje się, że poprawianie wizerunku Polski poprzez projekty wizerunkowo-artystyczne to jeden z lepszych pomysłów biznesowych, a do tego całkowicie bezpieczny dla organizatorów podobnych szwindli. Bezpieczeństwo gwarantuje państwo, które jest zleceniodawcą tej bredni, a w ostatecznym rozrachunku także recenzentem, który z założenia nie może się przecież przyznać do tak grubego błędu. W tej chwili można jeszcze zakończyć hucpę pod nazwą Polska Fundacja Narodowa i wyjść z tego świństwa ogłaszając sukces oszczędnościowy, w charakterystyczny dla obecnej propagandy sposób, ale oczywiście wybrano brnięcie dalej, co oczywiście w najlepszym przypadku skończy się serią skandali korupcyjnych i wielkim rozczarowaniem P.T. naiwniaków.

Pomysł z panem Cezarym Śliwowskim i transferem gotówki do Hollywood, aby to zainteresowało się historią Polski to prawdziwe kuriozum. Tkwi w nim tylko jedna jedyna zaleta, a mianowicie taka, że w podobny sposób nie próbuje się reanimować naszego przemysłu filmowego, który jest od dawna autentycznym trupem i nie da się wskrzesić go sposobami doktora Frankensteina.

Działalności oraz pomysłów PFN nie da się nawet rozpatrywać w kategoriach sukcesu czy klęski. Samo jej powstanie skażone jest grzechem nieprzystojnego w środowiskach ludzi wykształconych idiotyzmu. Wykreowano bowiem potrzebę, która w swojej istocie jest brednią i jako takiej nie da się jej zaspokoić w żaden sposób. Sprawą dyskusyjną jest jedynie to, jak wiele dolarów uda się zmarnotrawić nim ktoś zorientuje się, jacy szatani są tutaj czynni.

Po pierwsze, czego nie zauważają nasi decydenci, światowy porządek kina popularnego został ustalony dawno temu i akurat Polska i nasza historia została bez przydziału. Nie różnimy się w tym od większości narodów. Na przykład głównym reprezentantem całej Europy Środkowej jest hrabia Dracula i nawet miliard dolarów nie pomoże, by zepchnął go z tronu nasz Sobieski. Nie wiem, czy jakoś szczególnie odpowiada to Rumunom, ale ich próby opowiedzenia o walkach z Rzymianami czy imperium otomańskim jakoś nie trafiły do przekonania szerszej publiczności. Kino popularne to, wbrew technicznym fajerwerkom, zakurzona rekwizytornia, która praktycznie nie przyjmuje nowych eksponatów. Owszem, z powodów politycznych zmienia się wróg, czarny charakter z którym walczy dobro, ale emocje i większość dekoracji pozostaje taka sama.

Pomysł na PFN a teraz na hollywoodzką inwazję wynika pewnie z przykładów rażącego fałszowania polskiej historii. To dobry pretekst, ponieważ trafiający na podatny grunt naszych narodowych przeczuleń. Niemniej jest to brednia, która w ogóle się nie liczy w skali globalnej. Na potrzeby wewnętrzne różne cwaniaki podnoszą krzyk, że w światowym kinie Polska stała się czarnym, ponurym lunaparkiem, gdzie nie działo się nic poza zagładą Żydów. To oczywiście nieprawda, ale gdyby nawet tak było rzecz nie ma najmniejszego wpływu na propagandowy wizerunek Polski, ponieważ sam odbiór dotyczy przede wszystkim środowisk, które od dziesięcioleci tkwią i tak w podobnym przekonaniu.

Ktoś mnie skontruje, że Niemcy kładą większe sumy na stół, by swoją historię wybielić. Po pierwsze, czy my musimy? Czy my jesteśmy Niemcami? Oni i tak nie mają najmniejszych szans, skoro nawet ciemna strona mocy w Gwiezdnych Wojnach jest skrojona na ich podobieństwo. Rzecz nie w tym, czy ewentualne filmy będą ciekawe, a losy ich bohaterów pasjonujące. Nasza historia, z czym wypada się zgodzić, sama w sobie jest nielichym scenariuszem, ale do jej pokazania potrzebna jest nasza własna rekwizytornia, co od razu unieważnia nasze globalne aspiracje. Na taką nie ma bowiem miejsca w ogólnoświatowej wyobraźni i wrażliwości. Wszystko należałoby opowiedzieć od początku. To tak, jakby nigdy w historii kina nie kręcono westernów i nagle ktoś wpadłby na pomysł, że ten dziki zachód wart jest opowiedzenia. Tylko szaleniec podjąłby się dzisiaj takiego zadania. Kim dla widza byliby zarośnięci niedomyci ludzie w kapeluszach przeganiający po równinach bydło, dziwne drewniane miasteczka, rozdrażnienia kończone strzelaniną z broni krótkiej… Wszystko należałoby wyłożyć od początku, a kino to nie sala wykładowa. Na tej zasadzie nigdy nie wprowadzimy do światowego obiegu naszych dzikich pół, polskich powstań czy naszych bohaterów wojennych i każdy dolar wydany na podobną próbę jest dolarem wyrzuconym po prostu w błoto.

Dziwi już sam poziom aspiracji, bo nie jestem w stanie zrozumieć, po jaką cholerę stręczy się nam coś podobnego? Poza reakcją na zaczepki podobnie bezradnych w opisie swych dziejów nacji nie ma w tych promocyjnych poczynaniach cienia sensu. Wyobraźnia przeciętnego odbiorcy została ukształtowana bez naszego udziału i pchamy się w jej czeluście całkiem niepotrzebnie. Nawet koniec świata, inwazja obcych czy krwiożerczych zombie zostały zawłaszczone, a co dopiero historia i wojny. Założę się, że jeśli jesteś miły czytelniku kinomanem, lepiej znasz Manhattan z jego Central Parkiem niż sąsiednie miasteczko.

Poza tym trzeba mieć świadomość, że filmy pochłaniające gigantyczne budżety są z konieczności biznesowej kierowane do jak najszerszej publiczności, co tak naprawdę oznacza, że górna granica refleksji ustawiona jest wyjątkowo nisko. Im większy zakładany zasięg, tym większe uproszczenie i tym więcej zrozumiałych dla tamtejszej widowni klisz fabularnych. Gdyby Hollywood nakręcił film o Powstaniu Warszawskim, który znalazłby szeroką światową widownię, my wychodzilibyśmy z kina z gębami czerwonymi ze wstydu.

- No tak, ale to nie film dla nas – ktoś zauważy przytomnie.

Racja, czyli z góry i dobrowolnie przyjmiemy każdą brednię, byle o nas. Słowacy zyskali coś podobnego zupełnie za darmo, dzięki cyklowi horrorów „Hostel” z których można dowiedzieć się, że wypoczynek na Słowacji wiąże się z ryzykiem bycia zjedzonym czy torturowanym na śmierć. Nie jestem pewny, ale chyba Słowacja nie odpowiedziała filmem o urokach tamtejszego hotelarstwa. Może dlatego, że to kraj do tego stopnia ubogi, że nie ma własnej Fundacji Narodowej.


sobota, 4 sierpnia 2018

Przeglądając stare i nowe fotografie


Natknąłem się na dziwną aferę z reklamiarskim acz politycznym popisem aktora Michała Żebrowskiego. Ani mnie to oburza, ani bawi. Problem tkwi w czymś innym. Otóż musiałem uruchomić przeglądarkę, żeby dowiedzieć się, kto to w ogóle jest? Nie, znałem oczywiście aktora Żebrowskiego, choćby z roli Skrzetuskiego w  dziwacznej adaptacji „Ogniem i Mieczem” ale wpatrując się w publikowane obecnie zdjęcia nijak nie mogłem zbić w jedno tych dwóch gąb. Nie jestem jakimś tam fizjonomistą, ale w sekundę rozpoznam Jacka Nicholsona czy innego De Niro, choćby fotografia miała więcej niż pięćdziesiąt lat.

I tak jakoś się stało, że zacząłem przeglądać zdjęcia w sieci. Rozmaite. Przez aktorów, trafiłem do piłkarzy, potem bokserów i siłaczy, a skończyłem na zbiorowych fotografiach kadr profesorskich i nauczycielskich z czasów zamierzchłych, potocznie zwanych „przedwojennymi”. Układ w przeglądarkach jest taki, że obok staroci prężą swe barwy zdjęcia współczesne o podobnej tematyce, co daje asumpt do wyciągnięcia dość zabawnych wniosków.

Na przykład jakość starodawnego retuszu musiała bić na głowę dzisiejsze fotoszopy, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że na „przedwojennych” zdjęciach wszyscy pozujący wyglądają dokładnie tak, jak człowiek naiwny może wyobrażać sobie przedstawicieli elity intelektualnej. I rzecz nie w brodach, bokobrodach czy fryzurach, ponieważ dotyczy to i szanownych pań.Przecież, do diaska, tytułów naukowych nawet w czasach zaborów nie przyznawano za wygląd!

Na współczesnych nam zdjęciach widzę grupy przypadkowych osób i nie pomagają nawet gronostaje. Gęby po prostu jakieś takie niewyraźne, że trzeba szukać opisu, bo równie dobrze mogłyby być to fotografie zbiorowe absolwentów szkoły powszechnej zrobione na klasowym, sentymentalnym spotkaniu po latach, albo z całym szacunkiem dla zawodu, tramwajarzy przed wyruszeniem w rejs dookoła Warszawy.

Powtarzalność obserwacji jest tak wysoka, że nie można uniknąć pytania, czy wiedzę, kulturę osobistą oraz inteligencję można sfotografować? Jeśli tak, gdzie się ujawnia? W rysach twarzy, spojrzeniu, całej sylwetce, a może unosi się gdzieś wyżej, tuż nad głowami pozujących? Tego oczywiście nie wiem, ale fakt pozostaje faktem. Są też oczywiście zdjęcia prywatne. Starodawni luminarze myślenia najchętniej pozowali w plenerze, czasem z pieskiem, czasem w stroju sportowo-rekreacyjnym, który dzisiaj uchodziłby za wymuskany i dziwnie hipsterski. Nic to nie zmienia. Nadal naukowiec wygląda na naukowca, sędzia na sędziego, wysokiej rangi oficer na wysokiej rangi oficera i tak dalej. Wyobraźcie sobie państwo, że ludzie ci, aby podkreślić swoje intelektualne przewagi nie musieli występować na tle książek, co teraz czyni pierwszy lepszy analfabeta, chcący uchodzić za mądrale.

Oczywiście powyższy tekst to tylko powierzchowna obserwacja, moje wnioski nie są uprawnione, a są jedynie wyrazem tęsknoty za choć minimalnym uporządkowaniem świata pod względem estetycznym. Jakoś nie przekonuje mnie najwyższa pani prezes, skoro wygląda po prostu na przekupkę, ani profesor, który prezentuje się z wdziękiem menela poszukującego wsparcia dla idei „rozbicia” flaszki taniej nalewki. Jasne, mój ogląd jest oglądem chama i przez to w pewnym sensie od razu ulega unieważnieniu.

I tak szczęście, że nie mam dostępu do nagrań dźwiękowych, a niezwykle ciekawe byłoby porównanie sposobu mówienia, używanej argumentacji, tonu głosu, prawidłowości akcentowania, której też nie znajdziemy na ulicy. Ktoś powie, że kiedyś było łatwiej, ponieważ od małego wszyscy ci ludzie prześladowani byli łaciną, greką i podobnymi wynalazkami, a współcześni nam musieli łokciami i kolanami przepychać się przez marksistowsko- leninowską dialektykę i przez to nabrali wyglądu i zwyczajów charakterystycznych dla parobków. 

To trzeba zrozumieć i ja to rozumiem, ale czasem można pomarzyć o czasach, gdy o przynależności do elity nie decydował podpis zawierający wszystkie możliwe i niemożliwe tytuły, ani nawet markowe ciuchy, a elitarność można było rozpoznać na pierwszy rzut oka. Nawet na plaży, co byłoby bardzo wskazane w czasie obecnych upałów,

czwartek, 2 sierpnia 2018

O wzroście, Łokciu i produkcji sukna. Tekst jak najbardziej współczesny


Weźmy takiego Napoleona. Ledwie stał się zagrożeniem, brytyjska machina propagandowa zaczęła przedstawiać go jako złośliwego karła. Bardzo to było sprytne, tym bardziej, że chętnie używała do tego celu swoich znakomitych rysowników i karykaturzystów. Minęło ponad dwieście lat i współczesny człowiek wśród pierwszoplanowych cech Cesarza wymienia jego nikczemny wzrost. Temu przekonaniu w ogóle nie szkodzi fakt, że Bonaparte mierzył 170 cm, co w czasach jego panowania było wzrostem minimalnie ponadprzeciętnym, a i dzisiaj nie zwracałoby szczególnej uwagi.

W ogóle kwestia przeciętnego wzrostu populacji na przestrzeni dziejów jest zupełnie zapoznana, ponieważ przeczy ogólnie przyjętej bujdzie o nieustannie pnącej się w górę krzywej rozwoju fizycznego i psychicznego naszego ludzkiego plemienia. Oparta na zgoła fantastycznych przesłankach każe nam widzieć ludzi średniowiecza, na przykład, jako brudnych, złośliwych niemalże malców. Te przesłanki, któremu jawnie przeczą badania antropologiczne oparte o wykopaliska, zostały ugruntowane w dwudziestym wieku, gdy zaczęto porównywać dziewiętnastowieczne spisy poborowych z przeciętnym wzrostem ludzi współczesnych badaczom. Teraz, gdy wiadomo, że przeciętny wzrost człowieka przypomina na przestrzeni dziejów falującą linię jest już za późno na odkłamywanie faktów.

Owszem, zjazd przeciętnego wzrostu rozpoczął się w wieku siedemnastym, a swoje dno osiągnął dwieście lat później. Na przykład zbroje rycerskie, których wielkość ma dowodzić karłowatości herosów średniowiecza kuto z powodu mody dekorowania wnętrz podobnymi ozdobami w wieku osiemnastym i odwzorowują raczej wzrost i ogólny wygląd współczesnej rzemieślnikom je produkującym populacji. Reszta jest tylko propagandą, w którą chętnie wierzymy, ponieważ miło jest wierzyć, że właśnie my, nasze pokolenia są jakąś tam koroną rozwoju. Oczywiście wzrost człowieka nie jest najważniejszą cechą, ale jako cecha prosta dobrze służy udowadnianiu pewnych cech.

Mamy oto kości królowej Jadwigi. Z ich długości wynika niezbicie, że była to młoda kobieta mierząca od 180 do 182 centymetrów. Opisywana jako piękna, wyjątkowo zgrabna, ale nigdzie jako wyjątkowo wysoka. Nikt z kronikarzy nie zauważa też jakiegokolwiek  dysonansu wobec wzrostu jej królewskiego małżonka. Innym królewskim przykładem jest Władysław znany pod przydomkiem Łokietek. O tym, że mierzył półtora metra przekonana jest większość współczesnych mądrali. Wiedzę swą opierają na napisanym 150 lat po śmierci króla jawnie propagandowym dziele Długosza. Historyk ten zaczął od zmiany samego przydomka, zamieniając Łokieć na Łokietka. Potrzebował bowiem historii o księciu całkowicie wyzutym z praw i szans do korony, który dzięki determinacji dopiął swego i aby uczynić tryumf jego woli jeszcze piękniejszym, dodał mu niemal karłowaty wzrost. Zmiana przydomka, tak pozornie z naszej perspektywy nieistotna jest tu decydująca dlatego, że Łokieć jest twardy, łokciami można się rozpychać i zadawać ciosy, a Łokietek to wiadomo… Na boku zauważę, że Długosz był mistrzem propagandy, a z kolei na jego dziele opierali się kolejni historycy, artyści i w zasadzie wszyscy ci, którzy za najwyższe dobro mają manipulowanie wrażliwością i wyobraźnią ogółu.

Powyższy tekst jest w zasadzie tekstem o tym, jak łatwo przypisywać sobie cechy nadrzędne wobec tych, którzy już nie mają sposobu by się bronić. Jeśli w XVIII czy XIX wieku analfabetyzm wśród warstw ludowych był powszechny, trudno pogodzić teorię nieustannego rozwoju z faktem, że trzysta czy czterysta lat wcześniej przy każdej parafii istniała choćby najprostsza szkółka. Skoro chłop jeszcze dwudziestowieczny w butach chadzał jeno do kościoła (w to też mamy wierzyć) to na jaką cholerę w wieku XV biznes szewski był tak powszechny. Nie trzeba patrzeć na archeologów, a wystarczy zapoznać się ze starodawnymi, obecnie w dużej części dostępnymi w sieci spisami podatkowymi, aktami miejskimi itp.

Lubimy zapominać, że historię kształtują zwycięzcy, a nie mam na myśli jedynie zwycięzców wojennych, ale przede wszystkim tych, którzy zmiany społeczne czy gospodarcze wykorzystali dla własnej korzyści. W ich oczywistym interesie zawsze leżało bowiem zaciemnienie obrazu dawnych porządków i zastąpienie realnej wiedzy sentymentem. Na tej bazie rosną nieporozumienia, których odległe echa sięgają naszego współczesnego realnego bytu i konceptów polityczno-gospodarczych, którym podlegamy.

Weźmy na koniec taki dziwny acz wielce pouczający przykład:

Oto na terenach dawnej Polski nigdy nie produkowano wysokiej jakości sukna. Sprowadzano je na potrzeby warstw bogatszych z Italii czy innej Flandrii, podczas gdy u nas masowo produkowano sukno tanie, na bazie prostych technologii. Zapytanemu o to, dlaczego tak było, współczesnemu człowiekowi przychodzą na myśl kraje dalekiego wschodu, tania siła robocza i zacofanie technologiczne.

I to jest jedna z prostszych pułapek w jaki popada zniewolony propagandą umysł, łatwo przenoszący współczesne doświadczenie w przeszłość. Wytłumaczenie jest bowiem zupełnie inne i dla wielu będzie powodem sporego zdziwienie.

Technologia produkcji wysokiej jakości sukna w wiekach średnich była bardzo mozolna i polegała na wielokrotnym powtarzaniu pewnych czynności. Tak w skrócie, że nie męczyć technicznymi wywodami. W dawnej Polsce nie sposób było po prostu znaleźć robotników, którzy godziliby się giąć kark za takie wynagrodzenie jak w krajach to sukno produkujących. Zaspokojenie finansowe roszczeń umożliwiających taką produkcje wywindowałoby ceny znacznie powyżej obłożonych cłami towarów importowanych. Tanie sukno zaś do momentu, gdy nowocześniejące państwo odebrało ludziom ten przywilej, było produkowane powszechnie i w pewnym momencie stało się jednym ze żwawiej bijących źródeł pozyskiwania przez wieś gotówki.

To tylko taka ciekawostka z czasów, gdy rośliśmy własnym przemysłem. Zaprawdę nie jesteśmy wyżsi, ani specjalnie mądrzejsi od naszych starodawnych antenatów. No i wiadomo, że aby odnieść sukces i się w nim umocnić, musimy być jak ten Łokieć. Znaczy się twardzi, nie mali.

środa, 1 sierpnia 2018

Zaczynając od starodawnego cytatu...


„Każdy mieszkaniec państwa jest jednakże nie tylko poddanym, lecz także obywatelem państwa, to jest: może domagać się od rządu opieki i obrony swojej osoby i swoich interesów i może mieć udział w samym rządzie. Udział ten może być większy lub mniejszy, co od formy rządu i istoty państwa zależy. Otóż nie tylko prawem, ale zarazem powinnością jest obywatela, ażeby udział ten w rządzie, jaki jest mu przez prawo przyznany, starał się dla dobra państwa zużytkować. Uczyni to, jeśli wyrobi sobie zdrowe przekonanie, jak państwo rządzone być powinno. Gdy zaś wszyscy ludzie nie mogą jednakich zupełnie mieć zasad, dobrze więc każdy obywatel działa, jeśli z ludźmi podobnego przekonania się zwiąże i łącznie z nimi zasady swe w zarządzie państwa przeprowadzić się stara. W ten sposób powstają w państwie stronnictwa, które ze sobą współzawodniczą.

Przeciwne sobie stronnictwa i ich nieustanne ścieranie się nie jest bynajmniej dla państwa rzeczą szkodliwą i zgubną, byleby stronnictwa takie starały się przeprowadzić pewne jasno określone zasady polityczne, a nie szukały tylko zaspokojenia swojej ambicji i samolubnych celów i byleby każde stronnictwo dążąc do władzy uznawało rząd istniejący i wspierało go, jak długo istnieje. W takim razie pozostaje powaga rządu pomimo ścierania się stronnictw nienaruszona, ludzie piastujący władzę mają nad sobą nieustanną kontrolę przeciwnego stronnictwa, przeprowadzają swoje zasady stanowczo, a z chwilą kiedy zasady te się przeżyją i nowym miejsca ustąpić muszą, ustępują i oni, robiąc miejsce ludziom przedstawiającym nowe zasady i nowe dążenie.”

Powyżej fragment wstępu napisanego przez Michała Bobrzyńskiego do „Dziejów Polski w zarysie” w 1879 roku. Mam przed sobą wydanie sprzed 44 lat. Dwadzieścia tysięcy egzemplarzy, czyli w starym stylu, gdy materiały historyczne trzymano pod korcem cenzury. 

Nie jest moim celem dyskusja o Bobrzyńskim, tylko próba zastanowienia się, czy wytłuszczony fragment jest tylko przejawem idealizmu autora. Wszak galimatias emocjonalny i bezrozumny, który mamy za politykę z perspektywy czasu służy w zasadzie tylko obniżeniu prestiżu państwa i rządów w nim panujących, czyli jego wartość z konieczności jest jawnie i w oczywisty sposób ujemna.

Nie mam tu na myśli tylko ostatnich trzech lat, gdzie szaleństwo stronnictw opozycyjnych uzyskało chyba swą pełnię i śmiało zmierza w kierunku zdrady stanu, ale i czas wcześniejszy, gdy również, może nie tak agresywnie i na tak szerokim froncie podważano legitymację do rządzenia kolejnych partii czy koalicji wybranych przez obywateli. Zjawiska podobne mają to do siebie, że się kumulują nie tylko na papierze czy w Internecie, ale i w ludzkich sercach, a chęć ciągłego przebijania stawki i natychmiastowego odegrania strat, przywodzi na myśl chorego na nienawiść hazardzistę.

Zaślepienie, absolutne zaślepienie sprawia, że za normalne uważamy obniżenie prestiżu państwa do poziomu ulicy. Konieczność przedstawienia władzy w fałszywym świetle może skutkować wszak nie upadkiem rządzącego państwem stronnictwa, a państwa jako takiego, czy może raczej zmienienia go w absolutną już wydmuszkę zarządzaną ku pożytkowi państw innych. Mam wrażenie, że część klasy politycznej dla zdobycia władzy jest gotowa i na taką przemianę, gdzie Polska stanie się „polską”.

Swoją cegiełkę dokładają też rządzący, nie pomni, że dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa chce po prostu dobrze i spokojnie żyć, a ciągłe ucieranie się i ustępstwa wobec szaleńców i politycznych abnegatów, które rozzuchwalają tychże do absurdu są dla szerokich rzesz, w najlepszym przypadku stratą czasu, a w najgorszym doprowadzą do spadku ich poziomu życia i zabicia dopiero rodzących się aspiracji zbiorowych i indywidualnych. 

Miarą naszych szans na rozwój i bogactwo jest, co może brzmi nieco staroświecko, poziom identyfikacji z państwem i zaufanie do jego urządzeń. Kto je podważa i kładzie na szali politycznego sporu, ten jest nie tylko wrogiem rządzącego aktualnie stronnictwa, ale i wrogiem każdego obywatela z osobna. Chcąc rządzić choćby na gruzach państwa, deklaruje jednocześnie, że chce rządzić nami, którzy w tychże gruzach będziemy zamieszkiwali wygrzebane własnym przemysłem nory.

sobota, 21 lipca 2018

O szaleństwie jako metodzie i rozbieraniu się do goła w ramach konstytucyjnych


Walka o prawdziwą demokrację nabiera rumieńców. Profesor nadzwyczajny Matczak, najnowsza gwiazda i kandydat na przewodnika tłumu elitarnych bęcwałów (okazuje się, że tłum też może być elitarny, o ile wrzeszczy dostatecznie głośno) teraz wyrwał się z tłumaczeniem, czym powinna być demokracja. Otóż powinna być spiskiem elit pozorujących nad głowami plebsu spory polityczne, aby uczynić scenę polityczną bezalternatywną. Tak to wygląda po odcedzeniu farmazonów i odwinięcia jego przemyśleń z korporacyjnej bawełny. Przywoływany do porządku Monteskiuszem bije tego Monteskiusza po głowie współczesnym realizmem prawnym jako starego dziada i straszydło. I oczywiście ma rację, ponieważ wedle standardów współczesnego świata, demokracja wygląda właśnie tak, jak on mówi. PiS razem ze swoją bandą zostałby przecież dopuszczony do tych nowoczesnych, z założenia trwających w nieskończoność zmagań, gdyby nie zaczął podkopywać się pod fundamenty wielkiego gmachu demokracji. Przemyślenie pana Matczaka, dziwnie podobnego z wyglądu i argumentarium do wybitnego ekonomisty Petru nie byłyby ciekawe, gdyby nie ich autodemaskacyjny charakter.

Elity schodzące nie mają w rodzącym się chaosie nawet z kim spiskować nad głowami ludu, ponieważ PiS nie wytworzył żadnych elit wchodzących. Niestety nie jest to celowa strategia, a efekt prostego zaniechania i personalnych wyborów na stanowiskach propagandowo-medialnych. No, chyba, że nie doceniam pana z chorym kolanem. Przecież gołym okiem widać, że niektórzy apologeci PiS-u dosłownie trzęsą się, by druga strona jakoś ich zaakceptowała i przygarnęła, choćby jako godnych uwagi wrogów. Jakoś w tym nie przeszkadza oczywisty fakt, że elity schodzące dzień w dzień za swój święty obowiązek uważają okazanie własnego zidiocenia i degeneracji. To one, nie jakiś tak elektorat, nadal są jedynymi uprawnionymi recenzentami dla recenzowanych.

Polityka w wymiarze medialnym stała się serią dziwacznych ekscesów prokurowanych przez nie mniej dziwacznych ludzi. Tego, co dzieje się w sejmie nie można postrzegać inaczej niż jako próbę unieważnienia parlamentaryzmu jako takiego. To gra na obniżenie i tak niskiego autorytetu władzy ustawodawczej. W ostatnich dniach udało się nawet wyrównać poziom żenady pomiędzy całkiem pokaźną grupą posłów, a elitarną dziczą wrzeszczącą na ulicy. Mamy do czynienia z tak oczywistym obnażeniem tych ludzi, że nie trzeba czekać aż jedna z tych przygłupich posłanek rozbierze się na sejmowej mównicy do naga, a jestem dziwnie pewny, że i do tego w końcu dojdzie.

Jest takie starodawne powiedzonko, że jak trwoga, to do Boga. Czy można się dziwić, że przerażona elita intelektualna opozycji zmierza w zgoła przeciwnym kierunku? Pisarka Nurowska i znawczyni voodoo Holland, która w młodości działała, wedle własnych słów, ze skutkiem śmiertelnym, w końcu uzgodniły wobec posła Piotrowicza łagodniejszą wersję, uznając, że wystarczy całkowity paraliż rzeczonego posła. Oczywistym jest też, że zaraz objawi się kolejny autorytet, który przyzna się do kłucia igłą kolana laleczki najstraszniejszego dyktatora świata. Jeszcze jakieś panny na chodniku nasmarowały kredą pentagram i rozpaliły szatanowi wkłady od zniczy. To w zasadzie jest już tak głupie, że wstydzę się dalej pisać ten tekst.

Na koniec pozytyw. Nawrzeszczeli, nakompromitowali się do woli, nabłaźnili ile wlezie i mogą teraz z czystym sumieniem i dobrą myślą udać się na zasłużone wakacje. Na miejscu zostawia co osobliwszych wariatów, aby nie zaprzestawali nękać nas swoim szaleństwem, a sami hop siup do Toskanii, ziemi nieskalanej stopą Jarosława Kaczyńskiego.


poniedziałek, 2 lipca 2018

O huraganach informacyjnych, zniszczonych zaporach i bestii z pałką


Na szczęście człowiek przyjmuje i przetwarza już posegregowane informacje, a obróbce myślowej podlega tak niewielka ich część, że całkowicie kryje się w cieniu hipotetycznego zera. Inaczej po prostu zwariowalibyśmy wszyscy razem i każdy z osobna. Z drugiej strony, abyśmy mogli zachować dobre samopoczucie nasz mgławicowy umysł udaje przed nami, że w istocie rzeczy nasze postrzeganie jest pełne. Człowiek współczesny wystawiony jest na informacyjny huragan, podczas gdy zapory segregujące słabną. Nie stwierdzono za to, o ile mi wiadomo, znaczącej ewolucji ludzkiego mózgu. W związku z tym coraz szerzej rozwiera się przepaść pomiędzy naszą zbiorową realną wiedzą i jakością myślenia, a naszym wyobrażeniem o tych kwestiach.

Podstawowe zapory segregacyjne są trzy: wiara, uproszczony ale całościowy model świata i zdrowy sceptycyzm, pogardliwie nazywany chłopskim rozumem. Dopiero informacja przepuszczona przez te trzy filtry ma szansę stać się podstawą sensownych spekulacji na poziomie dostępnym człowiekowi. Ich likwidacja była konieczna z wielu względów, począwszy od zaprowadzenia polityki, tak jak ją obecnie rozumiemy, aż do zamienienia świata w powszechny super sklep, gdzie pieniądz jest jedynym władcą i bóstwem.

Reperkusje takiego stanu rzeczy są dzisiaj bardzo poważne. Nigdy w historii świata nie było bowiem takiego dystansu pomiędzy wiedzą i umiejętnościami przeciętnego człowieka, a ich poziomem koniecznym do skutecznej jego obsługi. Krótko pisząc: Im bardziej świat jest skomplikowany, tym głupszy.

Zwróćcie uwagę, że demiurgowie zarządzający propagandą polityczną czy sprzedażową podlegają temu samemu procesowi. To już nie wszechwiedzący cynicy zarządzający emocjami maluczkich, a głupcy podobni swoim ofiarom. Przy czym ich głupotę widać wyraźniej, ponieważ sami wystawiają się na ogląd publiczny. Na razie ich odpowiedzią jest mniej lub bardziej bezsilny gniew wobec materii, której znudziło się podporządkowanie obłędowi nieprzystających do rzeczywistości idei. 

Sprzeciw polityczny, którego jesteśmy chwilowym beneficjentem nadal jest aberracją. Nie przypadkiem buntownikami są państwa słabe i nie będzie przypadkiem, jeśli zostanie użyta wobec nich (nas) przemoc. I nie mam na myśli sankcji gospodarczych czy podobnych pieszczotliwych zaczepek.

Wielkich tego świata determinuje bowiem głupota i charakterystyczny dla niej przymus działania. Muszą brnąć do przodu nie zważając na nic, ponieważ nie mogą dopuścić do tego, by ich poddani odczuli na własnej skórze skalę buntu jakichś dzikusów ze wschodu czy południa. Sami są ofiarą likwidacji przywołanych na wstępie tego tekstu zapór/filtrów, a doraźne korzyści jakie odnieśli dzięki temu są już historią. Na nasze życie i wolność czai się bowiem idiota z pałką, nic więcej. Jeśli w tym kontekście dziwią was i przerażają meandry naszej obecnej polityki zagranicznej polecam odrobinę zimnej wody w formie okładów na głowę.

Owszem, dzięki zapóźnieniu, które nie jest zresztą naszą zasługą, mamy jako społeczeństwo przeciętnie zdrowszy ogląd świata, ale ma to też taki efekt, że dzięki temu zyskaliśmy wyjątkowo idiotyczne elity, które choćby z czystego nowinkarstwa gotowe są dosłownie na wszystko, a ich łączność z polskością jest żadna. Pisząc, że są „gotowi na wszystko” mam na myśli dosłownie to co napisałem.  Gdyby kazano im zostać dla dobra sprawy kanibalami, rzuciliby się na stosowne podręczniki by się dowiedzieć, czy człowieka je się nożem i widelcem, a może należy brać kości w łapę i ogryzać.

Nie jest łatwo się bronić przed ludźmi całkowicie obcymi kulturowo, dla których nie ma znaczenia słowo, logika ani prawda. Przed ludźmi, którzy uznają swoją dominację za stan naturalny, a wszelkie jej zakłócenia za złe z samej zasady. W zasadzie jedyną rozsądną i umocowaną historycznie opcją jest traktowanie ich jak wrogie bestie, ale przeciwko temu buntuje się nasz czułostkowy charakter. Niestety, ale marzenia o spokojnym życiu należy odłożyć ad acta.

Idee bowiem, które pchają Europę ku zagładzie są tak silnie związane z przywilejami, że w ogóle nie ma możliwości, by zahamować ten fatalny marsz w sposób pokojowy. Tak, jak o Polsce pisano niedawno, że jest kondominium niemieckim, tak europejskie elity łatwiej zgodzą się na Europę jako kondominium chińskie, rosyjskie czy choćby, co wydaje się szczególnie głupie, arabskie, niż wycofają się choćby o krok. I nie jest to żaden fatalizm, a właśnie upór idioty. Społeczeństwa nie są podzielone granicami, a postrzeganiem rzeczywistości. I jest to podział głębszy niż kiedykolwiek i tak naprawdę świat który znamy, a niekoniecznie cenimy, musi doprowadzić do zagłady.

niedziela, 1 lipca 2018

O snach proroczych i złym samopoczuciu podróżnika w czasie


Udałem się wczoraj na krótką wycieczkę po antypodach Internetu, gdzie sensacja nie jest zabarwiona politycznie, a ludzi przyciągają brednie sezonu ogórkowego. Młodszym wyjaśniam, że w starożytności tak nazywano okres letni, czas gdy brednia łatwiej znajdowała swe miejsce na łamach gazet. Wyciągano z magazynu potwora z Loch Ness, Yeti oraz wszystko co wykluło się w głowach sprytnych redaktorów, a co miało zabawić gawiedź wylegującą się na leżakach. Obecnie, gdy tak zwany główny nurt przesiąknięty jest jawnym wariactwem, na biedną Nessie nie ma zapotrzebowania. Albo taki kosmita? Po co wdawać się w dywagacje, czy istnieje? Wmawiać ludziom, że jakiś cień to Marsjanin w kufajce, gdy można pokazać autentycznego aktora Pieczyńskiego, który bynajmniej nie jest cieniem, mówi po polsku, a wydaje się stokroć dziwniejszy niż jakiś tam przybysz z gwiazd.

Moja wycieczka była krótka, a i tak zostałem przywalony nadmiarem materiału: filmów, tekstów, nagrań audio, zdjęć, stron internetowych, czasopism, książek, targów… To właściwie jakby świat alternatywny, o istnieniu którego nie mamy pojęcia. Wszędzie liczniki wskazujące od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy otwarć. Żywe zainteresowanie, że się tak wyrażę.

Aby od razu nie oszaleć, zaraz po obejrzeniu relacji o tym, że wiercąc w ziemi Rosjanie dowiercili się do piekła i wysłuchaniu stosownego nagrania z otchłani, skierowałem swoje zainteresowanie w kierunku podróży w czasie. Od dawna mam bowiem ochotę pozwiedzać tak zwane dawne czasy, by móc skutecznie dopiec różnym mądralom, czyli udającym historyków propagandystom. Przy okazji takich podróży mógłbym stać się nawet cenionym autorem Szkoły Nawigatorów.

Na wstępie dowiedziałem się, że podróże w czasie są trudne, ale od 2003 możliwe. Tyle tylko, że zły amerykański rząd ukrywa przed światem stosowną technologię. Taki Trump może w wolnych chwilach śmigać w przeszłość, choćby po to, by poprawiać swój wizerunek. I faktycznie, im dłużej zasiada w Białym Domu, tym świat łagodniej patrzy na jego wcześniejsze dokonania.

Skoro podróże w czasie są możliwe, zaraz znalazł się renegat, który przybył do nas z roku 2028 i został z nami, aby ni mniej ni więcej, tylko ostrzec nas przed podróżowaniem w czasie. Otóż twierdzi on, a nie ma powodu, by mu nie wierzyć, że podróżując w czasie nabawił się depresji i anoreksji. Faktycznie niezbyt zachęcająca perspektywa! O niedalekiej przyszłości też nie ma niczego specjalnego do powiedzenia, poza tym, że Trump zostanie wybrany na drugą kadencję, a technika pójdzie tak do przodu, że pojawi się nowe urządzenie, które zmiażdży obecną modę i każdy będzie chciał nosić je bez przerwy na głowie, jako okulary. O szczegółach podróżnik nie wypowiada się, pewnie z ostrożności procesowej.

Tak to wygląda, a wspominam o tym świecie alternatywnym byście wiedzieli, że obok nas żyje kilkaset tysięcy ludzi, którzy chętnie przyswajają sobie podobne historie. Gardner już w latach pięćdziesiątych badając środowiska pseudonaukowe i sensacjonistyczne zdziwił się niezmiernie, że za fasadą składającą się z biednych nawiedzonych oszołomów można spotkać ludzi poważnych, dysponujących stosownymi budżetami. Nie dziwi, że po kilku latach fala pseudonauki dotarła na uniwersytety i do głównego medialnego nurtu. Inwestowanie w ciemnotę zawsze się bowiem opłaca w dłuższej perspektywie.

Dzisiaj ludzie niechętnie słuchają o Yeti, ale pojawiają się inne dość zadziwiające fobie. A gdyby tak zbadać pod kontem budżetu i wymiany informacji coraz silniejsze ruchy antyszczepionkowe, to czy gdzieś na dnie nie doszukamy się dziarskich chłopców w walonkach? Tak tylko pytam, bez żadnych złych intencji. Ogólnie rzecz ujmując: Zwróćcie szczególną uwagę na ludzi, którzy żądają od Was, mili moi czytelnicy, byście mieli otwarty umysł.

No dobra, dość powagi. Teraz napiszę o moim proroczym śnie i na tym przykładzie nauczycie się, jak zostać prawdziwym prorokiem, nie takim grającym na czas, który umieszcza swoje proroctwa w mętnej przyszłości, a spytany o wynik jutrzejszego meczu otwiera ze zdziwienia gębę.
Śniło mi się wczoraj, że żona nazwała mnie „ryżym cwaniakiem”. Fakt, że nigdy nie byłem ryży, a do cwaniactwa też się nie poczuwam spowodował, że wspomniałem jej o tym dziwnym śnie.

- Jak mogłam cię tak nazwać? – zdziwiła się moja dobra żona i zaraz przyznała, że nie jestem ryży, a i do cwaniaka wiele mi brakuje.

Ja jej na to, że co prawda sen mara, ale fakt pozostaje faktem, a samo określenie mam za obraźliwe i kojarzące się jednoznacznie z panem Donaldem, a w najlepszym przypadku z Bońkiem. I tak się przez chwilę przekomarzaliśmy, aż wymyśliłem, żeby w ramach przeprosin usmażyła mi jajca na boczku. W jakiś pokrętny sposób uznała swoją winę i powędrowała do kuchni smażyć rzeczone jaja, ale w drzwiach, tak trochę do mnie, a trochę do siebie powiedziała:

- Prawdziwy ryży cwaniak!

Widzicie! Mój sen okazał się proroczy. Na stworzenie sekty to może ciut mało, ale na powyższy tekst wystarczyło aż nadto! Ciekawskich informuję, że jajecznicę zjadłem i okazała się jak zwykle pyszna.