Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kukiz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kukiz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 sierpnia 2019

Radykałowie w objęciach

Popatrzcie na waszych ulubionych radykałów z gębami pełnymi frazesów. Kukiz, pierwszy obywatel, który uwiódł niezgorsze rzesze twórczo rozwijając idee ruchu śp. profesora Przystawy teraz obściskuje liderów PSL, partii ucieleśniającej partyjny oportunizm i nepotyzm współczesnej Polski. Drugi Zandberg, który naiwnym wydał się socjalistą szczerze społecznym, rzuca się w objęcia partii komunistycznych zdechlaków, w objęcia SLD, które ma być cennym sojusznikiem naszych złodziejskich liberałów. I nadal gęby pełne frazesów. Jeden o konserwatyzmie, zgodzie, drugi Marks wie o czym, chyba o konieczności zwarcia szeregów. Gdyby Zandberg zgolił, a Kukiz zapuścił brodę mogliby się zamienić miejscami, bo są identyczni przynajmniej w jednym. Obydwaj przepieprzyli ostatnie cztery lata. Po biblijnemu, z prochu ludzkich nadziei powstali i w proch te nadzieje obrócili.
Tak bywa, ale zabawne jest to, że dobrze im z tym, że już tchu nabierają, by znowu kusić naiwnych. Tyle tylko, że obciążeni świeżo nabytym balastem oraz czteroleciem pieprzenia w bambus nie są w stanie wywołać jakiejkolwiek fali społecznej. Jeszcze myślą, że są wynajętym mieczem, a stali się ozdobą na tarczach skończonych łajdaków. Będą nimi wywijali w ogniu wyborczej walki, razy na ich łby będą zbierali. Taki widać los radykałów, że zawsze są produktem jednorazowego użytku. Potem już tylko zabiegają o przetrwanie, gdy mocodawcy ich wzlotu tracą cierpliwość. Ze wszystkich idei, które zdobiły ich polityczny byt została jedna i do tego bardzo prosta: za wszelką cenę odsunąć PiS od władzy. Reszta jest czczym gada-niem, ponieważ chodzi tylko o taką właśnie kalkulację polityczną. I wszystko byłoby pięknie, ale z powodu pewnej ułomności umysłowej, o której kiedy indziej, ci stratedzy sądzą, że w tych koalicjach jeden drugiego wspiera, że jeden drugiemu ciężary nosi, że jeden załatwia sprawy organizacyjne, a drugi przyciąga wyborców swą charyzmą…
Nie widzą, że tego, co powinno być od dawna jasne dla każdego przeciętnie rozumnego człowieka, że te zalety są niweczone przez to, że jeden drugiego jednocześnie topi oraz unieważnia. Dla doraźnej korzyści kilkudziesięciu osób lekką ręką niszczy się tożsamość ugrupowań politycznych, która dotychczas była tym, co utrzymywało je na powierzchni. Rozumiem, że Kukiz ma pozyskać dla PSL głosy w miastach, a Zandberg z Biedroniem dla komuchów głosy miejskiej i nowoczesnej młodzieży. No proszę… Oto są efekty zapaści wykształcenia matematycznego! Oni, wystawcie sobie państwo biorą potencjalne elektoraty poszczególnych partii i je po prostu sumują. Bardziej świadomi ujmują z otrzymanej puli pięć, sześć procent, a powinni co najmniej dwadzieścia. Efektem rozczarowanie podobne temu ostatniemu, przeżytemu przez nich przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Nauka oczywiście poszła w las, z czego należy się jedynie cieszyć.
Mieliby pewne szanse, gdyby utrzymali choć tę przegraną koalicję, ale zwyciężyła najwidoczniej chęć zamknięcia wszystkich możliwości poza tymi, którymi zarządzają. Nie dadzą swoim fanom, których dotychczasowe wybory i tak świadczą o nieprzesadnej lotności, czasu na zorientowanie się w kwestii dla antypisu podstawowej, a mianowicie na kogo opłaca się w końcu głosować, żeby zaszkodzić Kaczyńskiemu? A przecież tylko o to chodzi! I jeszcze uwaga na koniec, uwaga o czymś pozornie nieistotnym. Otóż w ciągu minionych czterech lat bardzo, ale to bardzo wielu wyborców wymieniło dowody osobiste. Ostrzegam, żeby potem nie było płaczu i wrzeszczenia o faszyzmie, gdy ktoś solidnie zabierze się za sprawdzanie podpisów poparcia, a jest to dzisiaj zadziwiająco łatwe.

sobota, 20 czerwca 2015

Referendum

Z Kukizem to jest tak, jak z tożsamością płciową. Chodzi za mną taka baba. Nos mięsisty, raczej na kwintę. Nieładna. Wystarczy, że zatrzymam się na sekundę, zaraz wyciąga ankietę.
- Czy jest pan zadowolony ze swojej płci? Czy ma pan kochankę/kochanka - niepotrzebne skreślić? Czy chce pan, by inni ludzie byli piękni i bogaci?
Co to za pytania? Uciekam oczywiście. Za mną uporczywe tup tup. Ja do łazienki. Tup tup. Stuka do drzwi. Puszczam wodę z kranu. Taka onomatopeja.
- Czy jest pan za zniesieniem senatu? Wyciskam się przez okienko i po parapecie, gzymsach, rynnach na dach. Obok kot, też wystraszony. Baba wspina się i zaraz tup, tup po papie.
 – Czy jest pan za przyłączeniem ziem niesłusznie wyzyskanych do Niemiec?
Spokoju nie ma z tą babą. Postanowiłem walnąć ją cegłówką, ale na dachu cegłówki luźnej nie ma. Spuszczam się na kupę piachu. Kot za mną. Baba hyc. Skręciła nogę. Ankieta jej wypadła. Nos czerwony. Pozamykałem dom i teraz piszę. Jaka ulga! Nic to, że zaraz sąsiedzi zaczną, że u Jareckiego skandal. Że baba z ankietą leży. Wezwą karetkę, nie dbam o to. Nawet ksiądz może mnie wyczytać  w niedzielę, jako nieczułego na marny los baby.
Z Kukizem jest tak samo. Siedzi chłop w łazience, czyta Alchemię Futbolu naszego Gmocha, dłubie w nosie i kombinuje, jak uniknąć baby. A za drzwiami tup tup. Taki amant i bogacz to musi mieć w łazience wodotrysk. Włącza, by zagłuszyć onoatopeją, ale spod trąby porcelanowego słonia tylko kap kap.
- Czy weźmie pan udział w referendum? – Baba dopytuje Kukiza przez drzwi. Kukiz ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza, żeby nie zniechęcać siedemdziesięciu procent.
- Może zapyta mnie pani raczej o mój patriotyzm płciowy? – Bawi się rolką papieru. Zobaczcie, jak zagaduje. Jaki chytry... 

wtorek, 24 marca 2015

Czy uczestnicy kampanii wiedzą, że biegną na długim dystansie?

Warto przed zawodami poznać zasady nimi rządzące. Na przykład, jeśli mamy zagrać w nogę, musimy wiedzieć, że do piłki nie ma co się pchać z łapami, a wystawanie przez cały mecz pod bramką przeciwnika nie przyniesie nam korony króla strzelców, gdyż jesteśmy na spalonym. Nic tu do rzeczy nie mają nasze osobiste przekonania, nasza opinia na temat zasad gry i nasze przeświadczenie o własnych zdolnościach. Złośliwy sędzia liniowy zawsze podniesie chorągiewkę. Przed zawodami należy się skoncentrować. Miałem w pierwszej klasie liceum kolegę o dźwięcznym pseudonimie Willy, który miał ukruszony ząb na przedzie i nosił włosy do połowy pleców. W bójce okrutny i niezwyciężony, pozował na oryginała do tego stopnia, że w czasach, gdy Cejrowskiemu o niczym podobnym się jeszcze nie śniło, nasz Willy przychodził do szkoły na bosaka. Otóż zdarzyło się, że na lekcji wychowania fizycznego ( zaznaczę, że Willy był wówczas obuty) złośliwy nauczyciel zrobił nam sprawdzian biegowy na osiemset metrów. Przy czym, jako człowiek przesiąknięty niezdrową ambicją znalezienia w naszych niezainteresowanych bieganiem w kółko szeregach drugiego Juantoreny, wyznaczył jakiś osobliwy tryumf dla zwycięzcy. Po rozgrzewce długo rozwodził się nad zasadami biegu na średnim dystansie, który nam wydawał się dziwacznym maratonem, podzielił nas na grupy i przygotował stoper, oraz specjalną tabelkę. Byłem w pierwszej grupie razem z Willym. Stoimy na starcie, jak te łachudry i żal patrzeć, jak nędznie i z widocznym przymusem, pochylamy się lekko. Zerkam w lewo, a Willy wyrabia sobie trampkiem w żużlu blok startowy i klęka. Do biegu... Gotowi... Start! Jak nie ruszy, jak nie odpali torpedy! Po kilkunastu krokach zostawia nas daleko w tyle, a jeszcze łajdak przyspiesza. Tłuste kłaki łopoczą daleko przed nami, a po stu metrach Willy podnosi tryumfalnie ręce do góry i rzuca się ciężko dysząc na trawę. Mijamy go, a on krzykliwe składa reklamacje. Nauczyciel, ze względu na wzrost i tyczkowaty wygląd nazywany powszechnie „Długopisem” drze się z linii startu, że to dwa okrążenia! Willy się zbiera i próbuje gonić, ale nie dogania. Biedak, zamiast słuchać ględzenia o zasadach rządzących biegiem na osiemset metrów, męczył i zastraszał rywali opowieściami o swoich sukcesach sportowych w podstawówce.

Taką historyjkę sobie przypomniałem, oglądając trwającą kampanię wyborczą, gdy uświadomiłem sobie, że do mety zostało jeszcze prawie pięćdziesiąt dni, a rywalizujący zawzięcie chłopcy i dziewczyny rozpędzili się tak, jakby meta była tuż przed ich nosami. To wcale nie takie „w kij dmuchał” ponieważ rozłożenie sił w kampanii wyborczej jest cholernie ważne. Po pierwsze sam kandydat może nie wytrzymać tempa, po drugie jego sztab, po trzecie propagandziści medialni dopingujący swojego człowieka, a po czwarte, najistotniejszy uczestnik tych zmagań, czyli publiczność. 

Ile w końcu można wykonać szarż, ilu bez znużenia wysłuchać decydujących, otwierających oczy przemówień. Ile obwieścić afer kompromitujących kontrkandydatów i jak przy tym udawać świeżość? 

Czy naprawdę wszyscy wiedzą, na jakim dystansie startują? To mało, to jeszcze nic! Ledwie dobiegną do mety, zarówno zwycięzca, jak i przegrani, muszą się oblizać, napić wody i podyszawszy chwilę, stanąć na starcie nowego biegu. Szczególnie przegrani, którzy muszą jawnie pokazać swoim fanom, że ich wynik jest dokładnie taki, jakiego oczekiwali.

Komorowski i Duda, walczą o zwycięstwo, wyprzedzając rywali o kilkadziesiąt metrów. Gdyby byli końmi, można by wyliczyć to w długościach ich grzbietów, ale koń tym razem nie startuje, a w przypadku ścigających się ludzi, gadanie o długości jest nieco wulgarne.  Duda ruszył nieco jak Willy, ale na szczęście ktoś go nieco przyhamował, co znaczy, że ma zamiar finiszować. Prezydent biegnie, jak na majestat przystało. Dudnią jego ciężkie kroki po bieżni i choć wzrok ma dość dziki, jednak efekt sztucznego wspomagania  daje mu na razie pewną przewagę. Złośliwi twierdzą, że ścigający go Duda jest narażony na działanie specyficznej broni chemicznej, która nie jest bynajmniej nieświeżym oddechem.

Walka o trzecią pozycję jest równie ciekawa. Rutynowany w pogoni za laurem Korwin, nie bacząc na swój wiek zasuwa w podskokach. Co prawda niespecjalnie zbliża się do uciekającej dwójki, ale nie można mu zarzucić, że swój udział w zawodach finguje. Czy wytrzyma tempo wojaży i niekończących się spotkań i wreszcie wskoczy na podium?

Kukiz, którego „lornetują” fani z ostatnich rzędów, sadzi za Korwinem wielkimi susami i nawołuje, by zaczekał to może jesienią pobiegną w sztafecie.

Dama Ogórek ubrana w białe prześcieradło, zamiast biec, próbuje straszyć biegnących, co jakiś czas wyskakując z krzaków przy bieżni, jako duch nowych czasów, ale nie ma wystarczająco przerażającego wyglądu. Startowały jeszcze dwie damy, które akurat ten wymóg spełniały z naddatkiem, ale ostatnio zaginęły w akcji.

Inny znowu Jarubas, ni mniej ni więcej, tylko siedzi na taborecie i studiuje wyniki wyborów samorządowych. Od czasu do czasu wzdycha po czesku, że to se ne vrati!

Kowalski ćwiczy trójbój siłowy, ponieważ nie rozróżnia konkurencji w jakiej startuje. a Palikot gdzieś zaginął. Jedni mówią, że liczy podpisy poparcia, inni, że kanary schwytały go w autobusie na jeździe bez biletu.

Słońce świeci i nie grozi mu w najbliższym czasie żadne zaćmienie. Ptaszki ćwierkają, pąki pęcznieją i wiosna w całej swej urodzie, a oni biegną. Niech pędzą, my nie musimy. Rozejrzyjmy się trochę po słodkim świecie, który istnieje dla nas, także po to, by go obserwować, póki jeszcze możemy.


Ważne, by uważnie patrzeć na sędziów, nie wierzyć wrzeszczącym komentatorom a przede wszystkim nie pozwolić, by ktoś gmerał przy fotokomórce, bo widzę, że finisz będzie, bez obrazy, łeb w łeb.