wtorek, 20 marca 2018

Tylko Becia!


Nie jestem ani z Prawa i Sprawiedliwości, ani z Warszawy, co znaczy, że zajmuję akurat taką pozycję jak trzeba, by zabrać głos w sprawie wyborów na prezydenta naszej wspaniałej stolicy. Patrzeć z oddali jest łatwiej, szczególnie gdy się patrzy na ludzi, nie na otaczający ich nimb, czy sprzedawane nam w mediach wyobrażenie o nich. Zacznę od tego, że walka wyborcza o warszawski stolec, bynajmniej nie jest degradująca politycznie dla pani premier, a szybkie „zagospodarowanie” tak ważnej postaci partii rządzącej wydaje się w sensie czysto politycznym jednym z priorytetów. Dodatkowym plusem kandydatury Beaty Szydło jest fakt, że kandydaci o których obecnie się mówi, czyli panowie Dworczyk i Jaki mogliby z powodzeniem zająć miejsca u jej boku, zarówno w trakcie kampanii, jak i porządkując po ewentualnym sukcesie przesławny warszawski ratusz. Jeden jako pragmatyczny urzędnik, drugi jako pogromca i trybun ludowy, w sensie współczesnym, oczywiście.

Niech mi wybaczą miłośnicy pana Jakiego, ale wasz lider w ogóle nie kojarzy się ze sprawowaniem władzy. Nawet nie chodzi o jego wiek, a raczej o niefrasobliwość, czy może bardziej gorączkę publicystyczną przenikającą jego wypowiedzi oraz działania. Pan Dworczyk z kolei, wbrew swemu dość emocjonującemu życiorysowi jest szary, szarością osób poruszających się na zapleczu wielkiej polityki. To pożyteczna cecha, ale i oczywista droga do klęski dla partii, które wystawi go na czoło takich zmagań, jak walka o warszawską prezydenturę. O panu Sasinie, poruszającym się gdzieś na obrzeżu, taktownie pomilczę.

Rzecz sprowadza się w zasadzie do dwóch pytań: Czy pani Szydło nie jest przypadkiem obrażona z powodu zmiany na stanowisku premiera, co może zostać przedstawione jako zmęczenie/wypalenie funkcją premiera, oraz czy Prawo i Sprawiedliwość podejmie tak znaczące, w przypadku porażki pani Beaty ryzyko. Nie oszukujmy się, w sytuacji, gdy w kontekście wyborów samorządowych szanse opozycji na sukces są mierne, wybory na stanowisko prezydenta stolicy zgromadzą wokół siebie uwagę mediów w stopniu znaczniejszym, niż kiedykolwiek. Ewentualny sukces pana Trzaskowskiego zostanie ogłoszony jako niezwykłe wprost zwycięstwo i zmiana kierunku wiejących w Polsce wiatrów politycznych. I nie zmieni tego fakt, kogo wystawi PiS. W przypadku pana Jakiego, będzie się to wiązało z otrąbieniem, że warszawiacy w nosie mają firmowaną jego nazwiskiem komisję i efekty jej pracy.

Moim zdaniem Prawo i Sprawiedliwość może zwyciężyć tylko wtedy, gdy postawi  wszystko na szali i podejmie stosowne do wagi wydarzenia ryzyko. Pocieszanie się słabościami pana Trzaskowskiego jest dziecinadą, ponieważ elektorat opozycji zupełnie nie będzie na nie zważał. W drugiej turze opozycja mogłaby wystawić nawet jego czapkę, by zyskać podobną ilość głosów. Tu żartów nie ma, bo w grę wchodzą naprawdę duże interesy.

Myślenie, że Beata Szydło nie nadaje się, ponieważ nie kojarzy się z Warszawą jest błędem, ponieważ kojarzy się z czymś więcej, a mianowicie z władzą. Poza tym, jest moim zdaniem jedyną wśród potencjalnych kandydatów PiS osobą, która wyciągnie z domów tych, którzy przeważnie na wybory samorządowe machają zniecierpliwieni rękami, a nogi nie niosą ich do lokali wyborczych.
Opozycja chce mieć poważne starcie w Warszawie, niech ma! Chce walki kampanijnej na wysokim poziomie, proszę bardzo!

Dla mnie kandydatura pani Beaty Szydło jest jedyną prowadzącą do zwycięstwa, ale jak wspomniałem na wstępie nie jestem z Prawa i Sprawiedliwości, a moje warszawskie korzenie zerwane zostały w roku pańskim 1944, czy tuż przed tym, nim powstała nowa Warszawa i jeszcze nowszy Warszawiak.

piątek, 9 marca 2018

Album rysunków Niewolnika własnych genów


Dostałem wczoraj piękny prezent. Żona naszego nieodżałowanego artysty, podpisującego swoje rysunki: Niewolnik własnych genów, pana Adama Wycichowskiego przysłała mnie, niegodnemu, pięknie wydany album jego prac z lat 2009-2016. Gdy rysował dla nas, bo On dla nas, dla braci blogerskiej tworzył, wielu takich jak ja, wyczekiwało na kolejne jego dzieło, kolejny komentarz do naszej dziwnej, a czasami zabawnej rzeczywistości. Teraz, gdy przeglądam jego prace, uporządkowane w sposób ostateczny, mam wrażenie, że przechadzam się po moście czasu, bo to nie tylko humorystyczny komentarz do wydarzeń politycznych, ale przede wszystkim opowieść o naszych emocjach, nadziejach i rozczarowaniach. Poza tym, to także historia blogosfery, opowiedziana poprzez pryzmat konfliktów na ówczesnym Salonie 24 i nie tylko. Tamże logo i rysunki dla Szkoły Nawigatorów.

Na stronie http://adamwycichowski.se można obejrzeć rysunki, album, dwa filmy Niewolnika i zdjęcia stadionu, na którym reprezentacja Szwecji gra w piłkę nożną, a którą to arenę współtworzył jako architekt, pan Adam.
Bardzo żal, ale życie bywa w swoich okrutne. Coś znaczącego zostało. Coś, czym możemy samolubnie się cieszyć. Jeszcze raz serdecznie dziękuję.

Poniżej moje nieudolne zdjęcia okładki albumu i jednego z ulubionych rysunków, dziwnie pasującego do aktualnych dylematów naszej uroczej opozycji:



środa, 7 marca 2018

Sprawa Onetu


Wczorajszy szum, wywołany przez dziennikarzy Onetu nie jest zwykłym szumem medialnym, ani kolejną akcją dezinformacyjną do jakiej przywykliśmy. Mam naiwną nadzieję, że tym razem nie skończy się na połajankach i ogólnym ględzeniu o tym, kto i co miał na myśli. Panowie dziennikarze, którzy raczyli wczoraj uderzyć ( tak, dosłownie uderzyć ) w stosunki polsko – amerykańskie, znaleźli się „o jeden most za daleko” że się tak wyrażę. Liczyli na oddźwięk i taki znaleźli. Najpierw wśród krajowych cymbałów, a następnie, z czego doskonale zdawali sobie sprawę, wśród zagranicznych kolegów po fachu, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt przychylnych sprawom polskim.

Ich działanie zaowocowało oświadczeniem amerykańskiego departamentu stanu. Wiedzieli chyba, że tak się impreza zakończy, no chyba, że są już kompletnymi idiotami. Przecież nawet, gdyby ich informacje były w stu procentach prawdziwe, a nie jak zwykle opierały się na przeświadczeniu o wyższości własnego, maniakalnego oglądu świata, nad rzeczywistym, nikt przytomny by ich wywodów nie potwierdził. To jest inna zupełnie liga i kmiotek z onetowskiej B klasy, może sobie co najwyżej possać palec pod drzwiami. Nie zmienia to faktu, że z każdego możliwego punktu widzenia było to celowe działanie na szkodę polskich interesów i tak, a nie w kategorii publicystycznego pitolenia należy patrzeć na sprawę Onetu. Nawet, gdyby rzecz cała pomyślana była jedynie na użytek wewnętrzny, w co nie wierzę, nie zmienia to zakresu moich zarzutów.

W Polsce, początkowo ostrożnie, a z upływem godzin coraz śmielej, temat podchwyciły rodzime medialne grupy opętańców , źródła amerykańskie mnożyły się jak króliki, uchodzący za wyważonych w opiniach publicyści zaczęli swoje: „a nie mówiłem”. Miałem wrażenie, że i po tak zwanej prawej stronie, część ludzi jakby objadła się szaleju. I gdyby sprawa nie była tak poważna w zamysłach, nazwałbym ją kolejną hecą, którą można śmiechem skwitować. Tyle tylko, że sprawy międzynarodowe to nigdy nie jest powód do śmiechu, a fakt, że coś takiego jak Onet zabiera się śmiało za kreowanie konfliktu pomiędzy Polską a USA napawa grozą.

Zabiera się, bo ma ku temu podatny grunt. Bo jest, jak się niestety okaże za moment, całkowicie bezkarny i następnym razem z powodzeniem powoła się na źródła, choćby marsjańskie. Jeden poda temat drugiemu, drugi zacytuje pierwszego i nasz rząd stanie w głupiej sytuacji, jako psujący stosunki międzyplanetarne.

Dziwię się tylko, że taki prostak i burak jak ja, potrafi odczytać intencje i oznaczyć prawidłowo prawdopodobieństwo zdarzeń, a wielu takich, którzy każą się szanować publiczności, zgoła nie potrafi. Wiem, że część z wrodzonego cynizmu, ale reszta… Naprawdę można zapłakać nad stanem polskich mediów, widząc ludzi, których miejsce jest na przysłowiowym Pudelku, opowiadających zdumionej publiczności o polityce międzynarodowej.

W powyższym tekście celowo nie wymieniłem żadnych nazwisk. Raz, że tekst byłby dłuższy, a miał być krótki, dwa, że wymieniając nazwiska twórców i tych, którzy powielali onetowską prowokację, niewątpliwie przeszedłbym do epitetów, czego ostatnio staram się unikać, a trzy, że wszyscy ci ludzie, ze względu na kaliber sprawy, stali się dla mnie ludźmi „niewymownymi”. I niech każdy tą „niewymowność” rozumie jak chce.

czwartek, 22 lutego 2018

Wrogość jest łatwa


Od razu dodajmy, że wrogość obarczona wszystkimi jej konsekwencjami łatwa być przestaje. Czym innym jest bowiem zwykłe pyskowanie, a czym innym działanie na szkodę kogoś wybranego na wroga. Bo wróg to figura, stanowisko bez mała. W polityce wrogość jest powszechna, ale nie przypadkiem trwa przeważnie między sąsiadującymi ludami. Trwa często przez stulecia, pomimo szumnych deklaracji państw. Zasypywana i odgrzebywana, gdy zachodzi potrzeba wojenna, zawsze może liczyć na całkiem samodzielny, niesterowany odgórnie rozkwit. Potocznie, jako przykład całkowitego spacyfikowania wrogości, podaje się pojednanie francusko – niemieckie. Dolary stawiam przeciwko orzechom, że gdy zajdzie potrzeba, wystarczy zdjęcie tabu i pół roku propagandy, a przedstawiciele tych zacnych nacji zaczną się ganiać z toporkami po ulicach uroczych alzackich miasteczek. Pojednania i ogólna szczera miłość, nie jest przecież wynalazkiem współczesnym.

Tyle, że nawet najbardziej odporny na wiedzę geograficzną człowiek, nie będzie twierdził, że Polska graniczy z Izraelem. Patrząc zaś ze strony mentalnej, historycznej i każdej innej, graniczy jak najbardziej, a wzajemna wrogość na poziomie niższym niż państwowy jest nadal wrogością sąsiadów. Wbrew rzewnym opowieścią polityków, którzy załamują teraz ręce nad upadkiem wzajemnych stosunków, wrogość i jej nieodrodna córeczka nieufność przez cały okres po 1989 roku miały się jak najlepiej. Różnica w tym, że w Izraelu, a szczególnie wśród diaspory amerykańskiej była wielokrotnie wyrażana śmiało, głośno i publicznie, wspierana grantami na uczelniach, a w publicystyce wręcz warunkowała sukces, o ile autor raczył pisać o kwestiach polsko – żydowskich. U nas zaś ukryta jako wstrętny antysemityzm, obarczona ryzykiem kary i absolutnego ostracyzmu politycznego i towarzyskiego, przecież przetrwała, ponieważ wrogość ma silniejsze geny niż ckliwość.

Pytanie jest takie, co jest w sensie społecznym, moralnym i politycznym lepsze? Czy udawana zgoda i przyjaźń, czy szczerość we wzajemnych stosunkach, choćby ta szczerość była lodowata jak wykuta z lodu kość cholernego mamuta? Bo wzajemne pokrzykiwania zaraz się skończą i wszystko wróci na tory polityki oraz codziennych interesów. Mniejszych i większych. Dobrych i złych, ale przecież zwyczajnych, jak to między ludźmi. Być może w polityce nadejdzie okres zlodowacenia, ale to akurat nic wielkiego. Szczególnie Izrael ma w takich stosunkach doświadczenie, gdyż jego dyplomacja, postrzegana u nas jako znakomita, niespecjalnie udolnie szuka i szukała w świecie przyjaciół i sojuszników. Oczywiście USA, ale Stany Zjednoczone, choć są militarnym hegemonem i gwarantem izraelskiej państwowości, nie są przecież służącym, biegającym na posyłki dla Izraela, choć z niektórych wypowiedzi jego samorzutnych przedstawicieli można wysnuć taki wniosek. Ale to przecież bujda.

Co dzisiaj powinna robić polska dyplomacja, polski rząd? Moim zdaniem, w zasadzie nic, czyli swoje. Należy pozwolić wypalić się wrogości, dać się wykrzyczeć tym, którzy koniecznie chcą krzyczeć, bo zaraz wszystkich zabolą gardła od wrzasku i ani się obejrzymy, a na polu zmagań zostaną tylko ci, którzy bez polsko – żydowskiej wojny żyć po prostu nie potrafią. Wbrew powszechnej opinii, to Izrael jest dzisiaj w nieco trudniejszej sytuacji, choćby dlatego, że zimna wojna z Iranem, nabiera powoli barwy krwi. Zauważę, że po dwóch tygodniach zaczyna przebijać się do szerszej publiczności myśl, którą wyraziłem po pierwszym występie premiera Netanjahu, że celem konfliktu z Polską nie jest, jak sądzono potocznie kwestia wyłudzenia odszkodowania finansowego, a odciągnięcie USA z Europy Środkowej, by zogniskować całą moc, ponownie na bliskim wschodzie. Moc polityczną oczywiście, bo nie chodzi tu przecież o te kilka tysięcy żołnierzy. Można tu domniemywać realizację jakichś rosyjskich roszczeń, w zamian za neutralność wobec ewentualnego konfliktu z Iranem. To oczywiście moje dywagacje, czyli dywagacje publicystyczne, w najlepszym razie. Na razie wolno takie snuć, więc czemu nie?

Wracając do wrogości. Wczoraj mieliśmy przykład w postaci nieszczęsnego filmiku wyprodukowanego przez amerykańską fundację Ruderman Family. Na szczęście nasz rząd wobec tej prowokacji trzymał gębę na kłódkę. Teraz dowiadujemy się, że filmik zdjęto na skutek protestów samych Żydów. Ten wyczyn można traktować dwojako, albo jako typowe „o jeden most za daleko” albo paradoksalnie, jako próbę załagodzenia konfliktu, tak jak można zgasić ognisko, wrzucając do niego odbezpieczony granat. Rozleci się, może gdzieniegdzie tlić się jeszcze jakaś gałązka, ale ognisko siłą rzeczy przestaje istnieć.

Powtarzam: Wrogość jest łatwa, ale żyć trzeba! Ani prowokacjami, ani pobożnie dobrotliwym gadaniem, nie umniejszymy jej ani o krzynę. Ci, którzy z niej żyją, może przez chwilę będą lepiej żyli, ale czy ja mam w tej wrogości jakiś interes?  

środa, 21 lutego 2018

Zandberg we mgle


Dzisiaj na stronie GW głos zabrał nieoficjalny przywódca lewactwa, pan Zandberg. Fakt, że krąży we mgle, to komplement, świadczący chociażby o ruchu, który daje świadectwo jakiegoś tam życia. Jak to z lewakami bywa, należy zacząć od końca. Pointa jego tekstu jest taka:
Im szybciej skończy się lament o końcu demokracji, a zacznie rozmowa o godnej pracy, kryzysie w szpitalach, prawie do aborcji czy szwankującym transporcie publicznym, tym gorzej dla PiS. I lepiej dla Polski.”
Trochę to podobne do deklaracji PO, a szczególnie Nowoczesnej, ale apelując do ludu, trudno uniknąć tego typu sformułowań. Ciekawe jest to, że w samym tekście nie pojawia się żaden poważny powód, dla którego lud roboczy miast i wsi miałby odsuwać PiS od władzy. Może nie znam się na czytaniu ze zrozumieniem, ale gdyby wyciąć przywołane powyżej zdanie, resztę tekstu mógłby podpisać socjalistycznie motywowany wyborca Prawa i Sprawiedliwości, a jest takich całkiem sporo, i nie tylko wyborców.
Muszę najpierw pochwalić pana Zandberga, co w moim przypadku można porównać do pomysłu wyrwania sobie zęba przy użyciu kombinerek, ale widzę, że po stronie opozycyjnej, to nasz lewak jest najbliższy odkrycia pewnej prostej prawdy. Otóż świadoma decyzja wyborcza jest podejmowana w oparciu o ocenę wieloskładnikowego pakietu danych i osobistych osądów. Ludzie, wbrew temu, co wmawiają sobie polityczne elity, bynajmniej nie głosują powodowani zachwytem nad hasłami, obietnicami, czy pragnąc wyrazić swój gniew. Nie twierdzę przy tym, że przed wrzuceniem kartki do urny, każdy dokonuje analizy programów, ani czyni coś w rodzaju politycznego rachunku sumienia. Po części odbywa się to w sposób intuicyjny, a po części środowiskowy. I nie mam tu na myśli, ciągle podnoszonego przez politycznych dziwaków mitycznego od dawna wpływu kościoła, czy innych namaszczonych autorytetów. Stadność typu zarzucanego elektoratowi PiS występuje raczej po drugiej stronie politycznej barykady, gdzie posiadanie poglądów szeroko rozumianych jako konserwatywne, jest dyskredytujący towarzysko.
Wytłumaczę na przykładzie 500+. Śmiesznym „graalem” opozycji było i po części nadal jest przeświadczenie, że PiS kupił tym programem wyborców, co nie przeszkadzało kombinować, w oparciu o przeświadczenie o niskim statusie moralnym Polaków, że przeciwwagą dla tego „kupienia” będzie zawiść tych, których program nie objął. W tej dwoistości rozumowania zawarta jest jedna z przyczyn porażek naszych, pożal się Boże, liberałów. Zandberg, choć nie artykułuje tego wprost, chyba zdaje sobie z tego sprawę. To są oczywistości, ale dla silnie zideologizowanego polityka, to jednak musi być odkrycie.
Cały akapit poświęca nasz lewak usankcjonowanemu zależnością służbową gnojeniu, jak to zgrabnie określa. Staje tu oczywiście po stronie gnojonych, czemu nie sposób się dziwić i co należy pochwalić. Pisze tak:
Tak, mamy w Polsce problem z poniżaniem i gnojeniem. Nie tylko w polityce. Szef poniża podwładnych, ordynator – rezydentów, sieć supermarketów – swoich dostawców. Zbudowaliśmy system, w którym silniejszy czerpie siłę z poniżania słabszego. W takich warunkach nie da się budować wspólnoty. Ale przypisywanie winy wyborcom jednej partii nie ma sensu.”
Myli się tylko w konkluzji, bo wspominając o braku winy jednej partii, chyba ma na myśli PiS, a wymienione przykłady, akurat z elektoratem czy działaniami tej partii mają tyle wspólnego, że próbują z tym systemem walczyć, w mniej czy bardziej udolny sposób.
Rację ma też Zandberg, gdy pisze o uporczywym poszukiwaniu przez liberałów lidera i konkluduje, że skończy się to klęską. Nie ma szans, ponieważ nie da się ugotować zupy grzybowej, z grzybów znalezionych na Saharze. Być może jakieś tam rosną, ale prawdziwków nie da się znaleźć. Już dawno ta strona sceny politycznej zużyła swoje autorytety w codziennej walce politycznej. To zresztą jest zjawisko szersze i dotyczy wszystkich stron sporu, ale PiS ma chociaż Kaczyńskiego, a szanowna opozycja może tylko bezradnie rozłożyć ręce.
I tak, całkiem sensowne wywody pana Zandberga zmierzają ku krainie baśni, bo jak inaczej można traktować przedostatni akapit jego tekstu:
Żeby Polska po PiS-ie stała się faktem, freelancerzy i pracujący w wielkich korporacjach muszą się dogadać z klasą ludową z Miastka. To nie będzie takie trudne. Nawet bez badań Gduli wiemy, jak wiele nas łączy. Że sekretarka z warszawskiej korporacji i sprzedawczyni z Miastka tak samo chcą liberalizacji ustawy aborcyjnej. Że społeczeństwo wcale nie jest tak homofobiczne czy konserwatywne, jak chcieliby tego politycy PiS. Że dzielimy wiele problemów (stołecznej „klasy kreatywnej” też często nie stać na ratę kredytu; ona też nie może się dostać do lekarza czy zapisać dziecka do żłobka). Że wszyscy potrzebujemy państwa, które nie zostawia ludzi za burtą.”
Zwróćcie uwagę, że próżno tu szukać powodu, dla którego społeczeństwo miałoby się odwrócić od PiS-u, bo tak należy rozumieć to zaklęcie. W zasadzie wychodzi na to, że jedyną logiczną zmienną, znowu jest tu aborcja. To trochę jak leninowska elektryfikacja, ale czy nie będąc lewakiem można stawić takie kwestie na tej samej płaszczyźnie? To prowadzi do horrendalnych wręcz wniosków. Ci freelancerzy, ta „klasa ludowa”, która notabene pojawiła się i wczoraj w bełkociku pani Lubanuer…
Zaklęcia są domeną bajek, a tutaj jest scena polityczna i społeczeństwo składające się z żywych ludzi, o czym ideolodzy chętnie zapominają. Niemniej wypowiedź pana Zandberga, świadcząca o tym, że kręci się we mgle własnych ideologicznych uwarunkowań, przynajmniej przez kontrast wobec zgoła nieprzytomnych rozważań liderów PO i Nowoczesnej wydaje się znośna. Oczywiście, jak na zagorzałego lewaka, ale zawsze to coś.
Chciałbym jedynie uzyskać od niego odpowiedź na dwa pytania:
1.     Dlaczego łaknie odsunięcia od władzy Prawa i Sprawiedliwości?
2.     Jeśli to nastąpi, w jaki sposób chce realizować swoje lewackie marzenia, pod rządami triumwiratu PO, Nowoczesna, PSL?
No chyba, że wierzy we własne i absolutne zwycięstwo, ale w takim przypadku, mógłby dodać akapit o roli jednorożców i wróżek w obaleniu kaczystowskiego reżimu.

wtorek, 20 lutego 2018

Miastko, Miastko!


Człowieka głupiego łatwo rozpoznać, ponieważ lubi chwalić się swoją głupotą. Zabawne potwierdzenie tej tezy można znaleźć na stronach internetowych Gazety wyborczej, gdzie liderzy największych, zawzięcie opozycyjnych partii roztrząsają własną niewiedzę na temat polskiego społeczeństwa i mechanizmów, które wyniosły PiS do władzy i które, gdy zostaną oswojone, ich samych popchną na fotele ministerialne i inne. Tym razem, powodem do zorganizowanego przez Wyborczą cyklu wynurzeń są wyniki badań doktora Gduli przeprowadzone w Miastku, które w pewnym stopniu zepsuły doskonałe samopoczucie opozycyjnych liderów. Te wyniki mają to do siebie, że potwierdzają oczywiste wnioski, jakie każdy w miarę przytomny obserwator sceny politycznej mógł wyciągnąć dzień po wyborach parlamentarnych, a głębiej zainteresowani tematem, już w trakcie kampanii wyborczej.

Już sam fakt, że dwa lata zajęło PO wyciągnięcie wniosków z porażki, która w tym czasie zdążyła zmienić się w zjazd sondażowy i zapowiedź prawdziwej klęski jest kompromitujący dla jej liderów. Jeszcze lepsze jest to, że kandydat na prezydenta Warszawy, pan Trzaskowski, nawet po przyswojeniu sobie raportu Gduli, nadal zdaje się niczego nie rozumieć. Przynajmniej tak wynika z jego tekstu, choć  można przyjąć, przymykając oko na jego błazeńską retorykę, że próbuje skroić swój tekst pod warszawski elektorat, przynajmniej taki, jakim go sobie wyobraża. Taki, prawda, prywatny interesik na boku.

Na wstępie pan Trzaskowski opowiada, jak od dwóch lat zastanawiają się w PO nad przyczynami porażki. Dotychczas uważali, dla łatwości wytłumaczę skrótowo, że na PiS zagłosowała biedota i chamy, a teraz doktor Gdula przekonał ich, że jednak nie. Dotychczas uważali, że ludzie sycą się samym pieprzeniem o wzroście gospodarczym, a tu okazało się, że nie. Doprawdy, odkrycie w iście kopernikańskiej skali, że elektoratu nie cieszą „majonezy” zjadane przez ich przedstawicieli. Receptą na to jest ogłoszenie końca transformacji. O tak, ludzie wyczekują oświadczenia pana Schetyny, wygłoszonego w tym duchu. Aby pozyskać młodzież, możecie nawet ułożyć i zaśpiewać piosenkę o końcu transformacji.

Liderzy PO zauważyli też nagle, że ludzi niespecjalnie obchodzi ich ględzenie o zagrożeniu wolności, jako zbyt abstrakcyjne. Oczywiście, fakt, że sami zrobili ze swoich ostrzeżeń kabaret, że dali w swoim imieniu przemawiać największym krzykaczom i politycznym osłom, nie ma na ten odbiór żadnego wpływu, ponieważ elektorat, nagle znowu ciemny, nie jest w stanie nadążać za obrazem abstrakcyjnym. Dalej jest już tylko lepiej. Oni są elitą, PiS populistyczny, a bibliotek nie ma. Bije się w piersi kandydat na prezydenta Warszawy i nawet zauważa, że elita nie ma dobrych manier i język jej nieco zbyt potoczny. No proszę, ale nadal, pomimo tych drobnych niedociągnięć, elita jest i będzie elitą. Teraz zajmie się pomaganiem najsłabszym, oczywiście w ramach odzyskiwania autorytetu. I teraz cytat:

Miejsce opozycji jest dziś przy kobietach, których prawa są zagrożone, cudzoziemcach na ulicach naszych miast, gejach, żydach, a nawet cyklistach (w kontekście ruchów miejskich piszę o tym śmiertelnie poważnie).”
Reszta to banialuki, ale powyższy cytat świadczy o tym, że Platforma Obywatelska staje do walki raczej z Partią Razem i osobiście uważam, że jeśli się odpowiednio natęży, ma szansę pokonać pana Zandberga. Uwaga o „cyklistach” ma chyba świadczyć o tym, że przy okazji zostanie też rozgromiony na stołecznym gruncie, znany rowerzystożerca redaktor Łukasz Warzecha. Dziwi nieco „żyd” z małej pisany litery, ale najwyraźniej PO nie ma zamiaru stawać w obronie Żydów o nastawieniu ateistycznym. Program jak program. Powodzenia życzę!
Następnie w szranki wstąpiła pani Lubnauer, która nie musi się kajać za lata rządzenia i może śmiało bić  się w peowskie piersi. Ogłasza się liberałem i obiecuje, że razem z innymi liberałami przestanie zdradzać klasę średnią. Po prostu pięknie! Przywołuje nawet badania, wedle których sformułowali swój wyborczy target dwa lata temu. I wygrali, wchodząc do sejmu. Pozwolę sobie w tym miejscu na osobistą dygresję: Przyjaźnie się z facetem, który głosował na Nowoczesną, jako partię „młodych specjalistów” z całym korporacyjnym obciążeniem, wierząc, że wniosą do polityki nową jakość i z biegiem czasu staną się przedstawicielami przynajmniej części klasy średniej. Tłumaczyłem chłopu, że to bujda, ale się uparł i zagłosował.
I co zobaczył ten starannie wykształcony wielkomiejski cwaniak? Otóż zobaczył bandę wrzeszczących histeryczek pod wodzą lidera sprawiającego wrażenie lekko zaburzonego, w sensie postrzegania rzeczywistości. Tego, co teraz mówi o swoim wyborze, nie da się zacytowaćć w sposób cywilizowany. Bywa i tak.
W tekście liderki Nowoczesnej, przez który trudno się przedrzeć, ze względu na nagromadzenie ogólników, pobożnych życzeń i oczywistości, dochodzimy w końcu do recepty na pozyskanie tych nieszczęsnych średniaków. Nowoczesna odkrywa, że aby ich pozyskać, aby chętniej płacili podatki, należy podnieść jakość usług publicznych. Nie wszystkich od razu, ale dwóch – trzech z pewnością. Należy:
„… solidnie je dofinansować, zreorganizować, zreformować, stanąć na głowie, aby zmieniły się w najlepsze na świecie i żebyśmy byli z nich dumni. Według mnie powinny to być w pierwszej kolejności ochrona zdrowia i edukacja.”
Rozumiem, że gdy Nowoczesna dojdzie do władzy, nasze dzieci będą uczyć dobrze opłacane nauczycielki, a szczęśliwe swym dobrobytem pielęgniarki… Jakbym gdzieś już to słyszał. I znowu warstwa pustosłowia, gdzie klasa ludowa pojawia się jako rodzynek. PiS nie szanujący ludzkiej pracy, prości ludzie ( ach ci prości ludzie – po prostu ich uwielbiam ) aż dochodzimy do recepty, która brzmi tak:
„Poza dobrymi usługami publicznymi i wolnością gospodarczą ważne są też takie sprawy jak rozdział Kościoła i państwa, wprowadzenie związków partnerskich czy poszerzania praw kobiet. My, liberałowie, nie możemy się bać o tym mówić! Prawa człowieka nie mogą być traktowane jak ekstrawagancja.
I to jest nasza mocna kontra do świata PiS, a często też do świata poprzedników.
Większość Polaków niezależnie od przynależności do różnych klas oczekuje wizji państwa skutecznego, silnego, dobrze zorganizowanego, ale jednocześnie promującego przedsiębiorczość, chroniącego wolności i prawa obywatelskie. I po to jest Nowoczesna.”
Podczas lektury obydwu tekstów, cały czas przypominał mi się film Allena „Bierz forsę i w nogi”. Sam tytuł dość dobrze oddaje stosunek liberałów rodzimego chowu do państwa i zamieszkującego go ludu, ale męczyło mnie, że jest w tym filmie lepiej pasująca do tej debaty pointa. Nie mogłem się zdecydować, czy jest to sam Allen, który napadając na bank, daje kasjerowi kartkę z żądaniem, które jest obarczone błędem ortograficznym, co wywołuje dyskusję, co w zasadzie jest na niej napisane. Czy lepsze jest może przeprowadzenie w trakcie napadu głosowania wśród klientów, która z dwóch band, ma rzeczony bank obrabować?
 W końcu uznałem, że najlepiej do naszej opozycji pasuje jedna z przewin, wymieniona w liście gończym, rozesłanym za bandą Allena. Otóż wśród wielu okropieństw, które są tam wymienione, pojawia się zarzut rozebrania się do naga przed własną teściową. Uważam, że symbolika tego zadziwiającego czynu najlepiej pasuje do opisanych powyżej przemyśleń ludzi, aspirujących do objęcia władzy w Polsce.


niedziela, 18 lutego 2018

Z cielęcia byk


Głupie pod każdym względem jest licytowanie się z Żydami na wzajemnie wyrządzone sobie krzywdy, ponieważ licytujący z naszej strony zawsze polegną. Po pierwsze dlatego, że druga strona nigdy przy sprawdzeniu nie pokaże swoich kart, a jeśli zostanie do tego zmuszona, zaraz wyciągnie aneks do zasad gry, gdzie na pierwszym miejscu stoi jak byk, że akurat ich układ kart wygrywa.
Cała sztuka polega na tym, by rzecz sprowadzić do właściwych wymiarów. I na tym polu, premier Morawiecki wykonał wczoraj ruch kapitalny w swojej prostocie. Zarówno pytanie, jak i szum, który wypełnił media po jego odpowiedzi, były doskonale przewidywalne, w związku z czym odpowiedź pana premiera, nie dość, że była przygotowana, to nie mogła być inna.

Mowa jest tutaj bowiem o próbie szantażu moralnego i językowego, która się nie powiodła. Teraz druga strona może albo rzucić karty i wrzeszczeć, albo kolejną licytację zacząć od żądania uznania własnej nieposzlakowanej świętości. Tak czy owak, jej pozycja nie jest najlepsza, o czym świadczą wczorajsze twitterowe wywody naszego Eli Barbura, że Żydzi, jeśli kolaborowali i donosili, czynili tak w nadziei na uratowanie swojego i swoich najbliższych życia, a Polacy z powodu antysemityzmu i pazerności. Przyznacie, że to już nowa płaszczyzna rozmowy, ale i tak są to kwestie drugorzędne, bo i sam spór historyczny jest tylko składnikiem jak najbardziej współczesnej politycznej narracji. Oto, ku zdumieniu światowych mediów, Polska nie tylko ma swoje racje, ale śmiało je prezentuje.

Przy okazji zwrócę uwagę, że opowieści o tym, jak to świat zastygł w oburzeniu i pokrewne bajędy godne pięciolatka, tak naprawdę dotyczą redakcji mediów, zafiksowanych na problematyce około żydowskiej. Ich dobre prawo, ale co tu mieszać na przykład PT Chińczyków? Owszem, jeśli ktoś patrzy na świat przez dziurkę od klucza, takie wrażenie może odnieść.

Właściwy wymiar sprawy jest jednocześnie znaczący i niewielki. Nie ma w poprzednim zdaniu sprzeczności, ponieważ i kula karabinowa jest niewielka. Znaczący jest w tym sensie, że dotychczas wątpiącym ukazuje dziwny dla nich fakt, że jakaś tam Polska ma własne zdanie i nie zawaha się go użyć. Oczywiście nasi niedawni wewnętrzni nadzorcy, na samą myśl o jakiejkolwiek samodzielności dostają spazmów i drgawek, ale do tego chyba wszyscy przytomni zdążyli się już przyzwyczaić. Inną sprawą jest ogłaszanie, że rząd Morawieckiego zniszczył znakomite stosunki Polski z Izraelem, pieczołowicie wypracowywane przez ponad ćwierć wieku. To też bujda, no chyba, że ktoś ponad wszystko przedkłada import narracji historycznej. W tej dziedzinie naprawdę może być ciężko, szczególnie tłuścioszkom handlującym polskim narodowym wstydem. Ale nawet w tej dziedzinie należy powiedzieć jasno, że popyt na ten towar dawno już się wyczerpał. Niewielki, bo co do bilansów handlowych jestem dziwnie spokojny. Nie przewiduję exodusu z Polski izraelskich biznesmenów, z deweloperami na czele, ani też załamania współpracy wojskowej. To, w przeciwieństwie do politycznych pokrzykiwań są sprawy poważne.

W Polsce ludzie muszą po prostu przyzwyczaić się do normalnej polityki, która polega między innymi  na zarządzaniu konfliktami, walce o własne, ściśle narodowe interesy, stawianiu przeszkód i udzielaniu łaski, nie zaś… No, dobra. Odpuśćmy sobie wątpliwe dowcipasy.

Poza tym, i to piszę całkiem poważnie, nie wszystkie motywy działań na arenie międzynarodowej powinny być jawne. I na szczęście nie są. Polityka rządu wobec sojuszników i nie tylko zresztą sojuszników, to nie jest jarmark, ani gazetowa publicystyka.

Nie będę powtarzał truizmów, że pokorny partner jest zawsze godny pogardy, że nie sposób liczyć na zrozumienie, o ile nie przedstawia się publicznie swoich racji, że zadowolić wszystkich nie sposób, a dbać należy przede wszystkim o obywateli państwa, któremu się przewodzi. To są oczywistości.

Mędrców, czczących zaś mądrość ludową, że pokorne ciele dwie matki ssie, informuje, że razem ze swoją pokorą, wcześniej czy później cielę trafi do rzeźni, a jeśli będzie miało pecha, egzekucja na nim odbędzie się w sposób uświęcony i rytualny.