piątek, 8 grudnia 2017

Proza politycznego życia

Może się to wydać dziwne, ale mnie osobiście, zmiana na stanowisku premiera niewiele obeszła. Z pewnym, choć ledwie wartym wspomnienia oporem, przyjąłem wyniesienie pani Beaty Szydło, tak i jej odejście kwituję i tyle. Należy jednakowoż zauważyć, że pani premier wygrała dwie wyborcze bitwy z rzędu, czego w żaden sposób nie można powiedzieć o nikim z grona ją odwołujących. Król (takie czasy, moi mili) odwołał zwycięskiego hetmana, by wręczyć buławę beniaminkowi. Trzeba się przyzwyczaić i tyle, choć moim zdaniem ta decyzja wskazuje, że obecna władza przechodzi na pozycje obronne. Artyleria w miejsce lekkiej jazdy, to jakby nieco nowocześniej, ale nie znamy pola kolejnych bitew, więc trudno orzec, czy lepiej.

W samej zmianie akurat nie ma nic złego, choć moment, forma i dziwaczność całego procesu nie świadczy dobrze o strategicznych możliwościach samego monarchy. No, może nie tyle strategicznych, co personalnych. Nie chcę tu bynajmniej porównywać pana Morawieckiego do zgrai cymbałów wynoszonych w dawnych, słusznie zapomnianych czasach przez pana Kaczyńskiego, ale nawet najzagorzalszy miłośnik jego geniuszu przyzna, że zdarzały się mu całkiem dotkliwe porażki na tym polu.

Pan Mateusz ma zarówno narzędzia jak i możliwości, by być dobrym premierem. Niestety, wspomniany w poprzednim akapicie sposób w jaki go nominowano, niezawodnie położy się cieniem na pierwszych miesiącach jego rządów. Z jednej strony to dobrze, ponieważ polityk, który obejmuje taki urząd nie jest od wzbudzania entuzjazmu, a od ciężkiej pracy, ale sądząc po reakcjach co zapalczywszych zwolenników PiS, łatwo miał nie będzie. I nie pomoże serwilistyczna, zahaczająca już o obłęd propaganda lejąca się z Woronicza, tym bardziej, że nawet najtwardsza głowa pojmie, że wśród mechanizmów rządzących tą służalczą narracją, czego jak czego, ale szczerości nie ma na pewno.

Inną rzeczą jest kwestia dotychczasowych sukcesów rządzącej ekipy, w tym oczywiście samego pana Morawieckiego. Z błędami stosunkowo łatwo sobie poradzić, naprawiając je, także te personalne, choćby poprzez wymianę ministrów. Gorzej z sukcesami, które albo trzeba pomniejszyć, albo przypisać w całości nowemu premierowi, a tak się po prostu nie da, nawet jeśli zostały osiągnięte w dziale, za który dotychczas odpowiadał, bo to jednak praca zbiorowa.

Wbrew pozorom jest to poważny problem, dotyczący bezpośrednio partii rządzącej składającej się jednak z żywych ludzi, o czym niektórzy chętnie zapominają. Odchodząc od paraleli królewsko-hetmańskiej i nawiązując do naszych, łatwiej przyswajalnych czasów: Awansowaliśmy na MŚ w piłkę kopaną, ale czy gramy naprawdę na tyle dobrze, by odnieść w Rosji znaczący sukces? To może zmieńmy zimą Adama Nawałkę na wspanialszego, choćby zagranicznego trenera? Gdyby to pomogło w zdobyciu złotego cielaczka, czemu nie, ale jeśli dostaniemy w cymbał… Sami sobie dopiszcie.

Nie należę do ludzi, którzy wznoszą politykom pomniczki, czy publikują kwietne wiązanki, co ma taką dobrą stronę, że po nich nie płaczę, nie wymagając jednocześnie, by oni z kolei wsłuchiwali się w mój głos. Jeszcze tego brakowało! Na takich, z pewnością bym nie głosował. Chętnie przyznaję rację, że mylę się częściej niż oni, zasadniczo poza jedną kwestią, a mianowicie personaliami. Niech wyjdę na pochlebcę nowego premiera, ale nie wyczuwam w nim łajdaka. Dobra, wystarczy serwilizmu i pochwał.


Jeszcze jedno. Najgorsze, podkreślam, byłoby dowiedzieć się, że zmiana premiera została wymuszona już to przez naciski wewnątrz koalicji, już to przez pana Prezydenta, że o naciskach zewnętrznych nawet nie wspomnę, ponieważ kto raz ulega, zawsze ulega. I to jest chyba oczywiste. Reszta to proza życia. Zaczęły się porównania, próby bilansu i całe to publicystyczne trele morele. W tym wszystkim siedzę sobie spokojnie, ponieważ w polityce nie mam beneficjów, a tylko starannie oznaczonych wrogów. Dopóki nikt nie każe mi, mieć ich za przyjaciół, szable odpoczywają na szafie.  

niedziela, 3 grudnia 2017

Uzasadniony gniew opozycji

Determinacja, gniew, a przede wszystkim język używany przez opozycję do opisu zachodzących w Polsce zmian, wywodzi się ze zdziwienia i absolutnego wprost rozczarowania obecną, wielce przerażającą sytuacją. Patrząc w głąb historii, można było bowiem przyjąć za pewnik, że siedem dekad jakie minęły od czasu, gdy sowieci nadali nad Wisłą swe prawa i obsadzili swoich namiestników, są dystansem absolutnie bezpiecznym. Przecież wszystko zostało dokonane wedle zasad sztuki, tysiące razy przerabianej na ludach i narodach świata.

Od przysłowiowych bagnetów, nagiej przemocy, przysposobienia pogardzanej dotychczas mniejszości i kooptacji do swych szeregów rozmaitej proweniencji łajdaków, do oddania władzy niepopularnemu ugrupowaniu politycznemu, które wsparto w zagarnianiu pełnej władzy, na wszelkie możliwe sposoby. Oczywiście, tak rządzić się nie da na dłuższą metę, w związku z czym natychmiast przystąpiono to tworzenia szerokiego spektrum nowych elit. Nic bowiem konieczniejszego niż pozór. 
Dlatego też najcenniejszymi okazami dla nowo powstającej klasy rządzącej, od początku byli przedstawiciele elit rozgromionych, skuszeni już to przywilejami, już to możliwością codziennej pracy, jakby nie patrzeć, dla dobra społeczeństwa.

Kolejne dziesięciolecia poświęcono skutecznie i pracowicie, na cywilizowanie nowo powstałych elit. Kto słabo mówił po polsku, zdążył się nauczyć mówić płynnie. Inny, przeznaczony do roboty patriotyczno - narodowej, sam zdążył uwierzyć w swą misję. Przyjęto ogólnie do wiadomości, że człowiek na pewnym poziomie intelektualnym nie powinien pluć na podłogę, ani smarkać z palca. Ogólnie rzecz ujmując, osiągnięto wiele w dziedzinie ukulturalnienia i spolszczenia zaborców. W końcu najgorszych łajdaków i krwiopijców odsunięto od władzy w ramach kolejnych odnów i tak odnowieni płynęliśmy sobie ku świetlanej przyszłości, a kto tego nie rozumiał, dostawał w łeb.

Do pierwszego prawdziwego zderzenia doszło w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku, gdy zbyt wielu ludzi nie pojęło scenariusza, który miało odegrać. Dotychczasowa metoda, metoda kooptacji do elit rządzących i finansowych zawiodła. Nie mogła zdać egzaminu, choćby z powodu liczebności i różnorodności Solidarności. By można było dalej prowadzić grę z podległym sobie narodem, potrzebna były wstrząs i jednocześnie cezura, oddzielająca stary niedobry świat od nowego, dużo wspanialszego. Wielce tu pomogła zmiana światowej sceny.

Ledwie wygaszono koksowniki, ledwie otwarto bramy więzień oraz internatów, rozpoczęto ulubiony proces kooptacji. Towarzysze posunęli się w kierunku biznesu i wszystko pięknie zakwitło wolnością jednych, a upodleniem drugich. Już dzieci, a wnuczki nadobne zajęły miejsce na drabinach społecznych i tak sobie szło. Zmieniały się władze, prezydenci, pojawiały się i padały partie polityczne, ale trzon władzy trwał nienaruszony, dając pewność, że niczyje interesy nie zostaną poważnie zagrożone. Wszystko zdawało się bujdą i abstrakcją, dziejącą się gdzieś obok nas. 

Nałożyły się na to starannie przygotowane działania propagandowe, cała machina stręcząca lęk i małość jako jedyną możliwość narodowego przetrwania. Nawet Smoleńsk nie naruszył mocy i ważności początkowego, licząc lata, starczego już nadania.

Ani przez chwilę nie wierzyłem, że PiS przejmując dwa lata temu władzę zmieni w zasadniczy sposób układ sił w Polsce. Czekałem raczej na zmiany kosmetyczne i bardziej ludzką twarz przejmującego władzę reżimu, co w zasadzie obiecywał w kampanii wyborczej. Zmiany głębsze, w kierunku obalenia rządów szajki gnębiącej Polskę od tylu dziesięcioleci brałem li tylko za przydatną w kampanii retorykę. Na szczęście, rzecz polityczna poszła w kierunku zgoła zaskakującym. Skoro dla mnie zaskoczeniem jest, że PiS zaczął działać „na poważnie” jakim szokiem musi to być dla tych wszystkich elit, wysiłkiem całych pokoleń usadowionych na naszych karkach.

Dosłownie na naszych oczach są okradani z przywilejów. Łamie się pieczęcie wiecznych kontraktów, które zawarli sami ze sobą. Nie dziwcie się histerii ani językowi gniewu, nieadekwatnym porównaniom historycznym, ani temu, że te spaślaki przyjmują pozy męczenników. 
– Nadchodzi dzicz! – grzmiał w piątek rzymski, owinięty w togę senator Żakowski. 
– Opozycji potrzebna jest wielkość na miarę Wyszyńskiego i Wojtyły – wtórował mu kolega w studio.  

Nie dziwcie się, mili moi, niczemu. Dosłownie niczemu.

niedziela, 22 października 2017

O propagandzie i trafianiu kulą w płot

Ludzie są naprawdę dziwni. Uszczegółowię, żeby mi się jakiś niczemu niewinny czytelnik nie obraził. Jeszcze raz: Ludzie zajmujący się propagandą i medialnymi narracjami w Polsce są naprawdę dziwni, a jeszcze dziwniejsi są ci, którzy im płacą z obfitości nie swojego portfela. Tekst poniższy jest sprawiedliwy, ponieważ dotyczy zarówno partii rządzącej, jak i tej drugiej, szczęśliwie już tylko podrygującej na uboczu. Dla jasności, będę się trzymał jedynie ekscesów wczorajszego dnia, a właściwie tylko samej koncepcji przekazu. Nastąpiło bowiem, nie po raz pierwszy i nie ostatni zderzenie dwóch idiotyzmów. Zaczną od popisu prorządowej telewizji, zwanej dla niepoznaki publiczną.

Tak, zgódźmy się wreszcie co do faktów. TVP to telewizja prorządowa, nie udająca nawet obiektywizmu i prowadzona przez prymitywnych propagandystów, którzy nie wiedzieć czemu uważają, że zwolenników PiS bawią metody walki zaczerpnięte z arsenału komuszej propagandy. Otóż mnie osobiście nie bawią i w końcu muszę dać temu wyraz publicznie. Zamiast odetchnąć po koszmarze propagandowym lat szczęśliwie minionych, ktoś uznał, że muszę koniecznie mieć jeszcze gorzej, bo za czasów PO mogłem pogardzać, a teraz konsekwentnie muszę się wstydzić, choć w stanie obecnym nie znajduję żadnej swojej winy.

Przepraszam, ale wczorajsze „przedstawienie z paskami” na TVP Info podczas występów PO było już nawet nie popisem chamstwa, a wprost obrzydliwością, całkowicie skreślającą tę stację telewizyjną. I naprawdę nie interesuje mnie, czy ktoś zostanie ukarany, podobnie jak w przypadku niedowarzonego Ziemowita Kossakowskiego, ponieważ ukarani powinni zostać ci, którzy takich bezgłowych jeźdźców zatrudniają, a przede wszystkim ci, którzy zatrudniają tych, którzy ich zatrudniają. Krótko pisząc, należy rozgonić całą bandę zajmującą się w TVP informacją i publicystyką, bo przynoszą wstyd tak zwanej „zjednoczonej prawicy” a ich działania w dłuższej perspektywie zadziałają zgoła przeciwnie, niż sądzą mocodawcy tej telewizyjnej hucpy.

Najgorsze jest to, że znacząca część tej zupełnie świńskiej propagandy wypływa nie z jakiegoś wyrachowania, a wprost ze szczerych intencji. Tak bywa, gdy na ważne stanowiska w propagandzie awansuje się ludzi, którzy nawet w zwykłej blogosferze nie radzili sobie zbyt dobrze, a do cholery jasnej, Telewizja Publiczna zasadniczo nie jest blogosferą, ani tym bardziej twitterem. Argument, że inni też łżą i sieją propagandę, to żaden argument, o ile przedstawiamy się jako stojący w prawdzie idealiści. Może kogoś zdziwi, a nawet przerazi ta myśl, ale TVP należy do wszystkich, o dziwo także do ludzi, którzy nie wiedzieć czemu popierają PO, a nawet partię Razem. Dziwne to, ale teoretycznie tak być powinno.

Skoro taki argument nie trafia, spójrzcie na jakie wygwizdowa, gdzie ino wiatr hula, trafili mocarze propagandy poprzedniej władzy. Mam nadzieję, że PiS się ogarnie na tyle, że zdąży i was tam wysłać, panowie propagandziści z TVP, nim zdołacie zaszkodzić mu na tyle, że nie będzie władny już tego uczynić.

Pretekstem do wygłupów telewizji publicznej była Krajowa Konwencja PO, w mieście Łodzi. Efekt, jak mniemam, długotrwałych przemyśleń ludzi, którym myślenie musi sprawiać dużą przykrość, za to licznie gotówki otrzymanej za sformowanie narracji od największej (na razie) partii opozycyjnej dużą przyjemność.

Nie muszę chociaż wgłębiać się w sens politycznego bełkotu liderów, ponieważ nie ma sensu komentować wypowiedzi ludzi, którzy nie pojmują sytuacji w jakiej się znaleźli, a to jest akurat oczywiste. Zresztą, cała ta impreza służyła wykreowaniu kilku haseł, zdaniem tych dziwnych ludzi nośnych i zmieniających wizerunek partii na tyle, że zaowocują wzrostem spadającego poparcia. Sama myśl, że hasła w rodzaju „ Jesteśmy patriotami wolności” są skuteczną przynętą jest tak dziwna, że staję wobec takiego sposobu myślenia bezradny.

Partia, która sprawowała władzę przez osiem lat, a jej niektórzy członkowie w rozmaitych konfiguracjach rządzili Polską przez przynajmniej lat kilkanaście, wierzy, że zjedna sobie poparcie hasłami, albo już raz zużytym drugim filarem emerytalnym.  Brakowało tylko fotki z emerytem popijającym drinki pod palmą, choćby tą na rondzie de Gaull’a. O prostych obietnicach finansowych, z litości nie wspomnę. Ludzie partyjni, jaki idiota się na to nabierze?

Przepraszam. Profesor Balcerowicz pochwalił, czyli macie jednego fana więcej. Włosy stają mi dęba na głowie, na myśl, że rządzili mną ludzie do tego stopnia naiwni, a ja przez osiem lat miałem ich za grubszych cwaniaków, najwyraźniej myląc prostacką pazerność z przebiegłością.

Za darmo, panie i panowie z PO, informuję was, że nigdy nie powrócicie do władzy, a co gorsza, nie uda się wam wymyślić takiej alternatywy wobec siebie samych, żeby wtargnąć na salony, gdzie stoją wiadome koryta, przy tej alternatywy pomocy. Plan „B”, z Nowoczesną jako dźwignią, nie powiódł się, choć przyznam, że było blisko, ale to, jak mówią „sztuka na raz”.

Efekt zresztą jest taki, że obecnie ekscesy pana Petru i spółki tylko was obciążają, czemu oczywiście sami jesteście winni, co rusz przedstawiając się jako „my opozycja”. Nie dalej jak przedwczoraj widziałem, że odżywa projekt wspólnego startu, do kupy z N i PSL. Jako człowiek gardzący waszą „polityką” szczerze polecam taki wspólny start. W prosty sposób pokonacie PiS i będzie wam dobrze. Mnie też, przy okazji, o ile oczywiście nie pęknę ze śmiechu w trakcie wieczoru wyborczego widząc wasz słupek.

Jest tak, drodzy moi, że Prawo i Sprawiedliwość może mieć fatalny aparat propagandowy, ze szkaradną TVP na czele, może popełniać małe i duże błędy nie tracąc przy tym poparcia, ponieważ działa i pracuje. Wy dziwicie się, że tyle krzyku, a nie spada. Zrozumcie, a to nie jest trudne do zrozumienia, że ludzie w swojej masie wiedzą, że kto pracuje popełnia też błędy, a wy chcecie tryumfu, starannie unikając nawet posądzenia, że chcecie pracować i zamiast tego ogłaszacie, że jesteście patriotami wolności.


Nie wiem, gdzie staliście, gdy Bóg dzielił rozumem, ale chodzą pogłoski, że w tym czasie zwołaliście akurat konwencję programową pod hasłem: „Rozum szkodzi”.  Nie dziwota, że trzymacie się tego tak kurczowo.

środa, 18 października 2017

Autopromocja, z braku innej promocji. Prawo do powrotu

Nie wiem, kto zgłosił moją powieść "Prawo do powrotu" do tego konkursu. Przegapiłem nawet jego pierwszą rundę, ale widzę, że jutro koniec glosowania, a pisarz zagraniczniak zaczął mnie niepokojąco gonić. Nie mam pojęcia, czy ewentualny sukces cokolwiek pomoże w promocji książki, ale z racji, że pisząc dzieliłem się z Wami obficie obszernymi jej fragmentami ( ku radości jednych, a niechęci drugich) uznaję za dość uczciwe, zwrócić się do was o wsparcie.

Oddanie głosu jest oczywiście darmowe, a organizator przewidział dla uczestników całkiem solidną pulę nagród książkowych.

Nadmienię, że mile łechce moje ego fakt, że w kategorii znajdującej się tuż obok mojej Fantastyki, prowadzi Chesterton ze swoim znakomitym księdzem Brownem.
Jeszcze minimalnie prowadzę, ale...
Wszystkich zachęcam i przy okazji pozdrawiam.

http://ksiazkanajesien.pl/#1

Książka do nabycia tutaj:

https://goneta.net/pl/ksiegarnia/kategorie/proza-doroslych/prawo-do-powrotu-3-szczegoly


wtorek, 17 października 2017

PiS podskakuje, czyli po rozum do głowy

PiS niepotrzebnie podskakuje. Społeczeństwo stanowe istnieje i nie odpuści, póki jego przywileje nie zostaną ostatecznie usankcjonowane i zaopatrzone w dyndające pieczęcie z orłem. Tym razem, system jest oderwany od ziemi, ale niewiele zmieniają jego kosmiczne wręcz afiliacje. Wbrew pozorom jest na tyle trwały i posadowiony nie tylko w dobrach doczesnych, ale i w świadomości ogółu, że rząd tak zwanej „dobrej zmiany” zdaje się przy nim czym przejściowym, bez mała chimerycznym. Przy czym należy, dla uczciwości, zaznaczyć, że występuje tu pewna dwoistość, charakterystyczna dla współcześnie rozumianej demokracji.

PiS przyjmując rolę reprezentanta stanów niższych i średnich, naraził się w oczywisty sposób nowomodnie rozumianej szlachcie i arystokracji. Nowomodność w tym, że współcześnie spożywane i oczekiwane przywileje, nie mają oparcia ni w krwi, ni w ziemi, ni nawet w jakiejś ogólnie sformułowanej teorii, a w prostackim: Tak jest i tak ma być. Stany wyższe są oczywiście zbyt liczne, by zadowalająco zaspokoić jej apetyty, ale dla arystokracji starczyć musi. Jednocześnie, ich liczebność jest zbyt mała, by zagwarantować przywołane w pierwszym akapicie zawieszenie na umowie oficjalnych pieczęci. W tym problem. Im silniejszy nacisk elit, tym mniejsze szanse wyborcze ich reprezentantów.

PiS nie jest, patrząc z drugiej strony, wcale beneficjentem tej sytuacji, choćby dlatego, że stany wyższe są zorganizowane, a niższe wcale, przez co Polska sprawia osobliwe wrażenie twierdzy oblężonej od środka. Z każdym przybywającym obecnie rządzącym procentem poparcia, rośnie niezadowolenie z działań rządu i protesty stają się gwałtowniejsze. Strach pomyśleć, co będzie, gdy poparcie przekroczy pięćdziesiąt procent. Takie zależności widać gołym okiem i nie trzeba przesadnej bystrości, by je dostrzec. Sytuacja wynikła z takiego stanu spraw jest niebezpiecznie podatna na prowokacje i w ciągu przewidywalnych zdarzeń, może doprowadzić do naprawdę poważnych zaburzeń.

PiS w pewnym sensie jest zakładnikiem używanego przez siebie języka, w którym roi się od pro obywatelskich przymiotników. Nie przypadkiem banda cynicznych łobuzów nazwała się ‘obywatelami”. Zwróćcie uwagę, że w obecnie przyjętej nomenklaturze, status obywatelski nabywa się jedynie działając w grupie, choćby była to jeno grupa zawodowa. Tu powtórzę, że stany wyższe mają swoją hierarchię. Stabilną, opartą na koneksjach rodzinnych i zależnościach zawodowych, a stany  niższe, szamoczące się w walce o codzienny byt, oczywiście nie. Jak zawsze są tylko plebsem. I niech nie zmyli cię miły czytelniku fakt, że masz firmę, milionowe przychody, zatrudniasz ludzi i mieszkasz w pałacu. Nadal jesteś plebejuszem, którego rola jest o tyle istotna, że płaconymi przez siebie podatkami, zaspokajasz aspiracje stanów wyższych.

PiS raduje się wzrostem gospodarczym. Z mojej perspektywy, z perspektywy plebejusza, słusznie, ale tak naprawdę, to tylko pretekst do zacierania rąk przez klasy o tyle ode mnie wyższe, że nawet nie wiem, gdzie sufit, po którym raczą stąpać. Na dodatek mam wrażenie, że myślą przewodnią jest uszlachetnienie stanów wyższych poprzez narzuconą im kooptację ludzi własnego chowu i ugłaskiwanie konfliktów na tym tle. Zupełnie jakby rządzący zdawali sobie sprawę z ulotności własnej władzy i tryumfów. To prosta droga do zaburzeń społecznych. Półśrodki i cwaniactwo bowiem, zawsze prowadzą do tragedii.

Konieczne są zmiany strukturalne od fundamentów po strych. Odpowiedź na taką potrzebę jest na razie taka, że potrzeba po temu większości konstytucyjnej. Stawiam dolary, których nie mam, przeciwko orzechom, których mam w nadmiarze, że nawet sześćdziesięciu procentowy tryumf wyborczy, takich zmian nie zagwarantuje, ponieważ opór stanów wyższych będzie tak gwałtowny i widoczny, że politycy nie zaryzykują starcia. Dochodzi tu aspekt zmęczenia materiału, ponieważ nie sposób bez odbijającego się na determinacji zmęczenie toczyć niekończącej się walki. My, plebejusze, w walce nie pomożemy, ponieważ tak zostaliśmy wytresowani przez życie. No, chyba, że pójdziemy po rozum do głowy, ale ostrzegam, że to daleka i niełatwa droga.


niedziela, 15 października 2017

Prawdziwe kino. Gotowała sroczka jagiełki

Im bardziej staram się być pisarzem fantastycznym, tym mniej się nim czuję, ponieważ prawie codziennie natykam się na coś zgoła realnego, czego w żaden sposób wymyślić bym nie zdołał. Na przykład: Wczoraj wieczorem wpadło mi coś do głowy i wdarłem się jako „czytelnik incognito” na stronę Gazety Wyborczej, żeby przeczytać wywiad z panią Magdaleną Sroką, odwołaną właśnie szefową PISF, czyli zacną niewiastą obdzielającą dotychczas grubą forsą naszych filmowych cwaniaków i nieudaczników. Zachęcił mnie tytuł, cytat z pani Sroki:

„ Podcinanie gałęzi sztuce to kopanie grobu Polsce”

Sądzę, że każdego wrażliwego na los Polski, taka metafora powinna zachęcić do lektury. Dlatego ukryłem się w anonimowości, bo inaczej treść tak ważka jest przede mną ukryta. Otwieram i czytam drugi tytuł:

„Magdalena Sroka: Weźmiesz pod buta sztukę, już po wolności”

No ładnie z tym butem – pomyślałem i zagłębiłem się w lekturze. O dziwo, nie same komunały tam znalazłem. Najpierw dowiedziałem się, że pani Sroka została zwolniona za:

„Przyczyną odwołania dyrektor PISF z pełnionej funkcji jest naruszenie podstawowych obowiązków na zajmowanym stanowisku oraz naruszenie przepisów prawa w związku z listem dyrektor PISF do Christophera J. Dodda, prezesa Stowarzyszenia Amerykańskich Producentów Filmowych (...). W oficjalnym piśmie wydanym przez PISF (...) dyrektor Magdalena Sroka naraziła na szwank wizerunek Polski i polskich instytucji kultury na arenie międzynarodowej”.

O, cholera, ale w czym rzecz?

Otóż pani Sroka podpisała list, ale biedaczka nie znała jego treści, albowiem była zajęta na festiwalu w Cannes przygotowywaniem prezentacji. Jest całkowicie niewinna, w związku z tym rozwijaniem czerwonych dywanów, a nawet w osobnym piśmie wyjaśniła Prezesowi Stowarzyszenia Amerykańskich Producentów Filmowych, senatorowi Doddowi, że list był po prostu kompilacją półoficjalnych maili, pełnych niezbyt szczęśliwych sformułowań jakiejś bliżej nieokreślonej Osoby z PISF.
Pani Sroka tłumaczy:

„Kiedy się o tym dowiedziałam, napisałam do senatora Dodda i go przeprosiłam, zastrzegając, że treść listu, który otrzymał, absolutnie nie jest stanowiskiem polskiego rządu. Senator zrozumiał, napisał, że pomyłki się zdarzają i list zostawia tylko do swojej wiadomości.”

Czyli wszystko ok, ale w PISF znalazł się wredny PIS-owiec ( hi hi ), który list wyniósł i doniósł. W dalszej części wywiadu dziennikarka dopytuje o to, a wielkoduszna ex. Szefowa łaskawie zaznacza, że obejmując stanowisko nie mogła zwolnić wszystkich zwolenników „dobrej zmiany” ponieważ brzydzi się prześladowaniami z powodów politycznych. Acha. Czyli był ten nieszczęśliwy list… Przepraszam, ale zapomniałem wtrącić, czego, wedle słów pani Sroki dotyczyła cała ta dziwna korespondencja z senatorem. Otóż, nie zmyślam, chodziło o to, żeby amerykanie udostępnili polakom nagranie z wręczania Oscarów panom Wajdzie i Pawlickiemu! Nie wiem, jak to skomentować.

W każdym razie epistolografia zgubiła panią Srokę, chociaż:

- „A jednak ktoś go z PISF wyniósł i przekazał ministerstwu.
– Owszem, nawet wiem kto. Tylko jaka z tego korzyść wyszła dla polskiego filmu? Kiedy ministerstwo otrzymało list, od razu złożyłam wyjaśnienie. Opowiedziałam całą historię, przekonując, że sprawa została między PISF a senatorem i nie podzielam treści listu. Wydawało mi się, że minister zrozumiał i sprawa nie będzie miała ciągu dalszego. Myliłam się. Tak naprawdę list był tylko pretekstem do odwołania mnie. Mam wrażenie, że ministerstwo nie miało innego powodu. A to świadczy tylko o tym, że PISF był dobrze zarządzany i haków takich jak niegospodarność nie udało się znaleźć. Nie wypieram się swojej odpowiedzialności – pod listem jest mój podpis. Tego już nie zmienię.”

To są rzeczy, jak się dokładniej przyjrzeć, po prostu niesamowite, ale… Dalej bywa równie ciekawie. W końcu, to film!

Dlaczego polskim kandydatem do Oscara jest „Pokot” Agnieszki Holland?
…jakość, wartości artystyczne… Srutu tutu, oraz przede wszystkim to, że film zrozumie każdy widz, a także członkowie Akademii.

Zauważę na boku, że nie każdy, ponieważ przerwałem oglądanie tego beznadziejnego gniota po godzinie, nie rozumiejąc nawet, po co dręczę się czymś tak wypranym z rozumu. I nie chodzi mi o żadne tam przesłanie filmu, tylko po prostu nie cierpię, gdy ktoś robi ze mnie durnia.

A dlaczego nie „Wołyń”?

Tu zacytuję, ponieważ nie potrafię streścić zaprezentowanego przez panią Srokę rozumowania, ale najpierw dodam od siebie, że tego filmu nie próbowałem nawet obejrzeć, ponieważ wręcz fizycznie nie znoszę dzieł pana Smarzowskiego. W przeciwieństwie do pani Magdaleny. Uwaga cytat:

„– Nad tą kandydaturą też się zastanawialiśmy. Mieliśmy świadomość, że film jest absolutnie genialny, że przez następne 10 czy 20 lat nie powstanie nic tak fundamentalnego i ważnego. Ale „Wołyń” opowiada wątek polskiej historii, która zupełnie nie jest zrozumiała dla zagranicznego widza. To skomplikowany obraz – z mnóstwem bohaterów, galopującą akcją. Nie miałby szans, żeby powalczyć o Oscara właśnie z tego powodu – nieczytelności.”

Wielkie budżety, rozdzielnia kasy, pani Torbicka w polskiej komisji oscarowej. Taka Polska właśnie. Z ciekawostek dodam, że z tekstu można się dowiedzieć o planie uszczęśliwienia Krakowa, panią Sroką, jako nowym prezydentem, ale ona nie chce, ponieważ jest wielbicielką pana Majchrowskiego (w to akurat wierzę). Całość godna polecenia. Naprawdę.

Wiem, że to oznaka chamstwa, ale nie mogę się powstrzymać. Niech będzie, że to przypadkowa zbieżność, ale podczas czytania wywiadu, cały czas moje myśli krążyły wokół przywołanej w tytule dziecięcej wyliczanki. Im dłużej mieliłem ją w myślach, tym bardziej pasowała. Pamiętacie? Kolejne paluszki się zagina.

Gotowała sroczka jagiełki, temu dała na miseczkę, temu na łyżeczkę, temu dała w kubeczku, temu na podstaweczku… A temu nic nie dała, tylko łepek urwała i frr…Poleciała!

Szczęśliwej podróży!

sobota, 14 października 2017

Piątek trzynastego. O sukcesie pozornym i papierowej flaucie

Jak nie wozi się drewna do lasu, tak ja nie powinienem pchać się tutaj ze swoim towarem, i tak otaczanym dość powszechną pogardą. Wcale się zresztą nie dziwię, bo jakiż entuzjazm może wzbudzić sprzedawca wykrzykujący znad swojego wózka: - Nieświeże ryby! Nieświeże ryby! Tak już jest i będzie. Nawet nie zaklinam rzeczywistości. Zdaję sobie sprawę z tego, że powoli staję się śmieszny. I niech tak zostanie.

Wczoraj mnie ruszyło. Już od dawna nie śledzę losów mojej powieści „Prawo do powrotu” i nielicho zdziwiłem się, gdy kurier przywiózł mi paczkę egzemplarzy autorskich, co znaczy, że ukazała się wersja papierowa. Przyznam się, choć jest to nieco żenujące, że ucieszyłem się. Może ktoś nie lubi, ale ja lubię dotknąć, przekartkować, powąchać papier, a nawet znaleźć błąd drukarski. Książka jako przedmiot jest ładna. Pięćset cztery strony dość grubego papieru sprawiają, że „jest co wziąć w rękę”. W sam raz, żeby miło i w jakimś sensie odświętnie spędzić piątkowe popołudnie.

Ale dzisiaj sobota i od nowa trzeba godzić się z losem. Jeden, zafoliowany egzemplarz do archiwum, dwa dla córek, jeden dla przyjaciela i jeden na półkę, żebym, jeśli znajdzie się chętny do czytania znajomek, mógł mu pożyczyć. I tyle mojej, prawda, sławy pisarskiej. Nie będę w tym miejscu, co oczywiste, wygłupiał się pisząc o dystrybucji, obyczajach rynku itp. Tutejsza publiczność zna tematykę lepiej niż jakakolwiek inna.

Zauważę jedynie, że w moim przypadku, narodziny książki, są jednocześnie jej pogrzebem. Nawet nie jest ważne, czy powieść jest płodem poronionym w sensie pisarskim, czy nie. I tak nie ma prawa do oddechu. Dlatego wczorajsza, nieco dziecinna radość, dzisiaj głębokim smutkiem i zniechęceniem. Siedzę przy klawiaturze i dukam niezgrabne zdania. Nie użalam się nawet, bo niby na co? Nawet nie potrafię narzekać, a tym bardziej napisać, że nauczony doświadczeniem kończę z głupią pisarską manią raz na zawsze, ani bombastycznie zapowiedzieć, że stworzę teraz coś lepszego. Pustka, cisza morska. Ani optymizmu, ani pesymizmu. Nic.

Najgorsze i jedyne złe jest to, że niepomny na doświadczenia, jakie stały się moim udziałem, gdy ukazały się „Wypisy z księgi mroku” pochwaliłem się wydaniem książki w necie. Teraz żałuję, ale mleko już się rozlało i jestem dziwnie przekonany, że wszystko się powtórzy. Rzecz w tym, że od trzech lat choruję, co zmieniło życie moje i moich najbliższych, w niezbyt zachęcającą wegetację. Ludzie to widzą i taka książka działa na nich, niczym przysłowiowa płachta na byka. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że ktoś, kto łazi po ulicach ich miasteczka mógł swoje bazgroły, po prostu sprzedać. Nigdy nie wkurzyłem się na tutejszych tak mocniej, niż wtedy, gdy po ukazaniu się „Wypisów…” znajomy zapytał mnie na ulicy, ile mnie kosztowała ta publikacja. Na jego szczęście, sens pytania dotarł do mnie nieco później. Znaczyło ono tyle, że wśród tych niewielu ludzi, którzy w ogóle wiedzieli o książce, poszedł chyr, że Jarecki odejmuje od ust najbliższym, żeby zaspokoić swoje chore ambicje. Teraz będzie podobnie. Na moją korzyść działa jedynie to, że od piątego października wreszcie znowu pracuję. To niewiele, a zważywszy na to, że pracuję w domu, i tak nikt o tym nie wie. Niestety pochwaliłem się książką. Z głupoty, bo niby z jakiego powodu?

Tak niewczesna radość zmienia się w trwałą przykrość. Ach ta moja Golina, miasteczko pisarzy i znawców literatury, skazana na to, że opisałem ją jako pierwszy, choć szczęśliwa i w tym, bo nigdy się o tym nie dowie.

Takie, widzicie, marudzenie człowieka, którego nic nie zadowoli. Mam nadzieję, że chociaż wkrótce zacznę tutaj coś publikować. Muszę się jeno wdrożyć w nowe obowiązki, które całkowicie przewróciły moje wewnętrzne porządki.