sobota, 21 lipca 2018

O szaleństwie jako metodzie i rozbieraniu się do goła w ramach konstytucyjnych


Walka o prawdziwą demokrację nabiera rumieńców. Profesor nadzwyczajny Matczak, najnowsza gwiazda i kandydat na przewodnika tłumu elitarnych bęcwałów (okazuje się, że tłum też może być elitarny, o ile wrzeszczy dostatecznie głośno) teraz wyrwał się z tłumaczeniem, czym powinna być demokracja. Otóż powinna być spiskiem elit pozorujących nad głowami plebsu spory polityczne, aby uczynić scenę polityczną bezalternatywną. Tak to wygląda po odcedzeniu farmazonów i odwinięcia jego przemyśleń z korporacyjnej bawełny. Przywoływany do porządku Monteskiuszem bije tego Monteskiusza po głowie współczesnym realizmem prawnym jako starego dziada i straszydło. I oczywiście ma rację, ponieważ wedle standardów współczesnego świata, demokracja wygląda właśnie tak, jak on mówi. PiS razem ze swoją bandą zostałby przecież dopuszczony do tych nowoczesnych, z założenia trwających w nieskończoność zmagań, gdyby nie zaczął podkopywać się pod fundamenty wielkiego gmachu demokracji. Przemyślenie pana Matczaka, dziwnie podobnego z wyglądu i argumentarium do wybitnego ekonomisty Petru nie byłyby ciekawe, gdyby nie ich autodemaskacyjny charakter.

Elity schodzące nie mają w rodzącym się chaosie nawet z kim spiskować nad głowami ludu, ponieważ PiS nie wytworzył żadnych elit wchodzących. Niestety nie jest to celowa strategia, a efekt prostego zaniechania i personalnych wyborów na stanowiskach propagandowo-medialnych. No, chyba, że nie doceniam pana z chorym kolanem. Przecież gołym okiem widać, że niektórzy apologeci PiS-u dosłownie trzęsą się, by druga strona jakoś ich zaakceptowała i przygarnęła, choćby jako godnych uwagi wrogów. Jakoś w tym nie przeszkadza oczywisty fakt, że elity schodzące dzień w dzień za swój święty obowiązek uważają okazanie własnego zidiocenia i degeneracji. To one, nie jakiś tak elektorat, nadal są jedynymi uprawnionymi recenzentami dla recenzowanych.

Polityka w wymiarze medialnym stała się serią dziwacznych ekscesów prokurowanych przez nie mniej dziwacznych ludzi. Tego, co dzieje się w sejmie nie można postrzegać inaczej niż jako próbę unieważnienia parlamentaryzmu jako takiego. To gra na obniżenie i tak niskiego autorytetu władzy ustawodawczej. W ostatnich dniach udało się nawet wyrównać poziom żenady pomiędzy całkiem pokaźną grupą posłów, a elitarną dziczą wrzeszczącą na ulicy. Mamy do czynienia z tak oczywistym obnażeniem tych ludzi, że nie trzeba czekać aż jedna z tych przygłupich posłanek rozbierze się na sejmowej mównicy do naga, a jestem dziwnie pewny, że i do tego w końcu dojdzie.

Jest takie starodawne powiedzonko, że jak trwoga, to do Boga. Czy można się dziwić, że przerażona elita intelektualna opozycji zmierza w zgoła przeciwnym kierunku? Pisarka Nurowska i znawczyni voodoo Holland, która w młodości działała, wedle własnych słów, ze skutkiem śmiertelnym, w końcu uzgodniły wobec posła Piotrowicza łagodniejszą wersję, uznając, że wystarczy całkowity paraliż rzeczonego posła. Oczywistym jest też, że zaraz objawi się kolejny autorytet, który przyzna się do kłucia igłą kolana laleczki najstraszniejszego dyktatora świata. Jeszcze jakieś panny na chodniku nasmarowały kredą pentagram i rozpaliły szatanowi wkłady od zniczy. To w zasadzie jest już tak głupie, że wstydzę się dalej pisać ten tekst.

Na koniec pozytyw. Nawrzeszczeli, nakompromitowali się do woli, nabłaźnili ile wlezie i mogą teraz z czystym sumieniem i dobrą myślą udać się na zasłużone wakacje. Na miejscu zostawia co osobliwszych wariatów, aby nie zaprzestawali nękać nas swoim szaleństwem, a sami hop siup do Toskanii, ziemi nieskalanej stopą Jarosława Kaczyńskiego.


poniedziałek, 2 lipca 2018

O huraganach informacyjnych, zniszczonych zaporach i bestii z pałką


Na szczęście człowiek przyjmuje i przetwarza już posegregowane informacje, a obróbce myślowej podlega tak niewielka ich część, że całkowicie kryje się w cieniu hipotetycznego zera. Inaczej po prostu zwariowalibyśmy wszyscy razem i każdy z osobna. Z drugiej strony, abyśmy mogli zachować dobre samopoczucie nasz mgławicowy umysł udaje przed nami, że w istocie rzeczy nasze postrzeganie jest pełne. Człowiek współczesny wystawiony jest na informacyjny huragan, podczas gdy zapory segregujące słabną. Nie stwierdzono za to, o ile mi wiadomo, znaczącej ewolucji ludzkiego mózgu. W związku z tym coraz szerzej rozwiera się przepaść pomiędzy naszą zbiorową realną wiedzą i jakością myślenia, a naszym wyobrażeniem o tych kwestiach.

Podstawowe zapory segregacyjne są trzy: wiara, uproszczony ale całościowy model świata i zdrowy sceptycyzm, pogardliwie nazywany chłopskim rozumem. Dopiero informacja przepuszczona przez te trzy filtry ma szansę stać się podstawą sensownych spekulacji na poziomie dostępnym człowiekowi. Ich likwidacja była konieczna z wielu względów, począwszy od zaprowadzenia polityki, tak jak ją obecnie rozumiemy, aż do zamienienia świata w powszechny super sklep, gdzie pieniądz jest jedynym władcą i bóstwem.

Reperkusje takiego stanu rzeczy są dzisiaj bardzo poważne. Nigdy w historii świata nie było bowiem takiego dystansu pomiędzy wiedzą i umiejętnościami przeciętnego człowieka, a ich poziomem koniecznym do skutecznej jego obsługi. Krótko pisząc: Im bardziej świat jest skomplikowany, tym głupszy.

Zwróćcie uwagę, że demiurgowie zarządzający propagandą polityczną czy sprzedażową podlegają temu samemu procesowi. To już nie wszechwiedzący cynicy zarządzający emocjami maluczkich, a głupcy podobni swoim ofiarom. Przy czym ich głupotę widać wyraźniej, ponieważ sami wystawiają się na ogląd publiczny. Na razie ich odpowiedzią jest mniej lub bardziej bezsilny gniew wobec materii, której znudziło się podporządkowanie obłędowi nieprzystających do rzeczywistości idei. 

Sprzeciw polityczny, którego jesteśmy chwilowym beneficjentem nadal jest aberracją. Nie przypadkiem buntownikami są państwa słabe i nie będzie przypadkiem, jeśli zostanie użyta wobec nich (nas) przemoc. I nie mam na myśli sankcji gospodarczych czy podobnych pieszczotliwych zaczepek.

Wielkich tego świata determinuje bowiem głupota i charakterystyczny dla niej przymus działania. Muszą brnąć do przodu nie zważając na nic, ponieważ nie mogą dopuścić do tego, by ich poddani odczuli na własnej skórze skalę buntu jakichś dzikusów ze wschodu czy południa. Sami są ofiarą likwidacji przywołanych na wstępie tego tekstu zapór/filtrów, a doraźne korzyści jakie odnieśli dzięki temu są już historią. Na nasze życie i wolność czai się bowiem idiota z pałką, nic więcej. Jeśli w tym kontekście dziwią was i przerażają meandry naszej obecnej polityki zagranicznej polecam odrobinę zimnej wody w formie okładów na głowę.

Owszem, dzięki zapóźnieniu, które nie jest zresztą naszą zasługą, mamy jako społeczeństwo przeciętnie zdrowszy ogląd świata, ale ma to też taki efekt, że dzięki temu zyskaliśmy wyjątkowo idiotyczne elity, które choćby z czystego nowinkarstwa gotowe są dosłownie na wszystko, a ich łączność z polskością jest żadna. Pisząc, że są „gotowi na wszystko” mam na myśli dosłownie to co napisałem.  Gdyby kazano im zostać dla dobra sprawy kanibalami, rzuciliby się na stosowne podręczniki by się dowiedzieć, czy człowieka je się nożem i widelcem, a może należy brać kości w łapę i ogryzać.

Nie jest łatwo się bronić przed ludźmi całkowicie obcymi kulturowo, dla których nie ma znaczenia słowo, logika ani prawda. Przed ludźmi, którzy uznają swoją dominację za stan naturalny, a wszelkie jej zakłócenia za złe z samej zasady. W zasadzie jedyną rozsądną i umocowaną historycznie opcją jest traktowanie ich jak wrogie bestie, ale przeciwko temu buntuje się nasz czułostkowy charakter. Niestety, ale marzenia o spokojnym życiu należy odłożyć ad acta.

Idee bowiem, które pchają Europę ku zagładzie są tak silnie związane z przywilejami, że w ogóle nie ma możliwości, by zahamować ten fatalny marsz w sposób pokojowy. Tak, jak o Polsce pisano niedawno, że jest kondominium niemieckim, tak europejskie elity łatwiej zgodzą się na Europę jako kondominium chińskie, rosyjskie czy choćby, co wydaje się szczególnie głupie, arabskie, niż wycofają się choćby o krok. I nie jest to żaden fatalizm, a właśnie upór idioty. Społeczeństwa nie są podzielone granicami, a postrzeganiem rzeczywistości. I jest to podział głębszy niż kiedykolwiek i tak naprawdę świat który znamy, a niekoniecznie cenimy, musi doprowadzić do zagłady.

niedziela, 1 lipca 2018

O snach proroczych i złym samopoczuciu podróżnika w czasie


Udałem się wczoraj na krótką wycieczkę po antypodach Internetu, gdzie sensacja nie jest zabarwiona politycznie, a ludzi przyciągają brednie sezonu ogórkowego. Młodszym wyjaśniam, że w starożytności tak nazywano okres letni, czas gdy brednia łatwiej znajdowała swe miejsce na łamach gazet. Wyciągano z magazynu potwora z Loch Ness, Yeti oraz wszystko co wykluło się w głowach sprytnych redaktorów, a co miało zabawić gawiedź wylegującą się na leżakach. Obecnie, gdy tak zwany główny nurt przesiąknięty jest jawnym wariactwem, na biedną Nessie nie ma zapotrzebowania. Albo taki kosmita? Po co wdawać się w dywagacje, czy istnieje? Wmawiać ludziom, że jakiś cień to Marsjanin w kufajce, gdy można pokazać autentycznego aktora Pieczyńskiego, który bynajmniej nie jest cieniem, mówi po polsku, a wydaje się stokroć dziwniejszy niż jakiś tam przybysz z gwiazd.

Moja wycieczka była krótka, a i tak zostałem przywalony nadmiarem materiału: filmów, tekstów, nagrań audio, zdjęć, stron internetowych, czasopism, książek, targów… To właściwie jakby świat alternatywny, o istnieniu którego nie mamy pojęcia. Wszędzie liczniki wskazujące od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy otwarć. Żywe zainteresowanie, że się tak wyrażę.

Aby od razu nie oszaleć, zaraz po obejrzeniu relacji o tym, że wiercąc w ziemi Rosjanie dowiercili się do piekła i wysłuchaniu stosownego nagrania z otchłani, skierowałem swoje zainteresowanie w kierunku podróży w czasie. Od dawna mam bowiem ochotę pozwiedzać tak zwane dawne czasy, by móc skutecznie dopiec różnym mądralom, czyli udającym historyków propagandystom. Przy okazji takich podróży mógłbym stać się nawet cenionym autorem Szkoły Nawigatorów.

Na wstępie dowiedziałem się, że podróże w czasie są trudne, ale od 2003 możliwe. Tyle tylko, że zły amerykański rząd ukrywa przed światem stosowną technologię. Taki Trump może w wolnych chwilach śmigać w przeszłość, choćby po to, by poprawiać swój wizerunek. I faktycznie, im dłużej zasiada w Białym Domu, tym świat łagodniej patrzy na jego wcześniejsze dokonania.

Skoro podróże w czasie są możliwe, zaraz znalazł się renegat, który przybył do nas z roku 2028 i został z nami, aby ni mniej ni więcej, tylko ostrzec nas przed podróżowaniem w czasie. Otóż twierdzi on, a nie ma powodu, by mu nie wierzyć, że podróżując w czasie nabawił się depresji i anoreksji. Faktycznie niezbyt zachęcająca perspektywa! O niedalekiej przyszłości też nie ma niczego specjalnego do powiedzenia, poza tym, że Trump zostanie wybrany na drugą kadencję, a technika pójdzie tak do przodu, że pojawi się nowe urządzenie, które zmiażdży obecną modę i każdy będzie chciał nosić je bez przerwy na głowie, jako okulary. O szczegółach podróżnik nie wypowiada się, pewnie z ostrożności procesowej.

Tak to wygląda, a wspominam o tym świecie alternatywnym byście wiedzieli, że obok nas żyje kilkaset tysięcy ludzi, którzy chętnie przyswajają sobie podobne historie. Gardner już w latach pięćdziesiątych badając środowiska pseudonaukowe i sensacjonistyczne zdziwił się niezmiernie, że za fasadą składającą się z biednych nawiedzonych oszołomów można spotkać ludzi poważnych, dysponujących stosownymi budżetami. Nie dziwi, że po kilku latach fala pseudonauki dotarła na uniwersytety i do głównego medialnego nurtu. Inwestowanie w ciemnotę zawsze się bowiem opłaca w dłuższej perspektywie.

Dzisiaj ludzie niechętnie słuchają o Yeti, ale pojawiają się inne dość zadziwiające fobie. A gdyby tak zbadać pod kontem budżetu i wymiany informacji coraz silniejsze ruchy antyszczepionkowe, to czy gdzieś na dnie nie doszukamy się dziarskich chłopców w walonkach? Tak tylko pytam, bez żadnych złych intencji. Ogólnie rzecz ujmując: Zwróćcie szczególną uwagę na ludzi, którzy żądają od Was, mili moi czytelnicy, byście mieli otwarty umysł.

No dobra, dość powagi. Teraz napiszę o moim proroczym śnie i na tym przykładzie nauczycie się, jak zostać prawdziwym prorokiem, nie takim grającym na czas, który umieszcza swoje proroctwa w mętnej przyszłości, a spytany o wynik jutrzejszego meczu otwiera ze zdziwienia gębę.
Śniło mi się wczoraj, że żona nazwała mnie „ryżym cwaniakiem”. Fakt, że nigdy nie byłem ryży, a do cwaniactwa też się nie poczuwam spowodował, że wspomniałem jej o tym dziwnym śnie.

- Jak mogłam cię tak nazwać? – zdziwiła się moja dobra żona i zaraz przyznała, że nie jestem ryży, a i do cwaniaka wiele mi brakuje.

Ja jej na to, że co prawda sen mara, ale fakt pozostaje faktem, a samo określenie mam za obraźliwe i kojarzące się jednoznacznie z panem Donaldem, a w najlepszym przypadku z Bońkiem. I tak się przez chwilę przekomarzaliśmy, aż wymyśliłem, żeby w ramach przeprosin usmażyła mi jajca na boczku. W jakiś pokrętny sposób uznała swoją winę i powędrowała do kuchni smażyć rzeczone jaja, ale w drzwiach, tak trochę do mnie, a trochę do siebie powiedziała:

- Prawdziwy ryży cwaniak!

Widzicie! Mój sen okazał się proroczy. Na stworzenie sekty to może ciut mało, ale na powyższy tekst wystarczyło aż nadto! Ciekawskich informuję, że jajecznicę zjadłem i okazała się jak zwykle pyszna.



środa, 20 czerwca 2018

#POLSEN czyli wyjątkowo trafny hasztag na twitterze


Bardzo smutny mecz. Porażka to jedno, ale gorszy jest brak nadziei na zmiany w kolejnym spotkaniu. Wyszliśmy na Senegal z piątką ściśle ofensywnych graczy, którym nie miał kto dostarczać piłek. Nikt też nie napędzał tempa akcji. Piłka krążyła wolno wszerz placu. Senegalczycy starannie się ustawiali i gdy po wielu męczących zagraniach piłka posyłana była do przodu, to w sposób schematyczny i skrajnie nieudolny. Reszta była ciągłymi stratami, niecelnością nawet krótkich podań i wymuszonym przez upadek sił brakiem waleczności.


Reklamiarskie gadanie o ukrytych możliwościach doświadczonych reprezentantów to nie wyraz wiary, a raczej rozpaczy. Nawałka zdaje się być zakładnikiem pewnej koncepcji personalnej i to jest właśnie najgorsze. Dlatego warto przypomnieć, że reprezentacja nie jest po to, żeby ułatwiać komuś przeżycie trudnych chwil w karierze klubowej. To nie lecznica, ani grupa wsparcia, a w naszej kadrze walka o miejsce w składzie wydaje się być tylko sloganem.


Obawiam się, że na Kolumbię wyjdziemy w prawie niezmienionym składzie licząc, że znajdujący się w równie krytycznym położeniu rywal rzuci się do huraganowych ataków, które będziemy skutecznie kontrować. Ostrzegam zawczasu, że to bujda. Wystarczy, że Kolumbijczycy pierwsi strzelą gola, a wtedy nie wystarczy limit dostępnych zmian, żeby przestawić reprezentację na inne tory.

To, czy zagramy trzema czy czterema obrońcami nie ma większego znaczenia ponieważ Piszczek gra fatalnie, a o Rybusie można powiedzieć wiele dobrych słów, ale nie to, że potrafi precyzyjnie dogrywać piłki do napastników. W meczu z Senegalem, jak rozumiem, długie podania miał zagrywać Krychowiak, a Zieliński konstruować atak kombinacyjny. Jeden i drugi to potrafią, ale Krychowiakowi udaje się to raz na kilka spotkań, a wiecznie utalentowany Zieliński za każdym razem gdy dochodzi do ważnego meczu stara się ukryć za plecami bardziej doświadczonych graczy.

Nie moją rolą jest gaszenie nadziei, a tak naprawdę mam zwyczaj do ostatniej minuty wierzyć w sukces, ale wczoraj od oglądania poczynań naszych orłów bolał brzuch. Zmiany personalne są konieczne, ale te, które pewnie gotowy jest przeprowadzić Nawałka mogą okazać się niewystarczające. Musiałby zrezygnować z Piszczka, Cionka, Krychowiaka, Milika, Zielińskiego, a Błaszczykowskiego trzymać w odwodzie na ostatni kwadrans, czyli w trakcie Mundialu całkowicie przebudować drużynę. Na to się nie odważy, ponieważ odpowiedzialność za ewentualną klęskę spadnie wtedy wyłącznie na niego.

Pozostaje wierzyć, że jednak wykona jakieś korekty, nieco usprawniając i przyspieszając grę naszej drużyny. Obawiam się tylko, że zmiany nie obejmą linii ofensywnych i nadal Lewandowski będzie odcięty od podań, a pomocnicy zabłąkani we mgle niejasnych konceptów. Truizm, ale żeby wygrywać na Mundialu należy zaryzykować. Na moje oko, co zresztą powtarzam od miesięcy budząc politowanie fachowców, należy postawić na Kurzawę z Górnika. Nie jest piłkarskim omnibusem, nie dysponuje oszałamiającą szybkością, nie gra w wielkim klubie, ale ma zalety koniecznie potrzebne naszej reprezentacji.

Po pierwsze: precyzyjne nieoczywiste podanie, w tym szczególnie cenną umiejętność zagrywania prostopadłych piłek przeszywających obronę rywali. Po drugie sposób w jaki wykonuje stałe fragmenty gry, przy których wysiłki Grosickiego czy Rybusa wydają się żałosne. Po trzecie, nie będzie próbował ukrywać się na boisku, czyli unikać odpowiedzialności, bo już sam jego nieortodoksyjny wygląd uniemożliwia to dość skutecznie. I po czwarte: nikt z rywali nie zna Kurzawy i jego możliwości.

Oczywiście szansy nie dostanie, a my razem z nim. Jeśli przegramy z Kolumbią rezerwowi wyjdą w ostatnim meczu o honor i ograją Japonię, a my zaczniemy rozważać perspektywy jakie stwarza kolejny Mundial.


poniedziałek, 11 czerwca 2018

Imperium Futbol 2. Kult Cargo


Kult Cargo to ruch religijny, który rozkwitł wśród zamieszkujących wyspy Pacyfiku tubylców, nieprzesadnie rozeznanych w realiach współczesnego świata. Upraszczając: Wziął się z obserwacji oraz opartego na fałszywych przesłankach logicznego rozumowania: Biali mają dużo wspaniałych rzeczy, których my nie mamy, a wszystkie te dobra są zwożone na wyspy samolotami. Znaczy się pochodzą z nieba, a skoro tak, czas zacząć budować własne lotniska. Kosić trawę, z bambusa budować wieże kontrolne itp.

W swej futbolowej wersji podobne wierzenia są bardzo rozpowszechnione, a w Polsce mają wielu gorących wyznawców. Ludzie ci każą nam wierzyć, że imitując działania wielkich piłkarskiego świata sprawią, że na polski futbol spłynie deszcz mamony, nasze boiska zaroją się od klonów Messiego, a czołowe kluby będą hulać co najmniej w półfinałach europejskich pucharów. Oczywiste jest, że tego typu zabobony prowadzą do rozczarowań, a samoloty z dobrami wszelkimi przelatują obojętnie nad naszymi zadartymi w górę głowami. Tyle tylko, że rozczarowanie jest domeną kibiców, ponieważ kapłani Cargo pocieszają się żywą gotówką, w zamian za szerzenie tego osobliwego kultu. Rozczarowanie jest zresztą jednym z celów, służącym przekierowaniu uwagi kibiców z rynku lokalnego na rynek światowy i docelowo całkowite unieważnienie tego pierwszego. Rzecz w tym, żeby ludzie nadal kochając futbol jako widowisko, dobrowolnie wyzbyli się lokalnych roszczeń do realnego sukcesu.

Rynki lokalne są ważne o tyle, że dostarczają piłkarzy i kibiców. To zresztą jest w jakimś sensie powiązane. Wystarczy przyjrzeć się, jak wraz z Lewandowskim zainteresowanie polskich mediów i kibiców łatwo przeniosło się z Dortmundu na Monachium. To jeden z setek podobnych procesów, które przez swoją mnogość nie są w ogóle zauważane. Rzecz w tym, że skoro produkujemy mercedesa w rodzaju Bayernu, żeby zarobić musimy go sprzedawać nie tylko na rynku niemieckim, ale przede wszystkim na światowym. To marka, produkt, ale fan motoryzacji podziwiając nowy model piłkarskiego mercedesa, nie musi koniecznie przy okazji podziwiać huty, która wyprodukowała blachę na jego karoserię.

Paradoksalnie lokalny rynek niemiecki różni się od polskiego jedynie rzędem wielkości, co przekłada się na poziom rozgrywek. Głównie dlatego, że ilość zaangażowanych w Bundesligę pieniędzy sprawia, że jest to rynek wsobny, dzięki czemu utalentowani niemieccy gracze nie muszą szukać swoich szans w innych europejskich ligach. Import z zewnątrz jest przy tym na nieosiągalnym dla nas poziomie.
Nam, biednym tubylcom, musi wystarczyć zadzieranie głowy i obserwacja przelatujących samolotów. 

Oczywiście próbujemy naśladować wielkich, próbując budować z patyków i trawy nasze własne Reale i Bayerny, nie bacząc na to, że za każdym razem wychodzi nam parodia oryginału. Nie potrafimy przyjąć po męsku odpowiedzi odmownej. Nasz lokalny rynek jest za słaby i poza nami, nikomu do niczego niepotrzebny. Spójrzmy na wschód, gdzie zarówno w Rosji, jak i na Ukrainie zaangażowano bajkowe w naszym pojęciu budżety. Owszem, w pierwszej dekadzie XXI wieku CSKA i Zenit zdobyły puchar UEFA, a cztery lata temu Dnipro zagrało w finale Ligi Europy, ale czy tamtejsze ligi stały się przez to popularne w świecie? Podobnie jak niemiecka, nabrały wsobnego charakteru, tyle tylko, że w przeciwieństwie do Niemiec nie przełożyło się to na jakikolwiek sukces ich narodowych reprezentacji. Tamtejsi kibice nadal są skazani na podziwianie wielkich i narzekanie na marnotrawienie lokalnych budżetów.

Od lat wmawia się kibicom, że futbol to gra prosta, że każdy ma szansę i co najzabawniejsze, że przewodzące mu organizacje wiele wysiłku wkładają w wyrównanie poziomu. Fakty temu przeczą, więc tym gorzej dla nich. Piłka nożna jest oparta na rywalizacji klubowej i reprezentacyjnej. Tę pierwszą już sprowadzono do rytualnych starć galaktycznych gigantów. Z tą drugą trudniej, ponieważ w grę wchodzą aspiracje polityczne. Czas wrócić do wyjściowego porównania i zapytać, po co propagowany jest tytułowy kult? Aby odpowiedzieć pozostanę w sferze religii, bo dla wielu i futbol jest religią i zacytuję św. Mateusza:

„Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.”

Władcy piłkarskich emocji rozumieją ten cytat dosłownie. Jako wytyczną.
Dlaczego w takim razie nie powstanie ta ogłaszana od lat klubowa superliga, gdzie osiemnaście starannie wyselekcjonowanych drużyn będzie rozgrywało same niecodzienne, galaktyczne i niezwykle emocjonujące mecze? Takie mecze w ramach ligi, co? Przecież w czołowych europejskich ligach przepaść pomiędzy największymi firmami a całą resztą pogłębiła się wystarczająco. Ile można oglądać bicie klubowych rekordów i emocjonować się licząc kolejne strzelane bezradnym rywalom gole? Aby nadać rywalizacji pozór sportowy można przecież stworzyć drugą i trzecią Superligę. Awanse, spadki – proszę bardzo. Sprzeciw światowych federacji? Ewentualne sankcje dla uczestniczących w takiej imprezie klubów? Doprawdy wierzycie w to, że miliardowe kluby tego się lękają? Unieważnienie lokalnych rynków już przecież ma miejsce, więc w czym problem?

Otóż głównym problemem jest Premier League, której unieważnić się nie da. Liga angielska jako produkt nigdy nie zależała od osiągnięć grających w niej klubów na arenie międzynarodowej. Trudno też tamtejszym kibicom wmówić tytułowy kult Cargo, ponieważ jego twórcami są właśnie sami Brytyjczycy. Ich ligę mamy podziwiać, w niej upatrywać nadzwyczajnej nobilitacji dla graczy, którzy tam trafią. Jakby nie porównywać jest to liga imperialna wobec pozostałych lig, a dla lokalnych kibiców najważniejsze w świecie rozgrywki. Gdyby ktoś wyciągnął z niej pięć czołowych klubów, to one zostaną unieważnione, nie liga. Drugim problemem i powodem, że superliga nadal pozostaje straszakiem jest przesyt. Już w tej chwili, w momencie szczytowego w całej historii zainteresowania futbolem jako światowym widowiskiem można dostrzec jego pierwsze symptomy. Tak jak kiedyś nad imperium brytyjskim nigdy nie zachodziło słońce, tak obecnie nigdy nie gasną piłkarskie emocje.

Tak naprawdę kapłani piłkarskiego kultu Cargo są piewcami zabobonnej wiary w nieograniczony rozwój. Tak jak dobra materialne nie były na wyspy Pacyfiku przywożone z nieba przez samoloty, tak nasze kibicowskie emocje nie pochodzą z ciągłego zadzierania głowy ku szczytom i podziwiania wielkich mistrzów. Jeśli skutecznie wyśmieje się i unieważni lokalne futbolowe rynki, zabraknie podstawy na której opierają się kibicowskie emocje. A przecież futbol, to przede wszystkim emocje. Owszem, piłka na najwyższym poziomie to wielkie widowisko, ale w sferze ogólnie pojętej kultury jedno z wielu.

Przyglądam się z sympatią nadwiślańskim kibicom Realu czy innej Barcelony, tak jak z sympatią myślę o mieszkańcach tych biednych wysepek, wierzących, że dobry Bóg zacznie w końcu zacznie sprawiedliwiej dzielić dostawy dóbr wszelkich. Tyle tylko, że ich miłość jest miłością platoniczną, a ich nadzieje na wzajemność złudne.



niedziela, 10 czerwca 2018

Imperium Futbol


Docierają do mnie strzępy informacji przeważnie wyśmiewające opolski festiwal jako mix współczesnej tandety z tandetą starodawną, ale sprytnie pokrytą stosowną patyną. To pewnie prawda, bo jak co roku szczęśliwie gwiazdami są tam wykonawcy, którzy już dawno powinni znaleźć się w kręgu zainteresowania czasopism w rodzaju „Mówią wieki”.  Takie, rozumiecie, myśli napadły mnie podczas porannego podlewania ogródka i zaraz skojarzyłem je z futbolem. To dla mnie łatwizna, bo mnie się wszystko kojarzy z futbolem. Tak zwana kultura przede wszystkim. Wiele wylano bitów opisując budżety instytucji, imprez, akcji propagandowych w skali od gminnej do globalnej i związane z nimi niegodziwości. To trochę tak jakby na trasie przemarszu stada słoni zajmować się miejscowymi ryjówkami. Po raz ostatni przywołam nieszczęsny festiwal, a i to tylko dlatego, by zauważyć, że jego budżet niknie by przy budżecie drugoligowego klubu piłkarskiego, który na trybunach gromadzi rzesze fanów, w porywach sięgającą tysiąca pięciuset osób. Zaznaczę przy tym, że polska piłka jest w skali europejskiej dość uboga.

Za chwilę Mundial. Same oficjalne nagrody, bez reklam, mediów i tak dalej, to 400 milionów dolarów. Nikt o tym nie wspomina, bo w kategoriach futbolowych to grosze. Kogo ma ekscytować fakt, że za sam wyjazd do Rosji premia wynosi osiem milionów baksów plus zwrot kosztów w wysokości półtora miliona. Potem oczywiście kwoty rosną, a mistrz otrzyma dolarów 38 milionów. 

Żart po prostu. Znacie piłkarza Arkadiusza Recę? Ja znam, ale ja zajmuję się futbolem. Ten dziarski młodzieniec został właśnie sprzedany przez płocką Wisłę do włoskiej Atalanty Bergamo za 4 miliony euro. Kibice mu gratulują, ale i zadają pytania w stylu: Jak mamy budować ligę, skoro utalentowanych graczy oddaje się dosłownie za grosze? Pan Arkadiusz będzie teraz zarabiał rocznie, tak na początek, kwotę porównywalną z szumną nagrodą Nobla.

Zarówno MŚ jak i szanowny klub z Bergamo to groszowa prowincja w porównaniu z brytyjską ligą imperialną. W sezonie 2016/17 same premie wypłacone klubom z tytułu udziału w rozgrywkach ( transmisje TV oczywiście ) wyniosły prawie dwa i pół miliarda funtów. Ostatni w tabeli, beznadziejnie grający Sunderland z tego tytułu zainkasował 93,4 miliona. Do tego dochodzi forsa za bardzo drogie bilety, sponsoring, reklama, gadżety itp. Angielska liga to obecnie największe i najlepsze widowisko sprzedawane w skali globalnej. Hollywood wysiada. Nawet reżyseria transmisji jest na wyższym poziomie.
N
a razie po angielskich murawach nie biegają tyranozaury, nie ląduje UFO a nawet żaden piłkarz nie okazał się inteligentnym nad wszelką przyzwoitość kanibalem, ale manipulowanie obrazem jest tam na poziomie Jurasic Park 9. Żeby było jasne, to telewizja zawsze manipuluje obrazem piłkarskiego widowiska, ale to co się wyprawia na wyspach przekracza wszelkie granice. Żadna liga, żaden turniej międzynarodowy nie wygląda tak dobrze, jak zgoła przeciętny mecz Premier Laeague. Zupełnie nie przeszkadza, że w Anglii gra się przeważnie przy naturalnym świetle. Podkręca się tam wszystko, począwszy od wielkości boiska aż do tempa i dynamiki gry.

Odwiedził mnie kiedyś kolega, fan angielskiej piłki, a szczególnie Arsenalu Londyn, ale chłop, który bywał przecież na meczach Legii czy reprezentacji Polski. Wybraliśmy się na mecz klasy okręgowej mojej lokalnej drużyny. Bardzo się zdziwił, że można rozgrywać mecze piłkarskie na tak małym boisku.
- Co ty mi tu opowiadasz? – oburzał się dodając, że przecież to połowa boiska jego ulubionego Arsenalu. Wyszedł na tym jak najgorzej, bo po sprawdzeniu okazało się, że nasze gminne boisko jest o pięć metrów dłuższe niż to w dzielnicy Highbury. Prawda, że o dwa metry węższe nie zmienia istoty rzeczy.

Tak telewizja i realizatorzy transmisji poprawiają smutny świat w którym żyjemy. Chodzi o aurę nadzwyczajności, która ma otaczać współczesnych herosów. Wchodzimy tu w sferę kultury rządzącej starannie kreowanym mitem. To nie tylko hurtowa sprzedaż widowisk sportowych, ale przede wszystkim zawłaszczenie człowieczych emocji oraz czasu.
To walka o czas napędza ten i wszystkie inne rozrywkowe biznesy. Trudno znaleźć w kalendarzu dzień, w który futbol nie oferuje żadnego wielkiego widowiska. Setki milionów ludzi pracuje, uczy się i ogląda mecze. Potem czyta o meczach, gra w mecze, myśli o meczach. I tak w kółko. Niczym jakieś cholerne zombie.
Czas człowieczy jest, jak już wspomniałem, ograniczony. Przeciętny tydzień fana wygląda w sezonie tak:

Piątek – zaczynają się mecze lig wszelkich, sobota i niedziela – grają ligi, w poniedziałek także! Wtorek, środa, czwartek – puchary europejskie albo krajowe, a w piątek…
Ligi zatrzymują swój bieg, gdy mają grać reprezentacje. Flauta jest pozorna, bo raz że nie wszystkie, a jeśli nawet, to są jeszcze ligi niższe niż ekstraklasa, które grają w najlepsze. Same reprezentacje też oczywiście dzielą się terminami tak, żeby wypełnić szczelnie każdy kolejny dzień. Teraz trwa flauta flaut, bo przed MŚ nic się nie dzieje. No tak, ale dzisiaj gra Brazylia, wczoraj Francja i Hiszpania, przedwczoraj Niemcy i Polska, dzień wcześniej Anglia… I tak to leci.

Straciłem wprawę w pisaniu i co za tym idzie pewność, czy zostanę właściwie zrozumiany. Nie mam nic przeciwko futbolowi, sam chętnie oglądam mecze, ale przeraża mnie skala tego szaleństwa. Ludziom serwuje się ten sport (!) niczym kolejne dawki narkotyku. Dzień w dzień, od rana do wieczora, od dziecka aż do śmierci.

Przy pomocy futbolu sprzedaje się prestiż miast, regionów i państw. Współcześni kibice też chcą mieć w tym swój udział i dlatego milionami kibicują największym i najsilniejszym. Dawno minęły czasy, gdy kibicowano swoim albo słabszym. Dzisiaj emocje angażowane są po stronie wielkich i najbogatszych, a sensacyjne rozstrzygnięcia przyjmowane są wręcz z oburzeniem, niczym jakaś osobista obraza. Przykre, że w wielkich galaktycznych finałach nie mogą grać wszyscy wspaniali do kupy, niczym Hamleci w humoresce Gałczyńskiego, chórem wołający „być albo nie być”.

Oczywiście cała ta futbolowa budowla wkrótce runie, ponieważ teoria nieograniczonego rozwoju jest tylko pseudonaukową brednią. To oczywista piramida finansowa i doszła do granicy za którą dalsza sprzedaż jest praktycznie niemożliwa. Inflacja emocji, gwiazd, języka służącego do opisywania futbolu  to pierwsze zapowiedzi upadku, który przy odrobinie szczęścia pozwoli wrócić piłce nożnej do właściwych wymiarów.


wtorek, 20 marca 2018

Tylko Becia!


Nie jestem ani z Prawa i Sprawiedliwości, ani z Warszawy, co znaczy, że zajmuję akurat taką pozycję jak trzeba, by zabrać głos w sprawie wyborów na prezydenta naszej wspaniałej stolicy. Patrzeć z oddali jest łatwiej, szczególnie gdy się patrzy na ludzi, nie na otaczający ich nimb, czy sprzedawane nam w mediach wyobrażenie o nich. Zacznę od tego, że walka wyborcza o warszawski stolec, bynajmniej nie jest degradująca politycznie dla pani premier, a szybkie „zagospodarowanie” tak ważnej postaci partii rządzącej wydaje się w sensie czysto politycznym jednym z priorytetów. Dodatkowym plusem kandydatury Beaty Szydło jest fakt, że kandydaci o których obecnie się mówi, czyli panowie Dworczyk i Jaki mogliby z powodzeniem zająć miejsca u jej boku, zarówno w trakcie kampanii, jak i porządkując po ewentualnym sukcesie przesławny warszawski ratusz. Jeden jako pragmatyczny urzędnik, drugi jako pogromca i trybun ludowy, w sensie współczesnym, oczywiście.

Niech mi wybaczą miłośnicy pana Jakiego, ale wasz lider w ogóle nie kojarzy się ze sprawowaniem władzy. Nawet nie chodzi o jego wiek, a raczej o niefrasobliwość, czy może bardziej gorączkę publicystyczną przenikającą jego wypowiedzi oraz działania. Pan Dworczyk z kolei, wbrew swemu dość emocjonującemu życiorysowi jest szary, szarością osób poruszających się na zapleczu wielkiej polityki. To pożyteczna cecha, ale i oczywista droga do klęski dla partii, które wystawi go na czoło takich zmagań, jak walka o warszawską prezydenturę. O panu Sasinie, poruszającym się gdzieś na obrzeżu, taktownie pomilczę.

Rzecz sprowadza się w zasadzie do dwóch pytań: Czy pani Szydło nie jest przypadkiem obrażona z powodu zmiany na stanowisku premiera, co może zostać przedstawione jako zmęczenie/wypalenie funkcją premiera, oraz czy Prawo i Sprawiedliwość podejmie tak znaczące, w przypadku porażki pani Beaty ryzyko. Nie oszukujmy się, w sytuacji, gdy w kontekście wyborów samorządowych szanse opozycji na sukces są mierne, wybory na stanowisko prezydenta stolicy zgromadzą wokół siebie uwagę mediów w stopniu znaczniejszym, niż kiedykolwiek. Ewentualny sukces pana Trzaskowskiego zostanie ogłoszony jako niezwykłe wprost zwycięstwo i zmiana kierunku wiejących w Polsce wiatrów politycznych. I nie zmieni tego fakt, kogo wystawi PiS. W przypadku pana Jakiego, będzie się to wiązało z otrąbieniem, że warszawiacy w nosie mają firmowaną jego nazwiskiem komisję i efekty jej pracy.

Moim zdaniem Prawo i Sprawiedliwość może zwyciężyć tylko wtedy, gdy postawi  wszystko na szali i podejmie stosowne do wagi wydarzenia ryzyko. Pocieszanie się słabościami pana Trzaskowskiego jest dziecinadą, ponieważ elektorat opozycji zupełnie nie będzie na nie zważał. W drugiej turze opozycja mogłaby wystawić nawet jego czapkę, by zyskać podobną ilość głosów. Tu żartów nie ma, bo w grę wchodzą naprawdę duże interesy.

Myślenie, że Beata Szydło nie nadaje się, ponieważ nie kojarzy się z Warszawą jest błędem, ponieważ kojarzy się z czymś więcej, a mianowicie z władzą. Poza tym, jest moim zdaniem jedyną wśród potencjalnych kandydatów PiS osobą, która wyciągnie z domów tych, którzy przeważnie na wybory samorządowe machają zniecierpliwieni rękami, a nogi nie niosą ich do lokali wyborczych.
Opozycja chce mieć poważne starcie w Warszawie, niech ma! Chce walki kampanijnej na wysokim poziomie, proszę bardzo!

Dla mnie kandydatura pani Beaty Szydło jest jedyną prowadzącą do zwycięstwa, ale jak wspomniałem na wstępie nie jestem z Prawa i Sprawiedliwości, a moje warszawskie korzenie zerwane zostały w roku pańskim 1944, czy tuż przed tym, nim powstała nowa Warszawa i jeszcze nowszy Warszawiak.