niedziela, 23 września 2018

Ministerstwo kroków poetyckich oraz innowacyjnych


Minister Gliński, który jest mistrzem w tworzeniu bytów niepotrzebnych zapowiedział wczoraj powstanie Instytutu Literatury. Ma to być instytucja państwowa czyli „szeroko zakrojony projekt o ogromnym walorze edukacyjnym, który ma umożliwić wszystkim zainteresowanym dostęp do najnowszej wartościowej literatury. Jego celem jest zapoznanie z nowymi formami literackimi, współczesnymi konwencjami oraz wartościowymi innowacjami”.

Proszę niczym we mnie nie rzucać, to cytat. Chodzi oczywiście o zbudowanie krowy o tysiącu dydkach i stu dopieszczających jęzorach do lizania poetycko-powieściowych  pyszczków. Ten potwór ma się rozsiąść na polskiej literaturze, która i bez niego jest wyjątkowo nędzna i wtórna, a ukryci w jego korpusie urzędnicy i mądrale będą sterowali kanałem dystrybucji budżetowej forsy, próbując stworzyć silną grupę pod wezwaniem profesora Glińskiego, która na jego widok nie będzie wyła i gwizdała.

Innego celu poza dotowaniem przyjaznych miernot nie potrafię dostrzec, ale ostrzegam, że nie da się przerobić poety Wenzla na nowego Mickiewicza, choćby zaprzęgnięto do tego zbożnego dzieła elektromobilność, nano czy naprotechnologię , albo nawet zwykły młotek. Co gorsza podobne głupstwa będą się mnożyć, ponieważ ludziom wychowanym w kulcie dla artystów i tworzonej przez nich sztuki nic innego przyjść do głowy nie może. Najważniejszym powodem jest oczywiście stworzenie środowiska alternatywnego wobec lewicowo-liberalnego, grupującego pisarczyków, a nawet przechwycenie co bardziej łasych na dobra doczesne twórców drugiej strony tego medalu wystruganego z ziemniaka.

Myśl, że prawicy (użyte tu określenia o charakterze politycznym są nieprecyzyjne z powodu założonej objętości tekstu) potrzebne jest podobne środowisko to wielkie nieporozumienie.  Niczym dziura w moście potrzebni są bowiem pisarze deklamujący swoją prawicowość. To, że lewica ma takich na pęczki w niczym nie poprawia jej dość paskudnej sytuacji. Różnica, jak mniemam, będzie taka, że tutaj na pierwszym miejscu będzie stawiany życiorys twórcy, co wróży jak najgorzej całemu przedsięwzięciu. To, że ludzie kultury mają delikatnie rzecz ujmując, tak zwaną dobrą zmianę w nosie, nie znaczy, że trzeba pompować jej apologetów. Jeśli już, niech stworzą dobrozmianowy chór, który będzie śpiewał przy okazji państwowych uroczystości (poeci w pierwszym rzędzie, bo głosem najcieńszym).

Stronie liberalno-lewicowej ci wszyscy literaci & poeci potrzebni są jako proteza intelektualna i stąd męczące powoływanie się na ich autorytet. Wynika to po prostu z tego, że ich koncepty teoretyczne, samo postrzeganie rzeczywistości są zaburzone do tego stopnia, że bez argumentu z autorytetu, który przerwie niechciany proces myślowy odbiorcy rozmywają się ku nicości. Niech sobie, prawda, mają tych swoich wybitnych twórców. Nie skazujmy często niczemu niewinnych ludzi, których jedynym grzechem jest aspirowanie do intelektualnej wyższości na spędzanie czasu sam na sam ze Schetyną czy panią Lubnauer. Niech im gra muzyka, niech śpiewają na Fejsiku wybitne pisarki Nurowska i Gretkowska. Tego zazdrości minister Gliński? Łaknie własnych wybitnych pisarek?

Podobne działania są oczywiście skazane na klęskę, podobnie jak każda próba podlizywania się wrogiemu środowisku, które skwarkę łyknie, a i tak wypnie na pana ministra tyłek. Jeśli zaś pomysłowi przyświeca myśl wsparcia polskiej literatury na rynku światowym, rzecz cała sprowadza się do jawnej komedii, żywo podobnej do prezentowanego przez rozmaitych wydrwigroszów pomysłu tworzenia w Hollywood filmowych hitów o polskiej historii.

Jeszcze raz przeczytajcie fragment cytatu, którym otwieram tekst: „…Jego celem jest zapoznanie z nowymi formami literackimi, współczesnymi konwencjami oraz wartościowymi innowacjami”.

Wierzę, że wśród czytelników znajdzie się ktoś na tyle wykształcony, kto w dobrej wierze wytłumaczy ciemnemu pisarczykowi, jakie to są te nowe formy literackie i gdzie szukać współczesnych konwencji, a szczególnie „wartościowych innowacji”? Bardzo mi na tym zależy, bo za chwilę może się okazać, że chodzi o blogosferę modową i poezję twitterową.





czwartek, 20 września 2018

Pitbull chowa się pod kanapą, na której rozsiadł się wredny kler


Każdy zwolennik horrorów wie, że na amerykańskiej prowincji jest cholernie niebezpiecznie. Wystarczy zjechać z autostrady żeby się o tym przekonać. Szanse, że zostanie się poćwiartowanym, a w radykalnej wersji spożytym rosną wraz z odległością od najbliższej metropolii. Miejscowi nie przejmują się tym do tego stopnia, że nawet nie mają zamków w drzwiach i wysiadują na werandach popijając bimber. Po terenach pustynnych krążą mutanci odżywiający się turystami, a w lasach nie mogą się czuć bezpieczne nawet uzbrojone po zęby oddziały komandosów. Co tu w ogóle mówić o zbieraniu grzybów?

Nikt się tym jakoś specjalnie nie przejmuje i nadal zamiast egzorcyzmować kukurydzę napuszcza się na nią kombajny. Albowiem nawet w tak ciemnym (wedle naszych elit) społeczeństwie jak amerykańskie istnieje powszechna zgoda, że kino to w zasadzie bujda, a kino klasy B czy C to już bujda resorowana. U nas jest oczywiście odwrotnie, ponieważ wszystkie polskie filmy pochodzą z najwyższej półki, a jakość obserwacji oraz diagnozy społecznej jest tu najwyższej próby. Trudno zresztą by było inaczej, skoro ku konsternacji Hollywood wszyscy ludzie zajmujący się filmem w Polsce są artystami. Trudno przecież wyobrazić sobie artystę, który zna własne ograniczenia i z założenia kręci film klasy B.

Z braku polskich horrorów naszą prowincję zaludniają zwykli, potulni degeneraci nie potrafiący prawidłowo wyartykułować swoich potrzeb. Prymitywniejsi od tej tłuszczy są tylko nadzorujący ją lokalni politycy, robiący wszystko co każą szemrani pod każdym względem biznesmani. Czuwa nad tym policja składająca się z prymitywnych durniów, gdzie zwykle jedynym sprawiedliwym, inteligentnym śledczym jest z kolei zdeklarowany alkoholik. Wszyscy razem wrzeszczą, ale z tego wrzasku trudno wiele zrozumieć, a to rzekomo z powodu niskiego, wobec Hollywood budżetu. Szkoda, że upadł pomysł wprowadzenia napisów do rodzimych produkcji.

Pan Smarzowski rzucił właśnie na rynek film „Kler” i z właściwym naszym artystom wdziękiem zabrał się za jego reklamę. Media się cieszą, bo jedni oburzeni, drudzy zachwyceni, czyli dzieło zarobi stosowny szmal tak czy inaczej, a finansowy zastrzyk z PISF zostanie zwrócony. W recenzjach pojawiła się opinia, że pan reżyser z pesymisty przekształcił się w moralistę. Brzmi to zabawnie, w kontekście dotychczasowych dokonań reżysera. Moralista – no proszę! Nie mogę oczywiście zrecenzować uczciwie tego filmu, z wiadomego powodu, ale w pewnym sensie wystarcza mi zapewnienie, że jest to dzieło w typie Smarzowskiego oraz zarys fabuły, by stwierdzić, że znowu wbrew założeniom i wzmożeniu artystycznemu powstał kolejny film klasy B. Popatrzcie jak to się plecie. Niby czegoś nie mamy, a po sprawdzeniu mamy w nadmiarze. Szkoda tylko, że nie są to pieniądze.

Z dorobku pana reżysera znam dzięki uprzejmości pana Kurskiego koszmarek zatytułowany „Wołyń”. Nazywając ten film „koszmarkiem” nie mam na myśli scen okropnych i okrutnych, ponieważ na podobne filmowe ekscesy jestem uodporniony, ale samą fabułę i sposób prowadzenia narracji. Do wcześniejszych filmów ledwie się przymierzyłem, tracąc cierpliwość po dwóch, trzech kwadransach. Ani to, moi mili, realizm, ani wyraz pesymizmu czy obawy przed tryumfem zła, a po prostu kolejna wersja tego, co mały Jasio po dużym piwie ma do powiedzenia o społeczeństwie w którym żyje. Dodatkową atrakcją jest fakt, że podobnie jak wszyscy nasi artyści, tak i pan Smarzowski uważa się za tego społeczeństwa ukoronowanie. I tak sobie, patrząc z góry wrzeszczy, ta nasza perła w koronie.

Jak już zaznaczyłem film będzie sukcesem frekwencyjnym. Nie trudno o to w kraju, gdzie sukcesami są dużo gorsze sensacjonistyczne filmidła w rodzaju Pitbulla. Reżyser i ekipa liczą też pewnie na jakieś protesty przed kinami, co doskonale rozumiem. To zabawne, ale eskalacja werbalnych i publicystycznych  emocji tak mi spowszedniała, że zamiast filmu chętnie obejrzałbym związane z nim ekscesy, ale i tego pewnie się nie doczekam. Zresztą, odkąd w mediach ludzi protestujących zaczęto nazywać protestantami, w ogóle nie liczę na wiele. No chyba, że głos na temat filmu zabierze filozof i prawnik, pan profesor Sadurski, którego osiągnięcia na twitterze są godne polecenia i uwagi. Na przykład taki wczorajszy wpis:  

„W sytuacji, gdy wiarygodność Prezydenta USA jest wielokrotnie niższa niż oskarżających go gwiazd porno, przymilne słowa polskiego prezydenta o Fort Trump to gorzej niż polityczny błąd. To głupota.”

Pitbull, proszę państwa, ze wstydu chowa się pod kanapą, na której rozsiadł się wredny kler. Szacunek, panie profesorze!


wtorek, 18 września 2018

O zwalczaniu rewolucji bezobjawowej wszystkimi dostępnymi siłami


Jest w tym coś niesamowitego, że w Polsce nie dzieje się praktycznie nic, a jednocześnie coraz częściej pojawiają się opinię, że trwa tu rewolucja. Nie tylko u nas, ale nasza jest jakby gwałtowniejsza. Co prawda chodząc po ulicach, czy gdzie kto tam lubi chodzić z katalogiem syndromów charakteryzujących przeciętną rewolucję pod pachą trudno dostrzec choć jeden, ale skoro tak twierdzą ludzie, których przodkowie wyleźli na światło dzienne przy okazji dziejowych przewrotów warto się temu przyjrzeć. Rewolucja bezobjawowa, rewolucja, której nie przyklaskuje lewactwo. Po prostu dziw nad dziwy. Szczególnie bawi, że zgodnie z wszelkimi prawidłami, skoro trwa rewolucja musi objawić się konserwatywna reakcja i owszem jest, ale składa się jak raz z liberałów i lewicy.

Ci zaś, zupełnie jak nie oni, nawet nie przygotowali pod swoje działania podwalin teoretycznych. Może słabe głowy, a może narracyjnie bardziej opłacalne wydały im się histeryczne pokrzykiwania i mnożenie przymiotników.

Nagle, ni z gruszki ni z pietruszki lud jest dziką, prymitywną i wrogą wszystkiemu co szlachetne siłą. Niesamowite! Nawet sama demokracja stała się czymś w rodzaju totalitarnego przymusu, bo jakże to tak, żeby zwycięska partia rządziła krajem? Jakim niby prawem? Przecież normalnym państwie nie ma takiego zwyczaju! W normalnym państwie bowiem do wyboru są tylko partie słuszne oraz ohydny margines. Status quo musi być zachowane, a interesy nienaruszone. Rewolucje są owszem wspaniałe, ale tylko takie na których można zarobić. Ich serce musi bić co najmniej nad Tamizą, nie żeby ktoś sobie coś samemu wymyślał. Dlatego nasza bezobjawowa rewolucja jest tak przerażająca, choć nie wydaje się, żeby była zaraźliwa.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że poza składanymi codziennie deklaracjami nasza osobliwa opozycja nie robi kompletnie nic, by przechylić na swoją stronę polityczne szale choćby poprzez wygranie kolejnych wyborów. Oni całą nadzieję pokładają w presji zewnętrznej. Nie zauważają, albo zauważyć nie chcą, że nawet gdy taka presja okaże się skuteczna, oni sami niekoniecznie będą jej beneficjentami. To nawet dość mało prawdopodobne, ponieważ nie sprawdzili się jako przedstawiciele interesów państw zainteresowanych przegrywając wybory i przerywając zmierzający do szczęśliwego zakończenia proces integracyjno-kolonizacyjny. Reszta jest po prostu biznesem, o którym chętnie, acz w innych okolicznościach mawiają, że nie ma w nim miejsca na sentymenty.

Nie mogą przecież liczyć na niemiecką kawalerię, która wyzwoli ich z twierdzy, w której sami raczyli się zamknąć. A wiadomo co się dzieje z oblężonymi, gdy odcinane są kolejne szlaki zaopatrzenia. Najpierw zjada się konie, psy, koty i szczury, a potem… Po prostu strach pomyśleć. Na dodatek kierują swe apele o pomoc w kierunku instytucji, które same szukają już tylko odpowiednich murów, by się za nimi zamknąć. Jest to próba zwalczenia bezobjawowej rewolucji bezobjawową interwencją. Smuci jedynie, że w tym zamieszaniu zdarzają się i tacy, którzy z wielką ochotą przekraczają linię wyznaczającą najzwyczajniejszą w świecie zdradę, a to tylko z powodu obrony własnego interesu. Trudno, już nie tylko pojąć, ale i tolerować podobne ekscesy, ale na razie i kara za nie jest również bezobjawowa.

Jeśli ktoś sądzi, że to co napisałem jest bujdą i przesadą niech przypomni sobie i zastanowi się nad emocjami jakie wzbudziły amerykańskie wybory. Zupełnie jakby nasi opozycyjni mądrale sądzili, że jeśli wygra pani Clinton wpadną tu Jankesi i zrobią porządek z Kaczyńskim. To ci dopiero kalkulacja! Nie? Przecież już teraz, patrząc w przyszłość wyglądają zbawienia po kolejnej zaoceanicznej elekcji. 

To koncepty jednocześnie starannie ukryte i równocześnie jawne. Można rzec, że geopolityka zawróciła niektórym w głowach, jak raz przed wyborami samorządowymi, które znowu, jak sami mówią i piszą mogą przynieść rewolucyjną zmianę w samorządach. I tak wracamy na początek tego krótkiego tekstu. Rewolucja goni rewolucję, ale przynajmniej w moim miasteczku z żadnej latarni nie zwisa nawet najmarniejszy sznurek.

sobota, 15 września 2018

Ręce na pokładzie łajby całkiem podwodnej


Krąży w sieci filmik, fragment relacji telewizyjnej ukazującej dramatyzm huraganu Florence. Widzimy opatulonego reportera ostatkiem sił walczącego z wichurą, by zdać relacje, by opisać to, czego w ogóle opisać się nie da. Tymczasem za jego plecami spaceruje dwóch młodzieńców w krótkich spodenkach i zabawia się komórkami, jak to współcześni młodzieńcy maja w zwyczaju. Ludzie się śmieją, mnożą podobne przykłady i chętnie bym wam to pokazał, ale nie wiem czy wolno? Nie jestem bowiem prawnikiem, a prostym pisarczykiem. Co prawda powszechnie uważa się, że jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów, czym strasznie przejęła się nasza opozycja, która zamiast mnożyć argumenty pokazuje zdumionym widzom posła Grabca, ale szczerze wątpię, czy taki poseł, choćby nie wiem jak śliczny wystarczy do wygrania wyborów samorządowych?

Trwa medialno-polityczna akcja „wszystkie ręce na pokład” a im dłużej trwa tym jest głupsza. Może dlatego, że teraz mamy do czynienia z okrętem podwodnym i przepychaniem się przy wiadomej klapie. Efektem jest kampania wyborcza partii opozycyjnych żywo przypominająca majaczenie wariata. Zupełnie fatalną rolę odgrywają zaprzyjaźnione media, które zalewają rynek wyborczym paliwem, mającym jedną, ale zasadniczą wadę: Nie chce płonąć. Dobrym przykładem wzorowego idiotyzmu jest wczorajsza histeria związana z botami, które tak namąciły elektoratowi w głowie, że wybrał na prezydenta pana Dudę. Do kogo niby jest to skierowane? Ci, którzy cokolwiek znają się na internecie, co najwyżej parskną śmiechem, a pozostałych zupełnie to nie obchodzi. Rozumiem, że politycy mogą mniemać, że istnieje utajony elektorat głupszych niż oni sami, ale zapewniam, że nie jest to legendarna młodzież, której względy chcą pozyskać.

Niedawno tryumfowali, ponieważ wciągnęli do gry panią Nowacką, w związku z czym uważają całkiem poważnie, że w zasadzie ogarnęli całe spectrum ideowe. Od lewa do prawa, że mucha nie siada. Od Nowackiej do Giertycha, z gromadką Schetyny wygodnie rozpartą w centrum. Sukces gwarantowany! Wyobraźcie sobie, że oni tak po prostu dodają te punkty poparcia. Tyle PO, tyle Nowoczesna, plus lewica obyczajowa, czyli dla każdego coś miłego. W tej układance brakuje jeszcze Korwina i Narodowców, a wtedy 50% poparcia jest dosłownie pewne! Że tak mogą kalkulować ludzie, którzy chcą przejąć władzę w Polsce to moim zdaniem coś absolutnie niesamowitego. Jeśli zaś tylko udają, że wierzą w podobny absurd, to jeszcze gorzej, bo niby w jakim celu? Zabawnie zbiegło się to atakiem na nieszczęsnego Biedronia, którego domniemany elektorat w żaden sposób nie kojarzy się przecież z lewicą, prawda? Zresztą takie przekonanie potwierdził sondaż pewnej wybitnie zasłużonej dla sprawy sondażowni, z którego wynika, że powstanie partii popularnego homoseksualisty odbędzie się głównie kosztem PSL, który w takiej konfiguracji straci miejsce w parlamencie. No pięknie!

Za chwilę zobaczycie jak siły postępu zaczną w pozytywnym świetle przedstawiać kandydaturę pana posła Jakubiaka, kandydującego na prezydenta Warszawy. Kalkulacja jest prosta i stoi na identycznym poziomie jak prezentowana powyżej i polega na odebraniu głosów Jakiemu. Wiem, że nadużywam tego zwrotu, ale są to plany godne politycznego pięciolatka. Inaczej tego nazwać nie umiem.

Cała propaganda opozycji tak czy owak sprowadza się do prostego: Wszyscy przeciwko PiS, ale co znaczy „wszyscy” to już inna kwestia, ponieważ działania skierowane są do wewnątrz, a żadne w kierunku pozyskania nowych wyborców. Sprawy zaszły tak daleko, że nawet przekaz medialny zaprzyjaźnionych z opozycją mediów skierowany jest w tym samym kierunku. ( Akurat w tym miejscu PiS popełnia podobny błąd sprowadzając dział informacyjno-publicystyczny TVP do roli ściśle propagandowej. Argument, że tamci… odrzucam, ponieważ tamtych mam w nosie, ale dzięki staraniom pana Kurskiego znalazłem się na niechcianej pozycji intelektualisty, który telewizji nie ogląda w ogóle. Strzępy internetowe i tak wystarczą aż nadto ) i stanowi przejaw chowu wsobnego. Same getta, moi mili, no chyba, że ktoś ogląda/słucha dla beki. To jeszcze rozumiem.

Zabawne jest, że PO gromadząc wokół siebie mniejszych ancymonów chce powtórzyć sukces PiS, ale na razie popełnia wszystkie błędy, jakie znienawidzona przez nią partia popełniała w przeszłości. Robi to na dodatek z zadziwiającą konsekwencją, nie bacząc na widoczne w sondażach efekty. Im bardziej obniża ich szanse histeryczna narracja, tym usilniej w nią brną. Jeśli kiedyś zaprzyjaźnione media potrafiły wmówić co naiwniejszym, że PiS to obciach, teraz sami koniecznie muszą na pierwszej linii frontu stawiać prawdziwych już durniów, kierując w ten sposób przekaz w kierunku elektoratu, który na wybory nie pójdzie, ponieważ może zabłądzić na własnym osiedlu.

Nie rozumieją, że PiS nawet w swych najgorszych latach postrzegany był zawsze jako całość. 
Owszem, z tego powodu łatwiej było tę partię okładać ze wszystkich stron, zupełnie jak boksera ukrytego za podwójną gardą, ale jeśli taki zza obrony wyprowadzi w końcu skuteczny cios, nie pozostaje nic innego jak poleżeć na ringu i spróbować zebrać siły, a nie od razu wspinać się po linach i dalejże pyskować, bo może to skutkować bardzo poważnym nokautem, czego im ze szczerego serca życzę.


niedziela, 9 września 2018

Człowiek pogryzł lamę


Od lat znosimy nieustającą kampanię wyborczą. Dziwne, że od tej polityki jeszcze nie powariowaliśmy ze szczętem. Ci, którym się to udało żyją w jakimś dziwnym świeckim raju, gdzie dosłownie wszystko jest polityczne i dwubiegunowe. Nasze opętane szaleństwem media nie dają publiczności chwili wytchnienia. Aby odbiorca nie mógł zaczerpnąć powietrza poszerza się nieustannie pole konfrontacji. Co prawda jeszcze nie słyszałem o podziale planet układu słonecznego na pisowskie i peowskie, ale nie jestem pewien czy w czeluściach niektórych politycznych mózgów przewaga nazw męskich nie budzi wątpliwości. Ziemia i Wenus to niewiele, tym bardziej, że dochodzi jeszcze popularny i codzienny Księżyc.  Dlaczego nie Księżyca? Prawdziwi radykałowie narzekają też na Ziemię, że niby kojarzy się z Ziemkiewiczem i ziemniakiem, którzy są przecież facetami.

Za idiotycznymi mediami podążają hordy szalonych wyznawców, którzy nie ominą żadnego tematu, by nie podzielić się z innymi swoim szaleństwem. Oto para Francuzów podczas safari w Kenii wylazła z auta i postanowiła zrobić sobie selfie z lwem. Miły drapieżnik nie pomny na rolę mediów społecznościowych raczył ich rozszarpać. Pod tekstem komentarze w stylu: Dobrze tak pis….om! Dostali 500+ i się szwendają po świecie. Brawo lew! I zaraz kontra, że niby tylko peowiec tyle nakradł, żeby do Kenii… Ktoś sprytnie zauważa, że Francuzi, ale zaraz zostaje skontrowany, że i we Francji są pisowcy, bo kto inny mógłby popierać Le Pen, a wiadomo, że Kaczyński razem z Moskwą i do tego ma kota, a lew wiadomo, że psem nie jest.

Przesadzam? Co kilka dni można znaleźć w mediach opis psiej męki, bo jakiś degenerat przywiązał swojego „pupila” drutem do drzewa itp. Przeczytajcie komentarze i jeśli nie znajdziecie tekstów, że zrobił to wychowany przez Kościół katolik ergo pisowiec, znaczy to jedynie, że forum jest moderowane przez kogoś, kto potrafi czytać i na dodatek sam nie rechoce do wtóru podobnym komentarzom. Nie mówicie mi przeto, że to nie robota mediów.

Kto jak nie media, poszerza pole politycznej walki o kolejne coraz bardziej tematy? O gospodarce i decyzjach mających wpływ na jej dobrostan pisze się maleńkim drukiem, bo to nie rezonuje, a poza tym jednak trzeba pisać pod rygorem faktów. Jeśli już, wyrywa się pojedynczą, łatwo zrozumiałą rzecz  z łańcucha zdarzeń i dalejże snuć dowolne na jej temat bajki. Dlatego nie dziwi, że na tym samym wiodącym bęcwałów portalu zgoła co innego można przeczytać w dziale gospodarczym, a co innego w dziale ogólnym, tym dla plebsu. Pięknym przykładem, choć z dziedziny czystej propagandy był ostatni eksces przyjemniaczków z Gazety Wyborczej. Najpierw ogłosili światu, że PiS ukrywa przed rejestrem pedofilów księży. Potem przyznali, że pomylili paragrafy, ale uważają, że i tak mają rację. Tak można zawsze i bez końca. Na boku zauważę, że podobnie jak w mediach jest też w sejmie. Sprawy gospodarcze? Debata budżetowa? Poza małpimi popisami na początku debaty, nic. Milczenie. Ale niech jeden z drugim cymbał wrzuci temat obyczajowy, albo choć trochę nadający się do medialnych popisów zaraz wszyscy pędzą dźwigając te swoje niewyparzone gęby.

Wszystko byłoby niezwykle zabawne, gdyby jednocześnie nie było tak odstręczające. Co gorsza krąg się zamknął. Media i politycy głównie komentują wzajemnie swoje prawdziwe i domniemane łajdactwa. Do tego publiczność zamiast tupnąć swą zbiorową nogą na takie bałwanienie do kwadratu, sama zabiera się za propagandę. Rozumiem tych, który za takową płacą, ale reszta?
Oto pod Kielcami urodziła się świnia z trzema głowami, a miejscowy obywatel pogryzł lamę!

- Jak świnia, to pewnie z PO. He He

- Ile ci za to płacą płacą pisowski trollu? Ciekawe, czy świnia dostanie 500+ na każdy łeb. LOL

- Ten co pogryzł lamę co niedzielę chodzi do kościoła, a w poniedziałki gryzie lamy!

- Prawdziwy Polak nie hoduje lam, tylko krowy!

- Sam jesteś krowa!

- Wolę być krową niż pis…em! Co na gryzienie lam powie Europa, z której Kaczyński chce nas wyprowadzić na Białoruś? Konstytucja! Konstytucja! Czy my już żyjemy w średniowieczu, żeby gryźć lamy? Takie są efekty pisowskiej (tfu!) polityki historycznej.

- Teraz widzicie problem? Rządziliście osiem lat i co zrobiliście dla lam, żeby nikt nie gryzł ich w tyłek? Mam przypomnieć, ile hodowli lam przez was upadło, a lamiści pogrążyli się w cichej rozpaczy?

- To pewnie Ukrainiec pogryzł lamę. PiS i PO są siebie warte! Przez nich co drugi Polak jest obcokrajowcem albo Filipińczykiem. Niech żyje wolna polska!

-Jak piszesz Polska, barani łbie?

- Sorki, literówka się wymskła meni.

sobota, 18 sierpnia 2018

Tragedia czyni okazję


Pan Bóg pokarał nas mediami, które największą nawet ludzką tragedię potrafią już na poziomie opisu zdarzenia zmienić w nędzną publicystykę. Uruchamiając jednocześnie do działania hordy ludzi do tego stopnia przepełnionych nienawiścią, że już zupełnie niezdolnych do jakiejkolwiek refleksji.

Każdy dzień jest pełen zdarzeń dramatycznych, ludzkiego bólu i śmierci. Każda chwila jest chwilą w której cierpią ludzie. Zdarza się, że śmierć zostaje zauważona przez media i wtedy prawie zawsze mamy do czynienie z wielopoziomowym obłędem. Ostatnia, wciąż opisywana tragedia w Darłówku jest tutaj wymownym przykładem.

Nie ma czegoś takiego jak współodczuwanie bólu i nawet ryzykownie zakładając, że część doniesień medialnych chce wywołać podobny efekt, to wynikiem jest agresywna ciekawość i chciwość na cudzy ból, którego jakość może ocenić szeroka publiczność. Gdyby powrócił zwyczaj publicznych egzekucji masa ludzi byłaby gotowa znieść wszelkie niedogodności podróży, by na żywo obejrzeć cudzą mękę. Dzisiaj mogą popisywać się w Internecie, ale o nich na końcu, bo tylko na koniec zasługują.

Na wstępie media zafundowały nam następujący obraz: Nad morzem wypoczywa rodzina z czwórką dzieci. Nie dość, że na odcinku plaży, który nie jest strzeżony, to jeszcze sami rodzice nie dopilnowali swoich pociech, a morze porwało je na śmierć. Pozornie wszystko się zgadza. W wyobraźni ujrzałem trójkę biednych, pozostawionych wobec żywiołu maluchów. Po chwili okazało się, że dzieci były dużo starsze, co oczywiście nie umniejsza samej tragedii, ale powinno całkowicie zmienić medialny opis, a o niczym podobnym nie słyszałem.

Kiedyś ukuto, zapomniane już słowo „nastolatek” opisujące młodziaków, którzy już nie są dziećmi, a trudno ich jeszcze zaliczyć w szeregi młodzieży. Wbrew pozorom takie rozróżnienie było całkiem konkretnym opisem granic oraz intensywności wymaganej społecznie opieki rodziców. Zawsze pod pręgierzem stawali rodzice, których kilkuletnia pociecha bawiła się sama przed blokiem, sama wchodziła do morza czy jeziora, ale jedenastolatek buszujący po ulicach z przysłowiowym „kluczem na szyi” nie budził niczyjego zgorszenia. Na wsi, podobnie jak dzisiaj, ten próg z powodów pragmatycznych był i jest obniżony o 3-4 lata. Znam to z autopsji, to wiem.

No właśnie. Jako jedynak byłem wobec moich kolegów nieco zapóźniony w nastoletniej samodzielności. Nie przeszkadzało to oczywiście w tym, że w wakacje dostawałem parę złotych na bilet i sam lub z kolegami jeździłem w dni upalne nad jezioro Pątnowskie. Jak spojrzę na skalę czasu, to niewątpliwie pierwsze takie samodzielne rajdy odbyłem jako dwunastolatek. Jechałem nad jezioro, by wodne wyprawiać brewerie. Rodzice w pracy, a lato piękne. Dostawałem instrukcję, czego nie wolno mi robić i jechałem. Portfelik z drobnymi, razem z ręcznikiem i gatkami na zmianę zostawiało się przy kocu kogoś, kto wyglądał w miarę poważnie i do wody! Patologia, czyż nie?

Dawniej dzieci i nastolatków otaczali dorośli ludzie. To nie ma nic wspólnego z tragedią, która jest tu pretekstem, ale warto o tym wspomnieć. Nigdy nikt nie spytał mnie na tej plaży, dlaczego jestem sam, ponieważ ludzie rozumieli, że w ich obecności sam przecież nie jestem.

Ktoś powie, że wówczas panowała inna wrażliwość. I z tym się zgadzam! Gdyby coś mi się wówczas przydarzyło, nikt by nie obwiniał mojej matki. Nikt by nie właził jej z buciorami w cierpiącą duszę. Z tym się zgadzam! Ta cała medialna, narzucana nam empatia jest w najlepszym wypadku podglądactwem, ohydną manierą szukania winnych wśród najbardziej cierpiących. Manierą, prowokującą do wynurzeń ludzi stojących sto kilometrów od granicy jakiejkolwiek przyzwoitości.

Tragedia jako przyczynek do dyskusji o polityce prorodzinnej rządu. Ludzka tragedia jako pole politycznego ataku, jako wyraz absolutnej pogardy… To jest zbyt wstrętne, żeby o tym pisać. Jeśli chcecie się przekonać, jak nisko może upaść istota potrafiąca pisać poczytajcie komentarze na internetowych portalach skierowanych do gawiedzi. Na dodatek to już stały element, żelazny punkt programu, że się tak wyrażę.  

wtorek, 14 sierpnia 2018

Gra w Biedronia o podział konfitur w Europarlamencie


Gra w Biedronia nigdy się chyba nie skończy. Jest to rozrywka tak nudna i przewidywalna, że nie sposób zrozumieć motywacji grających w nią specjalistów od politycznego dymu. Trudno też dociec, jaką rolę odgrywa w niej sam Biedroń. Czy jest pionkiem na politycznej planszy, czy jedną z pośledniejszych, ale jednak figur? Przed kilkoma tygodniami wysłuchałem wywiadu z tym dziwnym człowiekiem i moje ówczesne cierpienie w ogóle nie pomogło mi nabyć stosownej wiedzy. To było wtedy, gdy PO do spółki z PiS nie udzieliły mu absolutorium i jego oburzenie tym faktem było chyba świeże i szczere.


Pan Robert potwierdził w tym wywiadzie, że jego najsilniejszą stroną jest niczym nie ograniczona megalomania, oraz absolutny brak politycznego rozumu. Sądziłem naiwnie, że jego namolni promotorzy schowają go gdzieś przynajmniej na jakiś czas, ale moje nadzieje okazały się płonne. Tym razem ogłaszają jego wielki plan pod nazwą „Kocham Polskę”. Oczywiście w ramach sondowania szans sam bohater dystansuje się od sprawy, ale jest to metoda stosowana za każdym razem, gdy mocodawcy pana Biedronia próbują wypuścić go na szersze polityczne wody. Jestem zdumiony, że im się to jeszcze nie znudziło.

Tym razem pomysł dotyczy wyborów do Parlamentu Europejskiego, czyli po prostu konfitur. Jak zwykle powodzenie akcji nie zależy od pana Roberta, a tym razem od prezydenta Dudy, który jeśli nie zawetuje zmian w ordynacji wyborczej, uczyni cały plan bezsensownym i Biedroń setny raz będzie zmuszony powrócić do polityki lokalnej. Oczywiście na chwilę, bo zaraz wybory samorządowe i trzeba będzie się zdecydować, czy nie czas zawalczyć o stanowisko prezydenta Polski. Nie jest lekko być panem Biedroniem!

W ten sprytny publicystycznie sposób dochodzimy do zmian w ordynacji wyborczej, dyskryminujących mniejsze ugrupowania polityczne. Nie dającej szans nowym inicjatywom. Muszę w tym miejscu wyrazić zdziwienie, że pan prezydent Duda jeszcze się zastanawia nad jej podpisaniem. Veto byłoby poważnym błędem, a samo podwyższenie progu, wynikające ze struktury wyborów jest jak najbardziej korzystne także dla nowych inicjatyw politycznych, które by trwać dłużej niż sezon muszą zaczynać od zgoła innych wyborów.

Przy obecnej ordynacji szans nie zyskują bynajmniej mniejsze partie polityczne, a byty celebrycko-medialne, przy czym ich kreacja odbywa się tylko i wyłącznie w kontekście wspomożenia/zaszkodzenia większym partiom. W zasadzie jest to najlepsza szansa by zaistnieć tanim kosztem, przy minimalnym wkładzie pracy i bliskim zeru poczuciu odpowiedzialności wobec elektoratu.

Nikt nawet nie kryje, że polega to głównie na zebraniu „znanych nazwisk” a dalej to już tylko prostackie „jadziem z tym koksem, a głupki niech głosują, a potem się cieszą”. Żadna partia zbudowana na sukcesie w wyborach do europarlamentu nie przetrwa, ponieważ znanym nazwiskom chodzi jedynie o ich osobiste przetrwanie w polityce. Dlatego tworzą rozmaite miraże, od prawa do lewa. Miraże właśnie w rodzaju „Kocham Polskę”.

Mniejsze partie, aby stać się większymi muszą pracować, tworzyć struktury, własny obieg idei, znaleźć sposoby na pozyskanie ludzi, którzy ich otaczają na co dzień. Tego nie robią w ogóle, a jeśli robią, to źle. Aby odróżnić się od rządzącego centrum starają się pokazać swój radykalizm, w związku z czym zamiast pozyskiwać, straszą. 

Najgorsze, że ich liderzy zdają się być zachwyceni taką sytuacją. W miejscu przebiera nogami lewackie Razem, podobnie jak Narodowcy wszelkiego rodzaju, którzy również nie potrafią wykorzystać żadnej społecznej okazji by zaistnieć w polityce. O "liberalnych liberałach" wiadomo tylko tyle, że gdzieś tam się tlą, a ich niedawni liderzy od czasu do czasu robią z siebie błaznów w telewizji czy internecie. 

Odpowiedzcie sobie na proste pytanie:
Dlaczego takie byty zasługują na konfitury, skoro nie potrafią upiec najprostszego politycznego chleba?