Elżbieta spojrzała na Piotra, w jej oczach coś się czaiło, pokręciła głową, chcąc jakby zanegować ostatnie jego ostatnie słowa.
- To nie tak przecież – zaoponowała – była bardzo młoda, lęk przed katastrofą finansową ją przeraził, a Ksawery, no cóż zamiast ją w jakiś sposób pocieszyć, zwyczajnie uniósł się ambicją i jeszcze ją uraził. I nie sądzę, by to była puszka Pandory, raczej jeżeli już mamy nazywać to mitologicznie jakaś nić Ariadny. – Ton głosu Elżbiety stał się ostry, a nawet władczy.
- Może – powiedział ostrożnie, przyglądając się Eli – to co, czytamy dalej, czy odkładamy?
- Czytamy – policzki Elżbiety lekko się zaróżowiły, jakby się nagle zawstydziła. – i wybacz mój ton, nie chciałam, by to zabrzmiało jak rozkaz.
- Nie szkodzi, widzę, że nas oboje ten pamiętnik poruszył. – Powiedział i zaczął:
Bardzo się bałam spotkania z Mioduckim, więc gdy już dziewczyna uczesała mnie, włożyła wianek, a i wyrwany rąbek sukienki zamaskowałam, musiałam wyjść, bo i godzina piąta, czyli czas ślubu zbliżył się nieubłaganie.
Weszłam do saloniku, wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę, na chwilę zacisnęła powieki i pomodliłam się w duchu, by było już po wszystkim, gdy usłyszałam koło siebie głos Mioduckiego, który po francusku przedstawiał mnie swojej kompanii.
Dygnęłam, lekko przerażona i odpowiedziałam jak umiałam najlepiej po francusku, że czuję się zaszczycona tak zacnym towarzystwem.
Ojciec nas pobłogosławił i ucałował moją głowę.
Potem wszystko potoczyło się tak szybko, ślub, moja przysięga i to, że wciąż drżałam. Gerard patrzył na mnie, ale w jego oczach nie widziałam nic, poza znudzeniem, a nawet pogardą, co wcale nie wprawiało mnie w lepszy nastrój.
Od momentu ślubu, Gerard mnie nie odstępował i jego kompania tak samo, dowiedziałam się też, że kazał spakować moje kufry i że jutro po południu mamy już wyjeżdżać do Francji.
Tłumaczył to tym, że niestety interesy go wzywają, a ja jako jego żona muszę mu towarzyszyć. Zapytałam, czy poinformował o tym mojego ojca, a on, że oczywiście, bo jeszcze z Paryża słał listy do niego i że ojciec wie o tym od dawna. Byłam zła na ojca, ze mi tego nie powiedział, a w mojej głupocie nawet się cieszyłam na ten wielki świat.
Gerard nie odwiedził mnie tej nocy, fakt, dopiero położyłam się nad ranem, by trochę odpocząć przed podróżą, która mnie czekała. Nie mogłam jednak zasnąć, bałam się tego, że on może wkroczyć do mojej sypialni i wyegzekwować prawo do mojej niewinności. Wiedziałam, że to nieuchronne i chyba wtedy chciałam mieć to za sobą. No cóż, pewnie miał w tym swój plan, by mnie nie spłoszyć, za nim nie stanę się jego jakby zakładniczką.
- O rany, to zabrzmiało groźnie – przerwał czytanie Piotr.
- Tak. Może teraz ja będę czytała?
- Chcesz?
- Tak, a właściwie powinnam, czuję, że chcę się tego, co tam teraz jest napisane, dowiedzieć się wprost od Zofii.
- OK.! – Piotr oddał pamiętnik Elżbiecie.
Tak, zakładniczką, to chyba najdelikatniejsze określenie.
Kiedy dotarliśmy do Paryża, zobaczyłam wielki paradny dom, przy nim nasz( ten dom)wydawał się wiejską chałupą. Wszystko wydawało mi się wspaniałe, nawet Gerard wydawał mi się milszym, niż przedtem. Popisywał się przed mną swoją pozycją i bogactwem.
Poza tym, wciąż byłam jego żoną tylko liturgicznie, bo przez ten cały czas się do mnie nie zbliżył. Wtedy w swojej naiwności myślałam, że i jego tak samo jak i mnie ta sprawa przeraża i krępuje, no cóż, byłam tylko naiwną wiejską dziewczyną.
- Ale stopniuje napięcie – jęknął Piotr .
Elżbieta kiwnęła potakująco głową.
Gdy wszystko mi pokazał, kiedy poczułam się jako tako pewniej, nagle wszystko się zmieniło. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam, że zostałam przez niego kupiona, jako niewolnica, że tyle wydał na mnie pieniędzy iż mógłby kupić wszystkie kurwy Paryża.
Jak mogła się poczuć dziewczyna taka jak ja?
Po tych słowach zdarł ze mnie suknie i gdy próbowałam się bronić, uderzył mnie tak mocno, że straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, leżała na łóżku, przywiązana za nogi i ręce.
On siedział obok, czekając aż się zbudzę. Powiedział, ze jeżeli będę krnąbrna, wciąż będę zasługiwała na bicie i pokazał mi bat jak na konia.
Potem tym batem rozsunął mi nogi…uśmiechając się przy tym. Jak ja go wtedy znienawidziłam! Potem wszedł we mnie bez czułości i wstępów sprawiając mi ból. Gdy skończył wyszedł, zostawiając mnie przerażoną i związaną.
Było mi zimno, bolało mnie, czułam jak coś lepkiego cieknie mi po nogach. Zaczęłam płakać, ale starałam się robić to cicho, by on już nie wrócił. Ale wrócił, po jakiś trzech, może czterech godzinach, była zmarznięta i półprzytomna ze strachu. Zapytał, czy będę teraz grzeczną. Kiwnęłam głową na tak.
Cóż mogłam innego uczynić? Myślałam, że jak będę posłuszną, będzie lepiej i tu się też myliłam. On lubił się nade mną znęcać, jakby to go zaspokajało. Im bardziej ja byłam przerażoną, tym on bardziej zadowolony.
Pomyślałam, by uciec, wyjechać, znów być pod opieką ojca, ale tu napotkałam barierę, sama nie posiadałam żadnych pieniędzy. A by dostać się znów do domu, potrzebowałam ich dość dużo.
Napisałam do ojca, opisując mu wszystko ,napisałam żeby mnie ratował, bo mój mąż to potwór. Niestety, pokojówka zaniosła list mojemu mężowi. Wszedł do mojego pokoju, bez słowa rzucił mój list na stolik. Pchnął twarzą na łóżko, aż zabrakło mi na moment powietrza, przywiązał ręce do łóżka i zarzucił suknie do góry i zdarł bieliznę. Potem bił, a robił to tak, by mnie bardzo bolało, a żeby nie przeciąć skóry. Gdy mdlałam z bólu, odczekiwał chwilę, bym była przytomna. Kiedy skończył bić, wszedł we mnie od tyłu… drąc mi suknię na piersiach.
- Boże – jęknęła Ela
poniedziałek, 8 lutego 2010
niedziela, 7 lutego 2010
PO czyli liberalizm okolicznościowy
- Życie jest nudne! – Powiedział Abażur i zaczął rzuć kolejna gumę miętową. – Żeby choć, ale… tu przerwał i pociągnął z kufla suchego soku z holenderskiej marchwi.
Siedzieliśmy w milczeniu, bo co tu dodać? Marinio westchnął a Siwy przerabiał kolejną serwetkę na kulkę.
- Może zagramy w karty? – Zaproponowałem.
Popatrzyli na mnie ze współczuciem a Siwy aż westchnął ciężko.
- Grać w dzisiejszych czasach publicznie w karty gorsząc polityków, kobiety i małe dzieci?
- Przecież siedzimy w knajpie! Poza tym…. to może w bilard?
- Sprawdzałem, nie ma kijów – Marinio znowu westchnął i zaczął jakoś tak skrzeczeć, co wedle niego było zamiennikiem śmiechu.
- Jak to nie ma, pani Kasia nie ma pod barem…?
- Władza zarekwirowała w ramach prewencji
- Jak to w ramach prewencji, przeciw czemu? – Przyznam, że zdziwiła mnie ta konfiskata – Pani Kasiu, co jest grane?
- Ano tak. Przyszli szukać kijów do bejsbola, a że nie znaleźli to zabrali bilardowe i nawet od szczotki. Nie widzisz pan jaki syf na podłodze, a jeszcze Siwy mi tu kulki rozrzuca. A propos kulek. Też zabrali. Znaczy te bile od bilardu.
- Zabrali bile?
- No zabrali. Duży kaliber – Powiedzieli i zabrali razem z Ciapuchą.
- Co pani opowiada, zabrali Ciapuchę? Przecież on jest całkiem nieszkodliwy.
- Może i nieszkodliwy bo rencista, ale jego zabrali z powodu starodawnej afery hazardowej! Strach się bać!
- Z powodu afery hazardowej? Przecież on ma 800 złotych renty i jedno piwo przez trzy dni pije z oszczędności!
- To był pierwszy zarzut bo się dobrowolnie przyznał, że żyje za 800. Uznali to za prowokacje wobec władzy a potem jak chcieli go skuć wyszło na jaw, ze nie ma lewej ręki. Oni mieli taka tabelkę i w tej tabelce pisało „jednoręki bandyta”
- To prawda – Potwierdził Siwy rzucając na podłogę kolejna, zlepiona śliną kulkę – Zarekwirowali tez gazety. Zobacz, że na stojaku zostały tylko czasopisma.
Akurat patrzyłem gdy otwarły się drzwi i do knajpy weszło dwóch obcych, w uśnieżonych płaszczach.
- Niech będzie pochwalony liberalizm okolicznościowy!
- I Platforma Obywatelska! – Bez specjalnego entuzjazmu odpowiedziała Kasia
- A czemu telewizor zgaszony? – Zainteresował się niższy wieszając otrzepany ze śniegu płaszcz.
- Bo TVN24 śnieży
- O! – wyższy uśmiechnął się i cos zapisał w elektronicznym kajeciku. – A koledzy co, po pracy czy przed? – zwrócił się do nas i pociągając nosem zbliżył się do stolika.
- Po! – Marinio wzruszył ramionami – Co to w sumie was obchodzi? Siedzimy, pijemy sok marchwiowy, żujemy miętowe gumy…
- Chciałbym wierzyć i tylko dlatego, że dzisiaj sobota nie wprowadzę do lokalu psa tropiącego tytoń, alkohol i internet!
- Panie władzo! – Nie wytrzymał Siwy – Kiedy te okolicznościowe prohibicje zostaną zniesione bo takie życie jest cholernie nudne!
Ten cały siwy to naprawdę nie potrafi utrzymać pyska na wodzy.
Liebelicjanci skoczyli do nas jak te żbiki.- Dowody osobiste! Pesele 12! Odciski palców! Nazwiska! Adresy!
Ten wyższy zaczął mnie szarpać za powiekę pragnąc odczytać kod z siatkówki mojego oka.
Abażur chwycił go za nadgarstek i tym swoim syczącym głosem zapytał skromnie:
- Prać?
- Prać! – Odpowiedziałem i odepchnąłem agenta, aż się potoczył kłębkiem pod ścianę.
– Gwiazdy ostro świecą!
- Piękna noc! – Marinio podał mi manierkę z siwuchą. Zapaliliśmy skręty, a Siwy bawił się
rzucając w zaspy kulki zrobione z bardzo urzędowych papierów.
- Co krok to w mrok …Dodałem od siebie i rozeszliśmy się do domów.
Siedzieliśmy w milczeniu, bo co tu dodać? Marinio westchnął a Siwy przerabiał kolejną serwetkę na kulkę.
- Może zagramy w karty? – Zaproponowałem.
Popatrzyli na mnie ze współczuciem a Siwy aż westchnął ciężko.
- Grać w dzisiejszych czasach publicznie w karty gorsząc polityków, kobiety i małe dzieci?
- Przecież siedzimy w knajpie! Poza tym…. to może w bilard?
- Sprawdzałem, nie ma kijów – Marinio znowu westchnął i zaczął jakoś tak skrzeczeć, co wedle niego było zamiennikiem śmiechu.
- Jak to nie ma, pani Kasia nie ma pod barem…?
- Władza zarekwirowała w ramach prewencji
- Jak to w ramach prewencji, przeciw czemu? – Przyznam, że zdziwiła mnie ta konfiskata – Pani Kasiu, co jest grane?
- Ano tak. Przyszli szukać kijów do bejsbola, a że nie znaleźli to zabrali bilardowe i nawet od szczotki. Nie widzisz pan jaki syf na podłodze, a jeszcze Siwy mi tu kulki rozrzuca. A propos kulek. Też zabrali. Znaczy te bile od bilardu.
- Zabrali bile?
- No zabrali. Duży kaliber – Powiedzieli i zabrali razem z Ciapuchą.
- Co pani opowiada, zabrali Ciapuchę? Przecież on jest całkiem nieszkodliwy.
- Może i nieszkodliwy bo rencista, ale jego zabrali z powodu starodawnej afery hazardowej! Strach się bać!
- Z powodu afery hazardowej? Przecież on ma 800 złotych renty i jedno piwo przez trzy dni pije z oszczędności!
- To był pierwszy zarzut bo się dobrowolnie przyznał, że żyje za 800. Uznali to za prowokacje wobec władzy a potem jak chcieli go skuć wyszło na jaw, ze nie ma lewej ręki. Oni mieli taka tabelkę i w tej tabelce pisało „jednoręki bandyta”
- To prawda – Potwierdził Siwy rzucając na podłogę kolejna, zlepiona śliną kulkę – Zarekwirowali tez gazety. Zobacz, że na stojaku zostały tylko czasopisma.
Akurat patrzyłem gdy otwarły się drzwi i do knajpy weszło dwóch obcych, w uśnieżonych płaszczach.
- Niech będzie pochwalony liberalizm okolicznościowy!
- I Platforma Obywatelska! – Bez specjalnego entuzjazmu odpowiedziała Kasia
- A czemu telewizor zgaszony? – Zainteresował się niższy wieszając otrzepany ze śniegu płaszcz.
- Bo TVN24 śnieży
- O! – wyższy uśmiechnął się i cos zapisał w elektronicznym kajeciku. – A koledzy co, po pracy czy przed? – zwrócił się do nas i pociągając nosem zbliżył się do stolika.
- Po! – Marinio wzruszył ramionami – Co to w sumie was obchodzi? Siedzimy, pijemy sok marchwiowy, żujemy miętowe gumy…
- Chciałbym wierzyć i tylko dlatego, że dzisiaj sobota nie wprowadzę do lokalu psa tropiącego tytoń, alkohol i internet!
- Panie władzo! – Nie wytrzymał Siwy – Kiedy te okolicznościowe prohibicje zostaną zniesione bo takie życie jest cholernie nudne!
Ten cały siwy to naprawdę nie potrafi utrzymać pyska na wodzy.
Liebelicjanci skoczyli do nas jak te żbiki.- Dowody osobiste! Pesele 12! Odciski palców! Nazwiska! Adresy!
Ten wyższy zaczął mnie szarpać za powiekę pragnąc odczytać kod z siatkówki mojego oka.
Abażur chwycił go za nadgarstek i tym swoim syczącym głosem zapytał skromnie:
- Prać?
- Prać! – Odpowiedziałem i odepchnąłem agenta, aż się potoczył kłębkiem pod ścianę.
– Gwiazdy ostro świecą!
- Piękna noc! – Marinio podał mi manierkę z siwuchą. Zapaliliśmy skręty, a Siwy bawił się
rzucając w zaspy kulki zrobione z bardzo urzędowych papierów.
- Co krok to w mrok …Dodałem od siebie i rozeszliśmy się do domów.
| Reakcje: |
sobota, 6 lutego 2010
Dom Elżbiety XXVI - nowa opowieść (Iwona)
Kiedy wrócili do sypiali Elżbiety, zegar w hollu bił drugą. Oboje nieśli ze sobą filiżanki z herbatą, rozmawiając o tym, czego jak na razie dowiedzieli się z pamiętnika. Wiedzieli jedno, że Zofii musiało coś się przytrafić ze strony tego Gerarda i byli ciekawi, co tak strasznego, że ona z naiwnego dziewczęcia stała się wyrzutkiem własnej społeczności i Kościoła.
Piotr wziął w rękę pamiętnik i zaczął:
Termin ślubu zbliżał się nieubłaganie, kilkakrotnie przychodził do nas ksiądz dobrodziej, wypytując się o mojego narzeczonego. Chyba i on się martwił, bo znał mnie od czasu chrztu świętego, a ów Mioducki był dla niego znakiem zapytania.
Próbował przez kurię się czegoś o tych Mioduckich dowiedzieć, ale…nikt o nich nic nie wiedział oprócz tego, że są katolikami osiadłymi na stale we Francji.
To też nam zakomunikował, a mnie wziął na stronę i zapytał, czy mam wolną wolę za tego Mioduckiego iść.
Księdzu powiedziałam jak na spowiedzi, że moja wola jest związana z wolą ojca i z jego życiem. Przedstawiłam mu też moją i ojca sytuację i to, że mój narzeczony oświadczając się o mnie, przedstawił ojcu pewne warunki. Ksiądz jakby jeszcze bardziej się tym zmartwił, potem długo rozmawiał z ojcem sama na sam w bibliotece, gdy wyszedł, ojciec podszedł do mnie, pogłaskał po głowie i ciężko westchnął.
Potem coraz częściej widziałam ojca w takim melancholijnym nastroju, starzał się jakby w oczach, a skora na twarzy przybierała popielatej barwy.
Tydzień przed ślubem zdążył się dziwny wypadek. Spacerowałam w ogrodzie, gdy nagle do nóg spadł mi zakrwawiony gołąb, zlękłam się, ale pochyliłam się nad nim by sprawdzić czy żyje, gdy do ogrodu wpadł kocur i jednym zwinnym ruchem urwał gołąbkowi głowę. Wszyscy z kuchni tę scenę widzieli, bo okno kuchenne na ogród wychodzi i kucharka Józia mnie ostrzegła, że to zły znak i bym uważała. Mówiła też, że ten gołąb to ja, a kocur mój narzeczony. Trochę mnie tym przeraziła, ale pomyślałam, że to gusła i przesądy…ech naiwność moja.
Wreszcie nadszedł dzień ślubu, z samego rana hałas w domu był ogromny, a ja, by trochę przed tym wszystkim odpocząć uciekłam na strych. Lubiłam to miejsce zakazane, choć ojciec zawsze się na mnie gniewał, gdy mnie tam znajdowali, bo czasem zdążało się, że i tam usnęłam.
Siedziałam więc na tym strychu, wyglądając przez okno i ciesząc się, bo gości zjeżdżało coraz więcej, tylko niepokoił mnie fakt, że jeszcze nie ma mojego narzeczonego.
W końcu i mnie zaczęto szukać i nawoływać, bo czas był, bym do gości wyszła. Ociągałam się, wciąż na drogę spoglądając, czy pan Miodunki nie jedzie. Wreszcie dojrzałam paradne powozy na końcu drogi, było ich aż trzy, więc sam nie jechał. Myślałam, że przywiózł rodzinę, ale okazało się, że to byli tylko jego przyjaciele.
Zbiegłam szybko ze schodów, chcąc mojego przyszłego męża i kompanię jego przywitać i tu zdążył się następny pech, czy omen, bom sukienkę o wystający gwoźdź zahaczyła i cały rąbek wyrwałam.
Pobiegłam więc szybko do swojego pokoiku, wołając na służącą która mi miała w tym dniu usługiwać, by szybko do mnie przyszła. Dziewczyna nie była zbyt bystra, ze wsi wzięto kilka młodych dziewczyn tego dnia do pomocy, a ta była najmniej gramotna, więc ją mi do pomocy dali, by niczego nie sknociła, bo przecież tylko miała mi pomóc się ubrać i włosy w koronę zapleść. Z szyciem też miała kłopoty, więc jej tą igłę z nicią wyrwałam i sama sobie tą suknię naprawiłam.
Dziewczyna tylko biadoliła, że to nieszczęście, jak przed ślubem coś się rozedrze i że nie dobrze to wróży mojemu pożyciu małżeńskiemu. Odfuknęłam na nią, by lepiej się moimi włosami zajęła i przestała po próżnicy ozorem mleć.
- Szkoda, że nie pisze nazwisk, było by ciekawiej – przerwał nagle Piotr – a swoją drogą, cóż to za słowo „gramotna”.
- Wiesz, mnie pewnie by te nazwiska nic nie mówiły, a podejrzewam, że dla Zofii, nie miało znaczenia, ja się ta niegramotna dziewczyna nazywa. I fakt, dziwne to słowo. A wiesz, mnie jedno w tym pamiętniku dziwi, że niektóre chwile życia opisuję z taką precyzją, a przecież, pisze post factum.
- Najwyraźniej, pewne sceny z życia, no choćby ślub, był wydarzeniem, który głęboko wrył się w jej świadomość, jak i te dziwne zdarzenia przed. Ale czytać dalej? Czy na dziś zakończymy? – Zapytał Piotr, kończąc swoją już zimną herbatę. – Zwłaszcza, że zbliżamy się do scen intymnych, w końcu za chwilę będzie jej noc poślubna i…
- Myślisz, że opisze swoje pierwsze…hm hmm, no rozumiesz. – Uśmiechnęła się Ela.
- Tak, tak sadzę i…że to nie był jej najszczęśliwszy moment – Piotr bardzo poważnie wymówił te słowa i po chwili dodał – wiedz, że może za chwilę wstąpimy w jakąś najciemniejszą czeluść tamtego zapomnianego świata jej życia i nie wiem, czy teraz powinniśmy się w to wgłębiać. Gdzieś podświadomie to czuję, że będzie tam coś…
- Jeśli tak – przerwała mu Ela – to nie ma co zwlekać, może powinniśmy jak najszybciej tego się dowiedzieć. Łatwiej bronić się przed tym co się widzi, lub wie, prawda? A ona…no wiem, że tu wciąż jest, może czeka na to, byśmy rozwikłali ten kłębek.
- Albo otworzyli „Puszkę Pandory”, bo i tak się może zdarzyć. Może w tym co tu zawarte włożyła jakąś moc. Wiem, to głupie, ale z jednej strony mi jej żal ogromnie, a z drugiej…nic właściwie jej nie tłumaczy, no może tylko miłość do ojca, że nie chciała by stracił ten dom. Ale ja postąpiła z moim przodkiem?
Piotr wziął w rękę pamiętnik i zaczął:
Termin ślubu zbliżał się nieubłaganie, kilkakrotnie przychodził do nas ksiądz dobrodziej, wypytując się o mojego narzeczonego. Chyba i on się martwił, bo znał mnie od czasu chrztu świętego, a ów Mioducki był dla niego znakiem zapytania.
Próbował przez kurię się czegoś o tych Mioduckich dowiedzieć, ale…nikt o nich nic nie wiedział oprócz tego, że są katolikami osiadłymi na stale we Francji.
To też nam zakomunikował, a mnie wziął na stronę i zapytał, czy mam wolną wolę za tego Mioduckiego iść.
Księdzu powiedziałam jak na spowiedzi, że moja wola jest związana z wolą ojca i z jego życiem. Przedstawiłam mu też moją i ojca sytuację i to, że mój narzeczony oświadczając się o mnie, przedstawił ojcu pewne warunki. Ksiądz jakby jeszcze bardziej się tym zmartwił, potem długo rozmawiał z ojcem sama na sam w bibliotece, gdy wyszedł, ojciec podszedł do mnie, pogłaskał po głowie i ciężko westchnął.
Potem coraz częściej widziałam ojca w takim melancholijnym nastroju, starzał się jakby w oczach, a skora na twarzy przybierała popielatej barwy.
Tydzień przed ślubem zdążył się dziwny wypadek. Spacerowałam w ogrodzie, gdy nagle do nóg spadł mi zakrwawiony gołąb, zlękłam się, ale pochyliłam się nad nim by sprawdzić czy żyje, gdy do ogrodu wpadł kocur i jednym zwinnym ruchem urwał gołąbkowi głowę. Wszyscy z kuchni tę scenę widzieli, bo okno kuchenne na ogród wychodzi i kucharka Józia mnie ostrzegła, że to zły znak i bym uważała. Mówiła też, że ten gołąb to ja, a kocur mój narzeczony. Trochę mnie tym przeraziła, ale pomyślałam, że to gusła i przesądy…ech naiwność moja.
Wreszcie nadszedł dzień ślubu, z samego rana hałas w domu był ogromny, a ja, by trochę przed tym wszystkim odpocząć uciekłam na strych. Lubiłam to miejsce zakazane, choć ojciec zawsze się na mnie gniewał, gdy mnie tam znajdowali, bo czasem zdążało się, że i tam usnęłam.
Siedziałam więc na tym strychu, wyglądając przez okno i ciesząc się, bo gości zjeżdżało coraz więcej, tylko niepokoił mnie fakt, że jeszcze nie ma mojego narzeczonego.
W końcu i mnie zaczęto szukać i nawoływać, bo czas był, bym do gości wyszła. Ociągałam się, wciąż na drogę spoglądając, czy pan Miodunki nie jedzie. Wreszcie dojrzałam paradne powozy na końcu drogi, było ich aż trzy, więc sam nie jechał. Myślałam, że przywiózł rodzinę, ale okazało się, że to byli tylko jego przyjaciele.
Zbiegłam szybko ze schodów, chcąc mojego przyszłego męża i kompanię jego przywitać i tu zdążył się następny pech, czy omen, bom sukienkę o wystający gwoźdź zahaczyła i cały rąbek wyrwałam.
Pobiegłam więc szybko do swojego pokoiku, wołając na służącą która mi miała w tym dniu usługiwać, by szybko do mnie przyszła. Dziewczyna nie była zbyt bystra, ze wsi wzięto kilka młodych dziewczyn tego dnia do pomocy, a ta była najmniej gramotna, więc ją mi do pomocy dali, by niczego nie sknociła, bo przecież tylko miała mi pomóc się ubrać i włosy w koronę zapleść. Z szyciem też miała kłopoty, więc jej tą igłę z nicią wyrwałam i sama sobie tą suknię naprawiłam.
Dziewczyna tylko biadoliła, że to nieszczęście, jak przed ślubem coś się rozedrze i że nie dobrze to wróży mojemu pożyciu małżeńskiemu. Odfuknęłam na nią, by lepiej się moimi włosami zajęła i przestała po próżnicy ozorem mleć.
- Szkoda, że nie pisze nazwisk, było by ciekawiej – przerwał nagle Piotr – a swoją drogą, cóż to za słowo „gramotna”.
- Wiesz, mnie pewnie by te nazwiska nic nie mówiły, a podejrzewam, że dla Zofii, nie miało znaczenia, ja się ta niegramotna dziewczyna nazywa. I fakt, dziwne to słowo. A wiesz, mnie jedno w tym pamiętniku dziwi, że niektóre chwile życia opisuję z taką precyzją, a przecież, pisze post factum.
- Najwyraźniej, pewne sceny z życia, no choćby ślub, był wydarzeniem, który głęboko wrył się w jej świadomość, jak i te dziwne zdarzenia przed. Ale czytać dalej? Czy na dziś zakończymy? – Zapytał Piotr, kończąc swoją już zimną herbatę. – Zwłaszcza, że zbliżamy się do scen intymnych, w końcu za chwilę będzie jej noc poślubna i…
- Myślisz, że opisze swoje pierwsze…hm hmm, no rozumiesz. – Uśmiechnęła się Ela.
- Tak, tak sadzę i…że to nie był jej najszczęśliwszy moment – Piotr bardzo poważnie wymówił te słowa i po chwili dodał – wiedz, że może za chwilę wstąpimy w jakąś najciemniejszą czeluść tamtego zapomnianego świata jej życia i nie wiem, czy teraz powinniśmy się w to wgłębiać. Gdzieś podświadomie to czuję, że będzie tam coś…
- Jeśli tak – przerwała mu Ela – to nie ma co zwlekać, może powinniśmy jak najszybciej tego się dowiedzieć. Łatwiej bronić się przed tym co się widzi, lub wie, prawda? A ona…no wiem, że tu wciąż jest, może czeka na to, byśmy rozwikłali ten kłębek.
- Albo otworzyli „Puszkę Pandory”, bo i tak się może zdarzyć. Może w tym co tu zawarte włożyła jakąś moc. Wiem, to głupie, ale z jednej strony mi jej żal ogromnie, a z drugiej…nic właściwie jej nie tłumaczy, no może tylko miłość do ojca, że nie chciała by stracił ten dom. Ale ja postąpiła z moim przodkiem?
piątek, 5 lutego 2010
Idę ulicą jak diabli!!
Idę ulicą jak diabli. Chodniki chłodzą się zwałami śniegu. Strzelają w przechodnia takiego jak ja – Strzelają kawałkami brudnego lodu. Jestem wysoki to patrzę nad dachami domów.
Nad Goliną czerwona gwiazda lśni na tle czarnego nieba. Nie, drogie komuszki, nie macie co rechotać. To tylko wieża telefonii komórkowej. Gdyby jakiś samolot albo inne Ufo chciało akurat w Golinie lądować, czerwona gwiazda mówi mu: - Spadaj!
Byłem w sklepie po ser. Niosę ser w torbie. Psy. U nas nikt nie prześladuje psów i każdy pies drze mordę przy bramie. I skacze na bramę. Siatkę ogrodzenia. Nowość jest taka, że taki psi buldożer włazi na pryzmę śniegu i znad siatki próbuje mnie ugryźć w twarz.
Idę jak diabli bo wiatr w pysku mi miele i nie idzie iść statecznie. Wraz z lodowatym wiatrem podszczypuję świat widzialny. Pod latarniami wielkie poruszenie śniegu i słodki syrop zimy. Na dole smętne smugi szczyn psów wyprowadzanych w kagańcach..
Zaniosłem ser do domu. Cieszą się z sera w domu. Idę na kwadrans do firmy. Jestem tropicielem śladów. Na bezwzględnej lodowatej plaży czytam tropy. Ptaki. A tu ten zdziczały kot, który zjada poczęstunek i się nie zaprzyjaźnia. Ale widać, gdy tak się czyta tropy, że zagląda do mnie. Do hali. Zagląda i wraca do swoich zdziczałych miejsc.
Nie mogę rozszyfrować zająca. To, że spożywa chleb – widać po śladach. Potem biega i nurza się w śniegu. Jakieś „kulki” robi. Tarza się wesoło. W śnieżnej zaspie zostaje dziura po tej jego wyszalni.
Wracam do domu. Ciepło. Siedzę w szlafroku przy komputerze i chcę coś napisać, ale nie bardzo mam o czym. Komisja śledcza? Ot, pewni siebie, opici białą herbatą faceci. Klocki.
Tusk?
Za kilka dni zaczną się zimowe igrzyska. Nocne igrzyska, bo w Kanadzie. Dwadzieścia cztery lata temu oglądałem te w Montrealu. Widziałem Wszołę przeskakującego w deszczu Stonesa. O szóstej rano skakałem po chacie świętując zwycięstwo siatkarzy nad Kacapowem. Przysypiałem podczas meczów piłkarzy. Zaskoczył mnie tyczkarz Ślusarski. Szewińska na 400. Podziwiałem biegi kubańczyka Juantoreny.
Dziś jestem stary bo nijak nie wytrzymam nocnych transmisji. Może pannę Kowalczyk, może starego mistrza Małysza…może…może
Ciemną nocą czerstwy kibic żuje skórkę od chleba i ogląda Igrzyska.
- Gdzie jest rondelek od mleka? – Pyta teściowa.
Idę ulicą jak diabli.
Iskrzę zamyślony o wiośnie.
Ciepły wiatr. Deszcz. Powodzie.
Idę. Mijam. Dotykam. Na nocnej białej kosteczce znaki zodiaku.
Cyfry określane mianem kobiecych.
Idę ulicą jak diabli!
Nad Goliną czerwona gwiazda lśni na tle czarnego nieba. Nie, drogie komuszki, nie macie co rechotać. To tylko wieża telefonii komórkowej. Gdyby jakiś samolot albo inne Ufo chciało akurat w Golinie lądować, czerwona gwiazda mówi mu: - Spadaj!
Byłem w sklepie po ser. Niosę ser w torbie. Psy. U nas nikt nie prześladuje psów i każdy pies drze mordę przy bramie. I skacze na bramę. Siatkę ogrodzenia. Nowość jest taka, że taki psi buldożer włazi na pryzmę śniegu i znad siatki próbuje mnie ugryźć w twarz.
Idę jak diabli bo wiatr w pysku mi miele i nie idzie iść statecznie. Wraz z lodowatym wiatrem podszczypuję świat widzialny. Pod latarniami wielkie poruszenie śniegu i słodki syrop zimy. Na dole smętne smugi szczyn psów wyprowadzanych w kagańcach..
Zaniosłem ser do domu. Cieszą się z sera w domu. Idę na kwadrans do firmy. Jestem tropicielem śladów. Na bezwzględnej lodowatej plaży czytam tropy. Ptaki. A tu ten zdziczały kot, który zjada poczęstunek i się nie zaprzyjaźnia. Ale widać, gdy tak się czyta tropy, że zagląda do mnie. Do hali. Zagląda i wraca do swoich zdziczałych miejsc.
Nie mogę rozszyfrować zająca. To, że spożywa chleb – widać po śladach. Potem biega i nurza się w śniegu. Jakieś „kulki” robi. Tarza się wesoło. W śnieżnej zaspie zostaje dziura po tej jego wyszalni.
Wracam do domu. Ciepło. Siedzę w szlafroku przy komputerze i chcę coś napisać, ale nie bardzo mam o czym. Komisja śledcza? Ot, pewni siebie, opici białą herbatą faceci. Klocki.
Tusk?
Za kilka dni zaczną się zimowe igrzyska. Nocne igrzyska, bo w Kanadzie. Dwadzieścia cztery lata temu oglądałem te w Montrealu. Widziałem Wszołę przeskakującego w deszczu Stonesa. O szóstej rano skakałem po chacie świętując zwycięstwo siatkarzy nad Kacapowem. Przysypiałem podczas meczów piłkarzy. Zaskoczył mnie tyczkarz Ślusarski. Szewińska na 400. Podziwiałem biegi kubańczyka Juantoreny.
Dziś jestem stary bo nijak nie wytrzymam nocnych transmisji. Może pannę Kowalczyk, może starego mistrza Małysza…może…może
Ciemną nocą czerstwy kibic żuje skórkę od chleba i ogląda Igrzyska.
- Gdzie jest rondelek od mleka? – Pyta teściowa.
Idę ulicą jak diabli.
Iskrzę zamyślony o wiośnie.
Ciepły wiatr. Deszcz. Powodzie.
Idę. Mijam. Dotykam. Na nocnej białej kosteczce znaki zodiaku.
Cyfry określane mianem kobiecych.
Idę ulicą jak diabli!
środa, 3 lutego 2010
wtorek, 2 lutego 2010
Dom Elżbiety XXV - Nowa opowieść ( Iwona )
Spojrzeli na siebie i wtedy oboje zauważyli, że silny zapach imbiru i piżma zniknął. Dom pogrążył się w mroku, światło zapalone w hollu, rzucało wąska smugę na pamiętnik.
Bicie zegara ogłosiło północ. Piotr odruchowo, też spojrzał na zegarek.
- Kurcze, jak późno – zauważył, spoglądając na Elżbietę.- Pewnie chciałabyś odpocząć? I jak do diaska mogłaś czytać przy takim świetle?
- Nie, nie jestem zmęczona, ale pewnie ty tak. Jeśli chcesz, mogę ci posłać w drugiej sypialni. – Uśmiechnęła się zachęcająco i kokieteryjnie. – A jak mogłam czytać? Nie wiem, ale widziałam wyraźnie.
- Słuchaj i tak miałbym dyżur, więc raczej bym nie spał, chyba, że byłaby to najspokojniejsza noc w szpitalu. A jeżeli nie masz nic przeciw temu, moglibyśmy czytać dalej. Zwłaszcza, że obu nas to dotyczy.
- Ciebie? - Nagle Ela zareagowała jakoś dziwnie – gdyby Ksawery był prawdziwym facetem i kochał ją naprawdę, nigdy by na to nie pozwolił!
- Na co? Elu, nie reaguj tak, on naprawdę nie wiele mógł jej ofiarować poza swoją miłością, a ona po prostu wybrała…
- Nie kończ! Dobra, lepiej czytajmy, zobaczmy jak to się skończyło. – Zapaliła lampę i postawiła na stole.
Ksawery , gdy mu powiedziałam o oświadczynach i o naszych kłopotach, moich i ojca, najpierw mi współczuł, a gdy mu powiedziałam, że oświadczyny przyjęłam, by ojciec mógł w spokoju dokonać żywota tu, wybuchnął gniewem. Nazwał mnie potworem bez serca, powiedział, że sprzedałam się, by naigrywać się z jego ubóstwa. Odebrało mi wtedy mowę, to było jak chłosta od najdroższej mi istoty, poczułam się nic nie wartą i zbrukaną…o naiwności!
Wtedy ostatni raz go widziałam przed moim ślubem.
Wyprowadził się od nas tego samego dnia, podobno najął się na nauczyciela u jakiegoś bogatszego chłopa za jedzenie i kąt do spania. Chciałam tam biec, przeprosić go, ale, no cóż, nic nie miałam na swoje usprawiedliwienie.
On mną pogardził, a ta pogarda bolała bardziej, niż perspektywa ślubu z człowiekiem, który nawet ze mną ani razu nie rozmawiał, oświadczył się ojcu, a ojciec za moją zgodą oświadczyny przyjął. Potem zaraz wyjechał za granicę i miał stawić się dopiero w dzień ślubu, czyli 18 lipca 1874 roku.
Wtedy nie rozumiałam jeszcze pobudek Gerarda, czemu chciał się ze mną ożenić. Dlaczego, zanim przybył (swoją drogą, nagle i nikt go nie znał w okolicy), skupił nasze długi i dlaczego tak naprawdę nie chciał mnie poznać, nim staniemy przed ołtarzem?
- Właśnie, to dziwne – Elżbieta podniosła głowę znad pamiętnika - myślałam, że ten Mioducki, był tu stąd.
- Podejrzewam, że najpierw poznał ich słabości, stąd ten skup długów. Tylko rzeczywiście, czemu akurat ich wybrał, wtedy wielu takich drobnych ziemian miało podobne kłopoty.
- Mam ochotę na herbatę, zaschło mi w gardle – Ela spojrzała na Piotra. – Może pójdźmy do kuchni wstawię wodę i zrobię jakąś jajecznicę, bo jestem bardzo głodna.
Potem, gdy kończyli jeść, popijając herbatę Piotr zaproponował, ze może teraz on będzie czytał, a ona odpocznie.
Bicie zegara ogłosiło północ. Piotr odruchowo, też spojrzał na zegarek.
- Kurcze, jak późno – zauważył, spoglądając na Elżbietę.- Pewnie chciałabyś odpocząć? I jak do diaska mogłaś czytać przy takim świetle?
- Nie, nie jestem zmęczona, ale pewnie ty tak. Jeśli chcesz, mogę ci posłać w drugiej sypialni. – Uśmiechnęła się zachęcająco i kokieteryjnie. – A jak mogłam czytać? Nie wiem, ale widziałam wyraźnie.
- Słuchaj i tak miałbym dyżur, więc raczej bym nie spał, chyba, że byłaby to najspokojniejsza noc w szpitalu. A jeżeli nie masz nic przeciw temu, moglibyśmy czytać dalej. Zwłaszcza, że obu nas to dotyczy.
- Ciebie? - Nagle Ela zareagowała jakoś dziwnie – gdyby Ksawery był prawdziwym facetem i kochał ją naprawdę, nigdy by na to nie pozwolił!
- Na co? Elu, nie reaguj tak, on naprawdę nie wiele mógł jej ofiarować poza swoją miłością, a ona po prostu wybrała…
- Nie kończ! Dobra, lepiej czytajmy, zobaczmy jak to się skończyło. – Zapaliła lampę i postawiła na stole.
Ksawery , gdy mu powiedziałam o oświadczynach i o naszych kłopotach, moich i ojca, najpierw mi współczuł, a gdy mu powiedziałam, że oświadczyny przyjęłam, by ojciec mógł w spokoju dokonać żywota tu, wybuchnął gniewem. Nazwał mnie potworem bez serca, powiedział, że sprzedałam się, by naigrywać się z jego ubóstwa. Odebrało mi wtedy mowę, to było jak chłosta od najdroższej mi istoty, poczułam się nic nie wartą i zbrukaną…o naiwności!
Wtedy ostatni raz go widziałam przed moim ślubem.
Wyprowadził się od nas tego samego dnia, podobno najął się na nauczyciela u jakiegoś bogatszego chłopa za jedzenie i kąt do spania. Chciałam tam biec, przeprosić go, ale, no cóż, nic nie miałam na swoje usprawiedliwienie.
On mną pogardził, a ta pogarda bolała bardziej, niż perspektywa ślubu z człowiekiem, który nawet ze mną ani razu nie rozmawiał, oświadczył się ojcu, a ojciec za moją zgodą oświadczyny przyjął. Potem zaraz wyjechał za granicę i miał stawić się dopiero w dzień ślubu, czyli 18 lipca 1874 roku.
Wtedy nie rozumiałam jeszcze pobudek Gerarda, czemu chciał się ze mną ożenić. Dlaczego, zanim przybył (swoją drogą, nagle i nikt go nie znał w okolicy), skupił nasze długi i dlaczego tak naprawdę nie chciał mnie poznać, nim staniemy przed ołtarzem?
- Właśnie, to dziwne – Elżbieta podniosła głowę znad pamiętnika - myślałam, że ten Mioducki, był tu stąd.
- Podejrzewam, że najpierw poznał ich słabości, stąd ten skup długów. Tylko rzeczywiście, czemu akurat ich wybrał, wtedy wielu takich drobnych ziemian miało podobne kłopoty.
- Mam ochotę na herbatę, zaschło mi w gardle – Ela spojrzała na Piotra. – Może pójdźmy do kuchni wstawię wodę i zrobię jakąś jajecznicę, bo jestem bardzo głodna.
Potem, gdy kończyli jeść, popijając herbatę Piotr zaproponował, ze może teraz on będzie czytał, a ona odpocznie.
poniedziałek, 1 lutego 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)






