niedziela, 19 maja 2019

Wielka nadzieja byłych



Zacznę od tego, co dawno temu opisał Lem w Fantastyce i Futurologii, ale jak mniemam nie wszyscy czytali to pożyteczne dzieło. Otóż autor im wyżej postawi narratora czy też stworzy postać ogromną w swym intelekcie i potędze, postać równą Bogu, albo posiadającą jego atrybuty, tym nędzniejszy i ogólniejszy musi być opis konceptów i działań tegoż. Wynika to z prostego faktu, że można oczywiście opisać mega galaktyczny rozum, ale ten rozum nie wymyśli niczego poza tym, co jest w stanie wymyślić autor, a to przeważnie niewiele. Drogi ucieczki są dwie: w bełkot, gdzie czytelnika obciąża się winą za niezrozumienie genialnego przekazu, albo w ciągłe zapewnienia o genialności podmiotu. 

Na taki problem natrafił na przykład Conan Doyle opisując przygody Sherlocka Holmesa. Rozwiązał go drugą metodą, czyli zapewnieniami, ale dodał dwie istotne nowinki, które przyczyniły się do trwającej już ponad sto lat sławy jego bohatera. Pierwszą są rozsiane po tekście anegdoty logiczne, w których Holmes po kroju krawata przechodnia rozpoznaje imię jego psa, czy coś podobnego. Rozumowanie mistrza zostaje potem wyjaśnione zdumionemu czytelnikowi krok po kroku. Drugim sposobem są wtręty narratora, którym jest doktor Watson (w nielicznych sam Holmes) jakoby najciekawszych spraw, gdzie Holmes naprawdę błyszczy swym intelektem nie mógł opisać, już to z powodu ich państwowej tajności, już to z powodu ich nieatrakcyjnej dla czytelnika natury.

Powyższy wstęp poczyniłem, by czytelnik dowiedział się czegoś przy okazji jak najbardziej politycznej, przy czym od razu dodam, że nic nie mam przeciwko Holmesowi. Ten chociaż był oryginalny w tym, że odnosił sukcesy będąc narkomanem, nie jak stręczeni nam współcześni detektywi pospolitym alkoholikiem, którego porzuciła żona i nie może porozumieć się z dorastającą córką. To też ciekawy i polityczny temat, ale na inne opowiadanie.

My tymczasem wracamy do polityki i stręczonego nam geniusza o prostym i dźwięcznym nazwisku Tusk. Do jego promocji używa się wymienionych powyżej metod, ze wszystkimi ich słabościami i mieliznami charakterystycznymi dla słabych umysłów samych autorów promocji. Gdybym na przykład nigdy nie widział Tuska, nie znał jego drogi życiowej ani osiągnięć, to na podstawie tekstów zamieszczanych ostatnimi czasy w mediach promujących tego dziwnego człowieka widziałbym go jako wysokiego, ogorzałego młodzieńca o chmurnym czole, niewątpliwie orlim nosie i stalowym spojrzeniu. Człowieka o umyśle przenikliwym, zaprawionym w logicznych bojach ze skłonnością do wyższej matematyki, filozofii i poezji wreszcie. To wszystko jest bardzo piękne i wzruszające, a zyskuje zabarwienie w porywach religijne, gdy mowa o nim, jako o prawie Mojżeszu. No, powiedzmy, w trzech czwartych, ale tylko dlatego, że przywódca Izraelitów ponoć nie był dobrym mówcą, w przeciwieństwie do naszego Tuska, który ponoć jest mówcą niezastąpionym.

Cała ta propaganda ma jak najbardziej powieściowy charakter. Są zwroty akcji, ciągłe oczekiwanie na eksplozję i wedle jej autorów ma to nieodparty urok. Tyle tylko, że na taką kreację można spojrzeć z boku, ponieważ pan Tusk żyje w świecie rzeczywistym w przeciwieństwie do pana Sherlocka Holmesa, a co za tym idzie podlega bieżącej weryfikacji. Można obejrzeć setki jego zdjęć na których widzimy co najwyżej pospolitą i wielce niemiłą facjatę, a co gorsza można na przykład wysłuchać, albo nawet przeczytać teksty jego ostatnich wiekopomnych wystąpień, dzięki którym stał się, jak głosi Gazeta Wyborcza, ideowym przywódcą opozycji, co samo w sobie jest osobliwym komplementem. Warto też zauważyć, że stał się tym całym przywódcą po raz trzeci z rzędu, licząc tylko wciąż trwający maj. Już samo to jest trochę dziwne.

Nie wiem, kto pisze te mowy. Sam Tusk czy jakiś zapoznany poeta w rodzaju Jacka Żakowskiego, który na tym polu ma, jak słyszałem, stosowne doświadczenia. Kto by nie był tym dziwacznym grafomanem, wymusza na machinie propagandowej nieustanne wzdychanie o genialności mówcy i mocy sprawczej słowa przez niego wygłaszanego. Problem w tym, że nie sposób jednocześnie pokazywać Tuska i Tuska utajnić. Mistyfikacja jest jednocześnie demistyfikacją. Jakby tego było mało mniej piśmiennym fanom rzuca się ochłapy w postaci co bardziej prostackich cytatów, aby mieli się czym zachwycać. I oczywiście są zachwyceni, ale to wynik odpowiedniej tresury. 

W sumie koncept z Tuskiem jako Mojżeszem wyprowadzającym lud z pisowskiej niewoli jest to dobry i pożyteczny, jak każda działalność przeciwnika mająca na celu zmylenie i ogłupienie jego własnych szeregów. Można do opisu sytuacji sparafrazować tytuł starego bokserskiego dramatu, co uczyniłem w tytule.



piątek, 17 maja 2019

Wytresowani ludzie

Człowiek wytresowany przez media jest po prostu kaleką. Jego rozum gnije czekając na zbawcze dyrektywy. Nie ufa też, co już jest nieco dziwne, własnym zmysłom. To już nawet nie zwierzę prowadzone na rzeź. To zwierzę, któremu wydaje się, że samo jest rzeźnikiem. Ta fałszywa samoświadomość oparta jest na tanim sentymentalizmie i dziwacznym przekonaniu, że przewodnicy prowadzący ludy do rzeźni mają inne niż bandyckie intencje. Realizowany schemat prowadzi nas wszystkich, także tych niepodatnych na tresurę do wojny i rozlewu krwi. Masa krytyczna zbydlęcenia populacji została bowiem przekroczona. Wszystko co możemy, to odwlekać ten straszny moment, licząc, że tym razem uda się nam jakimś cudem zo-stać nieco z boku. Potrzeba do tego odwagi, nie histerycznych wrzasków. Nie zmienimy ludzi, nie odwrócimy wektorów sentymentów społecznych. Nie ma takiej edukacji, ani takiej kul-tury, która pomogłaby nam przeżyć. To są rzeczy stracone. Nadzieją może być jedynie pragmatyzm codzienności oraz upór w staniu po własnej stronie, nie cudzej. Odrzucenie i absolutna negacja treserów i wytresowanych, bo inaczej zagarną i nas w swym pędzie do rzeźni.
Trudno mi o tym pisać, ponieważ temperament prowadzi moje paluchy stukające w klawiaturę ku codziennym zmaganiom, publicystycznym, niewiele wartym sporom, ku kpinie i bła-zeństwu, ale to co obserwuję wymusza na mnie pauzę, choćby trwającą przez jeden tekst. Widzę gorączkę, która opanowała bandziorów i czuję, dosłownie czuję na karku, oddech wiedzionych przez nich tłumów, które nawet nie wiedzą czym jest polityka i jakie wyzwania stoją przed nami. Chcą burzyć, niszczyć i piętnować. To nic nowego w sumie, ale nigdy jeszcze nie mieliśmy tak mało do obrony jak teraz i nie mam na myśli środków materialnych, a duchowe. Z tego deficytu bierze się lęk przenikający nas do szpiku kości. Już nie miecza się lękamy, a samej myśli o mieczu. Przed laty otoczono naród polski niczym w jakimś lunaparku lustrami pomniejszającymi i czyniącymi karykaturalnym odbity w nich obraz. To był pierwszy punkt tresury i jego skutki widoczne są do dzisiaj. Okazał się bowiem niezwykle skuteczny. Do tego stopnia, że na zwykłe odbicie znaczna część naszego społeczeństwa reaguje negacją i gniewem, tak przywykła do roli koślawego karła. Inaczej nie sposób wytłumaczyć jakim cudem bandyci oraz polityczni imbecyle zawładnęli wyobraźnią tak wielu ludzi.
Człowiek pozbawiony tożsamości, to zasadniczo co innego niż człowiek, który zgubił dowód osobisty. Utrata tożsamości bywa niewidoczna i chociaż można wyrobić sobie nową, zawsze będzie to tożsamość fałszywa. Ale właśnie taki jest cel tresury! Inną jej metodą są substytuty. Podaje się je zamiast wiedzy, historii, literatury, sztuki… I tak bez końca. Trwa to dziesięcio-lecia, aż nagle (ładne mi nagle) okazuje się, że jesteśmy społeczeństwem wyzutym dosłownie ze wszystkiego i sformatowanym do granic absurdu w ramach iście niewolniczego naśladownictwa. Nie mamy bowiem nic oryginalnego, a jeśli nawet mamy jest to starannie ukryte.
Obrazoburczo stwierdzam, że tak naprawdę nadzieję pokładam w realizmie i naturalnym dla naszej nacji spokoju. Bliższy mi w dziele przetrwania prosty chłop z sakiewką u pasa niż płonący emocjami mówca. Spryt, udawany koniunkturalizm i polityczne mataczenie na wszelkie możliwe sposoby stwarzają możliwości budowy, bo tak naprawdę prawo do spokojnego życia i wzrostu społeczeństwa trzeba wyłudzić od możnych tego świata, a najpierw oczywiście od Polaków. Jedni i drudzy muszą się przemóc i przyzwyczaić do myśli, że Polska jest konieczna i nie musi udowadniać tego co pół godziny, a treserzy mogą udać się do przystojniejszych zajęć, na przykład do kopania rowów melioracyjnych.

wtorek, 7 maja 2019

Odpowiedzią niech będzie uwolnienie słowa

Prowokacje lewactwa na gruncie sztuk wszelkich są niczym stukanie młotkiem za ścianą. Niby nic, ale po jakimś czasie człowiek musi się wkurzyć. Ten przykład doskonale obrazuje charakter ekscesów z którymi mamy coraz częściej do czynienia. Twórcy oraz ich akolici są od dawna nie domownikami, a tylko sąsiadami. Tylko dzięki denerwującemu stukaniu dowiadujemy się o ich istnieniu, toteż nie zaniedbują się w pracy. Ich odpowiedź jest prosta i skuteczna: Wolnoć Tomku w swoim domku.
Jest to prawda, ponieważ to faktycznie ich domek, nawet nie podobny do naszego. I tak od szóstej rano do dwudziestej drugiej. Jeśli artysta chce się wyróżnić, zaczyna stukanie w nocy, ktoś wzywa policję i mamy oto męczennika, który śmiało może teraz wykrzykiwać o godzinie policyjnej i prześladowaniu aktu twórczego.
Tyle tylko, że wypada zacząć od drugiej strony, czyli od reagujących gniewem na coraz liczniejsze prowokacje. Jednym z najgłupszych argumentów jest wypytywanie zlewaczałych artystów, dlaczego nie używają w swych prowokacjach wizerunków Mahometa czy symboli religii żydowskiej. Jeśli chodzi o Proroka, odpowiedź tkwi w samym pytaniu, ponieważ jego wyznawcy nigdy by podobnego nie zadali, tylko od razu waliliby w mordę, o ile byliby w pogodnym nastroju. Jeśli zaś chodzi o wyznawców judaizmu, to są jak najbardziej ofiarami podobnych ekscesów, tyle tylko, że cierpią je nie od naszego, a zachodniego lewactwa, jesz-cze mocniej niż nasze zaangażowanego w sztukę podobnych prowokacji.
Cały ten obrazoburczy cyrk odbywa się w tak dziarskiej melodii sławiącej tolerancję. Ta tolerancja zasadniczo polega na mnożeniu regulacji prawnych i zakazów wobec naturalnej ekspresji werbalnej wszystkich, którzy nie są wyróżnioną kastą ludzi mogących więcej. Sprzeciw wobec ich swobód, swobód członków tej bandy staje się o dziwo ograniczaniem wolności, podczas gdy prawdziwe ograniczanie wolności słowa jest tylko antydyskryminacyjną regulacją. To tak jakby złodzieje zagwarantowali sobie policyjne ściganie ludzi, którzy zawołają: Łapaj złodzieja!
Najwyższy czas przywrócić naturalną, przynajmniej dla naszej nacji wolność słowa i ekspresji, także twórczej (ważne jest tu „także”) i zdepenalizować wszystkie jej przejawy. Inaczej staniemy się wkrótce narodem pieniaczy, ku czemu zmierzamy w podskokach. Skończy się bredzenie o cudactwach w rodzaju mowy nienawiści, oraz antydyskryminacyjny bełkot. Jeśli troszczysz się o swoje czy innych uczucia religijne, które wtedy będą narażone na obrazę… Cóż, a teraz nie są? Może wtedy zamiast zawracać głowę panu policjantowi, sam weźmiesz się za ich obronę. I nie mam tu na myśli walenia w mordę, bo to w sumie ostateczność. Jedno jest pewne. Nie wygrasz grając metodami ustanowionymi przez wrogów.
Tylko wolność szanowny katoliku daje Ci szansę, ponieważ wbrew ciągle powtarzanym deklaracjom, twoi przeciwnicy są jej zaciekłymi wrogami, o ile oczywiście prawo do niej rozszerza się poza ich środowisko. Zawsze, jeśli masz prawo wyboru, wybieraj wolność. Może wtedy donos przestanie być orężem walki politycznej, a stanie się znowu przejawem podłości. Trudniej też będzie różnym kretynom nabierać stosownego rozpędu, a jeśli już, większe są szanse, że walną głową w mur znudzenia, obojętności, prychnięcia i wzruszenia ramionami.

poniedziałek, 6 maja 2019

Ranking wrogości, czyli wybory za pasem

Bardzo ładna jest obecna kampania wyborcza. Szkoda tylko, że trudno ją odróżnić od braku kampanii. Może język jest ostrzejszy i fałszywe tony brzmią wyraźniej, ale to już niuanse dla smakoszy. Skoro coś trwa bez przerwy trudno na tym skoncentrować uwagę, tym bardziej, że wybory do PE służą przede wszystkim zajęciu odpowiedniej pozycji startowej przed jesiennym wyścigiem o wszystko, czyli o władzę nad nami. Ich wynik będzie dla jednych ostrzeże-niem, dla innych zachętą, choć z góry wiadomo, że wszyscy okrzykną sukces.
W zasadzie znany jest nawet zestaw inwektyw, jakimi zostanie pomimo powszechności sukcesu obrzucony cierpliwy polski naród. Na wszelki wypadek co gorętsi politycy już raczą obrażać
wyborców, których rzekomo chcą pozyskać. I to jest pewna nowość, wynikająca z przekonania o zamknięciu elektoratów. Drugim wnioskiem wyciąganym przez polityków z historii
dotychczasowych wyborów europejskich jest to, że przy frekwencji o wiele niższej niż podczas wy-borów parlamentarnych opłaca się radykalizacja przekazu. To akurat jest bliskie prawdy, ponieważ wyborca głosując tu na partie radykalne nie ma przykrej świadomości, że jego poparcie przekłada się na rządzenie Polską i może sobie pobujać w obłokach, zagrać na nosie, czy kto co tam lubi. Tyle tylko, że radykalizm spala, a to co jest dobre dla liderów uzyskujących mandat niekoniecznie jest dobre dla ich partii.
Sześć ugrupowań zebrało poparcie pozwalające im startować w wyborach z jakimikolwiek szansami. Ich wzajemne relacje są warte pokazania. Zacznijmy od góry, czyli od partii rządzącej, która w rankingu wrogości zajmuje zdecydowanie pierwsze miejsce, ponieważ jest i będzie podstawowym celem ataków pozostałych komitetów. To akurat nie dziwi, ale też w żaden sposób nie zaszkodzi Prawu i Sprawiedliwości, ponieważ im większe natężenie wrogości wobec rządzących, tym jaśniejszy jest wybór:
Chcemy, żeby było tak, jak przez ostatnie cztery lata, czy może łakniemy odmiany?
Na dodatek ta odmiana jest dość niejasna, ponieważ trudno dostrzec jej zasady nieuzbrojonym okiem. Nawet gdy już pojawi się jakiś konkret, jeszcze tego samego dnia bywa unieważniany, albo niknie w zapomnieniu. PiS obalić! To już wiemy, to już słyszeliśmy zanim PiS wygrał wybory. Może się zdarzyć, że takie stawianie sprawy przez szeroko pojętą opozycję zachęci elektorat PiS do liczniejszego udziału w majowych wyborach. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość ma w zasadzie dwóch wrogów oczywistych: KE i Konfederację, przy czym atak na narodowych korwinistów jest prowadzony raczej przez szalonych w swym lizusostwie publicystów niż samych polityków, ponieważ tym, w żaden sposób taki atak się nie opłaca.
KE ma jednego wroga czyli PiS, pozostałych konkurentów traktując niechętnie, jako niezbyt pewnych potencjalnych sojuszników. Niejako w rewanżu, sami są podobnie postrzegani. Owszem, rytualnie dopisuje się ich do Prawa i Sprawiedliwości jako drugie skrzydło tego samego zła, ale jakoś tak bez przekonania. Poza personaliami nie sposób też atakować ich za poglądy czy koncepcje, ponieważ, jak już wspomniałem, trudno się takich dopatrzeć. Siła bezwładu, nie tylko umysłowego sprawia, że liderzy mniejszych ugrupowań mają nielichy problem by zachowując swój radykalizm dmąc jednocześnie w tę samą trąbę co Leszek Miller czy pani Kopacz.
Biedroniowa Wiosna musi na dodatek wyróżnić się na tle KE jako progresywna i nawet w jawnej głupocie przebić ekipę pana Schetyny, ale też usilnie bronić się przed tym samym ze strony największej partii opozycyjnej. Pierwsze starcie na tym polu odbyło się w ubiegłym tygodniu. Imperium kontratakowało panem, którego nazwiska nie wymienię i teraz nieszczęsny Biedroń musi wejść na wyższy szczebel krótkiej drabiny antypolskiej fobii. Głos Lewicy Razem jest słabo słyszalny, ponieważ od ostatnich wyborów wiadomo, że Zandberg raczej nie odbiera głosów Prawu i Sprawiedliwości, przez co nie bardzo opłaca się nawet o nim wspominać. Bo w sumie po co komu lewicowa lewica? Kukiz też siedzi cicho, bo jak wyczytałem, chce być „języczkiem” bez względu na to, co miałoby to znaczyć.
Ciekawą pozycję zajmuje za to Konfederacja. Jej celem jest powtórzenie sukcesu Korwina sprzed czterech lat. Kluczem ma być pokazanie publiczności wielu liderów zamiast jednego, ale ceną jest rozmycie profilu ideowego. Czy antypisowskie emocje na prawicy są tak silne, że wywindują tak dziwną zbieraninę ponad wyborczą kreskę? Dla mnie osobiście, starego wyborcy Korwina i UPR to danie jest całkowicie pozbawione smaku. Ci najprawdziwsi Pola-cy, kawiarniane mimozy jako emanacja narodowej mocy… Śmieszne tylko.
Na razie, jak wspomniałem na wstępie, kampania jest bardzo ładna, czyli przewidywalna i nudna. Prochu nikt nie wymyśli, choć celem podstawowym jest wysadzenie Prawa i Sprawiedliwości w powietrze. Na razie ma temu służyć jedna beczka i kilka małych beczułek. Problem w tym, że choć lonty palą się nieustannie, to beczki jak były, tak i pozostają puste.

środa, 1 maja 2019

Kiedy ulubieńcy maszerują...

Na czele pochodu pracownicy i prezesi. Ci najbardziej zapracowani, ci na których barkach spoczywa chleb dwustronnie posmarowany masłem. Teraz tak bliscy, że możemy ich dotknąć, ale bez przesady z tym dotykaniem. Niejako z rozdzielnika pochód otwiera dzielna załoga z Woronicza. Uśmiechnięty prezes Kurski osobiście raczy nieść goździk i tabliczkę z kolorowym pikiem. Goździk jest biały, co symbolizuje czystość intencji pana prezesa. Pani Holecka prowadzi swoje zastępy, pilnie rozglądając się na boki, bo wiadomo, że wróg najchętniej czai się we własnych szeregach. Dalej grupa ekspertów, których twarze i wady rozumowania tak dobrze znamy. Trzymają się pod ręce, aby pokazać światu swą solidarność i jednomyślność.

Potem dziatwa dziennikarska wymachująca słownikami poprawnej polszczyzny. Nad głowami transparenty „Faszyzm nie przejdzie!” „Eldorado jest wszędzie” „ I ty wysiedzisz jajko”. Przyznam, że znaczenia tego ostatniego hasła nie pojmuję. Przykryty dla bezpieczeństwa brezentową płachtą przemyka „paskowy”, witany owacjami publiczności. Ktoś gorliwy niesie na kiju kukłę pani Pieli przebitą dzidą czy może raczej zaostrzonym kijem. Radosny pochód ludzi, którzy codziennie zginają kark przed potrzebą chwili zamykają malkontenci o twarzach marudnych z natury.

Nic dziwnego, bo na pięty następują im, marchewkę skrobią po prostu, kuksańce sadzą działacze mediów niezależnych i wolnych. Tu już prawdziwa fiesta! Z daleka słychać śpiew, przerywany jakże politycznym pochrząkiwaniem. To idzie młodzież TVN 24 i Polsatu. Pochód prowadzi bosa z włosem rozwianym młodsza wersja pani Moniki Olejnik. Nie, to ona sama przecież! Wygląda tak po prostu na tle pozostałych zasłużonych komentatorów od sceny i życia. Pluralizm aż bije po uszach. Część śpiewa unisono „Odę do radości” a inni z otwartości serc „Międzynarodówkę”. Oczywiście tylko pierwszą zwrotkę, bo reszta nie bardzo pasuje, a i tu dochodzi do sporu, ponieważ część śpiewających upiera się przy wersie „Powstańcie ludu żywej wełny” bo wedle nich i tak chodzi o strzyżenie owiec i baranów.

I to jest właśnie swoboda oraz przejaw niezależnej inteligencji. Na transparentach „Faszyzm nie przejdzie!” „El-dorado jest wszędzie”… Ejże, coś tu nie tak. Zbyt podobne liternictwo, ale hasła o jajku nie ma. Nie ma też kukły pani Pieli, ale jest zdjęcie dowodu rzeczowego, czyli kukły przedstawiającej zohydzony wizerunek pana Jurka. Gęba faktycznie nieprzyjemna! Do tego podpis na czerwono „Juras z nami!”. A nie, przepraszam, to po prostu fotografia naszego narodowego idola. Tak się człowiek czasem zapędzi, że z tego rozpędu coś palnie.

Potem maszeruje elita elit, czyli załoga niezastąpionego TokFm. Czarne peleryny, miny marsowe. Trochę szosą, a trochę chodnikiem, bo cień. Pan Żakowski prowadzi swą trzódkę, ale pan Lis nieco z boku, bo otoczony widzami swoich internetowych programów. Pokrzykuje niezadowolony, bo nie zjawił się komplet. Pan Rysio znowu zawalił. Bywa.

Dalej media papierowe czyli dramat braków wszelkich. Dla podkreślenia powszechnej nędzy widzimy papierowe marynarki, gdzieniegdzie przedarte. Tekturowe buciki, jakby trumienne. Zwraca uwagę brak redaktorów tak zwanych czasopism prawicowych, ale oni będą maszerowali później, razem z załogami Spółek Skarbu Państwa. Ludzie z Rzepy niosą styropianowy model śmietnika, a chłopcy i dziewczęta z Wyborczej liczne hasła, a właściwie ich początki, bo jak informuje stosowne oświadczenie, reszta haseł jest dostępna dla abonentów haseł.

Pochód zamyka liczna ekipa TVP. Prezes Kurski niesie goździk… Przepraszam, a czego się spodziewaliście? 
W kółko chodzą, bo jakby mieli iść prosto, nie wiadomo gdzie by zaszli, a tak jest bezpiecznie jak u mamy. Ważne, że wszyscy są na swoim miejscu i za każdym obejściem placu możecie podziwiać te same, jakże ulubione twarze. Słuchać tych samych głosów, chrząknięć i podziwiać obłęd raz szczery, a raz wprost przeciwnie.

Pojawiła się ostatnio opinia, że ludziom, którzy wiedzę o Polsce i świecie czerpią z mediów należy ustępować miejsca w środkach komunikacji zbiorowej razem ze starcami, ludźmi chromymi oraz paniami w ciąży. Przyznam chętnie, że coś w tym jest.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

O sztuce, która się nie myli

Od razu, żeby potem nie błądzić, pod pojęciem sztuki rozumiem wszelkie prace ludzkie, które nie wynikają z konieczności, a służące rozrywce, zaspokajaniu zmysłu estetycznego, kontemplacji, czy uwzniośleniu ducha. Z tym tylko, że z powodu wymogów jakim podlega taki tekst, skoncentruję się na sztukach plastycznych. Po pierwsze oczywistym jest, że sztuka nie istnieje bez odbiorcy, ponieważ sam akt twórczy zakłada jego istnienie, choćby sam artysta oddawał się smętnej idei solipsyzmu. Genialna książka, udane malowidło czy nawet rzeźba Michała Anioła rzucone na absolutne pustkowie są tylko nic nieznaczącymi przedmiotami. Znaczenia i wartości nadaje im odbiorca, którego nie sposób zmusić do podziwu, czy zachwytu, ponieważ ma on swoje prawa ludzkie i nie musi koniecznie zachwycać się genialną rzeźbą, skoro na przykład bardziej podoba mu się stado wróbli uwijające u jej podnóża. Inaczej rzecz się ma w zamkniętej przestrzeni muzeum czy wystawy, gdzie obserwator nie jest przypadkowy. O ile nie schronił się przed deszczem, albo nie jest uczestnikiem szkolnej wycieczki, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przybył tam, by podziwiać. Kiedyś jaka taka znajomość sztuki warunkowała dopuszczenie do wspólnoty ludzi kulturalnych, co zostało gdzieś w odmętach naszej świadomości i jest zręcznie wykorzystywane do dzisiaj.
To, że mamy do czynienia z manipulacją jest oczywiste. W przypadku sztuk plastycznych jest ona nieco inaczej skierowana, niż w literaturze czy filmie, gdzie istnieje wymóg pozyskania jak najliczniejszych odbiorców. Tam należy wmówić czytelnikowi wartość dzieła, ale tak, by trafiło do jak najszerszych kręgów. Tu jest zgoła inaczej, ponieważ liczba ludzi posiadających stosowne środki finansowe, jak i stosowne aspiracje jest ograniczona. Reszta musi zadowolić się medialnym szumem, a została już właściwie tylko jedna metoda, by szumieć, czyli skandal. Dzięki temu zawsze znajdzie się odpowiednia liczna patentowanych osłów, którzy zechcą ogrzać swoje ego przy ogniu awantury na polu artystycznym. Mechanizm jest zadziwiający w swojej prostocie i został wykorzystany tak wiele razy, że powinien budzić tylko zażenowanie, ale nic takiego nie ma miejsca i ludzie chętnie biorą udział w każdym kolejnym starciu. Pewnie dlatego, że poza tymi chwilami wzmożenia, sztuka w ich życiu jest mało obecna. To zresztą nie zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. Pretekst w postaci dzieła nie jest w zasadzie ważny, ponieważ służy jedynie piętnowaniu ludzi, którzy mają przeciwny pogląd. Jeśli to ma być istotna funkcja sztuki, ten tramwaj należy opuścić na najbliższym przystanku.
Sto dwa lata temu, gdy Europa krwawiła w okopach Wielkiej Wojny, Marcel Duchamp pokazał odwrócony pisuar jako Fontannę. I na ten pisuar gapimy się do dzisiaj. Duchamp był za-miłowanym szachistą i logikiem, w przeciwieństwie do rzesz naśladowców. Sam bowiem wydziwiał potem, że taka dekonstrukcja wszystkiego prowadzi do absurdu. I ty, miły czytelniku, możesz wykonać replikę tego wiekopomnego dzieła, o ile masz dość odwagi by dmuchnąć skądś podobne naczynie. Ale jaki w tym sens? Żaden, ponieważ bunt w sztuce jest o tyle sensowny, o ile istnieją konwencje wykluczające za jego przejawy. Tam bowiem, gdzie wszystko wolno, nie wolno nic, a w zasadzie jeszcze gorzej, bo należy otrzymać od współczesnej Akademii stosowną pieczątkę akceptacji. Bez niej jesteś tylko głuptasem. O, jeśli zdobędziesz takową pieczęć, każdy kto odważy się sprzeciwić, umniejszyć twoje dzieło, niejako z automatu stanie się ciemniakiem, obskurantem oraz nieczułym profanem. Jest to niezwykłe wprost nadużycie, a niezwykłe dlatego, że wyrażane wprost, a mimo to wciąż działające.
Mamy oto bananowy kretynizm i możemy oglądać setki żałosnych postaci z bananami w buziach. Żeby choć w efekcie tej dziwnej awantury ktoś zainteresował się sztuką, która przecież cały czas powstaje, jest sprzedawana i kupowana bez zbędnych wrzasków i pieczęci. Mniemam, że skoro czytasz, masz dostęp do netu. Zamiast biadać nad ciężkim losem malarzy, którzy dawno umarli rozejrzyj się po dziełach, które sam możesz nabyć.
A… A kto ci powie, czy to jest dobra sztuka? Nikt pewnie, poza twoim sercem i wątrobą, jak rzekomo mawiali Indianie. Tak czy tak, to łatwiejsze niż zbudowanie machiny czasu w celu wykupienia na pniu jeszcze pachnących farbą obrazów Van Gogha.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Okładanie narodu kijem

Zaraz objawię swój antypolski pysk, dlatego ludzi, którzy pokładają w moich tekstach jakąś nadzieję proszę o odstąpienie. Otóż jest tak i nie będzie inaczej, że nie potrafię utożsamić się z jakąkolwiek tradycją, która jest zbyt hałaśliwa, że o okładaniu kukieł kijami nie wspomnę. Nie lubię spędów, wrzaskliwych rozmów nawet, nie trawię gorliwej propagandy, a na każdego kto chce mnie wciągnąć do wspólnej zabawy, na wszelki wypadek patrzę wilkiem. Można rzec, że nie czuję ducha wspólnoty, ale też nie mam w sobie ni krztyny chęci do psucia innym zabawy. Na przykład lubię banany i lubię morze czy inny ocean, ale nie uważam za konieczne pływanie po morzu na dmuchanym bananie, choćby tysiąc osób zachwalało mi tę rozrywkę. Z drugiej strony odeślę do wszystkich diabłów kogoś, kto będzie paluchem pokazywał wrzeszczących z rozkoszy bananowców, że idioci i powinno się zakazać…
Czy to jest jasne, bo jeśli tak, przechodzę do tego, czego naprawdę nie znoszę i co, w miarę swoich skromnych możliwości staram się zwalczać. Dla krótkości wywodu skoncentruję się na dwóch kwestiach: stręczycielstwie i niepotrzebnym tchórzostwie, zostawiając na boku obłudę, pogardę dla słabszych i pychę.
Ktoś może się zdziwić, że „niepotrzebne tchórzostwo”, zamiast po prostu tchórzostwo. Otóż jest tak, że człowiek ma prawo być tchórzem i nie zmieni tego pokrzykiwanie o ciągłym bohaterstwie, gotowości do wystawiania się na hazard ostateczny, bo to po prostu bajki. Tchórzostwo zaś niepotrzebne jest wtedy, gdy dorosły człowiek boi się, że w jego szafie z ubraniami zaczaił się Czarny Lud i w związku z tym chodzi przez miesiąc w przepoconej koszuli.
W sferze politycznej nagminnie spotykamy się z tego typu tchórzostwem, ponieważ wiąże się to z głęboko zakorzenionym wśród naszych tak zwanych elit poczuciem własnej małości ( wielkie ego nie ma tu nic do rzeczy), koniecznością reagowania dosłownie na wszystko i po-czuciem, że gdzieś wyżej znajduje się właściwy recenzent, któremu podlegamy oraz prze-świadczeniu, że elity są po to, by tego recenzenta zadowalać w imieniu narodu, który ma się najwyraźniej za jajo, bynajmniej nie Wielkanocne.
Zawstydzające komentarze do tłuczenia Judasza nasmarowane w gorączkowym amoku uniewinnień przez prominentnych polityków czy nawet Episkopat nadały historii na którą nawet nie warto splunąć całkiem nowego, bo politycznego znaczenia. Dziwaczna gorliwość i chorobliwy aktywizm ludzi, którzy w zasadzie powinni, a nawet są zobowiązani być naszą tarczą, a trzęsą się na widok zmarszczonego nosa swoich, jak twierdzą, wypróbowanych przyjaciół. Naprawdę mam wierzyć w ich twardość, niezłomność i całą resztę zestawu wybitnego patriotyzmu? Może i powinienem, ale jakoś mi się nie chce. Może dlatego, że nie lubię wychodzić na durnia. Może, może…
Bo skoro już tak patrzymy z uwielbieniem na to nasze kochane USA, może czas najwyższy wprowadzić i w Polsce wolność słowa, hę? To żadne cuda na kiju i naprawdę warto znieść te wszystkie cholerne sankcje, raz błysnąć niczym gwiazda, zamiast brnąć w penalizację poglądów i wyrażania myśli. Za trudne, doprawdy? A może zgodnie z tradycyjnym „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. No tak, jesteśmy czym jesteśmy, także dla naszych umiłowanych elit.
Druga rzecz to stręczycielstwo. Nadal kojarzy się z płatnym seksem, ale tak naprawdę to już broń masowego rażenia, narzędzie polityczne i kulturowe. Jakby nie patrzeć, nie prowadzi do miłości. No, chyba, że coś przegapiłem. Wachlarz stręczycielstwa jest bardzo szeroki, ale w kontekście wczorajszego ekscesu, a to nie ja wymyśliłem jego polityczny charakter, warto kilka zdań w kontekście polsko-żydowskim. Stręczycielstwo w tym zakresie służy oczywiście w Polsce jedynie wrogom Żydów i państwa Izrael, ale raz puszczonej w ruch machiny politycznego lęku nie sposób zatrzymać z dnia na dzień. Co najmniej raz dziennie czytam, że interesy polskie są ściśle związane z tym, jak postrzega nas świat. Jeśli to nie jest przejaw najczystszego obłędu, nie pytajcie mnie, co nim jest.
Co to w ogóle znaczy? Mamy przeglądać się w lustrze obcych mediów? Drżeć na myśl, co powie o nas jakiś typek w Brukseli, Waszyngtonie czy Jerozolimie? Oburzać się? W ramach odwetu wygadywać na niego? Jak w takich warunkach budować wspólnotę, jak podwyższać status narodu, skoro na każdą rzecz należy patrzeć przez siatkówkę obcego, często wrogiego oka? Ba, dawać mu przywilej oceniania własnego ludu i jeszcze w tym ocenianiu pomagać, płacić za to dotacjami od tegoż ludu ściągniętymi?
Przepraszam, ale czy ktoś tak robi oprócz naszych rozmiłowanych w służeniu elit? A jeśli nawet, to nie rozgłasza tego wszem i wobec. Powtarzam: Efektem stręczycielstwa nie będzie miłość, a co najwyżej kac i poranna niechęć do siebie samego. Jeśli ktoś jest pechowy, może też stracić portfel, ale to już temat na inną opowieść. Może o obłudzie, o ile nie jest to własny portfel – nie wiem.