czwartek, 19 września 2019

Notatki kandydata na wyborcę

1.
Kapitalne są dwie ostatnie akcje opozycji, na które natknąłem się w sieci. Jako wyborca czuję się nimi w pełni usatysfakcjonowany. Pierwsza, polegająca na tym, że z całą powagą mędrcy w rodzaju profesora Matczaka przez dwa dni udowadniali, że PiS sfałszował losowanie numerów list wyborczych tylko po to, by najlepsze numery, (o ile można poważnie twierdzić, że takie w ogóle są), oddać Koalicji Obywatelskiej i PSL. Nie pomogło nawet nawoływanie Wyborczej, że to jednak głupota. Brnęli w swoje fantazje z zadziwiającym uporem, a co głupsi brną nadal. Jeszcze lepsza jest akcja z paragonami pokazującymi drożyznę w sklepach. Pomysł, by zapędzić polityków, którzy na co dzień wpychają knajpiane obiadki za dwie stówy do warzywniaków i sklepików osiedlowych jest po prostu wspaniały. Ludzie, którzy ledwie wiążą koniec z końcem z utęsknieniem czekali, by dowiedzieć się „po czemu cebula”. Widziałem kilka tych paragonów i ze zdziwieniem stwierdzam, że właśnie cebula jawi się na nich jak podstawowy przysmak. W ogóle struktura tych rzekomo codziennych zakupów jest zadziwiająca. Akcja miała zobrazować szalejącą (czy mającą szaleć po podwyżkach płacy minimalnej) inflację, a rozpłynęła się w szczegółach i szyderstwie. Jakby tego było mało politycy PO, obiecują, że jeśli znajdzie się odpowiednio liczna grupa frajerów, którzy im uwierzą, to ceny spadną. Na pytanie, jak to uczynią, nie odpowiadają. Można się domyślać, że poprzez zamrożenie albo obniżenie dochodów najmniej zarabiających, bo chyba nie poprzez wprowadzenie cen urzędowych na cebulę czy inną, prawda, pietruszkę. Uważam, że wyobraźnią potencjalnych wyborców skuteczniej wstrząsnęłaby publikacja wyciągów z kart płatniczych miłośników cebuli. Wtedy można by było jasno udowodnić jak bardzo ci zacni ludzie zbiednieli pod rządami pisowskiego reżimu, ile muszą znieść upokorzeń ekonomicznych… Na litość należy brać ludzi, na litość.

2. 

Bardzo dobre i zdrowe jest to, że większość ludzi na co dzień nie interesuje się polityką. Dzięki temu ich wybory, o ile w ogóle raczą wziąć w nich udział, oparte są na wielce ogólnym wyobrażeniu o tym, co dzieje się w Polsce i na świecie. I tak naprawdę oni decydują o wynikach głosowania. Dodać tu należy, że ich głos nie jest gorszy, a moim zdaniem lepszy od głosu fanów, miłośników oglądania politycznych wiadomości, czy takich jak ja internetowych łże mądrali. Obraz ogólny jest bowiem niewątpliwie prawdziwszy od obrazu wykreowanego przez jedną, drugą, czy trzecią propagandę. Oparty o własne doświadczenie, o doświadczenie najbliższych, czy choćby przekonanie panujące w grupach zawodowych/społecznych do których należą.

Wiedza oparta na strzępach informacji, bywa, że już podrasowanych w obiegu międzyludzkim jest ich wiedzą codzienną i jeśli ktoś biada nad jej stanem, w zasadzie niczego nie rozumie. Wtedy zadaje złe pytania, a nie uzyskując oczekiwanej odpowiedzi podejmuje złe decyzje, biorąc za ludzkie oczekiwania wobec rządzących czy opozycji, własne środowiskowe fobie, uprzedzenia i gniewy. Jeśli nie idzie, jeśli ludzie nie wykazują zakładanego entuzjazmu, polityczni demiurgowie wbrew logice jeszcze mocniej pokręcają śrubę demagogii. Tak długo będą dokręcać, aż im się gwint urwie. A już trzeszczy!

Ludzie nie łakną bowiem wiedzy o programach partii, analiz socjologicznych, czy przedstawień politycznych w przygłupich telewizjach. Nie łakną też wrzasków, skandowania czy upraszczania rzeczywistości, nie łakną też przy władzy ludzi, których mają za głupszych od siebie. Nie chcą rewolucji, ani kontrrewolucji. Jak zawsze, od tysięcy lat, ludzie chcą spokoju, pracy i znośnych warunków życia. Nie lubią być też zmuszani do przyjęcia obcych sobie poglądów, tak jak nie lubią, by rzeczywistość, którą współtworzą była oceniana przez siły zewnętrzne.

To są sprawy proste, a to, kto zapewni takie minimum, w szerszej perspektywie jest kwestią drugorzędną. Byle szczerze do tego dążył, bo negatywne doświadczenia trzydziestolecia są jednym z decydujących obecnie czynników. I tego nie da się przeskoczyć gadaniem, że „zrobimy dużo i lepsze”.

3. 

Nie oglądam telewizji w ogóle, w związku z czym nie jestem w stanie na sto procent zweryfikować tego, o czym za chwilę napiszę, ale tysięczny raz przeczytałem w necie, że przedstawiciele Konfederacji są wykluczeni z politycznych programów TVP, w których różne szumowiny zachwalają swój towar. Nie mam powodu przypuszczać, że jest inaczej, a jeśli jest, to proszę mnie oświecić. W każdym razie warto przypomnieć, że jest to jeden z pięciu komitetów, które zostały zarejestrowane w całej Polsce.

Czytam w sieci różne mniej czy bardziej dowcipne komentarze, jakieś dziwne tłumaczenia, że autorskie prawo doboru, że dla konfederatów lepiej, że ich nie pokazują, że lepszy komuch czy inna lewacka pokraka. Nie w tym rzecz. Dla mnie, dla wyborcy, jest to najzwyklejsza granda i kryminał w biały dzień. O! Gdyby było, powiedzmy, piętnaście komitetów, to jakoś pokrętnie by się ta banda dziennikarskich liżypółmisków mogła wyłgać, ale tym razem jest inaczej.

To nie jest kwestia, czy mnie się podoba Konfederacja, bo rzecz w tym, że mamy do czynienia z wyjątkowo chamskim nadużyciem. Już i bez tego propagandyści zgromadzeni w gmachu przy Woronicza są dla mnie równie odpychający jak ci z TVN, ale jak wspomniałem na wstępie, nie moja to rzecz. Kto lubi, niech się gapi w telewizor jak przysłowiowa sroka w gnat.

W tym przypadku rzecz wychodzi poza telewizyjny gust, sympatie i antypatie polityczne, ponieważ dotyczy dostępu do anteny publicznej ludzi, którzy skutecznie zbierając podpisy pod listami swoich kandydatów spełnili warunek, by być traktowani identycznie jak pozostały kwartet. Na tym etapie kampanii wyborczej wszyscy startujący mają bowiem teoretycznie takie same szanse, a co za tym idzie również przywileje. Obecnej sytuacji nie da się wytłumaczyć, bo nie ma ani jednego przyzwoitego argumentu, by nadal było tak jak jest obecnie.

czwartek, 12 września 2019

Fantastyczna debata o płacy minimalnej 2. Ponurzy komicy lewicy

Kilkanaście dni temu lewica zapowiedziała na swoim konwencie, że gdy wygra wybory, to od 2020 roku wprowadzi płacę minimalną na poziomie 2700 złotych brutto i sto innych rzeczy mających podnieść ekonomicznie najuboższych. I ogłosił to pan Czarzasty, nie Zandberg, który klepie trzy po trzy, więc można to traktować jako oficjalną deklarację. Problem w tym, że jedyną szansą na dojście tych dziwnych ludzi do władzy jest wspólny rząd z PO, która ma podobne pomysły w nosie, ale nie w tym rzecz nawet, a w samej ich wiarygodności.  
Przecież bez okazji wyborczej lewica w Polsce, o ile w ogóle zaczyna interesować się kwestiami społecznymi czy ekonomicznymi dotyczącymi warstw najuboższych, w pierwszej kolejności rozpatruje, na ile może sama nimi zarządzać. Ludzie są dla lewicy czymś w rodzaju figur retorycznych. Opisanych i skatalogowanych w lewicowych głowach. O ile przyjąć, że dotychczasowe, skutecznie wprowadzone przez PiS programy społeczne w rodzaju 500+ są z ducha lewicowe, opór, a w najlepszym przypadku niechętna, obarczona licznymi zastrzeżeniami akceptacja ludzi lewicy powinna dziwić, a przecież nie dziwi. Fakt, że od czasu do czasu jakiś ideolog bąknie coś o konieczności podniesienia ubogich nic nie zmienia. Kwestią nadrzędną dla lewicy w Polsce jest bowiem nie człowiek jako taki, a człowiek akceptujący wykwity lewicowego progresizmu z dodatkiem niespożytych fanów komuny i zgrzytających zębami antyklerykałów. Na wspomnianej konwencji oferta skierowana do tego właśnie elektoratu dominowała i to przede wszystkim ona przebiła się do świadomości potencjalnych wyborców i mediów.
Lewicowy publicysta Rafał Woś zdziwił się wczoraj na twitterze brakiem poparcia lewicy dla pisowskiej idei podwyższenia płacy minimalnej i nawet raczył zasugerować, że być może lewicowcy, z których zdaniem się zapoznał, w ogóle nie są lewicowcami. Zaraz go koledzy rozjechali od liberalnej strony, że na przykład lewicowość nie zwalnia od myślenia. Czyli okazuje się, że przez trzy tygodnie można z powodzeniem zapomnieć o bajaniu własnych liderów. Zaraz liberałowie zakrzykną ucieszeni, że autor zrównuje PiS z przebrzydłymi ko-muchami, albo chociaż podkreśla tym „bajaniem” nierealistyczny wymiar samego konceptu. Nie, moi mili. Różnica jest taka, że PiS wprowadza, a lewica baja na ten temat, bo musi obiecać coś więcej niż aborcja i wyprowadzenie religii ze szkół. Można komentować, że PiS „zgapił”, że to kiełbasa wyborcza i tak dalej, ale fakt pozostaje faktem.
A poza tym myślenie jest mocną stroną polskiej lewicy. Obecnie koncentruje się na pozyskaniu tej części elektoratu PO, która straciła wiarę w powrót do władzy tej osobliwej bandy. Logicznie rzecz ujmując, w ten sposób zmniejszają jednocześnie szanse na wymarzony mariaż rządowy, ale czego wymagać od ludzi, którzy do programu wyborczego wpisują czyste powietrze?

Fantastyczna debata o płacy minimalnej. Prawi liberałowie

Bardzo lubię, gdy w Polsce wybucha debata ekonomiczna, ponieważ natychmiast zostaje zamieniona na ideologiczną, na dodatek dotyczącą świata fantastycznego. Tym razem okazją stał się program wzrostu płacy minimalnej, czyli chociaż jakiś konkret, nie zaś tak zwane ogólne przekonanie. Zacznijmy od prawego skrzydła, od liberalnej husarii, ponieważ ludzie zgrupowani teraz wokół Konfederacji zupełnie jawnie poruszają się w świecie równoległym, nie zauważając na przykład, że Polska nie jest samotną wyspą na oceanie możliwości. Na dodatek ma swoją strukturę społeczną związaną ze strukturą własności. Niewielkiej i marnej, ale jednak. Oczywiście każde rozsądne zmniejszenie podatków jest korzystne, ale u nas cały czas należy tak lawirować, żeby nie musieć wprowadzać prostych i skutecznych rozwiązań znanych z wymarzonych przez prawicowych liberałów systemów. Na przykład podatku katastralnego. O, byłby świetny biznes na sprowadzaniu do Polski używanych przyczep tury-stycznych, ale nie wiem, czy jest ich aż tyle do wzięcia.
W przypadku zakładanego wzrostu najniższych wynagrodzeń ich argumentem jest zakładany upadek małych przedsiębiorstw, soli tej ziemi i tak dalej. Dziwnie się to ma do prezentowanego przez nich z dumą darwinizmu społecznego, z grubsza rozwiązującego problemy na zasadzie „niech słaby zdycha, bo niczyja wina, że on słaby”. Czyli owszem, niech zdycha, ale słaba firma już nie, ponieważ... Poza tym jakoś nie pokazują tych firm, także innowacyjnych (a jakże!) w których pracownicy zarabiają najniższą krajową. W ogóle myśl, że duży europejski kraj może funkcjonować jako wyspa przemocy ekonomicznej wobec części swoich obywateli jest co najmniej dziwna, bo niby dlaczego i po jaką cholerę istnieje takie państwo? Żeby być żerowiskiem obcych? To jakoś mało kuszące, a takie są właśnie konsekwencje rozwiązań czysto liberalnych. Zasadniczo nie jesteśmy dziewiętnastowiecznymi Stanami, nie mamy bezkresnych prerii i puszcz (za to, nieszczęście, mamy ekologów) oraz Indian do stłamszenia. Po wprowadzeniu światłych zasad głoszonych przez liberalną część konfederatów Polska jak najbardziej stałaby się krajem wielkich możliwości, ale my pełnilibyśmy rolę Indian. Masz już tomahawk mój dzielny liberalny towarzyszu? Jeszcze zabawniejsza jest reakcja drugiego skrzydła, czyli lewicy, ale o tym w kolejnym odcinku.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Niemoralne propozycje

Ponad dziesięć lat temu do założenia konta na twitterze namówił mnie pan Mistewicz i choć od lat blokuje mi dostęp do treści, które sam prezentuje, nadal jestem mu za to wdzięczny. Jest to bowiem jedyne dostępne szerszej publiczności medium, gdzie można oglądać polityków, dziennikarzy oraz inne publiczne osoby w całej ich intelektualnej i emocjonalnej nagości. Nieco przypomina to okres, gdy tak zwani liderzy opinii masowo pisali teksty w blogosferze, bo też było z tego dużo śmiechu, ale na twitterze dla łatwości i skrótowości przekazu jest to znacznie ciekawsze. Ludzie bowiem zapominają kim są i koniecznie chcą przypodobać się, zadziwić, albo sprowokować przeciwników tylko po to, by za ich wpisami szedł stosowny aplauz. Co dziwne nie rozumieją najprostszych spraw związanych z prowadzeniem konta, z zasadami bezpieczeństwa, a przede wszystkim nie potrafią oszacować wiarygodności rozmówców. Wszyscy chyba znają powiedzonko „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. Otóż w sieci jest odwrotnie i to jest pierwsza zasada, którą każdy z tych naszych żałosnych wipów powinien zrozumieć, a ni cholery nie rozumie.  
Weźmy aktualnie grzaną aferę pana wiceministra w randze sędziego. Sprawdziłem swoje konto i okazało się, że ta cała Emi obserwuje moje wyczyny na twitterze, a ja jej wyczynów nie, choć w dziewięćdziesięciu procentach przypadków odwdzięczam się obserwującym wzajemnością, bo akurat mnie to nic nie może zaszkodzić. Z tym, że najpierw zaglądam i sprawdzam, co delikwent wypisuje. Oczywiście nie pamiętam, dlaczego negatywnie zweryfikowałem akurat Emi, ale najwidoczniej coś w jej pisaniu sprawiło, że strząsnąłem ją z twitterowego płaszcza. Takie reakcje nie wynikają z jakiejś tam mądrości, a z doświadczenia. Ze szczególną ostrożnością należy bowiem traktować ludzi, którzy wznoszą patriotyczne okrzyki, deklarują dozgonną miłość ideom, partiom politycznym czy samym politykom, co już jest aberracją wyższego stopnia. Skąd o tym może wiedzieć polityk, urzędnik, czy inny ananas obdarzony władzą? Ano znikąd, bo pewnie na co dzień otaczają go podobne deklaracje i wyrazy najwyższego uwielbienia. Co najwyżej zweryfikuje osobę, z którą rozmawia u przychylnych mu młodych dziennikarzy, którzy nie dość, że są idiotami, to na dodatek prześcigają się w serwilizmie w stopniu wprost nieprawdopodobnym. Ponoć niektórym pali się w związku z Emi pod tyłkami, z czego bardzo się cieszę, ponieważ są to ludzie najzwyczajniej w świecie wstrętni.
Sama myśl, że można wymieniać na prywatnej poczcie twittera uwagi poważnej rangi, albo co lepsze spiskować z osobami, których nie znamy jest co najmniej dziwna, a uważać to za prywatne i niedostępne… Tu brakuje mi słów. Ku nauce, nie żeby się chwalić, bo nie mam czym, ale prywatnie rozmawiam tylko z ludźmi, których znam. Niekoniecznie osobiście, ale na przykład z blogosfery i mam o nich dobre zdanie. Z zasady nie otwieram też żadnych załączników. To jest elementarz. Myśl bowiem, że ktoś podsuwa akurat mnie jakieś istotne dla spraw państwa materiały jest absurdalna w najwyższym stopniu i podejrzana, choć warto pamiętać, że ja nic, ale to kompletnie nic nie znaczę.
Przed kliku laty dostałem materiały z wnętrza Platformy Obywatelskiej i wówczas przerobiłem je, bo były naprawdę fajne i zabawne, na teksty humorystyczne, że niby tak sobie wyobrażam kulisy ówczesnej władzy, a i tej zabawy zaniechałem, gdy zorientowałem się, że to tylko element wewnętrznej rozgrywki w PO. Kto ciekawy może je sobie znaleźć w necie, ale ostrzegam, że to nadal tylko teksty humorystyczne. To chociaż były informacje od osób publicznych, których tożsamość była dla mnie jawna. I to są właśnie tytułowe „niemoralne propozycje”. Potem miałem jeszcze do czynienia z dziennikarzem, który był wówczas zagrożony a dzisiaj zaszczytnie jest redaktorem naczelnym pewnego szmatławca, ale to już było za głupie, żeby na tej kanwie choćby sobie żartować. Ostrzegam, nigdy nie łapcie się na podobne chwyty, na informacje o sprawach, które tylko wy możecie upublicznić i temu podobne brednie. Nie zwracam się tu do polityków czy urzędników, bo oni i tak nie zrozumieją, ale do was mili blogerzy i komentatorzy. Dla tych pierwszych mam tylko taką radę: Jak nie umiesz pływać, to nie próbuj przepłynąć jeziora, choćbyś uważał się za tego jeziora kierownika, bo pewnikiem utoniesz.


Wracając do obecnej afery pragnę zauważyć, że dziennikarze i politycy, którzy tak przeraźliwie wrzeszczą z jej powodu tak naprawdę zgoła jej nie rozumieją. Dobre i jednocześnie złe jest to, że szersza publiczność także.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Radykałowie w objęciach

Popatrzcie na waszych ulubionych radykałów z gębami pełnymi frazesów. Kukiz, pierwszy obywatel, który uwiódł niezgorsze rzesze twórczo rozwijając idee ruchu śp. profesora Przystawy teraz obściskuje liderów PSL, partii ucieleśniającej partyjny oportunizm i nepotyzm współczesnej Polski. Drugi Zandberg, który naiwnym wydał się socjalistą szczerze społecznym, rzuca się w objęcia partii komunistycznych zdechlaków, w objęcia SLD, które ma być cennym sojusznikiem naszych złodziejskich liberałów. I nadal gęby pełne frazesów. Jeden o konserwatyzmie, zgodzie, drugi Marks wie o czym, chyba o konieczności zwarcia szeregów. Gdyby Zandberg zgolił, a Kukiz zapuścił brodę mogliby się zamienić miejscami, bo są identyczni przynajmniej w jednym. Obydwaj przepieprzyli ostatnie cztery lata. Po biblijnemu, z prochu ludzkich nadziei powstali i w proch te nadzieje obrócili.
Tak bywa, ale zabawne jest to, że dobrze im z tym, że już tchu nabierają, by znowu kusić naiwnych. Tyle tylko, że obciążeni świeżo nabytym balastem oraz czteroleciem pieprzenia w bambus nie są w stanie wywołać jakiejkolwiek fali społecznej. Jeszcze myślą, że są wynajętym mieczem, a stali się ozdobą na tarczach skończonych łajdaków. Będą nimi wywijali w ogniu wyborczej walki, razy na ich łby będą zbierali. Taki widać los radykałów, że zawsze są produktem jednorazowego użytku. Potem już tylko zabiegają o przetrwanie, gdy mocodawcy ich wzlotu tracą cierpliwość. Ze wszystkich idei, które zdobiły ich polityczny byt została jedna i do tego bardzo prosta: za wszelką cenę odsunąć PiS od władzy. Reszta jest czczym gada-niem, ponieważ chodzi tylko o taką właśnie kalkulację polityczną. I wszystko byłoby pięknie, ale z powodu pewnej ułomności umysłowej, o której kiedy indziej, ci stratedzy sądzą, że w tych koalicjach jeden drugiego wspiera, że jeden drugiemu ciężary nosi, że jeden załatwia sprawy organizacyjne, a drugi przyciąga wyborców swą charyzmą…
Nie widzą, że tego, co powinno być od dawna jasne dla każdego przeciętnie rozumnego człowieka, że te zalety są niweczone przez to, że jeden drugiego jednocześnie topi oraz unieważnia. Dla doraźnej korzyści kilkudziesięciu osób lekką ręką niszczy się tożsamość ugrupowań politycznych, która dotychczas była tym, co utrzymywało je na powierzchni. Rozumiem, że Kukiz ma pozyskać dla PSL głosy w miastach, a Zandberg z Biedroniem dla komuchów głosy miejskiej i nowoczesnej młodzieży. No proszę… Oto są efekty zapaści wykształcenia matematycznego! Oni, wystawcie sobie państwo biorą potencjalne elektoraty poszczególnych partii i je po prostu sumują. Bardziej świadomi ujmują z otrzymanej puli pięć, sześć procent, a powinni co najmniej dwadzieścia. Efektem rozczarowanie podobne temu ostatniemu, przeżytemu przez nich przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Nauka oczywiście poszła w las, z czego należy się jedynie cieszyć.
Mieliby pewne szanse, gdyby utrzymali choć tę przegraną koalicję, ale zwyciężyła najwidoczniej chęć zamknięcia wszystkich możliwości poza tymi, którymi zarządzają. Nie dadzą swoim fanom, których dotychczasowe wybory i tak świadczą o nieprzesadnej lotności, czasu na zorientowanie się w kwestii dla antypisu podstawowej, a mianowicie na kogo opłaca się w końcu głosować, żeby zaszkodzić Kaczyńskiemu? A przecież tylko o to chodzi! I jeszcze uwaga na koniec, uwaga o czymś pozornie nieistotnym. Otóż w ciągu minionych czterech lat bardzo, ale to bardzo wielu wyborców wymieniło dowody osobiste. Ostrzegam, żeby potem nie było płaczu i wrzeszczenia o faszyzmie, gdy ktoś solidnie zabierze się za sprawdzanie podpisów poparcia, a jest to dzisiaj zadziwiająco łatwe.

sobota, 17 sierpnia 2019

Wojna domowa

Codziennie dociera do mnie bełkot jakiegoś idioty o grożącej nam wojnie domowej. Jest to niewątpliwie stopień wyższy ględzenia o dramatycznym, bezprecedensowym podziale polskiego społeczeństwa. Bierze się radykałów razem z ich zachowaniami oraz emocjami i pod-pisuje się nimi wielkie grupy społeczeństwa. Dopiero, jeśli ktoś szczerze uwierzy w tak jawne nadużycie, staje się podatny na rozważania o czekającej nas wojnie domowej. Wczoraj, nie śledząc jakoś specjalnie mediów natknąłem się na dwie takie wojny. Jedną zapowiadał Wałęsa, drugą Ferency. Niby wiadomo, że głos tego pierwszego do niczego nie powinien się już liczyć, a drugi klepie brednie jak na polskiego aktora przystało, ale ostatecznie są to głosy, które pojawiły się w przestrzeni publicznej, a nie są incydentem tylko codziennością. Do tego Ferency twierdzi w wywiadzie dla Onetu, że Europa nie zniesie takich antagonizmów w Polsce i pozbawi nas niepodległości. No ładnie.
Staję bezradny wobec takiego małpiarstwa, bo naprawdę nie jestem w stanie pojąć, jak te ponure pętaki wyobrażają sobie wojnę domową pomiędzy Polakami. Chyba nas wszystkich mierzą poziomem własnej fiksacji i sami pod pozorem troski dyszą na krwawo chęcią zemsty. Dobrze, ale zemsty za co? Miałbym w ramach tej wojny domowej napaść na znaną mi działaczkę PO, zresztą sympatyczną, bo gardzę Tuskiem? A może ona, zgromadziwszy aktywistów Platformy, miałaby najechać mój dom i uciąć mi łeb? O! Tyle, że moje suczki by ich przegoniły. Taka to wasza wojna domowa. Powtarzam, bo już to kiedyś napisałem: Każdy, kto straszy wojną domową powinien dostać trzy razy w pysk. Raz dla otrzeźwienia, drugi, dla nauki, a trzeci ku pamięci.
Nie musiałbym o tym pisać, gdyby w Polsce nie wyprowadzono za drzwi polityki, jako zbędnej w starciu ideologicznym. Zastąpiono ją szeregiem akcji i reakcji, a efektem takich działań jest zdumienie opozycji, że ciemny lud nie reaguje na tak efektowną zanętę. Przed trzema laty szczerze antypisowski przyjaciel tłumaczył mi dzikie zachowanie posłów opozycyjnych w sejmie dojmującym poczuciem bezradności, jakie ich ogarnęło, gdy zauważyli, że jakimś cudem znaleźli się w mniejszości. Miałem to za wielkie głupstwo, ale dzisiaj to się jakby potwierdza. W szerszej skali stoją bowiem przed murem, którego znanymi sobie metodami nie potrafią skruszyć. Nie wierzą w argumenty gospodarcze i polityczne, w związku z czym wydzierają się jak najgłośniej mogą. Sprawia to wrażenie, jakby ich celem była tylko i wyłącznie konsolidacja własnych szeregów, nie naturalny wydawałoby się cel, czyli wygranie wyborów i odzyskanie władzy. Być może stąd bajanie o wojnie domowej, wyłażąca z podświadomości idea rozlewu krwi jako remedium, a może naiwna próba zwycięstwa przez zastraszenie. Nie wiem, ale jedno jest pewne. Mianowicie to, że dzisiejsza sytuacja, a wiele wskazuje, że i jutrzejsza jest dla nich nienormalna w każdym możliwym aspekcie. Co pozostaje, poza marze-niem ukrytym pod troską, poza majakiem, że Polacy chwycą się za gardła, że pomoże obca potęga? Ano, coraz wyraźniej widać, że nic.
Błąd tkwi w tym, że przeceniają poziom emocji własnych zwolenników. Pomiędzy niechęcią czy pogardą dla PiS czy Kaczyńskiego, a chęcią wzięcia udziału w przelewie krwi jest tyle przestrzeni, że z powodzeniem zmieściłby się w niej cały Układ Słoneczny. Dużo łatwiej byłoby zastanowić się nad swoimi codziennymi poczynaniami, bo może skończyć się i tak, że za rok czy dwa, jacyś dzisiejsi zwolennicy opozycji poczują dziwną chęć stworzenia poważnej partii centrowo-liberalnej, ale bez obecnych polityków, nie z ich nadania, nie z woli antypisowskich mediów i bez pomocy podstarzałych służb PRL. Ot, tak sobie, bo chyba wolno? To wcale nie jest nieprawdopodobne, o ile tylko ludzie o podobnych poglądach zauważą, że działalność dzisiejszej opozycji służy dewastacji ich własnych, prywatnych emocji. Powtarzam, żadnej „wojny domowej” nie będzie, a każdy o niej wspominający, bez względu na stronę po której stoi, co powinien dostać? Ano, trzy razy w pysk. Na taką przemoc się zgadzam i takiej wojnie z jawnym przecież zbydlęceniem chętnie przyklasnę, bo krew i zniszczenie, to nie jest figura retoryczna, którą wolno się bawić.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Tęczowa zaraza i szczepionka, która już jest w drodze

Rzecz w tym, że nie tylko przyzwyczailiśmy się do kreowanych przez lewackie media lawin czystego małpiarstwa periodycznie spuszczanych na nasze głowy, a jakimś cudem zdołaliśmy wyznaczyć strefy bezpieczeństwa, z których spoglądamy na te niezbyt urocze w swej istocie widowiska. Oglądane z boku czy z góry, przestają robić wrażenie wszechogarniającego kataklizmu. Widać za to doskonale mechanizmy każdej kolejnej hucpy. Po prostu brak sukinsynom środków, aby jednocześnie sprowadzić kilka takich lawin, a nie mam tu na myśli pieniędzy, bo promotorzy zła mają ich w nadmiarze.
Fakt, że w większości europejskich państw zatryumfowali zamydla im ślepia. Próba odwracania znaczeń, manipulacje językiem i stygmatyzacja przeciwników… Wszystko niby robią jak należy, ale na chybcika, nieporządnie, a w sferze politycznej bez przekonania. Stąd, gdy ktoś posłuży się prawdziwym słowem, nazywając rzecz po imieniu, albo zauważy i opisze łańcuchy przyczynowo-skutkowe podnosi się nieprawdopodobny jazgot, ale właśnie w tym rzecz, że cały ten zgiełk generowany przez jawnych medialnych łajdaków, nikogo nie przekonuje, a gdy nawet gdzieś przypadkiem dotrze, raczej złości i śmieszy.
Powiedział arcybiskup Jędraszewski o tęczowej zarazie, to zaraz medialne małpy obrażonymi katolikami, zaraz na sztandarach lewactwa Chrystus, ale ten Chrystus, wedle ich gustu uczyniony to tylko pierze z ich prywatnych rozprutych poduszek, nie żaden Bóg. Dziwni są także obrońcy biskupa, którzy podnoszą, że mówił o ideologii, nie o ludziach. Paradne! Znaczy się, że nie można atakować, na przykład, zdrajców, a jedynie pojęcie zdrady jako takiej. O, właśnie!
Przecież cała ta banda, która swą aktywnością próbuje nieudolnie zatruć nasze życie, to jawni zdrajcy, z tym tylko, że nie zdradzają państwa, ani narodu, a całą cywilizację i związaną z nią kulturę. Są jak ludzie, którzy depczą tarczę, która służy ich własnej obronie. Jak ludzie, którzy z wyżyn swej pokracznej ideologii chcą patrzeć na jej zagładę. Być może sądzą, że tryumf wyniesie ich tak wysoko, że sami będą nieosiągalni i bezpieczni w kokonach wypracowanego statusu, ale do tego jest potrzebny powrót do ustroju opartego na realnym niewolnictwie. Aby tego dokonać, aby ludzie zrzekli się swoich praw potrzebna jest wojna, związana z nią przemoc i ostateczne zerwanie wszelkich hamulców, a po niej już tylko światłość i światłość.
Tyle tylko, że żadnej takiej wojny nie będzie, a co najwyżej lewactwo dostanie po łbie, a do tego akurat tam, gdzie najmniej się dostania po łbie spodziewa. Szczepionka jest już w drodze.