czwartek, 18 maja 2017

Prawo do powrotu. Rozdział ósmy



Dąb był punktem centralnym podwórza i podporą domu mecenasa Kukli zbudowanego z byle jak ociosanych pni. Konstrukcję wzmocniono przybitymi tu i ówdzie łatami z desek. Długi, pokryta trzciną chata, przypominała niski barak. Dziwacznie w tej nieznającej kątów prostych budowli wyróżniały się: błyszczące szybami okno w plastikowej framudze z udrapowaną firanką i doniczką pelargonii na parapecie oraz metalowe, pomalowane na czarno drzwi, ozdobione spłowiałą naklejką z czarnym piorunem na żółtym tle i groźnie brzmiącym ostrzeżeniem. Całość wieńczyła stalowa rura zastępująca komin.

- Aha – powiedział Jędrzej, na widok siedziby mecenasa.

Do części mieszkalnej dolepiono trzy niewielkie, jeszcze niższe przybudówki, wyglądające mimo to nieco przyzwoiciej, niż część mieszkalna. Świadectwo, że z każdą kolejną wznoszoną przez siebie konstrukcją, pracowity gospodarz nabierał wprawy. Całość była świadectwem determinacji, i pomimo widocznych niedociągnięć, przemyślności Kukli, a nie były to cechy, jakie szczególnie uwypukliłem, tworząc go na kartach powieści.

Jeszcze staliśmy przed domem, słuchając remontowych planów mecenasa, gdy wróciła jego żona z koszykiem grzybów. W przeciwieństwie do męża ubrana była tak, że nie wzbudziłaby sensacji na ulicy Goliny. Ot, nieco zabiedzona, przedwcześnie posiwiała wiejska kobieta.
Pani Maria powitała nas radośnie i nawet nieco zbyt wylewnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że rozsiewała wokół siebie przemożną woń wędzonych ryb. Widać było jak bardzo ucieszył ją widok Krystyny. Najwyraźniej damskie wizyty na tym odludziu należały do rzadkości.

- Zapraszam, chwileczkę, tylko się ogarnę – powtarzała, poprawiając włosy.
                                                                *  *  *
Wnętrze chaty znalazłem zadziwiająco czystym i pachnącym ziołami. Stalowe drzwi prowadziły do kuchni, gdzie centralne miejsce zajmował zwyczajny, stalowy piec z żeliwną płytą. Wyposażenie uzupełniał stół, trzy wyściełane krzesła i obszerna, zbitą z desek skrzynia przykrytą białą serwetą. Na szerokiej półce stały rzędem naczynia kuchenne. Tu wyróżniała się zadziwiająca ilość identycznych ceramicznych kubków ozdobionych czerwonymi serduszkami, wpasowanymi w napis głoszący miłość do Nowego Jorku. 

Reszta domu składała się z dwóch sypialni. Domowej i gościnnej, jak poinformowała nas pani Maria. Pierwszą rozjaśniało jedyne w domu okno, a wyposażenie składało się ze zbitego z desek tapczanu przykrytego kocami, szafy, oraz sterty półek, które zwiastowały powstanie biblioteczki.

- Czekam na cholerne śruby mocujące – powiedział Kukla, zwracając się bardziej do żony niż do nas.

Na ubitej, posypanej białym piaskiem posadzce piętrzyły się paczki starannie owiniętych folią książek. W drugiej sypialni, przeznaczonej dla gości, a oddzielonej pozbawionym drzwi przepierzeniem nie było tapczanu, a jedynie dwa dość szerokie legowiska.

- My przy szlaku, to i czasem mamy gości, tak jak dzisiaj – wyjaśniła pani Maria.

- Dlaczego tak samotnie? – spytał Jędrzej. - Rozumiem, że są tu jakieś osiedla, ludzie...

To pytanie nieco skonfundowało gospodarzy. W końcu odezwał się mecenas.

- Są osiedla, ludzie... Pewnie, moglibyśmy. Nawet sam Kwieciński zachęca, ale w końcu, odkąd syn...

- Kogo mamy się bać, półmartwych? – zapytała retorycznie gospodyni.

- Kogo? – Nie wytrzymała Krystyna.

- Tych, co wrócili. Są jak zwierzęta, podchodzą nocami, ale nawet nie próbują wchodzić za ogrodzenie... Zresztą, w razie czego mamy to. – Kukla potrząsnął wyjętym zza skrzyni pistoletem maszynowym. Nie znam się na broni, ale Jędrzej od razu wyrecytował:

- Karabinek maszynowy Beryl, wzór z dwutysięcznego czwartego roku.

- Ważne, jaki skuteczny – odparł mecenas, jakby mój przyjaciel podważył jakość posiadanej przez niego broni.

- Doskonały – pospiesznie zapewnił go Jędrzej.

Krystyna zbladła i niespokojnie rozejrzała się po izbie, a ksiądz Grzegorz popadł w dziwaczny stupor. Siedział wyprostowany i gapił się na blat kuchennego stołu.

- Minęło siedem lat i trochę się wszystko zatarło, ale nie było przyjemnie. Teraz nam dobrze. Czuję się jak nigdy, z Marią... Cóż, myślę, że jesteśmy szczęśliwi.

Na kuchni zasyczał czajnik. Krystyna pogmerała w plecaku i rzuciła na stół garść torebek z ekspresową herbatą. Mecenas klasnął w dłonie i przerwał swoje wywody. Przeprosiłem i wyszedłem na dwór, niby za potrzebą.

- Za domem jest przybytek – rzucił za mną Kukla.

Zmierzchało. Najdłuższy dzień w moim życiu dobiegał kresu.
                                                                 *  *  *
Kukla faktycznie wybudował za domem wygódkę, ale minąłem ją i odlałem się na zwisające do ziemi gałęzie rozłożystego świerku. Nim skończyłem zza zielonej zasłony wybiegły trzy kury i gdacząc objawiły światu niezadowolenie z mojego uczynku.

- Boże, dopomóż – powiedziałem na głos, zapinając rozporek.

Nic nie pasowało. Siedem lat? Choćby minęło i sto. Próbowałem się skoncentrować, ułożyć znane już fakty w logiczną układankę, ale co to były za fakty? Każdy można było interpretować, podważać jego realność. Nie pozostawało nic, poza działaniem. Miałem iść do Goliny, pójdę. Jeśli potwierdzą się słowa Kukli, będę szukał w osadach, pytał, starał się zrozumieć.

Wróciłem do chaty. Siedzieli przy stole i popijali herbatę z kubków „I love New York”. Dolałem wrzątku do esencji i usiadłem z nimi. Gospodarz wyszedł, zamknąć kury, bo po okolicy kręcił się lis. W tym czasie Maria usmażyła grzyby z jajami, a potem zapadła ciemność i Kukla zamknął, otwarte dotychczas drzwi. Od razu zrobiło się duszno i zbyt gorąco z powodu rozpalonego pieca. Maria odsunęła na bok fajerki i pełgające leniwie światło zabarwiło twarze rozmawiających na czerwono.
Opowiadali o wędrówkach w nieznane, o bezkresnych lasach, mokradłach, meandrujących między wzgórzami rzekach, życiu do tego stopnia uciążliwym, że aż łatwym i beztroskim.

- Chwileczkę – przerwał Jędrzej. – Idąc tutaj słyszeliśmy buczenie samolotów, czyli jakie znowu bezkresy, skoro...

- Jeśli pójdziecie do Goliny, usłyszycie przejeżdżające pociągi, ale możecie iść i miesiąc, a do żadnych torów nie dojdziecie. Będziecie cały czas w podobnej odległości. Pociągi będą jechały, a wy będziecie szli i szli. Niektórzy twierdzą – snuł swe dywagacje mecenas – jakoby ten świat był jak z gumy i rozciągał się przed nami, przez co nie możemy dojść do kresu. Osobiście uważam, że od realności dzieli nas milimetr... Ten wybuch, nie jestem fizykiem, ale... – urwał.

Takie dywagacje niewiele wnosiły i chętniej słuchałem opowieści, choćby o błahych wydarzeniach, ale takich, które sami przeżyli. Jednak i na tym poziomie niewiele się dowiedzieliśmy, gdyż w jego słowa pełne były sprzeczności i niedomówień.

Zrozumieliśmy, że nocne wędrówki są śmiertelnie niebezpieczne, ale nie potrafił wyjaśnić, jakim cudem chroni ich zbudowane przez niego żałosne ogrodzenie z gałęzi. Drogi wzdłuż koryta rzeki wiodły do dwóch największych osad. Były też nieliczne odgałęzienia, o których nie chciał mówić, zasłaniając się niewiedzą. Solennie obiecał, iż rano zaprowadzi nas do wiodącej w kierunku Goliny, ale nie ustawał w mnożeniu zagrożeń, które na nas czyhają, jeśli sami zdecydujemy się nią podążyć.
Chętnie za to rozwodził się nad własnym życiem. Szczegółowo opowiadał o budowie chaty, o warzywniku nad rzeką, gdzie uprawiali ziemniaki, marchew, kapustę i zioła. Tu był konkretny, nie szczędził szczegółów. Zauważyłem, że gdy mówił o ich codziennym życiu, opisywany świat tracił kły i pazury. Nagle stawał się przyjazny, wręcz sielankowy.

To nie trzymało się kupy. Nie można jednocześnie trząść się ze strachu przed tym, co czai się w byle kępie trawy i spokojnie uprawiać marchwi, albo łazić po okolicy bez broni. Co prawda – uświadomiłem sobie – podobnie wyglądają opowieści cywili z czasów wojny. Wszystkie możliwe potworności, paraliżujący lęk, a jak opowieść schodziła na poziom codzienności, zmieniała się w serię anegdot. Tyle że Kukla nie wspominał młodości, a relacjonował codzienność. Byłem bardzo zmęczony i że nie miałem sił, by analizować to co powiedział.

Noc była cicha. Nim położyliśmy się spać, dwa razy, odsuwając rygle wychodziłem za próg, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Grały świerszcze, usłyszałem pohukującą sowę, ale to było wszystko. Żadnej grozy, żadnych oczu świecących w ciemności. Nic.
                                                                 *  *  *
Przed zaśnięciem pojawiły się obrazy domu. Grażyna przy kuchennym stole rozmawiała z Patrykiem, Adaś na podłodze bawił się z Azą, a potem kuchnia zmieniła się we wnętrze autobusu, którym jechałem bez biletu i usłyszałem pogróżki bezradnego, przykutego łańcuchem do kierownicy szofera. Wszystko mieszało się, pędziło...

Jeszcze wypływałem na powierzchnię jawy. Poprawiałem rewolwer schowany pod wypchaną sianem, zrobioną z dziurawego swetra poduszką. Potem zapadałem coraz głębiej w sen. Znalazłem się na opustoszałym lotnisku, daremnie szukając kogoś, kto miał dla mnie ważną z jakichś powodów przesyłkę. Wszedłem do toalety a stamtąd trafiłem do mieszkania Jędrzeja, gdzie w tumanach pyłu uwijał się jego brodaty sąsiad zajęty burzeniem dzielącej mieszkania ściany. Gapiłem się na niego zdumiony, gdy trzasnęły drzwi wejściowe i ta cholerna chuda jak szczapa Aga rzuciła się na mnie, kopiąc mnie z całych sił w lewe udo.

- Kurwa, co jest! – wrzasnąłem.

Próbowałem się poderwać, ale nie mogłem nawet sięgnąć po rewolwer. Ktoś rzucił się na mnie, przygniatając do posłania. Poczułem na twarzy kwaśny odór oddechu. Napastnik  cofnął głowę, jakby chciał uderzyć mnie w twarz kudłatym łbem, ale inny krzyknął:

- Nie! 

Lepkie od potu czoło dotknęło tylko mojego nosa i zamiast miażdżącego uderzenia, napastnik przetoczył się wraz ze mną pod ścianę. Leżałem twarzą do ziemi, podczas gdy napastnicy wiązali mi ręce na plecach. Widziałem w blasku pochodni, że Jędrzejowi poszło lepiej. Walczył w kącie wymachując pistoletem i wywrzaskując przekleństwa.

- Przestań, bo ujebiemy mu łeb – ryknął ktoś, kogo nie widziałem.

Jednym szarpnięciem postawili mnie na nogi i poczułem dotknięcie ostrza na grdyce. Jędrzej spojrzał na mnie, w sekundę ocenił sytuację i rzucił pistolet pod nogi napastników. Obezwładnili go momentalnie. Było tak ciasno, że nim zajęli się księdzem i Krystyną, najpierw wypchnęli nas na dwór. Nieco z boku stał Kukla obejmując żonę.

- Ty kurwo – rzuciłem.

- Dla waszego dobra. Tak trzeba – odparł pewnym głosem, ale odwrócił wzrok.
Spojrzałem na Jędrzeja. Raz za razem popluwał krwawą śliną.

- Jak dzieci, jak dwóch pierdolonych gamoni – powtarzał między splunięciami.

W końcu wyprowadzono naszych towarzyszy. Nie walczyli, szli spokojnie. Grzegorz miał związane ręce, ale Krystyna nie była skrepowana. Mimo to, jako jedyna potknęła się o deskę progu i upadła. Niski, ubrany w wojskową kurtkę mężczyzna pomógł jej wstać.
                                                              *  *  *
Podwórze oświetlały pochodnie. Staliśmy pod ścianą, podczas gdy w chacie trwało przeszukiwanie naszych rzeczy, bo minęło dobre pięć minut, nim przed domem pojawił się mężczyzna kierujący napadem. Teraz minął nas bez słowa i zaczął wydawać polecenia swoim ludziom. Zrozumiałem, że za chwilę ruszymy w drogę.

- To zawodowy żołnierz – powiedział Jędrzej.

Przytaknąłem. Nawet gdybym nie słyszał jak komenderuje, jego ruchy zdradzały, kim jest. Dopiero na jasno oświetlonym podwórzu mogłem policzyć napastników. Było sześciu żołnierzy i poza Kuklami, trzech, może czterech cywili. Cieszyli się udaną akcją, omawiali szczegóły, nami nie zajmując się w ogóle. Staliśmy na uboczu, ale mimo to, próba ucieczki skazana była na klęskę. Gdyby tak Krysia uwolniła nas z więzów... ale ona siedziała na ziemi, obejmując rękami kolana i płakała.

Gwar na podwórzu ucichł, gdy na drodze rozległ się tętent nadjeżdżających jeźdźców. Tych było trzech. Wjechali w krąg światła i zeskoczyli z siodeł. Przywódca oddziału, który nas pojmał, zbliżył się do najwyższego z przybyłych i w każdym ruchu znać było należny dowódcy szacunek. Meldował cicho, ale doczekał się nieco głośniejszej odpowiedzi, w której trudno było doszukać się akceptacji dla ich dotychczasowych poczynań. Usłyszałem na przykład pytanie o to, co im przyszło do głowy, że odpierdolili taką szopkę.

- Aha – powiedział Jędrzej. – Tu zaszło jakieś nieporozumienie naszym kosztem.

Poznałem faceta, pomimo tego , że przestał golić głowę i przetkane siwizną włosy opadały mu na ramiona. Ostatecznie, w pewnym pokrętnym sensie, był moim dzieckiem.

- Pułkowniku Kwieciński! – zawołałem.

Odwrócił się i podszedł, mierząc mnie wzrokiem.

- Pan mnie zna? – spytał.

Nie mogłem przecież mu powiedzieć, skąd się wziął na świecie. W sukurs przyszedł mi Jędrzej.

- Też pana rozpoznaję. Pan występował na konferencjach prasowych, dopóki telewizja nadawała przekaz z Goliny.

- No jasne, właśnie stąd – uzupełniłem.

- Na konferencjach prasowych – powtórzył przeciągając słowa, jakby pierwszy raz w życiu je wypowiadał. – Dawne czasy – zauważył i dodał: - Przepraszam za chłopaków, źle zrozumieli rozkaz. Brak procedur zmienia czasem zarządzanie w głuchy telefon. Dobrze, że nic złego się nie stało.

Teraz, gdy Kwieciński stał o krok, przypominałem sobie gorączkowo wszystko, co o nim napisałem. Silny, sprawiedliwy, sprawny w dowodzeniu, a co nabierało szczególnego znaczenia, nie był okrutny. Żołnierze cenili go za osobistą, potwierdzoną w boju odwagę. Jeszcze w drugiej wersji mojej powieści były opisane dwie konferencje prasowe, opisane z pozycji uczestniczącego w nich Artura. Wywaliłem je, bo zauważyłem, że zmieniły się w wykłady,  jakich często używają autorzy, nie potrafiący nadmiarem faktów, które sami stworzyli. Okazało się, że i tę wersję podesłałem kiedyś Jędrzejowi. Poczułem dziwną, w sytuacji w jakiej się znaleźliśmy, satysfakcję, że nawet wówczas mój zacny wydawca czytał teksty, choć byłem przekonany, że nim zacząłem tworzyć opowiadania, po prostu mnie zbywał.

- Rozwiąż ich – zwrócił się do jednego z żołnierzy. – I tak pójdą z nami, bo niby dokąd mieliby iść - dodał, i zwrócił się do mnie:

- Od lat nikt nie przekroczył granicy, od lat. A ta dwójka? Facet wykrzykiwał podczas zatrzymania, że jest księdzem.

- Bo jest. Spotkaliśmy ich na stacji benzynowej przy autostradzie – odpowiedziałem.
Pokręcił przecząco głową.

- Jej nie znam, ale mam wrażenia, że jego już widziałem. Mało powiedziane. To może być szpieg Ruty. Już raz takiego schwytaliśmy i powiesiliśmy, ale oni, wiadomo... Tamten był rzekomo samotnym myśliwym z puszczy.

- Mówili, że jadą z Berlina – wtrącił Jędrzej.

- Dziwne. Na stacji? Skąd Ruta miałby klucz na zewnątrz? – Teraz mówił do siebie, zastanawiał się. 

- Bez klucza byłby teraz starcem albo w ogóle... W takim razie, może faktycznie tylko podobny... 

Będzie czas na to, bo czasu nam nie brak.
Roztarłem zdrętwiałe ręce. Ten, co mnie wiązał, przyłożył się do zadania.

- W każdym razie zapraszam do siebie. Nawet kwatera już na was czeka. Odeśpicie tak nieszczęśliwie przerwaną noc, a potem zobaczymy, w czym możemy sobie nawzajem pomóc.
                                                            *  *  *
Po wyruszeniu znaleźliśmy się na końcu pochodu. Kwieciński prowadził za uzdę swojego wierzchowca. Zażądał, bym opowiedział wszystko od początku i tak się stało. Pominąłem jedynie wątek książki. Słuchał uważnie, dopytując o szczegóły, ale zbył moje pytanie o los bliskich. Gdy skończyłem, szliśmy przez chwilę w milczeniu.

Gdzieś przed nami jeden z żołnierzy zaczął nucić starą legionową piosenkę, inni przyłączyli się i choć śpiewali cicho, wrażenie nierealności wzrosło. Oto maszerowali chłopcy w świetle księżyca, błyszczały karabiny i dzidy, o których nie wspominał autor tekstu. W dawnych czasach, gdy sobie nieco podchmieliłem, lubiłem wklejać takie kawałki na twitterze. Patriotyzm z YouTube. Kiedy to było? Tydzień temu, w piątkowy wieczór, ale wtedy z okazji rocznicy śmierci Stachury przerzucaliśmy się jego autorskimi wykonaniami. Trochę to zabawne, ale naprawdę myślałem o tak niedalekiej przeszłości, jako o „dawnych czasach”. Wydarzenia jakie zaszły w ciągu ostatniej doby, zupełnie wytrąciły z równowagi moje poczucie czasu.

„ Dzisiaj obchodzę urodziny, które obchodzę bez rodziny...” – zanuciłem w myślach i poza tym, że urodziny mam w styczniu, wszystko się zgadzało.

- Mów o nich, może skojarzę, o kogo chodzi? – Kwieciński nagle wrócił do zadanego przeze mnie pytania. - Tu było kilka tysięcy ludzi. Większość jest z Rutą, ale odeszli daleko i tylko czasem nasyłają szpiegów. Dwie czy trzy grupy odeszły na południe, nim ja...

W zasadzie nie musiałem dalej drążyć. Zrozumiałem gdzie ich szukać, i że wszystko się spełniło, ale to nie był dobry moment na wyjaśnienia. Zacząłem opisywać Grażynę i dzieci. - Tylko przecząco kręcił głową. Czasem zadał jakieś pytanie.

W osadach, którymi dowodził, nie było kogoś takiego. Dopiero, gdy Jędrzej szturchnął mnie w ramię, zrozumiałem, jaki popełniłem błąd, ale nie mogłem przecież udać, że zapomniałem imion żony i dzieci, dopytując dla odmiany o Monikę.  Chociaż...

- A może siostra żony, Monika Plaut i jej mąż, Marek? Też z dwójką chłopców.

- I psem, suczką Azą – dorzucił Jędrzej.

- Nie. Jest jedna Monika, ale ma nie więcej niż piętnaście lat. Wygląda na to, że niestety...

- Miała świetne oko, znaczy, świetnie strzelała. – Nagle przypomniałem sobie scenę na strzelnicy, w której uczestniczył Kwieciński. Tym razem i ja strzeliłem celnie.

- Pamiętam ją, pewnie! Murzyn, nasz sierżant, do dzisiaj wspomina, bo to było zupełnie wyjątkowe. – Poczułem jak się rozluźnia, zadowolony, że może pomóc. – Wiecie – mówił - dorobiłem się tutaj kapitalnego adiutanta. Początkowo uważałem go za kompletnego wariata, ale miał podejście... Potrafił dotrzeć do ludzi, rozładować napięcie żartem. Pan musiał znać Stuchlika, skoro jest pan stąd.

- Jasne, znam - potwierdziłem. - Kto by nie znał?

- Nim zrobiłem to, co zrobiłem, wysłałem go z dwiema pannami na południe. Zdążyłem wyekspediować kilka grup, a jedna wyszła sama. Duża, ponad dwadzieścia osób i tam była ta mistrzyni celności, a skoro to była siostra pańskiej żony, na pewno poszły razem, tym bardziej, że pan... Mogli... Z pewnością się spotkali.

- Nie szukaliście ich? – spytał Jędrzej.

- Po tym wszystkim? Jasne, ale wtedy Ruta był blisko. Obcy... Trzeba było ratować, co się dało, gromadzić ludzi. Miesiące minęły, nim doszliśmy do jakiegoś... Był trop, ślady ognisk, ale oni wyszli latem, a my dopiero późną jesienią... Nie mieliśmy szans.

- Pułkowniku, jak to było z tym wybuchem? – przerwał mu Jędrzej.

- Nie wiem – odpowiedział Kwieciński.

- Wszystko zniknęło, zginąłem oczywiście. To była machina zagłady, jak z doktora Strangelove. Znacie? – Gdy potwierdziliśmy ciągnął dalej. – No właśnie, ostateczność. Bo to była inwazja, jakaś brama do innego świata, nie wiem. A potem, potem wszystko wróciło. Ja chyba pierwszy, bo pierwszy... Widziałem, jak wszystko wracało. Domy, ludzie, tamci. Wszystko wróciło, ale już było inaczej. Domy, w których mieszkali ludzie, żyją. Inne budynki po prostu są. Czerpiemy...

- Kukla opowiadał... – wtrąciłem.

- Żyją, są niezniszczalne, ale tylko trwają, nie ingerują. Tamci, ci z którymi walczyliśmy, odeszli w kierunku Poznania, razem z ludźmi Ruty. Ale tam przecież nie ma żadnego Poznania. Nasi zwiadowcy... Coś się stało z czasem i przestrzenią. Nie ma między nami nikogo, kto potrafiłby wyjaśnić... Żyć, trzeba po prostu żyć.

Mówił urywanymi zdaniami, jakby nie był do końca przekonany do prawdziwości własnej relacji.

- Pracy... – zacząłem, chcąc podkreślić, że pracy im pewnie nie brakowało.

- Bogu dzięki za pracę. – Niespodziewanie się roześmiał. Najgorszy był pierwszy rok. Głód. Tyle co z polowań. Tu dokoła dzicz. Powinny zostać uprawne pola, ale tej ziemi nigdy nie dotknął pług. 

Tylko Golina i to, co w niej było. Wiecie, co okazało się najcenniejsze?

- Broń? Stal? – rzucił Jędrzej, ale obydwaj wiedzieliśmy, co odpowie Kwieciński.

- Nasiona. Cholerne nasiona! Ziemniaki, które ocaliłem przed głodnymi, pszenica, narzędzia. W mojej domenie żyje ośmiuset trzydziestu pięciu ludzi. Mamy... - ponownie się roześmiał – dodatni przyrost naturalny. I to jaki!

Przez chwilę był naprawdę dumny ze swoich dokonań. Ot, książę na włościach, którego wojownicy są bitni, a lud jurny i ochoczy. Nie mogłem uciec od pytania, czy tak opisałbym tę społeczność, gdybym w mojej książce nie starł jej uderzeniami w klawisze komputerowej klawiatury, by zająć się losami grupy wyselekcjonowanych bohaterów. Coś, co planowałem jako horror, a skręciło w kierunku fantasy, niejako za moimi plecami, stało się opowieścią o formującym się społeczeństwa. Teraz ja się roześmiałem.

- Śmiejesz się ze mnie? – spytał pułkownik, ale w jego głosie nadal brzmiała duma, nawet na moment nie zabarwiona urazą.

- Śmieję się, bo ten przyrost naturalny... Tyle się ludożerka nakombinowała, jak go zwiększyć, a tu wystarczy karczowanie puszczy, praca do bólu pleców i lęk przed ciemnością.

- Kukla naopowiadał wam o żywych trupach?

- Między innymi.

- Istnieją, ale kto samotnie łazi po nocach? Nawet ten płotek Kukla sklecił, by mu się kury nie rozłaziły. Mamy stokroć większy problem z ludźmi. Większość, delikatnie mówiąc, pomimo upływu lat, nadal nie może dojść do siebie. Wierzę, iż w końcu... – przerwał i ze złością machnął ręką. – Ruta, skurwysyn, ma tą wiedźmę i ona ożywiła towarzystwo, a moi...

Umilkł. Sam poruszył bolesny dla siebie temat, ale do końca wędrówki nie odzyskał dobrego humoru. Widać było, jak cieszy się z naszego przybycia, ale zadra, która najwyraźniej tkwiła w jego duszy, rozjątrzyła ranę.
                                                              *  *  *
Na miejsce dotarliśmy o świcie. Przywitało nas sześć długich baraków i niezliczona ilość przybudówek, ziemianek i szałasów. Wszystko było otoczone palisadą, ale taką, że musiałem przytaknąć, gdy Jędrzej szepnął, że tutejszym, kury pewnie się rozłażą po okolicy.. Drewniane budynki sprawiały tylko nieco lepsze wrażenie, niż dom Kukli.

Mieszkańcy jeszcze spali, a całości pilnował pojedynczy wartownik z pistoletem maszynowym wiszącym na piersiach. Gdy meldował dowódcy, że wszystko w porządku, zauważyłem u niego znaczący defekt. Nie miał lewej dłoni. Pomyślałem, że niełatwo byłoby mu strzelać z broni, którą dźwigał.
Zarżał koń, odpowiedzieli mu zamknięci w stajni towarzysze. Odezwała się krowa, potem następna. Całość sprawiała wrażenie gigantycznego wiejskiego obejścia.
Minęliśmy baraki i dotarliśmy do wojskowych namiotów, rozbitych na niewielkim, płaskim wzniesieniu. Tu, wewnątrz ich kręgu, wznosił się obszerny, również drewniany, ale przyzwoicie wykończony dom.

- Aha – powiedział Jędrzej z ulgą.

Za domem piętrzyła się hałda węgla, a obok stosy desek, cegieł i innych materiałów budowlanych.

- Gromadzimy, gromadzimy i wkrótce...Widzieliście, w jakich warunkach żyją.  Wszystko ma swój porządek, kolejność. – wyjaśnił Kwieciński, ale w jego głosie wyczułem nutę zawstydzenia. 

Pomyślałem, że siebie obwinia za zbyt wolne tempo prac, bo takim go stworzyłem. Odpowiedzialnym i konkretnym w działaniu.

- Teraz odpoczniecie w budynku sztabu, a potem rozgościcie się w namiocie. Niezłe są, z piecykiem, kojami... Dwa pokoje i kuchenka – uśmiechnął się.

- Aha – skomentował Jędrzej, a ja podziękowałem za gościnność.
                                                          
                                                        *  *  *
Nigdzie, wśród kręcących się między namiotami żołnierzy nie widziałem Krystyny ani Grzegorza. Wędrowaliśmy z Kwiecińskim, podczas gdy oni szli na początku pochodu. Musieli ich chyba zatrzymać na terenie wioski, ale w ich sprawie nie miałem niczego sensownego do powiedzenia, więc milczałem.

Budynek sztabu był po prostu domem, w którym mieszkał Kwieciński. Jednocześnie pełnił też rolę zbrojowni. Na ścianach wisiały mapy. Jedne pokazywały Golinę i okolice z czasów, gdy w niej mieszkałem, podczas gdy inne opisywały świat, w którym przyszło im żyć. Kwieciński wyszedł zostawiając nas w towarzystwie, jak powiedział, swojego adiutanta, który zabrał się za smażenie jajecznicy. Mimochodem zauważyłem, że trzeci kolejny posiłek jaki jem, to jajecznica. Nie, żebym w tych okolicznościach miał coś przeciwko, tym bardziej, że tym razem dostaliśmy też po grubej pajdzie prawdziwego chleba.

Jędrzej, wierny swym zamiłowaniom, chodził wzdłuż ścian, czytając wiszące w obszernej  kuchni mapy. Ja byłem zbyt zmęczony, by wstać z ławy. Zadałem kilka ogólnych pytań adiutantowi, na które odpowiedział zdawkowo i niechętnie. Sprawiał wrażenie, że nasze przybycie w ogóle go nie zainteresowało.

Zjedliśmy po misce jaj, oczywiście znowu z grzybami, popijając wodą z malinowym sokiem i mrukliwy adiutant zaprowadził nas do pokoju, w którym mieliśmy odpocząć. Wbrew moim oczekiwaniom nie zastaliśmy tam swoich plecaków. Dwa łóżka polowe, stolik, na którym stał szklany dzbanek z wodą i dwa kubki. To wszystko. Pomieszczenie było wąskie, czyste i przypominało celę więzienną, choć otwarte na oścież okno nie miało krat.

- Nie podoba mi się tutaj. Kurwa, jak mi się nie podoba – powiedział cicho Jędrzej, gdy zostaliśmy sami. – Coś ty, chuju, wymyślił?

- O niczym takim...

- Widziałeś tę ich wioskę? Jednej prostej ściany, a tu przecież wojsko. Założę się, że mają generatory, paliwo, narzędzia... Ten dom budował fachowiec. - Uderzył pięścią w pomalowaną na błękitno ścianę.

- Nic nie wiemy, przecież... – zaoponowałem nieśmiało.

- Są nawet rolety, żeby nam słoneczko nie przeszkadzało w drzemce, a tam domki jak chlewiki. Tutejsza społeczność... Mówił, o ponad ośmiuset osobach, ale gdzie? Tam nie więcej niż trzystu plus, sądząc po namiotach, ze sześćdziesięciu wojaków.

- Są dwie osady i pewnie sporo takich jak Kukla – odparłem, niechętny dalszej dyskusji.

- Gdzie nasze rzeczy, nasza broń? Trafiliśmy do ciupy. – Opuścił żaluzję i rzucił się na kojo. 

Zatrzeszczały sprężyny. – Ten twój Kwieciński grzeczny na razie, ale chyba zauważyłeś, że innych gówno obchodzimy.

Chciałem spać. Pomyślałem jeszcze o lekach, których Jędrzej potrzebował. On mówił, rozgadał się, ale ja odpłynąłem.
                                                             *  *  *
Znowu śniłem o domu. Siedzieliśmy z Jędrzejem przy stole w dużym pokoju. Grażyna krzątała się w kuchni. Słyszałem, jak podśpiewuje. Na stole stał koszyk z jabłkami.
Jędrzej wyjmował jabłka, rozkładał je na obrusie i kiwał głową. Owoce wyglądały na niedojrzałe i zdziwiłem się, po co trafiły na stół.

- Szesnaście jabłek, i o to właśnie chodzi – powiedział z miną tak przemądrzałą, że zachciało mi się śmiać.

Ułożył owoce w kwadrat, po cztery w rzędzie i uśmiechając się znacząco stukał palcem w obrus. Nie miałem pojęcia, do czego zmierza, ale sytuacja była męcząca. Zanosiło się na niechciany wykład. Spojrzałem przez otwarte okno, by oderwać wzrok od jabłek i stukającego palcem Jędrzeja. Z kuchni dobiegł dźwięk trąbki i Louis Armstrong zaśpiewał energicznie:

Hello Dolly, ......well, hello, Dolly
It's so nice to have you back where you belong
You're lookin' swell, Dolly.......I can tell, Dolly...

Skąd w mojej kuchni Louis Armstrong? – zdziwiłem się i głos ucichł.

Na drutach zbierały się wróble. Jędrzej zaraził mnie i zacząłem je liczyć, ale one wciąż w ruchu. Przylatywały, odlatywały.

- A szesnaście miliardów jabłek... Jak byś ułożył szesnaście miliardów jabłek?

Wzruszyłem ramionami.

- Tak samo – odparłem.

- W czterech rzędach po cztery miliardy w każdym? – spytał.

- Ej, ej... przyjmując dziesięć centymetrów na jabłko, dziesięć jabłek na metr, dziesięć tysięcy na kilometr, ej, ej... wychodzi, że miałbyś cztery rzędy po czterysta tysięcy kilometrów – oświadczył, a ja nie pojmowałem, do czego zmierza.

- Uważasz istnienie szesnastu miliardów jabłek za niemożliwe? Przecież na Ziemi jest ich więcej, dużo więcej. Istnieją, a to, co istnieje, zawsze można policzyć – powiedziałem, wbrew swoim chęciom, wplątując się w absurdalną dysputę.

- To tylko słowa, to tylko słowa. Wróćmy w takim razie do czasu. Przyjmuje się, że wszechświat liczy czternaście miliardów lat. Jak to możliwe, skoro rok, jako taki istnieje znacznie krócej, można przyjąć, iż po ustabilizowaniu się Układu Słonecznego...

- To tylko miara czasu, Jędruś. Nie rozpatruj od tej strony, nie mieszaj pojęć, skal... – zaoponowałem.

- Ale ty jesteś... – obruszył się.  – W ogóle nie chcesz mnie zrozumieć, w ogóle.

Zapalił papierosa i przez chwilę obracał w palcach Cameli. Na obrazku, wbrew nazwie wielbłąda zastąpiło zdjęcie pomarszczonego Chińczyka. Z jego ust wydobywał się dymek z napisem: Tak wyglądam, bo palę wielbłądy.

Miałem nadzieję, że Jędrzej nie zacznie liczyć papierosów. I faktycznie, nie zaczął.

- Spójrz za okno – powiedział w końcu. – Na drucie siedzi akurat czternaście wróbli. Teraz przyporządkuj każdemu wróblowi miliard lat, ok? A teraz uważaj!
Podniósł się i gwałtownie potrząsnął firanką. Wróble nic sobie z tego nie zrobiły. Jędrzej wychylił się i rozkazał ptakom:

- Dalej, poszły mnie stąd, raz, raz!

Wróble nie zareagowały. Nadal nie rozumiałem, o co mu chodzi, ale poczułem sympatię do tych skromnych ptaszków, krzyżujących plany jego wykładu. Chodnikiem przechodziła akurat sąsiadka Agata z bokserką na smyczy. Ze zdziwieniem patrzyła na pokrzykującego przez okno Jędrzeja. Ten wycofał się skonsternowany, ale nim usiadł wróble odleciały.

- O, widzisz, zobacz teraz! Wróble odleciały i co zostało? Drut został, linka energetyczna. Oto co zostało! Tak samo jest z czasem, już nie udawaj takiego tępaka.

- Nie udaję tępaka, po prostu nie rozumiem, o co ci chodzi? Do czego zmierzasz?

- Chodzi, zmierzasz – przedrzeźnia mnie Jędrzej. – Ty myślisz liniowo, twoje rozumowanie od punktu „a” do punktu „b” Jesteś jak szkapa dorożkarska z tymi klapkami na oczach.

To oryginalne, to mu się udało. Miałem nadzieję, że w końcu zagramy w szachy. Przecież przyszedł do mnie z zegarem szachowym w reklamówce.
                                                                     *  *  *
Otworzyłem oczy. Obudził mnie, siadając na ramie łóżka i bez żadnego wstępu zaczął.

- Ty śpisz, a ja cały czas kombinuję. Tu się trzeba przyłożyć. Jeśli jesteśmy w wymyślonym przez ciebie świecie, musisz mieć na niego wpływ. Tak czy nie?

Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie mam pojęcia. Nadal chciało mi się spać i nie pojmowałem, skąd się brała jego rześkość i skłonność do spekulacji.

- Poza tym, nawet jak spotkamy twoich bliskich, to spotkamy postacie z książki. - Niech cię piekło pochłonie razem z twoją fantastyką! – Powstaje pytanie, gdzie są realni ludzie, których znałeś?

- Jędrzej, kurwa, najpierw ich odszukam. Może jest jeszcze inaczej. Nic przecież nie wiemy. Nic!

- No chyba że my też jesteśmy postaciami z kolejnej wersji twojej durnej książki. Może i mnie, może i siebie, wizytę u mnie, wszystko... Może...

- Co ty pierdolisz? Słyszysz samego siebie w ogóle? Może i może. Z takim gadaniem, tylko cię ubrać w marynarski mundurek i na morze! – Ale wstałem i podszedłem do okna, które on wcześniej odsłonił. Zastanawiałem się nad czymś podobnym podczas nocnego marszu i zdenerwowałem się, gdy usłyszałem to z jego ust. - To absurd! Samoloty, odgłos przejeżdżających pociągów. Jakaś enklawa, ale świat realny jest na swoim miejscu. Musimy znaleźć lukę, wydostać się... - tłumaczyłem
Nic nie odpowiedział. Przez okno widziałem namioty i żołnierzy Kwiecińskiego szykujących poranny posiłek. Nie spałem dłużej niż godzinę, czy dwie. Wojacy wyglądali na zadowolonych. Krzątali się, śmiali, rozmawiali. Nie rozpoznałem nikogo, a jednocześnie wszyscy wydawali się w dziwny sposób znajomi.

- To typ. Typ żołnierza. Dlatego myślimy o nich, jako o żołnierzach. – Jędrzej odpowiedział na pytanie, którego nie zdążyłem mu zadać. Musiał spędzić trochę czasu przy oknie, gdy spałem.

- Zwróciłeś uwagę... – zacząłem.

- Ogólnie, ogólnie... Tak ich opisałeś. Gorzej z tymi z wioski. Dużo gorzej.

- Jak to gorzej? – spytałem.

- Jak spałeś przyszły trzy kobiety. Przyniosły wojakom żarcie. Jaja, jakieś warzywa w koszu. Straszą nas jakimiś nocnymi zombie, a już ci nieźle wyglądają. Nie przyłożyłeś się, kurwa, do opisów. – Roześmiał się, ale w jego śmiechu nie było krztyny wesołości. – Są marni. wydają się zupełnie bezwolni. Jak pierdolone marionetki. Jedną z tych kobiet żołnierze wzięli do namiotu i nie sądzę, że zaprosili ją tam na poranną kawę. Wyszła po pół godzinie i podreptała do wioski. Otrzepała się i poszła. Masz swojego szlachetnego wodza.

- Wyciągasz wnioski, a... – Nie zdążyłem skończyć. W drzwiach stanął adiutant Kwiecińskiego i poprosił grzecznie, byśmy poszli za nim.

Pułkownik oczekiwał nas w towarzystwie majora Sławińskiego i warszawskiego ober dziennikarza Majewskiego. Tego drugiego poznaliśmy od razu, gdyż zachował rysy swojego pierwowzoru. Schludny, szczupły, z przyklejonym na stałe do facjaty grymasem niezadowolenia.

- To przesłuchanie? – spytał Jędrzej, siadając w płytkim, podniszczonym fotelu.

- Gdzież tam. – Kwieciński machnął ręką i uśmiechnął się szeroko. - Po prostu jesteśmy ciekawi, a tutaj, w tym pomieszczeniu jest wygodnie i chyba najchłodniej.

- Nim zaczniemy, chciałbym zapytać, co z naszymi towarzyszami? – odezwałem się, uznając, iż brak takiego pytania nie świadczyłby o nas najlepiej.

- Ona jest w porządku. Nad nim pracujemy, ale wychodzi na to, że chyba się myliłem. Jest co prawda bardzo podobny do tamtego szpiega, ale jego papiery, to, co opowiada, to co ona... Posłaliśmy do drugiej osady po księdza, bo ten twierdzi, że byli razem w seminarium i dobrze się znają. Sprawdzimy, zobaczymy. Na razie trzymamy go pod kluczem, ale jeśli się okaże to ok., mój błąd i przeproszę. Nie wiem jak wam się udał księżulo, ale na mnie sprawia wrażenie sprytnego oszusta.

- Mnie wydał się w porządku – powiedziałem niezgodnie z prawdą, bo tak naprawdę Grzegorz wydawał mi się od początku wielce podejrzany. 

- A my jesteśmy w porządku? – rzucił od niechcenia Jędrzej.

- Tak. Znamy cel waszej wyprawy i udzielimy wam stosownej pomocy, gdy przyjdzie czas, by wyruszyć. Cholernie nam zależy, by odszukać tamtą grupę. Byliby wielkim wzmocnieniem, bo w każdej chwili obcy mogą zaatakować.

- To czemu ich sami nie szukacie? – spytałem.

- Próbowaliśmy wielokrotnie, ale bez efektu.

- A my skąd... – zacząłem.

- Niech pan nie udaje, że nie wie, gdzie ich szukać. – Pułkownik podniósł głos, ale nie było w tym gniewu ani groźby. – Pan wie doskonale! – Sięgnął pod stół i na zielonym konferencyjnym suknie pojawił się związany sznurkiem gruby plik wydruków. Nie musiałem wstawać, by zorientować się, co zawiera. Bezwiednie wypuściłem z płuc powietrze, co wybrzmiało jak oznaka najwyższego podziwu.

- Mieliśmy to, nim dotarliście do domku Kukli. Ja pojechałem na zwiad, ale nim razem wróciliśmy, nasz redaktor zapoznał się...

- Fiu, fiu... – zagwizdał Jędrzej.

- Przyjmuję to jako oznakę podziwu dla naszej sprawności. Przeczytaliśmy większość tekstu i teraz nasze najdziksze domysły, bo snuliśmy rozmaite, znalazły potwierdzenie. Cóż, lepiej wiedzieć, niż żyć i umrzeć w niewiedzy. Choć nie wszystko się zgadza, ale do pewnego momentu...

- To jest powieść – rzuciłem. – To tylko cholerna powieść!


- Życie jest powieścią idioty –Majewski zacytował Makbeta, tłumiąc wzbierający w nim śmiech i dodał, zwracając się do mnie: – Ty masz wszystkie klucze i teraz musisz z nich skorzystać. – Dla podkreślenia wagi swoich słów, wycelował we mnie długi, starannie wypielęgnowany palec.


WCZORAJ ODESŁAŁEM WYDAWNICTWU PODPISANĄ UMOWĘ NA WYDANIE "PRAWA DO POWROTU". CO PRAWDA, PRAWA ZDAJĄ SIĘ DOTYCZYĆ WERSJI FINALNEJ, ALE PUBLIKOWANIE KOLEJNYCH ROZDZIAŁÓW WYDAJE SIĘ BYĆ TROCHĘ NIE NA MIEJSCU. 
JEŚLI JEST KTOŚ, KOGO POWIEŚĆ ZAINTERESOWAŁA, NIECH DA ZNAĆ NA ADRES:

jacek.jarecki63@gmail.com

OBIECUJĘ SOLENNIE, ŻE OTRZYMA CAŁY PLIK Z KSIĄŻKĄ, W OBECNYM STANIE, OCZYWIŚCIE. ZACHĘCAM, LICZĄC NA OPINIĘ O CAŁOŚCI FABUŁY. 

TYCH, KTÓRYCH NUDZIŁEM, PRZEPRASZAM. 

wtorek, 16 maja 2017

Prawo do powrotu. Rozdział siódmy



Nie poczułem spodziewanego lęku. Wycie jak wycie. Dużo bardziej obawiałem się o Jędrzeja, że może nie wytrzymać tak długiego marszu, że zatrzyma nas rzeka, że zabłądzimy. Gdy minęło pierwsze wrażenie i wsłuchałem się w głosy dochodzące z głębi lasu, nie doszukałem się w nich groźby.

Na stacji benzynowej, pod wpływem relacji Krystyny, wyobraziłem sobie hordę łaknących krwi dzikusów, polujących niczym wilki na bezbronnych wędrowców, a głos zdawał się wyrażać  raczej skargę i rozpacz, nie agresję. Spojrzałem na Jędrzeja. Stał milczący, zasłuchany w cichnące zawodzenia. Krystyna i Grzegorz w naturalnym odruchu zbliżyli się do siebie i ona chwyciła go kurczowo za rękę.

- Jaś i Małgosia. – Pomyślałem o nich. – Zaraz natkniemy się na chatkę z piernika.

-  Nie ma się czego bać – powiedziałem. – To bardziej przypomina jęki potępionych niż wycie pościgu. Ksiądz powinien być wyczulony na takie niuanse.

- Myślisz? – rzucił Jędrzej i głosie przyjaciela wyczułem ulgę. – Jakby nie było, idziemy dalej, komu w drogę... Poza wszystkim, nie jesteśmy bezbronnymi wędrowcami – dodał.

Ruszyliśmy, jednak ostrożni, wbrew wygłoszonej przeze mnie opinii, znowu, tak jak w momencie wejścia do lasu, zbici w ciaśniejszą gromadkę, potem żwawiej, w poprzednim tempie, ale w milczeniu, wsłuchani w coraz liczniejsze nawoływania.

Niby czujni, jednak przegapiliśmy próg, za którym las ostatecznie zamknął się nad nami. Dopiero, gdy zatrzymała nas zapora z powalonych drzew, pomiędzy którymi wybujały gniazda leszczyny, zmuszając nas do szukania lepszej drogi, uświadomiłem sobie, że już nie stąpam po jałowym, kamienistym podłożu. Tu królował mech i dziwaczne strzępiaste porosty, jakich nigdy nie spotkałem podczas leśnych wędrówek. Białe, wilgotne firany, oplatały rozkładające się, pociemniałe pnie, zwisały z leszczynowych witek.

Jędrzej próbował wejść na wiatrołom, ale jego stopa ugrzęzła w próchnie i zgniliźnie. Pokręcił głową, dając nam do zrozumienia, że lepiej zrobimy obchodząc przeszkodę. Po prawej teren się wznosił i o jakieś sto metrów widzieliśmy na tle bezwzględnego błękitu, górujące nad plątaniną krzewów, brzóz i dziwacznie powykręcanych dębczaków, korony sosen.
                                                               

                                                               *  *  *
Tu oddychaliśmy swobodniej. Grunt pokryty grubym dywanem zbrązowiałych igieł zdawał się wprost królewskim traktem w porównaniu z chaszczami przez które się przedzieraliśmy, pomimo powalonych pni, stert wyschniętych gałęzi i rosnących co kilka metrów karłowatych, skazanych na zagładę dziczek. Przede wszystkim wreszcie mogliśmy się rozejrzeć, i widzieliśmy dalej niż na kilka metrów. Zniknął dyskomfort rodzący się na podłożu nieuświadomionej klaustrofobii.

- Wspaniale – odezwała się rudowłosa. – Nie pójdą za nami, bo tu jest za dużo wolnej przestrzeni, powietrza. – Oddychała głęboko, jakby chciała się nasycić jasnym zapachem sosnowego lasu.

Co dziwne, głosy naprawdę ucichły. Nie budziły mojego lęku, ale uniemożliwiały, paraliżowały swobodną rozmowę. Zajmowały myśli, oplatały wyobraźnię wizjami bladych, anemicznych postaci, przemykających w mroku. 

Z tylnej kieszeni spodni wyciągnąłem wilgotną od potu komórkę. Wedle mojego zegarka zbliżała się szesnasta, ale przestałem już wierzyć we wskazania czasomierzy. Cyfry na wyświetlaczu telefonu pokazywały dwudziestą pierwszą, u Jędrzeja dla odmiany osiemnastą, i tej różnicy w ogóle nie próbowałem wyjaśniać.

Spojrzałem w górę na słońce jako ostateczną wyrocznię, ale z faktu, że nieco przesunęło się na zachód, nie mogłem wyciągnąć żadnych sensownych wniosków co do rzeczywistej godziny. Ile kilometrów przeszliśmy? Nie potrafiłem przypomnieć sobie, dokładnie o której weszliśmy do lasu, nie umiałem też oszacować tempa w jakim wędrowaliśmy. Jakby nie było, musieliśmy iść w kierunku słonecznej tarczy. Po przebyciu Warty wszystko miało stać się prostsze.

- Jeśli dotrzemy do rzeki, nawet bez mapy trafię do Goliny – stwierdziłem.

Teren nadal łagodnie się wznosił, a las rzednął i jak to ujął Grzegorz, cywilizował się. Ilość przeszkód, jakie stawiał na naszej drodze, malała i między drzewami pojawił się delikatny, wiejący nam w twarze wiaterek.

- Mój synek... Lubiliśmy, lubimy wycieczki do lasu. Brałam koszyk z jedzeniem i urządzaliśmy piknik pod taką jedną, znajomą leśną wydmą. Bawił się w piasku, czasem zbieraliśmy grzyby. Dzięcioł. Jak się Fryderyk ucieszył, gdy pokazałam mu dzięcioła – opowiadała Krystyna, a jej najpilniejszym słuchaczem, jakżeby inaczej, okazał się Jędrzej.

Mówiła spokojnie, z charakterystyczną dla kobiet swadą, a ten wspomagał ją pytaniami.
Moja Grażynka mówiła w podobny sposób. Dawno zauważyłem, iż wbrew obiegowej opinii kobiety nie są bardziej gadatliwe od mężczyzn, ale częściej zaczynają rozmowę, mówiąc trochę do siebie, a trochę do nikogo, pewne, że w końcu wywołają reakcję. I wywołują. Choć tylko pozornie mówiła do wszystkich, słuchałem z przyjemnością, niczym bajki, opowieści z dawno minionego dzieciństwa.

- Jest nieposłuszny, ale to wina mamy, która na wszystko mu pozwala, a w zasadzie moja, bo zamiast być przy nim przez cały czas, uganiam się za pracą, bo chcę zapewnić mu lepszy niż ja miałam start w życiu, a przecież pieniądze to nie wszystko i teraz to rozumiem. Wszystko oddałabym, by teraz być z nim, nie tutaj oczywiście, nie w tym lesie, ale tam, na słonecznej polanie. Niechby nawet psocił... – nadawała,
                                                                    *  *  *
Moi synowie, którym na potrzeby książki zmieniłem imiona i odmłodziłem o trzy lata, gdziekolwiek byli, byli z matką. Umyślnie zmieniłem ich charaktery i pozbawiłem cech charakterystycznych, ale Grażyna, która była pierwszą czytelniczką tego, co pisałem, i tak suszyła mi głowę, bym nie sprowadzał na nich, jako bohaterów literackich żadnego zagrożenia. I nie sprowadziłem, co w efekcie odbiło się na jakości dziecięcych postaci. Stały się papierowe i co rusz zmuszałem się do wzmianek, przypominających o ich obecności.

Poruszali się w powieściowym, pełnym dziwacznych wydarzeń, krwi i przemocy świecie, objęci całkowitym immunitetem. W przypływie pisarskiej desperacji zmieniłem im płeć, ale nadal nie potrafiłem rzucić ich w wir wydarzeń. Próbowałem w ogóle pozbyć się dzieci, ale to okazało się jeszcze gorszym pomysłem. Bohater i jego wybory traciły ostrość, desperacja i klęska zdrady, zmieniły się w kaprysy dziwaka w wieku średnim.

W końcu wróciłem do pierwotnych założeń i miałem nadzieję, iż tak pozostało, że w jakiś tajemniczy sposób wystukany na klawiaturze ciąg słów stał się dla mojej rodziny najskuteczniejszą tarczą ochronną. Nawet dziwaczna, czyniąca mnie obcym natrętem, rozmowa telefoniczna z sąsiadką, nie nadwyrężyła mojego przekonania. To było tak dawno! Jak szybko obliczyłem, minęło już od niej ponad pięć godzin.

W poszukiwaniu rozwiązań zacząłem przeszukiwać w pamięci tekst mojego niedorobionego dzieła, którego wydruk, co dopiero teraz sobie uświadomiłem, pozostał w aucie razem z laptopem Jędrzeja. Byłem zdany na pamięć, ale nie wiedziałem przecież, czy jeszcze cokolwiek z opisanych wydarzeń i zawartych tam konceptów miało rację bytu? Czy w ogóle chodziło tu w jakimś stopniu o książkę?
Owszem, moi bohaterowie, gdy dowiadują się o porozumieniu z domniemanym wrogiem, opuszczają Golinę i odchodzą do lasu, który otoczył zwartym kordonem miasteczko. Byliśmy w lesie, ale tamten, opisany przeze mnie w powieści był przedwieczny, pełen nie znającej człowieka zwierzyny. Dziki, powstały u zarania dziejów, las, że się tak wyrażę, nieujarzmiony, podczas gdy ten, sądząc po rzędach w jakich rósł, został zasadzony ręką człowieka.
Moi bohaterowie wchodzą w inną rzeczywistość, i podobnie jak my teraz, nie do końca stają się jej częścią, ale rozwiązanie, które jeszcze w trakcie pisania, uznałem za dość kulawe, acz otwierające furtkę do jakże pożądanego drugiego tomu, rozwiązanie, które...

- Tam jest droga! Spójrzcie, tam jest cholerna droga! – krzyknął Jędrzej, przerywając moje rozważania.

Zatrzymaliśmy się zdumieni. Faktycznie, jakieś sto metrów przed nami zobaczyliśmy coś, co mogło okazać się drogą. Wyraźna przerwa między rzędami drzew i charakterystyczny ciąg zarośli.

- Dzika róża. Takie krzewy rosną tylko przy drogach – gorączkował się Jędrzej.

Zdziwiło mnie, że ekstrapoluje doświadczenie nabyte na swoim zamkniętym, warszawskim osiedlu, a jeszcze mocniej, że użyłem w myślach słowa „ekstrapoluje”. Źle ze mną – pomyślałem – skoro sięgam tak głęboko do słownika.
                                                        *  *  *
Krzewy dzikiej róży rosły pod balkonem mieszkania na przy ulicy Powstańców, gdzie mieszkali rodzice mojego ojca i gdzie często nocowałem, podczas gdy mama pracowicie uzupełniała swoje pielęgniarskie wykształcenie. Były najlepszą kryjówką, gdy bawiliśmy się w wojnę. Budowaliśmy w ich gąszczu swoje śmieszne „niebka” układając pod kolorowymi szkiełkami dziwaczne esy floresy z płatków kwiatów, drucików i kolorowych kamyczków. Nigdy, przenigdy dzika róża nie kojarzyła mi się z drogą.

- Ja pierdolę, niebko mi się przypomniało – skarciłem sam siebie i podbiegłem, by dogonić pozostałych, którzy zdążyli dotrzeć na miejsce i stali wpatrzeni w żółto-szarą piaskownicę, która faktycznie była drogą. Biegła w poprzek trasy naszej wędrówki, przez co pomysł Grzegorza, by nią podążyć na północ, wzbudził początkowo mój gorący mój sprzeciw.

- Na północy jest morze. Do Bałtyku chcesz dojść? – wyzłośliwiłem się i nawet chciałem coś dodać o atlasie.

- Droga, to droga – z wrodzoną sobie błyskotliwością argumentował ksiądz. – Widać ślady kół, co pozwala przypuszczać, że szlak prowadzi do przeprawy przez Wartę. To ważne! – dodał całkiem niepotrzebnie, bo patrząc na koleiny zrozumiałem, iż możliwość przeprawy przez rzekę jest decydującym argumentem.

Poza wszystkim, tu, w tej odciętej od naszego czasu krainie żyli ludzie! Chwilę nam zajęło, nim zdaliśmy sobie sprawę, nim w ogóle zauważyliśmy i zrozumieliśmy znaczenie tropu. Ślad pozostawiony przez człowieka początkowo potraktowaliśmy jako coś oczywistego. Skoro droga to i ludzie, ale delikatnie rzecz ujmując, nie byliśmy u siebie.

Zeskoczyłem z metrowej skarpy i dokładniej przyjrzałem się śladom. Nie byłem żadnym pieprzonym tropicielem, ale płytkie koleiny, pozostawione przez przejeżdżające drogą pojazdy, z pewnością pochodziły od wozów, nie samochodów. Jako ostatnia, przejechała tym traktem grupa konnych.
Wyraziłem swoją opinię i odruchowo czekałem na decyzję Jędrzeja, ale on milczał. Zeskoczył w ślad za mną i też próbował badać odciski kopyt w sypkim piasku.

- Co tu myśleć? Idźmy na północ – odezwał się ksiądz. – Nawet jak dodamy z kilometr, nadrobimy tempem.

- Ślady wydają się świeże – rzucił Jędrzej.

Las szumiał, ptaki śpiewały o wolno zbliżającym się zmierzchu. Musieliśmy szybko podjąć decyzję. Jędrzej pokazując mapę, zaczął udowadniać, że nic na zmianie trasy nie stracimy.

- I tak, gdybyśmy szli wzdłuż szlaku autostrady, po przebyciu Warty musielibyśmy skręcić na północ.

- Czy w ogóle nie zastanawia was, kto używa tej drogi? - spytałem. - Umknęliśmy przed wyciem, choć zgadzamy się, że to nie wilki wyły, a gdy natrafiliśmy na diabli wiedzą czyje ślady, zamykacie oczy, bo wygodniej iść poboczem traktu, zdeptanego, być może, przez naszych niedawnych prześladowców.

- Ludzie... – bąknęła Krystyna.

- Przecież idziemy do ludzi, czyż nie? – spytał retorycznie ksiądz, ale jeszcze stawiłem opór: 

- Pewnie, że tak, bo koń sam nie zaprzęgnie się do wozu, ale już nie pytacie, jacy, kto? W tej dziczy, w tej dziwaczności, spodziewacie się oczywiście, że będą przyjaźnie nastawieni, że zabiorą nas ze sobą i chętnie podrzucą na miejsce – perorowałem. - Jasne, idziecie po to, by się wami w końcu ktoś zaopiekował, wytłumaczył, co tu się dzieje. Nie przyjdzie wam na myśl, że jesteście, jesteśmy intruzami, wycie nagonką, a konni myśliwymi albo strażą?

- Pierdolisz, wtedy czekaliby na nas – skontrował Jędrzej.

- Stary, jeśli przeczytałeś do końca...

- Nie pamiętam, żebyś pisał o konnych patrolach ani o autostradzie, ani o naszej wędrówce – powiedział,, ale z tonu głosu wywnioskowałem, że zaczął chwiać się w podjętym postanowieniu.

- O czym mówicie? – spytała Krystyna.

- Nieważne, o tym później – uciąłem.

Rozpłakała się, jakbym wyrażając swoje wątpliwości, osobiście ją uraził. Łzy to argument, którego nie sposób lekceważyć, przeto nie zdziwiła mnie kompromisowa propozycja Jędrzeja, abyśmy na próbę przeszli poboczem kilometr, tak by nie zostawiać śladów, a gdybyśmy usłyszeli tętent koni, ukryjemy się na poboczu i zobaczymy, co jest grane.

- Kilometr? – spytałem.

- Ok – potwierdził. - Zgadzacie się?

Wszyscy skinęliśmy głowami.

- A to? – Wskazałem na ślady, które sami zostawiliśmy na piasku.

Razem z Krystyną, która zajęta była ocieraniem łez, obserwowaliśmy jak naciętymi przez Grzegorza gałązkami zacierają odciski naszych butów. Gdy skończyli i stanęli przy nas, Jędrzej zapytał, jak oceniam ich dzieło.

- Wygląda, jakby ktoś naciętymi gałęziami zacierał ślady – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
                                                           *  *  *
Wzdłuż leśnej drogi szliśmy szybciej, a gdy zauważyłem, że łagodnym łukiem skręcamy na zachód, nie upominałem się już o zmianę trasy, gdy uznałem, że przebyliśmy umówiony kilometr. Maszerowaliśmy w milczeniu. Wysoki, stary las, którego skrajem wędrowaliśmy, powoli zmieniał charakter. Sosny ustąpiły miejsca drzewom liściastym, co było o tyle korzystne, iż poszycie zdominowały paprocie, w których łatwiej mogliśmy się ukryć, gdyby zaszła taka potrzeba.

Pomimo narzuconego tempa, prawidłowego kierunku i naszej determinacji, dotarło do mnie, że szanse na to, byśmy zdążyli dotrzeć do Goliny przed zmierzchem były iluzoryczne. Musiałem przyznać sam przed sobą, że realnym terminem, o ile nic nadzwyczajnego się nie zdarzy jest niedzielne przedpołudnie. Nocna wędrówka odpadała. O ile pamiętałem, nie zabraliśmy nawet jednej cholernej latarki, choć ich sterty piętrzyły się na regałach, a poza tym nawet ja odczuwałem zmęczenie, a co dopiero Jędrzej, który, choć nie poskarżył się ani razu, co kilkadziesiąt metrów potykał się i odpoczywał, poprawiając swój ekwipunek.

By nie czuł się winny narastającemu opóźnieniu, zaproponowałem kwadrans postoju. Odeszliśmy kilka metrów i usiedliśmy na wilgotnej ziemi, zrzucając z ulgą plecaki. Napiłem się ciepłej wody i zapaliłem papierosa.

Jędrzej kolejny raz przestudiował mapę i oświadczył, iż wedle niego, do rzeki zostały dwa, najwyżej trzy kilometry. Nie natrafiliśmy na zaznaczony na mapie zalew, ale być może ominęliśmy go, skręcając drogą na północ.

Przyjrzałem się wykreślonej przez niego trasie. Biegła wśród doskonale znanych mi nazw. Punkt, który zaznaczył jako miejsce, do którego dotarliśmy, znajdował się w Starym Mieście przy ulicy Topolowej. Idąc skrajem leśnego duktu, przed chwilą powinniśmy przeciąć szosę na Rychwał, ale nie było po niej śladu, czyli albo nie dotarliśmy tam, dokąd założył, albo, inaczej niż w przypadku autostrady, wszelki ślad po niej zaginął.

- To już praktycznie Konin. – stwierdziłem. - Jesteśmy jakieś osiemset metrów od centrum handlowego „Ferio”. Specjalne autobusy tam kursowały, ale nie liczyłbym, że natrafimy na cholerny przystanek. Jeśli dobrze zaznaczyłeś, droga prowadzi w kierunku Sławska albo gdzieś pomiędzy Sławskiem a Ruminem. Dobra wiadomość jest taka...  Otóż faktycznie mocno skróciliśmy, bo za rzeką zostanie do przejścia lasami, nie więcej niż jakieś pięć kilometrów. Tam, w tamtej okolicy zbierałem grzyby. Za rzeką będziemy już jakby w domu.

- Ja będę – poprawiłem się, gdy zapadło znaczące milczenie.

- Widzisz, zaoszczędziliśmy masę kilometrów – wtrącił ksiądz. – Poszliśmy idealnym skrótem.

Nie odpowiedziałem, choć w duchu przyznałem, że od początku miał cholerną rację. Jeśli natrafimy na bród, wszystko będzie w porządku. W Sławsku nie było mostu, tylko przeprawa promowa, ale choć dwukrotnie tamtędy przejeżdżałem, nie mogłem przypomnieć sobie obrazu rzeki latem.

Pamiętałem zimową przeprawę. Stan wody był wysoki, woda ciemna, prąd silny i jakoś nie mogłem wyobrazić sobie nas, pokonujących ją wpław, ale to było dawno, bardzo dawno temu. Oddałem mapę Jędrkowi, a ten składał ją długo i starannie, jakby chciał jeszcze choć o minutę opóźnić wymarsz.

Wtedy na drodze pojawili się dwaj jeźdźcy. Jechali a właściwie wlekli się ramię w ramię pochłonięci rozmową. Nadjeżdżali od strony, w którą zmierzaliśmy i choć uzbrojeni w przewieszone przez plecy długie łuki, nie wyglądali zbyt groźnie.
Jeden wystroił się w niebieską koszulę z krótkimi rękawami i spłowiałe dżinsy, podczas gdy jego towarzysz odziany był w skórzany kubrak i podobnie dziwaczne portki, przez co bardziej przypominał dzikusa, niż cywilizowanego człowieka. Za siodła służyły im siwe derki nakryte czarnymi, włochatymi skórami.

W pierwszym odruchu chcieliśmy ich przywołać, a przynajmniej ja chciałem, wbrew ostrożności, jaką przed chwilą zalecałem, ale rozmawiali na tyle głośno, że zwyciężyła ciekawość. Krystyna zdążyła się nawet poderwać na nogi, ale Grzegorz szarpnął ją za rękę i przykucnęła wystraszona gwałtownością jego reakcji.

- Pierdolca można dostać. Czy ja jestem, kurwa, jakimś nauczycielem? – pytał retorycznie jeździec odziany w skóry. - A stary ciągle powtarza, że zasady, że prawo. Wejdziesz na złą ścieżkę i już cię nie ma, a dzieciaki się bawią i nic. Takie to prawo. Jeszcze tylko nowych brakuje.
- I jeszcze ci, wozami. Na co wozami w dzicz, nie wiem, bo tam tylko wyjce i pleśń. Przecież nie na przyczółek, do diabła! – odezwał się mężczyzna w błękitnej koszulce.

- Bo stary niepotrzebnie im zostawił. Teraz jeżdżą Bóg wie gdzie, o drogę nie pytają. A jeszcze ci nowi – martwił się ten wyglądający na dzikszego.

- Łby im ukręcić i zakopać skurwysynów – odpowiedział wesoło jego towarzysz.

- Uzbrojeni są, to raz, a dwa, że mają przejść, to przejdą. Prawo...

- W dupie mam prawo. Łby ukręcić, a babę wyruchać. Takie mam zasady – upierał się mężczyzna w koszulce.

- Chcesz to wracaj. Napisz podanie i wracaj – zezłościł się jego rozmówca. - Stary puścił Martina. Prosto w grób, kurwa... Tylko kości zostały, a i to nie wszystkie. Wolna droga do raju! – dodał.

- Martin był stary.

- Stary, stary, bo chodził jak zawias, akurat tam gdzie nie trzeba i z powrotem. Są szlaki, trzymaj się szlaków. Jest wioska, trzymaj się wioski.

Minęli naszą kryjówkę, ale zaraz wstrzymali konie i sięgnęli do sakw, by zaspokoić pragnienie. Teraz odwrotnie, co wyglądało dość zabawnie, jak spojrzeć na to z dystansu, współcześnie ubrany jeździec pił ze skórzanego bukłaka, podczas gdy jego towarzysz, z najzwyklejszej plastikowej butelki po wodzie mineralnej.

- Jak myślisz, trafią do brodu? – spytał właściciel dżinsów, zatykając bukłak.

- W końcu na pewno do jakiegoś trafią. Naszą rzeczą pilnować otwartych szlaków. – Jeździec w skórach sprawiał wrażenie poważniejszego i w tej parze z pewnością był przywódcą. Czułem zniecierpliwienie w jego głosie, gdy musiał odpowiadać na kolejne zaczepki swojego okazującego werbalną bezwzględność towarzysza. Ten niczym nie zrażony znowu zaczął:

- Nie kusi cię, żeby kopnąć się do stacji, skoro oni są tutaj?

- Koń nie wyjdzie poza nawias, a poza tym, chcę jeszcze pożyć normalnie. Żaden z nas nie ma immunitetu, a tam stracisz pamięć i będziesz się błąkał jak dupa w krainie lodu. Strażnik pustki. Poszedł Maciek i jaki wrócił? Trzy lata minęły, a jeszcze nie doszedł do siebie. Po nocach łazi, śpiewa do gwiazd – tłumaczył cierpliwie rozsądniejszy z jeźdźców.

- Stary przecież mówił, że wszystko to nasze.

- Nasze, nie znaczy twoje. Przyjdzie czas, będą decyzje, to może zrobią szlak, ale jeszcze nie można zamknąć, wiesz przecież.

- Kiedyś było prościej. Pracowałem, zarabiałem pieniądze, szedłem do sklepu, zjadłem, wypiłem, poszedłem spać, a rano do pracy...

- Spać ci ktoś broni, albo pracować? Już byś zgnił w ziemi na cacy, razem z tym twoim sklepem. Sklepu ci się zachciało, psia mać. Ruszamy, bo nie mam zamiaru jechać nocą koło gniazd tych skurwieli.
                                                          *  *  *
- Nic z tego nie zrozumiałam, poza tym, że nie ma się czego bać. Ci nowi to pewnie my i gdzieś mamy dotrzeć bezpiecznie. – stwierdziła, otrzepując spodnie Krystyna.

Miała rację, jednak nie trwało polowanie, w którym byliśmy zwierzyną. Mieliśmy dojść, to dojdziemy. Poza tym, z ich słów wynikało istnienie jakiejś formy cywilizacji, hierarchii.

Najważniejszy było to, że droga faktycznie najprawdopodobniej prowadziła do brodu. Reszta była trudna do zrozumienia, ponieważ  rozmawiali o nie znanych nam sprawach, ale i tak  można było wysnuć kilka interesujących wniosków.

- Co myślisz? – spytał Jędrzej.

Krystyna z Grzegorzem wyprzedzili nas o kilka kroków i teraz zachowywali się tak, jakby wracali z pieprzonej wycieczki do lasu. Przypadkowo usłyszana wymiana zdań sprawiła, że poczuli się bezpieczniej, pomimo groźnie brzmiących deklaracji jednego z jeźdźców.

- Myślę, że nic nie myślę – powiedziałem i zaraz zawstydziłem się tak nędznej parafrazy słów Kartezjusza. – Ci konni też gówno wiedzą – uzupełniłem.

- Coś jest pojebane z czasem – szepnął. – I to mocno. Nie rozumiem tylko zupełnie, co to ma wspólnego z tobą, z książką? A najgorsze, że chyba niełatwo stąd wyjść. Chuj strzeli mój biznes i jebany mini serial. To jakby...

- Jędrzej, daj spokój. To ostatnia rzecz, która...Wstrzymaj się z bólami, zobaczymy. Wkrótce się przekonamy.

- Ciszej, do kurwy nędzy! Coś ci się zmieniło pod deklem, że tak się drzesz? – Jędrzej warknął na księdza, opowiadającego zbyt głośno anegdoty iście parafialne.

Ten zatrzymał się, otworzył usta jakby chciał odpowiedzieć, ale poprzestał na przeczącym ruchu głową.
                                                         *  *  *
Bród ujrzeliśmy z daleka, gdy dotarliśmy do rozwidlenia dróg. Ta, która wiodła w kierunku przeprawy, skręcała prawie pod kątem prostym. Las przerzedził się, skarlał, powoli ustępując miejsca dzikiej, bujnej, nadbrzeżnej łące.
Droga rozszerzała się, a wzdłuż  rzeki biegł równoległy do jej nurtu kolejny szlak.

Nie trzeba było specjalnie zastanawiać się nad możliwością przeprawienia się na drugi brzeg, ponieważ ślady kół zbiegały ku wodzie. Jej niski poziom sprawił, iż do wysokości jednej trzeciej nurtu ciągnęły się piaszczyste łachy i płycizny, a smugi zielonoburych wodorostów tuż pod powierzchnią tańczyły poruszane przez prąd.

Buty przywiązałem do plecaka, zdjąłem dżinsy i nogawki zawiązałem na szyi jak szal. Chłopaki poszli za moim przykładem, ale oczywiście Krystyna musiała zaakcentować swą skromność, tylko podwijając nieco ponad kolana szare spodnie. Naprawdę, ostatnią rzeczą, jaka w tym momencie mnie interesowała, był widok jej tyłka w majtkach. No, może przedostatnią, bo na samym końcu była jaskrawo czerwona bielizna Jędrzeja, którą objawił światu, wchodząc jako pierwszy do wody.

- Pistolet! – krzyknąłem. – Zostawiłeś broń, do cholery.

Odwrócił się, machając rękami, a ja zauważyłem, że ku miejscu, gdzie Jędrzej się rozbierał, ruszył Grzegorz. Wolałem nie testować jego intencji i podbiegłem. Byłem szybszy o włos. Stał blisko i gdy wstawałem, czułem jego oddech na twarzy.

- Chciałem mu podać – bąknął.

- Przecież nic nie mówię – powiedziałem, ale w jego ruchu, w determinacji, z jaką ruszył, zawierała się niewypowiedziana groźba. Gdyby się rzucił, byłby szybszy, ale wtedy wszystko byłoby jasne. 

Teraz nie pozostawało mi nic, poza wymuszonym uśmiechem. Nie było dobrze. Nieufność, która zdążyła ulec zatarciu, powróciła.
Podałem pistolet Jędrzejowi. Przyjął broń i ostentacyjnie wsunął na swoje miejsce ukryty w dłoni magazynek. Znaczenie tego gestu musiało dotrzeć do księdza, bo nie zapanował nad sobą i ciężko, jakby z niedowierzaniem, westchnął.

- Popatrzcie, bawiłem się bronią i zamiast pistoletu wziąłem pieprzony magazynek. Wniosek jest taki, że to nie zabawka – powiedział szorstko, a ja spojrzał na niego z wyrzutem. Cóż, takie akcje powinien ze mną uzgadniać. Grzegorz, pojąwszy swój błąd, bo tak czy inaczej próba podniesienia rewolweru była błędem, wszedł teraz jako pierwszy do wody, jakby zdając się na naszą łaskę. Jego plecy były jak tarcza strzelnicza z kolistą plamą potu między łopatkami.

- Ale przyjemna ochłoda po marszu – powiedział.

Krystyna weszła za nim, prawie od razu zamaczając nogawki podwiniętych spodni. Na płyciznach srebrzyste strzały rybiej drobnicy pierzchły spod naszych stóp. Okazało się, że w najgłębszym miejscu woda sięgała mi ledwie do pasa. Zaskakująco twarde dno opadało łagodnie i podobnie się wznosiło. Woda była chłodna i niosła ukojenie. Gdyby nie to, że cały dobytek niosłem na plecach, chętnie zanurzyłbym się w niej, a tak musiałem poprzestać na zmoczeniu twarzy i włosów. 
                                                              *  *  *
Od ściany lasu dzieliło nas kilkaset metrów. To, co braliśmy za jego forpocztę, okazało się płytkim, ciągnącym się wzdłuż brzegu zagajnikiem. Za nim ciągnął się pas łąk, upstrzonych gdzieniegdzie kępami drzew. Wysoka jak zboże trawa delikatnie falowała w podmuchach ciepłego wiatru. W obie strony, podobnie jak po drugiej stronie rzeki, ciągnął się rozjeżdżony szlak, ale łąka wydawała się nienaruszona.

Za brodem, w miejscu gdzie sosny tworzyły naturalny półokrąg, natknęliśmy się na kwadrat ułożony z ociosanych pni, wewnątrz którego tliła się jeszcze pozostałość po niewielkim ognisku.

- Brakuje tylko stołów piknikowych, ale spocznijmy i posilmy się nieco – zaproponował Jędrzej.

Przystałem na to i sam sięgnąłem do plecaka po tabliczkę czekolady. I tak trzeba było naradzić się, czy iść na przełaj przez wysoką trawę. W uszach dźwięczało mi ostrzeżenie jednego z jeźdźców, że nie wolno schodzić ze szlaku, ale kontekst jego słów był niejasny.
Przyjrzałem się Jędrzejowi zażywającemu lekarstwa i z radością zauważyłem, że zmęczenie chyba go opuściło. Tamta dwójka wybrała miejsce naprzeciw nas. On milczał, podczas gdy Krysia jedząc, znowu zaczęła opowiadać o swoich życiowych problemach, nie zważając na oczywisty fakt, że nie były obecnie zbyt istotne. Co raz zadziałało, zawsze zadziała i tego się chyba trzymała.
Zdecydowaliśmy się iść drogą na zachód, licząc na napotkanie biegnącego w kierunku Goliny odgałęzienia.
                                                                 *  *  *
- To mój szczęśliwy dzień – wykrzyknął ktoś za moimi plecami. – Nowi, nowi, nowi! – powtarzał nieznajomy, przełażąc przez pień, na którym siedziałem.

Początkowo wydał mi się bardzo stary, ale opinię oparłem na długich za ramiona siwych włosach i biało żółtawej, przyciętej w kształt łopaty brodzie. Jednak spod zmierzwionych splotów obserwowały nas żwawe, błyszczące czarne oczy, a twarz obcego mężczyzny nie znaczyły zmarszczki ani starcze plamy. Opis można było streścić w jednym słowie: czerstwy.

Ubrany w poplamioną bluzę z napisem „Sky” i zawinięte nad kolanami płócienne portki był bosy, ale brak butów tłumaczyły dwie nowoczesne, choć nieco odrapane wędki i granatowe wiadro, w którym tańczyły żywe, najwyraźniej złowione przed chwilą ryby. Pomimo pewnych niedociągnięć w stanie ubioru, zdawał się promienieć zadowoleniem. Omiótł nas szacującym wzrokiem i wskazując na mój leżący na pniu rewolwer powiedział:

- Świetnie. – Po czym zatarł ręce, usiadł i spytał, skąd nas Bóg prowadzi.

- Od autostrady – odpowiedział Jędrzej.

- To dobrze – ucieszył się nie wiadomo z czego mężczyzna i ponownie zatarł ręce. – Mieliście przeto przyjemność z wyjcami. Nie takie one łagodne, jak się powszechnie sądzi, choć obserwują i donoszą jak należy. – Podciągnął rękaw i pokazał ciągnącą się przez całe przedramię bliznę. – Nie takie łagodne, ale prawdę mówiąc, niepotrzebnie lazłem do legowiska.

Mówił i zachowywał się tak naturalnie, jakby codziennie spotykał takich jak my. Był pewny siebie, naturalną pewnością należną gospodarzowi.

- Pan tu mieszka? – spytałem.

- Gdzieżby tam, mieszka. Tam dalej. – Wskazał ręką w kierunku, w którym mieliśmy zamiar się udać. - Z żoną mamy chatkę przy drodze. Ogródek i w ogóle, a poza tym ryby... Sieci stawiam, a tutaj dla sportu, w ramach służby.

- Zmierzamy do Goliny. Jak najszybciej możemy... – Jędrzej nie dokończył pytania, bo rybak,  roześmiał się na cały głos, jakby mój przyjaciel powiedział coś niebywale zabawnego. Gdy się uspokoił, otarł teatralnie nieistniejącą łzę.

- Do Goliny, powiadasz. Wszystkie drogi prowadzą do Goliny, ale nie każdą zdołacie dojść. Ja wam pokażę, ale noc musicie spędzić u mnie, bo nocą... Zresztą, to nie jest wyprawa na jeden dzień, a poza tym...Jakby to rzec, nie ma tam po co iść.

- To niedaleko, mamy mapę – zaoponował Jędrzej.

- Mamy mapę – powtórzył jak echo mężczyzna. – Mapę... To słowo brzmi jak przekleństwo. Mapa, proszę szanownego pana, to nie wszystko. Powiem więcej. Ciągle rysujemy nowe mapy, ważne ad kalend as Graecas.
-
 Co znaczy, że nie ma po co iść? – spytałem wystraszony, gdy po chwili dotarło do mnie, co powiedział.

- Zależy, co kto lubi. Ludzie tam nie żyją. Owszem bywa przydatna – wskazał na wędki – ale nie ma tam...

- Co? – Poderwałem się na nogi i stanąłem na wprost uśmiechniętego nieznajomego.

- Daj mu coś powiedzieć i, do kurwy nędzy, nie wymachuj rewolwerem – utemperował mnie Jędrzej.

- Masz tam kogoś? Idziesz do swoich? – spytał brodacz.

- Idę, jasne. Idę do żony i dzieci... – Gotowałem się wewnętrznie, podjudzany flegmatycznym zachowanie nieznajomego, ale opuściłem broń i cofnąłem się dwa kroki.

- Do żony, do dzieci... – Uznałem, że facet szuka właściwych słów albo chce sprzedać mi jakąś bajkę. W końcu uniósł głowę i spojrzał mi w oczy.

- Ja tam zostałem, w miasteczku. Ludzie uciekali. Nasz syn odszedł, a my zostaliśmy, bo mieliśmy piękną willę, sam nie wiem... Żona dostała histerii, bała się spać w otwartym domu, bo wszystkie szyby poszły w diabły, a mieliśmy obszerne patio... Była noc i te dziwne głosy w ciemności. Zeszliśmy na dół. Było takie pomieszczenie przy garażu... Bez okien... Nad ranem miasto wybuchło. Piwnica nas ochroniła, ale tylko częściowo. Leżeliśmy przysypani gruzem. Ona mówiła do mnie, ja do niej. Pocieszaliśmy się, że nadejdzie pomoc, ale skąd miała nadejść pomoc? – zapytał i zamilkł na moment.

Grzegorz wstał z miejsca i z tym swoim nożem w dłoni zniknął za moimi plecami.

- Siadaj na miejscu! – ryknął Jędrzej. Nie wiedziałem czy do mnie, czy do niego. - Siadaj i słuchaj. Będzie czas na wyjaśnienia – dodał.

Siwy mężczyzna zdawał się być pogrążony we wspomnieniach. W końcu westchnął i ciągnął swą urywaną opowieść.

- Potem straciłem przytomność, a gdy się ocknąłem, leżałem przy żonie na kanapie w piwnicy. Gruz zniknął, powietrze było czyste, i wziąłbym wybuch, jego skutki za sen, gdyby nie to, że nadal byłem poraniony. Nic wielkiego. Otarcia, zaschnięta krew we włosach, sińce... Jak tak leżałem i patrzyłem na śpiącą żonę, uświadomiłem sobie, że moja pamięć sięga... Stała się dziwnie wybiórcza. Wiedziałem, że jestem adwokatem, że mam mieszkanie i kancelarię w Warszawie. Dom, żonę i syna, który odszedł z tą swoją... Wszystko wiedziałem, ale nie miałem ani jednego szczegółowego wspomnienia z czasów, przed tymi wydarzeniami. Tylko ogólne... Mniejsza z tym.

- Jakaś wybiórcza amnezja, to nie ma... – próbowałem mu przerwać.

- Ma, niech pan słucha. Do dzisiaj tak mam. Nie ma dnia, żebym nie próbował przypomnieć sobie czegokolwiek. Żona to samo. Nie wiem, czy to ten wybuch... No, w każdym razie wstałem. Jakoś przezwyciężyłem ból. Żona też się ocknęła. Jej prawie nic się nie stało. Pomogła mi i w końcu wyszliśmy na dwór przez garaż. Dom był cały. Szyby w oknach lśniły, trawnik świeżo skoszony, wszystko jak na obrazku, jakby w ogóle nic się nie wydarzyło. Nic. Weszliśmy na to nasze patio. Na stoliku stały szklanki i dzbanek z cytrynową lemoniadą. Dokładnie to pamiętam. Rozsunąłem drzwi, wszedłem do salonu... Widziałem przez szybę jego wnętrze, wszystko było jak dawniej, a gdy przekroczyłem próg... Dżungla, cieplarniana dżungla. Wszędzie rośliny, dziwaczne poskręcane liany, czerwone, purpurowe. Myślałem, że to kolejne złudzenie, że to ze mną jest coś nie tak, ale dotknąłem jednej...Jakbym wsadził palec do kontaktu. Aż mnie odrzuciło i wtedy zobaczyłem siebie schodzącego po schodach z piętra. Na czworakach jak krab. Żona krzyknęła i uciekliśmy.

- To wszystko? I nigdy więcej się tam...?

- Poczekaj, aż skończę, już się streszczam. Oczywiście. Ach, wiele razy brałem udział w wyprawach do Goliny, a przecież.... Wynosimy, bierzemy stamtąd wszystko, co daje się wynieść. Miasto stoi puste. To żyje w domach, ale tylko w mieszkalnych. Sklepy, warsztaty są wolne. Próbowaliśmy to zniszczyć, zabić... Nawet nie po to, by wrócić, ale raczej by się przekonać, czy damy radę. Nic z tego, a każda próba pogarszała sprawę. To się nauczyło bronić. Zaczęło dawno temu od mordów, a teraz, choć tylko się broni... Możecie tam iść, pochodzić ulicami, pokrzyczeć, nawet postrzelać i nic się nie wydarzy, ale otwarcie jakichkolwiek drzwi to śmierć. Przecież wysadziliśmy kilka domów w powietrze, razem z tym i jak się rozpadły, tak szybko powstały na nowo. Rozumiesz?
Niewiele z tego zrozumiałem, ale wiedziałem, kogo mam przed sobą.

- Pan się nazywa Jacek Kukla? – spytałem wprost.

Zbladł pod siwą szczeciną i przez chwilę gapił się na mnie szeroko otwartymi oczami. Otwierał i zamykał usta, niczym jedna z ryb, które pluskały się w wiadrze, stojącym między nami.

- Tak, jasne – wykrztusił w końcu. – Skąd wiesz, czy my się znamy?

Chciałem powiedzieć, że wiem, ponieważ sam go wymyśliłem, ale to był głupi pomysł.

- Początkowo pana nie poznałem przez ten zarost i w ogóle, ale gdy pan powiedział, że kiedyś był adwokatem... Pan mnie nie pamięta, ale to przez tę amnezję, czy jak to zwał. Może i bez tego by mnie pan nie poznał. Rozmawialiśmy tylko dwa razy i za każdym razem większym gronie, ale mecenas Kukla to w Golinie była przecież figura. Najbardziej znany mieszkaniec, jakby nie patrzeć.
To go uspokoiło i na jego twarz powrócił niewyraźny, pełen nadziei uśmiech.

- Pan, czy pan wszystko pamięta?

- Ja tak, ja wszystko pamiętam, ale mnie tu nie było, kiedy to się stało.

- Może panu się uda przywołać jakieś wspomnienia. Ja pomogę panu, wam, opowiem wszystko o miejscach, w których żyjemy, a pańskie wspomnienia o mnie...Cholera, jest szansa, że znowu...

- Szukał pan syna – udałem, że się grubo zastanawiam. - Pawła? Pański syn ma na imię Paweł, prawda?

- Oczywiście. Szukaliśmy, ale grupa, z którą odszedł... Tu jest tyle dróg... Przez rok szukaliśmy, ale nic z tego. Jedno wiem, że żyje, bo tutaj...Mniejsza z tym. – Ożywił się i wyczułem w jego głosie nadzieję.

- Idziemy! – przerwał nam Jędrzej. – Usłyszeliśmy dość, by podjąć decyzję, że z wdzięcznością przyjmiemy pańskie zaproszenie na nocleg. Tam sobie, moi drodzy, pogadacie o starych Polakach. Daleka droga przed nami?

- Jakiś kilometr – odpowiedział mecenas.

- Chwileczkę, co tu jest grane? – wtrącił Grzegorz. – Jaki wybuch? Jakie potworności? My wracamy, Krysia, zbieraj się, póki widno.

- Po zmierzchu nigdzie nie dojdziecie – wtrącił się Kukla. - Za dnia mogę chodzić bez broni, z wędką, ale nocą nawet rewolwer wam nie pomoże. Poza tym, tam, skąd przyszliście nie ma już żadnego wyjścia. Będziecie szli i szli, aż padniecie z głodu, ale śmierć głodowa wam nie grozi, bo w końcu zajdzie słońce... Uzbrojony oddział tak, ale wy nie jesteście uzbrojonym oddziałem.

Popatrzyłem na mecenasa. Choć nie rozmawialiśmy przy nim między sobą, już nas podzielił na dwie grupy. I prawidłowo. Grzegorz wstał niechętnie i powlókł się za nami. Próbowałem przepuścić go przodem, ale tym razem uparł się by zamykać pochód. W końcu było mi to obojętne. Krystyna w końcu oderwała się od niego i dołączyła do nas.

Kukla opowiadał o swoim życiu nad rzeką. Najwyraźniej odzyskał przydaną mu przeze mnie swadę godną uznanego adwokata. Z jego ust płynęły okrągłe, wielokrotnie złożone zdania, jakby dopasowane  do niespiesznego tempa naszego marszu. Nad słuchaczami rozsnuła się atmosfera dojmującej nudy i czczości.

Jędrzej co chwilę spoglądał na mnie i widziałem, z jakim trudem hamuje słowa, którymi chciał mnie zasypać. Jednak tekst, powieść. Przez chwilę pogubiliśmy się, szukając związku tego, co przeżywaliśmy z książką, a teraz, niczym z kapelusza magika, wyskoczył mecenas Kukla.

W pamięci przeglądałem wszystko, co o nim napisałem. To, co zostało skreślone przez Jędrzeja, i to, co nigdy do niego nie dotarło, odrzucone w czasie kolejnych poprawek. Nie była to postać pierwszoplanowa, ale nadałem jej wystarczająco wiele charakterystycznych cech. Pedant, radykalnie gniewny ateista, którego rozwścieczał nawet dźwięk kościelnych dzwonów. W życiu prywatnym zarządzał bliskimi, zupełnie jak pracownikami swojej kancelarii. W duchu paternalistycznej łagodności nagradzał ich i karał. W najdrobniejszych szczegółach planował karierę swojego syna. Dodałem mu też w pierwszej wersji drobne rozdwojenie, charakterystyczne dla ludzi bez reszty pochłoniętych pracą, których tylko społeczny przymus zmusza do poświęcenia swojej cennej uwagi bliskim. Pod wpływem dramatycznych wydarzeń, wraz z nimi stawał się bardziej wyrozumiały dla siebie i innych, bardziej ludzki. Byłem ciekaw, czy gdy wyrwał się spod opieki mojej klawiatury ten proces wznoszący trwał nadal. Na razie, wszystko na to wskazywało.
Maria, jego żona, której poświęciłem mniej uwagi, była postacią schematyczną. Schludną, wysoko noszącą głowę gospodynią domową, dumną z kariery i osiągnięć męża.

Nad najważniejszym problemem, jak to możliwe, że rozmawiałem z bohaterem własnej książki, w ogóle się nie zastanawiałem. To nie był temat, który chciałbym poruszyć, ponieważ podświadomie czułem, gdzie jego drążenie może nas zaprowadzić. Jednego byłem pewny. Nigdy nie opisałem krainy, w której teraz byliśmy, ani tak dziwacznej przemiany miasteczka. Nie stworzyłem ani ludzi krabów, ani ich niezniszczalnych gniazd w domach, które stały się kokonami obcych.

W mojej książce historię kilkusetletnią historię Goliny kończyła wywołana przez Kwiecińskiego eksplozja, a dalej koncentrowałem się na przygodach grupy bohaterów, którzy owszem, wypadają z czasu, ale ewidentnie trafiają do zamierzchłej przeszłości. Tu było zgoła inaczej, tak jakby wykreowany przeze mnie świat zdołał rozwinąć się w innym, zaskakującym kierunku.

- Ale najebałeś, ale, kurwa, najebałeś – szepnął przez zaciśnięte zęby Jędrzej.

Nic nie odpowiedziałem, bo co mogłem odpowiedzieć na takie dictum? Pokręciłem tylko głową, że to nie ja, ale spojrzał na mnie jeszcze wymowniej i dodał:

- To jest piekło albo pierdolony czyściec, w którym się znalazłeś za karę, za pierdolenie się latami z fabułą, jaką porządny autor ogarnia w trzy miesiące, ale dlaczego ja? Dlaczego, kurwa, mnie wleczesz za sobą? – Nie wytrzymał i parsknął śmiechem. – Tyle razy mówiłem ci, żebyś zamiast fantastyki pisał jebane romanse.

- Nie ty, tylko sam to napisałem na początku książki. Taką uwagę...

- Napisałeś, bo ci w kółko powtarzałem, że najlepiej sprzedają się romanse. Byśmy sobie leżeli na poduszkach w jakimś haremie...

- Haremie... O czym mówicie? – zainteresowała się Krystyna.

- Widzisz, pierwsza potencjalna czytelniczka się odezwała.

- Pan jest pisarzem? – spytała.

- Byłem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.