środa, 18 października 2017

Autopromocja, z braku innej promocji. Prawo do powrotu

Nie wiem, kto zgłosił moją powieść "Prawo do powrotu" do tego konkursu. Przegapiłem nawet jego pierwszą rundę, ale widzę, że jutro koniec glosowania, a pisarz zagraniczniak zaczął mnie niepokojąco gonić. Nie mam pojęcia, czy ewentualny sukces cokolwiek pomoże w promocji książki, ale z racji, że pisząc dzieliłem się z Wami obficie obszernymi jej fragmentami ( ku radości jednych, a niechęci drugich) uznaję za dość uczciwe, zwrócić się do was o wsparcie.

Oddanie głosu jest oczywiście darmowe, a organizator przewidział dla uczestników całkiem solidną pulę nagród książkowych.

Nadmienię, że mile łechce moje ego fakt, że w kategorii znajdującej się tuż obok mojej Fantastyki, prowadzi Chesterton ze swoim znakomitym księdzem Brownem.
Jeszcze minimalnie prowadzę, ale...
Wszystkich zachęcam i przy okazji pozdrawiam.

http://ksiazkanajesien.pl/#1

Książka do nabycia tutaj:

https://goneta.net/pl/ksiegarnia/kategorie/proza-doroslych/prawo-do-powrotu-3-szczegoly


wtorek, 17 października 2017

PiS podskakuje, czyli po rozum do głowy

PiS niepotrzebnie podskakuje. Społeczeństwo stanowe istnieje i nie odpuści, póki jego przywileje nie zostaną ostatecznie usankcjonowane i zaopatrzone w dyndające pieczęcie z orłem. Tym razem, system jest oderwany od ziemi, ale niewiele zmieniają jego kosmiczne wręcz afiliacje. Wbrew pozorom jest na tyle trwały i posadowiony nie tylko w dobrach doczesnych, ale i w świadomości ogółu, że rząd tak zwanej „dobrej zmiany” zdaje się przy nim czym przejściowym, bez mała chimerycznym. Przy czym należy, dla uczciwości, zaznaczyć, że występuje tu pewna dwoistość, charakterystyczna dla współcześnie rozumianej demokracji.

PiS przyjmując rolę reprezentanta stanów niższych i średnich, naraził się w oczywisty sposób nowomodnie rozumianej szlachcie i arystokracji. Nowomodność w tym, że współcześnie spożywane i oczekiwane przywileje, nie mają oparcia ni w krwi, ni w ziemi, ni nawet w jakiejś ogólnie sformułowanej teorii, a w prostackim: Tak jest i tak ma być. Stany wyższe są oczywiście zbyt liczne, by zadowalająco zaspokoić jej apetyty, ale dla arystokracji starczyć musi. Jednocześnie, ich liczebność jest zbyt mała, by zagwarantować przywołane w pierwszym akapicie zawieszenie na umowie oficjalnych pieczęci. W tym problem. Im silniejszy nacisk elit, tym mniejsze szanse wyborcze ich reprezentantów.

PiS nie jest, patrząc z drugiej strony, wcale beneficjentem tej sytuacji, choćby dlatego, że stany wyższe są zorganizowane, a niższe wcale, przez co Polska sprawia osobliwe wrażenie twierdzy oblężonej od środka. Z każdym przybywającym obecnie rządzącym procentem poparcia, rośnie niezadowolenie z działań rządu i protesty stają się gwałtowniejsze. Strach pomyśleć, co będzie, gdy poparcie przekroczy pięćdziesiąt procent. Takie zależności widać gołym okiem i nie trzeba przesadnej bystrości, by je dostrzec. Sytuacja wynikła z takiego stanu spraw jest niebezpiecznie podatna na prowokacje i w ciągu przewidywalnych zdarzeń, może doprowadzić do naprawdę poważnych zaburzeń.

PiS w pewnym sensie jest zakładnikiem używanego przez siebie języka, w którym roi się od pro obywatelskich przymiotników. Nie przypadkiem banda cynicznych łobuzów nazwała się ‘obywatelami”. Zwróćcie uwagę, że w obecnie przyjętej nomenklaturze, status obywatelski nabywa się jedynie działając w grupie, choćby była to jeno grupa zawodowa. Tu powtórzę, że stany wyższe mają swoją hierarchię. Stabilną, opartą na koneksjach rodzinnych i zależnościach zawodowych, a stany  niższe, szamoczące się w walce o codzienny byt, oczywiście nie. Jak zawsze są tylko plebsem. I niech nie zmyli cię miły czytelniku fakt, że masz firmę, milionowe przychody, zatrudniasz ludzi i mieszkasz w pałacu. Nadal jesteś plebejuszem, którego rola jest o tyle istotna, że płaconymi przez siebie podatkami, zaspokajasz aspiracje stanów wyższych.

PiS raduje się wzrostem gospodarczym. Z mojej perspektywy, z perspektywy plebejusza, słusznie, ale tak naprawdę, to tylko pretekst do zacierania rąk przez klasy o tyle ode mnie wyższe, że nawet nie wiem, gdzie sufit, po którym raczą stąpać. Na dodatek mam wrażenie, że myślą przewodnią jest uszlachetnienie stanów wyższych poprzez narzuconą im kooptację ludzi własnego chowu i ugłaskiwanie konfliktów na tym tle. Zupełnie jakby rządzący zdawali sobie sprawę z ulotności własnej władzy i tryumfów. To prosta droga do zaburzeń społecznych. Półśrodki i cwaniactwo bowiem, zawsze prowadzą do tragedii.

Konieczne są zmiany strukturalne od fundamentów po strych. Odpowiedź na taką potrzebę jest na razie taka, że potrzeba po temu większości konstytucyjnej. Stawiam dolary, których nie mam, przeciwko orzechom, których mam w nadmiarze, że nawet sześćdziesięciu procentowy tryumf wyborczy, takich zmian nie zagwarantuje, ponieważ opór stanów wyższych będzie tak gwałtowny i widoczny, że politycy nie zaryzykują starcia. Dochodzi tu aspekt zmęczenia materiału, ponieważ nie sposób bez odbijającego się na determinacji zmęczenie toczyć niekończącej się walki. My, plebejusze, w walce nie pomożemy, ponieważ tak zostaliśmy wytresowani przez życie. No, chyba, że pójdziemy po rozum do głowy, ale ostrzegam, że to daleka i niełatwa droga.


niedziela, 15 października 2017

Prawdziwe kino. Gotowała sroczka jagiełki

Im bardziej staram się być pisarzem fantastycznym, tym mniej się nim czuję, ponieważ prawie codziennie natykam się na coś zgoła realnego, czego w żaden sposób wymyślić bym nie zdołał. Na przykład: Wczoraj wieczorem wpadło mi coś do głowy i wdarłem się jako „czytelnik incognito” na stronę Gazety Wyborczej, żeby przeczytać wywiad z panią Magdaleną Sroką, odwołaną właśnie szefową PISF, czyli zacną niewiastą obdzielającą dotychczas grubą forsą naszych filmowych cwaniaków i nieudaczników. Zachęcił mnie tytuł, cytat z pani Sroki:

„ Podcinanie gałęzi sztuce to kopanie grobu Polsce”

Sądzę, że każdego wrażliwego na los Polski, taka metafora powinna zachęcić do lektury. Dlatego ukryłem się w anonimowości, bo inaczej treść tak ważka jest przede mną ukryta. Otwieram i czytam drugi tytuł:

„Magdalena Sroka: Weźmiesz pod buta sztukę, już po wolności”

No ładnie z tym butem – pomyślałem i zagłębiłem się w lekturze. O dziwo, nie same komunały tam znalazłem. Najpierw dowiedziałem się, że pani Sroka została zwolniona za:

„Przyczyną odwołania dyrektor PISF z pełnionej funkcji jest naruszenie podstawowych obowiązków na zajmowanym stanowisku oraz naruszenie przepisów prawa w związku z listem dyrektor PISF do Christophera J. Dodda, prezesa Stowarzyszenia Amerykańskich Producentów Filmowych (...). W oficjalnym piśmie wydanym przez PISF (...) dyrektor Magdalena Sroka naraziła na szwank wizerunek Polski i polskich instytucji kultury na arenie międzynarodowej”.

O, cholera, ale w czym rzecz?

Otóż pani Sroka podpisała list, ale biedaczka nie znała jego treści, albowiem była zajęta na festiwalu w Cannes przygotowywaniem prezentacji. Jest całkowicie niewinna, w związku z tym rozwijaniem czerwonych dywanów, a nawet w osobnym piśmie wyjaśniła Prezesowi Stowarzyszenia Amerykańskich Producentów Filmowych, senatorowi Doddowi, że list był po prostu kompilacją półoficjalnych maili, pełnych niezbyt szczęśliwych sformułowań jakiejś bliżej nieokreślonej Osoby z PISF.
Pani Sroka tłumaczy:

„Kiedy się o tym dowiedziałam, napisałam do senatora Dodda i go przeprosiłam, zastrzegając, że treść listu, który otrzymał, absolutnie nie jest stanowiskiem polskiego rządu. Senator zrozumiał, napisał, że pomyłki się zdarzają i list zostawia tylko do swojej wiadomości.”

Czyli wszystko ok, ale w PISF znalazł się wredny PIS-owiec ( hi hi ), który list wyniósł i doniósł. W dalszej części wywiadu dziennikarka dopytuje o to, a wielkoduszna ex. Szefowa łaskawie zaznacza, że obejmując stanowisko nie mogła zwolnić wszystkich zwolenników „dobrej zmiany” ponieważ brzydzi się prześladowaniami z powodów politycznych. Acha. Czyli był ten nieszczęśliwy list… Przepraszam, ale zapomniałem wtrącić, czego, wedle słów pani Sroki dotyczyła cała ta dziwna korespondencja z senatorem. Otóż, nie zmyślam, chodziło o to, żeby amerykanie udostępnili polakom nagranie z wręczania Oscarów panom Wajdzie i Pawlickiemu! Nie wiem, jak to skomentować.

W każdym razie epistolografia zgubiła panią Srokę, chociaż:

- „A jednak ktoś go z PISF wyniósł i przekazał ministerstwu.
– Owszem, nawet wiem kto. Tylko jaka z tego korzyść wyszła dla polskiego filmu? Kiedy ministerstwo otrzymało list, od razu złożyłam wyjaśnienie. Opowiedziałam całą historię, przekonując, że sprawa została między PISF a senatorem i nie podzielam treści listu. Wydawało mi się, że minister zrozumiał i sprawa nie będzie miała ciągu dalszego. Myliłam się. Tak naprawdę list był tylko pretekstem do odwołania mnie. Mam wrażenie, że ministerstwo nie miało innego powodu. A to świadczy tylko o tym, że PISF był dobrze zarządzany i haków takich jak niegospodarność nie udało się znaleźć. Nie wypieram się swojej odpowiedzialności – pod listem jest mój podpis. Tego już nie zmienię.”

To są rzeczy, jak się dokładniej przyjrzeć, po prostu niesamowite, ale… Dalej bywa równie ciekawie. W końcu, to film!

Dlaczego polskim kandydatem do Oscara jest „Pokot” Agnieszki Holland?
…jakość, wartości artystyczne… Srutu tutu, oraz przede wszystkim to, że film zrozumie każdy widz, a także członkowie Akademii.

Zauważę na boku, że nie każdy, ponieważ przerwałem oglądanie tego beznadziejnego gniota po godzinie, nie rozumiejąc nawet, po co dręczę się czymś tak wypranym z rozumu. I nie chodzi mi o żadne tam przesłanie filmu, tylko po prostu nie cierpię, gdy ktoś robi ze mnie durnia.

A dlaczego nie „Wołyń”?

Tu zacytuję, ponieważ nie potrafię streścić zaprezentowanego przez panią Srokę rozumowania, ale najpierw dodam od siebie, że tego filmu nie próbowałem nawet obejrzeć, ponieważ wręcz fizycznie nie znoszę dzieł pana Smarzowskiego. W przeciwieństwie do pani Magdaleny. Uwaga cytat:

„– Nad tą kandydaturą też się zastanawialiśmy. Mieliśmy świadomość, że film jest absolutnie genialny, że przez następne 10 czy 20 lat nie powstanie nic tak fundamentalnego i ważnego. Ale „Wołyń” opowiada wątek polskiej historii, która zupełnie nie jest zrozumiała dla zagranicznego widza. To skomplikowany obraz – z mnóstwem bohaterów, galopującą akcją. Nie miałby szans, żeby powalczyć o Oscara właśnie z tego powodu – nieczytelności.”

Wielkie budżety, rozdzielnia kasy, pani Torbicka w polskiej komisji oscarowej. Taka Polska właśnie. Z ciekawostek dodam, że z tekstu można się dowiedzieć o planie uszczęśliwienia Krakowa, panią Sroką, jako nowym prezydentem, ale ona nie chce, ponieważ jest wielbicielką pana Majchrowskiego (w to akurat wierzę). Całość godna polecenia. Naprawdę.

Wiem, że to oznaka chamstwa, ale nie mogę się powstrzymać. Niech będzie, że to przypadkowa zbieżność, ale podczas czytania wywiadu, cały czas moje myśli krążyły wokół przywołanej w tytule dziecięcej wyliczanki. Im dłużej mieliłem ją w myślach, tym bardziej pasowała. Pamiętacie? Kolejne paluszki się zagina.

Gotowała sroczka jagiełki, temu dała na miseczkę, temu na łyżeczkę, temu dała w kubeczku, temu na podstaweczku… A temu nic nie dała, tylko łepek urwała i frr…Poleciała!

Szczęśliwej podróży!

sobota, 14 października 2017

Piątek trzynastego. O sukcesie pozornym i papierowej flaucie

Jak nie wozi się drewna do lasu, tak ja nie powinienem pchać się tutaj ze swoim towarem, i tak otaczanym dość powszechną pogardą. Wcale się zresztą nie dziwię, bo jakiż entuzjazm może wzbudzić sprzedawca wykrzykujący znad swojego wózka: - Nieświeże ryby! Nieświeże ryby! Tak już jest i będzie. Nawet nie zaklinam rzeczywistości. Zdaję sobie sprawę z tego, że powoli staję się śmieszny. I niech tak zostanie.

Wczoraj mnie ruszyło. Już od dawna nie śledzę losów mojej powieści „Prawo do powrotu” i nielicho zdziwiłem się, gdy kurier przywiózł mi paczkę egzemplarzy autorskich, co znaczy, że ukazała się wersja papierowa. Przyznam się, choć jest to nieco żenujące, że ucieszyłem się. Może ktoś nie lubi, ale ja lubię dotknąć, przekartkować, powąchać papier, a nawet znaleźć błąd drukarski. Książka jako przedmiot jest ładna. Pięćset cztery strony dość grubego papieru sprawiają, że „jest co wziąć w rękę”. W sam raz, żeby miło i w jakimś sensie odświętnie spędzić piątkowe popołudnie.

Ale dzisiaj sobota i od nowa trzeba godzić się z losem. Jeden, zafoliowany egzemplarz do archiwum, dwa dla córek, jeden dla przyjaciela i jeden na półkę, żebym, jeśli znajdzie się chętny do czytania znajomek, mógł mu pożyczyć. I tyle mojej, prawda, sławy pisarskiej. Nie będę w tym miejscu, co oczywiste, wygłupiał się pisząc o dystrybucji, obyczajach rynku itp. Tutejsza publiczność zna tematykę lepiej niż jakakolwiek inna.

Zauważę jedynie, że w moim przypadku, narodziny książki, są jednocześnie jej pogrzebem. Nawet nie jest ważne, czy powieść jest płodem poronionym w sensie pisarskim, czy nie. I tak nie ma prawa do oddechu. Dlatego wczorajsza, nieco dziecinna radość, dzisiaj głębokim smutkiem i zniechęceniem. Siedzę przy klawiaturze i dukam niezgrabne zdania. Nie użalam się nawet, bo niby na co? Nawet nie potrafię narzekać, a tym bardziej napisać, że nauczony doświadczeniem kończę z głupią pisarską manią raz na zawsze, ani bombastycznie zapowiedzieć, że stworzę teraz coś lepszego. Pustka, cisza morska. Ani optymizmu, ani pesymizmu. Nic.

Najgorsze i jedyne złe jest to, że niepomny na doświadczenia, jakie stały się moim udziałem, gdy ukazały się „Wypisy z księgi mroku” pochwaliłem się wydaniem książki w necie. Teraz żałuję, ale mleko już się rozlało i jestem dziwnie przekonany, że wszystko się powtórzy. Rzecz w tym, że od trzech lat choruję, co zmieniło życie moje i moich najbliższych, w niezbyt zachęcającą wegetację. Ludzie to widzą i taka książka działa na nich, niczym przysłowiowa płachta na byka. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że ktoś, kto łazi po ulicach ich miasteczka mógł swoje bazgroły, po prostu sprzedać. Nigdy nie wkurzyłem się na tutejszych tak mocniej, niż wtedy, gdy po ukazaniu się „Wypisów…” znajomy zapytał mnie na ulicy, ile mnie kosztowała ta publikacja. Na jego szczęście, sens pytania dotarł do mnie nieco później. Znaczyło ono tyle, że wśród tych niewielu ludzi, którzy w ogóle wiedzieli o książce, poszedł chyr, że Jarecki odejmuje od ust najbliższym, żeby zaspokoić swoje chore ambicje. Teraz będzie podobnie. Na moją korzyść działa jedynie to, że od piątego października wreszcie znowu pracuję. To niewiele, a zważywszy na to, że pracuję w domu, i tak nikt o tym nie wie. Niestety pochwaliłem się książką. Z głupoty, bo niby z jakiego powodu?

Tak niewczesna radość zmienia się w trwałą przykrość. Ach ta moja Golina, miasteczko pisarzy i znawców literatury, skazana na to, że opisałem ją jako pierwszy, choć szczęśliwa i w tym, bo nigdy się o tym nie dowie.

Takie, widzicie, marudzenie człowieka, którego nic nie zadowoli. Mam nadzieję, że chociaż wkrótce zacznę tutaj coś publikować. Muszę się jeno wdrożyć w nowe obowiązki, które całkowicie przewróciły moje wewnętrzne porządki.

piątek, 1 września 2017

Futbol piramidą. Także finansową

Piłka nożna jest sportem, miliardowym biznesem, ale też machiną propagandową. Niestety, ale to, co w wydaniu popularnym przedstawiane jest za sukces, w rzeczywistości zwiastuje nadchodzący kryzys. Już teraz, niekontrolowany dopływ pieniądza i amok właścicieli najbogatszych klubów, wychodzi daleko poza granice sensownego biznesu.

Popatrzcie na to, wręcz histeryczne, gromadzenie piłkarzy, kreowanie juniorów na światowe gwiazdy. Te wszystkie galaktyczne, kosmiczne, historyczne… No, przecież brednia! Wielcy trenerzy, którzy zamiast szkolić piłkarzy, opowiadają w mediach, że bez transferów za pół miliarda, nie są w stanie osiągnąć sukcesu. Gówniarze, którzy po jednym udanym sezonie plują na klub, który dał im szansę zaistnienia. Ligi, w których poważna rozgrywka toczy się pomiędzy dwiema, trzema zespołami, podczas gdy reszta stanowi coraz śmieszniejsze w swej bezradności tło.

Twierdzę, że obecny kształt piłkarskiego Olimpu, w żadnym z przywołanych na wstępie aspektów, nie ma waloru pozytywnego. Codzienna ligowa i pucharowa - do szczebla ćwierćfinału LM - rywalizacja, z co sezon słabszymi rywalami, nie może w żaden sposób zostać uznana za sprzyjającą rozwojowi graczy. Eufemizm „finansowe fair play” przetłumaczony prawidłowo, to zakaz wydawania więcej, niż się zarabia. Taki to biznes. Aspekt propagandowy, to nie chwała poszczególnych klubów, ale to, co politycy mogą ugrać na istnieniu w ich państwach piłkarskich molochów. Dla takich korzyści, kryje się finansowe machinacje, umarza długi, tworzy cuda fiskalne, by przedstawienie mogło trwać.

Od lat najbogatsze (najwięcej wydające, najbardziej rozwielmożnione) kluby rozpowiadają, że czas stworzyć prawdziwą ligę, gdzie ku zachwytowi publiczności, będą mogły grać między sobą, nie potykając się o pętających się im pod nogami maluczkich. Takie, rozumiecie, piłkarskie NBA, tylko broń Boże, bez draftu. Taki ruch, choć wydaje się konsekwentnym ruchem ku zagładzie futbolu, jaki znamy, jest oczywiście tylko bajaniem, ponieważ takie rozgrywki nie byłyby w stanie zgromadzić budżetu, choćby na miarę Premiership.

Weźmy, szalenie topowy ostatnio klub, jakim jest PSG. Identyfikacja z jego sukcesami, we Francji jest żadna, no chyba, że za taką weźmiemy otaczającą go, delikatnie rzecz ujmując, powszechną niechęć. Nawiasem pisząc, jego główny rywal z księstwa Monaco, też nie jest zbyt popularny, o czym łatwo przekonać się, oglądając skróty meczów tamtejszej ekstraklasy. W tym sezonie, proces alienacji PSG będzie się tylko pogłębiał. Doczekamy się, mili moi, że słabiacy zaczną wystawiać na mecze z gigantami swoje rezerwy, bo prawdę pisząc, po co kopać się z koniem?

I teraz spójrzcie na takie hipotetyczne rozgrywki, gdzie będą grali sami wielcy. Nie wszyscy. Ups. Bez klubów z, Premiership, bo tamtejsi kibice daliby im bobu, gdyby zostali bez swojej najlepszej w Kosmosie ligi. No i bez Niemców, bo ci żartów nie znają. Tego się nie bójcie, to tylko gadanie, by wymóc na FIFA/UEFA rozmaite drobne ustępstwa.


Tak, wszystko zmierza ku ścianie. Rozpędzone piłkarskie stajnie ze swoimi galaktycznymi gwiazdami, absurdalnie rozwleczone, inflacyjne rozgrywki pucharowe, rozdęte, oszukańcze budżety, ta cała magia, która staje się nudna, gdy w końcu pieprznie w ścianę, nie będzie, czego zbierać. 

Wśród najdziwniejszych, najbardziej zabobonnych teorii ekonomicznych dwudziestego wieku, można znaleźć „teorię nieograniczonego rozwoju” ukutą w latach trzydziestych przez niejakiego Lawsona. Na szczęście, nie wiecie, o co chodzi i wiedzieć nie musicie. Wystawcie sobie, że to zapomniane dziwactwo, znalazło swoich nieświadomych czcicieli wśród działaczy i właścicieli klubów piłkarskich. 

Upraszczając: Współczesne piłka nożna jest po prostu wielką, kolorową, zachwalaną przez medialnych naganiaczy piramidą finansową. I rypnie. A huk będzie straszny. 

czwartek, 31 sierpnia 2017

Być faworytem

Najwyższy czas przyjąć do wiadomości, że reprezentacja Polski w piłce nożnej, do kolejnych meczów staje w roli faworyta. Znaczy to, że każdy stracony przez nią punkt będzie przykrą niespodzianką. Wiadomo, że jest to rola niewdzięczna, ale to powód do dumy, nie zaś trzęsienia portkami, że niby, kto wyżej wlezie, niżej spadnie. Nie jestem przesadnym wielbicielem rankingów, ale śmieszą mnie ludzie, którzy gorliwie wyliczają, ile to jest jeszcze na świecie drużyn lepszych, niż nasza, tak jakby koniecznie musieli udowadniać, że ewentualny sukces będzie szczęśliwym fuksem. 

Zwróćcie uwagę, że od prawie czterech lat, nasza reprezentacja tylko raz przegrała w meczu o punkty, do tego, na boisku mistrza świata 1-3. Najmłodsi dziecięcy kibice, ledwie wiedzą, co to smak porażki, ale starsi, na klęskach wyhodowani, chyba podświadomie tęsknią za dobrze znanym otoczeniem, czekając, kiedy ta passa zostanie przerwana.

Coś w naszej zbiorowej mentalności przeszkadza, w byciu pewnym siebie. Jakbyśmy lubili ponad wszystko sami sprawiać sensacje, ratować honor, w ostatnich azardach kłaść na szale… To szersze niż sam futbol, ale zacznę od niego i wspaniałego lata tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku. Cała ówczesna propaganda skierowana była na to, żeby przedstawić naszą reprezentację, jako biednego Kopciuszka, który owszem, ma swoje osiągnięcia w przesiewaniu maku, ale na światowym balu z pewnością wywali się jak długi. Komentatorów wprawiała w drżenie słaba gra w sparingach z drużynami klubowymi, na co nikt w świecie nie zwracał najmniejszej uwagi, a Polska stawiana była w gronie czterech, pięciu drużyn, mogących walczyć o najwyższe cele. I zawalczyła. Wszystko skończyło się dobrze, ale w decydującym meczu z RFN czegoś zabrakło. Może właśnie pewności siebie, która podwyższa poprzeczkę prawdziwego sukcesu, jaki w każdym turnieju jest tylko jeden.

Dzisiaj gramy tylko kolejny mecz eliminacyjny, ale już teraz należy uświadomić sobie, o co gramy. Cel dla prawdziwie silnej drużyny może być tylko jeden i nie jest nim ćwierćfinał MŚ. Z takim celem nie warto się w ogóle pokazywać w Rosji.

Miało być szerzej o pomniejszaniu, by podkreślić sukces, to będzie, w gęstym sosie historii na dodatek. Wszyscy, nawet najwięksi historyczni abnegaci, znają bitwę pod Grunwaldem. Można rzec, że jesteśmy tym chwalebnym zwycięstwem wręcz molestowani. Jej obraz utrwalony przez Długosza, Sienkiewicza i Matejkę, a na koniec przez reżysera Forda, został zakodowany raz na zawsze w naszej zbiorowej wyobraźni. Widzimy zakutych w stal butnych Krzyżaków, ich wielkiego mistrza zwalonego z konia przy pomocy rohatyny, naszych wielobarwnych rycerzy, nadrabiających techniczną przewagę wroga „siłom i ambicjom osobistom”. I jeszcze, szczyt nowości, wróg strzelał z armat.
A
 przecież prawda jest piękniejsza od zmyśleń. Dzięki znakomitemu wywiadowi, armia królewska wkraczając na tereny zakonu, doskonale wiedziała, że jest bitym faworytem przyszłego starcia. Inaczej nigdy nie doszłoby do bitwy. Mieliśmy, przy wyrównanej liczebności, znaczną przewagę jazdy ciężkiej, uzbrojenia i techniki wojskowej. Nawet armat więcej i nowocześniejszych. Król dysponował, wbrew dziwnym mitom, środkami finansowymi niedostępnymi Wielkiemu Mistrzowi. Nasi szli po swoje, od razu paląc i rżnąc, kogo popadło. Logistyka przygotowań, których finałem była bitwa, zadziwia nawet dzisiaj.

Reszta jest propagandą, początkowo stworzoną na użytek polskiej dyplomacji, a potem już tak zostało.  Na plac konnego starcia wprowadzono jakichś dziwnych ludzi w zwierzęcych skórach, bo przecież nie można było dopuścić, by na zachodzie poszedł hyr, że nasze, rozbijające się po tamtejszych dworach rycerstwo, wzięło bitwę na tyle poważnie, że nie łasząc się na okup, wyrżnęło swoich kolegów rycerzy. Trzeba było wprowadzić nieobeznanego z regułami chłopa z rohatyną, bo przecież pasowany rycerz Mszczuj, nie mógł zabić naczelnego wodza przeciwnej armii. A zabił, odarł do goła i zostawił ścierwo na polu. To było tak wielkie nadużycie, jakby w pierwszej minucie meczu z Danią, Kamil Glik najpierw udusił bramkarza przeciwników, a następnie sędziego.


Teraz na szczęście, nie grozi nam oglądanie podobnych ekscesów. Niemniej nie wspomniałem słynnej bitwy na darmo. Piłka nożna też jest historią starć. Mniej krwawych, ale zawsze. I piłkę otacza propaganda. Chciałbym kiedyś usłyszeć, przeczytać, że idziemy po swoje. Że jesteśmy lepsi, mentalnie przygotowani do zdobywania najwyższych celów. Że nasza piłkarska armijka jest przygotowana, nie do wygrania eliminacji, dojścia do bezsensownego ćwierćfinału, a do walki o pieprzony Puchar Świata.  

czwartek, 24 sierpnia 2017

Telewizja publiczna i przyjaciele

Poniższy tekst jest w pewnym stopniu nadużyciem, ponieważ telewizji w telewizorze prawie nie oglądam. Nie oglądam, a mam pretensje. Taki mnie duch opanował, protestacyjny. To „prawie” ma wyjątki. Pierwszy dotyczy sportu, drugi programów informacyjnych.

Na dodatek, jeśli chodzi o sport, doceniam starania, owocujące odzyskaniem transmisji imprez ważnych. Nie w tym rzecz. Proszę tylko, o odpowiedź na najprostsze w świecie pytanie:

- Jak to jest możliwe, że kanał TVP Sport nie jest dostępny w najtańszej ofercie komercyjnych platform cyfrowych?

Wbrew pozorom jest to bardzo poważna kwestia, która dotyka sedna telewizyjnego biznesu. TVP wykładająca miliony na transmisje, jawnie klęka przed Solorzami tego świata, zupełnie jakby nie miała żadnych atutów w ręku, bo chcąc oglądać transmisje na takim cyfrowym Polsacie, trzeba dorzucić dodatkowo do sakiewki, dzierżonej przez zaprzańców tego świata. Wiem, ponieważ moja szanowna teściowa, ma zarówno telewizor, jak i cyfrowy Polsat właśnie.

Oczywiście, można oglądać TVP Sport w necie. Tyle, że stream produkowany przez TVP jest tak beznadziejny, że ostatnie pucharowe mecze nieszczęśliwego Lecha Poznań musiałem oglądać na stronach piratów, transmitujących stream TVP, bo na oryginalnym paśmie było to niemożliwe. Nie był to jedynie mój problem, o czym świadczyły komentarze innych meczoholików.

Druga kwestia, to programy informacyjne, bo o tak zwanej publicystyce, szkoda w ogóle pisać. 

Początkowo, nie ukrywam, dla samej satysfakcji, że nie muszę wreszcie oglądać fałszywych gąb, zaprowadzonych w telewizji za peowskiej komuny, oglądałem TVP Info na ekranie mojego monitora. Już nie mogę. Tak, jak wywaliłem TVN24 czy pozujący na obiektywizm Polsat, tak pozbyłem się też manii oglądania/słuchania, naszej rzekomo, telewizji publicznej.
Niewiele wymagam, że pozwolę sobie przypomnieć słynną wypowiedź Arystydesa Brianda o podległym mu korpusie dyplomatycznym, ale… Kto zna, wie. Kto nie zna, niech się podciągnie we własnym zakresie.

Czy oddzielenie informacji od publicystyki wymaga jakichś nadzwyczajnych umiejętności? Jakiegoś wielkiego rozumu? Przy kolacji mam często nieprzyjemność oglądać Wiadomości.  Ten, podstawowy program informacyjny jest po prostu chory! To nie jest czas na prezentację felietonów wzmożonych prawicowo redaktorów, tylko na podanie informacji, do cholery! Guzik mnie obchodzą przemyślenia młodego Wildsteina, Rachonia, czy kto tam pisze teksty pod obrazki. One są niewarte nawet tego przywołanego guzika. I ten głos lektora, żywcem z komuszych kronik. To akcentowanie, oburzenie…

Walę w tę hucpę, ile mogę na twitterze, a w zamian czytam, że tak trzeba, bo TVN, bo Wyborcza… A może ja mam taki kaprys, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w świecie, poza zamachami terrorystycznymi? A może nie interesują mnie kłamstwa Wałęsy, który od lat jest tylko postacią żywcem wyjętą z dzieł Mikołaja Gogola? Informacji łaknę, nie komentarza! Czy to tak trudno pojąć?

Filmów ani, pożal się Boże, rozrywki nie oglądam. No czasami, z przywołanych powyżej kolacyjnych powodów, teleturniej „Jeden z dziesięciu” ale Sznuk, to jest Sznuk! Gdyby tak resztę podciągnąć do jego poziomu… Marzenia, prawda, ściętej głowy.