czwartek, 29 grudnia 2016

Jaśnie Oświecony Poseł Nitras. Teksty z Roku Pańskiego 2009

W internecie, wyobraźcie sobie, nie giną nawet moje teksty. Na przykład: Sławę zdobył poseł Platformy Obywatelskiej, pan profesor Nitras.  Siedem lat temu napisałem o pośle Nitrasie sześć tekstów. Na swoim macierzystym blogu znalazłem nawet specjalną zakładkę „Archiwum o pośle Nitrasie”. No proszę!
Jeśli ktoś ma dobrą pamięć, łatwo zakuma konteksty. Jeśli nie, wygugla. A ja z lenistwa, a może z wrodzonej złośliwości, przypomnę je w oryginalnej postaci. Ha, w bardzo ciekawych rolach i konfiguracjach występowali... Roku Pańskiego 2009 zdarzyło się bowiem:

Tekst 1. Chłopaki z SKL. Nitras pomawia, a Rokita moralizuje – część pierwsza

Poseł Nitras dwa lata temu, aby poprzeć swojego partyjnego kolegę, pana Piotra Krzystka pomówił kandydatkę PiS, panią Teresę Lubińską o to, że jako minister finansów w rządzie PiS umorzyła długi prominentnemu działaczowi Samoobrony. Wszystko zostało już w sposób charakterystyczny dla naszych mediów i opinii publicznej zapomniane, przykryte stertami innych spraw innych, równie ciekawych i bulwersujących i byłaby jak to u nas mówią „z gęsi woda” gdyby nie sam Nitras, któremu zebrało się nagle na ekshibicjonizm i w wywiadzie udzielonym w Rzepie, pani Lichockiej powiedział tak:

„ gdy oskarżałem o to Lubińską, wiedziałem że to nie ona podejmowała decyzje i że potem będę musiał przepraszać. Ale efekt został osiągnięty – opowiada mi, a ja po raz pierwszy chyba słyszę tak szczere i tak cyniczne wyznanie działacza Platformy”

Tutaj jest ten słynny wywiad:

http://www.rp.pl/artykul/61991,199887_Delfin__na_dworze__Platformy.html

Teraz niestety zjeżdżamy na pobocze:

W tym wywiadzie wspomniano mimochodem o tym, że Nitras jako dwudziestokilkulatek został prezesem spółki „Kruszywa S.A.” Czytamy:

„Zatem Nitras mówi mi otwarcie, że jego pierwsza praca w biznesie była z czysto politycznego układu. Namówił go na nią Wiesław Walendziak – Chodziło o stanowisko prezesa koszalińskiej kopalni „Kruszywa SA” – opowiada Nitras. Był wtedy dyrektorem gabinetu wojewody koszalińskiego z AWS. W kamieniołomie po raz pierwszy na taką skalę pokazał swoją energię. – Wyprowadził ją na prostą i dobrze sprywatyzował – podkreśla Paweł Poncyljusz.

Nitras opowiada, że kopalnia była wówczas państwową firmą przynosząca straty i zarządzaną przez ludzi głęboko wrośniętych w PRL. Na kruszywie zarabiali pośrednicy, którzy kupowali po niskiej cenie surowiec z kopalni, a sami po kilkakrotnie wyższej sprzedawali na rynku. Do tego tajemnicą poliszynela było, że dosyć powszechnie kopalnię zwyczajnie okradano. Nitras w pierwszym tygodniu urzędowania wynajął firmę ochroniarską do pilnowania kopalni. Po tym pierwszym tygodniu zebrała się rada nadzorcza i go… odwołała. Wtedy jednak do ostatecznej dymisji potrzebna była decyzja ministra skarbu, a ten Nitrasa nie pozwolił usunąć. W ciągu roku wyciągnął przedsiębiorstwo na duży plus.

Po prywatyzacji kopalni Nitras jednak z firmy odszedł. Nowy inwestor, francuski koncern Lafarge, jak opowiada Nitras, nie dotrzymał dżentelmeńskiej umowy, jaką zawarł z młodym prezesem. Umowa przewidywała, że gdy urodzi się dziecko, którego spodziewała się jego żona, firma otworzy biuro w Szczecinie, żeby nie musiał pięciu dni w tygodniu spędzać poza domem. Kiedy jednak przyszło do spełnienia zobowiązania, Nitras usłyszał, że nie teraz, może za rok, bo w budżecie nie ma pieniędzy na otwarcie nowego biura. – Zirytowałem się – opowiada. – Umowa była ustna, ale takich umów też trzeba dotrzymywać! Uniosłem się honorem i zwolniłem z dnia na dzień ku rozpaczy żony”

Przepraszam, ale czy ktoś z PT czytelników zachował zdolność czytania ze zrozumieniem? Na wszelki wypadek przetłumaczę z polskiego na nasze!

Facet z politycznego nadania zostaje szefem państwowej spółki. Robi w niej porządek ( przynajmniej wedle jego słów ) – firma zaczyna zarabiać a wtedy pomaga opylić ją, czyli sprywatyzować. Opyla ją wraz z sobą jako Prezesem, a gdy nowy pracodawca nie chce spełnić jego specjalnych żądań – odchodzi.

Akurat tak się składa, że „Lafarge`a” znam z widzenia. Przy drodze do mojej firmy była przesypownia cementu „Kruszywa S.A.”. Gdy obok niej otworzyliśmy swój oddział, kupowaliśmy tam cement, bo wiadomo - wielkie remonty. I nie było „zmiłuj” Trzeba było wystawać w kolejkach. W 21 wieku – drodzy Państwo! Nastał „Lafarge” Najpierw zlikwidował sprzedaż detaliczną, potem hurtową. Przesypownia poszła na złom. Urządzenia pocięto i w firmie została waga samochodowa, stróże i dorodny wilczur biegający wzdłuż płotu.

Teraz, „nomen – omen” mieści się tam filia „Centrozłomu – któremu daj Boże zdrowie, bo dorodny wilczur jak biegał tak biega wzdłuż płotu i może nawet jest jeszcze bardziej dorodny niż kiedyś. Tyle o „Lafarge” O losach kopalni kruszywa udanie sprywatyzowanej przez pana Nitrasa, też pewnie ktoś coś wie. Przezabawny jest na stronie PO, opis kariery posła Nitrasa:

http://www.nitras.pl/kariera-zawodowa.html

Dla kogoś kto ma firmę, albo tak jak ja pracuje dla firmy na ostrym – konkurencyjnym rynku jest to tekst… no – napiszę, że od dzisiaj będzie to dla mnie tekst „kultowy”. Szczególnie polecam fragment:

Po odejściu z Lafarge`a pan poseł próbuje działalności biznesowej wykorzystując kontakty i wiedze nabytą u dotychczasowego, niewdzięcznego pracodawcy. No, ale właściciel czy tzw większy wspólnik nie daje rady - czytamy:

„ W pierwszej chwili myślałem, że wszystko skończone. Byłem przekonany, że nikt mi nie zaufa. Poczucie, że w branży ma się złą opinię to rzecz najgorsza jaka może przytrafić się w życiu zawodowym.

Trzeba jednak wierzyć w ludzi. Pomógł mi jeden z moich klientów – człowiek, od którego kupowałem kruszywa i który został oszukany na znaczną kwotę przez mojego szefa. Uznał jednak, że to nie moja wina. Zgodził się sprzedawać mi dalej, zabezpieczając się wekslem na moje mieszkanie i drastycznie skracając mi terminy płatności. Dzięki pożyczce mojego Taty i szwagra pojawiła się nadzieja. Nadzieja nie tylko na pracę, ale i na samodzielność. Udało się ją wykorzystać”

Niestety, ale muszę podzielić tekst. Jak na zwykły blog - tak czy tak nadużyłem Państwa cierpliwości. Wieczorem postaram się napisać i wkleić drugą część.

Zadam przy okazji kilka pytań i w zgodzie z tytułem będzie tam o Panu Rokicie – naszym czołowym moraliście. Szczerze przyznam, że chociaż wywiad z posłem Nitrasem czytałem w „Rzeczpospolitej” w oryginale ( ukłony dla Igora Janke ) to dopiero dzisiaj zauważyłem wątek związany z firmą „Lafarge” i nieco zboczyłem z głównego nurtu wywodu.

Wrócimy, wrócimy – panowie politycy!

Tekst 2. Chłopaki z SKL. Nitras pomawia, a Rokita moralizuje – część druga


Pan Jan Maria Rokita jest niewątpliwie politykiem z tak zwanej „górnej półki”

Zarzucają mu niektórzy, że zmienia partie jak kapelusze, ale ogólne wrażenie jest takie, że to partie nie spełniają wyśrubowanych przez pana Rokitę standardów.

Także teraz gdy chwilowo przebywa na politycznych wakacjach, pisząc w Dzienniku – przecież nadal prowadzi kampanię mającą na celu tychże standardów podniesienie. Słusznie wytyka czynnym kolegom brak powagi, której on sam ma w nadmiarze. Męczy i smuci Pana Rokitę nędza postpolityki.

Oczywiście, gdy działał w PO - gdy w PO był jedną z najważniejszych twarzy – wokół jego osoby gromadzili się inni, mniej rozpoznawalni publicznie politycy. Nic w tym złego – to naturalne.

Naturalne jest też to, że gdy odchodził, część z nich by utrzymać swoją pozycję w partii musiała „na gwałt” znaleźć nowego mentora.

Nikogo a już najmniej mnie – nie dziwi, że tym mentorem stał się dla większości z nich - Pan Schetyna – lider Platformy Obywatelskiej. Niektórzy musieli dla zaakcentowania swej decyzji nawet lekko szturchnąć pana Jana.

Podobno Nitras do nich nie należał, ale to dzięki posłowi ze Szczecina, pan Rokita znalazł się w tym tekście - w arcyniewygodnej roli moralisty oraz autorytetu w sprawach podwyższania standardów.

Przypomnijmy sekwencję wydarzeń:

- W 2006 Pan Nitras pomawia panią Teresę Lubińską, by pomóc w kampanii samorządowej Panu Krzystkowi, który wybory wygrywa – sam Nitras za to przegrywa w trybie wyborczym proces o pomówienie. Odwołuje się i znowu przegrywa. Sprawa usycha medialnie i powraca dopiero teraz, po tym jak poseł PO, sam z siebie – wcale nie torturowany przecież przez Panią Lichocką przyznaje, że pomawiając konkurentkę Pana Krzystka, miał świadomość jej niewinności.

Wyniki samorządówki tutaj:

http://wybory2006.pkw.gov.pl/kbw/geoPowiat.html?id=326201&type=0#wbp

( z wyników wynika jednoznacznie, że pan Krzystek tak czy tak by wygrał, tyle tylko, ze w drugiej turze byc może nie zobaczylibysmy Piechoty z SLD )

- W 2007 Podczas kampanii wyborczej tym razem sam Nitras staje w szranki wyborcze. Wygrywa a do Szczecina spieszy mu na pomoc – nie, wcale nie „tajemniczy Don Pedro” – tylko Pan Jan Rokita, obsadzony tutaj, znowu to zlośliwie przypominam - w niewygodnej roli moralizatora i moralnego autorytetu.

http://www.wiadomosci24.pl/tag/Nitras

Ja rozumiem, że człowiek karmiony medialną papkę mógł zapomnieć, nie skojarzyć faktów – ale chyba nie taki polityk jak Pan Rokita?

Byłyby powiązania koleżeńskie, wspólna przeszłość w SKL ważniejsze niż deklarowane wielokrotnie przywiązanie do wysokich standardów uprawiania polityki?

Mniejsza nawet z tym. Wbrew pozorom nie jest moim zamiarem robienie z Pana Rokity jakiegoś politycznego diabła. Wręcz przeciwnie!

Tekst napisałem po to by zadać jedno pytanie.

Skoro ktoś taki jak Pan Rokita nie widział niczego zdrożnego w udzieleniu poparcia koledze, który dwukrotnie dostał przed sądem w tyłek jako oszczerca, co musi się dziać między politykami, którzy nie podnoszą sobie tak wysoko poprzeczki moralnej jak JMR? Jak to wygląda wśród tych, którzy nie wymawiają słowa „Ojczyzna” z tak dużej litery, jak Pan Jan?

Chciałbym się dowiedzieć jak to wygląda wśród tych, którzy nie muszą zgrywać konserwatystów? ( wiem, wiem - to jest pytanie retoryczne )

Na koniec strzelę sobie z biodra prognozą: Już po Nitrasie i jego karierze!

Nie naciągnie minister Schetyna kołderki zapomnienia i wybaczenia na posła Nitrasa. Na Drzewieckiego tak – już się to zresztą dzieje – ale kołderka jest za krótka dla całego dworu Schetyny. Poseł Nitras jako pozostałość po „dworze Rokity” nie jest specjalnie cennym sojusznikiem w walce o władzę w partii.

Jak to mówią „ wojna trwa – straty muszą być”

Niemniej poseł Nitras jako były konserwatywny liberał może przecież znaleźć miejsce w nowotworzonej partii, zwanej przez złośliwców „Polskie oczko” – tyle tylko, że musi najpierw podwyższyć sobie standardy.

Bez tego nic, bo poprzeczkę zawiesza tam pewnie, gromiący bezlitośnie naszą klasę polityczną – Pan Jan Maria Rokita.


Tekst 3. Dialog uzupełniający


- Jak się o tym dożynaniu watach słyszało, to aż serce w człowieku rosło, że będziemy – wiem, że to tylko taka przenośnia – no, że będziemy tych pisowców wrednych ganiać do skutku. Fakt, że gdzie się dało to daliśmy im popróbować bobu! Nalazło się tego wszędzie, ale nie ustawaliśmy w swej pracy i niektórzy z braku pisowców, zaczęli naszych ludzi dożynać, jeden drugiego - drogi panie!

- ?

- Co się pan tak dziwi? Trzeba walczyć, bo inaczej nim się człowiek obejrzy już siedzi w dziesiątym rzędzie a zamiast słodkich owoców władzy tylko gorycz i na komendę rąk podnoszenie. Zna pan Gawłoskasa – szefa zachodniopomorskiej PO? Nie – mniejsza z tym. Nie dość, że szef Regionu to jeszcze wiceminister ochrony środowiska. Taki działacz! Wydawał się, że nie do ruszenia, przynajmniej w Regionie, bo w rządzie to wiadomo, że czasem trzeba robić za kozła – znaczy się kozła ofiarnego. Zobacz pan, że nagle Nitrotas - zna pan Nitrotasa? – No właśnie ten sam – wymyślił taki haczyk, że - bo w statucie partii napisano, że nie można łączyć kierowania Regionem i takiego stanowiska w rządzie, jak na przykład minister albo nawet wice. Wymyślił to bardzo sprytnie bo wakujące stanowisko jakby na jego miarę skrojone, a poza tym po całości uderza akurat w ludzi Tuskoidesa, bo tu nie tylko o ten Region chodzi. Chociaż zrobiło mu się teraz gorąco, to przecież prze do przodu, bo każdy wie, że najlepszą obroną jest parcie!

- Najlepszą obroną jest atak. Tak słyszałem.

- Właśnie! No to się zabrał za Gawłoskasa - a zabrał się za Gawłoskasa wierząc w poparcie Schetynokratesa. Zna pan Schetynokratesa? – Przepraszam, wiem, że to oczywiste. Ja tak z przyzwyczajenia się pytam, bo pan widzę w polityce głęboko nie siedzi. Mniejsza z tym. Wierzy w poparcie Schetynokratesa, bo wie, że Premier w życiu, ale to w życiu się na jego kandydaturę nie zgodzi! No ale skoro sam Schetynokrates będzie za – pan rozumie? Remis ze wskazaniem.

- Jak w boksie?

- Dokładnie! Tyle tylko, że wczoraj Schetynoktates odwołał jakąś tam Konwencję Samorządową w Szczecinie a co gorsza wyraził się prawie, że publicznie:

- Nie będziecie mnie na minę wsadzać! – Tak powiedział a pił wiesz pan do czego? – Do sprawy Nitrotasa i innych tamtejszych wydarzeń, o czym Grubon informuje Tuskoidesa, a Schetynokrates o tym wie, bo niby czemu miałby nie wiedzieć? No to i powstała niepewność oraz stan rozgoryczenia u Nitrotasa co do własnych swoich dalszych losów. Trochę to pogmatwane, ale to jest właśnie polityka. Trzeba mieć głowę na karku.

- W pewnym sensie chyba nie bez powodu się niepokoi?

- Jasne, że nie bez powodu! W sejmie szum się zrobił. Pisowczyki się cieszą i biegają jak poparzeni, plotki roznoszą, wydruki z jakichś blogów - i w ogóle kryzys, że tak powiem. Lokalny, więc może lepiej kryzysik, ale jest i nas od wewnątrz kąsa.

- Rozumiem, ale…

- Czekaj Pan – teraz będzie najlepsze! Lubi pan westerny? – zresztą nieważne. Na ukojenie nerwów poszedłem sobie posiedzieć przy kawce w tej naszej Hawełce. Tak – tam gdzie ten wasz Osieckopulos wysiaduje całymi dniami! Poszedłem, siedzę i kawkę popijam, ploteczek słucham – Dziennik sobie niby to czytam, ale widzę, że wchodzi Nitrotas – cały w dąsach. A tak się złożyło, że akurat pierwszy żołnierz Tuskoidesa sam Grupon wychodził. Znasz Pan posła Grupona? – Tak – ten sam, co jest ministrem w KPRM. To zaufany człowiek Premiera. Ale zaufany tak naprawdę i w całości A pamięta pan co panu mówiłem przedtem, że Nitrotas, kogo teraz obstawia…?

- Schetynokratesa

- No właśnie!

- Niech pan teraz uważa, bo to jest scena wręcz powieściowa! Do tej swojej opowieści, do tego „Golema” w sam raz – i nie musi pan nic wymyślać. Znają się od lat, są po imieniu i w ogóle – pan rozumie?

- Nitrotas i Grupon?

- Tak - I nagle, dzisiaj - Nitrotas zwraca się do Grupona tak: Nieładnie się pan bawi, panie Grupon!

Ten nic. Płaci za kawę i milczy a Nitrotas, już wyraźnie wkurzony powtarza: Nieładnie się pan bawi panie Grupon!

- Ale w co się bawi?

- W to co się w Szczecinie dzieje – Że Tuskoides o ich lokalnych ekscesach dowiaduje się ze szczegółami - włos mu się jeży i takie tam. W tym rzecz, że Grupon nie reaguje na zaczepkę, mija go i wychodzi jak gdyby nigdy nic.

A dodam w tym miejscu, że od chwili na Sali, cisza jak makiem zasiał. Tylko słychać jak posłowie z PSL mieszają herbatę. I w tej ciszy Nitrotas krzyczy za odchodzącym Gruponem:

- Zajmując się mną może pan zachorować! – tak sobie do ministra w kancelarii Premiera krzyknął w tym wkurzeniu. Zupełnie jak w filmie jakimś. Grupon powoli wraca. Wszyscy zdębieli do reszty, bo sytuacja zapachniała mordobiciem. Zupełnie jak w filmie!

- Czy - to - jest - groźba - karalna? – Grupon mówi powoli, akcentując każde słowo. Ani odrobiny emocji! Western, poker i w ogóle zapachniało sprawą sądową.

- Nie, gdzieżby znowu! – odpowiada pospiesznie Nitrotas, a Grupon odwraca się i wychodzi.

- Czyli do niczego nie doszło?

- Tym razem na szczęście nie, ale niech pan zobaczy do czego my doszliśmy!

- Może kawy, panie pośle?

- Nie dziękuję. Opiłem się w Hawełce i teraz mnie mdli.


Tekst 4. Miller i Nitras stracili okazję, by siedzieć cicho

Jeszcze tylko brakowało wypowiedzi Leszka Millera na temat sporu kompetencyjnego między Prezydentem a Premierem! Brakowało ale już nie brakuje, bo oto człowiek lewicy, były premier, facet który aby zdobyć jakieś fanty wysiadywał jajko w programie „Wysiadujemy jajko z gwiazdami” uznał za stosowne wypowiedzieć się o Prezydencie Kaczyńskim tak:

"On tam jest pośmiewiskiem. Wielu moich znajomych mówi mi to wprost"

I powiedział tak w wywiadzie dla gazety.pl – tyle, że ja mam linka do Dziennika, bo w na stronie Gazety, zaciekawiło mnie co innego, a sprawiedliwość musi być. Ale najpierw skończmy z żyrardowskim królem politycznego obciachu.

Miller dodaje: „Lech Kaczyński nie potrafił wtedy podjąć decyzji w sprawie systemu pierwiastkowego” Znalazł się „pierwiastek” naszej polityki. Dziewica w czerwonym fartuszku z gwiazdką – Pożal się Boże!

"Według Leszka Millera nasz prezydent od tego czasu uważany jest w Brukseli za osobę niepoważną. Lepiej, by trzymał się z daleka. Nie odegra tam żadnej roli. Tylko co najwyżej zaszkodzi swoją niekompetencją" - nie ma wątpliwości polityk lewicy”

Ludzie! I to mówi polityk, którego wstydzi się piecioprocentowy SLD, mające za przywódcę typka w rodzaju Napieralskiego! Czy ktoś pojmuje skale obciachu?

Dziwię się, że jeszcze nikt w mediach nie wpadł na pomysł by o niekompetencji Prezydenta wypowiedział się pan Lepper. To znaczy nie wiem, czy nie wpadł. Ja nie zauważyłem.

http://www.dziennik.pl/polityka/article250750/Miller_Kaczynski_to_posmiewisko.html

Ale co tam Lepper – szukając oryginalnego wywiadu na stronie Gazety, znalazłem wypowiedź mojego ulubionego posła Nitrasa, który nagle się wykaraskał z opresji i zgromił z tej radości nie tylko Lecha Kaczyńskiego ale, uwaga:

„Poseł Sławomir Nitras nie kryje zaskoczenia tym, że prezydent Sarkozy przesłał zaproszenie dla Lecha Kaczyńskiego”

Nie kryje zaskoczenia i „ma nadzieje, że nie będzie śmiesznie”

Informuję Pana, panie pośle, że już jest śmiesznie. Zamiast po nieudanej próbie przejęcia władzy w zachodniopomorskim regionie PO siedzieć cicho, zaraz się pan bierze za prezydenta Francji. Ma pan szczęście, że były Chirac nie wczytuje się w portal wyborczej.

Już on by Panu powiedział do słuchu – niech pan spyta Leszka.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,5808838,Nitras__Mam_nadzieje__ze_nie_bedzie_smiesznie.htm

Tekst 5. Posiadacze zatrzymani

Najpierw nabrałem przekonania, że skoro wraca socjalizm, gdyż coraz głośniej o tym, by rynkiem oraz gospodarką rządziło państwo, ktoś pochopnie zaczął zatrzymywać posiadaczy ziemskich i nowa arystokracja z PSL czy Samoobrony trafiła w dyby, ale okazało się, że chodzi tylko o głupie posiadanie narkotyków.

Radio Zet doniosło:

„Przewodniczący Sejmiku Zachodniopomorskiego Michał Łuczak oraz szef powiatowej Platformy Obywatelskiej i starosta Polic Cezary Atamańczuk zostali zatrzymani przez zachodniopomorską policję. Obaj samorządowcy mieli przy sobie narkotyki. Znaleziono przy nich amfetaminę, tabletki i susz roślinny”
Samorządowcy zatrzymani zostali w piątek wieczorem w czasie rutynowej kontroli na drodze - mówi Maciej Karzczyński z zachodniopomorskiej policji. Jeszcze dzisiaj usłyszą zarzuty. Za posiadanie narkotyków grozi im do trzech lat więzienia. Na razie nie wiadomo, czy zatrzymani samorządowcy byli pod wpływem narkotyków. Przesłuchania trwają”

Niby nic wielkiego, ale dla mnie – skromnego blogera – patrz poprzedni post – jednak wyraj i uciecha, bo to mianowańcy, współpracownicy oraz kumple mojego ulubionego posła Nitrasa, o którym tak mi się dobrze pisało całkiem niedawno:

http://jacek.jarecki.salon24.pl/7520,Nitras,tag.html

I żeby nie było, że jako prowincjonalny bloger powielam ogólnie znane informacje, przeniosę moich czytelników na chwilę na obrady Rady Krajowej PO w myśl zasady, że blogerzy są wszędzie!

Oto przemawia akurat Marszałek Komorowski, a wiadomo każdemu przytomnemu, z czym poza Bobem Marleyem i rumem się kojarzy ta cała Jamajka, gdy jednocześnie na komórki zebranych nadchodzi ta przykra wiadomość, wieść o zatrzymaniu posiadaczy.

No to zaraz szeptu … szeptu … a po trzech minutach na wyświetlaczach komórek należących do szczecińskich posłów PO pojawia się SMS z innego niż oficjalne źródła o żartobliwej treści.

„Trzech szczecińskich liderów PO zatrzymanych za posiadanie narkotyków!

Przepraszamy, dwóch. Trzeci nie został zatrzymany bo spieszył się do studia TVN24”
A nie pisałem, że blogerzy są wszędzie? Głowa do góry – piękne Panie i mężni Panowie!

Tekst 6. Bystrzy i dowcipni politycy

Dopiero premier załagodził sytuację na wesoło, że bystry ten Atamańczuk i dowcipny. A jak ma nie być bystry skoro to były działacz PO i samorządowiec z Polic, przecież nie z nadania PiS? To jak ma być ciemny?

Nawet przez chwilę nie wątpiłem, że to bystrzak. Czy w takiej partii jak PO mógł się jakiś ciemniak ukryć? No, tyle, że dał się złapać, ale potem pełna klasa i żadnych zastrzeżeń.
Chciał Nitras do Europy to Atamańczuk pokazał papierek. Pokiwali wszyscy głowami nad papierkiem i „poszły konie po betonie” - jak to u mnie na wsi mówią.

Niektórzy to ponoć uwierzyli nawet, że naprawdę się tym papierkiem zrzekł, a jeszcze inni z tego przejęcia teraz udają, że pierwsze słyszą o jakimś tam Atamańczuku, a jak słyszeli to są wielce zawstydzeni jego postawą i o honorze zaczynają opowiadać.

Już oczywiście zapomnieli, jakie wojny odstawiał Nitras na Pomorzu chcąc zostać szefem regionu PO kosztem Gawłowskiego, na zasadzie zakazu łączenia stanowiska ministerialnego z partyjnym szefowaniem?
Wy też pewnie nie pamiętacie, co? Czyli słusznie zaprzestałem pisać tego całego „Golema” bo wszyscy brali to za żarty jakieś.

http://amazoniawweekend.blogspot.com/2009/05/archiwum-o-posle-nitrasie-3-golem.html

Dla leniwych wkleję fragment. Nitras z Grupińskim w sejmowej Hawełce:

„- Niech pan teraz uważa, bo to jest scena wręcz powieściowa! Do tej swojej opowieści, do tego „Golema” w sam raz – i nie musi pan nic wymyślać. Znają się od lat, są po imieniu i w ogóle – pan rozumie?

- Nitrotas i Grupon?

- Tak - I nagle, dzisiaj - Nitrotas zwraca się do Grupona tak: Nieładnie się pan bawi, panie Grupon!

Ten nic. Płaci za kawę i milczy a Nitrotas, już wyraźnie wkurzony powtarza: Nieładnie się pan bawi panie Grupon!

- Ale, w co się bawi?

- W to, co się w Szczecinie dzieje – Że Tuskoides o ich lokalnych ekscesach dowiaduje się ze szczegółami - włos mu się jeży i takie tam. W tym rzecz, że Grupon nie reaguje na zaczepkę, mija go i wychodzi jak gdyby nigdy nic.

A dodam w tym miejscu, że od chwili na Sali, cisza jak makiem zasiał. Tylko słychać jak posłowie z PSL mieszają herbatę. I w tej ciszy Nitrotas krzyczy za odchodzącym Gruponem:

- Zajmując się mną może pan zachorować! – Tak sobie do ministra w kancelarii Premiera krzyknął w tym wkurzeniu. Zupełnie jak w filmie jakimś. Grupon powoli wraca. Wszyscy zdębieli do reszty, bo sytuacja zapachniała mordobiciem. Zupełnie jak w filmie!

- Czy - to - jest - groźba - karalna? – Grupon mówi powoli, akcentując każde słowo. Ani odrobiny emocji! Western, poker i w ogóle zapachniało sprawą sądową.

- Nie, gdzieżby znowu! – Odpowiada pospiesznie Nitrotas, a Grupon odwraca się i wychodzi.”


Było, minęło. Nitras będzie nas reprezentował w Parlamencie Europejskim, a jego koleżka, współpracownik i mianowaniec w Sejmie. Akurat za żadnego z nich osobiście nie muszę się wstydzić, bo nawet końmi nikt by mnie nie zaciągnął, bym głosował na takich typków.

Fajnie też było jak policja zatrzymała Atamańczuka z Łuczakiem. Informacja o tym przykrym wydarzeniu dotarła akurat podczas Rady Krajowej PO i ….

„Oto przemawia akurat Marszałek Komorowski, a wiadomo każdemu przytomnemu, z czym poza Bobem Marleyem i rumem się kojarzy ta cała Jamajka, gdy jednocześnie na komórki zebranych nadchodzi ta przykra wiadomość, wieść o zatrzymaniu posiadaczy.

No to zaraz szeptu … szeptu … a po trzech minutach na wyświetlaczach komórek należących do szczecińskich posłów PO pojawia się SMS z „innego niż oficjalne” źródła o żartobliwej treści.

„Trzech szczecińskich liderów PO zatrzymanych za posiadanie narkotyków!

Przepraszamy, dwóch.

Trzeci nie został zatrzymany, bo spieszył się do studia TVN24”


I teraz na koniec sobie popatrzcie. Za pomocą kawałka papieru zrobiono samego Pana Premiera w balona. Zaufał człowiek, wystawił do Europy, poklepał po plecach a teraz pasztet.
Dobrze, że potrafił załagodzić sytuację na wesoło, że niby, jaki bystry ten Atamańczuk a nawet dowcipny!
No bystry, a jaki ma być?

*Komentarz z końca 2016 jest taki:


Nic nowego pod słońcem!

poniedziałek, 26 grudnia 2016

O ruchach partiotwórczych

W związku z tym, że nie ma najmniejszych szans, by radykalny idiotyzm pozyskał miliony wiernych, dla ratowania podstaw bytu polskiej, jakże licznej klasy próżniaczej, na zapleczu rozpoczęły się prace nad stworzeniem nowej formacji politycznej. Słusznie zauważono, że obsuwające się w radykalizm twory w rodzaju PO czy Nowoczesnej, nie są w stanie wygrać wyborów parlamentarnych ani działając osobno, ani startując w bloku wyborczym. Niestety znalazł się w końcu ktoś, kto potrafi liczyć i analizować.
Wrogość wobec Prawa i Sprawiedliwości spowszedniała, a podsycające ją działania z daleka wonieją paranoją. To że utrzymuje się sondażowe status quo, to tylko jeden, wcale nie najważniejszy czynnik opisujący realną sytuację polityczną. Elektorat partii opozycyjnych znalazł się w niewoli jednego odruchu, a powszechnie wiadomo, że z niewolnika nie ma pracownika.
Radykałowie tego nie rozumieją, ponieważ od dawna nie rozumieją rzeczywistości w jakiej przyszło im działać. Nie jest problemem, że stracili władzę, bo to się zdarza. Problemem jest to, że nigdy jej nie odzyskają, ponieważ tak naprawdę nie są nikomu i do niczego potrzebni. Ostatnim sprytnym manewrem było stworzenie protezy o chwytliwej nazwie Nowoczesna, ale partia ta, zamiast stać się enklawą powagi, nie dość, że wyrwała się jako lider idiotyzmu, to jeszcze pociągnęła za sobą „partię matkę”. Doszło do tego, że ludzie przez osiem lat rządzący, a przez kilkanaście rozdający karty polskiej polityki, są wleczeni na sznurku przez wrzeszczącą posłankę Pomaskę i różnych, prawie męskich, troglodytów.
A elektorat? Przez rok nikt nie pomyślał, że poza nienawiścią do Kaczyńskiego, należałoby podrzucić mu trochę innej karmy. Nie wystarczy opowiadać o swoich rzekomych przewagach intelektualnych, o miłości autorytetów, celebrytów i innej, prawda, swołoczy, ponieważ jest to zupełnie pusty przekaz.
Dlatego opłaca się wykonać teraz manewr stwórczy, i manewr ten zostanie wykonany, a jego ofiarą padną w tej kadencji, udający liderów radykałowie, ciamajdanowcy, oraz maniacy Nowoczesnej, z Ryszardem na czele. Do końca nie pojmą, że to nie PiS zasadza się na nich, i będzie to widowisko zabawne.
Oczywiście nowy twór będzie związany z Tuskiem, bez względu na to, czy powróci teraz, czy za trzy lata, bo i tak, prawdziwa walka o władzę rozegra się za siedem lat.
Strategia formacji, która powstanie, będzie polegała na powolnym, namaszczonym marszu, pod państwotwórczymi hasłami. Przeszłość zostanie odrzucona, wewnętrzne opozycje wołające o „tu i teraz” zdeptane, a wojujący swym brakiem jakiejkolwiek powagi, zostaną zmieleni w wielkim młynie zapomnienia.
Początkowo nowy twór będzie traktowany jako platforma ucieczkowa, dla elektoratu „byle nie PiS” ale dość mającego głupoty i wyskoków obecnych liderów opozycji. Przez nią samą zaś, z powodów personalnych jako sojusznik. Nim się zorientują, znikną.
Ktoś się spyta, po co to wszystko, i czy nie lepiej twardo, całą bandą, zjednoczeni przeciw Kaczystom?
Oczywiście że nie, choćby z jednego, zasadniczego powodu:
Aby wygrać wybory, należy nie tylko zaaprobować zmiany, jakie rządząc, wprowadził PiS, ale wchłonąć je, przetworzyć i wskazać drogę ich kontynuacji, zachowując przy tym prawie całkowitą neutralność. Albowiem odkąd polityka stała się odczuwalna realnie jako zmiana, związana z codziennym życiem, pustosłowie i przepraszam za wyrażenie „pieprzenie w bambus” nie wystarczy. 

niedziela, 25 grudnia 2016

Prawo do powrotu. Trzeci fragment.

Moi dzielni bohaterowie połknęli po sto trzydzieści stron. Dołączył do nich, a właściwie został dołączony redaktor Majewski, postać fikcyjna, choć jak to mówią: oparta na faktach. I wyobraźcie sobie, że tam, w świecie powieści, zebrało im się na ględzenie o blogosferze. Ludzie są jednak dziwni...
Cała ta jej historia była sztampowa i przewidywalna do ostatniego przecinka, ale ratował ją rys autoironii, co rusz wypływający na powierzchnię snutej przy ognisku opowieści. Jakby patrzyła z dystansu. Ze zrozumieniem, bez wybielania swej roli w wydarzeniach, które zaszły nieodwracalnie i sprawiły, że teraz siedziała wśród nas. Nie szukała współczucia. Po prostu rozliczała się z tym, co było i być może po raz pierwszy miała wokół bezinteresownych słuchaczy. Nikt nie udzielał jej rad. Nie przerywał, by wspólnie z nią pomstować na doznane zdrady i krzywdy.
W pewnym momencie zauważyłem ruch ręki Jędrzeja, który najwyraźniej chciał ją pogłaskać po związanych w grubą kitę rudych włosach, ale cofnął dłoń zawstydzony. Być może zrozumiał, że taki, prawie ojcowski gest, uświadomiłby jej dzielącą ich różnicę wieku.
Leżałem nie dalej niż dwa metry od nich, ale w jakiś dziwny sposób zostałem wykluczony. Tak przynajmniej to wówczas odczułem. Jakbym ich podglądał, podsłuchiwał. W tym wykluczeniu nie było krztyny poniżenia czy wyższości. Nie doskwierało mi, ale wbrew sobie poczułem ukłucie zazdrości.
Stanowili grupę, a ja nigdy nie potrafiłem zbliżyć się do grupy ludzi na tyle, by stać się jednym z jej członków. Nie potrafiłem wykrzesać z siebie entuzjazmu, dać się zarazić cudzą pasją, udawać zainteresowania sprawami, które miałem za błahe.
Ale przy tym ognisku chciałem być jednym z nich. Opowiedzieć im własną historię, tyle że mnie nie słuchaliby w ten sposób. Jędrzej zacząłby dowcipkować, a ja ubarwiać opowiadanie, zmieniając moje życie w serię anegdot. Umiałem wywołać śmiech, ale nie współczucie czy zrozumienie. Nigdy przedtem nie wadziło mi to specjalnie, bo byłem mężczyzną. Bo tworzyłem fabuły i światy. Bo bez wyraźnej przyczyny przyznałem sobie rangę komentatora, recenzenta rzeczywistości. Bo byłem uzurpatorem nienależnej mi godności. Bo, bo...
- Poznałem tego łajdaka przez internet, ale nie łudźcie się, nie na profilu randkowym. – Usłyszałem głos Jędrzeja i od razu wiedziałem, że będzie mówił o mnie. Jakby wyczuł moją potrzebę zaistnienia w ich kręgu.
Mówił z charakterystyczną dla siebie swadą, kreśląc na marginesie zgrabny portret nieistniejącej już grupy politycznych blogerów. Mylił swoim zwyczajem nicki, nazwy portali, ale idealnie oddawał atmosferę tych, jak później uznaliśmy, straconych lat. Absurdalne w miejscu, gdzie byliśmy, ale nie bardziej niż jakakolwiek opowieść z życia wzięta. Wbrew jego woli odżywały dawno zapomniane emocje i przyszło mi do głowy, że był to równie dobry świat jak każdy inny.
Krystyna, choć sprawy, o których mówił, były dalekie od jej doświadczeń, pilnie wpatrywała się w niego, od czasu do czasu potakując i śmiejąc się w odpowiednich momentach.
Co innego Majewski. Tą opowieścią Jędrzej wsadził go, jak to mówią, na konia. Siedem lat nie stępiło w nim niechęci i pogardy, jaką żywił do internetowych pisarczyków. Nie musiał nic mówić, bym to zauważył. Dostrzegł to i Jędrzej, a ten, im lepiej odczytywał grymasy redaktora, tym mocniej naciskał, starannie omijając w swej opowieści rolę Majewskiego, na nieistotnym już przecież rynku idei. Zrozumiałem, że to dalszy ciąg zmagań o kobietę i śmiałem się w kułak, z przebiegłości mojego przyjaciela.
Oto szlachetne klawiatury w nierównym zmaganiu z grubo płaconymi manipulatorami, z dziennikarską szczujnią. Im mocniej mówił o naszej zbiorowej i indywidualnej naiwności, im staranniej podkreślał niedoskonałości, błędy i zaniechania, tym mocniej uderzał w uosabianego przez redaktora przeciwnika, jednocześnie odbierając mu wszystkie sensowne argumenty. Nie zdziwiłem się, gdy ten zaczął oponować w stylu:
- Myśleliście, że wszystko wam wolno, a nie byliście u źródła, z nas tylko czerpaliście.
Takimi argumentami zabawialiśmy się dziesięć lat temu. Nic dziwnego, że Jędrzej witał śmiechem każdy kolejny, padający z ust niegdysiejszego Majewskiego.
I tak rozmawiali, budowali szańce, wytaczali armaty, zmagali się niczym wodzowie z czasów wojen napoleońskich, wypuszczając na siebie najeżone bagnetami czworoboki.
Przy niewielkim ogniu, pod niebem jasnym miliardami gwiazd, w świecie całkowicie im obcym, pojawiły się cienie dawnych mitów i rozdrażnień.
Na szczęście napięcie, które wytworzyli, nie przerodziło się w kłótnię. Nie podnieśli nawet głosów. Dopiłem chłodną już wodę, odstawiłem kubek i wyciągnąłem się na wznak. Tej nocy byłem zwolniony z warty. Miałem spać. Przewróciłem się na bok. Naciągnąłem koc na głowę i zasnąłem.
                                                               
                                                         *  *  *
Śniłem, że stoję na wzgórzu, patrząc z oddali na miasto, do którego nie mogłem w żaden sposób dotrzeć. Szosa była wstęgą Moebiusa, wydarte ziemi tory kolejowe celowały w niebo. Niknęły wśród niespiesznie płynących, białych obłoków. Mogłem wspiąć się po betonowych podkładach niczym po drabinie, ale nawet we śnie uznałem ten pomysł za głupi.
- Gdziekolwiek jesteś, tutaj jesteś – powiedział ukryty w mroku mężczyzna.
Letnia noc w mieście. Stałem na balkonie i paliłem papierosa. Cały blok spał. Usłyszałem syk i we śnie rozumiałem, że to dusze śpiących ludzi wołają o pokarm. Ale miasto nie zasnęło całkowicie. Nie tylko wielkie metropolie nigdy nie zasypiają.
Krążyły niewidoczne z balkonu samochody. Zamknięci w betonowych skrzynkach kobiety i mężczyźni obrzucali się wyzwiskami. Nocny drapieżnik polował ukryty w mroku. Tuż obok, za ścianą, sąsiad wybuchnął furiackim atakiem kaszlu. Natężał starcze siły jak kogut z kreskówki, daremnie próbując wzbudzić litość świata. Przebudzona żona, kobieta z którą spędził pół wieku, natychmiast wysłała go do piekła.
Kaszel nie ustawał i stał się pomostem łączącym sen z jawą.
- Kto umarł, został zapisany w czarnej księdze, a ten, co się narodził, został z niej wykreślony. – Usłyszałem jeszcze raz głos mężczyzny ukrytego w mroku.
                                                                 *  *  *
- Cholera, jasna cholera – stękał Jędrzej, podczas gdy Majewski otwartą dłonią walił go w pochylone plecy.
- Ale żeby się czystą wodą tak zakrztusić – wydziwiał.
Usiadłem i przetarłem oczy. Był ranek. Z ulgą stwierdziłem, że czuję się znakomicie. Słabość odeszła. Zjedliśmy śniadanie i zauważyłem, że moi towarzysze są w jak najlepszej komitywie. Najwyraźniej przeszłość nie miała już mocy dzielenia.
- Oni chyba w ogóle nie polują – zaczął Jędrzej. – Tyle tu zwierzyny i prawie wcale nie zna człowieka. Gdyby nie to, że zaraz ruszamy, mielibyśmy koziołka na ruszcie.
- Skoro tu nie polują, może mają jakiś powód – zauważyłem i przypominam naszemu myśliwemu, że na kolację mieliśmy zajadać się pieczoną kaczką. – Prawdę mówiąc, przez całą drogę niczego nie upolowałeś, a na te wędzonki już nie mogę patrzeć – dodałem.
- To może zjesz suszonego mięska z żelaznych zapasów? – odparował złośliwie.
- Dziękuję pięknie – odparłem.
W dzieciństwie, z książek o szlachetnych Indianach, spłodzonych przez niemieckiego cwaniaka, Karola Maya, wysnułem wniosek, że paski suszonego mięsa, jakimi zajadali się bohaterowie jego książek, są posiłkiem godnym prawdziwego mężczyzny. Ukradłem nie rozbitego kotleta i w łazience na desce klozetowej pociąłem go na paski, które następnie rozłożyłem starannie za piecem, na wyrwanej z zeszytu kartce. Na moje szczęście babcia, kierując się węchem, wykryła moje zapasy i do konsumpcji nie doszło.
W jakiś dziwny sposób przypomniałem sobie o zaletach pemmikanu i jeszcze w obozie Kwiecińskiego spróbowałem tego specjału. Cóż rzec? Majewski widział moje ówczesne zmagania z kawałkiem sarniny i stąd to złośliwe pytanie.
                                                                *  *  *
Niemal natychmiast po zejściu ze wzgórza, na którym spędziliśmy noc, natrafiliśmy na duży, solidnie zbudowany szałas. Najwyraźniej wielokrotnie wykorzystywany jako miejsce postojów. Znaleźliśmy tam zawieszony na drągu podtrzymującym konstrukcję niewielki pakiecik, zawierający starannie zawiązany foliowy woreczek wypełniony jasnym, aromatycznym proszkiem.
- Narkotyk? – zaciekawił się Majewski.
- Sam jesteś narkotyk – roześmiał się Jędrzej. – Popatrz na to - dodał, wyjmując z zawiniątka kawałek wygiętej stali i spory, płaski krzemień.
- Do ognia, to służy do rozpalania ognia – sprytnie zauważyła Krystyna.
- A gdzie drugi krzemień? – spytał Majewski, pogrążając się w oczach fachowca, jakim niewątpliwie był mój przyjaciel.
- No tak. Przywlekliście z Goliny worek zapalniczek to jeszcze chwilę możecie żyć w ciemnocie, łudząc się, że ogień pochodzi z plastikowego baniaczka, ale oni, widzę, nie tracą czasu.
- Po co ta stalowa...?
- Krótka lekcja. Proszek to hubka i powstaje ze sproszkowanej...
- Huby – weszła mu w słowo Krysia, która jak wczoraj opowiadała, zawsze była dobrą i pilną uczennicą.
- Kładziemy krzemień i napieprzamy w niego tym stalowym cykiem, czyli krzesiwem. Iskry padają na hubkę i zaraz mamy ognisko, o ile nie zapomnieliśmy zawczasu przyszykować suchej trawy, patyczków, czy co tam mamy.
- Dziękujemy za wykład – powiedziałem, kłaniając się nisko i odbierając wykładowcy materiały poglądowe, bo zauważyłem, że postanowił zademonstrować nam tę trudną sztukę. Wiedziałem do czego jest zdolny, bo kiedyś przez godzinę tłumaczył mi, jak nasi przodkowie w zamierzchłych czasach garbowali skóry.
W szałasie znaleźliśmy też trzy posłania z drobnych świerkowych gałązek. Zbrązowiałe igliwie dawno z nich opadło, ale grubość tych naturalnych materacy świadczyła, że w ciągu minionych lat miejsce to wykorzystywano dziesiątki razy.
- Pięknie. Kocham ich, bo zachowują się jak na cywilizowanych ludzi przystało – chwalił Jędrzej, który wrócił z krótkiej wyprawy wydeptaną ścieżką, prowadzącą między drzewa.
Znalazł bowiem wykopaną w lesie wygódkę z której skorzystał, o czym nie omieszkał wspomnieć.
- Łopian, łopian rządzi – oświadczył, ale spojrzawszy na Krystynę, nie kontynuował przemyśleń na temat higieny.
                                                                  *  *  * 
Początkowo szliśmy między kopulastymi wzgórzami. Podłoże było piaszczyste. Zbocza porośnięte głównie drzewami iglastymi, choć mijaliśmy też pojedyncze dęby i brzozy. Naturalny trakt był na tyle szeroki, że mogliśmy jechać parami. Rozmawialiśmy swobodnie, nie wyczuwając w tym miejscu żadnego zagrożenia.
Dopiero, gdy drogę zagrodził nam garb długiego wzgórza, przypominający wał usypany przez olbrzymów, zsiedliśmy z koni, by zastanowić się, jak pokonać tę przeszkodę. Zbocze było dość strome i Majewski wyraził wątpliwość, czy uda nam się, jako niedoświadczonym jeźdźcom wprowadzić wierzchowce na szczyt. Popatrzył przy tym na mnie, jakbym miał rozstrzygnąć jego wątpliwości, ale tym razem wykpiłem się tym, że grupa Plauta nie miała przecież koni. Pomimo to, zmierzywszy wzrokiem zbocze, stwierdziłem, że spokojnie możemy spróbować.
Niewiarygodne, ale dopiero w tej chwili uświadomiłem sobie, że wedle wiedzy Majewskiego i Krystyny, gdy dotrzemy na miejsce zostanę rozpoznany jako dawno zaginiony towarzysz. Zupełnie pogubiłem się w tych wszystkich przemilczeniach i zmyśleniach. Gdyby to nadal była moja powieść, przewinąłbym w tył te kilkanaście tysięcy słów i naniósł stosowne poprawki, ale niestety, to już nie była powieść. Książka spoczywała na dnie podróżnego worka, przytroczonego do siodła nieocenionego Stańczyka.
Podejście okazało się trudniejsze niż przypuszczałem. Majewski wszedł pierwszy i podczas gdy mozoliliśmy się, prowadząc konie jego śladem, obserwował okolicę ze szczytu. Ledwie do niego dołączyłem, zziajany, zlany potem, wręczył mi lornetkę i wskazał kierunek.
- Tak, to tam – potwierdziłem bez wahania.
Przed nami ciągnęły się wyższe niż to, na którym staliśmy wzgórza, ale między nimi znowu pojawiło się coś w rodzaju traktu, towarzyszącego szerokiej na kilka metrów, płytkiej rzeczce. W oddali wyraźnie ujrzałem szachownicę poletek i choć budynki mieszkalne zasłaniał stok kamienistej górki, nie miałem żadnych wątpliwości, że znaleźliśmy się w miejscu, które opisałem w książce.
- Droga wzdłuż strugi zajmie nam nie więcej niż dwie godziny – oszacowałem i podałem lornetkę Krystynie.
W miejscu, gdzie winien znajdować się cel naszej wyprawy, kończyły się wzgórza. Dalej teren wznosił się jednostajnie, a horyzont zamykało piętrzące się ku niebu pasmo skalistych gór.
- Te góry wyglądają strasznie... Jak z horroru! Byłam w Tatrach, w Alpach, ale tak ponurych szczytów nigdy nie widziałam.
Gdy oddała mi lornetkę, przyjrzałem się dokładniej skalnej zaporze. Osobiście nie znalazłem w nich niczego przerażającego. Nie potrafiłem ocenić odległości, ale biorąc pod uwagę szczegóły, jakie wyraźnie dostrzegłem, nie były zbyt wysokie. Poprzedzała je forpoczta skałek sterczących z trawiastej równiny, tak że nie widziałem samego podnóża.
Razem wyglądały faktycznie, nieco jak ruiny fortecy cyklopów. Nie znałem się na geologii, ale tyle rozumiałem, że góry powstają w sposób naturalny, a natura nie zna pojęcia dziwactwa. Gwałtowne wypiętrzenie górotworu, miliony lat erozji i tyle.
- Będziemy mieli dość czasu, by się przyjrzeć – powiedziałem i oddałem lornetkę Jędrzejowi, który jako ostatni wciągnął na szczyt swoją Mućkę.
- O, woda! Mućka chce pić. – Pogłaskał kobyłę po pysku, chwaląc jej rzekomą dobroć.
                                                               *  *  *
Droga wzdłuż dość wartko płynącego strumienia, nie była tak łatwa jak wydawało się nam, gdy patrzyliśmy na nią z góry. Po pierwsze teren nie był płaski, a opadał pochyło w kierunku koryta. Skały, ostre głazy, albo znowu uciekający spod kopyt drobny piarg, przeszkadzały nawet w prowadzeniu koni. O jeździe, przy naszych umiejętnościach nie było mowy. Część drogi odbyliśmy idąc dnem strumienia, czy jak chciał Jędruś, rzeczki. Przemoczyliśmy buty i spodnie do kolan, ale bliskość celu dodawała nam otuchy.
Wreszcie, jakieś sto metrów przed pierwszym, obsianym słonecznikami zagonem, wkroczyliśmy na bujną, zieloną łąkę.
- Źle, że nikogo nie widzimy – odezwał się Jędrzej, wyrażając nasz wspólny, narastający niepokój.
- Domy są ukryte za wzgórzem, opowiadałem wam przecież... – zacząłem tłumaczyć, ale przerwałem, gdy Eryk wskazał na zdeptany zagon fasoli.
Część kijów wspierających rośliny leżała na ziemi. Niektóre były połamane. Przez starannie wypielone poletka przeszła niedawno chmara ludzi. Ślad bezmyślnego zniszczenia nie pozostawiał wątpliwości, co do intencji tych, którzy przeszli tędy przed nami.
- Zostańcie przy koniach – rzucił Majewski i nisko pochylony pobiegł, ściskając w dłoniach broń gotową do strzału. Nie mieliśmy szans na bezsensowną sprzeczkę, kto zostanie bohaterem. Wybrał sam i wybrał dobrze. Przeładowaliśmy karabinki, sprawdziliśmy magazynki. Jędrzej obserwował biegnącego, nim ten zniknął za skalistym pagórkiem.
- Przeczuwałeś?
Popatrzyłem na Jędrzeja znad grzbietu Stańczyka, ale nic nie odpowiedziałem. Skąd niby miałem wiedzieć?
- To tamci? – spytał. – Oddział, który napotkaliśmy tej nocy, gdy truposze...
- Chyba nie, ślady są świeże, a oni szli w przeciwnym kierunku – odparłem.
                                                        *  *  *
Miniaturowa osada składała się z trzech domów mieszkalnych i tuzina innych zabudowań. Jej mieszkańcy musieli czuć się w niej całkowicie bezpieczni, bo nie było tu nawet śladu choć prowizorycznego ogrodzenia. Domy zbudowane z drewnianych, starannie ociosanych siekierami bali, uszczelniono zmieszaną z wiórami gliną.
Niewielkie okna zaciągnięto płatami folii, która przepuszczała pewnie nieco światła, ale przez którą nie dało się zajrzeć do środka. Nad lekko pochyłymi dachami górowały nieproporcjonalnie wysokie kominy z nierównej, zbrązowiałej cegły, której starannie ułożony stos piętrzył się na dziedzińcu. 
Poza licznymi śladami stóp, na zewnątrz  nie znaleźliśmy żadnych śladów walki. Drzwi do największego budynku stały otworem.
- Nikogo tu nie ma – rzekł Majewski, wskazując gestem dokoła. – W środku... To wygląda tak, jakby mieszkańcy po prostu wyszli.
Przywiązaliśmy konie do potężnych kozłów, sądząc po śladach trocin, służących do piłowania drewna i weszliśmy za nim do dużego domu. Tu także nie natknęliśmy się na spowodowane walką zniszczenia, ale pomieszczenie było ogołocone ze wszystkiego, co dało się zabrać i wyglądało tak, jakby ktoś zadał sobie trud posprzątania po tym, co się tu stało.
- Tu wisiała broń – Jędrzej wskazał na jaśniejsze ślady na pociemniałych ścianach.
W pomieszczeniu panował męczący półmrok, pomimo otwartych na oścież drzwi.
- Musieli zaskoczyć ich w nocy. Wszystko obejdziemy, sprawdzimy, ale na razie wygląda, że uprowadzili ich żywych. Mamy chociaż gdzie odpocząć. – Majewski wyszedł za próg.
Huknął pojedynczy strzał i redaktor runął na ziemię. Wrzasnęliśmy chórem. Rzuciłem się pod ścianę, jednocześnie widząc padającego towarzysza i rozprysk białych drzazg z trafionej pociskiem framugi.
- Dostał! – Zdążył krzyknąć Jędrzej, podczas gdy Majewski wczołgiwał się tyłem do wnętrza.
- Ale się wpierdoliliśmy – powiedział, gdy chwilowo bezpieczny odwrócił się na plecy.
- Nie trafili cię, nic ci nie jest?
- To był chyba strzał ostrzegawczy. Cholera, skąd strzelał? Przecież tam nic nie ma. Plac, potem kawałek łąki, rzeczka i znowu łąka – głośno zastanawiał się Jędrzej, który niespodziewanie odzyskał pełne panowanie nad sobą.
- Na wprost drzwi widziałem dwa takie wybrzuszenia pokryte darnią. To pewnie jakieś ziemianki – odparł Majewski. Weszliśmy w zasadzkę. Moja pieprzona wina.
Na czworakach przysunąłem się do okna i oddarłszy narożnik, wyjrzałem ostrożnie. Dziedziniec był pusty. Spłoszone konie, których z tego miejsca nie widziałem, szarpały wędzidła i waliły kopytami w miękki grunt.
- Kto strzela? – wydarł się Jędrzej ukryty za futryną drzwi.
- Jest nas tu więcej i wystrzelamy was jak kaczki. Niech no który skurwysyn wystawi łeb – zagrzmiał ponury męski głos.
- Nocą wyjdziemy – odkrzyknął mój przyjaciel i niespodziewanie roześmiał się na cały głos.
- Do nocy spalimy was w tej budzie – obwieścił ukryty mężczyzna. Głos faktycznie dochodził z jednej z dwóch ziemianek.
- Jest sam – stwierdził Jędrzej.
- Pierdoleni bandyci! – dorzucił nasz prześladowca.
- Bierze nas za kogoś innego – zauważył mój przyjaciel. – My w żaden sposób nie jesteśmy pierdolonymi bandytami. – Rozpoznajesz po głosie? – zapytał dość głupio, bo niby jak mógłbym rozpoznać powieściową postać po głosie?
Niemniej w słowach strzelca było coś znajomego. Porzuciłem miejsce przy oknie, ustępując Majewskiemu i przycupnąłem przy drzwiach. Uznałem, że nadeszła moja kolej na prowadzenie negocjacji.
- Jesteśmy z obozu pułkownika Kwiecińskiego – rzuciłem na próbę.
- Kwieciński nie żyje, wysadził się w powietrze. Spróbuj frajerze czegoś innego. – Po chwili namysłu odkrzyknął mężczyzna.
- Przyszliśmy zaprosić was do naszej wioski – kontynuowałem.
- Jasne. Już wszystkich zaprosiliście.
- Jesteś z grupy Marka... Wiktor? – zaryzykowałem.
Odpowiedziała mi cisza, więc zacząłem po kolei wymieniać imiona, które pamiętałem. Tych, którym nie zdążyłem im nadać, próbowałem opisać.
- Dość – przerwał mi głos. – Musisz być pierdolonym szpiegiem. Obserwowałeś nas – stwierdził, ale jego głos stał się jednym wielkim wahaniem.
- Przedstaw się, do cholery – syknął Majewski.
- Nie uwierzy – warknąłem.
- Dobra, Stuchlik, dość tych wygłupów. Wychodzę bez broni. Pogadamy. Zanim do mnie strzelisz, zakarbuj sobie w pustym łbie, że tylko my możemy pomóc wyswobodzić twoich przyjaciół.
Podjąłem decyzję. Jędrzej protestował, ale nie posłuchałem i wyszedłem przed dom. Idąc w kierunku ziemianek, ostentacyjnie opuściłem ręce i uśmiechałem się szeroko. Wiedziałem, że nie strzeli. Nawet nie ponowił ostrzeżenie.
Uchyliła się drewniana, pokryta trawą klapa, skośnie wpasowana w niewielki, wyglądający na naturalny pagórek. Strzelał przez uchylne okienko.
Był to niewątpliwie Stuchlik, jakim go stworzyłem, tyle że starannie wypielęgnowaną hiszpańską bródkę, zastąpił bardziej naturalny zarost, noszący za to przedziwne ślady trefienia.
- Czołem waszmość panie – rzekłem uroczyście i wyciągnąłem do niego prawicę, by przywitać się i jednocześnie pomóc wyleźć mu z dziury.
- Czołem jasny panie – odparł Adam Stuchlik i podał mi rękę. 

wtorek, 20 grudnia 2016

Bankomat Polska

Pan Ryś kopie ile wlezie, a bezduszna skrzynia nic. Nie wypłaca, spogląda zimnym okiem kamery i liczy kopniaki.
- Przecież moja karta jest złota – złości się pan Ryś. – Zawsze wypłacałeś – przerywając kopanie, próbuje negocjacji z maszyną.
- Dej spokój, bo już policja się kręci – uspokaja go pan Grześ, wymachując przed jego poczerwieniałym ze złości nosem błękitną kartą z gwiazdkami. – Odsuńże się i udawaj głupiego. Ta zawsze wypłaci.
Pan Ryś odsuwa się i udaje głupiego, co przychodzi mu dziwnie łatwo, podczas gdy pan Grześ majstruje przy szparce, sapiąc.
Pojawia się pozbawiony szacunku pan ochroniarz z marsową miną i pyta:
- Co pan tak majstrujesz przy tej szparce, i co to za sapanie w miejscu publicznym?
- Karta mi nie wchodzi – informuje natręta pan Grześ.
- I złota też nie wchodzi – dodaje wykukujący zza murku pan Ryś. – Ten bankomat się zepsuł!
- Pokażcie no te karty – burczy pan ochroniarz, a następnie wnikliwie ogląda podane mu karty.
- I co? – dopytują się chórem.
- Jajco. Po pierwsze termin wyszedł, a po drugie, to są przecież kwity z pralni pieniędzy, nie do zwykłego bankomatu – informuje ich pan ochroniarz, oddając plastikowe prostokąciki.
- Głupota jakaś – jękliwym głosem skarży się pan Ryś. – Miały działać zawsze i wszędzie.
- Nie jęcz, tylko się trochę zastanów, portfel przewertuj – strofuje go pan Grześ, wpijając mogący jeszcze niedawno zabijać wzrok, w plecy odchodzącego pana ochroniarza.
Wertują portfele.
- Mamy jeszcze karty biało-czerwone. Te wejdą na bank.
- Ja na biało-czerwonej mam debet i hipoteka mi wisi – martwi się pan Grześ.
Pan Ryś z powodzeniem wtyka biało-czerwoną w szparkę, ale okazuje się, że zapomniał hasła.
- Czterech cyferek nie potrafisz zapamiętać jako uczeń geniusza i chodliwy ekonomista?
- Miałem trudne dzieciństwo – tłumaczy pan Ryś. – Może przy okienku wypłacą nam na gębę?
- Tak, na pewno... – powątpiewa pan Grześ. – Z bankomatem nie potrafisz się dogadać, a załatwisz z bardzo złym kasjerem. Wracamy do naszych. Martwią się pewnie niebożęta.
Idą posępnymi ulicami. Zimny wiatr, podniesione kołnierze, obojętność przechodniów dźwigających świąteczne wiktuały. Reklamy migoczą jak diabli, zmierzch zapada.
- Ostała się jeno pizza – grobowym głosem powtarza raz za razem pan Ryś.
- Nawet nie wspominaj. Jesteśmy jak te dziewczynki z zapałkami, z bajki Andersena – zauważa pan Grześ i zatrzymuje się ogarnięty nagłą podnietą.
- Pamela jest w Moskwie – ożywia się pan Ryś.
- Nie rozumiesz? Z zapałkami, czyli możemy coś podpalić, albo chociaż postraszyć kogo trzeba.
- Ja się na dziewczynkę przerobić nie dam – hardo oponuje pan Ryś.
- Z kim ja muszę pracować! – Pan Grześ wyjmuje pudełko zapałek i dla wprawy próbuje podpalić papiery w koszu na śmieci, ale zapałki gasną jedna po drugiej.

niedziela, 18 grudnia 2016

Choć tupie cham wrzeszczący

Demokracja to po prostu forsa we właściwej kieszeni, bezkarność i dożywotnie prawo do strofowania i karania innych. Wiem, to żadne odkrycie. Demokracja to też prawo do kłamstwa, fałszywych sądów i przede wszystkim do realizacji aspiracji sięgających jak nie korony, to chociaż czapeczki magnackiej. Chodzi o to, by liderzy demokracji przechadzali się po Polsce, Europie, a nawet Świecie, tak jak przechadza się pan po swoich włościach, ale żeby te włości nie miały granic. Tu poklepie świnię albo parobka, tam pochwali drzewo, innym razem strzeli z fuzji – Ot tak, z pustoty.
W tym idealnie demokratycznym świecie, nie ma oczywiście miejsca dla Boga. Prawdziwy Pan nie ścierpi, by ktoś go sądził, a szczególnie ktoś, kto nie należy do demokratycznej elity, a Bóg nawet nie aspiruje. Religia, proszę bardzo, ale Bóg w żadnym wypadku!
I wszystko się pięknie składało niczym scyzoryk w kieszeni, aż tu nagle wybory. To bolesne i głupie, że najpiękniejszą idee może zakłócić coś tak nieistotnego. Oczywiście, od lat popycha się starannie ciężar władzy w kierunku, który jest tabu dla niedemokratycznego pospólstwa, ale za wolno to szło i wystąpiło zakłócenie porządku. Najgorsze jest to, że dążąc do oświeconej dyktatury i społeczeństwa jawnie kastowego, nie można ani na chwilę przestać ględzić o demokracji, prawach człowieka i wolności, czyli należy wychwalać to, z czym się walczy ze wszystkich sił. Może się zdarzyć, a nawet tu i ówdzie już się zdarzyło, że ludzie wzięli deklaracje swoich nadzorców za prawdę i dalejże wybierać według swojego nędznego interesu i przekonań.
Owszem, od dawna trwają usilne prace nad zmianą samego pojęcia demokracji, ale elektoraty nie lubią poruszać się w tworzonych na poczekaniu modelach teoretycznych. Należy uzmysłowić plebsowi rzecz całą na przykładach. To jest ryzykowne, tym bardziej, że zabrali się do tego z gorliwością neofitów, prostacy w rodzaju Donalda Tuska. To, co ten człowiek wczoraj nawygadywał, w miałkim przecież przemówieniu, świadczy, że prawdziwym jest powiedzenie o strachu, który odbiera rozum.
Jak się przecedzi jego słowa i przecedzonym nada właściwe znaczenie, powiedział właśnie to, co napisałem w pierwszym zdaniu tego tekstu, a mianowicie, że demokracja to po prostu forsa w ich kieszeni, bezkarność i dożywotnie prawo do strofowania i karania innych. To są właśnie te jego „wartości europejskie, dobre obyczaje, poszanowanie dla konwencji itd.
– Patrzcie - powiedział Tusk – to nasz świat, a wy możecie go podziwiać, o ile sprzedamy wam bilet. – Możecie chwilę porządzić, ale z nami na karku.
Wyrwało się niebożątko, ale jako dokooptowany z nikąd neofita, nie posiadło toto jeszcze daru należytego posługiwania się frazesem i retorycznym unikiem.
Jasne, to chcieli usłyszeć jeszcze prymitywniejsi, którzy bronią nie wizji, a już szczerze własnej forsy, wrzeszcząc i podskakując na ulicach. Usłyszeli i chętnie powtarzają. Można całkiem za darmo obejrzeć i posłuchać tej menażerii. To nasi Panowie, nasze elity schodzące i aspirujące do wykiełkowania. Ci, którzy przechadzają się po waszych plecach, mili moi. Ci, którzy łakną chłeptać waszą krew, gdy zaśniecie, albo odwrócicie wzrok. Gęby jak z obrazów Hieronima Boscha, wykrzywione nienawiścią, bo nagle ich głos mniej wartościowy, bo nie za sto się liczy. Ich nadzieja w spętaniu społeczeństwa, wszczepianą od lat pokorą i wyuczoną bezradnością wobec medialnej przemocy. Nie przypadkiem ubeckie gęby powtarzają jak mantrę bajki o ideach solidarności, zgodzie narodowej i przywołują demokrację, taką jaką lubią. Nie przypadkiem na ustach zaprzańców Polska. Mamy się bać ich gniewu, ulec ich chciwości.
Jan Tadeusz Stanisławski śpiewał kiedyś bardzo pouczającą piosenkę, którą dedykuję tym, którzy z lękiem pytają, co dalej? Co z nami będzie? Otóż...
„Uczyła mnie mama, bym się nie bał chama
 Kształciła mnie matka na historii świadka
 Uczyła mnie mama, bym się nie bał chama
 Bo cham to jest cham i boi się sam”

czwartek, 15 grudnia 2016

Transmisje z trądu

Czy to jest konstytucyjne, by grupa niekompetentnych debili mogła decydować o losach obywateli, jako tak zwany „majestat prawa”? To przerażające, ale tego typu pytania może zadać każdy, kto poświęcił choć godzinę uwagi, pracom komisji śledczej, przesłuchującej rozmaitych ancymonów, w sprawie afery Amber Gold. Ktoś powie, stając w ich obronie, że oni tylko udają cymbałów. No, jeszcze lepiej! Brakuje tylko, żeby któryś rozebrał się publicznie do naga, sugerując własną niepoczytalność.
Człowiek wpatrujący się w zeznającego błazna, pełniącego jakimś cudem obowiązki sędziego, jednocześnie czytając na pasku newsa, że z innego sądu wyprowadzają pracowników w kajdankach, ma zachować marsową, propaństwową minę? W tym zamieszaniu umyka sędzia, niedawny bohater mediów, oskarżony o składanie fałszywych zeznań. A jakie, niby miał składać, skoro sam fałszywy?
Swoją drogą ciekawe, czy klęcznik, który służył gdańskiemu sędziemu do odbierania telefonów „z trzema gwiazdkami” został kupiony w uczciwym przetargu? Przecież jak tak dalej pójdzie, to fałszujących mecz sędziów piłkarskich, kibole będą wyzywać od „prawdziwych sędziów” a telewizyjne relacje z procesów będą zaczynały się słowami: - Oskarżony Jan W. stanął dzisiaj przed sądem, któremu przewodniczył sędzia Jan Z.
Włosi lubowali się kiedyś w barwnych tytułach filmów, opisujących korupcję ich własnego wymiaru sprawiedliwości. W 1945 Ugo Betti napisał „Trąd w pałacu sprawiedliwości”. Sztukę sfilmowano prawie trzydzieści lat później, a dzisiaj na stronie „filmweb” możemy przeczytać  króciutki opis tego dzieła. Początek jest taki:
„Pomysł tego dramatu politycznego oparty został na sztuce Ugo Bettiego "Trąd w Pałacu Sprawiedliwości". Szokujące w tamtych latach założenie filmu - że wiele urzędów włoskiego systemu sprawiedliwości przeżartych jest korupcyjnymi wpływami korporacji, polityków, a nawet gangsterów - wkrótce, niestety, miało znaleźć potwierdzenie w rzeczywistych wydarzeniach w tym kraju
W Polsce, kraju pozbawionym sensownej kinematografii, zamiast fabuły, relację z „trądu” mamy dostępną na żywo. Do tego, co nas korzystnie wyróżnia, nie pozbawioną akcentów komicznych, choć rodzące się pytania podstawowe brzmią przecież dramatyczne:
- Do jakiego stopnia „mafia” zawłaszczyła państwo pod rządami PO-PSL?
- Czy rządzące nami partie były ofiarami trądu toczącego Polskę, czy może nadawały ton przestępczej zmowie?
Za ostro?
Miło i grzecznie już było, że zacytuję liderów społeczno-ubeckich protestów. Może stąd ta histeria, panowie politycy, bo nagle się okazało, że starczy czasu, by nie tylko oderwać was od koryt, ale też przejrzeć ich zawartość. Metoda „na wrzask” zawodzi, ciągłe darcie szat i gąb, zamiast nużyć, zaczyna zaciekawiać. Potem co? Amnezja? Udawanie durnia?
A...Niektórzy nie będą musieli udawać. To wiem.
Wczoraj, ach cóż to był za dzień! I sędziowie, i gimnazja, i zdrowemu, łażącemu chłopu, sejm wybrał następcę, i folksdojcze w całej swej nędznej okazałości, a jakby tego było mało Jego Zachłanność Janusz Lewandowski, zgoła niepotrzebnie acz geopolitycznie, zabrał głos. Na twitterze redaktor Skórzyński, w związku z tym zaczął wrzeszczeć, że europoseł nie powiedział „a” zrobiwszy jedynie pauzę. Uważam, ze pauza przydałaby się dziennikarzowi z TVN, a panu Januszowi L. to nawet... przerwa w życiorysie.

wtorek, 13 grudnia 2016

Polacy to ludzie łagodni

Dobre w tym wszystkim jest jedno, że Polacy są podzieleni politycznie, a jeszcze lepsze, że jest to podział jawny i dość radykalny. Nie ma bowiem nic gorszego na świecie, jak narzucony narodowi płaszcz tak zwanej zgody narodowej, pod którym gnicie i gazy, zatruwające życie społeczne. Skuteczną zgodę narzuca się siłą i przy użyciu przemocy się jej pilnuje. Jak nie pałą, to choć niekończącym się ględzeniem. Niewinnej młodzieży wmawia się, że kiedyś, ach kiedyś, Polacy byli monolitem. Już to w stanie wojennym, w latach 1980-81, albo w czasie wojny, albo przed wojną, albo w czasach zaborów, albo za królów. To są oczywiste bajki, na domiar złego szkodliwe.

Raz coś podobnego powiedział Kaczmarski, śpiewając: „ ... do zgody nawołuje furiat, do diety z warzyw ludożerca”. I tego się trzymajmy, a propagandziści niech sobie spokojnie opowiadają o wymarzonej zgodzie. Za to im w końcu płacą.

Polska znowu się zmienia, a problem w tym, że reformatorzy nie obdarzają przywilejami ustępujących elit, jak to miało miejsce po osiemdziesiątym dziewiątym roku. Na dodatek, zachodzące zmiany nie są częścią ogólnoświatowych przemian, co stawia Polskę w trudnej sytuacji. Stąd, zgoła niepolityczne wsparcie z zewnątrz dla przegranych, przy których moskiewskie dolary wożone w reklamówkach wydają się po prostu żartem.

Zmiany, które zachodzą w Polsce nie są dobre ani złe. Moim zdaniem, w ogóle nie podlegają takiej ocenie, ponieważ w pierwszym rzędzie, są konieczne, o ile nadal mamy chlubić się przynależnością do szeroko pojętego „zachodu”. W ścisłym, politycznym sensie, to, przeciwko czemu dzisiaj wrzeszczy lewactwo i tak zwani liberałowie, będzie stanowiło podstawę do budowy i rozwoju Polski. Nie da się tego robić w kraju radosnego rabunku i jawnego lekceważenia większości społeczeństwa. To, że praca naprawcza przypadła Prawu i Sprawiedliwości, wynika nie tylko z politycznego przekładańca, ale także z tego, że nikt nawet nie wyraził takiej woli, nie mówiąc już o zdiagnozowaniu przyczyn, dla jakich załamała się nagle populistyczna, a jakże, przewaga formacji rządzących Polską od ośmiu lat.

Następcy Prawa i Sprawiedliwości przejmą kiedyś zupełnie inny kraj razem z radykalnie zmienionym społeczeństwem. Inne będą aspiracje, potrzeby i marzenia. To, że obecna opozycja nie nadąża mentalnie za zachodzącymi procesami, niezmiernie mnie cieszy.
Aby silnie przemówić, już dzisiaj muszą włazić na chybotliwy medialny stołek, a wszystko na co ich stać to podgrzewanie stygnącego kotła nienawiści. To już troszkę śmieszy. Te zabiegi, roszczenia, nagle nabyty patriotyzm, istne koci łapci.

Dzięki podziałowi, ekscesom takim jak planowane na dzisiaj, sporo ludzi mniej zaangażowanych politycznie, zyskuje możliwość oglądu spraw we właściwej perspektywie. Nic lepszego nie może się przydarzyć obecnie rządzącym, niż kolejny pokaz bezsilnej furii ludzi, z którymi po każdym kolejny zakręcie, trudniej się identyfikować. Ładnie Jarosław Kaczyński przywołał w ostatnim przemówieniu „darwinizm społeczny” którym cechowały się rządy tak zwanych liberałów. Tyle że bezwzględni piewcy i wykonawcy tej doktryny, jakoś nie dostrzegli jej demograficznego wymiaru. Tak właśnie wymierają gatunki.


Nie twierdzę, że łajdacy wymrą, bo ci rodzą się po prostu na kamieniu w każdych warunkach, ale akurat ci, z całą pewnością. Razem ze swoimi kompromisami, z coraz bardziej wątpliwą chlubną przeszłością, razem z, pożal się Boże, autorytetami. Tak jak nie da się zawrócić Wisły kijem, tak nie da się wmówić coraz bardziej zdumionej publiczności, własnych idiosynkrazji. Ich gry uliczne są niebezpieczne, głównie dla nich samych. Dobrze, patrząc z mojej perspektywy, że nie zdają sobie z tego sprawy, ale pro publico bono przypominam im całkiem za darmo, że radykalizmem, w Polsce jeszcze nikt niczego nie wygrał, ponieważ Polacy to ludzie łagodni.