Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalisz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalisz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2015

Kandydaci na Prezydenta, jako "horror story" Część druga

Kończąc moje niegodne wygłupy, dzisiaj prezentuję kandydatów lewicy w kupie, oraz Panów Jarubasa i Brauna, jako popremierowe mini recenzje. Zapraszam cierpliwych zwolenników horroru:

Lewicowy kwartet, czyli... Ogórek, Palikot, Kalisz, Grodzka... do kupy  - Czwórka znajomych jedzie w lutym nad jezioro, by zażyć odpoczynku w opustoszałym o tej porze roku prowincjonalnym ośrodku wypoczynkowym. Początkowo wydają się zgraną paczką i nawet śpiewają wspólnie zetempowskie piosenki, podczas gdy za oknami auta przelatują smętne krajobrazy rozmokłej polskiej zimy. Szybko zauważamy, że każdy z uczestników wyprawy skrywa jakąś tajemnicę. Tłuścioszek, który powinien być zabawny, a zabawny nie jest, wiezie nad jezioro urnę z prochami, ale nie są to ludzkie prochy, a produkt spalania jakichś tajemniczych dziewiętnastowiecznych ksiąg. Czy jest magiem, ukrytym w przebraniu hipstera-alfonsa? Czy starsza pani o niebanalnej urodzie jest kobietą, skoro podczas postoju na stacji benzynowej korzysta z męskiej toalety? Czy mężczyzna o rozwichrzonej fryzurze, naprawdę jest łowcą aligatorów, który sądzi, że kogokolwiek nabierze na powtarzane w kółko historyjki o swoich przygodach, skoro nie wie nawet, że aligatory nie występują masowo w Polsce? Auto prowadzi urocza, milcząca blondynka, która domyśliła się już, że występuje w horrorze i jako blondynka, ma największe szanse, by zginąć, jako pierwsza.
Na miejscu okazuje się, że obiecane luksusowe domki, toną w błocie. Kłódki są zardzewiałe, pomost zmurszały, a wszędzie widoczne ślady, wskazują na obecność wilków, niedźwiedzi, bosego człowieka i ohydnych bobrów. Pomimo tak zniechęcających początków, nasi bohaterowie po krótkiej kłótni zostają na miejscu. Decyzja przychodzi im tym łatwiej, że któreś z nich chytrze zepsuło samochód, telefony nie działają, zapada zmierzch, a do najbliższej osady jest dziesięć kilometrów przez nadbrzeżne błota i szuwary.
Tłuścioszek ciągle narzeka, że na wyprawę namówił go sam diabeł, ale milknie widząc za szybą rogaty łeb kozła. Zwichrzony na głowie, próbuje znaleźć po ciemku jakiegoś skrzywdzonego przez państwo, albo kler - rybaka, ale nie znajduje i tylko nabija sobie guza, gdy nie wiedzieć po co, włazi pod pomost. Atmosfera grozy narasta. Wilgotne bierwiona dymią w kominku. Ponura starsza pani ciągle poprawia sobie piersi, w wyniku czego można odnieść wrażenie, że ma ich pięć, albo sześć sztuk. Dotychczas milcząca blondynka, chcąc rozładować napięcie, wynikające z tego, że w domku są tylko dwa łóżka, zaczyna nerwowo szczebiotać.  Zmierzwiony nie chce dzielić łoża z tłuścioszkiem, twierdząc, że ma to już za sobą i wie, jak ten rozpycha się i kopie. Nikt nie chce też spać z panią o sześciu cyckach. Wszyscy patrzą łakomym okiem na blondynkę, ale ta ma ich w nosie i wybiega na dwór wprost w łapy domniemanych potworów.  Napięcie opada i zaczyna się ostre picie, po którym naszym bohaterom jest już wszystko jedno, kto z kim śpi. Pragną tylko doczekać świtu, ale już o dziewiętnastej trzydzieści wszyscy są martwi, gdy zamknięte na haczyk drzwi forsuje banda kanibali o trudnych do ustalenia poglądach politycznych.
Tymczasem blondynka, której zgon przedwcześnie uczczono toastem, ucieka po cienkiej tafli lodu przez jezioro. Daleko za jej plecami płonie domek kampingowy, oświetlając na różowo jej niepewne kroki po łamiącym się lodzie. Zbawczy brzeg jest blisko, gdy cienki lód pryska rozbity od spodu przez łeb ogromnego aligatora. W ostatniej chwili przerażona bohaterka widzi rozwartą paszczę potwornego gada. Potem jest tylko klaps i następuje z niecierpliwością oczekiwany przez znużonych widzów, poprzedzający prawdziwą listę płac, napis: THE END, co jakiś dobrodziej przetłumaczył dla mniej obytych widzów, jako: KONIEC.
Adam Jarubas –Podupadła wytwórnia filmowa, która raz na kilka lat, próbuje zwabić widzów do kin, kolejną opowieścią  o mumii, i tym razem kieruje swój przekaz do bliżej nieokreślonej widowni, co nie wróży jakiegoś osobliwego sukcesu. Już sam zawiązujący akcję pomysł, że stara, dobrze nam znana mumia, przechodzi na emeryturę, jest dziwny, a zastąpienie jej „młodą mumią” wydaje się nadużyciem.  Autorzy filmu nie zauważają, że nazywanie mumii – młodą, jest oksymoronem. I cóż ta mumia porabia przez dziewięćdziesiąt sześć minut projekcji. Pierwsza odpowiedź, jaka nasuwa się po obejrzeniu filmu brzmi: - Ta mumia nic nie porabia! Gdy wdaje się w rozmowy z drugoplanowymi postaciami, uporczywie podważa ideał mumiowatości, argumentując, że nie każdy, z kogo wypruto flaki, zamiast nich natkano słomy czy siana, zaszyto, nasmarowano balsamami i od stóp do głów owinięto bandażem, koniecznie musi być mumią. A czym, że spytam, ptaszkiem?
Grzegorz Braun –Film niskobudżetowy. Na ekranie niewiele widać. To, że mamy do czynienia z horrorem wynika z zapewnień pochodzących z przesterowanej ścieżki dźwiękowej, oraz z tego, że akcja rozgrywa się w ciemności. Są jednak krytycy, którzy wysoko cenią to niedorobione dzieło, nazywając je: ironicznym. Jeszcze inni, z całą powagą twierdzą, że nie jest to żaden horror, tylko film ukazujący trudne życie bohaterskiego strażaka. Moim zdaniem to bujda. Oglądałem dwa razy i nie zauważyłem, ani pożaru, ani nawet błysku chromowanej końcówki sikawki.

niedziela, 29 listopada 2009

Zbaraż. Sny szybkie

Grudki błota, jak się im przyjrzeć z bliska, wyglądają jak pokruszone kawałki sera. A te blade nitki to ma być trawa? Diabli nadali. Leżę troszkę zagrzebany w piasku a troszkę w błocie i wyglądam spod darni. Ostrza sześciu dzid. Dzidek raczej – Są w porządku dzidki moje ulubione. Ostre i gotowe do użytku. Szabla w garści. Rezerwowa po martwym kumplu w zasięgu ręki. Muszkiet przede wszystkim. Też zdrowy.
Patrzę a tam ogniska palą. Przewracam się na bok, chcąc pana Orkowskiego zapytać, ale śpi biedaczek na lufie łeb kudłaty złożywszy. Też się ułożyłem i zaraz sen mnie napadł.

Budzę się okutany w skóry niedźwiedzie. Ruszam lewa ręką – boli. Ruszam prawą – nie boli. Siadam na posłaniu. Okrutnie trzęsie. – Ej, Antek, pohamuj konie, szczać pójdę!

Cisza. Tylko powóz terkoce i podskakuje jak waryjat.

Odsłaniam w powozie tajemniczym zasłonę a tu nic, ino księżyc jak pysk hetmana Potockiego na czarnym niebie się pławi.

- Stańże woźnico, kimkolwiek jesteś! – Wołam

Nic, ino konie prychają w całkowitej ciemni. Łeb na wiatr wystawiłem, ale choć księżyc blaskami swemi bije, przecz zadów końskich nie widzę. Tylko tarcze złocistą Onego Księżyca przechery. Będzie mi tu, prawda, świecił!.

Wtedym sobie uprzytomnił, żem ja przecie w Zbarażu, w ziemi niczym jaźwiec zagrzebany, darnią okryty leżę. Sen mara a Bóg wiara!

Nagle –„prr”- słyszę. Stajemy.

- Wysiadaj waść, bo za chwilę… Jak nie wysiądziesz to razem z tym powozem w ostatni niebyt zapadniesz!

Wylazłem. Ciemno. Zimno. Pod nogami jakby jakaś krucha spalenizna. Pomacałem szabli. Jest moja ulubiona. Szlass! Błyszczy przy onym gębatym Księżycu. Szturchnąłem szabelką krzak. W pył i popiół raczył się rozsypać.

- Znaczy się, co? – Pytam, bo zdurniałem. – Umarłem, czy jak?

- Ja za ciebie nic nie wiem – Odpowiada głos – Ostając w onej pokracznej kolasce miałeś szansę rozpłynąć się w nicości. Wylazłeś to masz szansę szukać!

- Czego szukać? Przecz to spopielała pustynia jest!

- Jak to, czego? Odpowiedzi na jedno, jedyne pytanie!

- Jakie pytanie?

- Po kiego diabła wylazłeś z powozu? Jechałeś Waszmość do piekła a teraz się po popiołach będziesz włóczyć….

Huk! Ryk pocisków i wrzask atakujących. Za muszkiet. Bach! – W piersi nieznajome ogniście, ale już drabiny na wały kładą. Lezą jak te muchy! Noc w dzień zmieniona!

Cud Marsa!

W pysk strzelam. Jakby mrugnął jeszcze do mnie zza zasłony śmierci, ale przecie spadł w ciemność.
Drugiego przez skroń szablą szczęśliwie zmacałem! Trzeciego podparłem dzidą ulubioną, a że gruby był, już mu się tam sadło… I tak rękami śmiesznie niczym wiatrak wymachiwał. Ściąłem go bom łagodny.

Kiedym się brał z cale czerwonym kozakiem na szable, nie zauważyłem jak mnie od lewej taki jeden mrucznie i po cichu zaszedł.

Pan Orkowski, sąsiad przecie, wprost w ucho mu strzelił. Oblał mnie mózg Onego zadziornego fantasty! Mózg i jakieś inne głowniane klaśmęta.

Ryk jak sto tysięcy diabłów. Stoję na pozycji i główna rzecz, odpycham. Walę w łby ludzkie, dźgam w ludzkie trzewia, strzelam jak mam muszkiet szczerze nabity, w ludzkie głowy, a kole meni, towarzysze po równemu pracują.

Nagle fala się cofa. Już nie ludzie osobni, ale szczera ciżba.

Wiwatujemy! Już płomyczki fajerwerków. A takie syny! Kniaź Jarema w oddali jakby srebrny a inaczej patrząc jakby wiśniowy. Diabła tam!

We krwi się ślizgam. Najpierw klękam, zaś siadam tyłem do wroga i ciężko dysze, i szable ubłocona oglądam.

-Panie Orkowski! Przebóg, życie mi Waść ocalił!

-Albo i sobie tyż – Mruczy i maniereczkę zgrabną mi podsuwa. Całkiem jak trup blady.

- Blisko byli z kurwy syny, aleśmy dać się nie dali!

- Jezusie Nazareński, Królu Żydowski! – Próbuje wstać.

Jak mnie tu jakis olbrzym nagle nie ułapi niczym niedźwiedź jaki. Choć wasć! Choć, bo okazja jest przednia!

Pchają mnie, borsuk by w takie zbiegowisko lazł!

Siedzi w blasku pochodni taki jeden ogromny ancymon litewski, a przed nim pięć głów.
Jak u Ormianina na straganie. Litwin dyszy ciężko.

- Te trzy, owszem ściął ja, ale te dwie to osobna sprawa.

Ulubiony Zagłoba sępi gorzałkę aż przyjemnie posłuchać jego gaduły. Sobieski Marek pędzi z gąsiorkami. Pijemy nieźle aż tu Pan Orkowski za rękaw mnie łapię, cobym zaprzestał, bo rano znów trza będzie szablą robić.

- Idziemy na wały – Mówi! Dobrze się Podbipięta sprawił ale nie nasza to rzecz. U nas w wielkiej Polsce po tuzinie głów nasi przodkowie ścinali. Byle, panie Jarecki nie zasnąć! Byle nie zasnąć do świtu!
Idziemy.

W blasku ognisk i chwały Zagłoba liczy gąsiorki darowane przez Sobieskiego i drze całkiem niepolitycznie mordę, że ktoś zajebał siódmy gąsiorek!

Siadamy.
Pan Orkowski sukni wojennej uchyla i zza skrwawionego pancerza lubą, omszałą, szyjkę ukazuje.

No braciszkowie! Kalisz i Golina to są dwa bratanki… Żadnych snów!
Jutro szturm.