Strajkuje, tak zwany. personel medyczny, czyli hołota!
Jeszcze na złość władzy i politykom – głodują. Mijają tygodnie i nic! Rozmawiałem dzisiaj z Człowiekiem, a ten mi mówi, że w Koninie nie będzie szpitali. Zlikwidują?
No, jasny pierścień!
Nie odzywałbym się, gdyby nie pamięć o mojej Mamie. Jako maluch biegałem po oddziale zakaźnym i jakoś tam żyję. Mamina legitymacja Solidarności miała numer 9.
Mama nie żyje od lat, nie w tym rzecz.
Nie obchodzi mnie zróżnicowanie zarobków w ramach szpitalnej wspólnoty, chociaż gdy słyszę , że za 24 dyżur jakiś ananas dostaje 2400 czyli tyle co „piguła” na miesiąc, nóż się we mnie otwiera.
Nie jestem lekarzem, ani pielęgniarką i opieram się na krzywym kijku medialnych/społecznych informacji.
Strajk nie wybuchł z powodu czyichś kaprysów. Zadowoleni nie strajkują!
Nie strajkują też ludzie w minimalnym zakresie zaspokojeni przez pracodawcę. Nie podejmują głodówki protestacyjnej!
Kobiety. Żony, matki, babcie – Nie bawią się swoim życiem i zdrowiem.
Nie bawią się!
Do strajkujących przyłażą tłuste pyski polityków. Pomińmy to skromnym milczeniem.
Chcecie, kobiety z Konina, walczyć o to, co się Wam należy?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konin. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 26 marca 2012
niedziela, 28 sierpnia 2011
Kandydaci z Konina. Nie tylko o Hofmanie
To dziwne, ale najwięcej się dzisiaj ględzi o aktualnym pośle i kandydacie z mojego okręgu wyborczego, panu Hofmanie, czyli patrząc okiem współczesnej narracji: Konin górą! Informuję, że podobnie jak w 2007 roku pan Hofman ma w okręgu 37 numer drugi na liście.
No, ale o „jedynce”, panu Witoldzie Czarneckim nigdzie nie usłyszymy ani nie przeczytamy. To znaczy tak było do tej chwili, ponieważ właśnie o nim piszę. W 2007 wygrał z Hofmanem 18137 : 15824.
O Hofmanie mam od dawna złe zdanie.
Dwa lata temu ugruntowałem swoją opinię, po tym jak obecny rzecznik PiS popisał się swą osobliwą wiedzą o Powstaniu Warszawskim.
Nie głosując na Hofmana mam jakąś tam możliwość zagłosowania na PiS, choć na liście siedzi niczym byk na niższym miejscu były Samoobroniec i krawatowy poseł Alfred Budner co nie jest osobliwym, decyzyjnym sukcesem partii.
No, ale to co PiS „odwalił” wystawiając jako kandydatkę do Senatu RP córkę pana Alfreda – Margaretę Budner odrzuca mnie na odległość 100 000 kilometrów. Trzeba będzie poszukać lepszego kandydata.
Na szczęście w wyborach do Senatu mamy JOW!!!
Swoją drogą nasuwa się pytanie do samego szefa partii. Czy Konin nie zasługuje na nic lepszego, tylko spady z Samoobrony i czy niedouczone acz krzykliwe chłopaczki w rodzaju posła Hofmana?
No, ale o „jedynce”, panu Witoldzie Czarneckim nigdzie nie usłyszymy ani nie przeczytamy. To znaczy tak było do tej chwili, ponieważ właśnie o nim piszę. W 2007 wygrał z Hofmanem 18137 : 15824.
O Hofmanie mam od dawna złe zdanie.
Dwa lata temu ugruntowałem swoją opinię, po tym jak obecny rzecznik PiS popisał się swą osobliwą wiedzą o Powstaniu Warszawskim.
Nie głosując na Hofmana mam jakąś tam możliwość zagłosowania na PiS, choć na liście siedzi niczym byk na niższym miejscu były Samoobroniec i krawatowy poseł Alfred Budner co nie jest osobliwym, decyzyjnym sukcesem partii.
No, ale to co PiS „odwalił” wystawiając jako kandydatkę do Senatu RP córkę pana Alfreda – Margaretę Budner odrzuca mnie na odległość 100 000 kilometrów. Trzeba będzie poszukać lepszego kandydata.
Na szczęście w wyborach do Senatu mamy JOW!!!
Swoją drogą nasuwa się pytanie do samego szefa partii. Czy Konin nie zasługuje na nic lepszego, tylko spady z Samoobrony i czy niedouczone acz krzykliwe chłopaczki w rodzaju posła Hofmana?
poniedziałek, 24 stycznia 2011
48 lat. Moja wielka piłkarska tajemnica!
Z okazji 48 urodzin planowałem napisać śmieszną do łez, wzruszająca do łez i przy okazji bardzo smutną notkę. Żeby nie uchodzić za netowego ekshibicjonistę miała dotyczyć moich pierwszych 10 lat życia.
Lat szczenięcych, że się tak wyrażę.
Chodząc po wyziębionej hali dawnej odlewni żeliwa obmyślałem kolejne akapity. Miało być o pierwszych zapamiętanych przebłyskach świadomości, o kolegach i wrogach z podwórka, szkole i przyjaciołach. Miało być o naprawdę najpierwszej miłości, zabawach na podwórku, pierwszym obejrzanym w kinie filmie.
Miało być nawet o tym jak dostałem w nocha od klasowego grubasa Leszka R,a także o tym jak z "Filmu" i "Magazynu Filmowego" wycinałem fotki niekompletnie ubranych a nawet całkiem nagich aktorek i gdzie te wycinki chowałem.
O Gomułce w czarno białym telewizorze i o stu sprawach jeszcze.
Niestety tak mi się to wszystko rozrosło, że w żaden sposób nie da rady zmieścić tego w tekście.
Dobra, ale skoro przez dwie godziny intensywnie myślałem, głupio by było odejść zupełnie z niczym. Doszedłem do tematu: "Sport i piłka nożna"
I padłem na kolana przed wielką tajemnicą! Oto z mojego życia, życia, które w jakiś tam sensowny sposób potrafię odtworzyć przynajmniej jeśli chodzi o fascynacje, lektury, seks i inne poboczne zainteresowania, nagle zginęło kilka miesięcy.
Przenieśmy się do sławnego i dzięki naszym dziennikarzom, przenudnego dnia 17 października 1973 roku. Tak, gramy właśnie na Wembley z Anglią!
Gra całkiem nowy czarno – biały „Neptun”
W naszym konińskim mieszkaniu zebrało się kilkunastu „kiboli” Dziadek, Ojciec z zagipsowaną do kolana, złamaną nogą, ojca znajomi, jakieś ich rodziny. Jak na 35 metrowe mieszkanie w bloku przerażający gwar i wielkie zgrzytanie zębów, popijanie alkoholi und dzikie okrzyki!
( Na boku. Najwyraźniej ktoś z wówczas obecnych został przeze mnie niechcąco wywołany bo za moimi plecami zaczęły spadać książki z półki – Robię chwilę przerwy. Panie! Świeć nad Ich Duszami! Niech odpoczywają w pokoju wiecznym! Amen )
Nie wiem teraz czy mam pisać dalej czy nie? Rozumiem, że ktoś chciał się wtrącić wiedząc, że takie wyczyny mnie nie przestraszą. Niesamowite!
I to mnie ateuszowi i sceptykowi na urodziny! Mogę tylko napisać, że Dziękuję! Bardzo dziękuję!
Uff. Wracamy do października 1973 by w „krótkich abcugach” dojść do „największej tajemnicy”
Tuzin, w większości bliskich mi osób gryzie palce i przeżywa niezwykłe wprost emocje. Tylko dziesięcioletni Jarecczak nie mając bladego pojęcia o futbolu, z racji swej starodawnej wojenno - rycerskiej, naiwnej miłości kibicuje Anglikom!
Jak ja musiałem wszystkich wkurzać, że wspomnę o tak przykrym wyczynie jak płacz po zakończeniu meczu?
Nie grałem, nie kibicowałem i zupełnie się nie znałem na piłce. To był pierwszy mecz jaki obejrzałem w moim niespełna dziesięcioletnim życiu..
Powstaje pytanie, kiedy zostałem zaciętym kibicem? Przecież nie w listopadzie, ani też zimą z 1973 na 1974?
Nie pamiętam! Mam lukę, a we wspomnieniach doskonale i dokładnie widzę się w maju 1974 jako chłopaczek, który wstaje godzinę przed szkołą i pędzi do kiosku z trzema zylami w garści po "Piłkę nożną"
Jako Wielkopolanin pamiętam nawet, że 15 zyli kosztował kolorowy i bajerancki plakat z naszą Reprezentacją Narodową.
I ten łup powiesiłem na słomiance!
Przed Mistrzostwami mam już w chacie książki o futbolu a największym moim marzeniem jest piłka do nogi. Kupują mi piłkę! Nie umiem za bardzo to najpierw przez tydzień kopię ja po domu, odbijam o tapczan i takie różne.
Pamiętam też siebie jak 13 czerwca z ogromna pasją oglądam w TV mecz inauguracyjny. Brazylia gra z Jugolami na 0-0, podczas gdy Mama pakuje walizy bo jedziemy na wczasy do Muszyny.
Na miejscu pierwszą moją myślą w domu wczasowym ( mieszkamy na kwaterze prywatnej ale stołujemy się w DW ) jest wypożyczenie piłki. Nie mają do "nogi" to biorę skórzaną do siatkówki. Tak, tak… do siatkówki były skórzane w pasy i tym się tylko różniły od nożnych, że były nieco lżejsze.
Chodzę z tą piłką wszędzie i kopię po kamienistych dróżkach podczas wycieczek, na górskich łąkach. Zamęczam Mamę opalającą się na leżaku by mi ją rzucała, bym mógł bronić niezwykłymi bramkarskimi paradami w imaginacyjnej rozgrywce z Popradem za plecami. Poprad patrzył na mnie osłupiałą wodą.
Jestem Enwer Marić! Sep Maier! Dino Zoff I oczywiście Jan Tomaszewski. Ba, jakby na przekór chwilami utożsamiam się z naszym rezerwowym bramkarzem Andrzejem Fischerem!
Przed meczami Naszych, porzucam przyjemności związane z górami. Porzucam rzekę, łąki, góry, lasy itp. tylko po to by dwie godziny przed meczem siedząc bezczelnie na wprost telewizora snującego letni komuszy program, wysiadywać młodociane jajka po to by móc oglądać, oglądać z najlepszego miejsca na ekranie Rubina mecz.
Zobaczcie jaką miałem rację, bo od tamtej pory nikt nie widział naszej reprezentacji tak grającej a Beskidy jak stały tak stoją!
Ale to nie jest tekst o piłce i nigdy bym go nie napisał, gdybym wiedział co sprawiło, że ni z tego ni z owego stałem się zawziętym kibicem i zwolennikiem ganiania całymi dniami za piłką.
Jakim cudem z obojętnego, wrogiego, z antykibica przecież, stałem się piłkarskim maniakiem?
Nie poszedłem za sukcesem, bo mecz na Wembley miałem wszak za klęskę. W okresie przygotowawczym nasi niespecjalnie brylowali. Nie zdarzyło się nic, co tak radykalnie mogło mnie, dziesięcioletniego chłopca, przestawić na inne tory, popchnąć w kierunku zawziętej miłości do sportu.
Myślałem nad tym długo i nie znalazłem żadnego punktu zaczepienia. Jedno jest pewne.
Kibice mają lepiej!
Od tego magicznego momentu łatwiej jest mi zwalczyć niepamięć. Spójrzcie wraz ze mną w głąb czasu.
Oto lipiec 1975. Wracam żelaznym mostem ze Starego Konina do domu. Przeglądam kupioną na Placu Zamkowym płachtę „Piłki Nożnej” Słońce prześwietla zaczernione tekstami kartki, w związku z czym zatrzymuje się w cieniu co drugiego drzewa. Czytam a potem idąc kombinuję i zapamiętuję. Tak, Polska pokonała na wyjeździe, w meczu jak najbardziej towarzyskim reprezentację Kanady 8 – 1.
Jak zajdę do domu wszystko dokładnie zapiszę w swoim zeszycie, gdzie statystyki oraz interesujące uwagi. W kieszeni tanich, polskich „dżinsów” siedzą dwa rybaki i papierek przeznaczony na wykupienie piłki od rymarza.
Znaczy się... zagramy po południu mecz!
Lat szczenięcych, że się tak wyrażę.
Chodząc po wyziębionej hali dawnej odlewni żeliwa obmyślałem kolejne akapity. Miało być o pierwszych zapamiętanych przebłyskach świadomości, o kolegach i wrogach z podwórka, szkole i przyjaciołach. Miało być o naprawdę najpierwszej miłości, zabawach na podwórku, pierwszym obejrzanym w kinie filmie.
Miało być nawet o tym jak dostałem w nocha od klasowego grubasa Leszka R,a także o tym jak z "Filmu" i "Magazynu Filmowego" wycinałem fotki niekompletnie ubranych a nawet całkiem nagich aktorek i gdzie te wycinki chowałem.
O Gomułce w czarno białym telewizorze i o stu sprawach jeszcze.
Niestety tak mi się to wszystko rozrosło, że w żaden sposób nie da rady zmieścić tego w tekście.
Dobra, ale skoro przez dwie godziny intensywnie myślałem, głupio by było odejść zupełnie z niczym. Doszedłem do tematu: "Sport i piłka nożna"
I padłem na kolana przed wielką tajemnicą! Oto z mojego życia, życia, które w jakiś tam sensowny sposób potrafię odtworzyć przynajmniej jeśli chodzi o fascynacje, lektury, seks i inne poboczne zainteresowania, nagle zginęło kilka miesięcy.
Przenieśmy się do sławnego i dzięki naszym dziennikarzom, przenudnego dnia 17 października 1973 roku. Tak, gramy właśnie na Wembley z Anglią!
Gra całkiem nowy czarno – biały „Neptun”
W naszym konińskim mieszkaniu zebrało się kilkunastu „kiboli” Dziadek, Ojciec z zagipsowaną do kolana, złamaną nogą, ojca znajomi, jakieś ich rodziny. Jak na 35 metrowe mieszkanie w bloku przerażający gwar i wielkie zgrzytanie zębów, popijanie alkoholi und dzikie okrzyki!
( Na boku. Najwyraźniej ktoś z wówczas obecnych został przeze mnie niechcąco wywołany bo za moimi plecami zaczęły spadać książki z półki – Robię chwilę przerwy. Panie! Świeć nad Ich Duszami! Niech odpoczywają w pokoju wiecznym! Amen )
Nie wiem teraz czy mam pisać dalej czy nie? Rozumiem, że ktoś chciał się wtrącić wiedząc, że takie wyczyny mnie nie przestraszą. Niesamowite!
I to mnie ateuszowi i sceptykowi na urodziny! Mogę tylko napisać, że Dziękuję! Bardzo dziękuję!
Uff. Wracamy do października 1973 by w „krótkich abcugach” dojść do „największej tajemnicy”
Tuzin, w większości bliskich mi osób gryzie palce i przeżywa niezwykłe wprost emocje. Tylko dziesięcioletni Jarecczak nie mając bladego pojęcia o futbolu, z racji swej starodawnej wojenno - rycerskiej, naiwnej miłości kibicuje Anglikom!
Jak ja musiałem wszystkich wkurzać, że wspomnę o tak przykrym wyczynie jak płacz po zakończeniu meczu?
Nie grałem, nie kibicowałem i zupełnie się nie znałem na piłce. To był pierwszy mecz jaki obejrzałem w moim niespełna dziesięcioletnim życiu..
Powstaje pytanie, kiedy zostałem zaciętym kibicem? Przecież nie w listopadzie, ani też zimą z 1973 na 1974?
Nie pamiętam! Mam lukę, a we wspomnieniach doskonale i dokładnie widzę się w maju 1974 jako chłopaczek, który wstaje godzinę przed szkołą i pędzi do kiosku z trzema zylami w garści po "Piłkę nożną"
Jako Wielkopolanin pamiętam nawet, że 15 zyli kosztował kolorowy i bajerancki plakat z naszą Reprezentacją Narodową.
I ten łup powiesiłem na słomiance!
Przed Mistrzostwami mam już w chacie książki o futbolu a największym moim marzeniem jest piłka do nogi. Kupują mi piłkę! Nie umiem za bardzo to najpierw przez tydzień kopię ja po domu, odbijam o tapczan i takie różne.
Pamiętam też siebie jak 13 czerwca z ogromna pasją oglądam w TV mecz inauguracyjny. Brazylia gra z Jugolami na 0-0, podczas gdy Mama pakuje walizy bo jedziemy na wczasy do Muszyny.
Na miejscu pierwszą moją myślą w domu wczasowym ( mieszkamy na kwaterze prywatnej ale stołujemy się w DW ) jest wypożyczenie piłki. Nie mają do "nogi" to biorę skórzaną do siatkówki. Tak, tak… do siatkówki były skórzane w pasy i tym się tylko różniły od nożnych, że były nieco lżejsze.
Chodzę z tą piłką wszędzie i kopię po kamienistych dróżkach podczas wycieczek, na górskich łąkach. Zamęczam Mamę opalającą się na leżaku by mi ją rzucała, bym mógł bronić niezwykłymi bramkarskimi paradami w imaginacyjnej rozgrywce z Popradem za plecami. Poprad patrzył na mnie osłupiałą wodą.
Jestem Enwer Marić! Sep Maier! Dino Zoff I oczywiście Jan Tomaszewski. Ba, jakby na przekór chwilami utożsamiam się z naszym rezerwowym bramkarzem Andrzejem Fischerem!
Przed meczami Naszych, porzucam przyjemności związane z górami. Porzucam rzekę, łąki, góry, lasy itp. tylko po to by dwie godziny przed meczem siedząc bezczelnie na wprost telewizora snującego letni komuszy program, wysiadywać młodociane jajka po to by móc oglądać, oglądać z najlepszego miejsca na ekranie Rubina mecz.
Zobaczcie jaką miałem rację, bo od tamtej pory nikt nie widział naszej reprezentacji tak grającej a Beskidy jak stały tak stoją!
Ale to nie jest tekst o piłce i nigdy bym go nie napisał, gdybym wiedział co sprawiło, że ni z tego ni z owego stałem się zawziętym kibicem i zwolennikiem ganiania całymi dniami za piłką.
Jakim cudem z obojętnego, wrogiego, z antykibica przecież, stałem się piłkarskim maniakiem?
Nie poszedłem za sukcesem, bo mecz na Wembley miałem wszak za klęskę. W okresie przygotowawczym nasi niespecjalnie brylowali. Nie zdarzyło się nic, co tak radykalnie mogło mnie, dziesięcioletniego chłopca, przestawić na inne tory, popchnąć w kierunku zawziętej miłości do sportu.
Myślałem nad tym długo i nie znalazłem żadnego punktu zaczepienia. Jedno jest pewne.
Kibice mają lepiej!
Od tego magicznego momentu łatwiej jest mi zwalczyć niepamięć. Spójrzcie wraz ze mną w głąb czasu.
Oto lipiec 1975. Wracam żelaznym mostem ze Starego Konina do domu. Przeglądam kupioną na Placu Zamkowym płachtę „Piłki Nożnej” Słońce prześwietla zaczernione tekstami kartki, w związku z czym zatrzymuje się w cieniu co drugiego drzewa. Czytam a potem idąc kombinuję i zapamiętuję. Tak, Polska pokonała na wyjeździe, w meczu jak najbardziej towarzyskim reprezentację Kanady 8 – 1.
Jak zajdę do domu wszystko dokładnie zapiszę w swoim zeszycie, gdzie statystyki oraz interesujące uwagi. W kieszeni tanich, polskich „dżinsów” siedzą dwa rybaki i papierek przeznaczony na wykupienie piłki od rymarza.
Znaczy się... zagramy po południu mecz!
piątek, 23 października 2009
Boks. A Gołota jest w Madrycie i wychodzi za Hiszpana...
Walka stulecia? Chyba ostatnie starcie polskich bokserów, którzy przerobili podstawy boksu. Szkoda, że to tylko medialna hucpa.
Mam dwanaście lat. Idę sobie ulicami Konina a tu nagle wielkie zgromadzenie ludzi. Pod nowiuteńka halą sportową, zaprojektowaną przez architekta i szermierza Zabłockiego, tłumy wielkie. Szczekaczki szczekają relacje online a tłum się emocjonuje. Jest rok 1975. Zagłębie Konin podejmuje w meczu pierwszej ligi bokserskiej Legię Warszawa.. Hala się, prawda, przelała aż na ulice. To rewanż za remis w Warszawie 10 -10. Tym razem ulegamy 7 -13. Kręcę się przez chwilę po obrzeżach wiwatującego i przeklinającego tłumu. Nic ciekawego się nie dzieje. Idę grać w piłkę.
W następnym roku oglądam tylko pojedynki wagi ciężkiej. Czasem końcówkę w półciężkiej. W pewnym momencie zaczynają wpuszczać za darmo to wchodzę, a wchodzę wracając z meczu piłkarskiego. Mecze są o 11 w niedzielę. Zgadnijcie dlaczego?
Wchodzę na ciężką. W Zagłębiu walczy wtedy Antoni Kuskowski.
Antek! Antek! – Ryczy cztery tysiące fanów domagając się śmierci rywala. Fruwają butelki.
Antek! Antek! – Wiecie jak to wyglądało? Faceci w podkoszulkach na ramiączkach i w gimnastycznych, prawda, spodenkach. Antek wchodzi w szlafroku jak jakiś pieprzony zawodowiec. Wrzeszczymy! Tatuaże, gesty wojownika.
Ech… Jakie walki na ringu w Koninie wtedy!
Potem Stal Stocznia Szczecin kupiła go za pracę, umeblowany haus i perspektywę znikniecia na budowie w USA. Nic nie zostało. a z Tate'm zremisował.
W tamtych czasach być w pierwszej lidze, to nie był żart. Były ligi okręgowe, trzecia liga, druga i pierwsza. Wyobraźcie sobie te wszystkie sale gdzie tysiące młodych byczków okładają treningowe wory pod czujnym okiem byłych mistrzów, mistrzów choćby lokalnych, mistrzów, dla których przeważnie był to jedyny chleb.
Lata dziewięćdziesiąte. Struktura się trzyma. Reaktywowane po latach Zagłębie Konin wspina się po ligowych szczeblach z finansową pomocą firmy Pollas. Kumpel mnie namówił i poszedłem na mecz o wejście do 1 ligi z Olimpią Poznań. Jeszcze na małej Sali. Sali na 1000 kibiców. Stoimy jak te śledzie w beczce. Wejście dla zawodników oddzielone taśmami. Wchodzi jakiś dupek z milicyjnej Olimpii, który podczas meczu w Poznaniu odepchnął naszego kibica. Ktoś krzyczy: - Pobił kibica!
I zaraz cały tłum faluje w żądzy oczywistego odwetu. Gany się budza nagle! Za rok
zdobywamy Majstra!
Ta sama hala, która widziała Legię w 75 widzi eksplozje pięciu tysięcy fanów. Argentyna!
Fruną konfetti! Na ringu dziewczyny w bikini obnoszą swe wdzięki wraz z tablicami informującymi przytomnych o kolejnych rundach.
Waga półśrednia. Na ring wychodzi Mirek Bobrowki – Bober! Wojownik! Wojownik! Skandują kibice. Bober, który trzy lata wcześniej tarzał się w ringu w starciach trzecioligowych, teraz jest brązowym medalista MP. W charakterystyczny dla siebie sposób poluje na rywala, poruszając się po ringu z wdziękiem pijanego marynarza. Opuszczona garda. Zwody w stylu Azraela.
-Zabij skurwysyna! – Krzyczymy i Bober zaczyna trafiać. Bach! Bach! Bach!
Chłopaki wywalczyli Majstra. Się działo!
Nie piszę o tym po to by zachwalać dawne czasy. Może jest i tak, ze pakerzy, którzy prowadzą dzisiejsze kluby są lepszymi trenerami. Nie wiem nic. Boks amatorski przebrany w kaski, z rękawicami jak poduchy przestał być interesujący. Ale gdzie się maja młodzi uczyć tego całego boksowania? Siłownia nie wystarczy!
Obejrzycie starcie Adamka z Gołotą. To są, mili moi, ostatki. Kto i gdzie wyszkoli następców?
Szkolenie polega teraz na wypuszczaniu silnych szajbusów. Techniki ni ma. Jest determinacja i wizja wielu zer na kontrakcie. Zasada jest taka, że facet obije 10 mord a w jedenastej walce padnie jak betka.
Aby podnieść adrenalinę publice przenosi się starcia do innych lepiej płatnych systemów zapieprzania się po mordach. Tyle tylko, ze nawet w tych klatkach walczą coraz częściej prymitywne osiłki. Kto niby ma ich szkolić i kiedy?
I po co, skoro publika wszystko łyka?
Jutro powalczy Adamek z Gołotą. Nie zobaczę, a chciałbym zobaczyć dzisiejszego Gołotę z tamtejszym, starodawnym Antkiem Kuskowkim.
Antek! Antek! Antek!
Mam dwanaście lat. Idę sobie ulicami Konina a tu nagle wielkie zgromadzenie ludzi. Pod nowiuteńka halą sportową, zaprojektowaną przez architekta i szermierza Zabłockiego, tłumy wielkie. Szczekaczki szczekają relacje online a tłum się emocjonuje. Jest rok 1975. Zagłębie Konin podejmuje w meczu pierwszej ligi bokserskiej Legię Warszawa.. Hala się, prawda, przelała aż na ulice. To rewanż za remis w Warszawie 10 -10. Tym razem ulegamy 7 -13. Kręcę się przez chwilę po obrzeżach wiwatującego i przeklinającego tłumu. Nic ciekawego się nie dzieje. Idę grać w piłkę.
W następnym roku oglądam tylko pojedynki wagi ciężkiej. Czasem końcówkę w półciężkiej. W pewnym momencie zaczynają wpuszczać za darmo to wchodzę, a wchodzę wracając z meczu piłkarskiego. Mecze są o 11 w niedzielę. Zgadnijcie dlaczego?
Wchodzę na ciężką. W Zagłębiu walczy wtedy Antoni Kuskowski.
Antek! Antek! – Ryczy cztery tysiące fanów domagając się śmierci rywala. Fruwają butelki.
Antek! Antek! – Wiecie jak to wyglądało? Faceci w podkoszulkach na ramiączkach i w gimnastycznych, prawda, spodenkach. Antek wchodzi w szlafroku jak jakiś pieprzony zawodowiec. Wrzeszczymy! Tatuaże, gesty wojownika.
Ech… Jakie walki na ringu w Koninie wtedy!
Potem Stal Stocznia Szczecin kupiła go za pracę, umeblowany haus i perspektywę znikniecia na budowie w USA. Nic nie zostało. a z Tate'm zremisował.
W tamtych czasach być w pierwszej lidze, to nie był żart. Były ligi okręgowe, trzecia liga, druga i pierwsza. Wyobraźcie sobie te wszystkie sale gdzie tysiące młodych byczków okładają treningowe wory pod czujnym okiem byłych mistrzów, mistrzów choćby lokalnych, mistrzów, dla których przeważnie był to jedyny chleb.
Lata dziewięćdziesiąte. Struktura się trzyma. Reaktywowane po latach Zagłębie Konin wspina się po ligowych szczeblach z finansową pomocą firmy Pollas. Kumpel mnie namówił i poszedłem na mecz o wejście do 1 ligi z Olimpią Poznań. Jeszcze na małej Sali. Sali na 1000 kibiców. Stoimy jak te śledzie w beczce. Wejście dla zawodników oddzielone taśmami. Wchodzi jakiś dupek z milicyjnej Olimpii, który podczas meczu w Poznaniu odepchnął naszego kibica. Ktoś krzyczy: - Pobił kibica!
I zaraz cały tłum faluje w żądzy oczywistego odwetu. Gany się budza nagle! Za rok
zdobywamy Majstra!
Ta sama hala, która widziała Legię w 75 widzi eksplozje pięciu tysięcy fanów. Argentyna!
Fruną konfetti! Na ringu dziewczyny w bikini obnoszą swe wdzięki wraz z tablicami informującymi przytomnych o kolejnych rundach.
Waga półśrednia. Na ring wychodzi Mirek Bobrowki – Bober! Wojownik! Wojownik! Skandują kibice. Bober, który trzy lata wcześniej tarzał się w ringu w starciach trzecioligowych, teraz jest brązowym medalista MP. W charakterystyczny dla siebie sposób poluje na rywala, poruszając się po ringu z wdziękiem pijanego marynarza. Opuszczona garda. Zwody w stylu Azraela.
-Zabij skurwysyna! – Krzyczymy i Bober zaczyna trafiać. Bach! Bach! Bach!
Chłopaki wywalczyli Majstra. Się działo!
Nie piszę o tym po to by zachwalać dawne czasy. Może jest i tak, ze pakerzy, którzy prowadzą dzisiejsze kluby są lepszymi trenerami. Nie wiem nic. Boks amatorski przebrany w kaski, z rękawicami jak poduchy przestał być interesujący. Ale gdzie się maja młodzi uczyć tego całego boksowania? Siłownia nie wystarczy!
Obejrzycie starcie Adamka z Gołotą. To są, mili moi, ostatki. Kto i gdzie wyszkoli następców?
Szkolenie polega teraz na wypuszczaniu silnych szajbusów. Techniki ni ma. Jest determinacja i wizja wielu zer na kontrakcie. Zasada jest taka, że facet obije 10 mord a w jedenastej walce padnie jak betka.
Aby podnieść adrenalinę publice przenosi się starcia do innych lepiej płatnych systemów zapieprzania się po mordach. Tyle tylko, ze nawet w tych klatkach walczą coraz częściej prymitywne osiłki. Kto niby ma ich szkolić i kiedy?
I po co, skoro publika wszystko łyka?
Jutro powalczy Adamek z Gołotą. Nie zobaczę, a chciałbym zobaczyć dzisiejszego Gołotę z tamtejszym, starodawnym Antkiem Kuskowkim.
Antek! Antek! Antek!
Subskrybuj:
Posty (Atom)