niedziela, 19 maja 2019

Wielka nadzieja byłych



Zacznę od tego, co dawno temu opisał Lem w Fantastyce i Futurologii, ale jak mniemam nie wszyscy czytali to pożyteczne dzieło. Otóż autor im wyżej postawi narratora czy też stworzy postać ogromną w swym intelekcie i potędze, postać równą Bogu, albo posiadającą jego atrybuty, tym nędzniejszy i ogólniejszy musi być opis konceptów i działań tegoż. Wynika to z prostego faktu, że można oczywiście opisać mega galaktyczny rozum, ale ten rozum nie wymyśli niczego poza tym, co jest w stanie wymyślić autor, a to przeważnie niewiele. Drogi ucieczki są dwie: w bełkot, gdzie czytelnika obciąża się winą za niezrozumienie genialnego przekazu, albo w ciągłe zapewnienia o genialności podmiotu. 

Na taki problem natrafił na przykład Conan Doyle opisując przygody Sherlocka Holmesa. Rozwiązał go drugą metodą, czyli zapewnieniami, ale dodał dwie istotne nowinki, które przyczyniły się do trwającej już ponad sto lat sławy jego bohatera. Pierwszą są rozsiane po tekście anegdoty logiczne, w których Holmes po kroju krawata przechodnia rozpoznaje imię jego psa, czy coś podobnego. Rozumowanie mistrza zostaje potem wyjaśnione zdumionemu czytelnikowi krok po kroku. Drugim sposobem są wtręty narratora, którym jest doktor Watson (w nielicznych sam Holmes) jakoby najciekawszych spraw, gdzie Holmes naprawdę błyszczy swym intelektem nie mógł opisać, już to z powodu ich państwowej tajności, już to z powodu ich nieatrakcyjnej dla czytelnika natury.

Powyższy wstęp poczyniłem, by czytelnik dowiedział się czegoś przy okazji jak najbardziej politycznej, przy czym od razu dodam, że nic nie mam przeciwko Holmesowi. Ten chociaż był oryginalny w tym, że odnosił sukcesy będąc narkomanem, nie jak stręczeni nam współcześni detektywi pospolitym alkoholikiem, którego porzuciła żona i nie może porozumieć się z dorastającą córką. To też ciekawy i polityczny temat, ale na inne opowiadanie.

My tymczasem wracamy do polityki i stręczonego nam geniusza o prostym i dźwięcznym nazwisku Tusk. Do jego promocji używa się wymienionych powyżej metod, ze wszystkimi ich słabościami i mieliznami charakterystycznymi dla słabych umysłów samych autorów promocji. Gdybym na przykład nigdy nie widział Tuska, nie znał jego drogi życiowej ani osiągnięć, to na podstawie tekstów zamieszczanych ostatnimi czasy w mediach promujących tego dziwnego człowieka widziałbym go jako wysokiego, ogorzałego młodzieńca o chmurnym czole, niewątpliwie orlim nosie i stalowym spojrzeniu. Człowieka o umyśle przenikliwym, zaprawionym w logicznych bojach ze skłonnością do wyższej matematyki, filozofii i poezji wreszcie. To wszystko jest bardzo piękne i wzruszające, a zyskuje zabarwienie w porywach religijne, gdy mowa o nim, jako o prawie Mojżeszu. No, powiedzmy, w trzech czwartych, ale tylko dlatego, że przywódca Izraelitów ponoć nie był dobrym mówcą, w przeciwieństwie do naszego Tuska, który ponoć jest mówcą niezastąpionym.

Cała ta propaganda ma jak najbardziej powieściowy charakter. Są zwroty akcji, ciągłe oczekiwanie na eksplozję i wedle jej autorów ma to nieodparty urok. Tyle tylko, że na taką kreację można spojrzeć z boku, ponieważ pan Tusk żyje w świecie rzeczywistym w przeciwieństwie do pana Sherlocka Holmesa, a co za tym idzie podlega bieżącej weryfikacji. Można obejrzeć setki jego zdjęć na których widzimy co najwyżej pospolitą i wielce niemiłą facjatę, a co gorsza można na przykład wysłuchać, albo nawet przeczytać teksty jego ostatnich wiekopomnych wystąpień, dzięki którym stał się, jak głosi Gazeta Wyborcza, ideowym przywódcą opozycji, co samo w sobie jest osobliwym komplementem. Warto też zauważyć, że stał się tym całym przywódcą po raz trzeci z rzędu, licząc tylko wciąż trwający maj. Już samo to jest trochę dziwne.

Nie wiem, kto pisze te mowy. Sam Tusk czy jakiś zapoznany poeta w rodzaju Jacka Żakowskiego, który na tym polu ma, jak słyszałem, stosowne doświadczenia. Kto by nie był tym dziwacznym grafomanem, wymusza na machinie propagandowej nieustanne wzdychanie o genialności mówcy i mocy sprawczej słowa przez niego wygłaszanego. Problem w tym, że nie sposób jednocześnie pokazywać Tuska i Tuska utajnić. Mistyfikacja jest jednocześnie demistyfikacją. Jakby tego było mało mniej piśmiennym fanom rzuca się ochłapy w postaci co bardziej prostackich cytatów, aby mieli się czym zachwycać. I oczywiście są zachwyceni, ale to wynik odpowiedniej tresury. 

W sumie koncept z Tuskiem jako Mojżeszem wyprowadzającym lud z pisowskiej niewoli jest to dobry i pożyteczny, jak każda działalność przeciwnika mająca na celu zmylenie i ogłupienie jego własnych szeregów. Można do opisu sytuacji sparafrazować tytuł starego bokserskiego dramatu, co uczyniłem w tytule.



piątek, 17 maja 2019

Wytresowani ludzie

Człowiek wytresowany przez media jest po prostu kaleką. Jego rozum gnije czekając na zbawcze dyrektywy. Nie ufa też, co już jest nieco dziwne, własnym zmysłom. To już nawet nie zwierzę prowadzone na rzeź. To zwierzę, któremu wydaje się, że samo jest rzeźnikiem. Ta fałszywa samoświadomość oparta jest na tanim sentymentalizmie i dziwacznym przekonaniu, że przewodnicy prowadzący ludy do rzeźni mają inne niż bandyckie intencje. Realizowany schemat prowadzi nas wszystkich, także tych niepodatnych na tresurę do wojny i rozlewu krwi. Masa krytyczna zbydlęcenia populacji została bowiem przekroczona. Wszystko co możemy, to odwlekać ten straszny moment, licząc, że tym razem uda się nam jakimś cudem zo-stać nieco z boku. Potrzeba do tego odwagi, nie histerycznych wrzasków. Nie zmienimy ludzi, nie odwrócimy wektorów sentymentów społecznych. Nie ma takiej edukacji, ani takiej kul-tury, która pomogłaby nam przeżyć. To są rzeczy stracone. Nadzieją może być jedynie pragmatyzm codzienności oraz upór w staniu po własnej stronie, nie cudzej. Odrzucenie i absolutna negacja treserów i wytresowanych, bo inaczej zagarną i nas w swym pędzie do rzeźni.
Trudno mi o tym pisać, ponieważ temperament prowadzi moje paluchy stukające w klawiaturę ku codziennym zmaganiom, publicystycznym, niewiele wartym sporom, ku kpinie i bła-zeństwu, ale to co obserwuję wymusza na mnie pauzę, choćby trwającą przez jeden tekst. Widzę gorączkę, która opanowała bandziorów i czuję, dosłownie czuję na karku, oddech wiedzionych przez nich tłumów, które nawet nie wiedzą czym jest polityka i jakie wyzwania stoją przed nami. Chcą burzyć, niszczyć i piętnować. To nic nowego w sumie, ale nigdy jeszcze nie mieliśmy tak mało do obrony jak teraz i nie mam na myśli środków materialnych, a duchowe. Z tego deficytu bierze się lęk przenikający nas do szpiku kości. Już nie miecza się lękamy, a samej myśli o mieczu. Przed laty otoczono naród polski niczym w jakimś lunaparku lustrami pomniejszającymi i czyniącymi karykaturalnym odbity w nich obraz. To był pierwszy punkt tresury i jego skutki widoczne są do dzisiaj. Okazał się bowiem niezwykle skuteczny. Do tego stopnia, że na zwykłe odbicie znaczna część naszego społeczeństwa reaguje negacją i gniewem, tak przywykła do roli koślawego karła. Inaczej nie sposób wytłumaczyć jakim cudem bandyci oraz polityczni imbecyle zawładnęli wyobraźnią tak wielu ludzi.
Człowiek pozbawiony tożsamości, to zasadniczo co innego niż człowiek, który zgubił dowód osobisty. Utrata tożsamości bywa niewidoczna i chociaż można wyrobić sobie nową, zawsze będzie to tożsamość fałszywa. Ale właśnie taki jest cel tresury! Inną jej metodą są substytuty. Podaje się je zamiast wiedzy, historii, literatury, sztuki… I tak bez końca. Trwa to dziesięcio-lecia, aż nagle (ładne mi nagle) okazuje się, że jesteśmy społeczeństwem wyzutym dosłownie ze wszystkiego i sformatowanym do granic absurdu w ramach iście niewolniczego naśladownictwa. Nie mamy bowiem nic oryginalnego, a jeśli nawet mamy jest to starannie ukryte.
Obrazoburczo stwierdzam, że tak naprawdę nadzieję pokładam w realizmie i naturalnym dla naszej nacji spokoju. Bliższy mi w dziele przetrwania prosty chłop z sakiewką u pasa niż płonący emocjami mówca. Spryt, udawany koniunkturalizm i polityczne mataczenie na wszelkie możliwe sposoby stwarzają możliwości budowy, bo tak naprawdę prawo do spokojnego życia i wzrostu społeczeństwa trzeba wyłudzić od możnych tego świata, a najpierw oczywiście od Polaków. Jedni i drudzy muszą się przemóc i przyzwyczaić do myśli, że Polska jest konieczna i nie musi udowadniać tego co pół godziny, a treserzy mogą udać się do przystojniejszych zajęć, na przykład do kopania rowów melioracyjnych.

wtorek, 7 maja 2019

Odpowiedzią niech będzie uwolnienie słowa

Prowokacje lewactwa na gruncie sztuk wszelkich są niczym stukanie młotkiem za ścianą. Niby nic, ale po jakimś czasie człowiek musi się wkurzyć. Ten przykład doskonale obrazuje charakter ekscesów z którymi mamy coraz częściej do czynienia. Twórcy oraz ich akolici są od dawna nie domownikami, a tylko sąsiadami. Tylko dzięki denerwującemu stukaniu dowiadujemy się o ich istnieniu, toteż nie zaniedbują się w pracy. Ich odpowiedź jest prosta i skuteczna: Wolnoć Tomku w swoim domku.
Jest to prawda, ponieważ to faktycznie ich domek, nawet nie podobny do naszego. I tak od szóstej rano do dwudziestej drugiej. Jeśli artysta chce się wyróżnić, zaczyna stukanie w nocy, ktoś wzywa policję i mamy oto męczennika, który śmiało może teraz wykrzykiwać o godzinie policyjnej i prześladowaniu aktu twórczego.
Tyle tylko, że wypada zacząć od drugiej strony, czyli od reagujących gniewem na coraz liczniejsze prowokacje. Jednym z najgłupszych argumentów jest wypytywanie zlewaczałych artystów, dlaczego nie używają w swych prowokacjach wizerunków Mahometa czy symboli religii żydowskiej. Jeśli chodzi o Proroka, odpowiedź tkwi w samym pytaniu, ponieważ jego wyznawcy nigdy by podobnego nie zadali, tylko od razu waliliby w mordę, o ile byliby w pogodnym nastroju. Jeśli zaś chodzi o wyznawców judaizmu, to są jak najbardziej ofiarami podobnych ekscesów, tyle tylko, że cierpią je nie od naszego, a zachodniego lewactwa, jesz-cze mocniej niż nasze zaangażowanego w sztukę podobnych prowokacji.
Cały ten obrazoburczy cyrk odbywa się w tak dziarskiej melodii sławiącej tolerancję. Ta tolerancja zasadniczo polega na mnożeniu regulacji prawnych i zakazów wobec naturalnej ekspresji werbalnej wszystkich, którzy nie są wyróżnioną kastą ludzi mogących więcej. Sprzeciw wobec ich swobód, swobód członków tej bandy staje się o dziwo ograniczaniem wolności, podczas gdy prawdziwe ograniczanie wolności słowa jest tylko antydyskryminacyjną regulacją. To tak jakby złodzieje zagwarantowali sobie policyjne ściganie ludzi, którzy zawołają: Łapaj złodzieja!
Najwyższy czas przywrócić naturalną, przynajmniej dla naszej nacji wolność słowa i ekspresji, także twórczej (ważne jest tu „także”) i zdepenalizować wszystkie jej przejawy. Inaczej staniemy się wkrótce narodem pieniaczy, ku czemu zmierzamy w podskokach. Skończy się bredzenie o cudactwach w rodzaju mowy nienawiści, oraz antydyskryminacyjny bełkot. Jeśli troszczysz się o swoje czy innych uczucia religijne, które wtedy będą narażone na obrazę… Cóż, a teraz nie są? Może wtedy zamiast zawracać głowę panu policjantowi, sam weźmiesz się za ich obronę. I nie mam tu na myśli walenia w mordę, bo to w sumie ostateczność. Jedno jest pewne. Nie wygrasz grając metodami ustanowionymi przez wrogów.
Tylko wolność szanowny katoliku daje Ci szansę, ponieważ wbrew ciągle powtarzanym deklaracjom, twoi przeciwnicy są jej zaciekłymi wrogami, o ile oczywiście prawo do niej rozszerza się poza ich środowisko. Zawsze, jeśli masz prawo wyboru, wybieraj wolność. Może wtedy donos przestanie być orężem walki politycznej, a stanie się znowu przejawem podłości. Trudniej też będzie różnym kretynom nabierać stosownego rozpędu, a jeśli już, większe są szanse, że walną głową w mur znudzenia, obojętności, prychnięcia i wzruszenia ramionami.

poniedziałek, 6 maja 2019

Ranking wrogości, czyli wybory za pasem

Bardzo ładna jest obecna kampania wyborcza. Szkoda tylko, że trudno ją odróżnić od braku kampanii. Może język jest ostrzejszy i fałszywe tony brzmią wyraźniej, ale to już niuanse dla smakoszy. Skoro coś trwa bez przerwy trudno na tym skoncentrować uwagę, tym bardziej, że wybory do PE służą przede wszystkim zajęciu odpowiedniej pozycji startowej przed jesiennym wyścigiem o wszystko, czyli o władzę nad nami. Ich wynik będzie dla jednych ostrzeże-niem, dla innych zachętą, choć z góry wiadomo, że wszyscy okrzykną sukces.
W zasadzie znany jest nawet zestaw inwektyw, jakimi zostanie pomimo powszechności sukcesu obrzucony cierpliwy polski naród. Na wszelki wypadek co gorętsi politycy już raczą obrażać
wyborców, których rzekomo chcą pozyskać. I to jest pewna nowość, wynikająca z przekonania o zamknięciu elektoratów. Drugim wnioskiem wyciąganym przez polityków z historii
dotychczasowych wyborów europejskich jest to, że przy frekwencji o wiele niższej niż podczas wy-borów parlamentarnych opłaca się radykalizacja przekazu. To akurat jest bliskie prawdy, ponieważ wyborca głosując tu na partie radykalne nie ma przykrej świadomości, że jego poparcie przekłada się na rządzenie Polską i może sobie pobujać w obłokach, zagrać na nosie, czy kto co tam lubi. Tyle tylko, że radykalizm spala, a to co jest dobre dla liderów uzyskujących mandat niekoniecznie jest dobre dla ich partii.
Sześć ugrupowań zebrało poparcie pozwalające im startować w wyborach z jakimikolwiek szansami. Ich wzajemne relacje są warte pokazania. Zacznijmy od góry, czyli od partii rządzącej, która w rankingu wrogości zajmuje zdecydowanie pierwsze miejsce, ponieważ jest i będzie podstawowym celem ataków pozostałych komitetów. To akurat nie dziwi, ale też w żaden sposób nie zaszkodzi Prawu i Sprawiedliwości, ponieważ im większe natężenie wrogości wobec rządzących, tym jaśniejszy jest wybór:
Chcemy, żeby było tak, jak przez ostatnie cztery lata, czy może łakniemy odmiany?
Na dodatek ta odmiana jest dość niejasna, ponieważ trudno dostrzec jej zasady nieuzbrojonym okiem. Nawet gdy już pojawi się jakiś konkret, jeszcze tego samego dnia bywa unieważniany, albo niknie w zapomnieniu. PiS obalić! To już wiemy, to już słyszeliśmy zanim PiS wygrał wybory. Może się zdarzyć, że takie stawianie sprawy przez szeroko pojętą opozycję zachęci elektorat PiS do liczniejszego udziału w majowych wyborach. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość ma w zasadzie dwóch wrogów oczywistych: KE i Konfederację, przy czym atak na narodowych korwinistów jest prowadzony raczej przez szalonych w swym lizusostwie publicystów niż samych polityków, ponieważ tym, w żaden sposób taki atak się nie opłaca.
KE ma jednego wroga czyli PiS, pozostałych konkurentów traktując niechętnie, jako niezbyt pewnych potencjalnych sojuszników. Niejako w rewanżu, sami są podobnie postrzegani. Owszem, rytualnie dopisuje się ich do Prawa i Sprawiedliwości jako drugie skrzydło tego samego zła, ale jakoś tak bez przekonania. Poza personaliami nie sposób też atakować ich za poglądy czy koncepcje, ponieważ, jak już wspomniałem, trudno się takich dopatrzeć. Siła bezwładu, nie tylko umysłowego sprawia, że liderzy mniejszych ugrupowań mają nielichy problem by zachowując swój radykalizm dmąc jednocześnie w tę samą trąbę co Leszek Miller czy pani Kopacz.
Biedroniowa Wiosna musi na dodatek wyróżnić się na tle KE jako progresywna i nawet w jawnej głupocie przebić ekipę pana Schetyny, ale też usilnie bronić się przed tym samym ze strony największej partii opozycyjnej. Pierwsze starcie na tym polu odbyło się w ubiegłym tygodniu. Imperium kontratakowało panem, którego nazwiska nie wymienię i teraz nieszczęsny Biedroń musi wejść na wyższy szczebel krótkiej drabiny antypolskiej fobii. Głos Lewicy Razem jest słabo słyszalny, ponieważ od ostatnich wyborów wiadomo, że Zandberg raczej nie odbiera głosów Prawu i Sprawiedliwości, przez co nie bardzo opłaca się nawet o nim wspominać. Bo w sumie po co komu lewicowa lewica? Kukiz też siedzi cicho, bo jak wyczytałem, chce być „języczkiem” bez względu na to, co miałoby to znaczyć.
Ciekawą pozycję zajmuje za to Konfederacja. Jej celem jest powtórzenie sukcesu Korwina sprzed czterech lat. Kluczem ma być pokazanie publiczności wielu liderów zamiast jednego, ale ceną jest rozmycie profilu ideowego. Czy antypisowskie emocje na prawicy są tak silne, że wywindują tak dziwną zbieraninę ponad wyborczą kreskę? Dla mnie osobiście, starego wyborcy Korwina i UPR to danie jest całkowicie pozbawione smaku. Ci najprawdziwsi Pola-cy, kawiarniane mimozy jako emanacja narodowej mocy… Śmieszne tylko.
Na razie, jak wspomniałem na wstępie, kampania jest bardzo ładna, czyli przewidywalna i nudna. Prochu nikt nie wymyśli, choć celem podstawowym jest wysadzenie Prawa i Sprawiedliwości w powietrze. Na razie ma temu służyć jedna beczka i kilka małych beczułek. Problem w tym, że choć lonty palą się nieustannie, to beczki jak były, tak i pozostają puste.

środa, 1 maja 2019

Kiedy ulubieńcy maszerują...

Na czele pochodu pracownicy i prezesi. Ci najbardziej zapracowani, ci na których barkach spoczywa chleb dwustronnie posmarowany masłem. Teraz tak bliscy, że możemy ich dotknąć, ale bez przesady z tym dotykaniem. Niejako z rozdzielnika pochód otwiera dzielna załoga z Woronicza. Uśmiechnięty prezes Kurski osobiście raczy nieść goździk i tabliczkę z kolorowym pikiem. Goździk jest biały, co symbolizuje czystość intencji pana prezesa. Pani Holecka prowadzi swoje zastępy, pilnie rozglądając się na boki, bo wiadomo, że wróg najchętniej czai się we własnych szeregach. Dalej grupa ekspertów, których twarze i wady rozumowania tak dobrze znamy. Trzymają się pod ręce, aby pokazać światu swą solidarność i jednomyślność.

Potem dziatwa dziennikarska wymachująca słownikami poprawnej polszczyzny. Nad głowami transparenty „Faszyzm nie przejdzie!” „Eldorado jest wszędzie” „ I ty wysiedzisz jajko”. Przyznam, że znaczenia tego ostatniego hasła nie pojmuję. Przykryty dla bezpieczeństwa brezentową płachtą przemyka „paskowy”, witany owacjami publiczności. Ktoś gorliwy niesie na kiju kukłę pani Pieli przebitą dzidą czy może raczej zaostrzonym kijem. Radosny pochód ludzi, którzy codziennie zginają kark przed potrzebą chwili zamykają malkontenci o twarzach marudnych z natury.

Nic dziwnego, bo na pięty następują im, marchewkę skrobią po prostu, kuksańce sadzą działacze mediów niezależnych i wolnych. Tu już prawdziwa fiesta! Z daleka słychać śpiew, przerywany jakże politycznym pochrząkiwaniem. To idzie młodzież TVN 24 i Polsatu. Pochód prowadzi bosa z włosem rozwianym młodsza wersja pani Moniki Olejnik. Nie, to ona sama przecież! Wygląda tak po prostu na tle pozostałych zasłużonych komentatorów od sceny i życia. Pluralizm aż bije po uszach. Część śpiewa unisono „Odę do radości” a inni z otwartości serc „Międzynarodówkę”. Oczywiście tylko pierwszą zwrotkę, bo reszta nie bardzo pasuje, a i tu dochodzi do sporu, ponieważ część śpiewających upiera się przy wersie „Powstańcie ludu żywej wełny” bo wedle nich i tak chodzi o strzyżenie owiec i baranów.

I to jest właśnie swoboda oraz przejaw niezależnej inteligencji. Na transparentach „Faszyzm nie przejdzie!” „El-dorado jest wszędzie”… Ejże, coś tu nie tak. Zbyt podobne liternictwo, ale hasła o jajku nie ma. Nie ma też kukły pani Pieli, ale jest zdjęcie dowodu rzeczowego, czyli kukły przedstawiającej zohydzony wizerunek pana Jurka. Gęba faktycznie nieprzyjemna! Do tego podpis na czerwono „Juras z nami!”. A nie, przepraszam, to po prostu fotografia naszego narodowego idola. Tak się człowiek czasem zapędzi, że z tego rozpędu coś palnie.

Potem maszeruje elita elit, czyli załoga niezastąpionego TokFm. Czarne peleryny, miny marsowe. Trochę szosą, a trochę chodnikiem, bo cień. Pan Żakowski prowadzi swą trzódkę, ale pan Lis nieco z boku, bo otoczony widzami swoich internetowych programów. Pokrzykuje niezadowolony, bo nie zjawił się komplet. Pan Rysio znowu zawalił. Bywa.

Dalej media papierowe czyli dramat braków wszelkich. Dla podkreślenia powszechnej nędzy widzimy papierowe marynarki, gdzieniegdzie przedarte. Tekturowe buciki, jakby trumienne. Zwraca uwagę brak redaktorów tak zwanych czasopism prawicowych, ale oni będą maszerowali później, razem z załogami Spółek Skarbu Państwa. Ludzie z Rzepy niosą styropianowy model śmietnika, a chłopcy i dziewczęta z Wyborczej liczne hasła, a właściwie ich początki, bo jak informuje stosowne oświadczenie, reszta haseł jest dostępna dla abonentów haseł.

Pochód zamyka liczna ekipa TVP. Prezes Kurski niesie goździk… Przepraszam, a czego się spodziewaliście? 
W kółko chodzą, bo jakby mieli iść prosto, nie wiadomo gdzie by zaszli, a tak jest bezpiecznie jak u mamy. Ważne, że wszyscy są na swoim miejscu i za każdym obejściem placu możecie podziwiać te same, jakże ulubione twarze. Słuchać tych samych głosów, chrząknięć i podziwiać obłęd raz szczery, a raz wprost przeciwnie.

Pojawiła się ostatnio opinia, że ludziom, którzy wiedzę o Polsce i świecie czerpią z mediów należy ustępować miejsca w środkach komunikacji zbiorowej razem ze starcami, ludźmi chromymi oraz paniami w ciąży. Przyznam chętnie, że coś w tym jest.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

O sztuce, która się nie myli

Od razu, żeby potem nie błądzić, pod pojęciem sztuki rozumiem wszelkie prace ludzkie, które nie wynikają z konieczności, a służące rozrywce, zaspokajaniu zmysłu estetycznego, kontemplacji, czy uwzniośleniu ducha. Z tym tylko, że z powodu wymogów jakim podlega taki tekst, skoncentruję się na sztukach plastycznych. Po pierwsze oczywistym jest, że sztuka nie istnieje bez odbiorcy, ponieważ sam akt twórczy zakłada jego istnienie, choćby sam artysta oddawał się smętnej idei solipsyzmu. Genialna książka, udane malowidło czy nawet rzeźba Michała Anioła rzucone na absolutne pustkowie są tylko nic nieznaczącymi przedmiotami. Znaczenia i wartości nadaje im odbiorca, którego nie sposób zmusić do podziwu, czy zachwytu, ponieważ ma on swoje prawa ludzkie i nie musi koniecznie zachwycać się genialną rzeźbą, skoro na przykład bardziej podoba mu się stado wróbli uwijające u jej podnóża. Inaczej rzecz się ma w zamkniętej przestrzeni muzeum czy wystawy, gdzie obserwator nie jest przypadkowy. O ile nie schronił się przed deszczem, albo nie jest uczestnikiem szkolnej wycieczki, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przybył tam, by podziwiać. Kiedyś jaka taka znajomość sztuki warunkowała dopuszczenie do wspólnoty ludzi kulturalnych, co zostało gdzieś w odmętach naszej świadomości i jest zręcznie wykorzystywane do dzisiaj.
To, że mamy do czynienia z manipulacją jest oczywiste. W przypadku sztuk plastycznych jest ona nieco inaczej skierowana, niż w literaturze czy filmie, gdzie istnieje wymóg pozyskania jak najliczniejszych odbiorców. Tam należy wmówić czytelnikowi wartość dzieła, ale tak, by trafiło do jak najszerszych kręgów. Tu jest zgoła inaczej, ponieważ liczba ludzi posiadających stosowne środki finansowe, jak i stosowne aspiracje jest ograniczona. Reszta musi zadowolić się medialnym szumem, a została już właściwie tylko jedna metoda, by szumieć, czyli skandal. Dzięki temu zawsze znajdzie się odpowiednia liczna patentowanych osłów, którzy zechcą ogrzać swoje ego przy ogniu awantury na polu artystycznym. Mechanizm jest zadziwiający w swojej prostocie i został wykorzystany tak wiele razy, że powinien budzić tylko zażenowanie, ale nic takiego nie ma miejsca i ludzie chętnie biorą udział w każdym kolejnym starciu. Pewnie dlatego, że poza tymi chwilami wzmożenia, sztuka w ich życiu jest mało obecna. To zresztą nie zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. Pretekst w postaci dzieła nie jest w zasadzie ważny, ponieważ służy jedynie piętnowaniu ludzi, którzy mają przeciwny pogląd. Jeśli to ma być istotna funkcja sztuki, ten tramwaj należy opuścić na najbliższym przystanku.
Sto dwa lata temu, gdy Europa krwawiła w okopach Wielkiej Wojny, Marcel Duchamp pokazał odwrócony pisuar jako Fontannę. I na ten pisuar gapimy się do dzisiaj. Duchamp był za-miłowanym szachistą i logikiem, w przeciwieństwie do rzesz naśladowców. Sam bowiem wydziwiał potem, że taka dekonstrukcja wszystkiego prowadzi do absurdu. I ty, miły czytelniku, możesz wykonać replikę tego wiekopomnego dzieła, o ile masz dość odwagi by dmuchnąć skądś podobne naczynie. Ale jaki w tym sens? Żaden, ponieważ bunt w sztuce jest o tyle sensowny, o ile istnieją konwencje wykluczające za jego przejawy. Tam bowiem, gdzie wszystko wolno, nie wolno nic, a w zasadzie jeszcze gorzej, bo należy otrzymać od współczesnej Akademii stosowną pieczątkę akceptacji. Bez niej jesteś tylko głuptasem. O, jeśli zdobędziesz takową pieczęć, każdy kto odważy się sprzeciwić, umniejszyć twoje dzieło, niejako z automatu stanie się ciemniakiem, obskurantem oraz nieczułym profanem. Jest to niezwykłe wprost nadużycie, a niezwykłe dlatego, że wyrażane wprost, a mimo to wciąż działające.
Mamy oto bananowy kretynizm i możemy oglądać setki żałosnych postaci z bananami w buziach. Żeby choć w efekcie tej dziwnej awantury ktoś zainteresował się sztuką, która przecież cały czas powstaje, jest sprzedawana i kupowana bez zbędnych wrzasków i pieczęci. Mniemam, że skoro czytasz, masz dostęp do netu. Zamiast biadać nad ciężkim losem malarzy, którzy dawno umarli rozejrzyj się po dziełach, które sam możesz nabyć.
A… A kto ci powie, czy to jest dobra sztuka? Nikt pewnie, poza twoim sercem i wątrobą, jak rzekomo mawiali Indianie. Tak czy tak, to łatwiejsze niż zbudowanie machiny czasu w celu wykupienia na pniu jeszcze pachnących farbą obrazów Van Gogha.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Okładanie narodu kijem

Zaraz objawię swój antypolski pysk, dlatego ludzi, którzy pokładają w moich tekstach jakąś nadzieję proszę o odstąpienie. Otóż jest tak i nie będzie inaczej, że nie potrafię utożsamić się z jakąkolwiek tradycją, która jest zbyt hałaśliwa, że o okładaniu kukieł kijami nie wspomnę. Nie lubię spędów, wrzaskliwych rozmów nawet, nie trawię gorliwej propagandy, a na każdego kto chce mnie wciągnąć do wspólnej zabawy, na wszelki wypadek patrzę wilkiem. Można rzec, że nie czuję ducha wspólnoty, ale też nie mam w sobie ni krztyny chęci do psucia innym zabawy. Na przykład lubię banany i lubię morze czy inny ocean, ale nie uważam za konieczne pływanie po morzu na dmuchanym bananie, choćby tysiąc osób zachwalało mi tę rozrywkę. Z drugiej strony odeślę do wszystkich diabłów kogoś, kto będzie paluchem pokazywał wrzeszczących z rozkoszy bananowców, że idioci i powinno się zakazać…
Czy to jest jasne, bo jeśli tak, przechodzę do tego, czego naprawdę nie znoszę i co, w miarę swoich skromnych możliwości staram się zwalczać. Dla krótkości wywodu skoncentruję się na dwóch kwestiach: stręczycielstwie i niepotrzebnym tchórzostwie, zostawiając na boku obłudę, pogardę dla słabszych i pychę.
Ktoś może się zdziwić, że „niepotrzebne tchórzostwo”, zamiast po prostu tchórzostwo. Otóż jest tak, że człowiek ma prawo być tchórzem i nie zmieni tego pokrzykiwanie o ciągłym bohaterstwie, gotowości do wystawiania się na hazard ostateczny, bo to po prostu bajki. Tchórzostwo zaś niepotrzebne jest wtedy, gdy dorosły człowiek boi się, że w jego szafie z ubraniami zaczaił się Czarny Lud i w związku z tym chodzi przez miesiąc w przepoconej koszuli.
W sferze politycznej nagminnie spotykamy się z tego typu tchórzostwem, ponieważ wiąże się to z głęboko zakorzenionym wśród naszych tak zwanych elit poczuciem własnej małości ( wielkie ego nie ma tu nic do rzeczy), koniecznością reagowania dosłownie na wszystko i po-czuciem, że gdzieś wyżej znajduje się właściwy recenzent, któremu podlegamy oraz prze-świadczeniu, że elity są po to, by tego recenzenta zadowalać w imieniu narodu, który ma się najwyraźniej za jajo, bynajmniej nie Wielkanocne.
Zawstydzające komentarze do tłuczenia Judasza nasmarowane w gorączkowym amoku uniewinnień przez prominentnych polityków czy nawet Episkopat nadały historii na którą nawet nie warto splunąć całkiem nowego, bo politycznego znaczenia. Dziwaczna gorliwość i chorobliwy aktywizm ludzi, którzy w zasadzie powinni, a nawet są zobowiązani być naszą tarczą, a trzęsą się na widok zmarszczonego nosa swoich, jak twierdzą, wypróbowanych przyjaciół. Naprawdę mam wierzyć w ich twardość, niezłomność i całą resztę zestawu wybitnego patriotyzmu? Może i powinienem, ale jakoś mi się nie chce. Może dlatego, że nie lubię wychodzić na durnia. Może, może…
Bo skoro już tak patrzymy z uwielbieniem na to nasze kochane USA, może czas najwyższy wprowadzić i w Polsce wolność słowa, hę? To żadne cuda na kiju i naprawdę warto znieść te wszystkie cholerne sankcje, raz błysnąć niczym gwiazda, zamiast brnąć w penalizację poglądów i wyrażania myśli. Za trudne, doprawdy? A może zgodnie z tradycyjnym „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. No tak, jesteśmy czym jesteśmy, także dla naszych umiłowanych elit.
Druga rzecz to stręczycielstwo. Nadal kojarzy się z płatnym seksem, ale tak naprawdę to już broń masowego rażenia, narzędzie polityczne i kulturowe. Jakby nie patrzeć, nie prowadzi do miłości. No, chyba, że coś przegapiłem. Wachlarz stręczycielstwa jest bardzo szeroki, ale w kontekście wczorajszego ekscesu, a to nie ja wymyśliłem jego polityczny charakter, warto kilka zdań w kontekście polsko-żydowskim. Stręczycielstwo w tym zakresie służy oczywiście w Polsce jedynie wrogom Żydów i państwa Izrael, ale raz puszczonej w ruch machiny politycznego lęku nie sposób zatrzymać z dnia na dzień. Co najmniej raz dziennie czytam, że interesy polskie są ściśle związane z tym, jak postrzega nas świat. Jeśli to nie jest przejaw najczystszego obłędu, nie pytajcie mnie, co nim jest.
Co to w ogóle znaczy? Mamy przeglądać się w lustrze obcych mediów? Drżeć na myśl, co powie o nas jakiś typek w Brukseli, Waszyngtonie czy Jerozolimie? Oburzać się? W ramach odwetu wygadywać na niego? Jak w takich warunkach budować wspólnotę, jak podwyższać status narodu, skoro na każdą rzecz należy patrzeć przez siatkówkę obcego, często wrogiego oka? Ba, dawać mu przywilej oceniania własnego ludu i jeszcze w tym ocenianiu pomagać, płacić za to dotacjami od tegoż ludu ściągniętymi?
Przepraszam, ale czy ktoś tak robi oprócz naszych rozmiłowanych w służeniu elit? A jeśli nawet, to nie rozgłasza tego wszem i wobec. Powtarzam: Efektem stręczycielstwa nie będzie miłość, a co najwyżej kac i poranna niechęć do siebie samego. Jeśli ktoś jest pechowy, może też stracić portfel, ale to już temat na inną opowieść. Może o obłudzie, o ile nie jest to własny portfel – nie wiem.

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Bobry

Wczoraj na łące spotkanie z przyrodą, a nowy tydzień napoczyna list od Katarzyny Lubnauer. Ja wczoraj, że Nowoczesna trup, a trup do mnie o wsparcie i jeszcze: Nowoczesna nie mogłaby istnieć bez zaangażowania i wsparcia osób takich jak Ty. A ludzie na mnie, że ja PiSowiec. A czy JarKacz do mnie listy pisze? Nigdy, proszę państwa! Miliarder jeden! A gdyby pisał, czy bym zrozumiał, bo prawa budowlanego ni w ząb. Owszem, mam w znajomych na fejsiku panią Beatę Szydło i na dodatek z wzajemnością. Właśnie automat poinformował mnie, że pani premier ma urodziny. Ale to się nie bardzo liczy, bo wymiana uprzejmości z 2009 roku, gdy pani Beata nie była jeszcze Tą Panią Beatą.
Drodzy Nowocześni, – Tak zaczyna, z przyjaznym przecinkiem. W liście o szkole, taksówkarzach, że przeciw populizmowi, a na koniec: Materiał sfinansowany ze środków KKW Koalicja Europejska PO PSL SLD .N Zieloni. Widzicie mądrale, a do mnie koślawymi gębami, że jak coś nie pomyśli, musi mi ktoś płacić, finansować. A guzik!
Niedzielna łąka, ziąb słoneczny. Azunia luzem, Róża na siedmiometrowej lince, bo z praktyki, że inne psy też lubią łąkę, a moja czarnulka przewraca i lubi zaraz do gardła. I nie zważa. Napędziła mi kiedyś stracha, oj było. Głupki luzem puścili Kaukaza, bo łąka. Owczarek jak byk, cały kudłaty i z daleka wredny, a ta moja mała a nabita i sprint i jak pocisk. Skok, barkiem gdzieś w kark, przewinka i za gardło, za kudły i pazurami w bebechy, a te jak sztylety. Diabli wiedzą skąd to ma, bo cała łagodna i lelas domowy. Tamten trzy razy taki, płacze po prostu, ja ciągną, głupki tego potwora tulą, badają czy ranny… Tego nie chcemy. Tego unikamy.
Zaraz wzdłuż rowów, gdzie płynie woda, otacza łąki zakręca, przecina, łączy. Suczki lubią brodzić, a ja z ciekawości, bo mam w podejrzeniu, że bobry. Niby skąd? Nie wiem, ale w chaszczach odległych leżą drzewa, okorowane, gałęzie pocięte. Tamy tu i tam, przemyślnie. Gałęzie, błotko, jak trzeba, po bobrzemu.
Idziemy tam gdzie te drzewa leżą. Tydzień temu trzy, teraz sześć, licząc duże sztuki. Aza ostrożnie, raczej wącha, a Róża do wody. Tydzień temu brodziła, teraz cała pod wodę,
zniknęła, wyskakuje – jaka oburzona przygodą! Parska, prycha, trzepie się fontannowo, zamaszyście… Może dzieci, albo dorosły maniak się zabawia? Ale dzieci nie przewracają piętnastometrowych olch, a maniak musiałby wczuć się w gryzonia, ale tak szczerze do flaków. Wierzyć się nie chce, choć wiadomo, że różne są zboczenia. Wreszcie po drugiej stronie rowu drzewo napoczęte. Chyba po bobrzemu, ale chaszcze zasłaniają, a przejść nie sposób, chyba że jak Róża, ale ta nie pójdzie, taka przygoda nie dla niej. Obraziła się na wodę ciemną, głęboką.
Ale skąd bobry? Pociągiem przyjechały, czy jak? Zaraz tory, za chaszczami pociągi śmigają do i z Poznania, a nawet Warszawy, Berlina i diabli wiedzą jeszcze. Tam bobry mało pożyją, tam raczej Nowoczesna poleguje. A tutaj, też nie wiem, ale poczekam, sprawdzę, bo może mnie się wydaje, nadinterpretuję. Jakby nie było przewaga niedzieli, przewaga łąki, przyrody, psiego hasania nad szarzyzną politycznych manipulacji jest tak oczywista, że wstyd po prostu.
Teraz siedzą przy mnie, wyszczekały swoje przed domem, łby na lewym udzie, prawą piszę, lewą głaszczę. Jak lewą do klawiatury, bo „ą” lekki foch i łapą upazurzoną, że dalejże głaszcz, drap, bo chcą na poranną drzemkę, a plan pieszczot niewykonany. A na monitorze: Nowoczesna nie mogłaby istnieć bez zaangażowania i wsparcia osób takich jak Ty. A wiecie jakie to uparte? Już z dziesięć razy dodawałem te listy prawie miłosne do spamu. Nic nie daje, wyłazi, wraca z pocztą. Zaczął pan Ryszard, kończy pani Katarzyna. Bywa i tak, tylko co ja tu robię? Ano, bobry śledzę.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Opozycja i lud

Raz na kilka miesięcy tłumaczę w miarę przystępnie, że radykalizmem w Polsce nikt jeszcze niczego nie wygrał, ale oczywiście nikt tego nie czyta, a jeśli nawet to uśmiechnie się pod co najwyżej pod nosem i dalej wie swoje. Potem nos rozkwaszony i pretensje, że lud nie rozumie. Dzieje się tak dlatego, że z chamską, prostacką argumentacją podsycaną nieskrywaną nienawiścią osobliwie trudno się utożsamić komukolwiek poza już zradykalizowanymi fanami.
To jasne, że przez to domyka się własne środowisko, najeża je, prowokuje do gniewu, który trzeba gdzieś skierować, podczas gdy lud pozostaje obojętnym. W związku z tym właśnie na nim radykał musi odreagować. Jego potencjalny wyborca zostaje w ten sposób nieustannym celem ataku, jako ciemny, bezduszny i łapczywy. Widzenie rzeczywistości przez pryzmat własnych chęci oraz rozdrażnień oczywiście bardzo pomaga w polityce. Niczym przysłowiowy dzwonek umarłemu.
Włażenie w tak widoczną pułapkę nie byłoby możliwe bez sprzyjających radykalizmowi mediów, które wesoło i zgoła bezmyślnie wpychają w nią polityków, których szczerze popierają. Bywa, że jednocześnie gardząc nimi za nieudolność i jeszcze zbyt mizerny radykalizm.
Aby się przypodobać, aby zaistnieć na ekranie, w eterze, co słabsze umysły wzmagają się wręcz do wrzasku. Zostaje niesmak, bo niby co ma zostać? Na naszych oczach typowo centrowe, urzędnicze w swej przeciętności organizmy takie jak PO czy PSL przekształciły się w jakieś tajne bezprogramowe bojówki prowadzone przez jawnych już osłów i krzykaczy. Zradykalizowały się niemożebnie i bez żadnego zgoła powodu. Bo jakim powodem było przekrzykiwanie się na radykalizm z nieboszczką Nowoczesną, czy z jest z innym, prawda, Biedroniem.
Medialna otoczka, stworzona wokół ich nieustannych kampanii radykalna otoczka powoduje nieustanną pogoń myśli i konceptów. Rozumiem, że po szczegółowym oglądzie spraw można zmienić czy skorygować własny program, ale nie w ciągu jednego dnia. Najnowszy pomysł, że w zasadzie o programie mowy być nie może, bo rzecz tylko w tym, by najpierw odzyskać władzę jest ukoronowaniem piętrzącego się koncepcyjnego absurdu. Konsekwencją tak radykalnej polityki partyjnej powinny być teraz masowe demonstracje, bitwy z policją i szturmowanie gmachów publicznych, powiązane z wywieszanych na zdobytych flag unijnych, czy jak ktoś woli niemieckich. Problem w tym, że radykalizm werbalny nie zmienia faktu, że nadal mamy do czynienia z partiami centrowymi, urzędniczymi, partiami drobnych korzyści.
Może się oczywiście nasz Schetyna ubrać w żółtą odblaskową kamizelkę, a nawet pomóc ubrać takową Kosiniakowi Kamyszowi, ale tu jest Polska i lud pomyśli, że panowie wybierają się na wycieczkę rowerową. Można wszystko, ale już jest za późno by zejść ze ścieżki radykalizmu. Można jedynie wciągnąć na nią innych, bo niby w kupie raźniej maszerować. To plan zalecany przez sprzyjające opozycji media. Plan, żeby na wszelkie możliwe sposoby rozmyć resztki charakteru Platformy Obywatelskiej i zaserwować wyborcom dziwaczny koktajl liberalno- ludowo- komuszy. Na razie i wewnątrz partii wielu trwa stuporze, ale oczywiście elektorat pewnie jest zachwycony, skoro zachwyceni są publicyści w rodzaju panów Lisa czy Żakowskiego.
Naprawdę trzeba być radykałem, żeby tak nędznie osądzać własnych wyborców. Jasne, że tłumy wielkie nienawidzą partii rządzącej, ale są to tłumy doskonale znane i poza
radykalniejszymi od swoich przywódców grupami są to tłumy nieruchome, okopane na swoich pozycjach często od dziesięcioleci. Wygodniej było im w centrum, w spokoju dojutrkowania, w odcinaniu kuponów, w lożach z których mogli szydzić z kłębiącego się, napędzanego ideologiami parteru.
Teraz sami na dole i tam zostawieni bez żadnej idei, bez szerszego konceptu. Mają wrzeszczeć, wymachiwać i tyle. Gdyby któryś podniósł głowę miałby szansę zauważyć, pomimo reflektorów, gry barw i dudniącej muzyki coś, co przy bliższym oglądzie może okazać się przeklętym szklanym sufitem.

sobota, 13 kwietnia 2019

Krogulec

Przedwczoraj żona przez okno kuchenne zza firanki, a chodźcie, co za drapieżny ptak na naszej furtce. Syn pierwszy i fachowym okiem, że oczywiście krogulec. Ja drugi, ale za to z lornetką. Siedzi, okiem groźnym toczy po ulicy, dziób jak hak, jak trzeba. Niewielki, zgrabny z tymi swoimi barwami. Wokół pustka. Gdzie wróble grzeczne? Gdzie pleszki ulubione, sikorki nadobne? Gdzie ptasi zgiełk i rejwach? Nie ma! Jest krogulec, wedle książki samiec. Z początku, że przelotem, że gość taki… Odlatuje, wraca, poluje, okiem toczy. Teraz za oknem, skoro świt na gałęzi orzecha. Ja na niego już otwarcie, odsuwam firanę i podziwiam. On na mnie raz, przelotnie żółtym okiem. Potem ani drgnie, obserwuje swoje terytorium, ja wywłaszczony niejako w sobotni poranek.
Nagle ratunek, bo suczki na dwór, na poranne siku. Tego szczekania groźnego, tego duetu prawie znakomitego nie wytrzymał pan krogulec. I w skrzydła!
Co będzie u nas siedział, co będzie okiem toczył, skoro to nasza ziemia – głoszą Aza i Róża. Cień zniknął i zaraz para szpaków zbiera co swoje krokiem marynarskim przemierzając wedle niewidocznego dla mnie planu skopane grządki. Już i wróble odważne, już pleszka ze swojego gniazda w murze sąsiedzkim. Ale on wróci, o już go widzę. Krąży nad dachami domów, szuka cichszej czatowni pewnie. Czytam, że dziennie musi pożreć dwa dania wielkości wróbla. Ogołoci nas, puści z ptasimi piórami!
W kolejce do lekarza, właśnie w dniu objawienia się krogulca czytałem, nie, nie „Czarnoksiężnika z Archipelagu” co byłoby symboliczną i właściwą klamrą, a opowiadanie Manna o jego psie Bauszanie. Już słyszę ten wasz śmiech: - Żeby w kolejce do lekarza Manna czytać, to trzeba być już prawdziwym Jareckim. No właśnie trzeba. Mann znał się na psach, lubił biedactwa. Tego Bauszana kupił, ale przecież przygarnął. Chudzina taka, do pół roku obierkami karmiona. Wiadomo, niemiecki narodek oszczędny. Ale u Manna już pies prawie pan. Absorbuje, przeszkadza w pisaniu, zagląda, włazi na kolana, łapą do papierów… Wygoniony do ogrodu tym bardziej jest, jako psia nieobecność. Trzeba wyjrzeć przez okno, a potem, co naj-gorsze, tak delikatnie łapą w drzwi skrobie.
Manna czytam w kolejce, żeby nie było jak kiedyś. Baba głową na mnie i do drugiej: - Też tak dobrze wyglądał, jak ten pan, a tu trzy miesiące i nie żył. Najpierw wpadł pod samochód, a jak w szpitalu zajrzeli, to w środku jeden gnój od choroby. Gdyby nie wpadł to by nie wiedział, może i pożyłby dłużej, a tak… No nie lubię po prostu, jak ktoś na mnie tak głową. A Mann, bo cienki, akurat do kieszeni kurtki. Przedtem brałem Conrada, ale ile można po tych morzach tropikalnych, albo po Anglii prowincjonalnej. Ile można?
I właśnie, jak wróciłem od tego lekarza, który pocieszył mnie o tyle, że żyć będę, jak już powitałem najbliższych, suczki wygłaskałem, wydrapałem, to nagle ten pan krogulec. Ładny łajdak, ale szczeku się boi, bo aż taki twardy nie jest, choć drapieżnik.

piątek, 12 kwietnia 2019

Niemożność systemowa

Skuteczna reforma polskiej szkoły jest niemożliwa, ponieważ niemożliwe jest nawet ustalenie celu do którego należałoby dążyć. Efekt wykształcenia jest mierny i takim pozostanie w dającej się przewidzieć przyszłości. To ani upadek, ani marsz ku lepszej szkole, to zwykłe siedzenie na tyłkach, bo tak wszystkim pasuje. Czasu bowiem cofnąć nie można, a korzenie zaniedbań są głęboko wrośnięte w glebę powszechnego nieuctwa. Pomijam oczywiście chlubne wyjątki, bo na bazie ględzenia godnego szkolnej akademii myśleć w ogóle nie sposób.
Po pierwsze, system jest urzędniczy, w obojętnym tego słowa znaczeniu. To, co nauczyciele nazywają „zbędną papierologią” to szereg zabezpieczeń, coś w rodzaju sztucznego alibi z jednej strony, a z drugiej kult tabelek, które służą do oceny szkoły i samych nauczycieli. Tu należy pamiętać, że nauczyciele nie tylko oceniają, ale są oceniani. Im szczegółowiej, tym mniej z tego wynika, bo niby co ma wynikać? Z musu, niejako dla przybicia stempla, wprzęgnięto w ten system uczniów, zaprowadzając kult testów, czyli niby bezstronny system oceniania, a w rzeczywistości zastępując egzaminy z wiedzy, egzaminami z umiejętności prezentowania tej wiedzy w wyznaczony arbitralnie przez ciało urzędnicze sposób. I to jest nie do cofnięcia, ponieważ dzięki temu obłędnemu systemowi tabelki zyskują pokarm realnej wiedzy, w przeciwieństwie do uczniów.
Po drugie, system nagradzania i promowania nauczycieli powiązano z ich ciągłym doskonaleniem zawodowym, co brzmi pięknie i w naszym skrajnie korporacyjnym świecie wydaje się naturalne. Nie bez przyczyny, przy okazji strajku nauczyciele chwalą się dokonaniami w dziedzinie podnoszenia swoich umiejętności. Inaczej rzecz ujmując, nauczyciele są jednocześnie uczniami, oceniający ocenianymi, bo inaczej tkwią na dole pedagogicznej drabiny. Warto zauważyć, że o ile nie posiadają podręcznych rozciągarek czasu, ta edukacyjna wspinaczka musi odbywać się czyimś kosztem. Na pewno zmęczenia, własnej rodziny i oczywiście uczniów, bo jakże inaczej. W tym miejscu mamy odpowiedź w kwestii wielkości pensum i trudność samych nauczycieli z wyraźnym określeniem, co robią ponadto, bo są to dziesiątki drobiazgów, które męczą, zajmują czas swą czczością, odrywają od zadania podstawowego.
Po trzecie, zawód nauczyciela jest skrajnie sfeminizowany ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami. Mamy do czynienia ze zjawiskiem ciągnącym się od dziesięcioleci, od lat pięć-dziesiątych jak sądzę, gdy mężczyzn wygoniła z zawodu nieboszczka partia, ponieważ byli przydatniejsi w świecie betonu i stali. I przez te wszystkie lata pracowicie doprowadzono do pewnej, choć bez obecnie wykrzykiwanej przesady, pauperyzacji zawodu, zgodnie z zasadą: Ma jeszcze pracującego chłopa i razem nieźle sobie radzą. Kuszono wtedy rozmaicie, już to mieszkaniem przy szkole, już to metrażem dodatkowym w bloku. Tak to wszystkim weszło w krew, że bonus stał się najwyższą atrakcją, a sama pensja schodziła na plan dalszy. Ukoronowaniem systemu jest karta nauczyciela i obecny system, w którym mnożenie bonusów nie robi już na nikim wrażenia. Dalej po prostu iść nie sposób, ale zmienić się tego nie da, ponieważ takie widzenie zawodu i realiów z nim związanych odpowiada wszystkim zaangażowanym w system edukacyjny, a nawet w obecnie trwający spór finansowy.
Po czwarte wreszcie, należy pamiętać o nakładaniu się efektów. Nigdy jeszcze nie słyszałem, że realnie wzrósł poziom edukacji. Jeśli tak jest rzeczywiście, trudno spodziewać się, żeby nauczyciele, którzy sami zostali wykształceni byli coraz lepsi, wiedzieli więcej, lepiej
wychowywali kolejne pokolenia, skoro sami byli nie najlepiej wychowywani. Gadanie, że jakiekolwiek zmiany sprowadzą do zawodu najlepszych absolwentów jest puste, bo niby skąd? Pracowicie, wielkim nakładem finansowym i długą praktyką osiągnięto status mierny i przy ta-kim pozostaniemy, tym bardziej, że odbudowa szkolnictwa techniczno-zawodowego idzie opornie i za wolno, choć chwała choć za samą próbę podniesienia z absolutnego upadku.
Wciąż świeci ciemna gwiazda powszechności wyższego wykształcenia, za którą podąża system, szkoła, uczniowie i rodzice i będą podążali tak długo, aż pierwszy analfabeta zostanie magistrem nauk wszelkich. Niektórzy, złośliwcy albo realiści twierdzą, że ten czas już nadszedł.

środa, 10 kwietnia 2019

Niepokój

Wojna. I zaraz w głowie bomby, może z tobołkiem pod kulami, albo w pyle, co zapiera dech. Pod tarczą lata, albo w rowie po kolana w zielono martwej wodzie. Nic z tego. Przychodzi szary z teczką, bez płci, bez rasy - szary. Każe zaciemniać, to zaciemniamy, że nic nie widać. Potem żeby rozjaśnić i rozjaśniamy, że oczy pieką. Potem alarm i do piwnicy, ale bez krzyków i syren. Cisza. - Ma ktoś radio? - A skąd radio? – Telefony nie działają, wojna!
Długo nie trwało, schodzi szary, że po wojnie. Oklaski! Wbiegamy szumnie, schody dudnią, a tu mieszkania puste i na przestrzał. Wszystko zniknęło, aż do ostatniej szpilki. – Tu przyklejałem gumę zżutą do cna, pod listwą i też zabrali – tłumaczy dzieciak. – No wojna, a wojna ma swoje prawa… - To mędrek spod siódemki, bloger. O zdrowym żywieniu pisze, niech się teraz wyżywi.
Pokój. Damy w białych sukniach. Żadnych tam okularów, zadrapań na gębach. Panowie przy fajkach, niespieszni. Rzucają uwagi tu i tam, zabawnie, z dystansem. Równina trawiasta, falująca. – To drzewo na wzgórzu jak fallus – mówi dama i kraśnieje. – Panienka chyba nigdy nie widziała… To bardziej krzak na kiju niż drzewo. – Ale jakie przezroczyste powietrze! Jaka cisza!
A dalej most kamienny, Bóg wie skąd na równinie. Relikt dawnych starań. Przeżył rzekę i niszczeje, stulecie po stuleciu, ale że z kamienia, że się komuś chciało tak budować. Kiedyś. Coś nadjeżdża, automobil pewnie, bo bez konia, bez dyszla. Zakłóca ciszę, ale jaka wygoda. Nikomu się nie spieszy, ale w domu herbata w kruchych filiżankach z różyczkami kusi. Sofa nęci, kwiaty w wazonie też pachną. Niespiesznie.
Niepokój. Mury Jerycha ani drgną, a trąbią wszyscy. Bieganina. Zaraz coś przeleci, spadnie, wybuchnie. Jozue przemawia z kartki, na poważnie, ale każdy raczej trąbi niż słucha. Kakofonia. Za to jak łokcie pracują w tłumie, ile siniaków, guzów, deptania, gąb od wysiłku dmuchania czerwonych, do siności. Mury nie padają, bo jakże tak padać, od samego chaosu.
– Nie taki był cel, nie takie mieliśmy… - To Jozue. Skończył, zbiera kartki, schodzi z podium, niknie. – Co powiedział? Co mówił? – Teraz ciekawi, jeden drugiego za rękaw. Szukają sensu, trąbienie przycicha. – Co mówił? Co powiedział? – Że jesteśmy jak słoń! – ktoś wrzeszczy. Zawsze się taki znajdzie. – Jak słoń! Jak słoń! – powtarzają i znowu za trąbki i dalejże trąbić.

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Państwo oblężone od środka


Służba obcym jest w zasadzie łatwiejsza do wytłumaczenia na każdym poziomie niż służba własnemu narodowi. Po pierwsze służąc obcym służymy wyższym od siebie. Po drugie nie musimy służyć osobiście i możemy ten zaszczyt scedować na warstwy niższe, sami zyskując pochwały i akceptację. Po trzecie wreszcie, to co bliskie właśnie z powodu bliskości wydaje się jakieś takie ohydne. Szczegółowość oglądu nie służy. Nie wspominam o gratyfikacjach finansowych, bo to sprawa oczywista.

Reszta tkwi w języku i to wymaga pewnych umiejętności, przynajmniej dopóki taplamy się w demokratycznym bagnie. Uważam, że już niedługo, bo nie da się zabezpieczyć poważnych interesów licząc się na każdym kroku ze zdaniem hołoty. Na razie jednak należy jej wytłumaczyć, że obcy są nasi, a nasi obcy. I to udaje się w pewnym stopniu, ale nie do końca. Część już wierzy, już się utożsamia, już łaknie służyć, ale inni zachowują dystans, włos dzielą na czworo. Chamy hamują postęp – można rzec, ale tak otwarcie nie sposób.

Jak chamowi zatkać gębę? Jak chama zawstydzić do tego stopnia, że skurczy się w sobie, że w decydującym momencie zawaha się, odpuści. To nie jest łatwe bez doprowadzenia do klęsk ciężkich i nadzwyczajnych, a i wtedy nie ma pewności, co cham zrobi. Oczywiście słuszne i właściwe jest podważanie wiary chama, jego oglądu świata, przyzwyczajeń i poglądów, ale to wymaga jeszcze wielu lat wytężonej pracy, a czasu niewiele. Już i wielcy, którym się przyrzekało porządek nad Wisłą zaczynają się niecierpliwić.

Służba obcym, owszem łatwa do wytłumaczenia, nie jest jednak prosta. W ostateczności można nawet dostać po pysku, łkać w złoconych przedpokojach z urażonej dumy. Potem wrócić i tańczyć przed chamem, chamowi śpiewać piosenki o wolności, teatrzyk odgrywać, choć gardło ściśnięte lękiem. Cel się przybliża, oddala, znika, znów na wyciągnięcie ręki… Państwo narodowe to relikt, a szczególnie jeśli naród nie jest odpowiedni, ale obleganie współczesnego państwa od środka, to też nie jest bułka z masłem.



sobota, 6 kwietnia 2019

Inteligencja strajkuje


To w sumie jest bardzo piękne, bo kto ma dać przykład warstwom niższym jak nie naturalni liderzy społeczności. Na poczekaniu dodam jeszcze prawników, lekarzy, urzędników, akademików, literatów, dziennikarzy oraz ludzi znanych i lubianych. Wszyscy ci ludzie zasługują na to by żyć godnie, a do tego im jeszcze daleko. Warto zwrócić uwagę, że przyrodzona skromność każe im ograniczyć swoje postulaty do kwestii ekonomicznych. Nikt nie żąda przecież, żeby lud prosty mijając ich na ulicy zdejmował przed nimi czapki i pozdrawiał ukłonem. Może dlatego, że ludzie mało teraz chodzą w czapkach, kapeluszach czy beretach, a mody zadekretować się nie da.

Władza w starciu z Inteligencją zawsze przegra, nawet jeśli wygra na poziomie demokratycznym, ponieważ jej zwycięstwo będzie chwilowe. Szacunek zaś, nimb zasługi otaczający wymienionych w pierwszym akapicie jest zasłużony i dzięki pracy jaką wkładają, poświęcając się dla maluczkich tego świata jest przenoszony na kolejne pokolenia. To jakby kwiaty rosnące na stercie społecznego kompostu. Należy o nie dbać i raczej podziwiać niż wąchać, bo kompost zaburza wrażenia węchowe.

Orężem Inteligencji jest przecież nie sam strajk, który jest oczywiście tylko krzykiem rozpaczy, ale na przykład kultura, a tej pokonać się nie da. Orężem są znakomite polskie kabarety, odkrywcze filmy, których przesłania nie pojmuje gawiedź, bezstronne telewizje czy najlepsza w świecie gazeta. Książki, których klasy niższe nie znają, a których złośliwie nie dopisują do kanonu lektur, a przede wszystkim autorytety moralne i zwyczajne. Szczęśliwie Inteligencję reprezentują nowoczesne i postępowe partie polityczne, które chwilowo znalazły się w opozycji także dlatego, że były nielojalne w stosunku do Inteligencji, ale gdy wrócą do władzy, tym razem już naprawdę przychylą jej nieba, w co chętnie wierzy każdy Inteligent.

Hasło, że najlepsi z nas powinni żyć godnie jest hasłem oczywistym. Oczywiście mam na myśli ściśle ekonomiczne znaczenie słowa „godnie”, bo gdyby je rozszerzyć na aspekty moralne czy inne, mógłby podnieść się wielki krzyk o kolejnych szykanach, aż do faszyzmu włącznie.

Dobrym przelicznikiem, wielokrotnie podnoszonym przez reprezentantów Inteligencji jest obywatelka zatrudniona na kasie w hipermarkecie (osobiście nie pojmuję dlaczego, ale ciągle się o tych paniach wspomina). Można nawet zrobić stosowną tabelkę, według zasług i rang, na przykład, że nauczyciel to dwie kasjerki, a dyplomowany to dwie i pół kasjerki. I tak dalej, i tak dalej… To zadanie pozostawiam komuś z Inteligencji, w ostateczności może być dziennikarz.

Należy też pamiętać, że w takim hipermarkecie praca na kasie jest rotacyjna i raz się siedzi, a raz odpoczywa popychając wózek, czy rozkładając towar, a Inteligent jest Inteligentem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, no chyba, że ma czas by spać. Wtedy nie wiem, to zależy czy śni inteligentnie czy wręcz przeciwnie.  Chętnie bym się o tym przekonał, ale jako prostak nie mam szans. Cóż dodać?

Panie i panowie nauczyciele, strajkujcie godnie!

piątek, 5 kwietnia 2019

Rozmowa



Przy warzywach leniwie. Bez słów biorą, pakują w koszyki. Tylko dziecko: - Mamo, a co to za jabłuszka? – To cebula, c e b u l a! Literuje, każe pomacać, edukuje. Zza mnie wysuwa się damska ręka i cap za mango. Do tego z pretensją w głosie: - Ale naprawdę musisz przy stole, przy mamie, tacie i tych wszystkich ciotkach? On mruczy, odchodzi pchając kosz, ona za nim z tym mango, a tamta pierwsza znowu: - To burak, b u r a k…

W kolejce do kasy ciąg dalszy: - Czy to moja wina, że nasza galaktyka jest mała? To jednak nie polityka, nic trywialnego… Przy stole źle się wyraził o Drodze Mlecznej i ambaras. On z brodą, chudy jakiś. Ona od dołu ciężka, buty kajdaniarskie ale im wyżej tym lżej. Brakuje tylko piórka we włosach. – A przecież są miliardy galaktyk – kontynuuje, a kolejka się przesuwa: szur, szur. Przed nimi grubas już wykłada na taśmę owoce, warzywa, chlebek tostowy. Sama lekkość. Ten dalej, wyraźnie, że nie da się uniknąć słyszenia: O Kosmosie, jaki wielki - wylicza. Do czego to zmierza? Czy skończy wykład jak zacznie wykładać zakupy?

– Ale przeproszę, co mi zależy! – Zostawia ją i z powrotem w regały.

Wtedy ona do mnie, jakby świadoma mojego wsłuchania: - Wszyscy w domu go lubią, ale on jest taki wrażliwy na punkcie religii, zaraz musi powiedzieć swoje. Jest po socjologii, więc… Nie kończy, bo on wraca z bukiecikiem i flaszką. Naprawdę dąży do zgody i już wykłada. Bukiecik, flaszka, dalej ryby, niezliczone jogurty…  

- Skoro tak potężny i tym wszystkim zarządza, jak znalazł czas by tłumaczyć bandzie półdzikich brudasów na pustyni, popisywać się, zmuszać ich… Nieprzekonujące, może nawet antysemickie, ale on wrażliwy. Posiadł wiedzę i ziemię i niebrzydką młodą kobietę. Jest intensywny i w końcu przekabaci wszystkich, nawet starowinkę, która ciągle: Wszystkie nasze dzienne sprawy, przyjm litośnie Boże prawy…

Dzieciom możliwym wytłumaczy. Będą małe, a już brodate przy stole, a on patriarchalnie, stanowczo, jak to socjolog. Może się rozwinie i poruszy wielość wszechświatów, załatwi ich wizją sera z milionem dziur, gdzie każda dziura to właśnie nowy wszechświat. 

Aż dziecko przyprowadzi zięcia, albo synową, a ta nie zje jak się nie pomodli. I kto wtedy, w razie czego, kto po bukiecik, po flaszkę?


czwartek, 4 kwietnia 2019

Kultura


U Białoszewskiego jest tak, że Jadwidze wpadło coś do oka. Most się palił i wszyscy podnieceni. Już w szpitalu, a tu pielęgniarka woła:  

- Ta pani niewidoma i jeszcze jej wpadło coś do oka.

Nie dla zgrywy przytaczam, bo tak jest ze mną. Nie dość, że niewidomy, to jeszcze ciągle wpada mi coś do oka. To oczywiście przenośnia, bo choć moje oczy gasną, najlepiej widzę w ciemności. Cienie w świetle gwiazd – powiedzmy. To też przenośnia. Won z nimi! 

Zastanawiam się, liczę w ilu miejscach nie byłem. Bardzo źle to wygląda i nawet nie będę wyliczał, bo czytający te słowa pewnie byli i zaraz mnie wyśmieją. Dlatego doliczam Kosmos i zaraz wszystko się spłaszcza i żaden bywalec i żaden podróżnik nie góruje, bo kto by się zajmował milionowymi miejscami po przecinku. Ano nikt. Nie znaczy to wcale, że człowiek jest jakimś pyłkiem zbędnym, jakimś gówienkiem przy drodze. Jest na tyle potężny, że potrafi tak właśnie sądzić o drugim człowieku, czyli znowu z perspektywy kosmicznej o sobie samym.

Siedzę na trawie, na skarpie i patrzę na boisko, gdzie w pocie miliona czół uwija się kultura. Każdy chce zabrać trochę mojego czasu, żebym nie poświęcił go temu drugiemu. Jeden wywija gębą jako aktor, a może śpiewak, bo za daleko i nie słychać. Szum ogólny zagłusza. Drugi żongluje książką, a trzeci chyba przemawia, ale dlaczego w samych majtkach? Są i piłkarze, a wszystko przypomina pochód pierwszomajowy, gdzie aktywiści, gdzie oportuniści i pospolici fałszerze rzeczywistości. Jeden przez drugiego, jeden na drugim wreszcie. 

Głaszczę suczkę Azę po łebku: - Popatrz, oni wszyscy chcą nam odebrać spacer. Idziemy. Jeszcze banda wróbli zrywa się z krzewu już żółtej forsycji.

Wczoraj na twitterze wymiana zdań z panem dziennikarzem. On poczuł się kompetentny i dalej, że nie ma Boga. Ja mu na to, że istnienie Boga jest i tak bardziej prawdopodobne niż istnienie jego samego, dla mnie. On ripostuje, że my możemy się spotkać, a z Bogiem żaden z nas nie ma szans.

I na co nam kultura? Wpadło mi to oczywiście do oka, a potem myśl, że nigdy nie byłem w operze na przedstawieniu, ani w filharmonii. Czy tam wpuszczają z psami? Pewnie nie.

piątek, 22 marca 2019

Migawki


Całkiem niedawno media donosiły w nabożnym skupieniu o hinduskim mądrali, który od lat nie je i nie pije, tylko karmi się światłem słonecznym wysiadując pod drzewem. Od czasu do czasu wygłasza jeszcze różne maksymy. Ciekawi mnie, czy poszedł wreszcie na obiad, czy nadal siedzi? Takich historii bez zakończenia jest milion, a każde głupstwo znajduje swoich pilnych miłośników. Z drugiej strony media do tego stopnia weszły w rolę politycznych naganiaczy, że z braku czasu potrafią gdzieś zgubić cały kontynent na wiele miesięcy i tylko katastrofa czy masowy mord przywraca naszej świadomości istnienie państw i ludów. Albo facet siedzący pod drzewem, żeby nie było. Czasem odnoszę wrażenie, że świat jako pewną całość obserwują tylko fanatyczni kibice sportowi, dla których nawet Indonezja ze swoimi 260 milionami obywateli ma stałą wartość, choćby ze względu na istnienie zupełnie takich samych jak u nas lig piłkarskich, koszykarskich czy siatkarskich.

* * *
Śmieszą wspomnienia o tym, jak to za komuny było świetnie. Pełno tego na twitterze. Nostalgia albo pamiętasz… A wszystko w stylu:
Za komuny hodowałem przy domu sześć świń, a karmiłem je tylko resztkami z obiadu. A co to były za świnie! Każda jak trabant! Nie, że plastikowa, ale w sensie wymiarów. Pięć szło pod nóż, a szósta stróżowała uwiązana przy budzie. A ile gazet fajnych było! Na przykład takie Razem, niby dla studentów, ale legitymacji nie sprawdzali i każdy brał, bo była goła baba. A dzisiejsze Razem ma brodę. I tak dalej, i tak dalej. Są nawet tacy, którzy głoszą, że za komuny panowała równość społeczna, a polski przemysł górował w świecie, szczególnie gdy patrzy się pod kątem produkcji kwasu siarkowego.

* * *
W czasach, gdy propaganda wrogich obozów politycznych unieważnia się we wzajemnych atakach, nie ma niczego lepszego dla podwyższenia świadomości obywatelskiej niż media społecznościowe. Dopiero dzięki nim można przekonać się, z kim mamy do czynienia w sferze publicznej. Tam spieszy każdy polityk, dziennikarz czy popularny artysta, by udowodnić zdumionemu motłochowi, że tak naprawdę jest zwykłym cymbałem, a nimb, który go otaczał nie jest wart przysłowiowego funta kłaków.
Oto najwybitniejszy dziennikarz, wykładowca dziennikarstwa, autor dzieł licznych i redaktor naczelny, nie dość, że wali byki ortograficzne, to jeszcze zdaje się nie rozumieć zasad kierujących tak prostym medium jak twitter.
Jednak najlepszym przykładem jest pan profesor Balcerowicz. Ani go lubiłem, ani ceniłem, ale do diaska! - Przecież to profesor, wykładowca, premier, minister i bardzo znany ekonomista. Tymczasem wiedziony jakimś… Nie wiem czym, odnalazł się jako twitterowy mędrzec i publikuje od lat wpisy godne pięciolatka, w których poza stosowną dawką nienawiści można też znaleźć treści świadczące o jego szczerej ignorancji. Gdzie nimb? Jaka w tym sentencja filozoficzna, by za darmo robić z siebie błazna? Tego niestety też nie wiem.

* * *
Adam Struzik z „PSL Reaktywacja”, czy jak tam na imię tej nędzy, chciał zostać polskim Salwadorem Dali, w związku z czym zaprezentował zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego z dorysowanym wąsikiem a’la pędzel. Ludzi, którzy nie poznali się na tym znakomitym, zdaniem pana posła żarcie, nasz dowcipniś nazwał nienawistnikami, ludźmi zawziętymi, oszczercami, kłamcami oraz pogardliwcami bez elementarnego poczucia humoru. Oświadczył jednocześnie, że przepraszać nie zamierza, a wszystko w kontekście innego malarza, który swoimi czynami unieważnił imię Adolf.
Oczywiście warto zauważyć, że sam Struzik jest ponurym debilem, bo takie zdjęcie można interpretować na 123 sposoby, nie licząc sposobów głupich i niekoniecznie od razu trzeba potwierdzać swoje najgorsze intencje. Jest przecież Chaplin, Stefan Kisielewski oraz cała masa ludzi, którzy z podobną, dość wątpliwą ozdobą twarzy przemierzali świat. Reasumując: Adam Struzik nie jest i nigdy nie będzie Salwadorem Dali, choćby pojawił się w sejmie ze znajomym mrówkojadem na smyczy. Może co najwyżej aspirować do roli pędzla.


Początek formularza




czwartek, 21 marca 2019

O homoseksualistach i nie tylko


Człowiek z natury rzeczy jest wielowymiarowy i należy do wielu zbiorów, które w punkcie centralnym, tam gdzie się przecinają, ukazują jego pełnię. Tymczasem media i kultura popularna ze wszystkich sił starają się z człowieka zrobić coś w rodzaju płaskiej wycinanki, którą można przesuwać po osi czasu i wydarzeń. Aby osiągnąć cel, a mogąc tylko pośrednio ingerować w samoświadomość, pilnie starają się byśmy tak właśnie postrzegali bliźnich. 

Z pomocą spieszą w tym odczłowieczającym dziele liderzy środowisk, którym ze względu na powodzenie i zasobność materialną wydaje się, że są poza zasięgiem reperkusji, które mogą spaść na ludzi, których przewodnikami sami się uczynili. To w sumie problem typowości, który w wersji literackiej wyśmiewał już Marek Hłasko. I popatrzcie; socrealizm zaginął, pamięć o panu Marku rozpływa się w niebycie, a typowość ma się dobrze, a nawet doskonale.

Wszystkie zabiegi mające na celu odczłowieczenie wynikają z prostego faktu, że człowiek niechętnie przyjmuje pozę radykała i zmusić go do zachowań radykalnych jest niezwykle trudno. Z dumą muszę w tym miejscu podkreślić, że szczególnie trudno zmusić Polaka. Nasi kandydaci na rewolucjonistów wyklinają tę cechę od lat, nie szczędząc nawet naszych przodków, których kości zdążyły rozsypać się w proch i pył. Dzięki niej nawet obecna, dość piekielna awantura związana z roszczeniami środowisk „postępowych” jest tylko dość nużąca w swojej nieudolności oraz bezsensie. 

Aktywiści są bezradni, ponieważ z powodu własnego radykalizmu stoją z definicji na marginesie społeczeństwa i pozostaje im jedynie klepanie dyrdymałów o lęku. Na przykład o lęku przed objawieniem światu swojej seksualnej orientacji. Znaczy się, że homoseksualista, który nie trąbi o swojej orientacji jest zastraszony społecznie. Nie przyjdzie im oczywiście do głowy, że ich brat gej może być człowiekiem kulturalnym, który uznaje, że o pewnych kwestiach nie wypada bajać publicznie. Każdy przecież zna lub znał nużącego heteroseksualnego typa, który przy każdej okazji daje werbalny upust swoim seksualnym upodobaniom, co ma podkreślać jego męskość, a podkreśla raczej prymitywizm. I to ma być ten wzór? Z jednej strony „seksualność to moja prywatna sprawa” ale z drugiej „hej, popatrzcie na mnie!”

Każdy, kto ma znajomego homoseksualistę może bardzo łatwo przetestować na sobie, do jakiego stopnia został już sformatowany. Wystarczy pomyśleć o nim i jeśli nadrzędną cechą jest jego orientacja seksualna, nie jest dobrze z tobą, albo z nim. Tak naprawdę w życiu społecznym jest to, a przynajmniej powinna być, kwestia trzecio czy czwartorzędna. Serdeczność, wiedza, intelekt, zainteresowania… I tak można wymieniać… Kształtują człowieka towarzysko, a jeśli na plan pierwszy wystawimy kwestie seksualności, bardzo łatwo osunąć się w godne mediów szaleństwo. 

Na przykład jeśli jesteś fanem futbolu i twój znajomy, który także ma się za znawcę pieprzy w twojej przytomności od rzeczy na temat piłki kopanej, jakie ma znaczenie, że jest człowiekiem nieprzesadnie rozmiłowanym w damskich wdziękach? Przy czym odwrotnie, jeśli on jest pod wpływem środowiskowej propagandy, może uznać fakt, że przedkładasz powiedzmy Piątka nad Lewandowskiego za atak na jego gejowskie swobody. To bardzo głupie, prawda? Bardzo, ale w sferze publicznej mamy to od dawna. 

Oto prowokator i pętak wyniesiony głupotą wyborców na dość wysokie stanowisko urzędnicze, w zasadzie zajmuje się jedynie prowokowaniem wszystkich dokoła, przy czym jest bardzo prymitywny i chamski, ale gdy tylko ktoś przywali mu werbalnie w zadowoloną z własnego idiotyzmu gębę, zaraz wrzeszczy wniebogłosy, że to z powodu jego seksualności. To też jest bardzo głupie, ale dzieje się na naszych oczach.

niedziela, 17 lutego 2019

Tak pan sądzi, panie Netanjahu?


Ustawiczne przepychanki dyplomatyczne z Żydami na podłożu historycznym stają się powoli nudną rutyną. Po wielu latach dziwacznych uników i pokłonów przynajmniej wreszcie oficjalnie wiadomo, że chodzi o forsę. A skoro tak, to problem jest poważny, ponieważ roszczenia nie zostaną nigdy zaspokojone, no chyba, że starszy brat Izraela zdusi nas swoją potęgą i zapłacimy kontrybucję od głowy, okna czy komina. Na to też oczywiście się nie zanosi, ale uporczywe, namolne ględzenie może trwać w najlepsze, aż przykrość złość i gniew całkowicie zdominują przestrzeń publiczną.
Nie ma tu powiem miejsca na półśrodki, ani mityczne zadowolenie obydwu stron. Każde ustępstwo zrodzi kolejne żądania, zgodnie ze wschodnim rozumieniem polityki. Nie ma w niej czegoś takiego jak trwałe pojednanie. Ręka wyciągnięta do zgody zostanie ogryziona do kości, nie ze złej woli bynajmniej, ale dlatego, że tak trzeba.
Nie ma też mowy o żadnym polsko izraelskim konflikcie, ponieważ poza wpływem jakim Żydzi dysponują na rząd amerykański brakuje do takowego pola. Ten wpływ też nie jest tak absolutny, jak to się u nas chętnie przedstawia. Nawet w kwestii Iranu tak gorączkowo podnoszonej przez izraelską administrację nie wydaje się by jakakolwiek administracja przetrzymała kolejną interwencję w tamtym regionie.
Zupełnie niepotrzebnie chcemy uchodzić za państwo wspierające Izrael, od czasu do czasu bezsensownie oferując swą przyjaźń. Dajemy wtedy okazję do kolejnych ataków i nie jest ważne, czy te ataki są przeznaczone na rynek wewnętrzny czy zewnętrzny. Co nas to obchodzi? Naszym interesem i jedyną sensowną drogą jest zachowanie chłodnego dystansu. Stąd cieszy mnie zapowiedź prezydenta, że wycofamy się z dzikiego po prostu pomysłu organizacji spotkania Grupy Wyszehradzkiej w Izraelu. Jeśli tak się stanie, będzie to pierwszy krok w kierunku normalizacji wzajemnych stosunków.
Naprawdę nie ma się czym specjalnie ekscytować. Wystarczy skończyć z drażniącym przyjmowaniem izraelskiego punktu widzenia za swój, choćby dlatego, że tak naprawdę nie mamy z Izraelem więcej wspólnego niż, powiedzmy, z Argentyną. I tak niech zostanie. Chłodna poprawność zamiast ciągłej reakcji na zaczepki i ciągle powracającego gniewu.
Skończmy też, ale to już uwaga nie do rządu, z nieustannym powtarzaniem bredni o tym, jak w przeciwieństwie do nas skutecznie działa izraelska dyplomacja i zawsze z korzyścią dla siebie. Tak skutecznie działa, że po kilkudziesięciu latach, jak na początku, tak i teraz jest otoczona przez jawnych wrogów, a analiza pierwszego lepszego głosowania w żywotnych dla Żydów kwestiach w takim ONZ pokazuje, że poza Stanami Zjednoczonymi oraz państwami orbitującymi wokół tej militarnej potęgi wszyscy inni są zwykle przeciwko. Jest to skuteczność rozkapryszonego bachora, który ma brata atletę.
Jeszcze przyjrzyjmy się na koniec politycznym rynkom wewnętrznym Polski oraz Izraela. Skoro tam warunkiem pozytywnym wybieralności jest negatywny stosunek do Polski i Polaków, podobnie w warunkach nieustającej awantury powinno być i u nas, a nie jest. Liczący na zwyżkę mądrale zasypujący internet zdjęciami prezydenta i premiera w jarmułkach i wrzeszczący na forach o żydowskim rządzie PiS-u, wbrew swoim nadzieją nadal siedzą w klatce 1%.
Jak się to ma do naszego rzekomego antysemityzmu, porywczości czy politycznej głupoty? Jaką przewagą intelektualną czy moralną dysponuje Izrael skoro antypolska hucpa gwarantuje tam polityczną wybieralność? Naprawdę, dajmy sobie spokój i reagujmy po pańsku unosząc brew i pytając z lekko zaznaczonym znudzeniem:
- Doprawdy tak pan sądzi, panie Netanjahu?