niedziela, 17 lutego 2019

Tak pan sądzi, panie Netanjahu?


Ustawiczne przepychanki dyplomatyczne z Żydami na podłożu historycznym stają się powoli nudną rutyną. Po wielu latach dziwacznych uników i pokłonów przynajmniej wreszcie oficjalnie wiadomo, że chodzi o forsę. A skoro tak, to problem jest poważny, ponieważ roszczenia nie zostaną nigdy zaspokojone, no chyba, że starszy brat Izraela zdusi nas swoją potęgą i zapłacimy kontrybucję od głowy, okna czy komina. Na to też oczywiście się nie zanosi, ale uporczywe, namolne ględzenie może trwać w najlepsze, aż przykrość złość i gniew całkowicie zdominują przestrzeń publiczną.
Nie ma tu powiem miejsca na półśrodki, ani mityczne zadowolenie obydwu stron. Każde ustępstwo zrodzi kolejne żądania, zgodnie ze wschodnim rozumieniem polityki. Nie ma w niej czegoś takiego jak trwałe pojednanie. Ręka wyciągnięta do zgody zostanie ogryziona do kości, nie ze złej woli bynajmniej, ale dlatego, że tak trzeba.
Nie ma też mowy o żadnym polsko izraelskim konflikcie, ponieważ poza wpływem jakim Żydzi dysponują na rząd amerykański brakuje do takowego pola. Ten wpływ też nie jest tak absolutny, jak to się u nas chętnie przedstawia. Nawet w kwestii Iranu tak gorączkowo podnoszonej przez izraelską administrację nie wydaje się by jakakolwiek administracja przetrzymała kolejną interwencję w tamtym regionie.
Zupełnie niepotrzebnie chcemy uchodzić za państwo wspierające Izrael, od czasu do czasu bezsensownie oferując swą przyjaźń. Dajemy wtedy okazję do kolejnych ataków i nie jest ważne, czy te ataki są przeznaczone na rynek wewnętrzny czy zewnętrzny. Co nas to obchodzi? Naszym interesem i jedyną sensowną drogą jest zachowanie chłodnego dystansu. Stąd cieszy mnie zapowiedź prezydenta, że wycofamy się z dzikiego po prostu pomysłu organizacji spotkania Grupy Wyszehradzkiej w Izraelu. Jeśli tak się stanie, będzie to pierwszy krok w kierunku normalizacji wzajemnych stosunków.
Naprawdę nie ma się czym specjalnie ekscytować. Wystarczy skończyć z drażniącym przyjmowaniem izraelskiego punktu widzenia za swój, choćby dlatego, że tak naprawdę nie mamy z Izraelem więcej wspólnego niż, powiedzmy, z Argentyną. I tak niech zostanie. Chłodna poprawność zamiast ciągłej reakcji na zaczepki i ciągle powracającego gniewu.
Skończmy też, ale to już uwaga nie do rządu, z nieustannym powtarzaniem bredni o tym, jak w przeciwieństwie do nas skutecznie działa izraelska dyplomacja i zawsze z korzyścią dla siebie. Tak skutecznie działa, że po kilkudziesięciu latach, jak na początku, tak i teraz jest otoczona przez jawnych wrogów, a analiza pierwszego lepszego głosowania w żywotnych dla Żydów kwestiach w takim ONZ pokazuje, że poza Stanami Zjednoczonymi oraz państwami orbitującymi wokół tej militarnej potęgi wszyscy inni są zwykle przeciwko. Jest to skuteczność rozkapryszonego bachora, który ma brata atletę.
Jeszcze przyjrzyjmy się na koniec politycznym rynkom wewnętrznym Polski oraz Izraela. Skoro tam warunkiem pozytywnym wybieralności jest negatywny stosunek do Polski i Polaków, podobnie w warunkach nieustającej awantury powinno być i u nas, a nie jest. Liczący na zwyżkę mądrale zasypujący internet zdjęciami prezydenta i premiera w jarmułkach i wrzeszczący na forach o żydowskim rządzie PiS-u, wbrew swoim nadzieją nadal siedzą w klatce 1%.
Jak się to ma do naszego rzekomego antysemityzmu, porywczości czy politycznej głupoty? Jaką przewagą intelektualną czy moralną dysponuje Izrael skoro antypolska hucpa gwarantuje tam polityczną wybieralność? Naprawdę, dajmy sobie spokój i reagujmy po pańsku unosząc brew i pytając z lekko zaznaczonym znudzeniem:
- Doprawdy tak pan sądzi, panie Netanjahu?


sobota, 16 lutego 2019

Uwagi drobne na kanwie porannej lektury serwisu gazeta.pl


Świat jest trudny. Wczoraj bomba atomowa, a dzisiaj na pierwszej stronie serwisu gazeta.pl najciekawiej zapowiada się tekst „Iwona z Łomży nagle zaczęła mówić płynnie po angielsku. Wystarczyło”. 
Wczorajszy dzień w polityce był w ogóle bardzo zabawny. Sensacja roku, której sensacyjność trzeba tłumaczyć zdumionym odbiorcom, wyrażając przy tym jawne niezadowolenie z ich ciemnoty. Sądzę, że zabrakło odrobiny poezji. Znalazłem ją o dziwo w dziale ekonomicznym Gazety. Jakby tego było mało jej autorem jest Niemiec, barwnie opisujący pokojową polską ekspansję na wschodnich rubieżach swojego potężnego państwa. To po prostu piękne:
„"W pewien zimny deszczowy wieczór po pracy, podczas gdy polski rząd stale oddala się od Europy, polska rodzina z zachodniej części kraju wypoczywa w swoim jasnym wschodnioniemieckim pokoju mieszkalnym. Radio nastawione jest na polską stację, na ekranie plazmowego telewizora widać kolorową grę wideo. Przed wjazdem na posesję zaparkowane są trzy samochody na polskich rejestracjach. Za ogrodzeniem szczekają psy. Blade światło latarni oświetla brukowaną drogę w Menkinie - miejscowości z bardzo starym kościołem i 167 mieszkańcami" - czytamy w całostronicowym reportażu.

* * *
Pamiętam emocje związane z obradami Okrągłego Stołu. Przypominały nieco reakcję na puszczane wówczas przez radio piosenki, w których tekstach można się było doszukać antyreżimowego przekazu.
Pierwsza i odruchowa: - Ale dają…
Druga i rozumniejsza: - Dają tyle na ile komuchy pozwalają.
Wcześniej Okrągły Stół kojarzył mi się z rycerzami, królem Arturem, Lancelotem, a ci z kolei z filmem „Monty Python i Święty Graal”. Teraz kojarzy mi się diabli wiedzą z czym.
Trzydzieści lat temu Adam Michnik uchodził za radykalnego antykomunistę. Gdyby ktoś zechciał młodzieży przybliżyć rozmaite związane z tymi obradami niuanse i wyskoczył z tym przykładem, większość spyta najpierw:
-A kto to jest Michnik?
I to jest świetne. Guma sparciała i dmuchane polityczne lale naszej młodości znalazły się w składziku na zapleczu. Wrzeszczą, kopią, tumanią, ale tak naprawdę już ich nie ma. Może kiedyś, gdy i nas nie będzie ten dziwny mebel, który był w zasadzie oznaką symbolicznej równości odzyska dawne świetne, bo legendarne znaczenie.

* * *
Chciałem coś napisać, ale mam na słuchawkach Lesia Millera w radio TokFm i do głowy przychodzą mi tylko przekleństwa. Po cholerę ludzie w średniowieczu w ogóle je wymyślili? Wystawcie sobie, że nawet językową przestrzeń dla przekleństw jakie znamy trzeba było wymyślić. Zastąpiły w języku zaklęcia, w przykrym momencie, gdy ludzie zorientowali się, że coś słabo działają. Początkowo próbowano je zarezerwować dla warstw wyższych i z oburzeniem opisywano jak to chłop prosty przeklina niczym szlachcic. Był to towar deficytowy do tego stopnia, że biedni Francuzi początkowo importowali przekleństwa z Anglii. 

I właśnie przez takich ancymonów nie potrafię niczego sensownego napisać. Dodam tylko, że wraz z rozpowszechnieniem się przekleństw rozpoczęła się walka z mową nienawiści. Tamtejsi publicyści narzekali na idiotyzm władzy, która za przeklinanie wymyślała drakońskie i niesmaczne kary w rodzaju ucięcia języka. W ten sposób sprośny zwyczaj tylko się rozprzestrzenił, bo nikt podobnych sankcji nie brał poważnie. Ludzie praktyczni zalecali natomiast by stosować zamienniki, na przykład wyklinając Boga zamieniać jego imię na „buty”. Bezpiecznie i racjonalnie. Tyle tylko, że po 700 latach nie mam zamiaru wobec tak marnych typków jak Miller czy jego rozmówczyni Lewicka używać jakichś śmiesznych zamienników, a język jest mi drogi z wielu powodów.

* * *
W dzisiejszej Wyborczej rozważania na temat inteligentnych domów. Lepiej by się zastanowili nad inteligencją własnego redaktora naczelnego.

* * *

Na żywo, dosłownie każdego dnia przekonujemy się, jak ważna jest historia i stosunek do niej. Pewnie dlatego pracowicie podważano i nadal podważa się jej znaczenie. Obecnie rządzący pomimo licznych w tym względzie deklaracji, w zasadzie poza tworzeniem nowych historycznych mitologii i płaczliwym domaganiem się uznania też nie mają się czym pochwalić. Świetnie, że mówi się o partyzantce niepodległościowej, o rotmistrzu Pileckim, że odkłamuje się, choć niezwykle ostrożnie, bujdy wpajane społeczeństwu przez dziesięciolecia, ale brak w tym ujęciu szerszego spojrzenia.
Opiewa się i podświetla punkty, podczas gdy pozostałe wydarzenia tkwią w ciemności. To jak nowoczesne interaktywne muzeum, które prowadzi zwiedzających od eksponatu do eksponatu ku finałowi, gdzie czekają gotowe wnioski. Widzimy bohaterów i poszczególne wydarzenia, ale nie jest to klasyczna oś czasu. Brakuje też związków przyczynowo skutkowych. Oczywiście szkoła nie nauczy historii, ale powinna dawać chętnym narzędzia do jej amatorskiego badania.
Dzisiaj młodzi ludzie stają bezradni przed ogromem ukazującego się materiału nie zdając sobie sprawy, że większość dzieł to płody nieuków, historycznych grafomanów i propagandowych groszorobów. Tkwimy pomiędzy sprzecznościami motywowanymi politycznie i nie potrafimy przez to odpowiedzieć na dziwaczne zarzuty rozmaitych zagranicznych nieuków o wybitnie złej woli, ponieważ nasze odpowiedzi muszą być zrozumiałe dla nierozumiejącego historii społeczeństwa.
Wkładane w to wysiłki są daremne, a przy tym zabierają czas i energię, gdy trzeba zacząć od początku. Dosłownie. Narzędzia w postaci historycznych badań DNA są gotowe i już używane, ale o tym cicho. To ważne, bo warto w końcu zrozumieć skąd się wzięliśmy w tej naszej Polsce. Nieistotne? A stutysięczny tłum idiotycznych turbolechitów to nic? A może chcecie się za kilkanaście lat dowiedzieć, że Bolesław Chrobry był po prostu starą Żydówką? Jeśli uważacie, że to niemożliwe, włączcie telewizor.


sobota, 26 stycznia 2019

Dysonans


Słyszę i czytam, że Gdańsk to siedlisko mafijnej patologii, oaza gdzie bije źródełko dla rozmaitych wyłudzaczy, a nawet, że pod szczególną ochroną są tam różne antypolskie kanalie. I nawet mnie, pobieżnie i z wielką ostrożnością śledzącego media wypada się z tym zgodzić. No dobrze, to jedna strona medalu, a druga jest taka, że z powodów MORALNYCH, wszystkie znaczące siły polityczne rezygnują z konfrontacji z rzeczywistością, zgadzając się tym samym na trwanie tego, co werbalnie krytykują. 
Okazuje się, że odbiór społeczny każdej decyzji jest na tyle ważny, że unieważnia prawdę i rozsądek. Nie jest przy tym istotne, że kandydat występujący przeciwko namaszczonej pani nie miałby żadnych szans. 
Nie wolno bowiem odbierać prawa wyboru innym w imię własnych moralnych popędów. Przepraszam, ale czy w wyborach 2010 roku przyszło komuś do głowy by wycofać się z wyborów prezydenckich i ustąpić bez walki Jarosławowi Kaczyńskiemu, ponieważ zginął jego brat?

środa, 23 stycznia 2019

Uwagi drobne z dni wzmożenia ponad podziałami


Przez wiele lat czciłem Lecha Wałęsę jako najwybitniejszego w Polsce kabotyna i zafiksowanego na sobie emocjonalnego zaburzeńca, ale widzę, że Juras Owsiaka w kilka dni znacznie go przewyższył. Doceniam i gratuluję fanom, czekając niecierpliwie na skuteczny kontratak naszego pokojowego noblisty.

xxx

Kapitalny jest koncept, żeby zebrane do kupy przy medialnym kotle partie opozycyjne prowadziły zbliżające się kampanie wyborcze na granicy histerii, na dodatek przy użyciu całego wachlarza szantaży i szantażyków moralnych. To jest właśnie to, czego z utęsknieniem oczekują wyborcy. Najprzyjemniejszym bowiem dla każdego obserwatora jest widok bachora, który z wrzaskiem rzuca się na podłogę w sklepie, żeby na mamie wymusić zakup batonika.

xxx

Kłamstwo jest wyjątkowo łapczywe. Wystarczy, że z powodu wzruszenia, czy chwili refleksji nad istotą człowieczego bytu na chwilę opuścisz gardę, już okłada cię ciosami jak cepy i wrzeszczy ci do ucha, że za mało się starasz, że musisz paść przed nim plackiem. Wiem, że to nudne i całkiem niedzisiejsze, ale warto pamiętać ( Do jasnej cholery!) że złe drzewo nie może wydawać dobrych owoców. Sfera publiczna jest puszczą w której kłamstwo i związana z nim przemoc mają swoje naturalne środowisko. Tam się rozmnaża i nabiera sił nim wyruszy na łowy, których jesteś celem, razem ze swoimi fobiami, łatwym wzruszeniem i wytrenowaną przez lekturę i filmy naiwnością. Jego naturalnym wrogiem jest rozsądek, przymiot naturalny i dlatego pewnie dziwnie zaniedbywany.

xxx

Zawsze mam pod górkę! Oto PO ogłosiła bojkot TVP. Gdybym oglądał telewizję miałbym chociaż przyjemność z nieoglądania zdegenerowanych pysków tych łajdusów, ale skoro nie oglądam, to kwestia mojej satysfakcji stała się dość skomplikowana, a nawet problematyczna. Zauważę przy okazji, że pomysł największej partii opozycyjnej jest równie dobry jak próba zrobienia biznesu na sprzedaży przemówień Tuska na kasetach VHS.

xxx

Od rana Gazeta Wyborcza. 
Oto tytuły nadane temu samemu tekstowi ściągniętemu z lokalnego wydania. Na stronie Gazeta.pl zachęca do przeczytania tekstu coś takiego:
"Lista spotkań i nawyki Jaśkowiaka pod lupą. Policja sprawdza prezydenta Poznania"

Ale na Wyborcza.pl czytamy:
"Policja sprawdza, czy 
prezydent Poznania jest bezpieczny"

Tekst dotyczy zapewnienia bezpieczeństwa, więc dlaczego tytuł na popularniejszej stronie sugeruje inwigilację urzędnika? Wiem, że to głupstewko, ale właśnie na tym polega propaganda, gdy się wie, że rano większość czytelników tylko przegląda pierwszą stronę, żeby sprawdzić, czy nie nastąpił koniec świata, albo czy Piątek już na pewno zagra w Milanie.

Zmarł Roman Kołakowski

Jego płyta "Przypowieść błękitna" jest solą i krwią mojej późnej młodości. Leży w szafie "zajechana" do nieprzytomności, ale jej stan nie jest ważny z dwóch powodów: Po pierwsze nie mam gramofonu, a po drugie jest jedyną  na świecie płytą, którą potrafię odtworzyć z pamięci. 






sobota, 19 stycznia 2019

Narracje obowiązujące i obowiązkowe


Narracje, które od lat mają kierować naszymi zachowaniami i generować złość, gniew, pogardę i rechot z potknięć politycznego wroga, dzisiaj skierowano na wzruszenie i żałobę. To żadna nowość, może poza wyjątkowym natężeniem hucpy i zakłamania.

Dziwi mnie, że ci wszyscy spece od propagandy nie wiedzą, że nie ma nic gorszego i bardziej odstręczającego niż przesada. Akurat w tej kwestii przeciętny człowiek ma bardzo dobrze ustawiony zmysł równowagi.

Media mają nas najwyraźniej za statystów grających w filmie, który realizują, na dodatek tak tępych, że zamiast żądać zapłaty  sami płacą za udział, co z ich perspektywy jest przejawem skrajnego szaleństwa.

Czasem jest to polityczny thriller, ale najczęściej tani horror. Mamy pokrzykiwać, robić stosowne miny i ogólnie zachowywać się jak tłum pałętających się po świecie zombie. Aby alegoria była bliższa ciału, od czasu do czasu któryś z reżyserów, pisarczyków od scenariusza, czy nawet kobiecina biegająca z tą śmieszną tabliczką od klapsów uświadamia nam publicznie jacy to jesteśmy wstrętni, leniwi, brudni i głupi, a my mamy się cieszyć i dalejże podrygiwać, porykiwać i wyprawiać bezeceństwa opisane w scenariuszu.

Taki jest styl, trendy i co tam chcecie. Prawda życia i ekranu, dwa w jednym.

Długo za to szukałem w pamięci narracji, która miała na celu wywołanie zwykłego uśmiechu, czyli takiej, która sięga podstawy człowieczeństwa. To wyjątkowo deficytowy towar. Uznano najwyraźniej, że atmosfera niekończących się przygotowań do bliżej niesprecyzowanej publicznej egzekucji jest tym, czego ludzie łakną najbardziej.

Ja nie łaknę i odkąd zdołałem przepchnąć się do wyjścia, tam gdzie już nie ma mediów a wesoło buszują zwierzęta, kosmos i historia od razu mi nieco lżej. Polecam.   


czwartek, 17 stycznia 2019

Powitajmy cenzurę chlebem i solą

Cieszcie się ludzie, bo za chwilę będzie pławić się w oceanach mowy ezopowej. Bez wątpienia podniesie to poziom intelektualny zarówno piszących jak i czytających. Nikt nie nazwie tego cenzurą, ale i za komuny nie było żadnej cenzury tylko Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Teraz nie grożą nam takie łamańce, ponieważ ewentualny urząd będzie mógł skoncentrować się nad jednym jedynym medium, czyli nad siecią, z której jak wiadomo pochodzi całe zło tego świata.
Okazja jest znakomita i jak powszechnie wiadomo czyni złodzieja. I ten legislacyjny złodziej przyjdzie do was, przy waszej pełnej akceptacji. Kto będzie przeciw, skoro zobaczy tysiąc przykładów ohydnych życzeń śmierci i drugi tysiąc życzeń trwałego kalectwa? Powstaną przepisy, które oczywiście stosowny urzędnik będzie mógł dla waszego dobra interpretować stosownie do sytuacji.
To już tak przecież działa, ale na razie zgoła po amatorsku i wedle uważania. W tej chwili czytamy z satysfakcją, że jednego czy drugiego ordynusa zatrzymuje policja. Sądziłem początkowo, że zabrali się za tych, którzy w sieci grożą innym śmiercią, ale okazuje się, że nie tylko. W Gazecie Wyborczej uroczy tytuł głosi, że zatrzymano jakiegoś cymbała, który drwił ze śmierci prezydenta Adamowicza.
Wszak już teraz mamy kilka paragrafów pod które można wiele spraw podciągnąć, ale poczekajcie mili moi na ewentualną ustawę. Będzie i urząd i stosowna Bezpieczna Służba do egzekwowania jak zwykle niejasnego prawa, która będzie czuwać dzień i noc nad milionami wy-powiadających się w sieci mądrali.
To nie jest materiał, którzy mogą przerobić ponurzy faceci w zarękawkach i z czerwonymi ołówkami w garści. Zaraz się wzmoże elektroniczne polowanie na zakresy tematyczne i słowa kluczowe, a kontekst ewentualnie będzie można sprawdzić w ramach procesu karnego. Już teraz istnieje przecież całkiem spora liczba tematów o których nie sposób bez pewnego ryzyka pisać swobodnie. Organizacje maniaków i indywidualni maniacy zajmują się na przykład donoszeniem na autorów kontrowersyjnych treści do pracodawców, na uczelnię i gdzie tylko mogą zaszkodzić. Ale na razie to takie, prawda, nowoczesne ORMO.
Oczywiście media nadal będą mogły w najlepsze łgać, prowokować i tumanić, aby potem cie-szyć się swoim tryumfem, że jakiś frajer dał się ich szczuciu sprowokować i trafił za kraty. Dodam, że razem z częścią polityków, którzy są zawsze niewinni i dziw bierze, że nie są żywcem porywani do Nieba.
Nabiera się was na gadkę o „mowie nienawiści”, już teraz, niejako na wstępie możliwie rozszerzając definicję, by udowodnić, że dotychczasowe zapisy Kodeksu Karnego są dalece nie-wystarczające. Zamiast pokazać, że wobec gróźb jak najbardziej karalnych każdy obywatel ma jednakową ochronę, siłę pokazuje się jedynie wobec ludzi atakujących tak zwane osoby publiczne. Przyjęcie jakichkolwiek rozwiązań prawnych, które są i będą obecnie proponowane by zwalczać „mowę nienawiści” spowoduje powiększenie tej dysproporcji do rozmiarów karykaturalnych.
To nie jest błaha kwestia, bo jeśli raz ulegniecie medialnej przemocy ukrytej za ślicznie opakowanymi hasłami, już nikt nie będzie was nigdy pytał o zdanie, a w sieci będziecie mogli pogadać sobie o pieskach i kotkach, a i to nie na pewno.
Jedynym zabawnym aspektem jest to, że w walkę z „mową nienawiści” szczególnie gorliwie angażują się żyjący ze szczucia, kłamstw oraz insynuacji. Oczywiście jeśli ktoś wielbi cenzurę i łaknie w geście ekspiacji za posiadanie własnego zdania rzucić się na kolana przed polityczno-medialną bestią, niech sobie wielbi i łaknie, a nawet ma prawo wystawić w domu ołtarzyk i czcić promowanych przez media bożków. Nic mi do tego, ale niech łaskawie odpieprzy się ode mnie, jeśli przyjdą po niego, bo grubszym słowem nazwie nieudolnego trenera reprezentacji po kolejnym przerżniętym meczu.


Pamiętajcie też o tym, że raz rozpoczęta walka nigdy nie ma końca i po uspokojeniu, spacyfikowaniu netu, ktoś w końcu zastanowi się nad tym, co też ci wszyscy nienawistni sieciowi mądrale opowiadają teraz swoimi paskudnymi gębami w sklepach, na ulicach czy w mieszkaniach, gorsząc i podżegając nieprawomyślnymi poglądami politycznymi, na przykład małoletnie dzieci? Czy naprawdę nie warto tego sprawdzać?

czwartek, 10 stycznia 2019

Polska idealna. Ekologiczna Polska marzeń


Chłopina w ekologicznych łapciach wiedzie przez odwieczną puszczę oszołomionych jej wspaniałą dzikością zagranicznych turystów. Jest nieco przeziębiony i co chwilę smarcze z palca, co zostaje uwiecznione na kartach pamięci a potem pokazywane znajomym dla egzotyki. Jego kontrakt zabrania używania pańskich wynalazków, takich jak chusteczka do nosa.

- A wilki tu są? – pyta przez translator zażywny Japończyk.

- Yyy, yyy, dyć będą panocku za mazowieckim duktem – odpowiada chłopina, który najlepsze lata życia stracił ucząc się na inżyniera, czego teraz żałuje.

- Yyy, yyy, dyć będą szogunie za mazowieckim duktem – tłumaczy prawie doskonały translator. Japończyk z uznaniem kiwa głową i przystaje na chwilę by podziwiać okoliczności przyrody. Widok i zapach lasu tłumi w jego umyśle przykry widok półnagich bachorów żebrzących o cukierki w wiosce, gdzie wylądował ich jojokopter.

- Pięknie tu, po prostu cudnie! – zauważa tak bardziej ogólnie.

- Polacy to miły naród, odkąd wytłumaczyliśmy im, gdzie ich miejsce. Truli, mordowali, wywoływali wojny, ale droga do szczęścia nie jest łatwa. Teraz, kiedy są już na swoim miejscu i oddali się kontemplacji przyrody są bardzo przydatni – oświecił azjatyckiego gościa Europejczyk nie wiedzieć czemu przebrany za Indianina.

- Dziwne tylko, że każą na siebie polować – zastanowił się synalek Nipponu.

- Odstrzału kłusowników i osobników drugiego gatunku tak bym nie nazwał – wtrącił się brodaty Anglik taszczący aż trzy strzelby. – Poza tym, to wolny kraj. Łazi Polak po puszczy, to sam wybiera swój los. Nikt go nie zmusza, a w dobrych zamiarach nie łazi. Znamy ich przecież.

- Ktoś was zmusza? – Indiański Europejczyk raczył zapytać, oczywiście przez translator, chłopka przewodnika.

- Gdzież tam panie zmusza! Zatnie się w jednym czy drugim weganizm, to lezie panie i mięsa młodszych braci w naturze szuka a zabija. Źle robią.

- No, ale my też do zwierząt, nie tylko do ludków strzelamy.

- Wy, panie to insza rzecz. Wielga rzecz i porządek w naturze trzymacie, a i władza każe – wykręcał się chłopek-inżynier. – Zara dwór dziedzica, to i odpoczniecie po trudach, a jutro skoro świt…

Prawdę rzekł, bo właśnie wchodzili na polanę. Piękny drewniany dom w świetle zachodzącego słońca. Na powitanie myśliwych wybiegły wesołe pieski, a za nimi rozpostarłszy ręce szedł witać przybyłych dziedzic puszczy, prawie Europejczyk, czyli Polak pierwszego gatunku.

Tylko brodaty Anglik widząc zadziwiająco niskie czoło witającego, jako człowiek obyty w Afryce przez chwilę myślał, że to przebrana małpa, ale na szczęście nie zdążył chwycić za strzelbę. Aby pokryć zmieszanie zauważył, że Polska jest po prostu piękna i naprawdę dzika.
- Wiele wyrzeczeń, pracy… - westchnął gospodarz i dodał staropolskie: Czym chata bogata!

I faktycznie miał się czym pochwalić.

sobota, 5 stycznia 2019

Przesławne kompetencje w polityce


I doświadczenie, dodam. Dlatego uważam, że przerabianie posła Andruszkiewicza na Cyfrowego Andruszkiewicza jest błędem, skoro na rynku pracy mamy wielu wybitnie kompetentnych i doświadczonych do obłędu mężów, że wymienię choćby nieco zakurzonego dzisiaj Jurka Urbana. Liberalny wydawca, który odniósł sukces medialny trafiając w gust wielu Polaków, mający przy tym niebagatelne doświadczenie polityczne. Nie jest przy tym w żadnym razie narodowcem, czyli kartę ma czystą. Nie wiem, czy chłopina jest na chodzie, ale założę się z każdym o batona, że gdyby się wystawił do euro parlamentarnych wyborów w naszej pięknej stolicy, to takich neptków jak poseł Andruszkiewicz wciągnąłby nosem, a liberalny elektorat cieszyłby się, że znowu pokazał klerykalnemu PiS-owi środkowy palec.

Rzecz w recenzentach, mili moi. Paradoksalny przykład z pierwszego akapitu służy jedynie przybliżeniu metody wychowawczej jakiej jesteśmy poddawani przy niemalże każdej okazji. W wyniku której, nie dość, że przejmujemy argumentacje przeciwników, to jeszcze twórczo ją rozwijamy. Nie mamy bowiem własnej bazy recenzenckiej, a kanały dystrybucji opinii zostały dawno zatkane przez durniów i lizusowsko nastawionych groszorobów.

Taka sprawa, jak powołanie posła Andruszkiewicza na ministerialny stołek doskonale to pokazuje. Możemy tylko przyklaskiwać argumentom wrogo nastawionych recenzentom, a próby obrony tej decyzji zostawiono gorącogłowym amatorom. Tak czy owak wychodzimy na durniów, ponieważ podobna presja wychowawcza działa tylko w jedną stronę. Dlatego nietrafione są wyliczanki ukazujące podobne cechy i zasługi dawnych nominatów PO. W tym sensie, że każdy w miarę przytomny rozumie, że stanowiska polityczne obsadza się według klucza politycznego i jeśli pojawiają się błędy obsadowe, widać je dopiero po skutkach działań politycznego wybrańca.

Osobiście nie znoszę polityków wznoszących patriotyczne okrzyki w mediach społecznościowych, a wśród nich obok posła Tarczyńskiego wyróżniał się właśnie pan Andruszkiewicz, ale zasadniczo, co może wielu zdziwić, nie jestem premierem. Nie wiem też, czym może wyróżnić się wiceminister w niepotrzebnym moim zdaniem ministerstwie, bym zmienił zdanie o jego formacie politycznym, ale od momentu powołania, to sprawa jego przełożonych, nie moja. To oni biorą za niego i jego działania pełną odpowiedzialność. Ze swojej strony mogę tylko wyrazić nadzieję, że zacny poseł przynajmniej zamilknie na twitterze.

To już byłaby jakaś korzyść, ale są jeszcze przynajmniej dwie inne. Pierwsza to wzbudzenie autentycznego i szczerego gniewu recenzentów, do tego stopnia, że zaangażowały się w jego wyrażanie nawet międzynarodowe szajki politycznych naganiaczy. Druga jest taka, że jest to gniew sterowany, ponieważ nie wyobrażam sobie, że ktoś może być do tego stopnia naiwny, żeby nie wiedzieć jaką lawinę spowoduje ta nominacja. A chyba wszyscy wiedzą, że ich wywoływanie jest metodą zapobiegającą tragediom związanym z niekontrolowanymi lawinami. 

Teraz rzecz w cierpliwości, a im dłużej będzie trwała medialna ekscytacja posłem Andruszkiewiczem, tym lepiej, ponieważ jest to kwestia obchodząca jakieś marne procenty elektoratu, a skutecznie blokująca przekaz w istotniejszych sprawach.  

czwartek, 3 stycznia 2019

Humor nie wieńczy dzieła, czyli plastusiowe okruchy z życia

Niejako w uzupełnieniu wczorajszego tekstu o braku humoru, który został przez czytelników wzięty za pozbawioną konkretów recenzję Szopki Noworocznej, dzisiaj same konkrety. Żeby uniknąć nieporozumień muszę zaznaczyć, że nadal i jeszcze dogłębniej nie obejrzałem tego przedstawienia. Mam jednak nadzieję, że przy pomocy kilku twitterowych cytatów z tak chwalonej przez część komentatorów pani Barbary Pieli wyjaśnię choć jedną z metod, dzięki stosowaniu której zalewają nas fale niegramotnego ponuractwa.
W związku z tym, że poniższy tekst prawie w całości składa się z twitterowych komentarzy autorki Plastusiów, które porwałem bez pytania z twittera muszę wyjaśnić, że zrobiłem tak powodowany troską o dobro publiczne i przekonaniem, że pani Piela odważyła się wreszcie zaprezentować coś, co jest praktyką powszechną w podobnych do TVP instytucjach kulturalnych. W Polsce człowiek z zewnątrz jest po prostu nikim, a efekt takiego postrzegania rzeczywistości opisałem wczoraj.
Najpierw dwie uwagi autorki Plastusiów o tym, jak potraktowano przygotowany przez nią materiał:
Basia Piela ma głos:
„No właśnie takie scenki typu tej tą owieczką mi ścieli. Ścięli zabawę Rachonia zabaw-kami, żonglowanie ołówkiem, pojawienie się zjawy, demonstrację narodowców z powiewaniem flagami, połowę historii na bucie. Najfajniejsze rzeczy! Pytam dlaczego???? 
„Na kolanie" to jeszcze zbyt idealistyczne określenie. Animacje traktowane były jak ziemniaki dostarczane na metry. Nikt ich nawet nie oglądał, byle szybciej i szybciej, bo kolejna fucha czeka. Wrzucali tam gdzie była jakaś dziura, ile się wsypało, tyle poszło.” 
Pada pytanie, czy nie było kolaudacji? 
„Była, ale mnie nikt nie zaprosił jako jedynie dostarczyciela ziemniaków na metry. Nie widziałam, co wyszło aż do wczoraj. razem z wami obejrzałam.” 
Ogólna ocena Szopki Noworocznej, według pani Barbary. Odpowiedź na zarzut, że uderza w naszych: 
„Jasne, wszystko jest OK, żadna krytyka jest niedopuszczalna, a widowisko było rewe-lacyjne. Nie rozumie Pani, że to właśnie przez zamiatanie takich rzeczy pod dywan i brak krytycyzmu tracimy wyborców? Lepiej żeby TVN to później wyciągnął? Ludzie mają dość przesładzania wizerunku!”
„Wszyscy, którzy mówią jak jest mają się Pani zdaniem pożegnać z TV? Najlepiej po-zamiatać wszystko pod dywan i udawać, że jest super? Byłam, doświadczyłam, odczułam i mam nic nie mówić? Niech dalej królują dawne układy? A nie wydaje się Pani, że to jest właśnie nieuczciwe???? 
A teraz obiecane konkrety z telewizyjnej kuchni, czyli o forsie. Streszczę najpierw jak zrozumiałem sytuację: Pani Piela korzysta przy swoich produkcjach z usług scenografki/krawcowej. Dotychczas płaciła jej symbolicznie, ale kontrakt z TVP sprawił, że wreszcie mogła… No właśnie. Rzecz nie w fanaberiach, a w pracochłonności. Kto nie wierzy, niech przeczyta listę płac zatrudnianych przy zgoła drobnych animacjach lalkowych i zda sobie sprawę, że w przypadku animacji pani Pieli, robią to dwie osoby. Poczytajcie, co sama autorka ma do powiedzenia: 
„Ja mam do tego wszystkiego ogromny dystans. Nie mam 20 lat, nie jestem na niczyim garnuszku, niczego nie muszę, obserwuje też zachowania społeczne, reakcje mediów i mechanizmy, bo jest to ciekawe.Tylko szkoda mi ludzi, którzy tyle czasu czekali licząc na dobrą zabawę.” 
„Jakbym chciała zapłacić za scenografię tyle, ile chce scenografka to tak. Jeszcze się nie rozliczyłam do końca. W najlepszym wypadku wyjdę na 0.” 
„Tak, dlatego, że z powodu czasochłonności animacji musiałam zacząć prace dwa miesiące wcześniej. Pieniędzy jeszcze wtedy nie było, a potem już nie było (w ostatnich tygodniach pracowałam po 18 godzin dziennie i nie miałam kiedy się zająć tym wyszarpywaniem).” 
„Mówiłam producentowi od początku i wielokrotnie, że scenografka chce podpisać umowę. Ciągle mówił, ze nie jeszcze ma pieniędzy, nawet się z nią nie spotkał, żeby ustalić sumę. Mnie od razu wyzerował, materiałów chyba nie wziął pod uwagę.” 
Oczywiście, jak to u nas, od razu pojawił się zarzut, że pani Piela chandryczy się o pieniądze, bo jak wiadomo artysta u nas powinien chodzić głodny, o ile nie ma stosownej koncesji na opływanie w dostatki. 
„Pani Tereso, nie chodzi o moje pieniądze, tylko o to, co dzieje się z pieniędzmi publicznymi idącymi na taką produkcję, której potem nikt nie może oglądać. Te godziny pokazałam jedynie poglądowo.” 
„Myślałam, że słowo znaczy wiele. I tyle. Podpisałam dopiero po oddaniu projektu, nie miałam szans wcześniej. Nie żałuję, tylko opisuję jak ludzi traktują.” 
„Wiem, ja też zaczynam się uczyć, bo widzę, że jak nie wytarguję dla swoich ludzi (a mam scenografkę i szykuje się młody muzyk do podkładów muzycznych) to oni sami to sobie wezmą i pojadą na Malediwy. Po uważaniu/co łaska znaczy dla nich z definicji "ZERO". 
Jeszcze raz przepraszam panią Pielę za tak liczne cytaty z twittera, ale gdybym ja opisał sytuację własnymi słowami, dzielni czytelnicy pozostaliby w przeświadczeniu, że sobie Jarecki wszystko zmyślił, jak to zwykle.  
Poniżej link do profilu autorki Plastusiów na twitterze: 


https://twitter.com/baspiela

środa, 2 stycznia 2019

Świt żwawych ponuraków


Świetnym pretekstem do powstania tekstu o humorze byłaby recenzja wczorajszej Szopki Noworocznej Marcina Wolskiego i spółki, ale nie mam pięciu lat, by dać się nabrać na oglądanie podobnego przedstawienia. Straciłem okazję wyzłośliwienia się, pozostając przy twitterowych okruchach recenzji pozostawionych w wirtualnej przestrzeni przez ludzi, którzy nie przegapią żadnej okazji by oblać się pąsem absolutnego zawstydzenia. 
Tyle tylko, że spytałem w Sylwestra autorkę Plastusiów, panią Pielę, czy teksty napisał pan Marcin, a gdy dostałem odpowiedź potwierdzającą moje przypuszczenia bąknąłem, że humor tego autora to poziom zużytej opony. I tyle mojej oceny tego wydarzenia artystycznego.

Jedną z najbardziej uciążliwych cech tak zwanej przestrzeni publicznej jest doprowadzone do absurdu ponuractwo. Choć rzeczywistość bywa śmieszna nikt nie chce, albo nie potrafi przetworzyć jej tak, by zabawić szanowną publiczność. Produkowane w tym celu skecze umierają pod ciężarem wulgarności i politycznych przekonań autorów. Dystans i autoironia stały się pojęciami obcymi. 

Żyjemy w czasach rechotu z wroga, nie śmiechu, a i to na możliwie najniższym poziomie.
Jakby humor zapadł się pod ziemię. Może ze wstydu, nie wiem. Z jednej strony zostali humoryści w średnim wieku, w nieskończoność powtarzający wyuczone przed laty grepsy i miny, z drugiej próbuje się mozolnie awansować na takich, autorów kompletnie wyzutych z poczucia humoru. 
Przypomina to próbę przedstawienia jako sprintera grubaska biegającego sto metrów w dwadzieścia cztery sekundy, a i to z wiatrem. To zresztą zrozumiałe, skoro przypatrzymy się ludziom decydującym o tych dziwacznych karierach i związanych z nimi apanażach. Można stosunkowo łatwo, o ile nie ma się szczególnie bagnistej przeszłości, awansować na patriotę, czy szczerego do bólu katolika, ponieważ do tego wystarczą powtarzane w kółko i z marsową miną deklaracje, ale z humorem trudniej, a metoda awansu jest ta sama.

Wyuczone, choć amatorskie w istocie ponuractwo nie ma w zasadzie barw politycznych, ponieważ odkąd poprzeczka poziomu leży na ziemi, przełazi przez nią dosłownie kto chce, ale po tak zwanej prawej stronie osiągnęło absolutne wyżyny. Ostrzeżenie związane z tym stanem rzeczy jest bardzo poważne i ma charakter polityczny. Nie można przy tym powiedzieć, że nie stać nas na humor, ponieważ jak świat światem humor jest darmowy, a jego rozdawca jest poza ziemską jurysdykcją. 

Polityka tkwi w tym, że w życiu codziennym musimy przymuszać się do lubienia ludzi wyzutych z poczucia humoru. Wszelkie badania wskazują, że humor jest jedną z najbardziej pożądanych, szukanych u innych cech. Poczucie humoru pomaga bowiem przetrwać. Autoironia i dystans do siebie jest warunkiem podstawowym łagodzenia codziennych konfliktów i związanego z nimi stresu.

Jest tylko jedna gorsza przypadłość od ponuractwa, a mianowicie humorysta z nadania, czyli nieśmieszny błazen. Z reguły ktoś taki poza fikaniem koziołków dąży do zajęcia stanowiska pozwalającego mu weryfikować poczucie humoru innych. Odbywa się to na starej zasadzie „uczył Marcin Marcina a sam głupi jak świnia” ( zbieżność imion przypadkowa i zawiniona przez lud, który takie sentencje tworzy). Na dodatek nieśmieszny humorysta przyparty do muru nauczył się opowiadać, że jego rolą nie jest rozśmieszanie, a dawanie do myślenia. No ładnie!

Nie mogę Was przeto pocieszyć, że jest jakieś sensowne wyjście z tej ponurej sytuacji. Wygląda na to, że jesteśmy skazani w przestrzeni publicznej (podkreślam, żeby nie było, że zarzucam wszystkim brak poczucia humoru) na okropne, ponure formaty, z których jedyną satysfakcję mają autorzy, gdy stosowny przelew zasili ich konto. Trudno, trzeba żyć dalej, choćby w takim świecie.