wtorek, 15 sierpnia 2017

Prawo do powrotu. Premiera powieści, czyli krew i dynamit

Już sam pomysł, żeby napisać tekst o własnej książce, która właśnie ukazuje się na wspaniałym, pełnym autorów i dzieł najwyższej próby rynku polskiej powieści, czyni mnie w oczach większości potencjalnych czytelników, człowiekiem niegodnym. Nawet fakt, że w poniższym tekście nie znajdziecie słowa zachęty, by nabyć moje dzieło, w żaden sposób mnie nie usprawiedliwia. Autora nie tłumaczy dosłownie nic, ponieważ z założenia jest namolny i podstępny. Jeśli otacza go aura reklamy i przyjaznego środowiska medialnego, wtedy czytelnik, w razie poczucia klęski w kontakcie z dziełem, ma na kogo zwalić winę za rozpowszechnianie bredni, a autor chodzi sobie na swobodzie, niczym ta niewinna lelija. Ja na taką pobłażliwość liczyć nie mogę. W najlepszym wypadku zostanę skwitowany wzruszeniem ramion, a wydawnictwo, które wyłożyło forsę, odeśle mnie następnym razem, do wszystkich diabłów.

Nie bierzcie tego, co napisałem powyżej za wyraz defetyzmu, czy jakiegoś zabobonnego odczyniania uroków. Nic z tych rzeczy.

O czym jest „Prawo do powrotu”?

Wydawca raczył określić powieść mianem: fantastyczno – przygodowej. I niewątpliwie jest to rzecz fantastyczna, a z racji przygód przeżywanych przez bohaterów, można ją też z powodzeniem nazwać przygodową. Przy takich założeniach, wystarczy spojrzeć na tutuł, by zrozumieć, że mamy do czynienia z daleką krewną „Odysei”. To nie wartościująca opinia, albowiem jest to rodzina, do nieprzyzwoitości liczna i zróżnicowana.

W pewnym sensie jest to powieść o mnie. Nie w sensie fabularnym, oczywiście, ale trudno uniknąć wątków autobiograficznych, skoro rzecz jest pisana w pierwszej osobie, a towarzyszem narratora jest całkiem żywy i żwawy eks bloger, a obecnie mój chimeryczny przyjaciel. Tak być musi, ponieważ z innej strony patrząc „Prawo do powrotu” jest powieścią o pisaniu, o samym procesie twórczym. I nie jest to ukryte w alegorii, a jawnie, z flakami, wywalone na stół.

W historii literatury nie jest wielką osobliwością, że integralną częścią powieści jest inna powieść, ale wzajemne stosunki autora i tworów jego umysłu, dość rzadko wchodzą w interakcje, które są czymś więcej, niż literackim żartem. Nie mam zamiaru zdradzać fabuły, a już szczególnie sposobu, w jaki rozwiązałem piętrzące się przy takich założeniach problemy. Niech to, dla większości z was, pozostanie na zawsze tajemnicą.

W sumie, wiedza o tym, co dzieje się z bohaterami powieści, gdy autor wystuka na klawiaturze magiczne słowo „Koniec” nie jest specjalnie potrzebna, w życiu i tak przesadnie gwarnym i ludnym. Swoją drogą, spotkałem się już z opinią (wszak nie jest tak, że dotychczas byłem jedynym czytelnikiem powieści) że książka jest emanacją marzeń o życiu prostym, pełnym jednocześnie napięć i zagrożeń, ale takich, do których rozwiązania można samemu przyłożyć rękę. Można spojrzeć i pod takim kątem.

Poniżej link, pod którym można nabyć „Prawo do powrotu”. Jest tam i darmowy fragment, z którego można co nieco wywnioskować, gdyż wydawca pokazuje w całości pierwszy z osiemnastu rozdziałów.


Dodam na koniec podziękowania, które zamieściłem w książce. Jako, że jest to moja pierwsza powieść, nie od rzeczy i tu, na blogu, jest przytoczenie tych, bynajmniej nie kurtuazyjnych ukłonów.

„Bemikowi, która brnęła wraz ze mną brzegiem tej zdawałoby się meandrującej w nieskończoność rzeki. Karolinie, Ance, Iwonie, dzielnie dodającym mi sił, gdy brako-wało sensu. Sławkowi za dostojną krytykę. Igle nie tylko za dość cenne (jak na niego) uwagi, ale przede wszystkim za to, że zgodził się wystąpić w powieści, co jest nie lada wyczynem i aktem odwagi. Pani Izabeli za ostatni szlif, a także miastu, mojej słodkiej Golinie, którą zniszczyłem i odbudowałem pod rozgrzanym lipcowym niebem.”

Dzisiaj powieść ukazuje się w formacie PDF, ale to oczywiście nie koniec. Będą inne, a na koniec wersja papierowa, dla tradycjonalistów, do których, wstyd przyznać, sam należę. W związku z tym zaznaczam, że to nie ostatni godny pogardy mój tekst. Ten nie tchnie zbytnim optymizmem, ale nie wykluczam, że kolejne, gdzieś tam, w przyszłości, będą uśmiechnięte.


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Model. Ujęcie popularne. Wersja dla zaawansowanych

Klęska szeroko pojętej prawicy w trwającym na polu kultury starciu wydaje się oczywista. Choć mecz trwa, wynik zero do pięciu, nie pozostawia złudzeń i ma znaczący wpływ, na toczący się obok mecz informacyjno – propagandowy. Dzieje się tak, ponieważ nie zakwestionowano samego Modelu, stawiającego na piedestale instytucje i ludzi, w mierze zgoła nieproporcjonalnej do ich wartości.

Nie zakwestionowano, ponieważ to bardzo intratny piedestał i wydało się niektórym, że stosunkowo łatwo będzie zepchnąć bezproduktywne złogi w niwecz, samemu zajmując ich miejsce. Była to myśl dziecinna i szkodliwa. Model, bowiem został stworzony razem ze wzrostem znaczenia kultury popularnej, razem z budową systemów promujących kulturę wyższą wśród ludu, a z tego jasno wynika, że nie ma tam miejsca dla jakiejś „kultury prawicowej”. Takowa, przynajmniej w istniejącym Modelu zawsze będzie aberracją i przykładem jawnej uzurpacji, ponieważ przy istniejącej strukturze, nikt nie jest w stanie wspiąć się na tyle wysoko, by jego głos był słyszalny, bez akceptacji jawnych i tajnych kapituł rządzącym modelem od wewnątrz. To, oczywiście, żadna polska specyfika, ale nasz Model wydaje się szczególnie trwały, gdyż został wykuty z przedwojennych pierwocin, w ostatecznej postaci, na moje oko, w latach sześćdziesiątych, a zmiany polityczne i rynkowe, jedynie pozwoliły podnieść wysokość premii za bycie uznanym artystą i takie rozszerzenie wachlarza oferty, że na piedestał wpuszczono prawdziwą już hołotę. Ale to niczyja wina i trend, że tak się wyrażę, światowy.

Niektórzy ludzie dziwią się, jak to możliwe, że na stu aktorów, reżyserów, pisarzy, śpiewaków, dyrektorów domów kultury i tym podobnych osób, ponad dziewięćdziesięciu ma identyczne zdanie na tematy społeczne i polityczne, co biorąc pod uwagę wyniki wyborów, stawia to zacne grono, zaraz obok pensjonariuszy zakładów karnych. Sprawia to dziwne wrażenie, jakoby ci drudzy także przepełnieni byli ideałami demokratycznymi, humanizmem i zamiłowaniem do nowości obyczajowych. Takie myślenie polega na grubym nieporozumieniu. Jedyne podobieństwo pomiędzy pensjonariuszami a ludźmi kultury, poza tym, że są utrzymywani z zasobów skarbu państwa, polega na prawidłowym odczytaniu przez nich rzeczywistości, czego w żaden sposób nie potrafią zrozumieć krytycy jednych i drugich. Chodzi o stabilność i bezpieczeństwo, a to przecież nie byle, jakie motory. 

Nie siedziałem nigdy w pace, ani też nie wspiąłem się, choć na pierwszy stopień Modelu, ale nie wierzę, że ludzie trafiają tam z powodu wyboru poglądów politycznych. Do powyższego akapitu, pasuje klasycznie brodate: Byt określa świadomość.

W Modelu, który tworzy i awansuje ludzi przez kooptacje, unifikacja poglądów jest koniecznością, mimikrą pozwalającą przeżyć i odnosić sukcesy. Co miałby tam robić twórca o skrajnie odmiennych poglądach niż większość, w ogóle nie wiadomo. No, chyba, że dano by mu rolę „kwiatka przyczepionego do kożucha”, ale ta rola jest już obsadzona przez szczerze wiarygodnych towarzyszy. 

Można sarkać, śmiać się z opiniotwórczej roli około czerskich mataczy od kultury, ale nic, kompletnie nic, z tego nie wynika. Oni rządzą i będą rządzili do końca, tym chybotliwym, coraz marniejszym Modelem, ale gdy spojrzy się na modele powstające niejako w kontrze, trudno nie odnieść wrażenia, że istnieją tylko, jako wyraz rozczarowania niemożnością wspięcia się ku szczytom, sankcjonowanym przez wrogi, najeżony „lewackim humanizmem” obóz.

Przymus recenzowania i bycia recenzowanym wskazuje, kto aspiruje do bycia panem, a kto tym panem jest od pokoleń.  Nie pomoże przekierowanie strumienia państwowej forsy w kierunku złaknionych „prawych” ani przekupstwo wobec napęczniałego oburzeniem Modelu. Jedno skorumpuje nędzę, która ogłasza się alternatywą, drugie wzmoże jedynie rytualny wrzask. To żadna nowość. Kultura, w znaczeniu popularnym, to bardzo śliska rzecz. Nie od rzeczy przypomnieć los cesarza Nerona, mogącego stanowić wzorzec władcy dotującego i promującego kulturę ( oraz sport wyczynowy ), który na koniec musiał sam się przebić, albo został dorżnięty. Nie wiadomo.

Dopóki nie zostanie zakwestionowane samo istnienie Modelu, nic z tego. Przegrany mecz będzie trwał, a ja będę zmuszony czytać, co byle pierduśnik ma do powiedzenia o Polsce, albo patriotyczną krytykę wypowiedzi tegoż pierduśnika, spod pióra „naszego” wicepierduśnika. Nie ma odpowiedzi na pytanie, jak stworzyć „naszego” Wajdę, czy innego, ale „naszego” śpiewaka, którego pokochają miliony. Nie ma odpowiedzi, ponieważ samo pytanie jest bezsensowne. Kto łaknie utożsamienia z obecną polską kulturą, musi utożsamiać się z Modelem, który z kolei musi zębami i pazurami trzymać się płaszcza, odchodzącego w przeszłość majestatu. To nie wybór, przemyślenia, czy ideologia, ustawiają szyki przed kolejną turą zmagań. Na razie jest zero do pięciu, a kolejne gole, jak mówią sprawozdawcy sportowy, wiszą w powietrzu.

Kończę ten, pełen cudzysłowów i tajemniczego słowa „model” tekst z prawdziwą ulgą. Kto dobrnie, też pewnie odetchnie swobodniej, wiedząc, że autor, odchodząc od klawiatury, wzruszył ramionami i zaśmiał się śmiechem cynicznym. Tu też powinienem postawić cudzysłów, bo to cytat z piosenki, ale nie postawię, bo w nosie mam Model i jego wartości!




środa, 9 sierpnia 2017

O naciskach epistolograficznych i kulturze całkiem niepodległej

Jako znany cham i prostak, mam awersję do kultury, a gdy słyszę, że ktoś jest „człowiekiem kultury” zaraz, na wszelki wypadek, spluwam przez lewe ramię i mówię: A kysz! Może mam jakieś kompleksy, albo za dużo czytam? Nie wiem, może coś całkiem innego, ale to bardzo silna awersja. Wczoraj wystarczyła wzmianka o planowanej bohaterskiej superprodukcji, a dzisiaj znowuż natknąłem się na list zbiorowy, właśnie tych całych ludzi kultury, oraz osobny apel środowiska, które przyjęło dość mylącą nazwę „Kultura niepodległa”.

List, podpisany przez tysiąc dwieście osób płci obojga, zawiera szereg charakterystycznych dla obecnie promowanej nowomowy zwrotów. Szczególnie urzekł mnie zwrot: My, polscy pisarze, artyści i naukowcy… Nie przeczę, że pod listem podpisali się pisarze, artyści czy naukowcy, ponieważ sama wyliczanka, nie jest wartościująca. Rzecz w tym, że już zawsze, zaśpiew zaczynający się od „My” będzie mi się kojarzył z sierpniowymi babami, protestującymi przeciwko strajkom, jako: My, kobiety polskie! Zapamiętałem, bo strasznie to złościło moją mamę, która zaraz groziła: Już ja wam dam kobiety!  To taka dygresja.

Dalej w tym liście jest, że sygnatariusze zdają sobie sprawę, że słowo jest słabsze w konfrontacji z siłą, co w przypadku kilku podpisanych pisarzy, z których dziełami raczyłem się zapoznać, jest akurat prawdą. Nawiasem mówiąc, od ich słowa, silniejsza jest nawet marchew, ale to już nie moje zmartwienie.

Oczywiście jest tam i o zamachu stanu, i o tym, że konstytucja jest emanacją woli narodu, przez co stoi nieco wyżej, od tegoż narodu zachcianek. Ogólnie, ton jest dość dramatyczny, pewnie dlatego, że nie po to ludzie kultury są właśnie ludźmi kultury, by zawracać sobie głowę czymś więcej niż emocjami.

Zabawna, w tym liście skierowanym do prezydenta Andrzeja Dudy, nie jest łatwa do przewidzenia treść, a nowatorska w pewnym sensie metoda epistolograficzna. Otóż list ten, zaopatrzony w ponad trzysta podpisów ludzi wybitnych, a nawet luminarzy, został wysłany dziewiętnastego lipca, a dwudziestego czwartego, po zdobyciu kolejnych, ponad ośmiuset autografów, wysłano go ponownie. Nie wiem, czy nadal są zbierane podpisy, ale jeśli tak, można jeszcze wiele razy zwiększyć przy ich pomocy siłę nacisku na głowę państwa. Przy okazji, list przed kolejnym wysłaniem, mógłby przejrzeć jakiś wybitny polonista. To nie robota dla chama i prostaka w jednym.

Druga inicjatywa, zwaną „kulturą niepodległą” jest na tyle enigmatyczna, że trudno znaleźć jej oryginalne deklaracje, a o jej istnieniu dowiedziałem się, z cytującego jej postulaty i manifest, portalu wpolityce, do którego mam, delikatnie rzecz ujmując, ograniczone zaufanie. Być może wyjaśnienie jest prozaiczne, skoro „niepodlegli” szykują wielkie otwarcie na początek września. Jakoś te inicjatywy się zazębiają i znając chłopski spryt naszych elit, to kulturalne wzmożenie może być starannie zaplanowanym posunięciem.

W każdym razie, w opublikowanych materiałach, pod powierzchnią komunałów o dostępie do kultury, o niezależności i tym podobnych banialukach godnych pięciolatka, kryje się ostry korporacyjny nóż, którym „ludzie kultury” wymachują w celu aż nazbyt oczywistym, który można streścić w jednym, konkretnym zdaniu: Dawajcie nam forsę, tylko nam ją dawajcie!


Tak, jestem złym człowiekiem. Nie ufam, nie doceniam i przede wszystkim nie daję się nabierać. Z nabieraniem, szanowni artyści, proszę się wybrać pod inny adres, do tych, którzy czują potrzebę bycia przez was recenzowanymi, utożsamiać się z waszymi sukcesami, do ludzi, którzy zagrożenie dla wolności widzą w tym, że być może dostaniecie mniej forsy, niż tego oczekujecie. Są tacy. 

Zadziwiające, ale są. Pewnie z nimi i dla nich, chcecie czcić stulecie niepodległości, co dość śmiało deklarujecie. Życzę powodzenia, o ile nie będę zmuszony do czytania czy oglądania waszych dzieł, które powstaną z tej okazji. Także tych, z pięćdziesięciotysięcznych mini-grantów, które jak raz, zaczął rozdawać minister kultury. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Dykta

Wstrząsająca wiadomość, że Polska Fundacja Narodowa, dysponent stu milionów złotych, darowanych jej przez Spółki Skarbu Państwa zabiera się za promowanie Polski poprzez międzynarodowe produkcje filmowe dotarła do mnie za pośrednictwem strony braci Karnowskich wpolityce.pl. Przymierzają się do rozmów z panem Eastwoodem oraz jakimś Melem Gibonsem. Ten drugi zwrócił od razu moją uwagę. Wiem, wiem, to tylko literówka, ale doskonale nadaje się na symbol, całej tej hucpy.

Jeden film ma być o Amerykańcach walczących ramię w ramię, w latach 1918-1920 jak zrozumiałem z zapowiedzi pana Cezarego Jurkiewicza, prezesa fundacji, który łaskawie dodał, że będzie to film ciekawy. 

Drugi, to prawdziwe kuriozum. Nie ze względu na tematykę Powstania Warszawskiego, a sprytny pomysł, by wykorzystać akurat barykadę w alejach Jerozolimskich, o której z taką pasją przemówił prezydent Trump. Dosłownie widzę koła zębate, obracające się w głowach patriotycznie nastawionych dysponentów naszych stu baniek. Obracają się, obracają… Aż tu nagle bingo! Przecież, jeśli ten film jakimś cudem powstanie, na sto procent, jak w dobrej amerykańskiej produkcji, będzie zamykała go współczesna sekwencja z przemawiającym Trumpem. To jest, przepraszam za wyrażenie, ale żadne inne nie pasuje, tak zajebiste, że aż przyklęknąłem z szacunku na dywanie, co wykorzystała suczka Aza i zaraz polizała mnie po nosie. Film ma się nazywać „Jerusalem Avenue”, co już jest dobre, samo w sobie. Jeśli poza, wieńczącym dzieło Trumpem, dodamy powiewający gwiaździsty sztandar, międzynarodowy sukces murowany. Może tylko jakiś ciemny, prowincjonalny Chińczyk zdziwi się, że Amerykanie zbombardowali Jerozolimę, ale kto by się tam liczył z prowincjonalnymi Chińczykami.

Na szczęście, od ględzenia do realizacji droga daleka. Za każdym razem, gdy temat powraca, a wraca niczym bumerang, przypomina mi się szmonces o Żydówce, która dostała od kucharki bogacza przepis na świąteczną babkę: Sześć jaj? Mam dwa, starczy. Mleko? Bez przesady, dam wodę. Bakalie? Jeszcze, czego! Cukru nie mam, ale sacharyna jest. Piec w piekarniku… - czyta. Nie mam piekarnika, ale można i w gorącym popiele. Upiekła i próbuje: - Tfy! Jak bogacze mogą jeść takie świństwo!


Tak to się skończy. Zamiast Mela Gibsona, nakręci rzecz jakiś, właśnie, Gibons, albo nawet całkiem swojski Gibon, Trump przemówi, sztandar załopoce i można się będzie zabrać za kręcenie filmu o Bolesławie Chrobrym, gromiącym Niemców. O ile, oczywiście, budżet się dopnie i zazębi z talentami twórców, o co nietrudno, gdyż ludzie kultury w sposób szczególny dbają o swoje uzębienie, by móc się wzajemnie gryźć i podgryzać.