czwartek, 24 sierpnia 2017

Telewizja publiczna i przyjaciele

Poniższy tekst jest w pewnym stopniu nadużyciem, ponieważ telewizji w telewizorze prawie nie oglądam. Nie oglądam, a mam pretensje. Taki mnie duch opanował, protestacyjny. To „prawie” ma wyjątki. Pierwszy dotyczy sportu, drugi programów informacyjnych.

Na dodatek, jeśli chodzi o sport, doceniam starania, owocujące odzyskaniem transmisji imprez ważnych. Nie w tym rzecz. Proszę tylko, o odpowiedź na najprostsze w świecie pytanie:

- Jak to jest możliwe, że kanał TVP Sport nie jest dostępny w najtańszej ofercie komercyjnych platform cyfrowych?

Wbrew pozorom jest to bardzo poważna kwestia, która dotyka sedna telewizyjnego biznesu. TVP wykładająca miliony na transmisje, jawnie klęka przed Solorzami tego świata, zupełnie jakby nie miała żadnych atutów w ręku, bo chcąc oglądać transmisje na takim cyfrowym Polsacie, trzeba dorzucić dodatkowo do sakiewki, dzierżonej przez zaprzańców tego świata. Wiem, ponieważ moja szanowna teściowa, ma zarówno telewizor, jak i cyfrowy Polsat właśnie.

Oczywiście, można oglądać TVP Sport w necie. Tyle, że stream produkowany przez TVP jest tak beznadziejny, że ostatnie pucharowe mecze nieszczęśliwego Lecha Poznań musiałem oglądać na stronach piratów, transmitujących stream TVP, bo na oryginalnym paśmie było to niemożliwe. Nie był to jedynie mój problem, o czym świadczyły komentarze innych meczoholików.

Druga kwestia, to programy informacyjne, bo o tak zwanej publicystyce, szkoda w ogóle pisać. 

Początkowo, nie ukrywam, dla samej satysfakcji, że nie muszę wreszcie oglądać fałszywych gąb, zaprowadzonych w telewizji za peowskiej komuny, oglądałem TVP Info na ekranie mojego monitora. Już nie mogę. Tak, jak wywaliłem TVN24 czy pozujący na obiektywizm Polsat, tak pozbyłem się też manii oglądania/słuchania, naszej rzekomo, telewizji publicznej.
Niewiele wymagam, że pozwolę sobie przypomnieć słynną wypowiedź Arystydesa Brianda o podległym mu korpusie dyplomatycznym, ale… Kto zna, wie. Kto nie zna, niech się podciągnie we własnym zakresie.

Czy oddzielenie informacji od publicystyki wymaga jakichś nadzwyczajnych umiejętności? Jakiegoś wielkiego rozumu? Przy kolacji mam często nieprzyjemność oglądać Wiadomości.  Ten, podstawowy program informacyjny jest po prostu chory! To nie jest czas na prezentację felietonów wzmożonych prawicowo redaktorów, tylko na podanie informacji, do cholery! Guzik mnie obchodzą przemyślenia młodego Wildsteina, Rachonia, czy kto tam pisze teksty pod obrazki. One są niewarte nawet tego przywołanego guzika. I ten głos lektora, żywcem z komuszych kronik. To akcentowanie, oburzenie…

Walę w tę hucpę, ile mogę na twitterze, a w zamian czytam, że tak trzeba, bo TVN, bo Wyborcza… A może ja mam taki kaprys, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w świecie, poza zamachami terrorystycznymi? A może nie interesują mnie kłamstwa Wałęsy, który od lat jest tylko postacią żywcem wyjętą z dzieł Mikołaja Gogola? Informacji łaknę, nie komentarza! Czy to tak trudno pojąć?

Filmów ani, pożal się Boże, rozrywki nie oglądam. No czasami, z przywołanych powyżej kolacyjnych powodów, teleturniej „Jeden z dziesięciu” ale Sznuk, to jest Sznuk! Gdyby tak resztę podciągnąć do jego poziomu… Marzenia, prawda, ściętej głowy.


wtorek, 15 sierpnia 2017

Prawo do powrotu. Premiera powieści, czyli krew i dynamit

Już sam pomysł, żeby napisać tekst o własnej książce, która właśnie ukazuje się na wspaniałym, pełnym autorów i dzieł najwyższej próby rynku polskiej powieści, czyni mnie w oczach większości potencjalnych czytelników, człowiekiem niegodnym. Nawet fakt, że w poniższym tekście nie znajdziecie słowa zachęty, by nabyć moje dzieło, w żaden sposób mnie nie usprawiedliwia. Autora nie tłumaczy dosłownie nic, ponieważ z założenia jest namolny i podstępny. Jeśli otacza go aura reklamy i przyjaznego środowiska medialnego, wtedy czytelnik, w razie poczucia klęski w kontakcie z dziełem, ma na kogo zwalić winę za rozpowszechnianie bredni, a autor chodzi sobie na swobodzie, niczym ta niewinna lelija. Ja na taką pobłażliwość liczyć nie mogę. W najlepszym wypadku zostanę skwitowany wzruszeniem ramion, a wydawnictwo, które wyłożyło forsę, odeśle mnie następnym razem, do wszystkich diabłów.

Nie bierzcie tego, co napisałem powyżej za wyraz defetyzmu, czy jakiegoś zabobonnego odczyniania uroków. Nic z tych rzeczy.

O czym jest „Prawo do powrotu”?

Wydawca raczył określić powieść mianem: fantastyczno – przygodowej. I niewątpliwie jest to rzecz fantastyczna, a z racji przygód przeżywanych przez bohaterów, można ją też z powodzeniem nazwać przygodową. Przy takich założeniach, wystarczy spojrzeć na tutuł, by zrozumieć, że mamy do czynienia z daleką krewną „Odysei”. To nie wartościująca opinia, albowiem jest to rodzina, do nieprzyzwoitości liczna i zróżnicowana.

W pewnym sensie jest to powieść o mnie. Nie w sensie fabularnym, oczywiście, ale trudno uniknąć wątków autobiograficznych, skoro rzecz jest pisana w pierwszej osobie, a towarzyszem narratora jest całkiem żywy i żwawy eks bloger, a obecnie mój chimeryczny przyjaciel. Tak być musi, ponieważ z innej strony patrząc „Prawo do powrotu” jest powieścią o pisaniu, o samym procesie twórczym. I nie jest to ukryte w alegorii, a jawnie, z flakami, wywalone na stół.

W historii literatury nie jest wielką osobliwością, że integralną częścią powieści jest inna powieść, ale wzajemne stosunki autora i tworów jego umysłu, dość rzadko wchodzą w interakcje, które są czymś więcej, niż literackim żartem. Nie mam zamiaru zdradzać fabuły, a już szczególnie sposobu, w jaki rozwiązałem piętrzące się przy takich założeniach problemy. Niech to, dla większości z was, pozostanie na zawsze tajemnicą.

W sumie, wiedza o tym, co dzieje się z bohaterami powieści, gdy autor wystuka na klawiaturze magiczne słowo „Koniec” nie jest specjalnie potrzebna, w życiu i tak przesadnie gwarnym i ludnym. Swoją drogą, spotkałem się już z opinią (wszak nie jest tak, że dotychczas byłem jedynym czytelnikiem powieści) że książka jest emanacją marzeń o życiu prostym, pełnym jednocześnie napięć i zagrożeń, ale takich, do których rozwiązania można samemu przyłożyć rękę. Można spojrzeć i pod takim kątem.

Poniżej link, pod którym można nabyć „Prawo do powrotu”. Jest tam i darmowy fragment, z którego można co nieco wywnioskować, gdyż wydawca pokazuje w całości pierwszy z osiemnastu rozdziałów.


Dodam na koniec podziękowania, które zamieściłem w książce. Jako, że jest to moja pierwsza powieść, nie od rzeczy i tu, na blogu, jest przytoczenie tych, bynajmniej nie kurtuazyjnych ukłonów.

„Bemikowi, która brnęła wraz ze mną brzegiem tej zdawałoby się meandrującej w nieskończoność rzeki. Karolinie, Ance, Iwonie, dzielnie dodającym mi sił, gdy brako-wało sensu. Sławkowi za dostojną krytykę. Igle nie tylko za dość cenne (jak na niego) uwagi, ale przede wszystkim za to, że zgodził się wystąpić w powieści, co jest nie lada wyczynem i aktem odwagi. Pani Izabeli za ostatni szlif, a także miastu, mojej słodkiej Golinie, którą zniszczyłem i odbudowałem pod rozgrzanym lipcowym niebem.”

Dzisiaj powieść ukazuje się w formacie PDF, ale to oczywiście nie koniec. Będą inne, a na koniec wersja papierowa, dla tradycjonalistów, do których, wstyd przyznać, sam należę. W związku z tym zaznaczam, że to nie ostatni godny pogardy mój tekst. Ten nie tchnie zbytnim optymizmem, ale nie wykluczam, że kolejne, gdzieś tam, w przyszłości, będą uśmiechnięte.


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Model. Ujęcie popularne. Wersja dla zaawansowanych

Klęska szeroko pojętej prawicy w trwającym na polu kultury starciu wydaje się oczywista. Choć mecz trwa, wynik zero do pięciu, nie pozostawia złudzeń i ma znaczący wpływ, na toczący się obok mecz informacyjno – propagandowy. Dzieje się tak, ponieważ nie zakwestionowano samego Modelu, stawiającego na piedestale instytucje i ludzi, w mierze zgoła nieproporcjonalnej do ich wartości.

Nie zakwestionowano, ponieważ to bardzo intratny piedestał i wydało się niektórym, że stosunkowo łatwo będzie zepchnąć bezproduktywne złogi w niwecz, samemu zajmując ich miejsce. Była to myśl dziecinna i szkodliwa. Model, bowiem został stworzony razem ze wzrostem znaczenia kultury popularnej, razem z budową systemów promujących kulturę wyższą wśród ludu, a z tego jasno wynika, że nie ma tam miejsca dla jakiejś „kultury prawicowej”. Takowa, przynajmniej w istniejącym Modelu zawsze będzie aberracją i przykładem jawnej uzurpacji, ponieważ przy istniejącej strukturze, nikt nie jest w stanie wspiąć się na tyle wysoko, by jego głos był słyszalny, bez akceptacji jawnych i tajnych kapituł rządzącym modelem od wewnątrz. To, oczywiście, żadna polska specyfika, ale nasz Model wydaje się szczególnie trwały, gdyż został wykuty z przedwojennych pierwocin, w ostatecznej postaci, na moje oko, w latach sześćdziesiątych, a zmiany polityczne i rynkowe, jedynie pozwoliły podnieść wysokość premii za bycie uznanym artystą i takie rozszerzenie wachlarza oferty, że na piedestał wpuszczono prawdziwą już hołotę. Ale to niczyja wina i trend, że tak się wyrażę, światowy.

Niektórzy ludzie dziwią się, jak to możliwe, że na stu aktorów, reżyserów, pisarzy, śpiewaków, dyrektorów domów kultury i tym podobnych osób, ponad dziewięćdziesięciu ma identyczne zdanie na tematy społeczne i polityczne, co biorąc pod uwagę wyniki wyborów, stawia to zacne grono, zaraz obok pensjonariuszy zakładów karnych. Sprawia to dziwne wrażenie, jakoby ci drudzy także przepełnieni byli ideałami demokratycznymi, humanizmem i zamiłowaniem do nowości obyczajowych. Takie myślenie polega na grubym nieporozumieniu. Jedyne podobieństwo pomiędzy pensjonariuszami a ludźmi kultury, poza tym, że są utrzymywani z zasobów skarbu państwa, polega na prawidłowym odczytaniu przez nich rzeczywistości, czego w żaden sposób nie potrafią zrozumieć krytycy jednych i drugich. Chodzi o stabilność i bezpieczeństwo, a to przecież nie byle, jakie motory. 

Nie siedziałem nigdy w pace, ani też nie wspiąłem się, choć na pierwszy stopień Modelu, ale nie wierzę, że ludzie trafiają tam z powodu wyboru poglądów politycznych. Do powyższego akapitu, pasuje klasycznie brodate: Byt określa świadomość.

W Modelu, który tworzy i awansuje ludzi przez kooptacje, unifikacja poglądów jest koniecznością, mimikrą pozwalającą przeżyć i odnosić sukcesy. Co miałby tam robić twórca o skrajnie odmiennych poglądach niż większość, w ogóle nie wiadomo. No, chyba, że dano by mu rolę „kwiatka przyczepionego do kożucha”, ale ta rola jest już obsadzona przez szczerze wiarygodnych towarzyszy. 

Można sarkać, śmiać się z opiniotwórczej roli około czerskich mataczy od kultury, ale nic, kompletnie nic, z tego nie wynika. Oni rządzą i będą rządzili do końca, tym chybotliwym, coraz marniejszym Modelem, ale gdy spojrzy się na modele powstające niejako w kontrze, trudno nie odnieść wrażenia, że istnieją tylko, jako wyraz rozczarowania niemożnością wspięcia się ku szczytom, sankcjonowanym przez wrogi, najeżony „lewackim humanizmem” obóz.

Przymus recenzowania i bycia recenzowanym wskazuje, kto aspiruje do bycia panem, a kto tym panem jest od pokoleń.  Nie pomoże przekierowanie strumienia państwowej forsy w kierunku złaknionych „prawych” ani przekupstwo wobec napęczniałego oburzeniem Modelu. Jedno skorumpuje nędzę, która ogłasza się alternatywą, drugie wzmoże jedynie rytualny wrzask. To żadna nowość. Kultura, w znaczeniu popularnym, to bardzo śliska rzecz. Nie od rzeczy przypomnieć los cesarza Nerona, mogącego stanowić wzorzec władcy dotującego i promującego kulturę ( oraz sport wyczynowy ), który na koniec musiał sam się przebić, albo został dorżnięty. Nie wiadomo.

Dopóki nie zostanie zakwestionowane samo istnienie Modelu, nic z tego. Przegrany mecz będzie trwał, a ja będę zmuszony czytać, co byle pierduśnik ma do powiedzenia o Polsce, albo patriotyczną krytykę wypowiedzi tegoż pierduśnika, spod pióra „naszego” wicepierduśnika. Nie ma odpowiedzi na pytanie, jak stworzyć „naszego” Wajdę, czy innego, ale „naszego” śpiewaka, którego pokochają miliony. Nie ma odpowiedzi, ponieważ samo pytanie jest bezsensowne. Kto łaknie utożsamienia z obecną polską kulturą, musi utożsamiać się z Modelem, który z kolei musi zębami i pazurami trzymać się płaszcza, odchodzącego w przeszłość majestatu. To nie wybór, przemyślenia, czy ideologia, ustawiają szyki przed kolejną turą zmagań. Na razie jest zero do pięciu, a kolejne gole, jak mówią sprawozdawcy sportowy, wiszą w powietrzu.

Kończę ten, pełen cudzysłowów i tajemniczego słowa „model” tekst z prawdziwą ulgą. Kto dobrnie, też pewnie odetchnie swobodniej, wiedząc, że autor, odchodząc od klawiatury, wzruszył ramionami i zaśmiał się śmiechem cynicznym. Tu też powinienem postawić cudzysłów, bo to cytat z piosenki, ale nie postawię, bo w nosie mam Model i jego wartości!




środa, 9 sierpnia 2017

O naciskach epistolograficznych i kulturze całkiem niepodległej

Jako znany cham i prostak, mam awersję do kultury, a gdy słyszę, że ktoś jest „człowiekiem kultury” zaraz, na wszelki wypadek, spluwam przez lewe ramię i mówię: A kysz! Może mam jakieś kompleksy, albo za dużo czytam? Nie wiem, może coś całkiem innego, ale to bardzo silna awersja. Wczoraj wystarczyła wzmianka o planowanej bohaterskiej superprodukcji, a dzisiaj znowuż natknąłem się na list zbiorowy, właśnie tych całych ludzi kultury, oraz osobny apel środowiska, które przyjęło dość mylącą nazwę „Kultura niepodległa”.

List, podpisany przez tysiąc dwieście osób płci obojga, zawiera szereg charakterystycznych dla obecnie promowanej nowomowy zwrotów. Szczególnie urzekł mnie zwrot: My, polscy pisarze, artyści i naukowcy… Nie przeczę, że pod listem podpisali się pisarze, artyści czy naukowcy, ponieważ sama wyliczanka, nie jest wartościująca. Rzecz w tym, że już zawsze, zaśpiew zaczynający się od „My” będzie mi się kojarzył z sierpniowymi babami, protestującymi przeciwko strajkom, jako: My, kobiety polskie! Zapamiętałem, bo strasznie to złościło moją mamę, która zaraz groziła: Już ja wam dam kobiety!  To taka dygresja.

Dalej w tym liście jest, że sygnatariusze zdają sobie sprawę, że słowo jest słabsze w konfrontacji z siłą, co w przypadku kilku podpisanych pisarzy, z których dziełami raczyłem się zapoznać, jest akurat prawdą. Nawiasem mówiąc, od ich słowa, silniejsza jest nawet marchew, ale to już nie moje zmartwienie.

Oczywiście jest tam i o zamachu stanu, i o tym, że konstytucja jest emanacją woli narodu, przez co stoi nieco wyżej, od tegoż narodu zachcianek. Ogólnie, ton jest dość dramatyczny, pewnie dlatego, że nie po to ludzie kultury są właśnie ludźmi kultury, by zawracać sobie głowę czymś więcej niż emocjami.

Zabawna, w tym liście skierowanym do prezydenta Andrzeja Dudy, nie jest łatwa do przewidzenia treść, a nowatorska w pewnym sensie metoda epistolograficzna. Otóż list ten, zaopatrzony w ponad trzysta podpisów ludzi wybitnych, a nawet luminarzy, został wysłany dziewiętnastego lipca, a dwudziestego czwartego, po zdobyciu kolejnych, ponad ośmiuset autografów, wysłano go ponownie. Nie wiem, czy nadal są zbierane podpisy, ale jeśli tak, można jeszcze wiele razy zwiększyć przy ich pomocy siłę nacisku na głowę państwa. Przy okazji, list przed kolejnym wysłaniem, mógłby przejrzeć jakiś wybitny polonista. To nie robota dla chama i prostaka w jednym.

Druga inicjatywa, zwaną „kulturą niepodległą” jest na tyle enigmatyczna, że trudno znaleźć jej oryginalne deklaracje, a o jej istnieniu dowiedziałem się, z cytującego jej postulaty i manifest, portalu wpolityce, do którego mam, delikatnie rzecz ujmując, ograniczone zaufanie. Być może wyjaśnienie jest prozaiczne, skoro „niepodlegli” szykują wielkie otwarcie na początek września. Jakoś te inicjatywy się zazębiają i znając chłopski spryt naszych elit, to kulturalne wzmożenie może być starannie zaplanowanym posunięciem.

W każdym razie, w opublikowanych materiałach, pod powierzchnią komunałów o dostępie do kultury, o niezależności i tym podobnych banialukach godnych pięciolatka, kryje się ostry korporacyjny nóż, którym „ludzie kultury” wymachują w celu aż nazbyt oczywistym, który można streścić w jednym, konkretnym zdaniu: Dawajcie nam forsę, tylko nam ją dawajcie!


Tak, jestem złym człowiekiem. Nie ufam, nie doceniam i przede wszystkim nie daję się nabierać. Z nabieraniem, szanowni artyści, proszę się wybrać pod inny adres, do tych, którzy czują potrzebę bycia przez was recenzowanymi, utożsamiać się z waszymi sukcesami, do ludzi, którzy zagrożenie dla wolności widzą w tym, że być może dostaniecie mniej forsy, niż tego oczekujecie. Są tacy. 

Zadziwiające, ale są. Pewnie z nimi i dla nich, chcecie czcić stulecie niepodległości, co dość śmiało deklarujecie. Życzę powodzenia, o ile nie będę zmuszony do czytania czy oglądania waszych dzieł, które powstaną z tej okazji. Także tych, z pięćdziesięciotysięcznych mini-grantów, które jak raz, zaczął rozdawać minister kultury. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Dykta

Wstrząsająca wiadomość, że Polska Fundacja Narodowa, dysponent stu milionów złotych, darowanych jej przez Spółki Skarbu Państwa zabiera się za promowanie Polski poprzez międzynarodowe produkcje filmowe dotarła do mnie za pośrednictwem strony braci Karnowskich wpolityce.pl. Przymierzają się do rozmów z panem Eastwoodem oraz jakimś Melem Gibonsem. Ten drugi zwrócił od razu moją uwagę. Wiem, wiem, to tylko literówka, ale doskonale nadaje się na symbol, całej tej hucpy.

Jeden film ma być o Amerykańcach walczących ramię w ramię, w latach 1918-1920 jak zrozumiałem z zapowiedzi pana Cezarego Jurkiewicza, prezesa fundacji, który łaskawie dodał, że będzie to film ciekawy. 

Drugi, to prawdziwe kuriozum. Nie ze względu na tematykę Powstania Warszawskiego, a sprytny pomysł, by wykorzystać akurat barykadę w alejach Jerozolimskich, o której z taką pasją przemówił prezydent Trump. Dosłownie widzę koła zębate, obracające się w głowach patriotycznie nastawionych dysponentów naszych stu baniek. Obracają się, obracają… Aż tu nagle bingo! Przecież, jeśli ten film jakimś cudem powstanie, na sto procent, jak w dobrej amerykańskiej produkcji, będzie zamykała go współczesna sekwencja z przemawiającym Trumpem. To jest, przepraszam za wyrażenie, ale żadne inne nie pasuje, tak zajebiste, że aż przyklęknąłem z szacunku na dywanie, co wykorzystała suczka Aza i zaraz polizała mnie po nosie. Film ma się nazywać „Jerusalem Avenue”, co już jest dobre, samo w sobie. Jeśli poza, wieńczącym dzieło Trumpem, dodamy powiewający gwiaździsty sztandar, międzynarodowy sukces murowany. Może tylko jakiś ciemny, prowincjonalny Chińczyk zdziwi się, że Amerykanie zbombardowali Jerozolimę, ale kto by się tam liczył z prowincjonalnymi Chińczykami.

Na szczęście, od ględzenia do realizacji droga daleka. Za każdym razem, gdy temat powraca, a wraca niczym bumerang, przypomina mi się szmonces o Żydówce, która dostała od kucharki bogacza przepis na świąteczną babkę: Sześć jaj? Mam dwa, starczy. Mleko? Bez przesady, dam wodę. Bakalie? Jeszcze, czego! Cukru nie mam, ale sacharyna jest. Piec w piekarniku… - czyta. Nie mam piekarnika, ale można i w gorącym popiele. Upiekła i próbuje: - Tfy! Jak bogacze mogą jeść takie świństwo!


Tak to się skończy. Zamiast Mela Gibsona, nakręci rzecz jakiś, właśnie, Gibons, albo nawet całkiem swojski Gibon, Trump przemówi, sztandar załopoce i można się będzie zabrać za kręcenie filmu o Bolesławie Chrobrym, gromiącym Niemców. O ile, oczywiście, budżet się dopnie i zazębi z talentami twórców, o co nietrudno, gdyż ludzie kultury w sposób szczególny dbają o swoje uzębienie, by móc się wzajemnie gryźć i podgryzać.

środa, 26 lipca 2017

Polacy to ludzie łagodni

Codzienne emocje spowodowane nawalankami politycznymi sprawiły, że ludzie, a myślę o zawodowych i amatorskich komentatorach polityki, oraz samych politykach, nie zaś o mądralach, którzy wykorzystując zamieszanie, przynoszą z lasów kosze prawdziwków, albo trzęsąc się z zimna, udają, że świetnie się bawią na urlopie, że ci wyróżnieni zbieraną latami wiedzą ludzie zupełnie zapomnieli, co to jest ta cała polityka. (Przesadziłem z tym zdaniem, ale niech zostanie). W dawnych czasach, gdy pilniej bawiłem się pisaniem, lubiłem rozpoczynać tekst od uwagi, że ludzie są naprawdę dziwni. Bo są, a z każdym rokiem stają się dziwniejsi.

Weźmy, na przykład, jedną z najpopularniejszych narracji, która pojawiła się po zawetowaniu przez prezydenta RP, pana Andrzeja Dudę dwóch wiadomych ustaw. Jest interesująca o tyle, że używają jej obydwie strony sporu i obydwie nie bardzo chyba rozumieją, co tak naprawdę komunikują swoim wyborcom. Chodzi o powielaną masowo brednię, że decyzja prezydenta została podjęta, łamane na wymuszona, pod wpływem krzykliwych protestów, organizowanych przez wysoko płatnych, lub tylko głupio-bezczelnych aktywistów.

Liderzy opozycji, którzy tkwią w powodowanym bezradnością stuporze, chętnie szukają poklasku, choćby kosztował lizanie zgoła byle jakich pup. Niczego nie nauczył ich romans z panem Kijowskim. Oni, w moim przekonaniu, są wysoce uodpornieni na wiedzę. Ale doprawdy, żeby nie przemknęła im przez głowy myśl, że zgoła niepotrzebnie uzależniają się od chimery, to już doprawdy dziwne. Opowiadając brednie o wymuszeniu/skutecznym nacisku, sami siebie stawiają niejako poza nawiasami realnej polityki. Czy na to pan Schetyna tak pilnie inwestował w uzębienie, by teraz kłaniać się jakiemuś trójzębnemu typkowi z prośbą o umożliwienie zabrania głosu na jakimś idiotycznym wiecu? Nie siłę pokazali tylko beznadziejną słabość. Do już beznadziejnego hasła „ulica i zagranica” dodali menelstwo. Przecież widać jasno, że w ostatnie ekscesy wpakowano sporo forsy, w związku z czym powstały tak zwane długi wdzięczności. Czy to zysk, dla takiej Platformy Obywatelskiej?

Niestety, ale spora część, wzmożonych politycznie i moralnie zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, którzy zajmują się obecnie głównie łajaniem Prezydenta, ochoczo podchwyciła tę idiotyczną narrację i rozpowiada, że od teraz wszystko już będzie można wymusić na panu Dudzie. Blogerzy, twitterowi mądrale, dziennikarze, a nawet politycy opowiadają te duractwa z całkowitą powagą. Dla nich też polityka przestała istnieć, zastąpiona przez emocje, a w najgorszym przypadku, przez grę na takowych. W pierwszym szeregu, jak zawsze nieoceniona Gazeta Polska, której redaktorki i redaktorzy, wedle tego, co mówią i piszą, wygrali ostatnie wybory parlamentarne i prezydenckie. Kolejny, prawda, suweren, zaraz po konstytucji - ustawie zasadniczej, jakby nie patrzeć. Skoro i oni twierdzą, że Polską rządzą wrzaski, tupanie, i walenie tyłkami w policyjne bariery, niech sobie wrzeszczą i tupią do woli.

Wszystko ma być proste, natychmiast, bo inaczej… Wszystko jest sprawą życia i śmierci. Jedni bez Sądu Najwyższego, w jego obecnym, nędznym i ułomnym stanie, po prostu żyć nie mogą. Drudzy, bez natychmiastowych zmian, chyba nie doczekają końca wakacji. Jedni, od dwóch lat budują swoje nędzne kariery na opluwaniu przy każdej okazji Prezydenta, drudzy, na razie półgębkiem, ale ochoczo dołączają, z innej nieco mańki.

Ktoś spyta, o ile znajdzie się taki dobrodziej, który doczyta do tego miejsca: Ale, o co ci chodzi, skoro wszyscy wiemy, że emocje, szukanie politycznej tożsamości, że ludzi tylko wyraźne stanowisko interesuje?

Otóż nie. Polityka, to nie seria gorączkowych, pisanych pod wpływem emocji komentarzy, a trwający latami proces, droga prowadząca do celu, nierzadko poplątana, bywa, że manowce wiodą na pokuszenie, ale dopóki nie ulega zmianie cel, do którego dążymy, nie ma powodu drzeć szat i gąb niepokornych. Polacy to ludzie łagodni, społeczeństwo, które jest w swojej masie na tyle rozsądne, że nie unikając politycznych błędów i niedorzeczności, przecież jest najgorszą w naszej słodkiej Europie pożywką dla radykalizmów. Prawo i Sprawiedliwość po latach niepowodzeń wygrało wybory, bo przemyślawszy jak się sprawy mają, stało się emanacją takiej właśnie postawy. Przede wszystkim stąd wynika furia tak zwanych elit, które w pogoni za efekciarskimi nowinkami dawno temu skonsumowały własny ogon.

Dlatego uważam ruch Prezydenta za słuszny, bo łagodzący. I nie chodzi tu wcale o łagodzenie ulicznych wrzaskliwców, bo na nich skuteczny byłby kij, albo, chociaż odspawanie tej dziczy od koryt i korytek, przy których nabierają sił, by pluć na swoich naiwnych darczyńców. Wszyscy dostali trochę czasu na przemyślenie własnych postaw i koncepcji. Wszak nawet zawzięty pojedynek bokserski jest podzielony na rundy, w przeciwieństwie do ulicznego mordobicia, gdzie nikt nikogo nie wachluje ręcznikiem w antrakcie. Nie tylko sport ma swoje ramy, ale na szczęście polityka też. 

Dlatego ci, którzy chętnie wychodzą poza jej ramy, są jak bokser, który w przerwie walki, podbiega do siedzącego w przeciwnym narożniku przeciwnika i zaczyna go dusić.
Bez bólu mogę przyznać, że Prezydent dał też szansę opozycji, na zweryfikowanie swej destrukcyjnej strategii. Na razie widzę, że ta nie ma zamiaru z tej szansy skorzystać.

A publiczność patrzy! 

                    

niedziela, 23 lipca 2017

O motywowanej politycznie nienawiści codziennej

Dzisiaj coś osobistego, może z powodu niedzieli, a może złości, która dopadła mnie i nie puszcza. Mówię jej, żeby sobie poszła, a ona trzyma, zaciśniętym kułakiem pod żebrami wierci. Napiszę tekst, pójdzie sobie. Przynajmniej tak obiecała.

Nie żadne wielkie sprawy, polityczne wrzaski, wymachiwanie sztandarami mitów i rozdrażnień, a drobne, skutkujące bezradnym smutkiem wydarzenie, sprawiło, że moja pogarda dla graczy podjudzających hołotę przeciwko Polsce, a pośrednio przeciwko każdemu z nas i w końcu przeciwko sobie nawet, weszła na wyższy poziom.

Mam pięćdziesiąt cztery lata, w różnych bywałem sytuacjach, znałem ludzi na widok których człowiek normalny przechodzi natychmiast na drugą stronę ulicy, ale wyznam, że nigdy nie przeżyłem czegoś takiego, jak moja, będąca w ósmym miesiącu ciąży córka. Ktoś, po przeczytaniu, o co chodzi, wróci być może ze zdziwieniem do tego akapitu, uznając, że wytoczyłem armaty przeciwko wróblowi, ale to kwestia wrażliwości. Rzecz dzieje się w miejscu publicznym, w cywilizowanym, jak się wydaje, Ostrowie Wielkopolskim, wśród ludzi, którzy są jak najbardziej Polakami, a którym politycznie motywowana nienawiść całkowicie odebrała rozum. Ich celem jest ciężarna kobieta i dwóch malców: trzecioklasista i trzylatek. Jasne, gdyby z nimi był mój zacny a potężny zięć, dzicz milczałaby pokornie, w swych ciemnych duszach mieląc przekleństwa. Niestety, ktoś musi pilnować biznesu, bo żyć i zarabiać trzeba, a i zakupy zrobić, także. Moja dzielna córka opisała wydarzenie tak:

„Śmieszki heheszki pary po pięćdziesiątce za moimi plecami podczas dzisiejszych zakupów. Zapewne ciężarna matka dwójki chłopców, (z których jeden radośnie śpiewa sobie, „Gdy Pan Jezus był malutki nigdy nie próżnował") to doskonały przykład pisowskiej roszczeniówki pińcet plus. Więc teksty typu:
- "Pińcet ci zabiorą, ale dzieci zostaną... He he"
- "Narobią dzieciaków to nie będzie skąd brać już na te pińcet... "
Są jak najbardziej dowcipne i na miejscu.”

Nic wielkiego, prawda? Może to nawet wydarzenie jedno z miliona podobnych. Nie wiem, bo gdyby coś takiego zaszło w mojej obecności, być może przez jakiś czas, nie męczyłbym was swoimi tekstami. Jeśli nadal dziwicie się, czemu o tak drobnym piszę incydencie, jesteście tymi, którzy stali w tej kolejce i na wszelki wypadek odwrócili głowy, czyli prawdę pisząc, wy też jesteście moimi wrogami.

Powtarzam. Przeżyłem ponad pół wieku, z czego znakomitą większość, jako polityczny radykał. Nie jestem ani dobry, ani czułostkowy, ale osobiście nigdy nie zaznałem podobnej przykrości, motywowanej tak dramatycznie niskimi pobudkami. Nie mogę udawać, że nie wiem, kto pobudza hołotę do takich zachowań. Hołotę, na dodatek, w moim wieku, czyli ludzi, którzy teoretycznie rzecz ujmując, zostali podobnie jak ja wychowani. Może nawet lepiej, staranniej… Może gdzieś na internetowych forach ci ludzie pouczają mnie o demokracji, wolności… Obłęd.

Nie dla popisu przywołałem tu ludzi, na widok których, człowiek normalny przechodzi na drugą stronę ulicy. Znałem takiego. Tatuaże na twarzy, dwa morderstwa na koncie i szczerze mówiąc kawał skurwysyna. Niemniej w mojej przytomności, reagując, jako pierwszy, pomógł ciężarnej kobiecie wystawić z autobusu wózek z dzieckiem. Ta kobieta pobladła ze strachu, widząc takiego pomagiera, ale grzecznie podziękowała, a on wskakując do autobusu, zwrócił się do swoich równie paskudnych kumpli, z prostym wyjaśnieniem:

- W końcu to kobieta, i do tego w ciąży.




piątek, 21 lipca 2017

O metodzie przypisywanej szaleństwu

W tym szaleństwie jest coś niepokojącego. Trudno mi, bowiem przyjąć bez zastrzeżeń fakt, że dorobiliśmy się opozycji, która sama z siebie, bez żadnego konkretnego powodu, czyni usilne starania, by obniżyć swe szanse na sukces wyborczy. Może to prowadzić do wniosku, że na takowym wcale im nie zależy, a swoje szanse upatrują w siłowym przejęciu władzy. Przecież nie dzięki demonstracjom, ani też nietęgim, niemieckim czołgom, forsującym Odrę. Jedynym sposobem jest przewrót policyjno-wojskowy, a otaczający nas zgiełk ma za zadanie pokazać światu, że odbywa się na życzenie ludu, który powstając w imieniu lewackiej und liberalnej ściemy… To przecież znamy.

Jest to wariant, choć przerażający, mało prawdopodobny, ale tego typu rozwiązania podpowiada mi nieobcy nikomu zmysł logicznego podejścia do spraw, które staram się zrozumieć. Ciężko uwierzyć, że mamy do czynienia z kupą wariatów, tym bardziej, że napędza ją zgoła pragmatyczna motywacja. Konstytucja czy praworządność, to nędzna zasłona dla głupich. Coś muszą skandować te ich wierne tłumy, bo przecież nie pójdą pod Sejm, wrzeszcząc: Forsa! Forsa!

To, co się teraz dzieje, to naruszenie naprawdę wielkich interesów, przy których „karuzele vatowskie” przypominają działania kieszonkowców. Nie ma władzy bez pieniędzy, ale nie ma też pieniędzy bez władzy. Nikt też nie skredytuje interesu tak ryzykownego, interesu, którego nie sposób ubezpieczyć. Obietnice, które zostały złożone, które są odnawiane przez cały czas za naszymi plecami, z dnia na dzień tracą swoje pokrycie w rzeczywistości. Czy to jest warte wojskowego przewrotu, wojny, utraty niepodległości przez Polskę? Bez złudzeń, mili moi, dla zaangażowanych w tą grę, z całą pewnością.

Powstaje pytanie, dlaczego w takim razie, tak potężne, choć hipotetyczne, mroczne siły, postawiły na zgraję kompletnych już idiotów? Uważam, że tylko z powodu fałszywego mniemania o mocy zabezpieczeń, oraz ze zwykłej chytrości, ponieważ głupich stosunkowo łatwo zadowolić byle czym. To truizm, że sprawa się „rypła” wraz z ogłoszeniem wyników prezydenckich, czego pokłosiem były paniczne próby łatania tonącej łodzi jedynie słusznej, namaszczonej władzy. Jeszcze były nadzieje w tak zwanym „ładzie światowym”, ale nawet stu procentową Hilarię szlag trafił. Nawiasem pisząc, gdyby nie ta zaoceaniczna klęska, rozkład sił byłby zupełnie inny, i wtedy, kto wie, co by się nad Wisłą zdarzyło.

Teraz zostaje już tylko krew do przelania, ale jest to wariant wymagający spisku i więcej niż znacznych wpływów w resortach siłowych. Wpływów obejmujących na dodatek wszystkie szczeble tamtejszych struktur. W taką omnipotencję naszej dziwacznej opozycji nie wierzę w ogóle. Nie byli na to przygotowani, gdy tracili władzę i tym mniej są gotowi dzisiaj. Niech to zostanie niespełnialnym wariantem szaleństwa.

Zamiast konkretnych działań, będziemy mieli inflację najrozmaitszych protestów. Nużący, niekończący się spektakl awantur wszelkiego rodzaju i ciągłe skamlanie o zagraniczną pomoc, o sankcje, o nienawiść wobec Polski. To już mamy, ale sądzę, że skala i nerwowość takich poczynań będzie narastała, przy wtórze, zupełnie już szatańskiego wycia mediów. A przecież to dopiero początek zmian. Okazji do histeryzowania, mam nadzieję, będzie aż nadto.

Już teraz propagandyści, zwani dla niepoznaki dziennikarzami, jawnie nawołują do użycia przemocy, nie tylko na portalach społecznościowych, ale i na łamach portali internetowych, będących witrynami gazet. Zachowują się tak, jakby prawo zostało zawieszone. Może jest, ale ja o tym nic nie wiem, za to widzę jego beztroskie łamanie.

To jest oferta tych dzikusów, ale jej odbiorców coraz trudniej znaleźć. Stąd mój niepokój wyrażony na początku tekstu. Pisząc, sam go w pewnym sensie spacyfikowałem, ale gdzieś w mrocznym zakamarku mojego, miernej jakości umysłu, będzie tkwiło, niczym ułomek grotu, pytanie o cel tej histerycznej, śmiesznej, o ile się bliżej przyjrzeć, aktywności. To, co prezentuje opozycja może zachęcać i uwznioślać różnych tam oszołomów, ale ze względu na sposób ekspresji, miałkość argumentacji, połączoną z przejawami dziwacznej, zgoła nie politycznej histerii jest absolutną odwrotnością oczekiwań szerszego niż kilkanaście procent żelaznego, zbudowanego na nienawiści elektoratu.

Gdzie są, prawda, okrzyczani specjaliści od wizerunku, mistrzowie PR i budowniczowie narracji. Inaczej: Ile trzeba im zapłacić, by skutecznie zmienili wizerunek przeciętnego parlamentarnego polityka, w wizerunek rozwrzeszczanego idioty. Bo płacić trzeba zawsze.


czwartek, 20 lipca 2017

O postępach księgarstwa

Trochę to dziwne, ale w momencie, gdy każdy chętny przy pomocy pilota może przenieść się łatwo, w jakże atrakcyjną krainę szaleństwa, a kwestie polityczne komentować dopisując komiksowe dymki do obrazków wyciętych z dzieł Hieronima Boscha, przenoszę się do Wilna lat czterdziestych dziewiętnastego wieku. Tam, po brudnych ulicach dziwacznego i jednego z wielu wówczas „Paryża Wschodu” grasował młody Józef Ignacy Kraszewski, którego zbiór tekstów różnych, wydany, jako „Pamiętniki” mam przed sobą.
To drobne i pewnie zapomniane dzieło jest, podobnie jak „Wspomnienia Wilna, Polesia i Podola” tegoż autora, prawdziwą kopalnią wiedzy o trudnym świecie ruin pozostałych po dawnej Rzeczpospolitej. Dzisiaj króciutko, podpierając się cytatami, zaprezentuję tamtejszy rynek księgarski, tylko po to, żebyście pojęli, że przeszłość nigdy nie odchodzi w całości. Zawsze jest żywa i współczesna, choćbyśmy tego w ogóle nie chcieli. Daremnie, prawda, wierzgać przeciwko ościeniowi. W tym przypadku, aby przekonać się, że zmiany, jakie zaszły na polskim rynku księgarskim są w rzeczy samej jedynie technologiczne, wystarczy zamienić w odpowiednich miejscach słowa, tak, by Wilno było Warszawą, Litwa Polską, a zupełnie upadła francuszczyzna została zastąpiona wiadomym językiem powszechnym.
Jeszcze taka uwaga, że księgarz ówczesny był jednocześnie wydawcą, krytykiem, agentem literackim i oczywiście dystrybutorem:
„ Po wtóre, księgarze mają swoje grona literackie, które sobie mówią z Owidiuszem „Nos duo turba sumus” ( W nas dwojgu ludzkość cała ) i siebie mają za arcygeniusze, reszta to plewy! Te grona, z kilku, czasem z dwóch tylko osób złożone, co wyrzekną, świętym jest. Zatem księgarz nie drukuje nic nad dziełka swojej koterii, lub to, na co ona da zezwolenie, a nareszcie to, czego zysk jest dotykalny, oczywisty i prędki.”
Dzieła zyskowne, to tłumaczenia romansów francuskich, a w zasadzie tłumaczonych z francuskiego. Kraszewski używa zwrotu „przecedzone przez francuskie sito” dając za przykład powieści Waltera Scotta. Jakże współcześnie brzmi opinia autora o tych groszowych tłumaczeniach: …”pełen pretensji i omyłek styl wymuszony tłumaczeń, którego przełknąć nie można.”
Ale rynek stoi tłumaczeniami do tego stopnia, że natykamy się przy okazji na taką zabawną uwagę:
„Uważacie tedy, że jeśli gdzie indziej trudno było Byronowi drukować „Childe Harolda”, a Miltonowi przedać „Raj utracony”, tu by oni obydwa poumierali w rękopisach, chyba by podejściem swoje oryginały za tłumaczenia przedali”.
Co się działo wówczas z braku Biedronki, czy innego Lidla, gdzie książki obecnie zalegają wesoło w koszach i o żadnym gniciu nie może być mowy?
„Zajrzyj też w te składy zbutwiałych makulatur i nieposzytych pism; więcej tam może gramatyk francuskich niż we francuskich księgarniach, słowników, wypisów wszelkiego rodzaju, które co kilka lat się zmieniają, których połowa idzie na obwijanie…”
Istniały też wówczas wydawnictwa, które zupełnie po współczesnemu drukowały dzieła na koszt i ryzyko autorów, za nic mając najswobodniej nawet rozumianą, jakość edytorską. Zyski pewne i wówczas były w podręcznikach, a jedynym plusem tamtych czasów był system dystrybucji zewnętrznej, polegający na „roznoszeniu na plecach sprytnych Żydków”.
Ktoś powie, że żadnego podobieństwa tu nie ma, bo w tamtych czasach nie było nawet Empiku. No tak. Empiku nie było. Sam jestem rozczarowany tym faktem i dlatego na koniec zostawiłem radę J.I. Kraszewskiego dedykowaną, ludziom parającym się pisarstwem. Najpierw autor dziwuje się stałej popularności dzieł gastronomicznych, by w końcu…
… „przyszły romans niech opisuje najobszerniej niestrawność i jej skutki poetyczne; przyszła historia niech będzie historią żołądka, zacząwszy od całych wołów Mendoga i uczty Łuckiej 1429 roku, aż do nowożytnych kremów i galaret; wszystko to wydrukuje się i doskonale sprzeda. Z innymi dziełami poczekajcie!”

niedziela, 7 maja 2017

W Warszawie świeciło słońce



Wiem, że nudzę, ale powtórzę setny raz, że wiara we własną propagandę jest w polityce szaleństwem. Nie dość, że nudzę, to wychodzę na miłośnika PO i reszty tej bandy, bo w co drugim tekście ostrzegam ich przed robieniem głupot.
Jako ich wróg zawzięty powinienem raczej przyklaskiwać ich maniackim konceptom. Dobrze chociaż, że ich prawdziwi fani ino mnie wyzywają. I niech tak zostanie.

Wczoraj Platforma rzuciła forsę i swój przywódczy, świeżo nabyty w sondażach autorytet na stół, tylko po to, by dostać solidnie w pysk. Od początku było pewne, że oberwie, ale w swej głupocie brnęli do końca. Mało tego. Dzisiaj, z racji licznych programów publicystycznych, gdzie zwykli się wygłupiać, tym razem szczęśliwie za darmo, ich przedstawiciele, będzie brnęła dalej. I jutro. I pojutrze. I...

Frekwencja. Żeby odnieść sukces na tym polu musieli zgromadzić co najmniej dwieście tysięcy demonstrantów, żeby można było bajać o trzystu, czy nawet pół milionie. Pozornie wydawało się to możliwe, biorąc pod uwagę, że w samej Warszawie znaleźć można bez trudu, podobną ilość zakamieniałych wrogów partii rządzącej. Dlaczego nie zaszczycili marszu swoją obecnością? Odpowiedź jest banalna: Po pierwsze, nie wszystkim odpowiada przywódcza rola PO, a po drugie, nie było żadnego sensownego powodu, by maszerować, drąc japę, akurat szóstego maja. Tu tkwi ostrzeżenie grubszego kalibru, ponieważ dotyczy prawdziwych, przyszłych wyborów i konceptu wspólnego startu całej opozycji zjednoczonej przeciwko PiS, z oczywistych względów, zebranej wokół najsilniejszej partii opozycyjnej.

A powód demonstracji? Przepraszam, ale poza niezgodą, by Polską rządziła wybrana w wyborach partia, nie było żadnego, w miarę jasno sprecyzowanego powodu, który mógłby zachęcić rzesze do udziału demonstracji. Ciągłe, uparte stawianie na to, że uda się kłopoty i dyskomfort „elit” połączyć z gniewem i energią tak zwanego ludu, nie ma żadnych racjonalnych podstaw. Te „elity” (proszę się nie oburzać, cudzysłów jak najbardziej na miejscu) są tak wytarte w ciągłej politycznej nagonce, że raczej zasługują na miano politycznych wyciruchów. Delikatnie rzecz ujmując, ich autorytet uległ drastycznej dewaluacji. Jakiś plus w ich histerycznym poparciu widzą chyba jedynie partyjni przywódcy, by potem zabawnie, w ciszy gabinetów dziwić się, że wielkie nazwiska kultury, intelektu czy gryzipiórkowstwa „tego kraju” nie nęcą młodych ludzi.

Podam przykład. W oddalonym o dwanaście kilometrów od mojego miasta Koninie, tuż przed Marszem Wolności, tak zwany Klub Obywatelski zorganizował spotkanie z aktorką Dorotą Stalińską. Chyba dla śmiechu w Młodzieżowym Domu Kultury. Miasto prawie stutysięczne, wedle wskazań wyborczych dość przychylne Platformie i lewicy wszelkiej maści. Reklama taka, że nawet w mojej Golinie na każdym słupie ogłoszeniowym co najmniej dwa plakaty, a frekwencyjny efekt można obejrzeć pod poniższym linkiem, odsyłającym na lokalny portal.


To tylko przykład, ale przykład ukazujący odchylenie od realnej oceny sytuacji społecznej. Jeśli Kluby Obywatelskie miały być odpowiedzią na Kluby Gazety Polskiej, to wyszła z tego konceptu efektowna pustka. Rozdźwięk pomiędzy spodziewanym przez animatorów tego ruchu zainteresowaniem, a osiąganymi efektami jest dla mnie zabawny, ale ich samych oczywiście niczego nie uczy.

Żeby ktoś raczył powiedzieć coś nowego, oryginalnego, ale próżne nadzieje. Codziennie na wszystkich kanałach telewizyjnych, te same gęby plotą te same androny. Podlegają tym samym emocjom, odstawiają wciąż ten sam spektakl. Polityk to nie kapela rockowa, że ktoś nasłuchawszy się płyt, naoglądawszy koncertów w necie, kupuje bilet i pędzi na stadion, żeby koniecznie obejrzeć to samo, ale na żywo. Choćby jeden z drugim przemawiał na wiecu stojąc na głowie, Mickiem Jaggerem nie zostanie.

Jeszcze emocje. Mają w szeregach, nawet w pierwszym, prawdziwych filmowców, z panią reżyser Holland na czele, a nie potrafią sklecić scenariusza budzącego emocje. Niczym w jakiejś obłędnej tysiącodcinkowej telenoweli, siedzą, ględzą, narzekają, straszą, jedzą sałatkę, myją naczynia, znowu siadają, znowu ględzą... Wszystko na jednej nucie, w jednym przewidywalnym rytmie. A nudzić, to już najgorsze z najgorszych.

Naprawdę chciałem się z nich wczoraj szczerze pośmiać. Deszcz padał. Robić nie było specjalnie co, to włączyłem pudło. Wytrzymałem pół godziny. Jedno ciekawe, że w Warszawie świeciło słońce.



piątek, 5 maja 2017

Rozmowy przy obalaniu pisowskiej tyranii




- Pisowski rząd nic nie robi. Tylko się człowiek starzeje niepotrzebnie. Nawet młodzi ludzie się starzeją. To beznadziejne! Za naszej Platformy było inaczej. Tylko pisowski element się starzał, my młodnieliśmy z roku na rok. Niektórzy wprost się bali, że jak dalej pójdzie tak dobrze, to zostaną niemowlętami. Oni byli starymi babkami w beretach, my jeden w drugiego, studenci jak byki, a studentki jak łanie. Aż przyjemnie było popatrzeć. Szkoda, że wtedy nie maszerowaliśmy, że nikt nam nie napisał stosownych pieśni do masowego wykonania. Coś, że: My młodzi, choćby z Łodzi... Nie wiem, nie jestem poetą.

- Albo jakie masło było tanie za naszej peowskiej władzy! Smarowało się i jazda. Każdy wiedział, z której strony chleb posmarowany. A teraz, ledwie się zabierzesz za smarowanie, już cię mają na oku. Wiadomo, że skoro kapitał nie ma narodowości, to tym bardziej nie ma imienia, nazwiska, ani peselu. W odpowiedniej skali jest zupełnie obojętne w czyjej siedzi kieszeni. Nawet lepiej, gdy jest skoncentrowany, a statystycznie i tak wszyscy mieli po równo.

- Tuś pan trafił! Wszystko mieliśmy. Jakby naszego Bronka za króla, arystokrację, szlachtę i w ogóle, a równocześnie wszyscy mieli po równo, niczym w komunie. Wersal w kibucu, a kibuc w Wersalu. Teraz tego nie ma, nie ma równości! Mnie zabierają, a dają niby na jakieś bachory. A mało to dzieciaków depce trawniki? Dzieci niby tego, a mojego Jasia wywalili z roboty jako dziecko resortowe. Chłopaczyna ledwie pięćdziesiąt skończył. I to ma być dbałość o młode pokolenie? A pan co sądzi?

- Ja z prowincjonalnej Goliny, aż przyjechałem i sądzę, że trafiłem do, przepraszam za wyrażenie, raju. Ilu nas maszeruje, obywateli dobrej myśli, to się w głowie nie mieści. U nas smutek. Jak protestowałem za naszym Rzeplińskim, to sam chodziłem po rynku, to tu, to tam. Zero entuzjazmu. W końcu podszedł taki jeden pisowiec i pyta, co się tak Dżony kręcisz, bo na mnie Dżony mówią, chodź, prawda, na piwo. Ja mu o konstytucji, że zagrożenie substancji, a on, że niby nie jesteśmy w kabarecie. Taki smutek mnie wtedy ogarnął, bo kiedyś u mnie na prowincji wygrywaliśmy, a teraz...

- Nie płaczcie prowincjonalny obywatelu, grunt że jesteście z nami. W jedności siła, w sile rozum, a w rozumie pieniądze. Przecież, jak tak się rozejrzeć, to wszyscy są po naszej stronie. W zasadzie nawet wybory są niepotrzebne. Wygrywamy przez aklamację, a wtedy...

- Bo najlepsze jest to, że im gospodarka rośnie. Jak tak sobie usiądziemy ze znajomymi za stołem, to nic nie mówimy tylko zacieramy ręce. Taki od tego zacierania idzie pogłos, że sąsiedzi przez okna wyglądają. Oj, będzie się działo!

- Przepraszam, ale dlaczego tak cicho? Idziemy i idziemy, a nie słyszę ani śpiewów, ani skandowania.

- Bo jak raz, to jesteśmy w tunelu, a w tunelu trzeba cicho, bo się może na łby zawalić. Ta inwestycja nie do końca...

- A dlaczego weszliśmy do tunelu?

- Tego nie wiem. Liderzy nas prowadzą.


wtorek, 2 maja 2017

Hołota nad szachownicą

Hołota ma to do siebie, że bezkarność ma za akceptację i przyzwolenie. Dlatego trzeba czekać, aż hołota zapędzi się ciut za daleko. Tak jest, odkąd nie wolno, po prostu, w szlachetnym odruchu oćwiczyć hołoty bykowcem. Inna rzecz, również związana z upadkiem obyczajów jest taka, że strzela się do cywilów, z daleka od linii frontu. Jeśli człowiek chce zażyć wojenno-politycznych emocji ma dość przestrzeni, choćby w internecie.
Co innego, gdy obudzony o szóstej rano przez moje dzielne suczki, które jak raz zachciały siku, robię sobie kawę i siadam przy kompeczku, żeby, cholera, zagrać w szachy. Nie idę drzeć się na twittera, nie wchodzę na stronę Wyborczej, ale zwyczajnie i po ludzku, chcę się zrelaksować przy kawie. Nie dadzą! Nawet tego hołota nie uszanuje!
Otwieram „Kurnik” i widzę:




I niech mi nikt nie opowiada, że prywatny właściciel ma prawo ryzykować na swoim portalu obrazę Prezydenta RP. Jeśli nawet, to ja tego prawa nie uznaję, przynajmniej do czasu, aż takie ekscesy nie będą realnie karane. Wtedy porozmawiamy o ryzyku. Na razie jest to upajanie się hołoty władzą nad, w tym przypadku graczami korzystającymi z portalu „Kurnik”. Jasne, że nie ma tam miejsca, by wyrazić swoją opinię o wieszaniu takich gównianych bannerów. Nawiasem pisząc, właściciel portalu umożliwia rozpowszechnianie obrazy prezydenta za pomocą kliknięcia, które powoduje umieszczenie jej na fejsbukowym profilu klikającego.

Poza tym, jeśli front jest wszędzie, możesz spodziewać się miły czytelniku, że wkrótce dojdzie do tego, że kelner w restauracji, nim poda ci obiad, zacznie wywrzaskiwać hasła polityczne, a jeśli zamruczysz w proteście, usłyszysz charakterystyczne dla hołoty:

- Nie podoba się, to won! 

poniedziałek, 1 maja 2017

Ścierka na polskim stole


Kto jest bez przerwy zmobilizowany, nieustannie trwa w gotowości bojowej, ten, gdy nadejdzie pora, będzie już tylko nieużytecznym flakiem. Cieszę się niezmiernie, że przywódcy naszej dziwacznej opozycji w ogóle nie rozumieją rzeczy tak podstawowej. Taktyka polegająca na ustawicznym podnoszeniu poprzeczki napięć i emocji, mnożenie wydarzeń, decydujących starć i ostatecznych rozstrzygnięć, prowadzi ich na manowce bylejakości i znudzenia. Warkot werbli bojowych tylko dla prawdziwych maniaków jest miłą uchu muzyką. Jeśli tak stawia się sprawy, nie dziwi, że im mniej się dzieje realnie, tym retoryka musi być gwałtowniejsza, przechodząca w jazgot. Łatwe to, ale niezmiernie głupie, jeśli spojrzymy na oś czasu i ocenimy perspektywę wyborczą.

Już się przyzwyczaiłem do tych harców. Już mnie nie prowokują do ripost, ani nawet nie złoszczą. Dziwię się jedynie, że sami organizatorzy, wśród których nie brakuje ludzi inteligentnych, nie są w stanie zauważyć najoczywistszych prawidłowości. Jeśli liczą, że ciągłe wrzaski i przemarsze zachęcą większość do czegoś gwałtowniejszego niż wzruszenie ramion czy znaczące popukanie się w czoło, są w błędzie.

Nie mając żadnego prawdziwego paliwa społecznego do buntu, w pocie czoła próbują je stworzyć z dostępnych w magazynie medialnym substancji: rozhisteryzowanych celebrytów, wątpliwej świeżości aktorskich i pisarskich pieczarek, tępych młodocianych aktywistów partyjnych i starych, nie bójmy się użyć tego słowa, politycznych durniów. W swoich działaniach przypominają nieco nieszczęsnego zamachowca, pana Kwietnia, co dziwnie zabarwia całe to polityczne wzmożenie niewidzialnymi barwami służb tajnych, acz tym razem niekoniecznie rodzimych.

Rozpędzili się, wierząc we własną propagandę (co samo w sobie jest grubą osobliwością) do tego stopnia, że zaczynają straszyć zemstą, jakiej dokonają po wygranych wyborach. Co dziwne, nawet nie na samych PiS-owcach, a ogólnie na elektoracie, także swoim. To już jest zgoła nieprzytomne zachowanie. Jeśli nie ma się najmniejszych szans na pozyskanie dla swojego sklerotycznego bełkotu młodzieży, nie należy podsuwać starszakom oferty odebrania dopiero co odzyskanego przywileju emerytalnego. O pozostałych pomysłach na cofanie wprowadzonych przez PiS zmian, szkoda w ogóle pisać. Ich szczęście, że niewielu ludzi śledzi na bieżąco te wszystkie pomysły i wymysły. Ale spokojna głowa, w końcu i te mądrości dotrą pod przysłowiowe strzechy.

To, że obecna opozycja chce wrócić do władzy, doskonale rozumiem, ale szanse na to są dość iluzoryczne, ponieważ prawdę pisząc, ci ambitni i chętni do czynienia zła ludzie, nie mają się na kim oprzeć. W codziennej walce politycznej zużywają ostatnie naboje, czyli lęk przed zmianami, bajki o wyjściu z UE i wsparcie zakłamanych do szaleństwa mediów. Autorytety realne i wydumane już dawno poszły do diabła, szans na wykreowanie nowych liderów nie ma żadnych. Wskaźniki gospodarcze są jakie są i nie zanosi się na pogorszenie, a wręcz przeciwnie. Można oczywiście wrzeszczeć, że gospodarka nie jest ważna, ale jakoś niezręcznie, prawda?

Bo jeśli wracać do władzy, to z czym?

Można piękny niegdyś obrus, sprany, splamiony i naddarty, przerobić na ścierkę do podłogi, ale nikt przytomny nie będzie próbował ze starej ścierki robić obrusu. Nie pomoże obszycie koronkami, ani wyhaftowanie na środku czerwonej różyczki. Ścierka pozostanie ścierką. Jasne, w TVN24 powiedzą, że obrus, a Gazeta Wyborcza napisze, że to nowy trend, ale sposobu nie ma, by taka ekscentryczna ozdoba znalazła powszechne uznanie i znalazła się na polskich stołach.    



sobota, 29 kwietnia 2017

Wielka krzyżacka majówka

W Malborku nastało wielkie poruszenie, odkąd rozniosło się na mieście, że w najbliższych dniach Krzyżacy po raz kolejny staną w zwartym szyku na polach Grunwaldu. Narzekaniom nie było końca. W krzyżackiej aptece wykupiono maści na ból wszystkich części ciała, a kolejka do Wielkiego Szpitalnika Zakonu, w celu zdobycia zaświadczenia chorobowego, wydłużyła się i zmieniła w zakręcony, spiralny ogonek. Minęła ósma, a nikt nie odmykał wierzei urzędu.

- Minęła ósma, a nikt nie odmyka – marudził Von Pałętasz, co rusz spoglądając na zegarek.

- I nikt nie odemknie – złowieszczo obwieścił krzyżak Macencjusz, przepychając się na czoło kolejki, by wleźć na schodki i stamtąd ogłosić, że o żadnych zwolnieniach mowy być nie może. – Wielki Mistrz zarządził, że wszystkie krzyżackie ręce mają być w dniu bitwy na pokładzie, czyli na placu, a nie tam, gdzie jeden z drugim przeważnie je lubi trzymać – zakończył.

- No, ale jak to, w maju? Na deszczu? W mieście? – podniosły się pełne zdziwienia głosy.

- Najważniejsze, że Polacy się nie stawią! – zawołał zniecierpliwiony Macencjusz.

- Czy aby na pewno? – dopytywał niewielki krzyżak, który kazał nazywać się Gotfrydem z Bulionu, ale wszyscy wołali na niego: Ej, gofry!

- Uspokójcie się bracia krzyżacy i siostry krzyżaczki. Dajcie mi mówić, albowiem znam szczegóły zapowiedzianej kampanii, którymi z polecenia WM mam się z wami podzielić.

- Kto to jest WM? – zapytał krzyżak, kudłaty niczym stary Żmudzin z powieści Sienkiewicza. Uciszyło się nieco.

- Chodź no tutaj kudłaty krzyżaku. Posłużysz za punkt pierwszy. Czy widzicie tego oto krzyżaka? – Macencjusz wskazał na kudłacza.

- To nasz Kudłaty – krzyknął Von Pałętasz.

- Wygląda jak smarkacz, nie groźny rycerz! Łeb rozkudłany, broda rozkudłana i do tego cały siwy. Osiwiałeś z rozpusty, czy ze starości?

- Po trosze... – bąknęło zmieszane krzyżaczysko.

- Na następną sobotę masz być ogolony, łeb na jeża, a przede wszystkim pofarbowany na kruczo.

- Mam być Murzynem?

- Włosy! Murzyna dostarczy zaprzyjaźniona redakcja. To się wszystkich tyczy, więc nie rozumiem skąd te śmiechy. Żadnych siwych łbów, ci o kosturkach wystąpią jako niepełnosprawni, ale młodzi! Gotowi do walki, dla dobra... Polaczkowie muszą ujrzeć zgraną, krzyżacką paczkę w rozkwicie sił witalnych, nie, jak ostatnio bywało... Wielki Mistrz na przykład...

- Wielki Mistrz na forsie śpi, co rusz młodszy, zębem sztucznym błyska!

- Będziemy wypożyczać sztuczne szczęki, peruki dla łysych a kto ma wzrok błędny, dostanie szklane oczy. Oczywiście za pokwitowaniem.

- Znaczy się bitwy nie będzie? – wrócił do tematu Ej, gofry.

- Jasne, że nie! Sami ze sobą mamy się bić? Jeszcze nam głupi Jagiełło daje ochronę, w razie czego, bo zbieramy się w samej stolicy Polaczków.

- Rany boskie! Jak my tam dojdziemy? Chłopstwo nas w drodze okrutnie poszarpie.

- Autobusami dojedziemy. Tym się nie martwcie. Jest jeszcze w Malborku wieża złotem nasypana. Ad rem. Tym razem będziemy twardzi, a przede wszystkim młodzi, wykształceni i...

- Ja się wykształcić nie dam! – oburzył się Von Pałętasz.

- I wszyscy, ale dosłownie wszyscy mają wiedzieć, po co się zebraliśmy, co chcemy osiągnąć, jeśli Polaczkowie poddadzą się naszej krzyżackiej władzy. Jeśli ktoś się nie czuje na dość silny na rozumie, zapytany przez media niech udaje niemowę, że mu siepacze Jagiełły język wyrwali, albo coś. Wielki Mistrz osobiście wam to powtórzy, ale już teraz zapowiadam, że jak się który, albo która, znajdzie na YouTube w jakimś głupim filmiku, w lochu skończy. Nie przechwalać się dokonanymi uprzednio zniszczeniami, nie straszyć gardeł podrzynaniem, bo my dla dobra, ku powszechnej szczęśliwości, aby nieszczęsny naród wybawić od losu, jakiego już niegdyś za dawnych Jagiellonów zaznawał.

- A można przy okazji jakiś sklep zrabować? – zainteresował się Von Pałętasz, ale widząc, że krzyżak Macencjusz sięga pod płaszcz, pospiesznie zasłonił się Kudłatym.

- Każdy dostanie kartkę z hasłami, pieśniami oraz innymi szczegółowymi zaleceniami. Na pamięć kuć, bo będę przepytywał, a oporni majówkę spędzą... Wiecie gdzie. Żarty się skończyły! Albo my ich, albo oni nas.

Rozchodzili się powiewając płachtami kart. Czytaci popisywali się swoją umiejętnością, inni narzekali na rozwielmożnienie krzyżaka Macencjusza. Krzyżacy z sekcji poznańskiej, próbowali zwrócić zakupione niepotrzebnie maści, ale apteka była zamknięta. Niektórzy narzekali, że zamiast grillować, będą musieli uczyć się z kartki.

Krzyżak Macencjusz został sam. Otarł pot z czoła i westchnął. Od dawna żałował, że wplątał się w tą krzyżacką aferę. Chciał zostać kowalem artystycznym. Miałby fach w ręku, spokojne zajęcie, ale ojciec krzyżak, matka krzyżaczka zamiłowana. Tak długo gnębili młodego Macencjuszka, aż uległ. A tu, ani wesołej kompanii, panie krzyżaczki, odpuść Boże, piękne jak przedwczorajsze ruskie pierogi, ciągle ględzenie i ględzenie. Tylko ta wieża złotem nasypana. Presja, prawda, środowiskowa.

Splunął, owinął się krzyżackim płaszczem, bo duć zaczęło i poszedł posiedzieć nad fosą, licząc, że może coś ciekawego zobaczy po drugiej stronie.  

czwartek, 13 kwietnia 2017

Takie triduum

1

Znowu dzwoni komórka Judasza.
- Że co? Tak, mamo! Jest, mamo! Wrócę po dwudziestej drugiej. Nie Martw się mamo! Tak, pójdziemy do parku! Tak, pamiętam o czapce. Dobrze mamo!
Jezus wznosi oczy ku sufitowi. Żałosne są wybiegi, szyfry Judasza.
- Panie, jeszcze tylko wyślę SMS-a, przepraszam – I wysyła pomagając sobie językiem. Paluchy jak serdelki, a klawiatura taka maleńka. Ot, jeszcze jeden uparty chłopiec na służbie.
Piotr za dużo wypił. Stanął przy oknie i wypatruje. Widzę jak chwycił dechę parapetu. Aż mu palce zbielały.
- Tam ktoś jest. Krąży wokół domu!
- Piotrze, czego się lękasz, wszak jesteś wśród przyjaciół?
- Ale on krąży, krąży i krąży. Krąży i krąży i zagląda do okien.
W końcu wraca do stołu i pierwszy wyciąga rękę po kawałek pizzy. Tomasz dyskretnie przestawia butelkę. Piotr zauważa i tylko syczy bezsilnie, bo Jezus grozi mu palcem.
Zaniepokojony gadaniem Piotra wychodzę na dwór. Zapalam papierosa i rozglądam się uważnie. Cisza. Księżyc na niebie jak smutna panna młoda w pożółkłym welonie. Dziadowskie porównanie. To tylko na zmianę pogody. Nasłuchując okrążam dom, szukając śladów intruza. Nikogo nie ma. Cisza.
Z ciemności, z oddali, zza ciężkiej kotary dźwięk. Przytłumiony, skórzany, czarny. Nierozpoznawalny. I znowu ciężka, nienaturalna cisza. Żadnych psów, samochodów, telewizorów. Nawet wiatr ucichł. Gaszę papierosa.
Jeszcze jesteśmy, jeszcze siedzimy, jeszcze uśmiechamy się do siebie, gdy gaśnie światło i przez okna, przez wyrzucone żelazną pięścią drzwi wpadają ciemni. Smugi celowników, wyuczona brutalność i wrzask. Leżę z twarzą w dywanie.
- Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus?
Ledwie zdążyłem ze trzy razy odetchnąć, już ich nie było.
Zabrali. Okna wybite. Drzwi. Same szkody.
Znowu odezwała się komórka Judasza. Uciekając, porzucił ją na kanapie. Wiadomości. Skrzynka odbiorcza. Wybierz. Siedzimy teraz i spoglądamy na siebie nawzajem zdumieni.
Co robić? Gdzie biec? Dzwonić? Na stole jedzenie. Wino.
Siedzimy w milczeniu, bo o czym tu gadać? A świat ożył. Znów drą się kwietniowe koty. Szczekają psy, gonią się samochody i ludzie. Ryczą telewizory.
- Panie! Gdzie jesteś?

2

- Co jest? Nie popychaj mnie! Swoją kobietę popychaj! Gdzie się z łapami pchasz do mordy? Dobra, jeszcze raz opowiem, ale naprawdę ostatni raz. Sami sobie opowiadajcie, jeden drugiemu. Jak było? Normalnie było! Szedłem z tyłu. Łeb mnie tak ..., bo schlałem się uczciwie, jak wieprz. Pasuje? Nalej! Nawet go dobrze nie widziałem, ale musieli go nieźle sprać, bo co chwila się wywracał i trzeba go było batem stawiać na nogi. Nie ja. Gdzież mi do tego.
-...
-Tłum jak to tłum. Wyli i chcieli mu dołożyć, ale ja przepisy znam. Tak. Prawda, że jednemu przywaliłem tarczą. Dobra, może i niepotrzebnie, ale pluł na mnie i wygrażał. Wiem, że trzeba tylko odpychać, ale ten łeb... I co będzie pluł, jeszcze tak obmierzłym pyskiem? Dalej to już poszło gładko, to znaczy najpierw gładko, ale dobra. Nalej Greku!
-…
-Trochę patrzyłem, ale wiatr piasek mi w oczy, bo stałem akurat pod wiatr. No i to Słońce. Słońce okrutne! Zdjąłem hełm i usiadłem w cieniu przy takiej skałce, ale mnie dowódca wypatrzył, a ja akurat, taki mój pech, zdrzemnąłem się dosłownie na chwilkę. Jak mi nie zasadzi kopa! I dalej pod te krzyże, że niby za karę mam dobijać.
- I wtedy…
- No słońce zaszło i zobaczyłem jego twarz, bo ci obok, to już byli martwi. Ale on się trzymał i patrzył na mnie z góry, i coś tam szeptał. Nie wiem, co szeptał, bo po ichniemu nie rozumiem. Znaczy takie proste rzeczy, że pić, że jeść, że…
- Milcz!
- Milczę!
- Nie! Mów, tylko pohamuj trochę język. Opowiadaj żołnierzu!
- Jak tak na mnie spojrzał, to mnie złość wzięła, bo tak jakoś patrzył, no tak jakoś inaczej niż wszyscy. Złość mnie porwała na to jego patrzenie i jak mi dali włócznię to zaraz go, ale musiałem poprawić, bo tylko mu trochę bok sprułem. Jak poprawiłem to się wygiął – coś krzyknął i zaczął się miotać. Wtedy lunął deszcz i krwią się schlapałem. Błoto, krew. Nie mogłem się pod tym krzyżem ogarnąć. Wtedy umarł.
- …
- Nic się takiego nie stało. Umarł – wiadomo, że miał umrzeć, to umarł. Odszedłem na bok, żeby się oczyścić. Zagarnąłem piasku w garści, a ten pieprzony – O ten – Ten co tam drzemie  lał wodę z dzbana. Szorowałem łapska z krwi, a już dobrze lało i ze wzgórza wszyscy zwiewali do miasta, bo pioruny zaczęły walić jak wszyscy diabli!
No to i ja pobiegłem, ale facet z pewnością już nie żył. Chociaż był z niego kawał chłopa – ale ja nie takich wielkoludów...Znam fach, to wiem.
- I twierdzisz, że z pewnością skonał, ale jednocześnie utrzymujesz, ze z nim rozmawiałeś później!
- Tak Panie, rozmawiałem i na pewno z nim, ale nie rozmawiałem, bo mnie coś tak ścisnęło. Było tak, że wracałem z burdelu i tak mi wszystko przed oczami migotało. Te cypryjskie wynalazki dodają do wina. A jak tu w burdelu nie pić? Ze sobą przynosić flaszkę? Kiedyś spróbowałem to mi taka jedna powiedziała, że może innym razem sobie do burdelu dziwkę sprowadzę? No, powalający argument!
- Do rzeczy! Do rzeczy!
- Jasne! Za twoje piję! Już mówię – Nalej!
- Do rzeczy!
- Tak. Zobaczyłem go jak szedł z dwiema kobietami i śmiali się głośno. Najpierw go nie poznałem, ale jak byli blisko, to już byłem pewny i włosy stanęły mi dęba na głowie. Żadna tam bitwa, nie ten strach! To było gorsze, poczułem się... O mało nie zlałem się w gacie. Cały się trząsłem. Jak ja musiałem wyglądać, jak tak stałem na baczność jak przed jakimś oficerem, trzęsąc się i płacząc. Podszedł do mnie, objął mnie i tak mnie gładził po głowie. I powiedział…
- ?
- Powiedział jakoś tak, jakby coś zanucił, ale nie zrozumiałem a potem już tylko powtarzał:
Bracie. Człowieku, Bracie mój… człowieku!
I tam zostałem, na tej zakurzonej drodze, spocony, na kolanach. Płakałem jak dziecko. Jak jakieś dziecko! Teraz stawiacie mi wino żebym opowiadał, to opowiadam. Tak było! Dwa razy. Dźgnąłem go włócznią dwa razy! Co teraz czuję? Nie wiem. Chyba nic nie czuję. Nalej Greku!

3

Usiadł na pniu porośniętym mchem i popatrywał na jezioro. Podniósł wygrzebaną ze ściółki szyszkę i rzucił, ale pocisk nie doleciał do wody i ugrzązł w przybrzeżnym mule z cichym plaśnięciem. Pogrzebał raz jeszcze i natrafił na płaski kamień. Zważył go w dłoni. Cisnął. Cisnął i tym razem udało mu się dorzucić do wody. Ledwie zauważalne koncentryczne kręgi. Przepadł kamień. Przepadł w zimnej toni.
- To tu będę nie żył. Mieszkał na tym pochyłym zboczu w białym, spalonym przez słońce domku. Miejsce do spania, kuchnia i pokój, gdzie wyrósł nagły stół do pisania. Będę tu nie żył przez jakiś czas. Uprawiał warzywa, sadził, szczepił winorośl a nawet…
Zmusił się, by przez chwilę patrzeć wprost w Słońce, a potem, gdy zamknął oczy, zabawiał się barwnymi obrazami, wyświetlanymi przez darmowe kino pod powiekami. Im mocniej zaciskał powieki, tym widział więcej błysków. Piramida ognia!
Twarze tych, którzy tam zostali. Chimeryczne – chybotliwe budowle, które gwałtownie rosły i rozpadały się. Pachniało sosnami.
Więc to tak wygląda? Tego się bałem?
- Będę tu nie żył. Rano będę szedł razem z innymi do kościoła. Będę się modlił, choć wyżej pradawny las. Na drzwiach domu zawsze będę pisał kredą moje skromne wyznanie wiary, ponieważ nawet tutaj krąży smok. Oj, widzę go – słyszę – jak obiega mój dom. Wyje. Straszy. Próbuje wygryźć okna. Wyłamać oczy.
- Jeszcze słyszę jak się naradzają. Tak, tak – albo jeszcze trochę – nie ma sensu tego ciągnąć. Ktoś płaczę.
Wstał i z przyzwyczajenia ocenił wysokość piaszczystej skarpy, a potem, ostrożnie zaczął schodzić. Początkowo chwytając się korzeni, kęp trawy – a potem już odważnie, jakby zrozumiawszy, że nic mu nie grozi, poturlał się w dół.
Głosy ucichły. Pozbierał się. Otrzepał ubranie z piasku i zdjął buty. Boso, podwinąwszy nogawki stanął na wodzie. Drobne fale obmywały mu stopy.
- Zawsze, gdy tylko wbije szpadel w ziemię to spadnę. Niżej jest jezioro.
Przetarł oczy.
- Co ja za bzdury opowiadam sam do siebie – westchnął.

Usiadłem na pniu. Brzozy, sosny i dęby. Po tafli jeziora płyną ku mnie papierowe okręciki. Rozkrzyczani chłopcy na drugim brzegu bawią się w kapitanów, w wojnę.
- Przymykam oczy i razem z wiatrem zapadam w drzemkę poobiednią. Śni mi się lew szczający na tarczę. Podnosi łapę jak pies. Podchodzę do niego i za łeb chwytając lwi, pytam:
- Kim jesteś lwie, by szczać na moje godło? Na moją tarczę herbową?
- Lwem jestem – odpowiada Lew .
- Szyszki. Szyszki tylko mamy. Tyle po nas zostanie. Szyszki. Po duchach. Po nas. Idę, mijam, dotykam. Na wilgotnym piasku … Dobra! Nie ma tak dobrze
Wiem, że muszę wrócić, to idę

* * *
W grobie oddech, jak w oddechu grób. Nikt nie wiedział wtedy na świecie, na białym, ze Bóg może krzyczeć z bólu. Zastygły góry, pustynie, lasy, wody i gwiazdy. I zwierzęta. I nawet ogień wstrzymał oddech, gdy serce Boga zaczęło bić w ciemności grobu. Tylko niemowlęta zaśmiały się nagle w kołyskach i ramionach matek. Pewnie przez sen, przez życie, przez śmierć. Czekamy.

2007-2017