środa, 18 października 2017

Autopromocja, z braku innej promocji. Prawo do powrotu

Nie wiem, kto zgłosił moją powieść "Prawo do powrotu" do tego konkursu. Przegapiłem nawet jego pierwszą rundę, ale widzę, że jutro koniec glosowania, a pisarz zagraniczniak zaczął mnie niepokojąco gonić. Nie mam pojęcia, czy ewentualny sukces cokolwiek pomoże w promocji książki, ale z racji, że pisząc dzieliłem się z Wami obficie obszernymi jej fragmentami ( ku radości jednych, a niechęci drugich) uznaję za dość uczciwe, zwrócić się do was o wsparcie.

Oddanie głosu jest oczywiście darmowe, a organizator przewidział dla uczestników całkiem solidną pulę nagród książkowych.

Nadmienię, że mile łechce moje ego fakt, że w kategorii znajdującej się tuż obok mojej Fantastyki, prowadzi Chesterton ze swoim znakomitym księdzem Brownem.
Jeszcze minimalnie prowadzę, ale...
Wszystkich zachęcam i przy okazji pozdrawiam.

http://ksiazkanajesien.pl/#1

Książka do nabycia tutaj:

https://goneta.net/pl/ksiegarnia/kategorie/proza-doroslych/prawo-do-powrotu-3-szczegoly


wtorek, 17 października 2017

PiS podskakuje, czyli po rozum do głowy

PiS niepotrzebnie podskakuje. Społeczeństwo stanowe istnieje i nie odpuści, póki jego przywileje nie zostaną ostatecznie usankcjonowane i zaopatrzone w dyndające pieczęcie z orłem. Tym razem, system jest oderwany od ziemi, ale niewiele zmieniają jego kosmiczne wręcz afiliacje. Wbrew pozorom jest na tyle trwały i posadowiony nie tylko w dobrach doczesnych, ale i w świadomości ogółu, że rząd tak zwanej „dobrej zmiany” zdaje się przy nim czym przejściowym, bez mała chimerycznym. Przy czym należy, dla uczciwości, zaznaczyć, że występuje tu pewna dwoistość, charakterystyczna dla współcześnie rozumianej demokracji.

PiS przyjmując rolę reprezentanta stanów niższych i średnich, naraził się w oczywisty sposób nowomodnie rozumianej szlachcie i arystokracji. Nowomodność w tym, że współcześnie spożywane i oczekiwane przywileje, nie mają oparcia ni w krwi, ni w ziemi, ni nawet w jakiejś ogólnie sformułowanej teorii, a w prostackim: Tak jest i tak ma być. Stany wyższe są oczywiście zbyt liczne, by zadowalająco zaspokoić jej apetyty, ale dla arystokracji starczyć musi. Jednocześnie, ich liczebność jest zbyt mała, by zagwarantować przywołane w pierwszym akapicie zawieszenie na umowie oficjalnych pieczęci. W tym problem. Im silniejszy nacisk elit, tym mniejsze szanse wyborcze ich reprezentantów.

PiS nie jest, patrząc z drugiej strony, wcale beneficjentem tej sytuacji, choćby dlatego, że stany wyższe są zorganizowane, a niższe wcale, przez co Polska sprawia osobliwe wrażenie twierdzy oblężonej od środka. Z każdym przybywającym obecnie rządzącym procentem poparcia, rośnie niezadowolenie z działań rządu i protesty stają się gwałtowniejsze. Strach pomyśleć, co będzie, gdy poparcie przekroczy pięćdziesiąt procent. Takie zależności widać gołym okiem i nie trzeba przesadnej bystrości, by je dostrzec. Sytuacja wynikła z takiego stanu spraw jest niebezpiecznie podatna na prowokacje i w ciągu przewidywalnych zdarzeń, może doprowadzić do naprawdę poważnych zaburzeń.

PiS w pewnym sensie jest zakładnikiem używanego przez siebie języka, w którym roi się od pro obywatelskich przymiotników. Nie przypadkiem banda cynicznych łobuzów nazwała się ‘obywatelami”. Zwróćcie uwagę, że w obecnie przyjętej nomenklaturze, status obywatelski nabywa się jedynie działając w grupie, choćby była to jeno grupa zawodowa. Tu powtórzę, że stany wyższe mają swoją hierarchię. Stabilną, opartą na koneksjach rodzinnych i zależnościach zawodowych, a stany  niższe, szamoczące się w walce o codzienny byt, oczywiście nie. Jak zawsze są tylko plebsem. I niech nie zmyli cię miły czytelniku fakt, że masz firmę, milionowe przychody, zatrudniasz ludzi i mieszkasz w pałacu. Nadal jesteś plebejuszem, którego rola jest o tyle istotna, że płaconymi przez siebie podatkami, zaspokajasz aspiracje stanów wyższych.

PiS raduje się wzrostem gospodarczym. Z mojej perspektywy, z perspektywy plebejusza, słusznie, ale tak naprawdę, to tylko pretekst do zacierania rąk przez klasy o tyle ode mnie wyższe, że nawet nie wiem, gdzie sufit, po którym raczą stąpać. Na dodatek mam wrażenie, że myślą przewodnią jest uszlachetnienie stanów wyższych poprzez narzuconą im kooptację ludzi własnego chowu i ugłaskiwanie konfliktów na tym tle. Zupełnie jakby rządzący zdawali sobie sprawę z ulotności własnej władzy i tryumfów. To prosta droga do zaburzeń społecznych. Półśrodki i cwaniactwo bowiem, zawsze prowadzą do tragedii.

Konieczne są zmiany strukturalne od fundamentów po strych. Odpowiedź na taką potrzebę jest na razie taka, że potrzeba po temu większości konstytucyjnej. Stawiam dolary, których nie mam, przeciwko orzechom, których mam w nadmiarze, że nawet sześćdziesięciu procentowy tryumf wyborczy, takich zmian nie zagwarantuje, ponieważ opór stanów wyższych będzie tak gwałtowny i widoczny, że politycy nie zaryzykują starcia. Dochodzi tu aspekt zmęczenia materiału, ponieważ nie sposób bez odbijającego się na determinacji zmęczenie toczyć niekończącej się walki. My, plebejusze, w walce nie pomożemy, ponieważ tak zostaliśmy wytresowani przez życie. No, chyba, że pójdziemy po rozum do głowy, ale ostrzegam, że to daleka i niełatwa droga.


niedziela, 15 października 2017

Prawdziwe kino. Gotowała sroczka jagiełki

Im bardziej staram się być pisarzem fantastycznym, tym mniej się nim czuję, ponieważ prawie codziennie natykam się na coś zgoła realnego, czego w żaden sposób wymyślić bym nie zdołał. Na przykład: Wczoraj wieczorem wpadło mi coś do głowy i wdarłem się jako „czytelnik incognito” na stronę Gazety Wyborczej, żeby przeczytać wywiad z panią Magdaleną Sroką, odwołaną właśnie szefową PISF, czyli zacną niewiastą obdzielającą dotychczas grubą forsą naszych filmowych cwaniaków i nieudaczników. Zachęcił mnie tytuł, cytat z pani Sroki:

„ Podcinanie gałęzi sztuce to kopanie grobu Polsce”

Sądzę, że każdego wrażliwego na los Polski, taka metafora powinna zachęcić do lektury. Dlatego ukryłem się w anonimowości, bo inaczej treść tak ważka jest przede mną ukryta. Otwieram i czytam drugi tytuł:

„Magdalena Sroka: Weźmiesz pod buta sztukę, już po wolności”

No ładnie z tym butem – pomyślałem i zagłębiłem się w lekturze. O dziwo, nie same komunały tam znalazłem. Najpierw dowiedziałem się, że pani Sroka została zwolniona za:

„Przyczyną odwołania dyrektor PISF z pełnionej funkcji jest naruszenie podstawowych obowiązków na zajmowanym stanowisku oraz naruszenie przepisów prawa w związku z listem dyrektor PISF do Christophera J. Dodda, prezesa Stowarzyszenia Amerykańskich Producentów Filmowych (...). W oficjalnym piśmie wydanym przez PISF (...) dyrektor Magdalena Sroka naraziła na szwank wizerunek Polski i polskich instytucji kultury na arenie międzynarodowej”.

O, cholera, ale w czym rzecz?

Otóż pani Sroka podpisała list, ale biedaczka nie znała jego treści, albowiem była zajęta na festiwalu w Cannes przygotowywaniem prezentacji. Jest całkowicie niewinna, w związku z tym rozwijaniem czerwonych dywanów, a nawet w osobnym piśmie wyjaśniła Prezesowi Stowarzyszenia Amerykańskich Producentów Filmowych, senatorowi Doddowi, że list był po prostu kompilacją półoficjalnych maili, pełnych niezbyt szczęśliwych sformułowań jakiejś bliżej nieokreślonej Osoby z PISF.
Pani Sroka tłumaczy:

„Kiedy się o tym dowiedziałam, napisałam do senatora Dodda i go przeprosiłam, zastrzegając, że treść listu, który otrzymał, absolutnie nie jest stanowiskiem polskiego rządu. Senator zrozumiał, napisał, że pomyłki się zdarzają i list zostawia tylko do swojej wiadomości.”

Czyli wszystko ok, ale w PISF znalazł się wredny PIS-owiec ( hi hi ), który list wyniósł i doniósł. W dalszej części wywiadu dziennikarka dopytuje o to, a wielkoduszna ex. Szefowa łaskawie zaznacza, że obejmując stanowisko nie mogła zwolnić wszystkich zwolenników „dobrej zmiany” ponieważ brzydzi się prześladowaniami z powodów politycznych. Acha. Czyli był ten nieszczęśliwy list… Przepraszam, ale zapomniałem wtrącić, czego, wedle słów pani Sroki dotyczyła cała ta dziwna korespondencja z senatorem. Otóż, nie zmyślam, chodziło o to, żeby amerykanie udostępnili polakom nagranie z wręczania Oscarów panom Wajdzie i Pawlickiemu! Nie wiem, jak to skomentować.

W każdym razie epistolografia zgubiła panią Srokę, chociaż:

- „A jednak ktoś go z PISF wyniósł i przekazał ministerstwu.
– Owszem, nawet wiem kto. Tylko jaka z tego korzyść wyszła dla polskiego filmu? Kiedy ministerstwo otrzymało list, od razu złożyłam wyjaśnienie. Opowiedziałam całą historię, przekonując, że sprawa została między PISF a senatorem i nie podzielam treści listu. Wydawało mi się, że minister zrozumiał i sprawa nie będzie miała ciągu dalszego. Myliłam się. Tak naprawdę list był tylko pretekstem do odwołania mnie. Mam wrażenie, że ministerstwo nie miało innego powodu. A to świadczy tylko o tym, że PISF był dobrze zarządzany i haków takich jak niegospodarność nie udało się znaleźć. Nie wypieram się swojej odpowiedzialności – pod listem jest mój podpis. Tego już nie zmienię.”

To są rzeczy, jak się dokładniej przyjrzeć, po prostu niesamowite, ale… Dalej bywa równie ciekawie. W końcu, to film!

Dlaczego polskim kandydatem do Oscara jest „Pokot” Agnieszki Holland?
…jakość, wartości artystyczne… Srutu tutu, oraz przede wszystkim to, że film zrozumie każdy widz, a także członkowie Akademii.

Zauważę na boku, że nie każdy, ponieważ przerwałem oglądanie tego beznadziejnego gniota po godzinie, nie rozumiejąc nawet, po co dręczę się czymś tak wypranym z rozumu. I nie chodzi mi o żadne tam przesłanie filmu, tylko po prostu nie cierpię, gdy ktoś robi ze mnie durnia.

A dlaczego nie „Wołyń”?

Tu zacytuję, ponieważ nie potrafię streścić zaprezentowanego przez panią Srokę rozumowania, ale najpierw dodam od siebie, że tego filmu nie próbowałem nawet obejrzeć, ponieważ wręcz fizycznie nie znoszę dzieł pana Smarzowskiego. W przeciwieństwie do pani Magdaleny. Uwaga cytat:

„– Nad tą kandydaturą też się zastanawialiśmy. Mieliśmy świadomość, że film jest absolutnie genialny, że przez następne 10 czy 20 lat nie powstanie nic tak fundamentalnego i ważnego. Ale „Wołyń” opowiada wątek polskiej historii, która zupełnie nie jest zrozumiała dla zagranicznego widza. To skomplikowany obraz – z mnóstwem bohaterów, galopującą akcją. Nie miałby szans, żeby powalczyć o Oscara właśnie z tego powodu – nieczytelności.”

Wielkie budżety, rozdzielnia kasy, pani Torbicka w polskiej komisji oscarowej. Taka Polska właśnie. Z ciekawostek dodam, że z tekstu można się dowiedzieć o planie uszczęśliwienia Krakowa, panią Sroką, jako nowym prezydentem, ale ona nie chce, ponieważ jest wielbicielką pana Majchrowskiego (w to akurat wierzę). Całość godna polecenia. Naprawdę.

Wiem, że to oznaka chamstwa, ale nie mogę się powstrzymać. Niech będzie, że to przypadkowa zbieżność, ale podczas czytania wywiadu, cały czas moje myśli krążyły wokół przywołanej w tytule dziecięcej wyliczanki. Im dłużej mieliłem ją w myślach, tym bardziej pasowała. Pamiętacie? Kolejne paluszki się zagina.

Gotowała sroczka jagiełki, temu dała na miseczkę, temu na łyżeczkę, temu dała w kubeczku, temu na podstaweczku… A temu nic nie dała, tylko łepek urwała i frr…Poleciała!

Szczęśliwej podróży!

sobota, 14 października 2017

Piątek trzynastego. O sukcesie pozornym i papierowej flaucie

Jak nie wozi się drewna do lasu, tak ja nie powinienem pchać się tutaj ze swoim towarem, i tak otaczanym dość powszechną pogardą. Wcale się zresztą nie dziwię, bo jakiż entuzjazm może wzbudzić sprzedawca wykrzykujący znad swojego wózka: - Nieświeże ryby! Nieświeże ryby! Tak już jest i będzie. Nawet nie zaklinam rzeczywistości. Zdaję sobie sprawę z tego, że powoli staję się śmieszny. I niech tak zostanie.

Wczoraj mnie ruszyło. Już od dawna nie śledzę losów mojej powieści „Prawo do powrotu” i nielicho zdziwiłem się, gdy kurier przywiózł mi paczkę egzemplarzy autorskich, co znaczy, że ukazała się wersja papierowa. Przyznam się, choć jest to nieco żenujące, że ucieszyłem się. Może ktoś nie lubi, ale ja lubię dotknąć, przekartkować, powąchać papier, a nawet znaleźć błąd drukarski. Książka jako przedmiot jest ładna. Pięćset cztery strony dość grubego papieru sprawiają, że „jest co wziąć w rękę”. W sam raz, żeby miło i w jakimś sensie odświętnie spędzić piątkowe popołudnie.

Ale dzisiaj sobota i od nowa trzeba godzić się z losem. Jeden, zafoliowany egzemplarz do archiwum, dwa dla córek, jeden dla przyjaciela i jeden na półkę, żebym, jeśli znajdzie się chętny do czytania znajomek, mógł mu pożyczyć. I tyle mojej, prawda, sławy pisarskiej. Nie będę w tym miejscu, co oczywiste, wygłupiał się pisząc o dystrybucji, obyczajach rynku itp. Tutejsza publiczność zna tematykę lepiej niż jakakolwiek inna.

Zauważę jedynie, że w moim przypadku, narodziny książki, są jednocześnie jej pogrzebem. Nawet nie jest ważne, czy powieść jest płodem poronionym w sensie pisarskim, czy nie. I tak nie ma prawa do oddechu. Dlatego wczorajsza, nieco dziecinna radość, dzisiaj głębokim smutkiem i zniechęceniem. Siedzę przy klawiaturze i dukam niezgrabne zdania. Nie użalam się nawet, bo niby na co? Nawet nie potrafię narzekać, a tym bardziej napisać, że nauczony doświadczeniem kończę z głupią pisarską manią raz na zawsze, ani bombastycznie zapowiedzieć, że stworzę teraz coś lepszego. Pustka, cisza morska. Ani optymizmu, ani pesymizmu. Nic.

Najgorsze i jedyne złe jest to, że niepomny na doświadczenia, jakie stały się moim udziałem, gdy ukazały się „Wypisy z księgi mroku” pochwaliłem się wydaniem książki w necie. Teraz żałuję, ale mleko już się rozlało i jestem dziwnie przekonany, że wszystko się powtórzy. Rzecz w tym, że od trzech lat choruję, co zmieniło życie moje i moich najbliższych, w niezbyt zachęcającą wegetację. Ludzie to widzą i taka książka działa na nich, niczym przysłowiowa płachta na byka. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, że ktoś, kto łazi po ulicach ich miasteczka mógł swoje bazgroły, po prostu sprzedać. Nigdy nie wkurzyłem się na tutejszych tak mocniej, niż wtedy, gdy po ukazaniu się „Wypisów…” znajomy zapytał mnie na ulicy, ile mnie kosztowała ta publikacja. Na jego szczęście, sens pytania dotarł do mnie nieco później. Znaczyło ono tyle, że wśród tych niewielu ludzi, którzy w ogóle wiedzieli o książce, poszedł chyr, że Jarecki odejmuje od ust najbliższym, żeby zaspokoić swoje chore ambicje. Teraz będzie podobnie. Na moją korzyść działa jedynie to, że od piątego października wreszcie znowu pracuję. To niewiele, a zważywszy na to, że pracuję w domu, i tak nikt o tym nie wie. Niestety pochwaliłem się książką. Z głupoty, bo niby z jakiego powodu?

Tak niewczesna radość zmienia się w trwałą przykrość. Ach ta moja Golina, miasteczko pisarzy i znawców literatury, skazana na to, że opisałem ją jako pierwszy, choć szczęśliwa i w tym, bo nigdy się o tym nie dowie.

Takie, widzicie, marudzenie człowieka, którego nic nie zadowoli. Mam nadzieję, że chociaż wkrótce zacznę tutaj coś publikować. Muszę się jeno wdrożyć w nowe obowiązki, które całkowicie przewróciły moje wewnętrzne porządki.

piątek, 1 września 2017

Futbol piramidą. Także finansową

Piłka nożna jest sportem, miliardowym biznesem, ale też machiną propagandową. Niestety, ale to, co w wydaniu popularnym przedstawiane jest za sukces, w rzeczywistości zwiastuje nadchodzący kryzys. Już teraz, niekontrolowany dopływ pieniądza i amok właścicieli najbogatszych klubów, wychodzi daleko poza granice sensownego biznesu.

Popatrzcie na to, wręcz histeryczne, gromadzenie piłkarzy, kreowanie juniorów na światowe gwiazdy. Te wszystkie galaktyczne, kosmiczne, historyczne… No, przecież brednia! Wielcy trenerzy, którzy zamiast szkolić piłkarzy, opowiadają w mediach, że bez transferów za pół miliarda, nie są w stanie osiągnąć sukcesu. Gówniarze, którzy po jednym udanym sezonie plują na klub, który dał im szansę zaistnienia. Ligi, w których poważna rozgrywka toczy się pomiędzy dwiema, trzema zespołami, podczas gdy reszta stanowi coraz śmieszniejsze w swej bezradności tło.

Twierdzę, że obecny kształt piłkarskiego Olimpu, w żadnym z przywołanych na wstępie aspektów, nie ma waloru pozytywnego. Codzienna ligowa i pucharowa - do szczebla ćwierćfinału LM - rywalizacja, z co sezon słabszymi rywalami, nie może w żaden sposób zostać uznana za sprzyjającą rozwojowi graczy. Eufemizm „finansowe fair play” przetłumaczony prawidłowo, to zakaz wydawania więcej, niż się zarabia. Taki to biznes. Aspekt propagandowy, to nie chwała poszczególnych klubów, ale to, co politycy mogą ugrać na istnieniu w ich państwach piłkarskich molochów. Dla takich korzyści, kryje się finansowe machinacje, umarza długi, tworzy cuda fiskalne, by przedstawienie mogło trwać.

Od lat najbogatsze (najwięcej wydające, najbardziej rozwielmożnione) kluby rozpowiadają, że czas stworzyć prawdziwą ligę, gdzie ku zachwytowi publiczności, będą mogły grać między sobą, nie potykając się o pętających się im pod nogami maluczkich. Takie, rozumiecie, piłkarskie NBA, tylko broń Boże, bez draftu. Taki ruch, choć wydaje się konsekwentnym ruchem ku zagładzie futbolu, jaki znamy, jest oczywiście tylko bajaniem, ponieważ takie rozgrywki nie byłyby w stanie zgromadzić budżetu, choćby na miarę Premiership.

Weźmy, szalenie topowy ostatnio klub, jakim jest PSG. Identyfikacja z jego sukcesami, we Francji jest żadna, no chyba, że za taką weźmiemy otaczającą go, delikatnie rzecz ujmując, powszechną niechęć. Nawiasem pisząc, jego główny rywal z księstwa Monaco, też nie jest zbyt popularny, o czym łatwo przekonać się, oglądając skróty meczów tamtejszej ekstraklasy. W tym sezonie, proces alienacji PSG będzie się tylko pogłębiał. Doczekamy się, mili moi, że słabiacy zaczną wystawiać na mecze z gigantami swoje rezerwy, bo prawdę pisząc, po co kopać się z koniem?

I teraz spójrzcie na takie hipotetyczne rozgrywki, gdzie będą grali sami wielcy. Nie wszyscy. Ups. Bez klubów z, Premiership, bo tamtejsi kibice daliby im bobu, gdyby zostali bez swojej najlepszej w Kosmosie ligi. No i bez Niemców, bo ci żartów nie znają. Tego się nie bójcie, to tylko gadanie, by wymóc na FIFA/UEFA rozmaite drobne ustępstwa.


Tak, wszystko zmierza ku ścianie. Rozpędzone piłkarskie stajnie ze swoimi galaktycznymi gwiazdami, absurdalnie rozwleczone, inflacyjne rozgrywki pucharowe, rozdęte, oszukańcze budżety, ta cała magia, która staje się nudna, gdy w końcu pieprznie w ścianę, nie będzie, czego zbierać. 

Wśród najdziwniejszych, najbardziej zabobonnych teorii ekonomicznych dwudziestego wieku, można znaleźć „teorię nieograniczonego rozwoju” ukutą w latach trzydziestych przez niejakiego Lawsona. Na szczęście, nie wiecie, o co chodzi i wiedzieć nie musicie. Wystawcie sobie, że to zapomniane dziwactwo, znalazło swoich nieświadomych czcicieli wśród działaczy i właścicieli klubów piłkarskich. 

Upraszczając: Współczesne piłka nożna jest po prostu wielką, kolorową, zachwalaną przez medialnych naganiaczy piramidą finansową. I rypnie. A huk będzie straszny. 

czwartek, 31 sierpnia 2017

Być faworytem

Najwyższy czas przyjąć do wiadomości, że reprezentacja Polski w piłce nożnej, do kolejnych meczów staje w roli faworyta. Znaczy to, że każdy stracony przez nią punkt będzie przykrą niespodzianką. Wiadomo, że jest to rola niewdzięczna, ale to powód do dumy, nie zaś trzęsienia portkami, że niby, kto wyżej wlezie, niżej spadnie. Nie jestem przesadnym wielbicielem rankingów, ale śmieszą mnie ludzie, którzy gorliwie wyliczają, ile to jest jeszcze na świecie drużyn lepszych, niż nasza, tak jakby koniecznie musieli udowadniać, że ewentualny sukces będzie szczęśliwym fuksem. 

Zwróćcie uwagę, że od prawie czterech lat, nasza reprezentacja tylko raz przegrała w meczu o punkty, do tego, na boisku mistrza świata 1-3. Najmłodsi dziecięcy kibice, ledwie wiedzą, co to smak porażki, ale starsi, na klęskach wyhodowani, chyba podświadomie tęsknią za dobrze znanym otoczeniem, czekając, kiedy ta passa zostanie przerwana.

Coś w naszej zbiorowej mentalności przeszkadza, w byciu pewnym siebie. Jakbyśmy lubili ponad wszystko sami sprawiać sensacje, ratować honor, w ostatnich azardach kłaść na szale… To szersze niż sam futbol, ale zacznę od niego i wspaniałego lata tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku. Cała ówczesna propaganda skierowana była na to, żeby przedstawić naszą reprezentację, jako biednego Kopciuszka, który owszem, ma swoje osiągnięcia w przesiewaniu maku, ale na światowym balu z pewnością wywali się jak długi. Komentatorów wprawiała w drżenie słaba gra w sparingach z drużynami klubowymi, na co nikt w świecie nie zwracał najmniejszej uwagi, a Polska stawiana była w gronie czterech, pięciu drużyn, mogących walczyć o najwyższe cele. I zawalczyła. Wszystko skończyło się dobrze, ale w decydującym meczu z RFN czegoś zabrakło. Może właśnie pewności siebie, która podwyższa poprzeczkę prawdziwego sukcesu, jaki w każdym turnieju jest tylko jeden.

Dzisiaj gramy tylko kolejny mecz eliminacyjny, ale już teraz należy uświadomić sobie, o co gramy. Cel dla prawdziwie silnej drużyny może być tylko jeden i nie jest nim ćwierćfinał MŚ. Z takim celem nie warto się w ogóle pokazywać w Rosji.

Miało być szerzej o pomniejszaniu, by podkreślić sukces, to będzie, w gęstym sosie historii na dodatek. Wszyscy, nawet najwięksi historyczni abnegaci, znają bitwę pod Grunwaldem. Można rzec, że jesteśmy tym chwalebnym zwycięstwem wręcz molestowani. Jej obraz utrwalony przez Długosza, Sienkiewicza i Matejkę, a na koniec przez reżysera Forda, został zakodowany raz na zawsze w naszej zbiorowej wyobraźni. Widzimy zakutych w stal butnych Krzyżaków, ich wielkiego mistrza zwalonego z konia przy pomocy rohatyny, naszych wielobarwnych rycerzy, nadrabiających techniczną przewagę wroga „siłom i ambicjom osobistom”. I jeszcze, szczyt nowości, wróg strzelał z armat.
A
 przecież prawda jest piękniejsza od zmyśleń. Dzięki znakomitemu wywiadowi, armia królewska wkraczając na tereny zakonu, doskonale wiedziała, że jest bitym faworytem przyszłego starcia. Inaczej nigdy nie doszłoby do bitwy. Mieliśmy, przy wyrównanej liczebności, znaczną przewagę jazdy ciężkiej, uzbrojenia i techniki wojskowej. Nawet armat więcej i nowocześniejszych. Król dysponował, wbrew dziwnym mitom, środkami finansowymi niedostępnymi Wielkiemu Mistrzowi. Nasi szli po swoje, od razu paląc i rżnąc, kogo popadło. Logistyka przygotowań, których finałem była bitwa, zadziwia nawet dzisiaj.

Reszta jest propagandą, początkowo stworzoną na użytek polskiej dyplomacji, a potem już tak zostało.  Na plac konnego starcia wprowadzono jakichś dziwnych ludzi w zwierzęcych skórach, bo przecież nie można było dopuścić, by na zachodzie poszedł hyr, że nasze, rozbijające się po tamtejszych dworach rycerstwo, wzięło bitwę na tyle poważnie, że nie łasząc się na okup, wyrżnęło swoich kolegów rycerzy. Trzeba było wprowadzić nieobeznanego z regułami chłopa z rohatyną, bo przecież pasowany rycerz Mszczuj, nie mógł zabić naczelnego wodza przeciwnej armii. A zabił, odarł do goła i zostawił ścierwo na polu. To było tak wielkie nadużycie, jakby w pierwszej minucie meczu z Danią, Kamil Glik najpierw udusił bramkarza przeciwników, a następnie sędziego.


Teraz na szczęście, nie grozi nam oglądanie podobnych ekscesów. Niemniej nie wspomniałem słynnej bitwy na darmo. Piłka nożna też jest historią starć. Mniej krwawych, ale zawsze. I piłkę otacza propaganda. Chciałbym kiedyś usłyszeć, przeczytać, że idziemy po swoje. Że jesteśmy lepsi, mentalnie przygotowani do zdobywania najwyższych celów. Że nasza piłkarska armijka jest przygotowana, nie do wygrania eliminacji, dojścia do bezsensownego ćwierćfinału, a do walki o pieprzony Puchar Świata.  

czwartek, 24 sierpnia 2017

Telewizja publiczna i przyjaciele

Poniższy tekst jest w pewnym stopniu nadużyciem, ponieważ telewizji w telewizorze prawie nie oglądam. Nie oglądam, a mam pretensje. Taki mnie duch opanował, protestacyjny. To „prawie” ma wyjątki. Pierwszy dotyczy sportu, drugi programów informacyjnych.

Na dodatek, jeśli chodzi o sport, doceniam starania, owocujące odzyskaniem transmisji imprez ważnych. Nie w tym rzecz. Proszę tylko, o odpowiedź na najprostsze w świecie pytanie:

- Jak to jest możliwe, że kanał TVP Sport nie jest dostępny w najtańszej ofercie komercyjnych platform cyfrowych?

Wbrew pozorom jest to bardzo poważna kwestia, która dotyka sedna telewizyjnego biznesu. TVP wykładająca miliony na transmisje, jawnie klęka przed Solorzami tego świata, zupełnie jakby nie miała żadnych atutów w ręku, bo chcąc oglądać transmisje na takim cyfrowym Polsacie, trzeba dorzucić dodatkowo do sakiewki, dzierżonej przez zaprzańców tego świata. Wiem, ponieważ moja szanowna teściowa, ma zarówno telewizor, jak i cyfrowy Polsat właśnie.

Oczywiście, można oglądać TVP Sport w necie. Tyle, że stream produkowany przez TVP jest tak beznadziejny, że ostatnie pucharowe mecze nieszczęśliwego Lecha Poznań musiałem oglądać na stronach piratów, transmitujących stream TVP, bo na oryginalnym paśmie było to niemożliwe. Nie był to jedynie mój problem, o czym świadczyły komentarze innych meczoholików.

Druga kwestia, to programy informacyjne, bo o tak zwanej publicystyce, szkoda w ogóle pisać. 

Początkowo, nie ukrywam, dla samej satysfakcji, że nie muszę wreszcie oglądać fałszywych gąb, zaprowadzonych w telewizji za peowskiej komuny, oglądałem TVP Info na ekranie mojego monitora. Już nie mogę. Tak, jak wywaliłem TVN24 czy pozujący na obiektywizm Polsat, tak pozbyłem się też manii oglądania/słuchania, naszej rzekomo, telewizji publicznej.
Niewiele wymagam, że pozwolę sobie przypomnieć słynną wypowiedź Arystydesa Brianda o podległym mu korpusie dyplomatycznym, ale… Kto zna, wie. Kto nie zna, niech się podciągnie we własnym zakresie.

Czy oddzielenie informacji od publicystyki wymaga jakichś nadzwyczajnych umiejętności? Jakiegoś wielkiego rozumu? Przy kolacji mam często nieprzyjemność oglądać Wiadomości.  Ten, podstawowy program informacyjny jest po prostu chory! To nie jest czas na prezentację felietonów wzmożonych prawicowo redaktorów, tylko na podanie informacji, do cholery! Guzik mnie obchodzą przemyślenia młodego Wildsteina, Rachonia, czy kto tam pisze teksty pod obrazki. One są niewarte nawet tego przywołanego guzika. I ten głos lektora, żywcem z komuszych kronik. To akcentowanie, oburzenie…

Walę w tę hucpę, ile mogę na twitterze, a w zamian czytam, że tak trzeba, bo TVN, bo Wyborcza… A może ja mam taki kaprys, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w świecie, poza zamachami terrorystycznymi? A może nie interesują mnie kłamstwa Wałęsy, który od lat jest tylko postacią żywcem wyjętą z dzieł Mikołaja Gogola? Informacji łaknę, nie komentarza! Czy to tak trudno pojąć?

Filmów ani, pożal się Boże, rozrywki nie oglądam. No czasami, z przywołanych powyżej kolacyjnych powodów, teleturniej „Jeden z dziesięciu” ale Sznuk, to jest Sznuk! Gdyby tak resztę podciągnąć do jego poziomu… Marzenia, prawda, ściętej głowy.


wtorek, 15 sierpnia 2017

Prawo do powrotu. Premiera powieści, czyli krew i dynamit

Już sam pomysł, żeby napisać tekst o własnej książce, która właśnie ukazuje się na wspaniałym, pełnym autorów i dzieł najwyższej próby rynku polskiej powieści, czyni mnie w oczach większości potencjalnych czytelników, człowiekiem niegodnym. Nawet fakt, że w poniższym tekście nie znajdziecie słowa zachęty, by nabyć moje dzieło, w żaden sposób mnie nie usprawiedliwia. Autora nie tłumaczy dosłownie nic, ponieważ z założenia jest namolny i podstępny. Jeśli otacza go aura reklamy i przyjaznego środowiska medialnego, wtedy czytelnik, w razie poczucia klęski w kontakcie z dziełem, ma na kogo zwalić winę za rozpowszechnianie bredni, a autor chodzi sobie na swobodzie, niczym ta niewinna lelija. Ja na taką pobłażliwość liczyć nie mogę. W najlepszym wypadku zostanę skwitowany wzruszeniem ramion, a wydawnictwo, które wyłożyło forsę, odeśle mnie następnym razem, do wszystkich diabłów.

Nie bierzcie tego, co napisałem powyżej za wyraz defetyzmu, czy jakiegoś zabobonnego odczyniania uroków. Nic z tych rzeczy.

O czym jest „Prawo do powrotu”?

Wydawca raczył określić powieść mianem: fantastyczno – przygodowej. I niewątpliwie jest to rzecz fantastyczna, a z racji przygód przeżywanych przez bohaterów, można ją też z powodzeniem nazwać przygodową. Przy takich założeniach, wystarczy spojrzeć na tutuł, by zrozumieć, że mamy do czynienia z daleką krewną „Odysei”. To nie wartościująca opinia, albowiem jest to rodzina, do nieprzyzwoitości liczna i zróżnicowana.

W pewnym sensie jest to powieść o mnie. Nie w sensie fabularnym, oczywiście, ale trudno uniknąć wątków autobiograficznych, skoro rzecz jest pisana w pierwszej osobie, a towarzyszem narratora jest całkiem żywy i żwawy eks bloger, a obecnie mój chimeryczny przyjaciel. Tak być musi, ponieważ z innej strony patrząc „Prawo do powrotu” jest powieścią o pisaniu, o samym procesie twórczym. I nie jest to ukryte w alegorii, a jawnie, z flakami, wywalone na stół.

W historii literatury nie jest wielką osobliwością, że integralną częścią powieści jest inna powieść, ale wzajemne stosunki autora i tworów jego umysłu, dość rzadko wchodzą w interakcje, które są czymś więcej, niż literackim żartem. Nie mam zamiaru zdradzać fabuły, a już szczególnie sposobu, w jaki rozwiązałem piętrzące się przy takich założeniach problemy. Niech to, dla większości z was, pozostanie na zawsze tajemnicą.

W sumie, wiedza o tym, co dzieje się z bohaterami powieści, gdy autor wystuka na klawiaturze magiczne słowo „Koniec” nie jest specjalnie potrzebna, w życiu i tak przesadnie gwarnym i ludnym. Swoją drogą, spotkałem się już z opinią (wszak nie jest tak, że dotychczas byłem jedynym czytelnikiem powieści) że książka jest emanacją marzeń o życiu prostym, pełnym jednocześnie napięć i zagrożeń, ale takich, do których rozwiązania można samemu przyłożyć rękę. Można spojrzeć i pod takim kątem.

Poniżej link, pod którym można nabyć „Prawo do powrotu”. Jest tam i darmowy fragment, z którego można co nieco wywnioskować, gdyż wydawca pokazuje w całości pierwszy z osiemnastu rozdziałów.


Dodam na koniec podziękowania, które zamieściłem w książce. Jako, że jest to moja pierwsza powieść, nie od rzeczy i tu, na blogu, jest przytoczenie tych, bynajmniej nie kurtuazyjnych ukłonów.

„Bemikowi, która brnęła wraz ze mną brzegiem tej zdawałoby się meandrującej w nieskończoność rzeki. Karolinie, Ance, Iwonie, dzielnie dodającym mi sił, gdy brako-wało sensu. Sławkowi za dostojną krytykę. Igle nie tylko za dość cenne (jak na niego) uwagi, ale przede wszystkim za to, że zgodził się wystąpić w powieści, co jest nie lada wyczynem i aktem odwagi. Pani Izabeli za ostatni szlif, a także miastu, mojej słodkiej Golinie, którą zniszczyłem i odbudowałem pod rozgrzanym lipcowym niebem.”

Dzisiaj powieść ukazuje się w formacie PDF, ale to oczywiście nie koniec. Będą inne, a na koniec wersja papierowa, dla tradycjonalistów, do których, wstyd przyznać, sam należę. W związku z tym zaznaczam, że to nie ostatni godny pogardy mój tekst. Ten nie tchnie zbytnim optymizmem, ale nie wykluczam, że kolejne, gdzieś tam, w przyszłości, będą uśmiechnięte.


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Model. Ujęcie popularne. Wersja dla zaawansowanych

Klęska szeroko pojętej prawicy w trwającym na polu kultury starciu wydaje się oczywista. Choć mecz trwa, wynik zero do pięciu, nie pozostawia złudzeń i ma znaczący wpływ, na toczący się obok mecz informacyjno – propagandowy. Dzieje się tak, ponieważ nie zakwestionowano samego Modelu, stawiającego na piedestale instytucje i ludzi, w mierze zgoła nieproporcjonalnej do ich wartości.

Nie zakwestionowano, ponieważ to bardzo intratny piedestał i wydało się niektórym, że stosunkowo łatwo będzie zepchnąć bezproduktywne złogi w niwecz, samemu zajmując ich miejsce. Była to myśl dziecinna i szkodliwa. Model, bowiem został stworzony razem ze wzrostem znaczenia kultury popularnej, razem z budową systemów promujących kulturę wyższą wśród ludu, a z tego jasno wynika, że nie ma tam miejsca dla jakiejś „kultury prawicowej”. Takowa, przynajmniej w istniejącym Modelu zawsze będzie aberracją i przykładem jawnej uzurpacji, ponieważ przy istniejącej strukturze, nikt nie jest w stanie wspiąć się na tyle wysoko, by jego głos był słyszalny, bez akceptacji jawnych i tajnych kapituł rządzącym modelem od wewnątrz. To, oczywiście, żadna polska specyfika, ale nasz Model wydaje się szczególnie trwały, gdyż został wykuty z przedwojennych pierwocin, w ostatecznej postaci, na moje oko, w latach sześćdziesiątych, a zmiany polityczne i rynkowe, jedynie pozwoliły podnieść wysokość premii za bycie uznanym artystą i takie rozszerzenie wachlarza oferty, że na piedestał wpuszczono prawdziwą już hołotę. Ale to niczyja wina i trend, że tak się wyrażę, światowy.

Niektórzy ludzie dziwią się, jak to możliwe, że na stu aktorów, reżyserów, pisarzy, śpiewaków, dyrektorów domów kultury i tym podobnych osób, ponad dziewięćdziesięciu ma identyczne zdanie na tematy społeczne i polityczne, co biorąc pod uwagę wyniki wyborów, stawia to zacne grono, zaraz obok pensjonariuszy zakładów karnych. Sprawia to dziwne wrażenie, jakoby ci drudzy także przepełnieni byli ideałami demokratycznymi, humanizmem i zamiłowaniem do nowości obyczajowych. Takie myślenie polega na grubym nieporozumieniu. Jedyne podobieństwo pomiędzy pensjonariuszami a ludźmi kultury, poza tym, że są utrzymywani z zasobów skarbu państwa, polega na prawidłowym odczytaniu przez nich rzeczywistości, czego w żaden sposób nie potrafią zrozumieć krytycy jednych i drugich. Chodzi o stabilność i bezpieczeństwo, a to przecież nie byle, jakie motory. 

Nie siedziałem nigdy w pace, ani też nie wspiąłem się, choć na pierwszy stopień Modelu, ale nie wierzę, że ludzie trafiają tam z powodu wyboru poglądów politycznych. Do powyższego akapitu, pasuje klasycznie brodate: Byt określa świadomość.

W Modelu, który tworzy i awansuje ludzi przez kooptacje, unifikacja poglądów jest koniecznością, mimikrą pozwalającą przeżyć i odnosić sukcesy. Co miałby tam robić twórca o skrajnie odmiennych poglądach niż większość, w ogóle nie wiadomo. No, chyba, że dano by mu rolę „kwiatka przyczepionego do kożucha”, ale ta rola jest już obsadzona przez szczerze wiarygodnych towarzyszy. 

Można sarkać, śmiać się z opiniotwórczej roli około czerskich mataczy od kultury, ale nic, kompletnie nic, z tego nie wynika. Oni rządzą i będą rządzili do końca, tym chybotliwym, coraz marniejszym Modelem, ale gdy spojrzy się na modele powstające niejako w kontrze, trudno nie odnieść wrażenia, że istnieją tylko, jako wyraz rozczarowania niemożnością wspięcia się ku szczytom, sankcjonowanym przez wrogi, najeżony „lewackim humanizmem” obóz.

Przymus recenzowania i bycia recenzowanym wskazuje, kto aspiruje do bycia panem, a kto tym panem jest od pokoleń.  Nie pomoże przekierowanie strumienia państwowej forsy w kierunku złaknionych „prawych” ani przekupstwo wobec napęczniałego oburzeniem Modelu. Jedno skorumpuje nędzę, która ogłasza się alternatywą, drugie wzmoże jedynie rytualny wrzask. To żadna nowość. Kultura, w znaczeniu popularnym, to bardzo śliska rzecz. Nie od rzeczy przypomnieć los cesarza Nerona, mogącego stanowić wzorzec władcy dotującego i promującego kulturę ( oraz sport wyczynowy ), który na koniec musiał sam się przebić, albo został dorżnięty. Nie wiadomo.

Dopóki nie zostanie zakwestionowane samo istnienie Modelu, nic z tego. Przegrany mecz będzie trwał, a ja będę zmuszony czytać, co byle pierduśnik ma do powiedzenia o Polsce, albo patriotyczną krytykę wypowiedzi tegoż pierduśnika, spod pióra „naszego” wicepierduśnika. Nie ma odpowiedzi na pytanie, jak stworzyć „naszego” Wajdę, czy innego, ale „naszego” śpiewaka, którego pokochają miliony. Nie ma odpowiedzi, ponieważ samo pytanie jest bezsensowne. Kto łaknie utożsamienia z obecną polską kulturą, musi utożsamiać się z Modelem, który z kolei musi zębami i pazurami trzymać się płaszcza, odchodzącego w przeszłość majestatu. To nie wybór, przemyślenia, czy ideologia, ustawiają szyki przed kolejną turą zmagań. Na razie jest zero do pięciu, a kolejne gole, jak mówią sprawozdawcy sportowy, wiszą w powietrzu.

Kończę ten, pełen cudzysłowów i tajemniczego słowa „model” tekst z prawdziwą ulgą. Kto dobrnie, też pewnie odetchnie swobodniej, wiedząc, że autor, odchodząc od klawiatury, wzruszył ramionami i zaśmiał się śmiechem cynicznym. Tu też powinienem postawić cudzysłów, bo to cytat z piosenki, ale nie postawię, bo w nosie mam Model i jego wartości!




środa, 9 sierpnia 2017

O naciskach epistolograficznych i kulturze całkiem niepodległej

Jako znany cham i prostak, mam awersję do kultury, a gdy słyszę, że ktoś jest „człowiekiem kultury” zaraz, na wszelki wypadek, spluwam przez lewe ramię i mówię: A kysz! Może mam jakieś kompleksy, albo za dużo czytam? Nie wiem, może coś całkiem innego, ale to bardzo silna awersja. Wczoraj wystarczyła wzmianka o planowanej bohaterskiej superprodukcji, a dzisiaj znowuż natknąłem się na list zbiorowy, właśnie tych całych ludzi kultury, oraz osobny apel środowiska, które przyjęło dość mylącą nazwę „Kultura niepodległa”.

List, podpisany przez tysiąc dwieście osób płci obojga, zawiera szereg charakterystycznych dla obecnie promowanej nowomowy zwrotów. Szczególnie urzekł mnie zwrot: My, polscy pisarze, artyści i naukowcy… Nie przeczę, że pod listem podpisali się pisarze, artyści czy naukowcy, ponieważ sama wyliczanka, nie jest wartościująca. Rzecz w tym, że już zawsze, zaśpiew zaczynający się od „My” będzie mi się kojarzył z sierpniowymi babami, protestującymi przeciwko strajkom, jako: My, kobiety polskie! Zapamiętałem, bo strasznie to złościło moją mamę, która zaraz groziła: Już ja wam dam kobiety!  To taka dygresja.

Dalej w tym liście jest, że sygnatariusze zdają sobie sprawę, że słowo jest słabsze w konfrontacji z siłą, co w przypadku kilku podpisanych pisarzy, z których dziełami raczyłem się zapoznać, jest akurat prawdą. Nawiasem mówiąc, od ich słowa, silniejsza jest nawet marchew, ale to już nie moje zmartwienie.

Oczywiście jest tam i o zamachu stanu, i o tym, że konstytucja jest emanacją woli narodu, przez co stoi nieco wyżej, od tegoż narodu zachcianek. Ogólnie, ton jest dość dramatyczny, pewnie dlatego, że nie po to ludzie kultury są właśnie ludźmi kultury, by zawracać sobie głowę czymś więcej niż emocjami.

Zabawna, w tym liście skierowanym do prezydenta Andrzeja Dudy, nie jest łatwa do przewidzenia treść, a nowatorska w pewnym sensie metoda epistolograficzna. Otóż list ten, zaopatrzony w ponad trzysta podpisów ludzi wybitnych, a nawet luminarzy, został wysłany dziewiętnastego lipca, a dwudziestego czwartego, po zdobyciu kolejnych, ponad ośmiuset autografów, wysłano go ponownie. Nie wiem, czy nadal są zbierane podpisy, ale jeśli tak, można jeszcze wiele razy zwiększyć przy ich pomocy siłę nacisku na głowę państwa. Przy okazji, list przed kolejnym wysłaniem, mógłby przejrzeć jakiś wybitny polonista. To nie robota dla chama i prostaka w jednym.

Druga inicjatywa, zwaną „kulturą niepodległą” jest na tyle enigmatyczna, że trudno znaleźć jej oryginalne deklaracje, a o jej istnieniu dowiedziałem się, z cytującego jej postulaty i manifest, portalu wpolityce, do którego mam, delikatnie rzecz ujmując, ograniczone zaufanie. Być może wyjaśnienie jest prozaiczne, skoro „niepodlegli” szykują wielkie otwarcie na początek września. Jakoś te inicjatywy się zazębiają i znając chłopski spryt naszych elit, to kulturalne wzmożenie może być starannie zaplanowanym posunięciem.

W każdym razie, w opublikowanych materiałach, pod powierzchnią komunałów o dostępie do kultury, o niezależności i tym podobnych banialukach godnych pięciolatka, kryje się ostry korporacyjny nóż, którym „ludzie kultury” wymachują w celu aż nazbyt oczywistym, który można streścić w jednym, konkretnym zdaniu: Dawajcie nam forsę, tylko nam ją dawajcie!


Tak, jestem złym człowiekiem. Nie ufam, nie doceniam i przede wszystkim nie daję się nabierać. Z nabieraniem, szanowni artyści, proszę się wybrać pod inny adres, do tych, którzy czują potrzebę bycia przez was recenzowanymi, utożsamiać się z waszymi sukcesami, do ludzi, którzy zagrożenie dla wolności widzą w tym, że być może dostaniecie mniej forsy, niż tego oczekujecie. Są tacy. 

Zadziwiające, ale są. Pewnie z nimi i dla nich, chcecie czcić stulecie niepodległości, co dość śmiało deklarujecie. Życzę powodzenia, o ile nie będę zmuszony do czytania czy oglądania waszych dzieł, które powstaną z tej okazji. Także tych, z pięćdziesięciotysięcznych mini-grantów, które jak raz, zaczął rozdawać minister kultury. 

wtorek, 8 sierpnia 2017

Dykta

Wstrząsająca wiadomość, że Polska Fundacja Narodowa, dysponent stu milionów złotych, darowanych jej przez Spółki Skarbu Państwa zabiera się za promowanie Polski poprzez międzynarodowe produkcje filmowe dotarła do mnie za pośrednictwem strony braci Karnowskich wpolityce.pl. Przymierzają się do rozmów z panem Eastwoodem oraz jakimś Melem Gibonsem. Ten drugi zwrócił od razu moją uwagę. Wiem, wiem, to tylko literówka, ale doskonale nadaje się na symbol, całej tej hucpy.

Jeden film ma być o Amerykańcach walczących ramię w ramię, w latach 1918-1920 jak zrozumiałem z zapowiedzi pana Cezarego Jurkiewicza, prezesa fundacji, który łaskawie dodał, że będzie to film ciekawy. 

Drugi, to prawdziwe kuriozum. Nie ze względu na tematykę Powstania Warszawskiego, a sprytny pomysł, by wykorzystać akurat barykadę w alejach Jerozolimskich, o której z taką pasją przemówił prezydent Trump. Dosłownie widzę koła zębate, obracające się w głowach patriotycznie nastawionych dysponentów naszych stu baniek. Obracają się, obracają… Aż tu nagle bingo! Przecież, jeśli ten film jakimś cudem powstanie, na sto procent, jak w dobrej amerykańskiej produkcji, będzie zamykała go współczesna sekwencja z przemawiającym Trumpem. To jest, przepraszam za wyrażenie, ale żadne inne nie pasuje, tak zajebiste, że aż przyklęknąłem z szacunku na dywanie, co wykorzystała suczka Aza i zaraz polizała mnie po nosie. Film ma się nazywać „Jerusalem Avenue”, co już jest dobre, samo w sobie. Jeśli poza, wieńczącym dzieło Trumpem, dodamy powiewający gwiaździsty sztandar, międzynarodowy sukces murowany. Może tylko jakiś ciemny, prowincjonalny Chińczyk zdziwi się, że Amerykanie zbombardowali Jerozolimę, ale kto by się tam liczył z prowincjonalnymi Chińczykami.

Na szczęście, od ględzenia do realizacji droga daleka. Za każdym razem, gdy temat powraca, a wraca niczym bumerang, przypomina mi się szmonces o Żydówce, która dostała od kucharki bogacza przepis na świąteczną babkę: Sześć jaj? Mam dwa, starczy. Mleko? Bez przesady, dam wodę. Bakalie? Jeszcze, czego! Cukru nie mam, ale sacharyna jest. Piec w piekarniku… - czyta. Nie mam piekarnika, ale można i w gorącym popiele. Upiekła i próbuje: - Tfy! Jak bogacze mogą jeść takie świństwo!


Tak to się skończy. Zamiast Mela Gibsona, nakręci rzecz jakiś, właśnie, Gibons, albo nawet całkiem swojski Gibon, Trump przemówi, sztandar załopoce i można się będzie zabrać za kręcenie filmu o Bolesławie Chrobrym, gromiącym Niemców. O ile, oczywiście, budżet się dopnie i zazębi z talentami twórców, o co nietrudno, gdyż ludzie kultury w sposób szczególny dbają o swoje uzębienie, by móc się wzajemnie gryźć i podgryzać.

środa, 26 lipca 2017

Polacy to ludzie łagodni

Codzienne emocje spowodowane nawalankami politycznymi sprawiły, że ludzie, a myślę o zawodowych i amatorskich komentatorach polityki, oraz samych politykach, nie zaś o mądralach, którzy wykorzystując zamieszanie, przynoszą z lasów kosze prawdziwków, albo trzęsąc się z zimna, udają, że świetnie się bawią na urlopie, że ci wyróżnieni zbieraną latami wiedzą ludzie zupełnie zapomnieli, co to jest ta cała polityka. (Przesadziłem z tym zdaniem, ale niech zostanie). W dawnych czasach, gdy pilniej bawiłem się pisaniem, lubiłem rozpoczynać tekst od uwagi, że ludzie są naprawdę dziwni. Bo są, a z każdym rokiem stają się dziwniejsi.

Weźmy, na przykład, jedną z najpopularniejszych narracji, która pojawiła się po zawetowaniu przez prezydenta RP, pana Andrzeja Dudę dwóch wiadomych ustaw. Jest interesująca o tyle, że używają jej obydwie strony sporu i obydwie nie bardzo chyba rozumieją, co tak naprawdę komunikują swoim wyborcom. Chodzi o powielaną masowo brednię, że decyzja prezydenta została podjęta, łamane na wymuszona, pod wpływem krzykliwych protestów, organizowanych przez wysoko płatnych, lub tylko głupio-bezczelnych aktywistów.

Liderzy opozycji, którzy tkwią w powodowanym bezradnością stuporze, chętnie szukają poklasku, choćby kosztował lizanie zgoła byle jakich pup. Niczego nie nauczył ich romans z panem Kijowskim. Oni, w moim przekonaniu, są wysoce uodpornieni na wiedzę. Ale doprawdy, żeby nie przemknęła im przez głowy myśl, że zgoła niepotrzebnie uzależniają się od chimery, to już doprawdy dziwne. Opowiadając brednie o wymuszeniu/skutecznym nacisku, sami siebie stawiają niejako poza nawiasami realnej polityki. Czy na to pan Schetyna tak pilnie inwestował w uzębienie, by teraz kłaniać się jakiemuś trójzębnemu typkowi z prośbą o umożliwienie zabrania głosu na jakimś idiotycznym wiecu? Nie siłę pokazali tylko beznadziejną słabość. Do już beznadziejnego hasła „ulica i zagranica” dodali menelstwo. Przecież widać jasno, że w ostatnie ekscesy wpakowano sporo forsy, w związku z czym powstały tak zwane długi wdzięczności. Czy to zysk, dla takiej Platformy Obywatelskiej?

Niestety, ale spora część, wzmożonych politycznie i moralnie zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, którzy zajmują się obecnie głównie łajaniem Prezydenta, ochoczo podchwyciła tę idiotyczną narrację i rozpowiada, że od teraz wszystko już będzie można wymusić na panu Dudzie. Blogerzy, twitterowi mądrale, dziennikarze, a nawet politycy opowiadają te duractwa z całkowitą powagą. Dla nich też polityka przestała istnieć, zastąpiona przez emocje, a w najgorszym przypadku, przez grę na takowych. W pierwszym szeregu, jak zawsze nieoceniona Gazeta Polska, której redaktorki i redaktorzy, wedle tego, co mówią i piszą, wygrali ostatnie wybory parlamentarne i prezydenckie. Kolejny, prawda, suweren, zaraz po konstytucji - ustawie zasadniczej, jakby nie patrzeć. Skoro i oni twierdzą, że Polską rządzą wrzaski, tupanie, i walenie tyłkami w policyjne bariery, niech sobie wrzeszczą i tupią do woli.

Wszystko ma być proste, natychmiast, bo inaczej… Wszystko jest sprawą życia i śmierci. Jedni bez Sądu Najwyższego, w jego obecnym, nędznym i ułomnym stanie, po prostu żyć nie mogą. Drudzy, bez natychmiastowych zmian, chyba nie doczekają końca wakacji. Jedni, od dwóch lat budują swoje nędzne kariery na opluwaniu przy każdej okazji Prezydenta, drudzy, na razie półgębkiem, ale ochoczo dołączają, z innej nieco mańki.

Ktoś spyta, o ile znajdzie się taki dobrodziej, który doczyta do tego miejsca: Ale, o co ci chodzi, skoro wszyscy wiemy, że emocje, szukanie politycznej tożsamości, że ludzi tylko wyraźne stanowisko interesuje?

Otóż nie. Polityka, to nie seria gorączkowych, pisanych pod wpływem emocji komentarzy, a trwający latami proces, droga prowadząca do celu, nierzadko poplątana, bywa, że manowce wiodą na pokuszenie, ale dopóki nie ulega zmianie cel, do którego dążymy, nie ma powodu drzeć szat i gąb niepokornych. Polacy to ludzie łagodni, społeczeństwo, które jest w swojej masie na tyle rozsądne, że nie unikając politycznych błędów i niedorzeczności, przecież jest najgorszą w naszej słodkiej Europie pożywką dla radykalizmów. Prawo i Sprawiedliwość po latach niepowodzeń wygrało wybory, bo przemyślawszy jak się sprawy mają, stało się emanacją takiej właśnie postawy. Przede wszystkim stąd wynika furia tak zwanych elit, które w pogoni za efekciarskimi nowinkami dawno temu skonsumowały własny ogon.

Dlatego uważam ruch Prezydenta za słuszny, bo łagodzący. I nie chodzi tu wcale o łagodzenie ulicznych wrzaskliwców, bo na nich skuteczny byłby kij, albo, chociaż odspawanie tej dziczy od koryt i korytek, przy których nabierają sił, by pluć na swoich naiwnych darczyńców. Wszyscy dostali trochę czasu na przemyślenie własnych postaw i koncepcji. Wszak nawet zawzięty pojedynek bokserski jest podzielony na rundy, w przeciwieństwie do ulicznego mordobicia, gdzie nikt nikogo nie wachluje ręcznikiem w antrakcie. Nie tylko sport ma swoje ramy, ale na szczęście polityka też. 

Dlatego ci, którzy chętnie wychodzą poza jej ramy, są jak bokser, który w przerwie walki, podbiega do siedzącego w przeciwnym narożniku przeciwnika i zaczyna go dusić.
Bez bólu mogę przyznać, że Prezydent dał też szansę opozycji, na zweryfikowanie swej destrukcyjnej strategii. Na razie widzę, że ta nie ma zamiaru z tej szansy skorzystać.

A publiczność patrzy! 

                    

niedziela, 23 lipca 2017

O motywowanej politycznie nienawiści codziennej

Dzisiaj coś osobistego, może z powodu niedzieli, a może złości, która dopadła mnie i nie puszcza. Mówię jej, żeby sobie poszła, a ona trzyma, zaciśniętym kułakiem pod żebrami wierci. Napiszę tekst, pójdzie sobie. Przynajmniej tak obiecała.

Nie żadne wielkie sprawy, polityczne wrzaski, wymachiwanie sztandarami mitów i rozdrażnień, a drobne, skutkujące bezradnym smutkiem wydarzenie, sprawiło, że moja pogarda dla graczy podjudzających hołotę przeciwko Polsce, a pośrednio przeciwko każdemu z nas i w końcu przeciwko sobie nawet, weszła na wyższy poziom.

Mam pięćdziesiąt cztery lata, w różnych bywałem sytuacjach, znałem ludzi na widok których człowiek normalny przechodzi natychmiast na drugą stronę ulicy, ale wyznam, że nigdy nie przeżyłem czegoś takiego, jak moja, będąca w ósmym miesiącu ciąży córka. Ktoś, po przeczytaniu, o co chodzi, wróci być może ze zdziwieniem do tego akapitu, uznając, że wytoczyłem armaty przeciwko wróblowi, ale to kwestia wrażliwości. Rzecz dzieje się w miejscu publicznym, w cywilizowanym, jak się wydaje, Ostrowie Wielkopolskim, wśród ludzi, którzy są jak najbardziej Polakami, a którym politycznie motywowana nienawiść całkowicie odebrała rozum. Ich celem jest ciężarna kobieta i dwóch malców: trzecioklasista i trzylatek. Jasne, gdyby z nimi był mój zacny a potężny zięć, dzicz milczałaby pokornie, w swych ciemnych duszach mieląc przekleństwa. Niestety, ktoś musi pilnować biznesu, bo żyć i zarabiać trzeba, a i zakupy zrobić, także. Moja dzielna córka opisała wydarzenie tak:

„Śmieszki heheszki pary po pięćdziesiątce za moimi plecami podczas dzisiejszych zakupów. Zapewne ciężarna matka dwójki chłopców, (z których jeden radośnie śpiewa sobie, „Gdy Pan Jezus był malutki nigdy nie próżnował") to doskonały przykład pisowskiej roszczeniówki pińcet plus. Więc teksty typu:
- "Pińcet ci zabiorą, ale dzieci zostaną... He he"
- "Narobią dzieciaków to nie będzie skąd brać już na te pińcet... "
Są jak najbardziej dowcipne i na miejscu.”

Nic wielkiego, prawda? Może to nawet wydarzenie jedno z miliona podobnych. Nie wiem, bo gdyby coś takiego zaszło w mojej obecności, być może przez jakiś czas, nie męczyłbym was swoimi tekstami. Jeśli nadal dziwicie się, czemu o tak drobnym piszę incydencie, jesteście tymi, którzy stali w tej kolejce i na wszelki wypadek odwrócili głowy, czyli prawdę pisząc, wy też jesteście moimi wrogami.

Powtarzam. Przeżyłem ponad pół wieku, z czego znakomitą większość, jako polityczny radykał. Nie jestem ani dobry, ani czułostkowy, ale osobiście nigdy nie zaznałem podobnej przykrości, motywowanej tak dramatycznie niskimi pobudkami. Nie mogę udawać, że nie wiem, kto pobudza hołotę do takich zachowań. Hołotę, na dodatek, w moim wieku, czyli ludzi, którzy teoretycznie rzecz ujmując, zostali podobnie jak ja wychowani. Może nawet lepiej, staranniej… Może gdzieś na internetowych forach ci ludzie pouczają mnie o demokracji, wolności… Obłęd.

Nie dla popisu przywołałem tu ludzi, na widok których, człowiek normalny przechodzi na drugą stronę ulicy. Znałem takiego. Tatuaże na twarzy, dwa morderstwa na koncie i szczerze mówiąc kawał skurwysyna. Niemniej w mojej przytomności, reagując, jako pierwszy, pomógł ciężarnej kobiecie wystawić z autobusu wózek z dzieckiem. Ta kobieta pobladła ze strachu, widząc takiego pomagiera, ale grzecznie podziękowała, a on wskakując do autobusu, zwrócił się do swoich równie paskudnych kumpli, z prostym wyjaśnieniem:

- W końcu to kobieta, i do tego w ciąży.




piątek, 21 lipca 2017

O metodzie przypisywanej szaleństwu

W tym szaleństwie jest coś niepokojącego. Trudno mi, bowiem przyjąć bez zastrzeżeń fakt, że dorobiliśmy się opozycji, która sama z siebie, bez żadnego konkretnego powodu, czyni usilne starania, by obniżyć swe szanse na sukces wyborczy. Może to prowadzić do wniosku, że na takowym wcale im nie zależy, a swoje szanse upatrują w siłowym przejęciu władzy. Przecież nie dzięki demonstracjom, ani też nietęgim, niemieckim czołgom, forsującym Odrę. Jedynym sposobem jest przewrót policyjno-wojskowy, a otaczający nas zgiełk ma za zadanie pokazać światu, że odbywa się na życzenie ludu, który powstając w imieniu lewackiej und liberalnej ściemy… To przecież znamy.

Jest to wariant, choć przerażający, mało prawdopodobny, ale tego typu rozwiązania podpowiada mi nieobcy nikomu zmysł logicznego podejścia do spraw, które staram się zrozumieć. Ciężko uwierzyć, że mamy do czynienia z kupą wariatów, tym bardziej, że napędza ją zgoła pragmatyczna motywacja. Konstytucja czy praworządność, to nędzna zasłona dla głupich. Coś muszą skandować te ich wierne tłumy, bo przecież nie pójdą pod Sejm, wrzeszcząc: Forsa! Forsa!

To, co się teraz dzieje, to naruszenie naprawdę wielkich interesów, przy których „karuzele vatowskie” przypominają działania kieszonkowców. Nie ma władzy bez pieniędzy, ale nie ma też pieniędzy bez władzy. Nikt też nie skredytuje interesu tak ryzykownego, interesu, którego nie sposób ubezpieczyć. Obietnice, które zostały złożone, które są odnawiane przez cały czas za naszymi plecami, z dnia na dzień tracą swoje pokrycie w rzeczywistości. Czy to jest warte wojskowego przewrotu, wojny, utraty niepodległości przez Polskę? Bez złudzeń, mili moi, dla zaangażowanych w tą grę, z całą pewnością.

Powstaje pytanie, dlaczego w takim razie, tak potężne, choć hipotetyczne, mroczne siły, postawiły na zgraję kompletnych już idiotów? Uważam, że tylko z powodu fałszywego mniemania o mocy zabezpieczeń, oraz ze zwykłej chytrości, ponieważ głupich stosunkowo łatwo zadowolić byle czym. To truizm, że sprawa się „rypła” wraz z ogłoszeniem wyników prezydenckich, czego pokłosiem były paniczne próby łatania tonącej łodzi jedynie słusznej, namaszczonej władzy. Jeszcze były nadzieje w tak zwanym „ładzie światowym”, ale nawet stu procentową Hilarię szlag trafił. Nawiasem pisząc, gdyby nie ta zaoceaniczna klęska, rozkład sił byłby zupełnie inny, i wtedy, kto wie, co by się nad Wisłą zdarzyło.

Teraz zostaje już tylko krew do przelania, ale jest to wariant wymagający spisku i więcej niż znacznych wpływów w resortach siłowych. Wpływów obejmujących na dodatek wszystkie szczeble tamtejszych struktur. W taką omnipotencję naszej dziwacznej opozycji nie wierzę w ogóle. Nie byli na to przygotowani, gdy tracili władzę i tym mniej są gotowi dzisiaj. Niech to zostanie niespełnialnym wariantem szaleństwa.

Zamiast konkretnych działań, będziemy mieli inflację najrozmaitszych protestów. Nużący, niekończący się spektakl awantur wszelkiego rodzaju i ciągłe skamlanie o zagraniczną pomoc, o sankcje, o nienawiść wobec Polski. To już mamy, ale sądzę, że skala i nerwowość takich poczynań będzie narastała, przy wtórze, zupełnie już szatańskiego wycia mediów. A przecież to dopiero początek zmian. Okazji do histeryzowania, mam nadzieję, będzie aż nadto.

Już teraz propagandyści, zwani dla niepoznaki dziennikarzami, jawnie nawołują do użycia przemocy, nie tylko na portalach społecznościowych, ale i na łamach portali internetowych, będących witrynami gazet. Zachowują się tak, jakby prawo zostało zawieszone. Może jest, ale ja o tym nic nie wiem, za to widzę jego beztroskie łamanie.

To jest oferta tych dzikusów, ale jej odbiorców coraz trudniej znaleźć. Stąd mój niepokój wyrażony na początku tekstu. Pisząc, sam go w pewnym sensie spacyfikowałem, ale gdzieś w mrocznym zakamarku mojego, miernej jakości umysłu, będzie tkwiło, niczym ułomek grotu, pytanie o cel tej histerycznej, śmiesznej, o ile się bliżej przyjrzeć, aktywności. To, co prezentuje opozycja może zachęcać i uwznioślać różnych tam oszołomów, ale ze względu na sposób ekspresji, miałkość argumentacji, połączoną z przejawami dziwacznej, zgoła nie politycznej histerii jest absolutną odwrotnością oczekiwań szerszego niż kilkanaście procent żelaznego, zbudowanego na nienawiści elektoratu.

Gdzie są, prawda, okrzyczani specjaliści od wizerunku, mistrzowie PR i budowniczowie narracji. Inaczej: Ile trzeba im zapłacić, by skutecznie zmienili wizerunek przeciętnego parlamentarnego polityka, w wizerunek rozwrzeszczanego idioty. Bo płacić trzeba zawsze.


czwartek, 20 lipca 2017

O postępach księgarstwa

Trochę to dziwne, ale w momencie, gdy każdy chętny przy pomocy pilota może przenieść się łatwo, w jakże atrakcyjną krainę szaleństwa, a kwestie polityczne komentować dopisując komiksowe dymki do obrazków wyciętych z dzieł Hieronima Boscha, przenoszę się do Wilna lat czterdziestych dziewiętnastego wieku. Tam, po brudnych ulicach dziwacznego i jednego z wielu wówczas „Paryża Wschodu” grasował młody Józef Ignacy Kraszewski, którego zbiór tekstów różnych, wydany, jako „Pamiętniki” mam przed sobą.
To drobne i pewnie zapomniane dzieło jest, podobnie jak „Wspomnienia Wilna, Polesia i Podola” tegoż autora, prawdziwą kopalnią wiedzy o trudnym świecie ruin pozostałych po dawnej Rzeczpospolitej. Dzisiaj króciutko, podpierając się cytatami, zaprezentuję tamtejszy rynek księgarski, tylko po to, żebyście pojęli, że przeszłość nigdy nie odchodzi w całości. Zawsze jest żywa i współczesna, choćbyśmy tego w ogóle nie chcieli. Daremnie, prawda, wierzgać przeciwko ościeniowi. W tym przypadku, aby przekonać się, że zmiany, jakie zaszły na polskim rynku księgarskim są w rzeczy samej jedynie technologiczne, wystarczy zamienić w odpowiednich miejscach słowa, tak, by Wilno było Warszawą, Litwa Polską, a zupełnie upadła francuszczyzna została zastąpiona wiadomym językiem powszechnym.
Jeszcze taka uwaga, że księgarz ówczesny był jednocześnie wydawcą, krytykiem, agentem literackim i oczywiście dystrybutorem:
„ Po wtóre, księgarze mają swoje grona literackie, które sobie mówią z Owidiuszem „Nos duo turba sumus” ( W nas dwojgu ludzkość cała ) i siebie mają za arcygeniusze, reszta to plewy! Te grona, z kilku, czasem z dwóch tylko osób złożone, co wyrzekną, świętym jest. Zatem księgarz nie drukuje nic nad dziełka swojej koterii, lub to, na co ona da zezwolenie, a nareszcie to, czego zysk jest dotykalny, oczywisty i prędki.”
Dzieła zyskowne, to tłumaczenia romansów francuskich, a w zasadzie tłumaczonych z francuskiego. Kraszewski używa zwrotu „przecedzone przez francuskie sito” dając za przykład powieści Waltera Scotta. Jakże współcześnie brzmi opinia autora o tych groszowych tłumaczeniach: …”pełen pretensji i omyłek styl wymuszony tłumaczeń, którego przełknąć nie można.”
Ale rynek stoi tłumaczeniami do tego stopnia, że natykamy się przy okazji na taką zabawną uwagę:
„Uważacie tedy, że jeśli gdzie indziej trudno było Byronowi drukować „Childe Harolda”, a Miltonowi przedać „Raj utracony”, tu by oni obydwa poumierali w rękopisach, chyba by podejściem swoje oryginały za tłumaczenia przedali”.
Co się działo wówczas z braku Biedronki, czy innego Lidla, gdzie książki obecnie zalegają wesoło w koszach i o żadnym gniciu nie może być mowy?
„Zajrzyj też w te składy zbutwiałych makulatur i nieposzytych pism; więcej tam może gramatyk francuskich niż we francuskich księgarniach, słowników, wypisów wszelkiego rodzaju, które co kilka lat się zmieniają, których połowa idzie na obwijanie…”
Istniały też wówczas wydawnictwa, które zupełnie po współczesnemu drukowały dzieła na koszt i ryzyko autorów, za nic mając najswobodniej nawet rozumianą, jakość edytorską. Zyski pewne i wówczas były w podręcznikach, a jedynym plusem tamtych czasów był system dystrybucji zewnętrznej, polegający na „roznoszeniu na plecach sprytnych Żydków”.
Ktoś powie, że żadnego podobieństwa tu nie ma, bo w tamtych czasach nie było nawet Empiku. No tak. Empiku nie było. Sam jestem rozczarowany tym faktem i dlatego na koniec zostawiłem radę J.I. Kraszewskiego dedykowaną, ludziom parającym się pisarstwem. Najpierw autor dziwuje się stałej popularności dzieł gastronomicznych, by w końcu…
… „przyszły romans niech opisuje najobszerniej niestrawność i jej skutki poetyczne; przyszła historia niech będzie historią żołądka, zacząwszy od całych wołów Mendoga i uczty Łuckiej 1429 roku, aż do nowożytnych kremów i galaret; wszystko to wydrukuje się i doskonale sprzeda. Z innymi dziełami poczekajcie!”

niedziela, 7 maja 2017

W Warszawie świeciło słońce



Wiem, że nudzę, ale powtórzę setny raz, że wiara we własną propagandę jest w polityce szaleństwem. Nie dość, że nudzę, to wychodzę na miłośnika PO i reszty tej bandy, bo w co drugim tekście ostrzegam ich przed robieniem głupot.
Jako ich wróg zawzięty powinienem raczej przyklaskiwać ich maniackim konceptom. Dobrze chociaż, że ich prawdziwi fani ino mnie wyzywają. I niech tak zostanie.

Wczoraj Platforma rzuciła forsę i swój przywódczy, świeżo nabyty w sondażach autorytet na stół, tylko po to, by dostać solidnie w pysk. Od początku było pewne, że oberwie, ale w swej głupocie brnęli do końca. Mało tego. Dzisiaj, z racji licznych programów publicystycznych, gdzie zwykli się wygłupiać, tym razem szczęśliwie za darmo, ich przedstawiciele, będzie brnęła dalej. I jutro. I pojutrze. I...

Frekwencja. Żeby odnieść sukces na tym polu musieli zgromadzić co najmniej dwieście tysięcy demonstrantów, żeby można było bajać o trzystu, czy nawet pół milionie. Pozornie wydawało się to możliwe, biorąc pod uwagę, że w samej Warszawie znaleźć można bez trudu, podobną ilość zakamieniałych wrogów partii rządzącej. Dlaczego nie zaszczycili marszu swoją obecnością? Odpowiedź jest banalna: Po pierwsze, nie wszystkim odpowiada przywódcza rola PO, a po drugie, nie było żadnego sensownego powodu, by maszerować, drąc japę, akurat szóstego maja. Tu tkwi ostrzeżenie grubszego kalibru, ponieważ dotyczy prawdziwych, przyszłych wyborów i konceptu wspólnego startu całej opozycji zjednoczonej przeciwko PiS, z oczywistych względów, zebranej wokół najsilniejszej partii opozycyjnej.

A powód demonstracji? Przepraszam, ale poza niezgodą, by Polską rządziła wybrana w wyborach partia, nie było żadnego, w miarę jasno sprecyzowanego powodu, który mógłby zachęcić rzesze do udziału demonstracji. Ciągłe, uparte stawianie na to, że uda się kłopoty i dyskomfort „elit” połączyć z gniewem i energią tak zwanego ludu, nie ma żadnych racjonalnych podstaw. Te „elity” (proszę się nie oburzać, cudzysłów jak najbardziej na miejscu) są tak wytarte w ciągłej politycznej nagonce, że raczej zasługują na miano politycznych wyciruchów. Delikatnie rzecz ujmując, ich autorytet uległ drastycznej dewaluacji. Jakiś plus w ich histerycznym poparciu widzą chyba jedynie partyjni przywódcy, by potem zabawnie, w ciszy gabinetów dziwić się, że wielkie nazwiska kultury, intelektu czy gryzipiórkowstwa „tego kraju” nie nęcą młodych ludzi.

Podam przykład. W oddalonym o dwanaście kilometrów od mojego miasta Koninie, tuż przed Marszem Wolności, tak zwany Klub Obywatelski zorganizował spotkanie z aktorką Dorotą Stalińską. Chyba dla śmiechu w Młodzieżowym Domu Kultury. Miasto prawie stutysięczne, wedle wskazań wyborczych dość przychylne Platformie i lewicy wszelkiej maści. Reklama taka, że nawet w mojej Golinie na każdym słupie ogłoszeniowym co najmniej dwa plakaty, a frekwencyjny efekt można obejrzeć pod poniższym linkiem, odsyłającym na lokalny portal.


To tylko przykład, ale przykład ukazujący odchylenie od realnej oceny sytuacji społecznej. Jeśli Kluby Obywatelskie miały być odpowiedzią na Kluby Gazety Polskiej, to wyszła z tego konceptu efektowna pustka. Rozdźwięk pomiędzy spodziewanym przez animatorów tego ruchu zainteresowaniem, a osiąganymi efektami jest dla mnie zabawny, ale ich samych oczywiście niczego nie uczy.

Żeby ktoś raczył powiedzieć coś nowego, oryginalnego, ale próżne nadzieje. Codziennie na wszystkich kanałach telewizyjnych, te same gęby plotą te same androny. Podlegają tym samym emocjom, odstawiają wciąż ten sam spektakl. Polityk to nie kapela rockowa, że ktoś nasłuchawszy się płyt, naoglądawszy koncertów w necie, kupuje bilet i pędzi na stadion, żeby koniecznie obejrzeć to samo, ale na żywo. Choćby jeden z drugim przemawiał na wiecu stojąc na głowie, Mickiem Jaggerem nie zostanie.

Jeszcze emocje. Mają w szeregach, nawet w pierwszym, prawdziwych filmowców, z panią reżyser Holland na czele, a nie potrafią sklecić scenariusza budzącego emocje. Niczym w jakiejś obłędnej tysiącodcinkowej telenoweli, siedzą, ględzą, narzekają, straszą, jedzą sałatkę, myją naczynia, znowu siadają, znowu ględzą... Wszystko na jednej nucie, w jednym przewidywalnym rytmie. A nudzić, to już najgorsze z najgorszych.

Naprawdę chciałem się z nich wczoraj szczerze pośmiać. Deszcz padał. Robić nie było specjalnie co, to włączyłem pudło. Wytrzymałem pół godziny. Jedno ciekawe, że w Warszawie świeciło słońce.