Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morawiecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morawiecki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 lutego 2018

Z cielęcia byk


Głupie pod każdym względem jest licytowanie się z Żydami na wzajemnie wyrządzone sobie krzywdy, ponieważ licytujący z naszej strony zawsze polegną. Po pierwsze dlatego, że druga strona nigdy przy sprawdzeniu nie pokaże swoich kart, a jeśli zostanie do tego zmuszona, zaraz wyciągnie aneks do zasad gry, gdzie na pierwszym miejscu stoi jak byk, że akurat ich układ kart wygrywa.
Cała sztuka polega na tym, by rzecz sprowadzić do właściwych wymiarów. I na tym polu, premier Morawiecki wykonał wczoraj ruch kapitalny w swojej prostocie. Zarówno pytanie, jak i szum, który wypełnił media po jego odpowiedzi, były doskonale przewidywalne, w związku z czym odpowiedź pana premiera, nie dość, że była przygotowana, to nie mogła być inna.

Mowa jest tutaj bowiem o próbie szantażu moralnego i językowego, która się nie powiodła. Teraz druga strona może albo rzucić karty i wrzeszczeć, albo kolejną licytację zacząć od żądania uznania własnej nieposzlakowanej świętości. Tak czy owak, jej pozycja nie jest najlepsza, o czym świadczą wczorajsze twitterowe wywody naszego Eli Barbura, że Żydzi, jeśli kolaborowali i donosili, czynili tak w nadziei na uratowanie swojego i swoich najbliższych życia, a Polacy z powodu antysemityzmu i pazerności. Przyznacie, że to już nowa płaszczyzna rozmowy, ale i tak są to kwestie drugorzędne, bo i sam spór historyczny jest tylko składnikiem jak najbardziej współczesnej politycznej narracji. Oto, ku zdumieniu światowych mediów, Polska nie tylko ma swoje racje, ale śmiało je prezentuje.

Przy okazji zwrócę uwagę, że opowieści o tym, jak to świat zastygł w oburzeniu i pokrewne bajędy godne pięciolatka, tak naprawdę dotyczą redakcji mediów, zafiksowanych na problematyce około żydowskiej. Ich dobre prawo, ale co tu mieszać na przykład PT Chińczyków? Owszem, jeśli ktoś patrzy na świat przez dziurkę od klucza, takie wrażenie może odnieść.

Właściwy wymiar sprawy jest jednocześnie znaczący i niewielki. Nie ma w poprzednim zdaniu sprzeczności, ponieważ i kula karabinowa jest niewielka. Znaczący jest w tym sensie, że dotychczas wątpiącym ukazuje dziwny dla nich fakt, że jakaś tam Polska ma własne zdanie i nie zawaha się go użyć. Oczywiście nasi niedawni wewnętrzni nadzorcy, na samą myśl o jakiejkolwiek samodzielności dostają spazmów i drgawek, ale do tego chyba wszyscy przytomni zdążyli się już przyzwyczaić. Inną sprawą jest ogłaszanie, że rząd Morawieckiego zniszczył znakomite stosunki Polski z Izraelem, pieczołowicie wypracowywane przez ponad ćwierć wieku. To też bujda, no chyba, że ktoś ponad wszystko przedkłada import narracji historycznej. W tej dziedzinie naprawdę może być ciężko, szczególnie tłuścioszkom handlującym polskim narodowym wstydem. Ale nawet w tej dziedzinie należy powiedzieć jasno, że popyt na ten towar dawno już się wyczerpał. Niewielki, bo co do bilansów handlowych jestem dziwnie spokojny. Nie przewiduję exodusu z Polski izraelskich biznesmenów, z deweloperami na czele, ani też załamania współpracy wojskowej. To, w przeciwieństwie do politycznych pokrzykiwań są sprawy poważne.

W Polsce ludzie muszą po prostu przyzwyczaić się do normalnej polityki, która polega między innymi  na zarządzaniu konfliktami, walce o własne, ściśle narodowe interesy, stawianiu przeszkód i udzielaniu łaski, nie zaś… No, dobra. Odpuśćmy sobie wątpliwe dowcipasy.

Poza tym, i to piszę całkiem poważnie, nie wszystkie motywy działań na arenie międzynarodowej powinny być jawne. I na szczęście nie są. Polityka rządu wobec sojuszników i nie tylko zresztą sojuszników, to nie jest jarmark, ani gazetowa publicystyka.

Nie będę powtarzał truizmów, że pokorny partner jest zawsze godny pogardy, że nie sposób liczyć na zrozumienie, o ile nie przedstawia się publicznie swoich racji, że zadowolić wszystkich nie sposób, a dbać należy przede wszystkim o obywateli państwa, któremu się przewodzi. To są oczywistości.

Mędrców, czczących zaś mądrość ludową, że pokorne ciele dwie matki ssie, informuje, że razem ze swoją pokorą, wcześniej czy później cielę trafi do rzeźni, a jeśli będzie miało pecha, egzekucja na nim odbędzie się w sposób uświęcony i rytualny.

piątek, 8 grudnia 2017

Proza politycznego życia

Może się to wydać dziwne, ale mnie osobiście, zmiana na stanowisku premiera niewiele obeszła. Z pewnym, choć ledwie wartym wspomnienia oporem, przyjąłem wyniesienie pani Beaty Szydło, tak i jej odejście kwituję i tyle. Należy jednakowoż zauważyć, że pani premier wygrała dwie wyborcze bitwy z rzędu, czego w żaden sposób nie można powiedzieć o nikim z grona ją odwołujących. Król (takie czasy, moi mili) odwołał zwycięskiego hetmana, by wręczyć buławę beniaminkowi. Trzeba się przyzwyczaić i tyle, choć moim zdaniem ta decyzja wskazuje, że obecna władza przechodzi na pozycje obronne. Artyleria w miejsce lekkiej jazdy, to jakby nieco nowocześniej, ale nie znamy pola kolejnych bitew, więc trudno orzec, czy lepiej.

W samej zmianie akurat nie ma nic złego, choć moment, forma i dziwaczność całego procesu nie świadczy dobrze o strategicznych możliwościach samego monarchy. No, może nie tyle strategicznych, co personalnych. Nie chcę tu bynajmniej porównywać pana Morawieckiego do zgrai cymbałów wynoszonych w dawnych, słusznie zapomnianych czasach przez pana Kaczyńskiego, ale nawet najzagorzalszy miłośnik jego geniuszu przyzna, że zdarzały się mu całkiem dotkliwe porażki na tym polu.

Pan Mateusz ma zarówno narzędzia jak i możliwości, by być dobrym premierem. Niestety, wspomniany w poprzednim akapicie sposób w jaki go nominowano, niezawodnie położy się cieniem na pierwszych miesiącach jego rządów. Z jednej strony to dobrze, ponieważ polityk, który obejmuje taki urząd nie jest od wzbudzania entuzjazmu, a od ciężkiej pracy, ale sądząc po reakcjach co zapalczywszych zwolenników PiS, łatwo miał nie będzie. I nie pomoże serwilistyczna, zahaczająca już o obłęd propaganda lejąca się z Woronicza, tym bardziej, że nawet najtwardsza głowa pojmie, że wśród mechanizmów rządzących tą służalczą narracją, czego jak czego, ale szczerości nie ma na pewno.

Inną rzeczą jest kwestia dotychczasowych sukcesów rządzącej ekipy, w tym oczywiście samego pana Morawieckiego. Z błędami stosunkowo łatwo sobie poradzić, naprawiając je, także te personalne, choćby poprzez wymianę ministrów. Gorzej z sukcesami, które albo trzeba pomniejszyć, albo przypisać w całości nowemu premierowi, a tak się po prostu nie da, nawet jeśli zostały osiągnięte w dziale, za który dotychczas odpowiadał, bo to jednak praca zbiorowa.

Wbrew pozorom jest to poważny problem, dotyczący bezpośrednio partii rządzącej składającej się jednak z żywych ludzi, o czym niektórzy chętnie zapominają. Odchodząc od paraleli królewsko-hetmańskiej i nawiązując do naszych, łatwiej przyswajalnych czasów: Awansowaliśmy na MŚ w piłkę kopaną, ale czy gramy naprawdę na tyle dobrze, by odnieść w Rosji znaczący sukces? To może zmieńmy zimą Adama Nawałkę na wspanialszego, choćby zagranicznego trenera? Gdyby to pomogło w zdobyciu złotego cielaczka, czemu nie, ale jeśli dostaniemy w cymbał… Sami sobie dopiszcie.

Nie należę do ludzi, którzy wznoszą politykom pomniczki, czy publikują kwietne wiązanki, co ma taką dobrą stronę, że po nich nie płaczę, nie wymagając jednocześnie, by oni z kolei wsłuchiwali się w mój głos. Jeszcze tego brakowało! Na takich, z pewnością bym nie głosował. Chętnie przyznaję rację, że mylę się częściej niż oni, zasadniczo poza jedną kwestią, a mianowicie personaliami. Niech wyjdę na pochlebcę nowego premiera, ale nie wyczuwam w nim łajdaka. Dobra, wystarczy serwilizmu i pochwał.


Jeszcze jedno. Najgorsze, podkreślam, byłoby dowiedzieć się, że zmiana premiera została wymuszona już to przez naciski wewnątrz koalicji, już to przez pana Prezydenta, że o naciskach zewnętrznych nawet nie wspomnę, ponieważ kto raz ulega, zawsze ulega. I to jest chyba oczywiste. Reszta to proza życia. Zaczęły się porównania, próby bilansu i całe to publicystyczne trele morele. W tym wszystkim siedzę sobie spokojnie, ponieważ w polityce nie mam beneficjów, a tylko starannie oznaczonych wrogów. Dopóki nikt nie każe mi, mieć ich za przyjaciół, szable odpoczywają na szafie.