czwartek, 6 sierpnia 2009

Polityczna hodowla - kury

Lewak

Lewak idealista hodujący kurę, pod wpływem ciągłej lektury „Krytyki politycznej” uwalnia kurę z opresji w jaką popadła na skutek wielowiekowej klerykalnej indoktrynacji uporczywie prowadzonej przeciw słabszym, czyli kurze. Teraz trzyma uwolnioną kurę w garażu, gdzie uwolniona kura pilnuje lewackiego roweru.

Lewak bez widocznych sukcesów uczy kurę trudnej sztuki szczekania.

Gdy potrzebuje jajka przeskakuje przez płot do sąsiada, bo sąsiad hoduje kury.

Postkomunista

Postkomunista hodujący kurę, ma taki obyczaj, że codziennie lubi zjeść jajecznicę z czterech jaj na boczku. Kura znosił chętnie tylko jedno jajko dziennie,ale Postkomunista ma swoje sposoby. Siada na kurze i tak długo tłumaczy jej, że to dla jej kurzego dobra, dopóki kura nie zniesie kompletu jajek. Jak pozyskuje boczek, naprawdę nie chcielibyście wiedzieć!

Żona Postkomunisty narzeka, że ten nic nie robi, tylko całe dnie przesiaduje na kurze.

Głupia kobieto! Muszę sobie przypomnieć, co to znaczy władza, wszak wybory się zbliżają!

– odpowiada Postkomunista i apiać siedzi na kurze.

Ludowiec

Ludowiec ma kurę do której dopłaca Unia Europejska. Ludowiec u znajomego weterynarza załatwił kurze „żółte papiery” i próbował wydobyć z tego tytułu parę setek z KRUSU. Niestety nic nie wskórał, poza tym że dostał urzędowy nakaz wyprowadzaniu kury w kagańcu. Kura Ludowca wcale nie znosi jajek z powodu stresu wywołanego chodzeniem w kagańcu. Ludowiec napisał skargę do Trybunału w Strasburgu. Do skargi dołączył zdjęcie kury w kagańcu i pustego gniazda, znaczy gniazda bez jajka, jako dowód.

Na skutek przemyślności pewnego Eurodeputowanego, zdjęcia te ukazały się w niemieckiej prasie pod wiele mówiącym tytułem „ Kolejna ofiara kaczystowskiego reżimu”

Liberał

Liberał nie wierzy w istnienie kur, ponieważ zawsze widział tylko kurczaki z rożna. Przecież taki kurczak wcale nie jest podobny do wymyślonej przez socjalistyczną propagandę, kury na obrazku w tej książeczce – tłumaczył Liberał niepodobieństwo istnienia kur swojemu małemu synkowi. Kiedy ten się rozpłakał, Liberał powołał się na autorytet samego Miliona Friedmana, który rzekomo też nie wierzył w istnienie kur. Przyznajcie Państwo, że to bardzo wątpliwa teza, ale tu chodzi o takiego naszego liberała, z takich liberałów w których istnienie nie wierzył sam Milton Friedman.

Prawicowiec – Etatysta

Prawicowiec Etatysta kiedyś hodował kurę na jajko, ale podczas rządów SLD, kura bardzo mu podupadła na zdrowiu i całkiem nie chciała się nieść.Prawicowiec Etatysta zbudował jej nawet betonową grzędę, a kura niewdzięczna nic. Prawicowiec Etatysta badał kurę metodą statystyczną,ważył, mierzył i z tego powodu, że zostało mu cementu, wybetonował całe podwórko. Nic nie pomagało, więc sprzedał kurę i kupił kaczkę. Brylancik autopromocji w skali gminnej polityki. Niestety musiał ciągle po kaczce sprzątać, bo wiadomo co kaczka potrafi najlepiej, a podwórko niestety wybetonowane! Toteż sprzedał kaczkę i się głowi.

Prawicowy Wolnościowiec

Wolnościowiec zanim kupił kurę, najpierw zaopatrzył się w strzelbę przeciwko jastrzębiom, bo wiedział z opowieści doświadczonych hodowców, że jastrzębie porywają kury i trzeba małe skromne kurki chronić.Wolnościowiec zamiast kury, kupił małego kurczaka by wpoić w niego ideały wolnościowe, przynajmniej na tyle, na ile można wpoić je kurczakowi. Kurczak rósł i rósł, aż okazało się nagle, że to kogut.Było to jak to mówią „ szczęście w nieszczęściu” bo chociaż nie ma jajek, to jednak jakby były.

Wolnościowiec lubi siedząc na werandzie ze strzelbą na kolanach, popijać lemoniadę i podziwiać wyczyny koguta Maksia! Czasem woła nawet żonę:

-Chodź kochanie, zobacz jak nasz Maksi depcze Lewakowi kurę! Zaraz się za kurę Postkomunisty weźmie tylko niech ta beka sadła z niej wreszcie zlezie!

I tak sobie gruchają na werandzie w miłej sierpniowej atmosferze,popatrując na sielski obrazek, bo oto właśnie zachodzi czerwone słoneczko.

środa, 5 sierpnia 2009

Rajd Bandery - Politycy z torbami na głowach

Co mam myśleć o naszych politykach skoro w drobnej, głupiej i dziecinnej w sumie sprawie nie potrafią zrobić dosłownie nic. Udawanie głupiego w sprawie ewidentnej prowokacji ukraińskich nacjonalistów to wszystko, na co stać nasz rząd, naszego prezydenta i nasze opiniotwórcze elity.
Mamy oto kuriozalną sytuację, że jutro na polskiej ziemi rozpocznie się antypolska manifestacja. Przed chwilą na blogu księdza Isakowicza Zaleskiego przeczytałem, że dzielna ukraińska młodzież przez Lwów przejechała pod sztandarami UPA.

http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8

Ktoś powie, że to gównażeria i nie ma się, czym przejmować. Toteż ja się nie przejmuję gówniarzami tylko naszymi elitami, bo skoro tamci gówniarze, czym są oni?
Posłuchałem sobie wypowiedzi Henryka Wujca i Stefana Niesiołowskiego.
Ponure postacie, ponure umysły. Wujec obciążający winą księdza Zaleskiego nie jest nawet oburzający. Okazuje się być po prostu beznadziejnie głupi. Na omówienie ględzenia marszałka sejmu, w ogóle szkoda tracić czasu.

Reszta torebkę po cukrze na głowę, palec do buzi i czeka aż przestanie się o tym mówić.

Stara taktyka. Uszy po sobie kosztem uczuć wcale licznych Polaków, którzy czują się wobec takiej postawy naszych elit poniżeni we własnym kraju.
Mało tego. Jeśli nasi władcy uważają, że wszystko jest w porządku a zgoda na ten rajd wpływa na poprawę stosunków polsko ukraińskich, można domniemywać o naprawdę poważnych zaburzeniach w rozumieniu rzeczywistość.

Rajd przejedzie przez Polskę – fatalnie.
Nie zostanie w ostatniej chwili wpuszczony – źle
Ludzie zablokują trasę przejazdu – granda międzynarodowa
Policja będzie rozpędzała protestujących – hańba
Ktoś się naprawdę wkurzy i posypią się razy – ojoj, jak źle

Od zapobiegania takim problematycznym atrakcjom mamy polityków, a przynajmniej tak powinno być. Od wywierania na nich nacisków mamy media, a przynajmniej powinniśmy mieć.
Media się znajdą jak ktoś komuś łeb rozbije. Dopieroż ględzić o ksenofobii.

Dziennik stać na tytuł „Isakowicz Zaleski walczy z kolarzami”

Zresztą, co tu znęcać się nad dziennikarzami, skoro naszym politykom Giedroyć w główkach i śp. Giedroyciem zasłaniają się niczym dziwki spacerujące po promenadzie przed słońcem.
Ciekawe też, dlaczego na ołtarzu pseudpolitycznych gier od lat konsekwentnie składają ofiarę z uczuć ludzi, których rodziny padły ofiarą bestialskich rzezi urządzanych prze podwładnych faszystowskiego zbira, którego teraz czczą jako swojego bohatera nacjonaliści ukraińscy?

Toż to nie Farfał wymachujący chuderlawą łapką tylko prawdziwy terrorysta, morderca i antysemita. A tu nagle takie jakieś „ble ble”, że co to szkodzi? Że dla dobra…
Czekają aż zaprotestują Żydzi i wtedy raczą zabrać głos? Nisko upadliśmy jako naród, że takich wybieramy sobie polityków.

Jasny i prosty głos sprzeciwu księdza Zaleskiego spotyka się ze zdziwieniem, elity, także kościelne są zażenowane jego niedzisiejszym zapałem do mówienia prawdy, a że każdy szacuje wedle siebie, dominuje podejrzenie, że jego działania służą autopromocji.
No, bo, po co miałby to robić?

Nie łatwiej i przyjemniej siedzieć z torbą na głowie w miłej chłodnej spiżarni i pojadać sobie smakołyki, podczas gdy dokoła upał i żar z nieba się leje?
Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi i czemu tak się złoszczę w sprawie błahej, polecam lekturę tego bloga

http://tekstowisko.com/blog.kriszu.html

Bloga Dymitra Bagińskiego.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Iwona -Karnecik Owsiaka


Przystanek Woodstok się zakończył, ale jak widać wielki głosiciel idei„róbta co chceta”, już kipi pomysłami, jakie gwiazdy zaprosić na następny przystanek.

W swoim karneciku, a jakże zapisał już Ala Gora, Billa Clintona i Dalajlamę XIV.
Na pytanie, czy na tym przystanku mógłby pojawić się Lech Kaczyński, odparł, że zacytuję:


„ - Nie, bo Lech Kaczyński jest Lechem Kaczyńskim, jest prezydentem, jest czynnym politykiem - odpowiedział krótko szef WOŚP.

- To nie jest hyde park, gdzie każdy może przyjść. Woodstokowicze chcą rozmawiać o historii, czy będą mieli pracę, czy w Polsce coś się zmieni na lepsze. Nie chcemy dyskutować, jeśli ktoś wchodzi z butami - zaznaczył Owsiak. - Boje się, że Kaczyński nie ma w sobie tyle magnesu by przyciągnąć młodych ludzi. - dodał organizator Przystanku.”


W tym roku jak wiadomo wszystkim, goścmi byli Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki, rozumiem, że takich gości się zaprasza jaka widownia i jakie są zapatrywania organizatorów, szkoda, że TVN24 nie zapytało Owsiaka czy zaprosił by Tuska, bo widownia była w sam raz do skandowania: po, po ,po!

Owsiak zaprzecza sam sobie, mówiąc najpierw, że nie może zapraszać czynnych polityków, by za chwilę dodać, że jakoby Kaczyński nie ma w sobie magnesu przyciągającym młodzież. Skąd u niego taki wniosek, nie powiedział, niestety.

Ten Woodstok to koszmarek, który potrzebny jest do promowania Owsiaka, co do tego nie ma złudzeń i do wmawianiu młodzieży, że jedyne słuszne poglądy, to poglądy Ojropejskie. Choćby ten incydent, ze zniszczeniem wystawy antyaborcyjnej, oddaje cały przekaz głosiciela „Róbta co chceta””.

Słyszałam, że na tym przystanku, w niedzielę o 17, na dużej scenie miał pojawić się Janusz Kochanowski wraz z Igorem Janke i Owsiakiem, by ogłosić zwycięzcę "Salonowego" konkursu pod dziwacznym tytułem "Czym jest dla mnie wolność?"

Nie pojawili się i zapadła cisza. Krzysztof Wołodźko szepnął na blogu, że Igor wyjaśni, że za miesiąc...
Co tam się stało? Ciekawska jestem, co?

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Jak wykryć w mężu geja? ( Jacek )

Niby mam wszystko, czego potrzeba do szczęścia. Jednak tak naprawdę miałabym gdyby nie to, że mam bardzo staromodnego męża. Nie, jasne, że myje naczynia, gotuje a nawet, gdy pracuje w kuchni ubiera fartuszek, ale porządnie prasować nie potrafi. Ale nie chodzi o to prasowanie. Doskonale wiem, że inni mężowie są dużo gorsi. Nad moim pracuję już dwadzieścia lat i naprawdę byłby idealnym partnerem dla kobiety gdyby chciał odkryć w sobie geja! A on się jakoś tak zaciął w sobie i wcale się nie chce ujawnić.

Na samym początku naszego związku zwalczyłam w nim rasizm oraz ksenofobię, co jest doskonałą podstawą do dalszego, prawidłowego ukształtowania człowieka. Na ulicy oglądał się za murzynkami, co początkowo brałam za pożądany objaw multikulturowych zainteresowań, ale gdy na basenie podszedł do czarnoskórej piękności i próbował zetrzeć z jej skóry kolor, jakby to był brud, uznałam, że trzeba coś z tym zrobić, bo miał już te swoje 31 lat i powinien wiedzieć, że tak nie należy robić. Początkowo sądziłam, że ją obmacywał, ale kiedy okładałam go wieszakiem wyjawił mi rasistowskie podłoże swego czynu. Wówczas bardzo się zawstydziłam. To ja byłam winna, bo nie pokazałam mu, że skóra może mieć różne kolory. Tego samego dnia kupiłam mu w sex shopie dmuchaną czarną dziewczynę. Potem byliśmy na wakacjach w RPA i po kilku dniach kolor skóry przestał mieć dla niego znaczenie. Problem uprzedzeń rasowych uznałam za przezwyciężony.
Inne jego uprzedzenia zwalczyłam poprzez odpowiedni dobór codziennej gazety, lektur, programów telewizyjnych i filmów. Mogłabym powiedzieć, że mam już męża idealnego, gdyby nie ta jedna mała sprawa. Zobaczcie sami.
Całkiem niedawno wychodziła za mąż moja przyjaciółka. Kiedy przy okazji wybierania sukienki ślubnej zadałam jej idiotyczne, ale odruchowe pytanie – Czy ten twój nowy jest dobry w łóżku? Odpowiedziała: "Niby tak, ale marzę by mój Arturek okazał się gejem, bo do końca życia miałby ze mną silną emocjonalną więź, jak w filmach Almodóvara".
Była to odpowiedź szczera, ale nie takiej się spodziewałam. Poprawna brzmi przecież: "Wszystko jedno, ważne, żeby czytał Wyborczą”.

A jeśli mój mąż też nagle okaże się gejem? - Wówczas po raz pierwszy się nad tym zastanowiłam. Wszystko jedno. Ważne, żeby był szczęśliwy (i to jest poprawna odpowiedź!). A czego trzeba, żeby mąż gej mógł być szczęśliwy?
Wiadomo, że chodzi także o seks. Wyobraziłam sobie, jakie musi przechodzić katusze tłumiąc swe naturalne popędy i jak biedaczek cierpi współżyjąc z kobietą, to znaczy ze mną.

Zaczęłam ostrożnie od pieszczotliwych słówek – Och ty mój pedałku kochany! – tak się do niego zwracałam, a potem zabrałam go na paradę równości gdzie nawet machał balonikiem i grzecznie rozmawiał z aktywistami. Widząc, że wszystko zmierza ku szczęśliwemu finałowi,
postanowiłam sprowadzić mu kulturalnego partnera a wybór padł na mojego kolegę, Tomaszka z księgowości, który naprawdę wygląda i zachowuje się w pracy jak gej.

Zaprosiłam go do domu na wieczór. Bardzo elegancki. Przyniósł wytrawne wino za dwie stówy a jak od razu zauważyłam, że panowie przypadli sobie do gustu, więc po wypiciu dwóch kieliszków oddaliłam się po cichutku do mojej koleżanki, aby pogadać o tym jej Arturku i opowiedzieć jak wykryłam w moim mężu geja.

Po powrocie okazało się, że zamiast figlować jak przystało na gejów strasznie spili się piwskiem i bekali po całym mieszkaniu. Na dodatek oglądali mecz bokserski, a na drugi dzień sąsiadka z dołu opowiadała mi, że ten Tomaszek to niezły ananas, bo sikał z balkonu a na zwracaną mu uwagę, że zachowuje się jak ostatnia świnia krzyczał:
- Cieszcie się głupie pindy że deszcz pada, bo w kraju susza! Taki to z niego gej! Cham zwykły i tylko w pracy jest jakiś taki.

Nie zrażam się tym, bo wiem, że w końcu mi się uda. Najgorszy jest ten Tomaszek bo się bardzo zaprzyjaźnili. Ciągle gdzieś razem znikają. Jak nie na mecz to znowuż na ryby.
A czy ja mogę wiedzieć czy oni czasem nie chodzą na dziewczyny?
Jestem nowoczesna, ale tego to ja bym nie zniosła!
Kioskarka mi doniosła, że w piątek zamiast normalnej gazety chciał kupić Dziennik! Na szczęście to moja znajoma i powiedziała, że nie ma. A on na to, że w takim razie poprosi o Rzepę!
Wyobrażacie to sobie?

….

Tekst zainspirowany tym:
http://wyborcza.pl/1,76842,6878110,A_jesli_moj_syn_bedzie_gejem___.html

Uwaga! Tekst zawiera kilka nieoznaczonych cytatów z oryginału. Zadanie dla szperaczy.
Oczywiście polecam tekst Pani Żakowskiej. To jest cudo i perełka!

niedziela, 2 sierpnia 2009

Lisowczycy internetu. Postraszmy cwaniaczków!

Taki mi wpadł pomysł do głowy po tym, gdy przeczytałem w Dzienniku, że media muszą trwać, ponieważ jako jedyne mogą wpływać, zmusić do odpowiedzi tak zwany „mainstream polityczny”
To prawda – Pomyślałem, ale nie do końca, ponieważ nic nie jest dane nikomu raz na zawsze! Zakumałem, że chodzi o to by politycy subsydiowali media, zasadniczo tylko po to, by te nażarłszy się kawiorów ustami swych dziennikarzy zechciały śledzić i kontrolować swych dobrodziei.

Słuchając mediów i czytając gazety, obserwując naszych polityków, można dojść do wniosku, że mamy do czynienia ze słabującymi głupkami i oszustami. Weźmy jako przykład ostatnią akcje Igora Janke i jego Salonu24 na Przystanku Woodstock.

Konkurs, iluzja fanatycznego tłumu i pierwszorzędny lans dla Portalu, dla RPO i jego „ludzi” oraz niejako przy okazji dla tak zwanej blogosfery.

Nie ma czegoś takiego jak blogosfera!


Jesteśmy manipulowani przez dziwaczną zgraję niemrawych politycznie łobuzów. Nie ma żadnego znaczenia czy chodzi o Urbana czy Ziemkiewicza. Szpakowskiego czy Sakiewicza. Lisa czy Wildsteina. Paradowską czy Warzechę.
To jest mainstream oraz mainstreamowa forsa i układy.
Nadchodzi czas by zagrać im na nosie!

Po co oni są nam potrzebni, że spytam?
Nie mam zamiaru dzisiaj rozwijać tematu.

W skrócie polega to na reaktywowaniu LISOWCZYKÓW.
Z powodu braku koni, pieniędzy oraz służby, można jedynie tanim kosztem zgromadzić szable w necie.

Bez głupich pierdołów ideologicznych,.
Przypilnować wspólnie sprawy małe i duże. Działać razem i bezwzględnie atakować. Atakować skutecznie!
Co z tego, że w sieci, skoro można naprawdę boleśnie walnąć w tę bandę wylaszczonych skurwysynów?

Dziesięciu?
Pięćdziesięciu?
Stu?
Trzystu?

Wystarczy!
Struktura i regulamin. Bardzo mało a wystarczy.

Niewielka robota poza portalalmi, blogami, komentarzami.
Przy stu osobach wytresujemy administrację każdego portalu.
Przy trzystu… nawet nie chcę mi się pisać, co można by zrobić z tą bandą grafomanów i nieudaczników trzęsących portkami w kłamliwych mediach.
Dziesięciu - Siedmiu ostrych wystarczy!
A trzystu?

Lisowczycy netu!
Przemyślcie sprawę nie zapominając oczywiście o łupach, jakie można zdobyć pokonując te gniazda lewiźnianego lansu.

To co?

sobota, 1 sierpnia 2009

Iwona - Chwała bohaterom

Nauczano, chciano nam wmówić, że Powstanie Warszawskie było złe. Są tacy, co do dziś
„wyuczonymi” sloganami mówią, że to była niepotrzebna fanfaronada, która pociągnęła za sobą zniszczenia i tysiące ofiar.
Że zniszczono w ten sposób naszą inteligencję, ludzi szlachetnych, patriotów. Tylko spytam się, na co miano czekać?
Na sowieckie tanki co po drugie stronie Wisły? Czy na ludzkie odruchy hitlerowców?

Wiecie, jak czuli się ci ludzie, gdy założyli Biało-Czerwone opaski, gdy poczuli się znów wolni w zniewolonym, okupowanym kraju?
Tu była choć nadzieja, że będzie walczył(a) za własny kraj, za odzyskanie tak niedawno przywróconej wolności i suwerenności.
Że jeżeli zginie, zginie za Ojczyznę jak żołnierz, nie goniony jak zwierze w ulicznej łapance.

Myślę czasem jak łatwo wydaje się sądy o tych którzy odeszli, wsławiając się odwagą lecz ginąc dla idei, idei, która szybko zdeptana została butem sowieckiej swołoczy i rodzimego Urzędu Bezpieczeństwa, który przyjechał na sowieckich tankach by wprowadzić nam ustrój RAD.

Obawiam się, że nie potrafię być obiektywna, ale jak tu być obiektywną, gdy to dotyczy mojego Kraju, mojej Ojczyzny.
Mnie w dzieciństwie uczono wierszyka ;

Kto ty jesteś?
Polak mały.
Jaki znak twój?
Orzeł Biały.
Czym Twa ziemią?
Mą Ojczyzną.
Czym zdobyta?
Krwią i Blizną.
Itd…

I dlatego zawsze będę powtarzać, wygra ten, kto się nie boi wojny, nie wylicza ojczyźnie ofiar, nie handryczy się o krew, bo człowiek i tak jest śmiertelny, a chwała bohaterów pozostaję na zawsze w ludzkiej pamięci.

Więc CHWAŁA BOHATEROM! PO TRZYKROĆ CHWAŁA!

Pozdrawiam serdecznie.:D

PS. Wierszyka nauczyłam też moje dzieci.

44 - Cmentarz pod wysypiskiem słów

1.

Dzisiaj powiedzielibyście o mnie, że jestem lekko upośledzony - było ze mnie
kawał chłopa. Może zdobywałbym dzisiaj dla Polski medale na
paraolimpiadach? Chciałbym Wam coś dać z siebie - ale od dawna nie żyję.

Podczas ostrzału trochę się trząsłem wewnątrz siebie. Teraz widzę wyraźnie, że
nie było zapotrzebowania na śliniących się żołnierzy - ale tyle lat po
śmierci, każdy jest dużo mądrzejszy niż był wówczas.

Moi bracia wzięli mnie jako pomocnika - nosiłem za nimi jedzenie i różne
rzeczy. Akurat bawiłem się - kulając po obcym podwórku
stalową obręcz. Nikogo z dorosłych wtedy nie było. Ukryli się przed
upałem albo ze strachu w piwnicach.

Nadszedł on - młodziutki
Bóg wojny - sprężysty i błyszczący w tym kurzu jak gwiazda. Złapał mnie
za ramię, a że bardzo się wystraszyłem - uderzył mnie otwartą dłonią w
twarz.

Wówczas otoczyli nas moi przyjaciele - Płacząc próbowałem się wyrwać temu panu.I akurat w tym momencie zawalił się świat i jakby dla śmiechu, konaliśmy razem, twarzą w twarz pod tymi gruzami...

On szeptał: - Wody… wody… i skonał o całe popołudnie przede mną. Ja - ja nie umiałem wówczas jeszcze tak bardzo myśleć. Całymi godzinami tylko płakałem i wołałem mamy. Trochę wstyd, bo miałem tamtego sierpniowego popołudnia, całe dwadzieścia dwa
lata.


2

Nigdy nie potrafiłem spełnić się w roli, w jakiej obsadzało mnie życie.
Bardziej niesiony przez wyobrażenia moich bliskich niż sam stawiając
kroki, zostałem najpierw nauczycielem matematyki a w czwartym roku
wojny, gdy zaczęło być już naprawdę źle, skierowano mnie do fabryki
amunicji.

Nadzorowałem akurat Polaków bo moja matka pochodziła z Krakowa i jak to mówią: "liznąłem języka" Kiedy w końcu uznano, że wszystkie moje choroby i ułomności przestały być przeszkodą, wcielono mnie do armii. Byłem marnym żołnierzem - jako
jeden z pierwszych dostałem się do niewoli.

Nie traktowali mnie źle. Razem z kobietami i dziećmi pracowałem w kuchni,
gdzieś na Żoliborzu. Obierałem ziemniaki, gotowałem zupę.

Byłem tam po trzydziestu pięciu latach. Wróciłem, ale nie odnalazłem tego miejsca. W 1986 roku, kiedy konałem na raka jelit w klinice onkologicznej w Monachium,
tuż przed śmiercią znowu usłyszałem świst pocisków, zapach spalonej
słońcem ziemi i przerywane, bełkotliwe buczenie syren. Co zabawne, moje
ostatnie słowa były takie:

- Nie bać sie, pseniesie, pseniesie…

Wyobrażacie to sobie?


3.

Przyszli po mnie 30 lipca. Jakby nie mogli poczekać tych pieprzonych dwóch dni!
Być może bym odkupił, zamazał. A tak - przyszli w biały dzień, a wiatr
rozwiewał wówczas firankę po pokoju. Lato było gorące. Akurat wybijałem
muchy taką specjalną packą.

Żonę i córeczkę wyprowadzili do kuchni - odczytali wyrok i strzelili z przyłożenia w
moje prywatne serce. Po śmierci dowiedziałem się, że cała kamienica
wiedziała o wyroku od dawna.

Że tamci spacerowali przed bramą uroczyści i bezwzględni. Śmiali się - palili papierosy i spluwali do suchego rynsztoka.

Niemieckie patrole na wszelki wypadek, przechodziły na druga stronę ulicy.

Cóż, zdarza się. Człowiekowi zdarza się zbłądzić, tym bardziej jeśli w grę
wchodzi naprawdę dużo złota i bezpieczeństwo najbliższych. Bardzo
kochałem moją córeczkę.

Ale mogli poczekać!

Szczęśliwie - Przez kilkadziesiąt lat moi potomkowie słyszeli tylko, że zginąłem w
powstaniu. Teraz mój wnuczek już wie, za co zginął dziadek. I przez tą
niedyskrecję historii - bez końca muszę martwym łbem tłuc w żelazną
ścianę więzienia i w pustkę krzyczeć, że tak nie można!
Że to jest niesprawiedliwe!