środa, 19 sierpnia 2009

Stocznie i gaz. Szast prast i po krzyku!

Minister Grad z wielkimi trudnościami sprzedaje dwie stocznie. Nieżyczliwi mu ludzie domagają się, zapowiedzianej rzekomo przez premiera dymisji. Piszę „rzekomo”, bo to było tak dawno temu, że trzeba być jakimś historykiem by to pamiętać.
I tak mamy osobliwe szczęście, że szejkowie nie proponują naszym ministrom przyjęcia katarskiego obywatelstwa, jak to uczynili na przykład wobec również związanego z wodą pływaka Bartosza Kizierowskiego.

- Choć Bartek do nas – zachęcali – Dostaniesz za dwa lata pływania 600 000 euro. Coś se kupisz, czy jak? – kusili szejkowie

A Bartek ich pogonił. Tyle, że to zwykły pływak, choć sprinter i raczej chyba nie doczekamy się, że ktoś się połaszczy na naszego polityka. O, na polityków popytu nie ma.
Taki Kizierowski wiadomo. Umie pływać to raz. Wszystkie wyniki oraz rekordy ma zapisane i żadnym kotem w worku nie jest. Co innego Grad. Geodeta z zawodu. Uskarbowienia zaznał zastępując H.G. Waltz na stanowisku przewodniczącego sejmowej komisji skarbu. Niby to działa na jego korzyść, skoro godnie zastąpił tak wybitną osobę, ale czy w takim Katarze doceniają wybitność obecnej prezydent stolicy? Chyba nie bardzo.

Z drugiej strony moje pisanie o kant stołu roztłuc skoro nie zaproponowali. Obejdzie się! Nasz ci jest Grad! Naszego skarbu pilnuje, a nie jakiegoś tam katarskiego!
A ten nasz skarb trochę jest prawda dziurawy i nie bardzo się może taki minister wyróżnić, a w takim Katarze to i owszem. Tyle, że tam w ogóle nie ma partii politycznych!
Mają premiera, ale chyba Emir go desygnuje i tyle z tego radości, co nic.
Tamtejszy premier i jego rząd nawet nie mają poprzedników, na których można zwalić za wszystko winę. To znaczy mają, ale też mianowanych przez emira.
Dzięki za taki porządek! Nic dziwnego, że nie potrafią głupiego przelewu wysłać.

U nas, co innego! My od nich przy okazji nakupiliśmy skroplonego gazu, który zamierzamy przywozić statkami wyprodukowanymi w nieistniejących na razie stoczniach i składować go w nieistniejącym gazoporcie.
Różne marudy zaraz się zleciały, że za ten gaz przepłaciliśmy. To znaczy rząd przepłacił, żeby mi się ktoś tu nie oburzał, że on niewinny.
Zresztą niezależni eksperci zaraz wyśmiali te obiekcje. Przecież, he he, nie wiemy, po czemu będzie gaz za kilka lat? Niby racja. A marudy na to znowu, że w czerwcu japończycy wynegocjowali cenę bazową o sto dolców na tonie niższą niż nasi.
Ale japończycy to nie, prawda, my. Kryzys nimi pomiata i 3% bezrobocie oraz yakuza, czyli tamtejsza mafia.
My za to mamy perspektywy oraz statystycznie rzecz ujmując dłuższe członki, jeśli chodzi o mężczyzn, przynajmniej.

Poza tym, dzięki sprytnym manewrom jest szansa, że będziemy mieli i stocznie i statki i gazoport i gaz, że o ministrze Gradzie nawet nie wspomnę!
Nowy termin arabskie zuchy mają do końca sierpnia a już nazajutrz przyjeżdża Putin.
Też ma gaz i nawet niemieckie stocznie podobno nabył. W razie czego może nam wybudować te statki do przewozu gazu, przy okazji renegocjując kontrakty, choćby na własny gaz, gdy tylko upora się z tą rurą. Wtedy będziemy mogli kupować gaz także z Niemiec.
Nastąpi szał dywersyfikacji!

A Bartosz Kizierowski zakończy karierę sportową jako Polak. I tyle naszego.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Ale czy u was padał Grad?

I czy tak pięknie jak u Tygrysa?
Wyższa Szkoła Taktu, Wdzięku i Elegancji "Szarżujący Bawół": Nie uiścił... Nie uiścił...

niedziela, 16 sierpnia 2009

Kłamstwo









"Świat jest zbudowany na kłamstwie, dlatego wciąż wymyślamy nowe prawa. Pod kodeksami i paragrafami łatwiej ukryć fałsz."

I. M. Jarecka




Czy świat jest zbudowany na kłamstwie?
Ileż już kodeksów i praw było wymyślone?
Od Kodeksu Hammurabiego, aż po dziś?

Istnienie nasze zaczyna się od krzyku…często też tym się kończy, ale miedzy tymi dwoma biegunami toczy się nasze oryginalne życie. Ten krzyk, to jedyna prawda niepodważalna, potem…
Próbujemy przeżyć je jak najlepiej, ba, jak najwygodniej, bo przecież mamy je tylko jedno.
No i zaczyna się!
Niedomówienia, bo przecież nie chcemy sobie robić wrogów. Zapomniane coś, tłumaczymy, że pamiętamy, tyle, że naprawdę coś tak ważnego nam nagle wypadło i nie był na to coś czasu.
Oszukujemy, nawet najbliższych, czy przyjaciół, czy to ze strachu, czy, by zaimponować im własną przemyślnością.

Jako to z nami jest?
Czy te kłamstwo już nie nagromadziły się jak piramidy, z których zejść byłoby nam trudno? Żyjemy wszak dalej i dalej brniemy, rozgrzeszając się w myśli, że inaczej się nie da. Wszystko próbujemy przetworzyć na prawa, kodeksy, czy na tzw. mniejsze zło, by samemu rozgrzeszyć się z własnych świństw.

Czasem też chcemy oszukać Pana Boga, ale tu wnikać nie będę, bo Stwórca zna nasze słabości, wszak to dzięki niemu istniejemy.
Jasne są jeszcze ateiści, wierzący jedynie w doczesność, ale i im kłamstwo nie jest obce, odrzucając Stwórcę, czują się pewniej, choć tworzą sobie innych „bożków”, nie zdając sobie z tego sprawy.

Wierząc nawet we własną sprawność ręki, już tworzą sobie swój własny kult. Kult człowieka, od którego niestety nie są wolni i ci którzy w Boga wierzą.
Oczywiście często zatrzymują się, by zrobić rachunek sumienia.
Zapewne i tym, którzy nie wierzą, taki rachunek nie jest obcy, tyle, że nasza natura jest miękka jak wosk.

Wiec po zapewnieniach siebie, lub Boga, znów próbujemy po chwili obejść prawdę tak, by była po naszej stronie, tworząc z kłamstw własne prawdy.

Wiec, czy prawda jest tak trudna, że bez kłamstw, fabularyzowania się nie da?
Czy raczej mamy kłamstwo wpisane jak kod genetyczny?
Chciałabym poznać choćby jednego człowieka, który nigdy, ale naprawdę nigdy nie powiedział ani jednego nawet najmniejszego kłamstwa.

Tyle, że chyba takiego nie ma.

sobota, 15 sierpnia 2009

SERWUS MADONNA!

Od kręcenia głową niejeden ma szanse dzisiaj zgłupieć.
Święto Wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny.
Rocznica Bitwy Warszawskiej. A do tego wieczorny koncert Madonny na Bemowie.

Wielu szlachetnym i poważnym ludziom ten koncert strasznie nie pasuje, mierzi, obraża ich, oraz prowokuje. Moim zdaniem wielkie głupstwo i pomyłka.
Czytam w znakomitym dziele J.S. Bystronia „ Dzieje obyczajów w dawnej Polsce” na stronie 68 tomu 2.

„ …zwane popularnie dniem Matki Boskiej Zielnej, łączy się ściśle z obyczajami żniwiarskimi; bardzo często dożynki obchodzono właśnie w to święto, i wówczas wianek dożynkowy niesiono do poświęcenia do kościoła. W dzień ten świeci się rozmaite rośliny: kłosy różnych zbóż, warzywa, owoce….”

Jakby nie patrzeć jest to święto wesołe, związane z tradycja i obyczajowością ludową. A co lud, prawda, lubi najbardziej, gdy się wymodli oraz nieźle podje? Festyn i zabawę przecież!
I słusznie lubi. Były przy okazji głosy, by koncert przenieść na szesnastego.
Też dobrze, bo to przecież świętego Rocha! Termin w sam ras na wielki z kolei koncert rockowy! Przeczytajmy razem:

„…rozniecano nowy ogień, i to starymi sposobami, przez tarcie dwóch kawałków drzewa, zapalano wielkie ognisko i przepędzano przez nie bydło, aby je chronić od zarazy…”

Pasuje, prawda?

Druga rzecz, rocznica bitwy.
Zwycięskiej, że podkreślę, co już jest niezłym powodem do zabawy, muzyki oraz wygłupów, bynajmniej nie o suchym pysku. Dopiero, co musiałem wykłócać się z nowymi, żałosnym w swym defetyzmie „Stańczykami” o prawo do uczczenia bohaterów Powstania Warszawskiego, a już mi przychodzi awanturować się z jakimiś jojczącymi „kurkami kościelnymi” bo niby wedle nich w takie Święto nie wypada bawić się na koncercie światowej gwiazdy muzyki popularnej.

To mieszanie różnych spraw i zupełnie nowomodna polityka. Od kiedy to wymaga się świadectw moralności od błaznów, śpiewaków czy poetów, że tańczących śpiewaczkach po pięćdziesiątce nie wspomnę?

To może niedługo zaczniecie sprawdzać kwalifikacje moralne naszych chłopaków walczących w tej bitwie?
Nie była to przecież żadna „Święta Armia Katolicka”
Tam walczyła i formowała się ostatnia armia Rzeczpospolitej.
Ostatnia do dzisiaj, bo piszę to jako znany optymista.
Dlatego zły jestem, że teraz próbuje się to zawłaszczać i ustawiać wedle dzisiejszych gustów.

Krew w naszym imieniu przelewali w walce z sowiecką nawałą katolicy, protestanci, muzułmanie, żydzi, ateiści i diabli wiedzą, kto jeszcze!

Chwała bohaterom!

I proszę ich nie używać jako tarczy w walce z jakąś tam Madonną. Chłopaki po walce chętnie by sobie taki koncert obejrzeli. Fikające nóżkami dziewczęta ( no tutaj widzę pewne zaniedbanie z tą dziewczyńskością ) ale zawsze są też amatorzy dam dojrzałych. Spoko! - W imieniu tych, co walczyli piszę.
Spoko!

O co tu kłótnia w ogóle? Jakiś pobyczek z Byłego LPR chce się wylaszczyć i to ma byc dla mnie problem?
Jak w ogóle ktoś śmie stawiać przed dylematem moralnym tych, którzy chcą się wedle swoich gustów zabawić za własną kasę?
Grzeszą czy jak?

Nie lubię Madonny i w ogóle tego całego „popu”, ale stawiam dolary przeciwko orzechom, że „szoł and szał” i zabawa będzie pierwsza klasa!

Piszę tak bezczelnie, bo mój prywatny pradziadek wówczas raczył ganiać moskali, a miał wówczas tyle akurat tyle lat, co ja teraz.. A jeśli opierać się na przekazach rodzinnych to ta cała Madonna, bardzo jest przy nim świątobliwa.

Co się stało? Czy my jesteśmy aż takimi bigotami i baranami, że nas jakaś fikuśna kobitka oburza?

No, bez jaj, mili moi. Patriotyzm to walka, a walka to krew i jeśli tryumf to tryumf wesoły i żadne kurki kościelne, wojownicy podprogowego marudzenia niech nam przyjemności nie psują.
Madonna … ?
Zróbmy z tego tradycję, że zawsze piętnastego sierpnia niech daje czadu na Bemowie jakaś Mega und Ultra Gwiazda!
Madonnę mamy przypadkiem odhaczoną, więc spoko!

piątek, 14 sierpnia 2009

Bo co może, co może mały bloger?

Był kiedyś taki zespół za komuny, który się nazywał „Konusy” bazujący na popularności harcerskiej Gawędy. Ich piosneczka z refrenem, gdzie młodociani śpiewacy powątpiewali w swoje możliwości, pytając, co niby może mały człowiek? Zaraz też zwracali się o podpowiedź do jakiejś pani czy pana, z góry zapewniając o swojej zgodzie na propozycję dorosłych.

Dziw bierze, jak ta piosenka utkwiła w głowach i teraz po latach nagle się ujawnia wśród dorosłych ludzi w internecie. Wśród blogerów na przykład.
Ile razy ludzie muszą najeść się wstydu, żeby zrozumieć, że nie są już małymi dziećmi, i nie muszą koniecznie chwytać za poły jakichś, prawda, autorytetów politycznych czy medialnych. To jest moi drodzy błąd i odwrócenie porządku spraw.

W dobrej, pewnie, wierze ludzie grupują się wokół obecnych na scenie polityków, albo starają się jakoś pomóc tym ze sceny zepchniętym w powrocie. I, aż trudno to sobie wyobrazić, ta banda jełopów ma to zupełnie za darmo. I nie piszę tu nawet o forsie, żeby nie było.
W ich imieniu ludzie toczą prawdziwe boje, zwalczają się wzajemnie a czasem namiętnie nienawidzą, podczas gdy bohaterowie tych sieciowych zmagań wspólnie sobie, prawda, zimną wódeczkę popijają i gadają o geszeftach, a jak temat zejdzie na internet – ot, wzruszenie ramion i pogardliwy uśmieszek. Czerń, drogi kolego!

Oni wiedzą i doskonale zdają sobie sprawę z tego, że sieć już odgrywa, a za chwilę będzie odgrywała całkiem sporą rolę w walce politycznej. Ale przecież was, drodzy moi, do stołu nie zaproszą. Sami wystawią swoich hunwejbinów, bo tam przecież kasa nie jest bynajmniej wirtualna. Wasze wsparcie już mają i mogą swobodnie wami pogardzać.

Sądziłem, że ta wiedza już do blogerów i komentatorów internetowych dotarła. Rozumiem, że to trochę trwa i każdy ma własny rytm przyswajania nawet takich oczywistości. Dlatego też piszę ten tekst, aby ten kanał trochę udrożnić. Szkoda czasu.

To samo, co polityków czy innych osób zaangażowanych na tym rynku, tyczy też oczywiście dziennikarzy a nawet całych redakcji gazet tworzących portale internetowe. Kolejny raz informuję ludzi wierzących w szczerość intencji tych środowisk wobec blogosfery, że rozpoczęły się bardzo realne zmagania o zajęcie odpowiedniej pozycji w necie.
Fachowcy pracują a my, prawda, napieprzamy się po łbach. Mało tego. W międzyczasie lecimy ze swoimi tekstami do fachowców, żeby bidule mieli, czym zapełnić swoje portale, bo się nam wydaje, że tam to jest dopiero ruch, lans i dyskusja.

Jak ma nie być, skoro sami ją tworzymy, że spytam?

Całkiem niedawno udało mi się wreszcie wyrwać z tego kołowrotu i wszystkim taki ruch szczerze polecam.
Traktują was tam, mili moi, jak przysłowiowe piąte koło u wozu, to niech zaczną sami, prawda, popychać ten wóz.
Czasem, prawda, ciężko jest się zorientować, co jest grane, ale jak się dobrze namyślicie…

Ostatni raz mówię. Jak się teraz nie zastawimy odpowiednio to wkrótce postawimy oczy w słup. Co rusz ktoś apeluje o linkowanie wzajemne, a wykopywanie tekstów, ale odźwięk jest mierny, tak jakby kilka minut pracy dziennie na rzecz portalu przekraczało możliwości piszących i komentujących. Jak tak dalej będziemy robić, na zawsze będziemy tą czernią, która za darmo drze mordy pod oknami pałacu, gdzie prawda nasi przedstawiciele ucztują. Czasem któryś podejdzie do okna i pomacha z grzeczności. Ludzkie panisko, prawda?

czwartek, 13 sierpnia 2009

Rokita i Szpakowski. Gole, kontrakty i avocado

Aby potwierdzić prawdziwość, zaczerpniętego z książki o przygodach Szwejka, powiedzonka, że „dobra świnia i na wodzie się upasie” zacznę od wczorajszego meczu z Grecją.

Dwie minuty po przerwie Obraniak wbił pierwszego gola dla Polski, co stało się pretekstem dla kuriozalnych wywodów pana Szpakowskiego na temat autorstwa strzelonej bramki.
Gdyby chociaż komentator był młodzikiem, gołowąsem mikrofonu? Nic z tego! Facet obsługiwał w takiej czy innej formie osiem mundiali, zaczynając od legendarnego 1974 roku. Komentował tysiące meczów, oglądał jak mniemam, dużo więcej.

I nagle okazuje się, że Szpakowski nie ma pojęcia, komu należy przypisać bramkę? Na powtórkach, które obserwujemy razem z nim widać jak Obraniak zmienia kierunek lotu piłki kierując ją do siatki. Widać też, że nie jest jakieś przypadkowe odbicie, co tak czy tak nie zmieniałoby sytuacji, bo zasada jest jedna od zawsze!

A ten się upiera, a basuje mu Juskowiak, który oświeca widzów powiedzonkami w rodzaju „gracz X dostał, jak się to mówi po piłkarsku: „bloka” Juskowiak ma właśnie „bloka” wtórując wbrew oczywistym faktom Szpakowskiemu.

W sumie głupstwo, bo nie takie Szpakowski kwiatki sadzał i sadza w relacjach. To mało, by o nim specjalnie pisać, ale wczoraj po tym, tak fatalnym byku, jeszcze ta jego radość, że speaker na stadionie pomylił Brożka z Krychowiakiem.

- Usprawiedliwmy go, bo Bydgoszcz nieczęsto gości reprezentantów, ha ha…Nawet nie ma tutaj ekstraklasy…ha ha…
Juskowiak oczywiście basuje. Ha ha
Potem nagły news (skąd? Mecz wszak trwa?) że sędzia jednak przypisał gola Obraniakowi.
Cierpliwe odwracanie kota ogonem.
Obraniak strzela drugiego gola!

- Tym razem nie mamy wątpliwości, komu zapisać bramkę – cieszy się Szpakowski.
Ja rozumiem, co to jest pomyłka, ale nie pojmuję jak można tak uporczywie trwać w błędzie, oglądając wraz z nami kolejne powtórki.

Tu nie o piłkę chodzi.

Czy nie mają państwo wrażenia, że coraz częściej, to co widzimy na ekranie nijak się ma do wygłaszanego jednocześnie komentarza?


Inna gwiazda mediów, pan Jan Maria Rokita rozstaje się z Dziennikiem. Znaczy się, wylatuje po prostu. Przy okazji dowiedziałem się z:

http://www.wirtualnemedia.pl/article/2781860_Z_Dziennika_znika_Jan_Rokita_ale_nie_publicystyka.htm

…że jak na faceta piszącego w stylu krawca, z całym szacunkiem dla krawców, którzy nie biorą się za publicystykę, miał całkiem niezły kontrakt.

Trzydzieści tysięcy na miesiąc za klepanie oczywistości i charakterystyczne dla byłego polityka mędrkowanie to całkiem...całkiem.
I do tego osiemnastomiesięczna odprawa, pewnie z myślą by go konkurencja nie podebrała!

Następny celebryta się znalazł.
Ale co mnie Rokita obchodzi, podrzędna acz marudząca gwiazda naszej pożal się Boże publicystyki?
Nic. Mnie interesuje, kto był tak bystry, że podpisał tego typu kontrakt w imieniu zwijającej się gazety?

Czy ktoś kupował Dziennik dla tekstów Rokity?
Niech się przyzna, śmiało!

Axel zapłaci. Jasne i w sumie nic mnie to nie obchodzi. Co łączy Rokitę i Szpakowskiego?
Indolencja?
Brak pojęcia o piłce nożnej?
Gwiazdorskie kontrakty?

„Nie wiem i nie wie, tego nikt na świecie
choć wszyscy wszystko oglądali przecie” – jak kiedyś śpiewał Karczmarski.

Ciekaw jestem, czy w podobny sposób były skonstruowane kontrakty Michalskiego i Krasowskiego? Jeśli tak, oznacza to, że „pampersy” dają sobie jednak radę i obawy oraz recenzje Matyi, z rzeczywistością niewiele mają wspólnego.

Guma Donald 2- Iwona

- No! – Jęknął. Jego twarz przypominała pobrużdżone pole, czoło naznaczone były kroplami potu. Spojrzał na własne dzieło, szeroki uśmiech rozlał się po obliczu.- No, tak trzeba było od razu.
Na biurku obok piętrzyła się kolekcja historyjek obrazkowych z gumy Donald, były porozkładane, ale nie był to nieład, były poukładane, jakby skatalogowane.

Każda z tych historyjek przedstawiała Kaczora Donalda i jego pomysłowość. Zapach w pokoju przypominał miniony czas. Czas, który minął bezpowrotnie, a mimo to, czaił się w tych wciąż pachnących papierkach.

Zadowolony z siebie, z uśmiechem, który nie opuszczał jego twarzy zaczął układać swoje dzieło w kartoniku po butach, trzymając się własnego klucza.
Jego wzrok spoczął na kartoniku, z boku była przyklejona etykieta…buty męskie, rozmiar 8, tworzywo - nubuk, tęgość – G, pieczątka informowała, że kolor butów był brązowy.

Próbował sobie te buty przypomnieć, cobyło widać po wytężonej minie. Zżółknięcie etykiety znamionowało, że było to bardzo dawno, ale nadal nie przypominał sobie był miał zamszowe, brązowe buty, co wskazywał rozmiar 8 i że były męskie.

Dotknął brzegu pudełka i zamknął oczy, jakby chciał za sprawą jakiegoś dziwnego jasnowidztwa te buty sobie przypomnieć. Trwał tak jakiś czas, gdy do pokoju weszła jego żona.

- Skarbie - zaczęła – mamy gości, a ty znów…- zawiesiła głos – przecież to twoi goście, dla ciebie tu przyszli, chcesz, by bracia znów cię wyatutowali? Już Ci spada poparcie, wiem, twój sentyment do tych papierków po gumie, jak i do piłki nożnej, ale jak długo? – zakończyła zirytowana i spojrzała w twarz męża i aż się zlękła.

Bo w tym czasie gdy żona do niego mówiła, przez jego umysł przemknęło milion myśli, w końcu przemówił:

- Miałaś kochanka?

- Skąd ten pomysł – zmieszała się –wiesz, że zawsze cię wspierałam, zwłaszcza od „nocnej zmiany”.

- Buty – wychrypiał, resztki rudych włosów na jego głowie przylepiły mu się do czaszki, a twarz nabrała koloru dojrzałego pomidora. Wyglądał, jakby miał za chwilę eksplodować.

- O czym ty mówisz? Jakie buty? – Żona straciła na chwilę czujność, by dać odpór irracjonalnym oskarżeniom.

- Nie noszę butów zamszowych…- wszystkie żyły na twarzy stały się wyraźne jak na mapie.

- Nie kupuję ci zamszowych butów, o co ci chodzi?

- To – wskazał na pudełko.

- O co ci chodzi? – Żona nada nie rozumiała istoty problemu.

- Na pudełku jest napisane, buty męskie, brązowe, z nubuku. Pewnie były zakupione z dziesięć, piętnaście lat wstecz, ale nie były moje…więc czyje?

- Myślisz, że swojemu kochankowi kupowałabym buty? I to buty w twoim rozmiarze?
To twoje buty, sam sobie kupiłeś te pieprzone zamszowe mokasyny, kóre rozpadły ci się właśnie około ten nocnej zmiany. Nawet Wałęsa się z ciebie nabijał, żeś kupił mokasyny produkcji bułgarskiej.

Spojrzał, rzeczywiście były wyprodukowane w Bułgarii, teraz pamięć jakby odżyła, gdy usłyszał głos żony:


- Donald, weź poskładaj swoje Donaldy…- roześmiała się z własnych słów…