Oj, ciężko pisać o sprawach błahych, na poważnie, ponieważ zaraz ktoś zapyta, dlaczego piszę o sprawach błahych na poważnie? Trudno wymyśleć zadowalającą odpowiedź.
Mamy oto, rozdmuchiwaną sprawę przedziwnie głupiej i przerażająco grubej “Grażyny” która wygłaszała pogadanki w necie przy pomocy “tubki” przez co stała się wrogiem dla większości tamtejszych, publikujących komentarze internautów. Tym razem mowa o czcicielach lewackiego raju, żyjących dzięki plemnikom wydalanym przez liderów Krytyki Politycznej, Gazety Wyborczej czy innego Onetu.
Ponoć chamstwo komentarzy przekroczyło wszelkie granice, w tym, grożono tej pani śmiercią. Sprawdziłem. Bywało i tak.
Pani “Grażyna” głosiła jak raz, takie poglądy, jakie wyznawcy tolerancji oraz ogólnej światłości, raczą przypisywać tak zwanym moherom, co jest bujdą na resorach, co najmniej.
O sprawie dowiedziałem się z tekstu blogera Nocri, pod którym napisałem komentarz, na który rzeczony Nocri, słusznie odpowiedział, że nie ważne są poglądy, a ważny jest sposób w jaki panią “Grażynę” potraktowano.
Dobrze to świadczy o wymienionym blogerze jako delikatnym i “detalicznie” szlachetnym człowieku, lecz niestety także o tym, że nie dostrzegł prawdziwie przerażającego aspektu tej sprawy.
Chamstwo jest tutaj kwestią drugorzędną.
Dla niezorientowanych krótkie wyjaśnienie.
Po kilkunastu odcinkach, ociekających drastycznymi komentarzami, a było tych komentarzy kilkadziesiąt tysięcy, autorzy filmików w których występowała pani “Grażyna” ujawnili, że jej występy to napisana i nakręcona przez nich prowokacja. Bujda.
I tu dopiero ujawnia się cała obrzydliwość i groteskowa groza sytuacji. Oto, ci, którzy bluzgali, grozili, próbowali zastraszać, po ujawnieniu fikcyjności postaci, dalejże przepraszać, bić się w piersi und rekompensować “straty moralne“, co jest zgrabnie i bezrefleksyjnie opisane na stronie Gazeta.pl.
Przecież to horror!
Ni mniej nie więcej, wyhodowano ludzi, którzy sądzą, że realną osobę można mieszać z błotem, zastraszać i grozić jej śmiercią w męczarniach, ze względu na jej, wyrażone werbalnie poglądy, zaś naturalną aktorkę biorącą udział, w wykreowanej przez osoby trzecie prowokacji należy przytulić do piersi i pogłaskać.
Niesamowite!
Taki przekaz można znaleźć pomiędzy wierszami opublikowanego w GW tekstu. O, jacy mili ludzie z netu! W ramach rekompensaty za własne zbydlęcenie, proponują pani, udającej przez kilka tygodni, panią Grażynę - wczasy.
To nie jest zabawne.
Druga rzecz to przeświadczenie (przykładem bloger Nocri) że gdyby prowokacja poszła w odwrotnym kierunku, reakcja “moherów” byłaby identyczna. To rozumowanie jest ostatnio bardzo popularne wśród jasnych rycerzy adamowego grodu. Zgwałcił? Trudno, ale gdyby zgwałcona miała odpowiedni osprzęt, sama by gwałciła na potęgę! I jeszcze dogłębniej. I straszniej! Bezkarniej!
Podobnie postępuje pan Bachman, publicysta organu z Czerskiej, który na potrzebę chwili, tak doniosłej, zmienia starodawne hasło “Nie ma wolności dla wrogów wolności” na istne kuriozum “Nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji”
Oryginał był używany dla rozmaitych łajdackich celów, ale chociaż “trzyma się kupy“, a przeróbka dokonana przez dziennikarza GW, już tylko zwykłej kupy.
A propos kupy. Na moment odszedłem od laptopa i młoda jaskółeczka uznała za stosowne narobić na mój laptop.
Znaczy się, pierwszy komentarz już mam!
Bujają gapki, cały czas nad moim blogerskim stanowiskiem. Dowcip jaskółeczki - Na półuśmiech, jak piszą gazetowi mini recenzenci, mini komedii, w mini gazetach.
Oczywiście, pan Bachman musiał, przyduszony konwencją udawania idioty, podobnie jak bloger Nocri, odnieść się do hipotetycznego ataku moherów, na zasadzie “a gdyby tu było przedszkole w przyszłości?”
Na marginesie dodam, że mam z oceną takich tekstów, jak tekst pana Bachmana kłopot. Pierwsze wrażenie jest takie, że facet po prostu żartuje. Może i żartuje, ale od czasów rzymskich, oficjalnie wiadomo, że forsa nie śmierdzi. Żart szydzący ze słabszych jest tylko wezwaniem do pogromu. Tak to traktuję. Glogera “Nocri” rozgrzeszam, jako “czyniącego za darmo”
Cóż. Babilończycy też pewnie mieli jakąś opinię na ten temat. Jak ładnie cytuje Pan Ceram, odkrył, czytając wprost ze starodawnej, pokrytej pismem klinowym, cegły, prostą prawdę.
“Ludzie, jak tak się rozejrzeć w koło
są głupi”
I takich odkryć, Państwu życzę!
poniedziałek, 23 lipca 2012
środa, 18 lipca 2012
A Reichstag stoi! - Na razie
Nie trzeba osobliwej inteligencji by dostrzec, że świat do którego przywykliśmy, zdechł. Jest równie daleki jak Ateny Peryklesa.
Wystarczy spojrzeć nieco wnikliwiej.
Demokracji nie ma i na razie nie będzie. Nastąpi przerwa, mili moi.
Nie, wcale się z tego nie cieszę.
Współczesny model świata zbankrutował na wszystkich możliwych i niemożliwych płaszczyznach.
Aby na przykładzie pokazać, czym jest dzisiaj, odwołam się do prostego przykładu. Łapiemy koguta , ucinamy mu łeb i puszczamy wolno. Biega zdekapitowany kogut po podwórku i krwią zrasza ziemię. Po chwili pada.
Dzisiaj jeszcze biega, ale przecież już nie pofrunie.
To jest widowisko, ale tak naprawdę chodzi o rosół.
Jasne jest, że należy jakoś zabezpieczyć interesy klasy politycznej z przyległościami, za co ktoś musi zapłacić. Skoro nie ma forsy, ktoś musi zapłacić krwią. Z grubsza, nawet wiadomo kto.
Demokracja przez ostatnie kilkadziesiąt lat była skoncentrowana na wyprodukowaniu powiązanej z polityką, iście arystokratycznej klasy próżniaczej, wspieranej przez urzędniczą, medialną i samorządową „szlachtę” zagrodową. Trzymając się nawet szczątkowych procedur demokratycznych, nie da się zapewnić dominacji tych klas, w możliwej do ogarnięcia przyszłości.
Oczywistym jest, że „kierownicy kuli ziemskiej” śmiało skierują się stronę jawnej przemocy i dyktatury. Powody są łatwe do przewidzenia.
Leżą po prostu na ulicy.
Już by nas złapali za mordy, ale trwa przetarg na bunt społeczny, na jego przywódców i oczywiście, na przyszłe ofiary przewrotu.
W takiej sytuacji nikt przytomny nie pójdzie na żywioł. Obalenie „komuny” to była pestka przy trwającej właśnie operacji.
Samochody jeżdżą. Deszcz pada. Psy szczekają a Reichstag stoi.
Na razie.
Wystarczy spojrzeć nieco wnikliwiej.
Demokracji nie ma i na razie nie będzie. Nastąpi przerwa, mili moi.
Nie, wcale się z tego nie cieszę.
Współczesny model świata zbankrutował na wszystkich możliwych i niemożliwych płaszczyznach.
Aby na przykładzie pokazać, czym jest dzisiaj, odwołam się do prostego przykładu. Łapiemy koguta , ucinamy mu łeb i puszczamy wolno. Biega zdekapitowany kogut po podwórku i krwią zrasza ziemię. Po chwili pada.
Dzisiaj jeszcze biega, ale przecież już nie pofrunie.
To jest widowisko, ale tak naprawdę chodzi o rosół.
Jasne jest, że należy jakoś zabezpieczyć interesy klasy politycznej z przyległościami, za co ktoś musi zapłacić. Skoro nie ma forsy, ktoś musi zapłacić krwią. Z grubsza, nawet wiadomo kto.
Demokracja przez ostatnie kilkadziesiąt lat była skoncentrowana na wyprodukowaniu powiązanej z polityką, iście arystokratycznej klasy próżniaczej, wspieranej przez urzędniczą, medialną i samorządową „szlachtę” zagrodową. Trzymając się nawet szczątkowych procedur demokratycznych, nie da się zapewnić dominacji tych klas, w możliwej do ogarnięcia przyszłości.
Oczywistym jest, że „kierownicy kuli ziemskiej” śmiało skierują się stronę jawnej przemocy i dyktatury. Powody są łatwe do przewidzenia.
Leżą po prostu na ulicy.
Już by nas złapali za mordy, ale trwa przetarg na bunt społeczny, na jego przywódców i oczywiście, na przyszłe ofiary przewrotu.
W takiej sytuacji nikt przytomny nie pójdzie na żywioł. Obalenie „komuny” to była pestka przy trwającej właśnie operacji.
Samochody jeżdżą. Deszcz pada. Psy szczekają a Reichstag stoi.
Na razie.
wtorek, 17 lipca 2012
Polska wychodzi na jaw
W niedzielę, przenudne marudy w rodzaju Igora Janke odkryły, że media są całkiem do dupy i wkrótce będzie im „kęsim” Wczoraj do szanownej publiki dotarł wyimek z rzeczywistości politycznej, made in PSL.
Jak mało trzeba być bystrym, by od stu miliardów lat nie widzieć co się dzieje, nie czuć smrodu gówna, wylewającego się z mediów, ani nie kumać, że Polską pomiatają pospolite gangi, nie wiedzieć czemu nazywane partiami politycznymi.
Gangi, nie żadna mafia.
Od PO do UPR, przez PiS, PSL i SLD. Gangi! Rządzą nami bandyci. To przykra informacja, ale w sumie, nic osobliwego.
Jako znany prostak i cham, posiadłem tak osobliwą wiedzę kilka lat temu.
Media to burdel kontrolowany przez bandytów. Blogosfera to szatnia w burdelu. Zastanów się, kim jesteś, Przyjacielu?
Prawda li to, czy fałsz?
Jak mało trzeba być bystrym, by od stu miliardów lat nie widzieć co się dzieje, nie czuć smrodu gówna, wylewającego się z mediów, ani nie kumać, że Polską pomiatają pospolite gangi, nie wiedzieć czemu nazywane partiami politycznymi.
Gangi, nie żadna mafia.
Od PO do UPR, przez PiS, PSL i SLD. Gangi! Rządzą nami bandyci. To przykra informacja, ale w sumie, nic osobliwego.
Jako znany prostak i cham, posiadłem tak osobliwą wiedzę kilka lat temu.
Media to burdel kontrolowany przez bandytów. Blogosfera to szatnia w burdelu. Zastanów się, kim jesteś, Przyjacielu?
Prawda li to, czy fałsz?
poniedziałek, 16 lipca 2012
List do Igora Janke
W pierwszych słowach mojego listu informuję, że czuję się dobrze, czego i Tobie życzę. To, że bardzo kaszlę, kładę na karb ćmienia “kumet” okropnych. Pogoda u nas zmienna. Przed chwilą była burza a teraz nie ma burzy.
Wczoraj była niedziela i Odpust w Golinie. Zaspałem zarówno na odpust jak i na “Lożę Prasową“ ale nic w tym złego, skoro można obejrzeć powtórkę. Szkoda, że nie Odpustu.
Jasne, że masz rację, pisząc o upadku mediów. O ich zaprzaństwie w pogoni za oglądalnością. Wczorajsza ingerencja w tok Waszej dyskusji była dla mnie wstrętna. Niestety, musze zauważyć, że transmisja z konferencji Rutkowskiego, została zapowiedziana przez Panią Łaszcz przed programem. Dyskutując o burzach i politycznych trąbach, pogodziliście się chyba z faktem, że po dwudziestu minutach zostaniecie odsunięci z wizji. Prawda?
Rozumiem, że nie jesteś prostakiem i chamem, takim jak ja, który zaraz się drze, odsyłając swoich adwersarzy do piekła, ale należało z miejsca dawać respons, nie ograniczając się do robienia min i pogardliwego wzruszania ramionami.
Zwróć uwagę, że po kilku minutach bełkotu Rutkowskiego i jakiejś blond pannicy, TVN 24 przywrócił Was do łask. W trakcie, nasmarowałem Ci na twitterze, że sprawa zabójstwa Magdy z Sosnowca, tak naprawdę, nikogo nie obchodzi, poza mediami. Nie przywoływałbym tego, gdyby nie Pani Łaszcz, szermująca wzniosłą opinią, że… “cała Polska”
Informuję, że kręcąc się na dnie drabiny społecznej, od miesięcy nie spotkałem nikogo perorującego na ten temat.
Ludzie mówią o kryzysie, o piłkarzach, o tym, że telewizja kłamie, że żyć nie sposób, że kaczor jest głupi, że w TV szajs leci, o wartości złotówki, ojro, o liczniku Balcerowicza, o Smoleńsku, ale o Sosnowcu, jeszcze nie słyszałem.
Oburzyłeś się, a ja z Tobą. Przez marne minuty odczuwaliśmy pewnie to samo. Cóż, niestety przypomniał się meni Salon24.
Nagły dyskomfort.
Przecież robisz to samo. Stado idiotów nabiera wartości z powodu kliknięć. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie szczytne idee, które głosisz. To dopiero wkurza!
Obrażony w TVN24, zezwalasz w swoim sztandarowym wynalazku, jakim, jak mniemam jest S24 na równie obrzydłą działalność własnej administracji. Dodajesz, razem z Krawczykiem , nieprawdopodobne wręcz tłumaczenia, że Wy to właściciele,a jacyś tam “admini działają” pod wodzą osoby ze spółki zewnętrznej. Osoby o nieprawdopodobnym nazwisku “Luśtyk” - To już inna “czarna bajka”?
Oburzył Cię wczorajszy incydent? To jak, taki skromny i grzeczny “ja” ma się czuć, oglądając stronę główną, Salonu24?
Nie odpowiesz, ponieważ uwłaczałoby to Twojej dziennikarskiej godności. Mojej zaś godności uwłacza sposób w jaki Twoja Luśtyk rozmawia ze mną “na poczcie” I nie tylko mojej, jak widzę, rozglądając się po łąkach S24. Dawno temu napisałem tekst “Dzikie pola Internetu”
Żaden mój tekst tak radykalnie się nie zdezaktualizował.
Polityczna blogosfera została poddana pod wladzę/osąd ADMINISTRATORÓW. Nie ma już żadnych “portali społecznościowych” a Salon24 jest, dzięki swoim możliwościom, wynikającym z zagarnięcia jakiejś tam kasy, liderem wśród portali “antyspołecznościowych”
Drogi Igorze! Pisząc do Ciebie, jest mi smutno. Zupełnie tak jakbym pisał do starodawnej ściany. 100 000 lat temu pisałem o upadku “medialnego przekazu” i dziennikarstwa, ogólnie, oraz w niejasnych, do końca, szczegółach.
Przepraszam, żem gwałtowny, ale ile można nadstawiać drugi policzek?
Pisząc o mediach, miej świadomość, że nie kupuję gazet i czasopism. Pierwszy raz, odkąd skończyłem pięć lat, nie podchodzę do kiosku po gazetę. Nie ma, prawda, czego czytać.
Miesiąc temu “wypadła Rzepa” a trzy tygodnie temu “UwazamRze” Internet skurczył się do spraw lokalnych, piłki nożnej i przeglądu zaprzyjaźnionych blogów.
Pisać nie ma dla kogo i po co?
Ukryty na zawsze, przeklinany przez hołotę i administratorów, tak czy tak, nie mam gdzie iść.
Dobra nasza!
PS.
Projekt “włącz filtr” podoba się meni. Trza tak było od początku.
Wczoraj była niedziela i Odpust w Golinie. Zaspałem zarówno na odpust jak i na “Lożę Prasową“ ale nic w tym złego, skoro można obejrzeć powtórkę. Szkoda, że nie Odpustu.
Jasne, że masz rację, pisząc o upadku mediów. O ich zaprzaństwie w pogoni za oglądalnością. Wczorajsza ingerencja w tok Waszej dyskusji była dla mnie wstrętna. Niestety, musze zauważyć, że transmisja z konferencji Rutkowskiego, została zapowiedziana przez Panią Łaszcz przed programem. Dyskutując o burzach i politycznych trąbach, pogodziliście się chyba z faktem, że po dwudziestu minutach zostaniecie odsunięci z wizji. Prawda?
Rozumiem, że nie jesteś prostakiem i chamem, takim jak ja, który zaraz się drze, odsyłając swoich adwersarzy do piekła, ale należało z miejsca dawać respons, nie ograniczając się do robienia min i pogardliwego wzruszania ramionami.
Zwróć uwagę, że po kilku minutach bełkotu Rutkowskiego i jakiejś blond pannicy, TVN 24 przywrócił Was do łask. W trakcie, nasmarowałem Ci na twitterze, że sprawa zabójstwa Magdy z Sosnowca, tak naprawdę, nikogo nie obchodzi, poza mediami. Nie przywoływałbym tego, gdyby nie Pani Łaszcz, szermująca wzniosłą opinią, że… “cała Polska”
Informuję, że kręcąc się na dnie drabiny społecznej, od miesięcy nie spotkałem nikogo perorującego na ten temat.
Ludzie mówią o kryzysie, o piłkarzach, o tym, że telewizja kłamie, że żyć nie sposób, że kaczor jest głupi, że w TV szajs leci, o wartości złotówki, ojro, o liczniku Balcerowicza, o Smoleńsku, ale o Sosnowcu, jeszcze nie słyszałem.
Oburzyłeś się, a ja z Tobą. Przez marne minuty odczuwaliśmy pewnie to samo. Cóż, niestety przypomniał się meni Salon24.
Nagły dyskomfort.
Przecież robisz to samo. Stado idiotów nabiera wartości z powodu kliknięć. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie szczytne idee, które głosisz. To dopiero wkurza!
Obrażony w TVN24, zezwalasz w swoim sztandarowym wynalazku, jakim, jak mniemam jest S24 na równie obrzydłą działalność własnej administracji. Dodajesz, razem z Krawczykiem , nieprawdopodobne wręcz tłumaczenia, że Wy to właściciele,a jacyś tam “admini działają” pod wodzą osoby ze spółki zewnętrznej. Osoby o nieprawdopodobnym nazwisku “Luśtyk” - To już inna “czarna bajka”?
Oburzył Cię wczorajszy incydent? To jak, taki skromny i grzeczny “ja” ma się czuć, oglądając stronę główną, Salonu24?
Nie odpowiesz, ponieważ uwłaczałoby to Twojej dziennikarskiej godności. Mojej zaś godności uwłacza sposób w jaki Twoja Luśtyk rozmawia ze mną “na poczcie” I nie tylko mojej, jak widzę, rozglądając się po łąkach S24. Dawno temu napisałem tekst “Dzikie pola Internetu”
Żaden mój tekst tak radykalnie się nie zdezaktualizował.
Polityczna blogosfera została poddana pod wladzę/osąd ADMINISTRATORÓW. Nie ma już żadnych “portali społecznościowych” a Salon24 jest, dzięki swoim możliwościom, wynikającym z zagarnięcia jakiejś tam kasy, liderem wśród portali “antyspołecznościowych”
Drogi Igorze! Pisząc do Ciebie, jest mi smutno. Zupełnie tak jakbym pisał do starodawnej ściany. 100 000 lat temu pisałem o upadku “medialnego przekazu” i dziennikarstwa, ogólnie, oraz w niejasnych, do końca, szczegółach.
Przepraszam, żem gwałtowny, ale ile można nadstawiać drugi policzek?
Pisząc o mediach, miej świadomość, że nie kupuję gazet i czasopism. Pierwszy raz, odkąd skończyłem pięć lat, nie podchodzę do kiosku po gazetę. Nie ma, prawda, czego czytać.
Miesiąc temu “wypadła Rzepa” a trzy tygodnie temu “UwazamRze” Internet skurczył się do spraw lokalnych, piłki nożnej i przeglądu zaprzyjaźnionych blogów.
Pisać nie ma dla kogo i po co?
Ukryty na zawsze, przeklinany przez hołotę i administratorów, tak czy tak, nie mam gdzie iść.
Dobra nasza!
PS.
Projekt “włącz filtr” podoba się meni. Trza tak było od początku.
środa, 11 lipca 2012
Blogosfera. City. Koluszki. Kołomyja
Upał. A tu, panie tego, polityczna blogosfera umiera. Moczę nogi w beczce, a polityczna blogosfera umiera. Straciła impet, podzielona, skłócona i oddana w niewolę “adminów” oraz zwalczających się koterii wyznawców, przeważnie zakotwiczonych przy rozmaitych “projektach medialnych” związanych z prawicą, lewicą, a przede wszystkim z forsą.
Upał. Nawet nie zgłaszam oczywistego pomysłu, by blogerzy zawiązali swój związek, ponieważ jak zwykle skończyłoby się to dziką awanturą. Tym dzikszą, że potencjalni związkowcy musieliby przełknąć obecność w nim swoich ideologicznych przeciwników. To bez sensu, tym bardziej, że czujni prowokatorzy rozwaliliby taki projekt na strzępy. Polewam siwy łeb wodą z wiadra. Letnią wodą.
Upał. Niosę lodowatą wodę we wiaderku. Jeszcze raz łeb polewam.
Cud orzeźwienia!
Po pierwsze, pozostańmy z daleka od dziennikarzy, polityków i ich gwardii przybocznych. Powiem wam. Nie mam pomysłu ratunkowego.
Pisząc o “adminach” nie myślę o tutejszych, amatorskich und "niepopkowych" W każdym razie, jako blogerzy, leżymy i kwiczymy.
Niechże ktoś wreszcie, coś wymyśli!
Od dzisiaj, do każdej notki będę doklejał zestaw polecanych, przeze mnie linków. Pod specjalną kreską - Oczywiście.
Upał. Nawet nie zgłaszam oczywistego pomysłu, by blogerzy zawiązali swój związek, ponieważ jak zwykle skończyłoby się to dziką awanturą. Tym dzikszą, że potencjalni związkowcy musieliby przełknąć obecność w nim swoich ideologicznych przeciwników. To bez sensu, tym bardziej, że czujni prowokatorzy rozwaliliby taki projekt na strzępy. Polewam siwy łeb wodą z wiadra. Letnią wodą.
Upał. Niosę lodowatą wodę we wiaderku. Jeszcze raz łeb polewam.
Cud orzeźwienia!
Po pierwsze, pozostańmy z daleka od dziennikarzy, polityków i ich gwardii przybocznych. Powiem wam. Nie mam pomysłu ratunkowego.
Pisząc o “adminach” nie myślę o tutejszych, amatorskich und "niepopkowych" W każdym razie, jako blogerzy, leżymy i kwiczymy.
Niechże ktoś wreszcie, coś wymyśli!
Od dzisiaj, do każdej notki będę doklejał zestaw polecanych, przeze mnie linków. Pod specjalną kreską - Oczywiście.
niedziela, 8 lipca 2012
Blogosfera 2012
Odkryłem, że podczas upału, najfajniejsza Polska występuje na granicy łąki i lasu, o ile w pobliżu znajduje się czynny zbiornik wodny, w rodzaju: staw, jezioro, rzeka czy inny strumyk. W takie miejsce zabieram książkę, psa i telefon komórkowy. Siadam w cieniu, czytam książkę, pouczam psa, a dzięki komórce dowiaduję się co w trawie piszczy i zdobywam aktualne informacje o stanie przygotowań do obiadu.
Ptaszki śpiewają, las szemrze, robaki szaleją.
Siedzę oparty o pień sosny i akurat czytam:
„ … znamiennym przykładem uporu uczonych są osiemnastowieczni astronomowie, którzy nie chcieli przyjąć do wiadomości tego, że kamienie rzeczywiście spadają z nieba. W ten sposób protestowali oni przeciwko średniowiecznym przesądom i „babskim plotkom” Przy każdym więc upadku meteorytu obstawali przy tym, że kamień ten został przyniesiony przez wiatr, albo też, że naoczny świadek tego zjawiska kłamie. Nawet wielka francuska „Academie des Sciences” wyśmiała to jako przesądy ludowe, mimo, że już wtedy prowadzono liczne badania nad zjawiskami meteorycznymi. Dopiero 26 kwietnia 1803 roku, kiedy na miasto L’Aigle we Francji spadło wiele tysięcy małych meteorytów, astronomowie zaczęli traktować serio kamienie spadające z nieba”
Róża szczeka. Przerywam lekturę i obserwuję jak psica strasznie kopie. O rany – Myślę – znowu Różenka przyniesie kreta! Nic z tego! Coś ta Róża za głęboko kopie. Podchodzę. Pachnie ziemią świeżo rozkopaną. Zaglądam i widzę fragment czegoś błyszczącego, nadzwyczajnej urody. Szarpnąłem i wyciągnąłem tarczę. Opukałem z tej i tamtej strony. Rzemienie sparciały ale srebro i złoto połyskują. Musi być tarcza kogoś ważnego. Okrągła.
Róża ciągnie za tarczę, że niby jej. A idźże psico samodzielna!
Tarcza piękna, ale skąd nagle na łące, pod darnią?
Poplułem i palcem brud zdrapując dobrałem się do starożytnego napisu. Własność – Aleksander Macedoński. Czyli sensacja naukowa, jakby nie patrzeć! Obmyłem tarczę w strumyku, wytarłem koszulką i zatelefonowałem do znanego naukowca od tarcz. Usiadłem w cieniu, napiłem się mineralnej i patrzę na psicę, która raczy się pluskać. Oczekując na przybycie naukowej odsieczy, czytam dalej.
„ 1. Uważa się za geniusza.
2. Traktuje wszystkich bez wyjątku kolegów jak głupców. Nikt się nie liczy, tylko on. Często szkaluje oponentów, zarzucając im głupotę, nieuczciwość, lub podobne pobudki działania. Jeśli go ignorują, uważa to za dowód braku argumentów przeciwko jego teorii. Jeśli traktują go łagodnie, jeszcze bardziej utwierdza się w tym, że walczy z łajdakami…”
Patrzę na koniec książki, na przedostatnią kartkę. PiW. Nakład 5000 + 270 egzemplarzy. Data wydania – 1966. Słońce mnie atakuje. Róża leży w cieniu i ziaje. Zjadłbym grochu, ale mam tylko batonik. Zaglądam do torby. Batonik w stanie płynnym. Róża wylizuje czekoladę i ajerkoniakowe nadzienie ze sreberka. Spogląda wesoło. Czytam dalej.
„ 3. Uważa się za niesłusznie prześladowanego i dyskryminowanego… Rozwodzi się zwykle nad skierowanymi przeciw niemu złośliwymi oszczerstwami i bezpodstawnymi napaściami…”
Słyszę dzwonek. Nadjeżdża specjalista od tarcz. Irlandczyk. Ogląda i ocenia, że tarcza pochodzi z szesnastego wieku. Sprawa się komplikuje. Implikacje. Róża szczeka. Irlandczyk pedałuje. Chowam książkę Gardnera do torby, razem z tarczą i setką szyszek przeznaczonych na rozpałkę.
Słońce szaleje. Brodząc w strumyku kombinuję, że przewrotna jest panna historia. Nieźle będą musieli się uwijać akademiccy historycy, by umieścić Aleksandra Macedońskiego w szesnastowiecznej Polsce. Ja mam dowód w postaci tarczy, a oni, chyba tylko głupawe hollywoodzkie produkcje.
Na przykład, że Oleś Macedoński dotarł do Indii. Śmieszne! Podobnie kombinował niejaki Kolumb, a okazuje się, że też dotarł tylko do Goliny. Za Kolumbem przypłynęli tu, popychając swoje naziemne okręty Portugalczycy, Hiszpanie i Angole. Już o tym pisałem, a ja piszę teksty wedle swej najlepszej wiedzy.
Jakby na potwierdzenie moich przemyśleń, nadbiega Różyczka niosąc w pysku zielony, emaliowany garnek bez jednego ucha. Tu nie potrzeba archeologa. Od razu widać, że to zupny garnek konkwistadorów.
Idąc do domu rozgrzaną łąką, ze słodką psicą przy boku, mijam starodawne kości ukryte pod darnią. Bucefał rży za moimi plecami. Jeszcze sto metrów. Do cienia, mrożonej herbaty, do telewizora, który jest niczym słoń bojowy, do klawiatury, do bloga.
Siadam i przepisuję pointę, napisaną w latach 30 ubiegłego wieku, przez Charlesa Forta:
„Dziewczęta na froncie paplają o swoich, niezbyt ważnych sprawkach. Alarm. Nieprzyjaciel nadchodzi. Rozkaz dla dziewcząt – kołatek, aby się skupiły – a one pod krzesłami przylepiają gumę do żucia.
Pułk bucha płomieniem, żołnierze palą się jak pochodnie. Przez końskie chrapy wali dym z płonących wnętrzności. Posiłki zostają zmiażdżone skalnymi złomami, teleportowanymi z Gór Skalistych” W mgnieniu oka, Niagara przelewa się przez pole bitwy.
A małe dziewczęta – kołatki sięgają po swoją gumę do żucia”
Róża patrzy okiem smutnym. Ma rację, dość pisania o blogosferze! W ogóle, dość tego...wszystkiego
Ptaszki śpiewają, las szemrze, robaki szaleją.
Siedzę oparty o pień sosny i akurat czytam:
„ … znamiennym przykładem uporu uczonych są osiemnastowieczni astronomowie, którzy nie chcieli przyjąć do wiadomości tego, że kamienie rzeczywiście spadają z nieba. W ten sposób protestowali oni przeciwko średniowiecznym przesądom i „babskim plotkom” Przy każdym więc upadku meteorytu obstawali przy tym, że kamień ten został przyniesiony przez wiatr, albo też, że naoczny świadek tego zjawiska kłamie. Nawet wielka francuska „Academie des Sciences” wyśmiała to jako przesądy ludowe, mimo, że już wtedy prowadzono liczne badania nad zjawiskami meteorycznymi. Dopiero 26 kwietnia 1803 roku, kiedy na miasto L’Aigle we Francji spadło wiele tysięcy małych meteorytów, astronomowie zaczęli traktować serio kamienie spadające z nieba”
Róża szczeka. Przerywam lekturę i obserwuję jak psica strasznie kopie. O rany – Myślę – znowu Różenka przyniesie kreta! Nic z tego! Coś ta Róża za głęboko kopie. Podchodzę. Pachnie ziemią świeżo rozkopaną. Zaglądam i widzę fragment czegoś błyszczącego, nadzwyczajnej urody. Szarpnąłem i wyciągnąłem tarczę. Opukałem z tej i tamtej strony. Rzemienie sparciały ale srebro i złoto połyskują. Musi być tarcza kogoś ważnego. Okrągła.
Róża ciągnie za tarczę, że niby jej. A idźże psico samodzielna!
Tarcza piękna, ale skąd nagle na łące, pod darnią?
Poplułem i palcem brud zdrapując dobrałem się do starożytnego napisu. Własność – Aleksander Macedoński. Czyli sensacja naukowa, jakby nie patrzeć! Obmyłem tarczę w strumyku, wytarłem koszulką i zatelefonowałem do znanego naukowca od tarcz. Usiadłem w cieniu, napiłem się mineralnej i patrzę na psicę, która raczy się pluskać. Oczekując na przybycie naukowej odsieczy, czytam dalej.
„ 1. Uważa się za geniusza.
2. Traktuje wszystkich bez wyjątku kolegów jak głupców. Nikt się nie liczy, tylko on. Często szkaluje oponentów, zarzucając im głupotę, nieuczciwość, lub podobne pobudki działania. Jeśli go ignorują, uważa to za dowód braku argumentów przeciwko jego teorii. Jeśli traktują go łagodnie, jeszcze bardziej utwierdza się w tym, że walczy z łajdakami…”
Patrzę na koniec książki, na przedostatnią kartkę. PiW. Nakład 5000 + 270 egzemplarzy. Data wydania – 1966. Słońce mnie atakuje. Róża leży w cieniu i ziaje. Zjadłbym grochu, ale mam tylko batonik. Zaglądam do torby. Batonik w stanie płynnym. Róża wylizuje czekoladę i ajerkoniakowe nadzienie ze sreberka. Spogląda wesoło. Czytam dalej.
„ 3. Uważa się za niesłusznie prześladowanego i dyskryminowanego… Rozwodzi się zwykle nad skierowanymi przeciw niemu złośliwymi oszczerstwami i bezpodstawnymi napaściami…”
Słyszę dzwonek. Nadjeżdża specjalista od tarcz. Irlandczyk. Ogląda i ocenia, że tarcza pochodzi z szesnastego wieku. Sprawa się komplikuje. Implikacje. Róża szczeka. Irlandczyk pedałuje. Chowam książkę Gardnera do torby, razem z tarczą i setką szyszek przeznaczonych na rozpałkę.
Słońce szaleje. Brodząc w strumyku kombinuję, że przewrotna jest panna historia. Nieźle będą musieli się uwijać akademiccy historycy, by umieścić Aleksandra Macedońskiego w szesnastowiecznej Polsce. Ja mam dowód w postaci tarczy, a oni, chyba tylko głupawe hollywoodzkie produkcje.
Na przykład, że Oleś Macedoński dotarł do Indii. Śmieszne! Podobnie kombinował niejaki Kolumb, a okazuje się, że też dotarł tylko do Goliny. Za Kolumbem przypłynęli tu, popychając swoje naziemne okręty Portugalczycy, Hiszpanie i Angole. Już o tym pisałem, a ja piszę teksty wedle swej najlepszej wiedzy.
Jakby na potwierdzenie moich przemyśleń, nadbiega Różyczka niosąc w pysku zielony, emaliowany garnek bez jednego ucha. Tu nie potrzeba archeologa. Od razu widać, że to zupny garnek konkwistadorów.
Idąc do domu rozgrzaną łąką, ze słodką psicą przy boku, mijam starodawne kości ukryte pod darnią. Bucefał rży za moimi plecami. Jeszcze sto metrów. Do cienia, mrożonej herbaty, do telewizora, który jest niczym słoń bojowy, do klawiatury, do bloga.
Siadam i przepisuję pointę, napisaną w latach 30 ubiegłego wieku, przez Charlesa Forta:
„Dziewczęta na froncie paplają o swoich, niezbyt ważnych sprawkach. Alarm. Nieprzyjaciel nadchodzi. Rozkaz dla dziewcząt – kołatek, aby się skupiły – a one pod krzesłami przylepiają gumę do żucia.
Pułk bucha płomieniem, żołnierze palą się jak pochodnie. Przez końskie chrapy wali dym z płonących wnętrzności. Posiłki zostają zmiażdżone skalnymi złomami, teleportowanymi z Gór Skalistych” W mgnieniu oka, Niagara przelewa się przez pole bitwy.
A małe dziewczęta – kołatki sięgają po swoją gumę do żucia”
Róża patrzy okiem smutnym. Ma rację, dość pisania o blogosferze! W ogóle, dość tego...wszystkiego
poniedziałek, 2 lipca 2012
Ach ten Coryllus!
Co ten człowiek wyprawia, przechodzi ludzkie pojęcie! Nie dość, że codziennie smaruje nowy tekst, dyskutuje mniej czy bardziej udatnie na blogach to jeszcze pisze i na dodatek handluje swoimi książkami.
Coryllus bywa denerwujący, nużący, agresywny i przekonany o swojej wyjątkowości. To dobrze. Czyni to z niego pisarza, a o to przecież chodzi. Tym bardziej cieszy, że jest jednocześnie wydawcą, a wydawca ma na sprzedaż tylko najlepszy i oryginalny towar. To rozumiem i taka postawa podnosi na duchu.
To, że Coryllus jest autorem, wydawcą i dystrybutorem, dziwi rozmaite niedoważone głowy, uważające z tego powodu, jego książki, za nic nie warte. Za przejaw wybujałych ambicji grafomana. Oczywiście, tak oceniający twórczość Coryllusa, nie zadadzą sobie trudu ich przeczytania. Pewnie dlatego, że czytanie jest niemodne.
Praca jaką wkłada w reklamę własnych dzieł, spotkania autorskie czy udział w targach, wedle jego krytyków, pogrąża go zupełnie. Tak, jakby krytycy Gabriela Maciejewskiego nie mieli żadnej wiedzy, ani o stanie rynku księgarskiego, ani o historii literatury, oglądanej pod kątem zmagań wydawniczych.
Zabawne jest to, że z takich pozycji atakują go ludzie, przy innych okazjach narzekający na dominację lewackiej podkultury, która zdominowała media, czyli z grubsza biorąc, kanały przesyłowe informacji oraz opinii, także o powstającej w Polsce literaturze.
Dobrze, że Coryllus nie jest wasz, tylko sam swój.
Dobrze, że pociąga za ucho Rymkiewicza, wali w nadętego, niewiele wartego Ziemkiewicza. Takie jego zbójeckie prawo.
Nie dla Coryllusa zdroje Gazety Polskiej, czy poklask “popularnej prawicy” Nijak nie można porównać Maciejewskiego z ponurym, pozbawionym krztyny humoru, masarzem literatury - Wildsteinem, którego dzieła były całkiem niedawno usilnie promowane w blogosferze.
Coryllus “poszedł w historię” niczym krowa “w szkodę” I nich się autor nie obraża za to porównanie, ponieważ krowa to zwierzę wielce pożyteczne, a reakcja właścicieli pola, zaatakowanego przez taką krowę, łatwa jest do przewidzenia. Kij w brudne łapska i heja na bydlątko, tak jakby mleko nie było nadrzędną wartością.
Nie zamierzam oczywiście doić Coryllusa - To uwaga dla kompletnych idiotów. ( Nie wyszedł mi powyższy akapit - Bywa i tak )
Gabriel Maciejewski przysłał dla meni, cztery swoje książki. Kończę czytać drugi tom “Baśni jak niedźwiedź” Kontrowersyjne,mocne, czytelne. Ogólnie rzecz ujmując, każda książka, opisująca starodawny przemysł, cyrkulację pieniądza czy idei, jest bliska mojemu sercu. Troszkę autor jedzie kolejką jednotorową, ale to nie przeszkadza. Nieco Baśń numer 2 wydaje się zbyt gęsta,jak na literaturę popularną, ale to temat na jakąś skromną recenzję.
Zaskoczyła mnie za to, pierwsza część “Baśni”. Większość tekstów znałem, ponieważ to wybór z bloga i, szczerze pisząc, niewiele się po niej spodziewałem. Błąd. Przeczytałem ją w ciągu jednego popołudnia. Na korzyść książki zadziałało to, co powinno mnie od niej odrzucić. Ponad sześćdziesiąt tekstów, zestawionych jedynie wedle jakiegoś tajnego pomysłu autora.
Ot, biegamy razem z Maciejewskim po stuleciach i faktach, ale o dziwo, całość ma całkiem jędrną strukturę. Nie nuży, czytelnika cieszy myśl, że siedzi w tej książce i czeka, co najmniej kilkanaście interesujących beletrystycznie fabuł.
Niezłe książki, tym bardziej, że można się z nimi spierać, szukać danych, przeglądać się w internetowych źródłach, a czytać pod orzechem, na kocyku, w świetle lata
Ach ten Coryllus! To istny, konsekwentny Maciek!
Coryllus bywa denerwujący, nużący, agresywny i przekonany o swojej wyjątkowości. To dobrze. Czyni to z niego pisarza, a o to przecież chodzi. Tym bardziej cieszy, że jest jednocześnie wydawcą, a wydawca ma na sprzedaż tylko najlepszy i oryginalny towar. To rozumiem i taka postawa podnosi na duchu.
To, że Coryllus jest autorem, wydawcą i dystrybutorem, dziwi rozmaite niedoważone głowy, uważające z tego powodu, jego książki, za nic nie warte. Za przejaw wybujałych ambicji grafomana. Oczywiście, tak oceniający twórczość Coryllusa, nie zadadzą sobie trudu ich przeczytania. Pewnie dlatego, że czytanie jest niemodne.
Praca jaką wkłada w reklamę własnych dzieł, spotkania autorskie czy udział w targach, wedle jego krytyków, pogrąża go zupełnie. Tak, jakby krytycy Gabriela Maciejewskiego nie mieli żadnej wiedzy, ani o stanie rynku księgarskiego, ani o historii literatury, oglądanej pod kątem zmagań wydawniczych.
Zabawne jest to, że z takich pozycji atakują go ludzie, przy innych okazjach narzekający na dominację lewackiej podkultury, która zdominowała media, czyli z grubsza biorąc, kanały przesyłowe informacji oraz opinii, także o powstającej w Polsce literaturze.
Dobrze, że Coryllus nie jest wasz, tylko sam swój.
Dobrze, że pociąga za ucho Rymkiewicza, wali w nadętego, niewiele wartego Ziemkiewicza. Takie jego zbójeckie prawo.
Nie dla Coryllusa zdroje Gazety Polskiej, czy poklask “popularnej prawicy” Nijak nie można porównać Maciejewskiego z ponurym, pozbawionym krztyny humoru, masarzem literatury - Wildsteinem, którego dzieła były całkiem niedawno usilnie promowane w blogosferze.
Coryllus “poszedł w historię” niczym krowa “w szkodę” I nich się autor nie obraża za to porównanie, ponieważ krowa to zwierzę wielce pożyteczne, a reakcja właścicieli pola, zaatakowanego przez taką krowę, łatwa jest do przewidzenia. Kij w brudne łapska i heja na bydlątko, tak jakby mleko nie było nadrzędną wartością.
Nie zamierzam oczywiście doić Coryllusa - To uwaga dla kompletnych idiotów. ( Nie wyszedł mi powyższy akapit - Bywa i tak )
Gabriel Maciejewski przysłał dla meni, cztery swoje książki. Kończę czytać drugi tom “Baśni jak niedźwiedź” Kontrowersyjne,mocne, czytelne. Ogólnie rzecz ujmując, każda książka, opisująca starodawny przemysł, cyrkulację pieniądza czy idei, jest bliska mojemu sercu. Troszkę autor jedzie kolejką jednotorową, ale to nie przeszkadza. Nieco Baśń numer 2 wydaje się zbyt gęsta,jak na literaturę popularną, ale to temat na jakąś skromną recenzję.
Zaskoczyła mnie za to, pierwsza część “Baśni”. Większość tekstów znałem, ponieważ to wybór z bloga i, szczerze pisząc, niewiele się po niej spodziewałem. Błąd. Przeczytałem ją w ciągu jednego popołudnia. Na korzyść książki zadziałało to, co powinno mnie od niej odrzucić. Ponad sześćdziesiąt tekstów, zestawionych jedynie wedle jakiegoś tajnego pomysłu autora.
Ot, biegamy razem z Maciejewskim po stuleciach i faktach, ale o dziwo, całość ma całkiem jędrną strukturę. Nie nuży, czytelnika cieszy myśl, że siedzi w tej książce i czeka, co najmniej kilkanaście interesujących beletrystycznie fabuł.
Niezłe książki, tym bardziej, że można się z nimi spierać, szukać danych, przeglądać się w internetowych źródłach, a czytać pod orzechem, na kocyku, w świetle lata
Ach ten Coryllus! To istny, konsekwentny Maciek!
Subskrybuj:
Posty (Atom)