piątek, 25 lutego 2022

Rosyjska agresja. Starego psa nie nauczysz nowych sztuczek

 Niesamowite, że napaść Rosji na Ukrainę mogła kogokolwiek zdziwić, albo zaskoczyć. Wojna, która była przygotowywana i zapowiadana od dawna przez Rosję, państwo na wskroś agresywne, które nie zjawiło się na naszej planecie nagle i z czystą kartą. Podobnie reakcja tak zwanego zachodu była oczywista, a międzynarodowa gra interesów nie była w większości tajna. Podobnie jak obłęd a właściwie obłędy ideologiczne trawiące świat od lat. Jego rozbrojenie moralne i mentalne, jego zdziecinnienie wreszcie. No kto by przypuszczał, że silny wykorzysta słabość słabego, jego głupotę czy wyuczoną bezradność. I naprawdę nasi rządzący nie powinni dołączać do chóru zdziwionych, bo jak raz spisali i spisują się dobrze. Nic nam nie daje ględzenie, że Niemcy to czy tamto, że sankcje takie czy owakie. My o tym nie decydujemy. Róbmy swoje, a kto chce stracić twarz, niech traci. Może być też tak, że przy okazji tej straty przysłowiowego rubelka też nie zarobi.

Warto zauważyć, że to nie jest, jak nam wmawiają w mediach żadna "wojna Putina" tylko napaść Rosji na Ukrainę. Gdyby Polska napadła Słowację, czy ktoś przytomny pisałby, że to wojna Dudy, albo Morawieckiego. No chyba, że w Polsce, bo tu takich cymbałów pełno w wiadomych środowiskach. To nienajlepszy przykład, ale zmierzam ku temu, że tak jak przyznaje się każdemu współczesnemu państwu czy organizacji międzynarodowej miliony uwikłań i sprzeczności decyzyjnych, tak Rosję każe nam się widzieć wprost po dziecinnemu. Zły car, który rozkazuje i cała reszta, która jest jego żelazną pięścią. Już nawet ten zły car jest szaleńcem. No proszę. 

Ale najgorsza i powielana prawie w każdym przekazie jest pewność, że w zasadzie, skoro Rosja zaczęła wojnę, to już ją wygrała. Prawidłowo byłoby pisać, że Rosja ogłosi zwycięstwo i rzecz tylko w tym, gdzie zaznaczy sobie linię za którą się ten tryumf znajduje. Czy to będzie przesunięcie granicy o kilkadziesiąt kilometrów, obalenie rządu i zastąpienie go kacapskimi marionetkami, czy zhołdowanie całej Ukrainy i stanięcie czołgami na naszej granicy. Tego nie wiem, ale w każdym wariancie świat przygotowuje się na uznanie trudnego, może trochę niesprawiedliwego, ale jednak pokoju. Tyle tylko, że nie jestem wcale przekonany, że cokolwiek się kacapowi uda zrealizować do końca. To jawne dzielenie skóry na żywym niedźwiedziu. I tym razem nie Rosja jest niedźwiedziem. 

Nie wiemy na przykład jakie jest nastawienie kadr rosyjskiej armii, nie tylko najwyższych, ale może przede wszystkim tak zwanego średniego szczebla. Nie wiemy też, czy w razie militarnych problemów, czegoś na kształt utknięcia rozwijającej się ofensywy Rosja ma coś istotnego do pokazania bez narażenia się na śmieszność. Już pojawiają się takie medialne gadki, że na razie wysyła poborowych i różne starocie na front, ale zaraz uderzy tymi najlepszymi siłami. Niby te czołgi i transportery opancerzone, które widzimy, to tacy harcownicy. Byłaby to dziwaczna na współczesnym polu walki taktyka, bo przecież ta cała Ukraina to w sumie całkiem spory kraj. Jasne, że rakiety i naloty sił powietrznych, ale wtedy nie obyłoby się bez masowego ludobójstwa ludności cywilnej. To raczej nie pasuje do obecnej doktryny Kremla, a do tego przecież naród ukraiński w rosyjskiej propagandzie jest nadal wielki, bratni i bohaterski, tyle tylko, że zawłaszczony czy ogłupiony przez zachód. Jego reedukacji nie sposób zacząć od masowych mordów. 

Jeśli miała to być chirurgiczna operacja militarna to Kacap jako chirurg, z paluchami jak serdelki i przepitą gębą, nie bardzo się nadaje. Trudno też Rosji, choć niemrawo próbuje, przedstawić agresji jako odpowiedzi na ukraińskie prowokacje, czy też przedstawić się jako ofiara, co uwielbia. Jedno jest pewne, że Rosja ogłosi zwycięstwo, a tylko od Ukraińców zależy, w którym momencie to nastąpi. No chyba, że zły car nagle zachoruje, a wtedy zastąpi go dobry car i wszyscy w to uwierzą, bo ludzie chcą w takie brednie wierzyć. W takim przypadku też zwycięży, nawet jeśli całkiem się wycofa. Tylko proszę się temu nie dziwić. 

 

piątek, 18 lutego 2022

Antypolonizm, czyli strategia artystów ubogich duchem

 Zacznę od przykładu, bo różni mi piszą, że ja niekonkretnie. No dobrze. W takim razie mamy Kingę Dunin. Okropna to jakaś pani, ale atak na nią za "skrzywione ryje i wieprzowe karki Polaków" świadczy tylko o tym, że redaktorzy wielu idiotycznych, niby prawicowych portali w ogóle nie potrafią czytać ze zrozumieniem. Być może, a nawet wielce prawdopodobne jest, że autorka może coś podobnego kombinować, ale konkret jest taki, że to fragment niechętnej recenzji książki jakiegoś cwanego grafomana, który w ten sposób widzi nas i siebie przecież także. Autorka zauważa nawet, że to już nudne i książka jest tylko dla takich, co chcą wyrzygać się na Polskę i Polaków.

Z tego zaraz nakręcona zabawka afery. Już panny i mężatki w mediach społecznościowych publikują swoje buziaki, że niby nie mają skrzywionych ryjów, koniecznie w konfrontacji z konterfektem autorki recenzji, która faktycznie jest obdarzona dość nietuzinkową urodą. Ludzie tracą czas, nerwy i wychodzą na durni tylko dlatego, że za pisanie artykułów biorą się ludzie, którzy nie potrafią czytać. Cała ta sprawa funta kłaków nie warta, ale rodzi pytanie, czy ci dzielni, wyniesieni do mediów analfabeci o poważniejszych kwestiach nie smarują tekstów na podobnej zasadzie. Recenzowane przez panią Dunin dzieło powstało by przypodobać się środowisku, które ona reprezentuje. To ci dopiera kalkulacja, nie tylko spychająca autora do rzędu jawnych grafomanów, ale też, jak wynika z recenzji, już i głupców, nie rozumiejących mądrości nowego etapu, bez względu na to, jaki on ma być. Ja nie wiem, bo wolałbym wśród korsarzy przebywać, niż wśród takich typów ludzkich, a nawet nie bardzo.

A cóż to w ogóle za kalkulacja z tą pogardą dla Polski i polskości? Na czym oparta i co mająca na celu?Nie ma w Polsce tylu pompek, żeby napompować baloniki wszystkich grafomanów, którzy gardzą, brzydzą się i nienawidzą. Wiwisekcja narodu i jego wad setny raz robiona i zawsze przez ludzi, którzy nie tylko żadnych umiejętności ku temu nie mają, to na dodatek wcale Polaków nie znają, a prowadzi ich tylko i wyłącznie środowiskowa pycha i właśnie chęć przypodobania się takim samym jak oni. Do luster gadają, do luster piszą. Nudne to jest, podobnie jak te wszystkie deklaracje wyjazdu, nieczucie się Polakiem, wywiedzione z kupieckiej przebiegłości europejskości, śląskości, kaszubskości czy nawet, a może już przede wszystkim seksualności. To ludzie z Gogola, niczym jeden z bohaterów Ożenku, który zachwycony Sycylią opowiada, że tam ludzie do tego stopnia wykształceni, że nawet chłop oracz mówi po francusku, a rosyjskiego słowa nie usłyszysz. z Gogola, ale niesympatyczni i odstręczający.

Jakaż kalkulacja! Świat otwarty, a oni wszyscy z własnej woli w polskim więzieniu, lochu nawet, gdzie wilgoć, szczury i ohydni strażnicy. Nie chcą wybiec na kwietne łąki światowej sławy, ponieważ jednak uczyć nas chcą, napominać i zawstydzać.  Nie wiem po co i dlaczego nas, skoro sami twierdzą, że nie tu jest ich miejsce. Niech uczą, napominają, zawstydzają i wiodą ku poprawie środowiska, narody i kontynenty, które cenią i kochają. Te Nibylandie zasługują właśnie na nich, ale czekają  nadaremnie, a tu tylko wóda, zła wymowa, antysemityzm, faszyzm i diabli wiedzą co jeszcze. I zawsze na stół wyjeżdża Gombrowicz, którego albo nie czytają w ogóle, albo podobnie jak ich koledzy z przeciwnej barykady nie posiedli trudnej sztuki czytania ze zrozumieniem. O, gdyby zadali sobie trud, ale nie zadadzą, bo nie mają czasu, zajęci piętnowaniem. Wysłałbym ich wszystkich na Sycylię, ale czy któryś mówi płynnie po francusku?    


wtorek, 15 lutego 2022

Zawodowi patrioci na grzędzie urzędu

Już w szesnastym wieku narzekano na ludzi przesadnie eksponujących swoją religijność, że obwiesi się jeden z drugim szkaplerzami i różańcami, a nie tak drzewiej bywało, bo w tym żadnej szczerości, tylko jakby kpina. Dzisiaj to marginalne zjawisko, za to, a szczególnie ostatnio, rolę podobną gra patriotyzm. Łatwy i niesprawdzalny, bo próby jakimi byliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt lat poddawani, jak tak się przyjrzeć, w gruncie rzeczy były dość miałkie. Oczywiście z tej miałkości już całe pokolenia kombatantów, powstańców bez powstań, zesłańców, którzy najdalej byli w Białymstoku i tak dalej. Łatwe, bo i deklaracja werbalna jest łatwa, podobnie jak podział na prześladowców i prześladowanych. Oczywiście prawdziwy patriota i jego rodzina zawsze należeli do tej drugiej grupy i dopiero teraz oddychają pełną piersią wolności. Aż dziw bierze, jak oni zdołali przeżyć te wszystkie prześladowania, bo i Tusk razem z Trzecią RP, Jaruzelski rzecz jasna, Gierek i Gomułka, a nawet sam Stalin. Już nie wspomnę o majątkach na wschodzie utraconych po 1945 roku, albo już na skutek Traktatu Ryskiego.

Do tego każdy prawdziwy patriota musi mieć wśród przodków choć jednego żołnierza wyklętego i powstańca warszawskiego. Co najmniej. O innych bohaterach oporu przeciwko komunie nie warto wspominać, bo są nieprzeliczeni. Tu również wypada wyrazić zdziwienie, że na przykład taka komuna jakimś cudem się utrzymała przez dziesięciolecia. No cóż, bywa i tak. Dopiero uzbrojony w tak zacną przeszłość patriota może śmiało przystąpić do nauczania maluczkich prawdziwego patriotyzmu i śmiało patrzeć w przyszłość, tym bardziej jeśli zapewnił już sobie stosowne apanaże. Zawodowy patriota nie tylko zresztą naucza, ale i samym swoim przykładem zawstydza innych, mniej uniesionych uczuciami patriotycznymi. On nawet nie ziewa na uroczystych akademiach ku czci, tylko z pełnym skupienia wyrazem twarzy wysłuchuje dziecięcych deklamacji, a nawet się wzrusza szczerze, bo przecież sam już prawie wierzy w wyjątkowość swych uczuć. 

W takim razie, można spytać, dlaczego czepiam się ludzi, którzy chcą być lepsi, bo przecież patriotyzm w każdym aspekcie jest pozytywny. Wszak przyjmując na siebie obowiązek bycia patriotą taki człowiek nie może korzystać z całej gamy łajdactw oferowanych mu przez świat. O, żeby tak było! Niestety patriotyzm deklaratywny jest płytki i jego demaskacja zawsze jest zgorszeniem. To coś takiego, jak świątobliwy człowiek, który nagle okazuje się łajdakiem. Mało było przez ostatnie lata przykładów? Poza tym drażni mnie niezmiernie sprzedawany publicznie fałsz. I to nieznośne ględzenie o trzecim pokoleniu AK zmagającym się z trzecim pokoleniem UB, które rozmywa i degraduje prawdziwą chwałę i prawdziwe łajdactwo. Co z tego, że punktowo prawdziwe, skoro w założeniu ma mieć możliwie szerokie zastosowanie, w sensie, kto nie z nami, kto zgłasza jakiekolwiek wątpliwości ten ubol. 

Przeszłość wedle zawodowego patrioty jest oczywista i istnieje tylko po to, by służyć teraźniejszości. Jak mu mało komuny to złapie jakiegoś dawno nieżyjącego króla i dalejże mu wytykać, a poprawiać, a porównywać. I oczywiście wszystkie te klęski, okropne i krwawe daleko przed tryumfami, przed hekatombą wrogów. Jak upadła wielkość Rzeczpospolitej, ale mniejsza jak powstała, z jakiej pracy i z jakich koniunktur. 

I tak najwięcej ludzi jest obojętna i podejrzliwa wobec własnej Ojczyzny, bo zatarło się w świadomości ogółu, czym tak naprawdę są obce rządy, czym codzienna niższość i bezradność wobec przywleczonej z zewnątrz pogardy. Ta, którą fundują nam nasze własne urzędy, nasze własne rządy, to przecież przysłowiowa bułka z masłem. 

niedziela, 28 listopada 2021

Dlaczego jeszcze nie chodzimy na czworakach?

 

           K.Jarecki

Właściwie nie ma na pytanie postawione w tytule dobrej odpowiedzi. Fakt, że jest to skrajnie niewygodny sposób przemieszczania się nie zamyka sprawy, ponieważ jako społeczność robimy całą masę skrajnie niewygodnych i pozbawionych sensu rzeczy i jakoś je sobie racjonalizujemy. Zresztą i tak mentalnie cała ta nasza, tak zwana cywilizacja białego człowieka już chodzi na czworakach. Wypadałoby wymyślić jakiś powód w rodzaju, że tuż nad ziemią jest zdrowsze powietrze, że to korzystne dla układu kostnego, albo dla materialistów, że można znaleźć pieniążek. Potem z górki, już wyśmiewanie dwunożnych, już upomnienia, już kary. Od aktywistów czworakowatości, poprzez czworakowatą policję, aż do społecznych czworaków, w których tak czy owak na końcu zamieszkamy.

Bardzo ciekawego wywiadu udzielił Dziennikowi Polskiemu zapomniany i wystylizowany na mądrego starca Jan Maria Rokita. To wielka osobliwość, ponieważ zgadzam się ze wszystkim, co tam powiedział, a mam w zwyczaju kontestować wszystko i wszystkiemu złorzeczyć. Trochę tam oczywiście błahostek kulturowych, ale to taka ozdoba do siwej pasująca brody. Pan Jan podnosi tam za to dwie kwestie, które i mnie fatalnie dręczą, dotykają najboleśniej i odsuwają poza margines jakiejkolwiek debaty o sprawach publicznych. Pierwsza to "kult uczuć" a druga to pakietowanie przekonań i poglądów. Poniżej link do wywiadu:

https://plus.dziennikpolski24.pl/jan-maria-rokita-pod-bieszczadami-poczulem-ze-jestem-na-swoim-miejscu/ar/c15-15921721

Przy czym, żeby to było jasne, nie jestem przeciwnikiem zakochiwania się czy w ogóle miłości, nawet do kotów, drzew czy kotletów, ale "kult uczuć" nie na miłości polega, a wprost przeciwnie. Po pierwsze bowiem człowiek ma kochać i współczesny człowiek kocha samego siebie. I tu też, nie w tym rzecz, że ustawicznie samego siebie po rękach całuje, ale raczej kocha wszystko, co przejdzie przez filtry jego świadomości, które zbudowały w nim media i kultura masowa. Zatrzymują rozum i logiczną argumentację, a przepuszczają najgłupszy bełkot, byle tylko odnosił się do uczuć i emocji. Dzięki temu wynalazkowi człowiek współczesny jest kompletnie bezbronny wobec przemocy bzdury i świństwa. Wszystko, dosłownie wszystko, ma budzić miłość, gniew, pożądanie, a zatem i wstyd, troskę czy gorącą aprobatę. Wystarczy przejrzeć jakiekolwiek i gdziekolwiek podawana "informacje". Wszystko dla uczuć, nic dla rozumu, do tego w stylu tryumfującego infantylizmu. Ma to oczywiście przełożenie także na wybory polityczne, ponieważ pomaga kreować ludzi, których jedną wartością jest ciągłe, mozolne prowokowanie. 

Temu też służy kwestia pakietowania poglądów. Tu już władcy społecznych emocji mogą śmiało spuścić się na swoich wychowanków. Już jeden pilnuje drugiego, już jeden drugiego chce być sumieniem i cenzorem. To czasem bywa zabawne, ale czasem wcale, a w zasadzie jest po prostu wstrętne. Rozumiem, że tak jest łatwiej, ale z tego nie powstają eleganckie bańki informacyjne, jak chcą ludzie delikatni, ale najzwyklejszy w świecie umysłowy plebs, tym różniący się od starożytnego plebsu, że aspiracjami oraz samozadowoleniem przebija cezarów. 

Zwróćcie przy okazji uwagę na fakt, że każda rzecz w świecie kultu uczuć i pakietowania ma przeważnie jedną przyczynę. Jedna, góra dwie, przy wyjątkowych okazjach. Coś się stało, bo... Każdy chyba z doświadczenia życiowego wie, że zwykle przyczyn jest wiele, ale sprawy skomplikowane w rodzaju stosunków międzynarodowych czy konfliktów zbrojnych mają jedną. Jedną, ponieważ więcej nie trzeba, by wzbudzić emocje, wyznaczyć sojuszników i wrogów. 

Dlaczego zatem nie chodzimy na czworakach? Jakiś atawizm z czasów, gdy staraliśmy się być ludźmi, a może czekamy na stosowne rozporządzenie? Nie wiem, cholera.  


czwartek, 30 września 2021

Infantylizm jest gorszy od faszyzmu

 Od razu dodam, że znacznie gorszy, ponieważ jego masa krytyczna została przekroczona i nie ma powrotu do rozumu. Istniał zawsze, ale nigdy nie był głównym nurtem myślenia w dziedzinach poważniejszych. Przynależał do taniej rozrywki, jakichś potocznych wyobrażeń o świecie, odpowiadał na zapotrzebowanie raczej przypisywanego paniom sentymentalizmu. Połączył się z nim w jedną cechę i wraz z rozwojem przemysłu kultury masowej opanował świat. To wcale nie wyklucza okrucieństwa, złości, mordu i innych równie przyjemnych cech człowieka, bo są to cechy od których nie wolne są i dzieci. Sami takie cechy przypisujemy w naszej infantylnej wersji historii ludom prymitywnym, w tym i naszym praprzodkom, że niewinni bo niby jak dzieci. Guzik prawda, ale ja nie o tym.

Weźmy współczesną politykę, zarządzanie społeczeństwami, choć kusi mnie religia i jej skrajnie zinfantylizowana wersja, razem z równie dziecinną ateistyczną kontrą. Ale polityka i to na polskim przykładzie, choć rzecz nie tylko nas dotyczy, bo sama demokracja stała się dziecięcym kaprysem i min grymaśnych robieniem. Nic dziwnego, że potrzebuje nadzorców, ale tu stare dzieci z głowicami nuklearnymi i młode, jeszcze okropniejsze bachory. Ale ja tu skromnie, bo na prostym przykładzie, że i dziecko zrozumie. 

Mamy sytuację porządkową, opisaną w prawie, traktatach międzynarodowych i lepiej lub gorzej realizowaną od momentu, gdy człowiek zmuszony okolicznościami ustanowił coś takiego jak granice. Doskonale też wiadomo, że granicę wolno przekraczać legalnie, ale oczywiście można też nielegalnie, o ile ma się dość sprytu czy pieniędzy. Wtedy ponosi się ryzyko rozmaitego stopnia, od zatrzymania i deportacji aż do utraty życia. Granice mogą być zawieszone, swoboda podróżowania pełna czy prawie pełna na mocy międzynarodowych paktów i porozumień. To wszystko jest tak oczywiste, że aż śmiech o tym pisać. Wydaje się, że nie ma tu pola manewru. 

Okazuje się, że nie tylko jest, ale potrafi podnieść gorączkę polityczną w dużym państwie do stanu wrzenia. Podkreślam, to sprawa porządkowa przynależna państwu. W świecie zinfantylizownym do absurdu do nagle problem powszechny. A przecież problemem byłoby, gdyby imć Łukaszenka szprycował nas tymi migrantami dowolnie! Problemem nie jest, że coś działa, tylko, że nie działa. Tu trochę późno i nieco gapowato, ale jednak działa. I koniec. Bynajmniej nie koniec jeśli się wie, do jakiego stopnia jest już upośledzona znacząca część społeczeństwa razem z dziecinnym elitami na czele. 

Te wszystkie głupstwa lejące się z telewizji, portali internetowych przecież mają licznych, bardzo licznych odbiorców. To wszystko dzieci. Starszaki opowiadające dyrdymały skrzatom. Ten afgański kotek, te dzieci zabłąkane w lesie, te trupy, ten faszyzm. Te stare rupy (nie wiem, co to znaczy, ale pasuje) piętnujące polskich żołnierzy, te dziady dziecinne od postępowej polityki... Infantylizm na najwyższym poziomie. Można by się z tego pośmiać, ale sytuacja jest zbyt poważna, a nawet do tego stopnia, że zachowujący resztki rozumu politycy opozycji zaczęli tonować, ale zaraz dzieciaki w ryk, bo nadal chcą piętnować. Na to wszystko wychodzi dwóch zgoła dziecinnych ministrów w postaci Ziobry i Kamińskiego żeby pomachać szpadelkiem w celu nasycenia własnych siedzących w piaskownicy wyborców. Rząd tłumaczący się z oczywistych działań w taki sposób... Zaraz widzę Marlona Brando gładzącego swój łysy łeb w Czasie Apokalipsy i powtarzającego: I'ts horror, horror...

Sprawa ma wymiar międzynarodowego zdziecinnienia, bo i Łukaszenka w tym wszystkim istny złośliwy bobas za nic mający konsekwencje swoich uczynków. Z kreowaną na zachodzie opozycją dał sobie radę, ale tu może nie dać i właśnie po dziecinnemu brnie. Taki świat, ano taki. Innego się w najbliższym czasie nie przewiduje. Prawda Kizie Mizie?

środa, 29 września 2021

Brzydki aneks do pokojowego jojczenia pana Wosia

 Złośliwie dałem taki tytuł, choć praktycznie zgadzam się z tekstem pana Wosia. Tyle tylko, że autor radośnie zakłada, że ktoś się tym przejmie. Łańcuchy dostaw, ceny, giełdy, jakieś indeksy, gry geopolityczne... Rzecz w tym, że Europa podpisała akt poddania się najzwyklejszym w świecie szaleńcom. Całe to pieprzenie o zielonej energii oparte jest na prostej zasadzie, że zanim gruby schudnie, to chudy zdechnie. W założeniu to my jesteśmy tym chudy. Oczywiście kalkulacje szaleńców są niewiele warte i gruby walnie w kalendarz pierwszy, bo nie są to czasy dobre dla słabo uzbrojonych grubasów. 

Nadchodzi czas horrendalnie drogiej energii, albo jej częściowego braku. Podobnie z paliwami, ale to w sumie też energia. Tu nie mam miejsca na abstrakcyjne rozważania. Najpierw trzeba odpowiedzieć na pytanie, ile procent zmniejszenia dostaw surowców energetycznych wytrzyma gospodarka i cała struktura państwa/państw. Jeszcze rzecz upraszczając: Kiedy zabraknie żarcia? O nadchodzącej drożyźnie w ogóle nie wspominam, bo tu nie ma o czym gadać. Jak sądzicie, jak daleko jest człowiek współczesny, świetnie uposażony, zajmujący się takimi ważnymi sprawami, że ho ho, od awantury w kilometrowej kolejce po miskę darmowej zupy? Jak daleko jest od przemykania chyłkiem ciemnymi ulicami, wśród wrzasków rabujących domy band? 

Na pewno bliżej niż sto czy dwieście lat temu. Ile jest pracy bez energii? Ile takich zajęć przynoszących chleb? Jaka wedle władzy będzie i jest gradacja ważności potrzeb? I już nie ma jak za komuny, czy w wojennych czasach rezerwuaru żarcia poza granicami miast, a to co jest poza przemysłową produkcją nie wystarczy żeby was nakarmić. Sami zaś nie umiecie nic, no chyba. że ktoś się naoglądał telewizyjnych bzdur, jak przeżyć w dziczy. Wtedy uważa, że to nic strasznego i tak sobie wesoło, dziarsko skona. Przesadzam? Jasne, bo tego nie widać, bo o tym się nie mówi i do końca nie będzie mówiło. Z drugiej zaś strony, czy nie z powodów ideologicznych miliony umarły z głodu w ubiegłym wieku na Ukrainie. Czego jak czego, ale żarcia tam nie brakowało, aż tu nagle głód, do wykopywania i zjadania trupów włącznie. No, ale komunizm przetrwał i zakwitł. Prawda o tym celu, co to środki uświęca.

Najgorsze, że nadciągający kryzys w ogóle nie jest konieczny, nie wynika z niczego poza chęcią zidiociałych medialnie społeczeństw, by sobie sprowadzić go na łeb. I tak będzie dalej, będziemy brnąć w nieszczęście, bo jesteśmy mili oraz grzeczni. W naszych głowach nigdy nie narodzi się myśl, że należy bronić się przed szaleńcami i ideologami szaleństwa, nie gadaniem przecież, nie wytykaniem głupoty, błędów logicznych, a normalnie, poetycko rzecz ujmując ogniem i mieczem. Nawet sama myśl o podobnym oporze wydaje nam się wstrętna. Użycie brutalnych słów i obrazów takich, jak powyżej też jest wstrętne i okropne. A na koniec, obym nie doczekał, lud kwiatami powita wyzwoleńczą Armię Czerwoną, bo taka jest już człowiecza natura, że chce żyć. Duszyczka chce dźwigać swojego trupa, a ideologia karmi tylko ideologów.


https://www.salon24.pl/newsroom/1169221,zielona-rewolucja-zaczyna-bolec





poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Urojone filary polskości

 Coroczna debata na temat Powstania Warszawskiego przetoczyła się przez media i jak zwykle wygasa bez żadnych sensownych konkluzji. Tym razem było już mniej emocji, strony okopane na swoich stanowiskach rażą się tylko zza zasłon własnych wyobrażonych autorytetów. Strzelcy są poklepywani po plecach, wróg ideowy poniewierany werbalnie. I wszystko jest komunałem, tanią rekonstrukcją w głowach propagandystów i jawnych maniaków. I darcie szat, że Moskal stał za rzeką, że sojusznicy z zachodu tylko pozorowali wsparcie, że to czy tamto. Machina historii nas zmiażdżyła, zżarła i wypluła. Nic więcej, a my po prawie osiemdziesięciu latach gadamy o czułości czy nadziejach. Kolejny raz sami siebie utwierdzamy w przekonaniu, że jesteśmy cholernymi Indianami z filmów dla niegdysiejszej młodzieży. Sami tworzymy na swój temat negatywne stereotypy i żądamy od innych zachwytu.

Od wieków nie jesteśmy wojowniczym, sprawnym w działaniu czy dobrze dowodzonym narodem. Tyle tylko, że pod wpływem własnej propagandy straciliśmy rozsądek. Nie wygrywamy, ponieważ idea i dobre chęci górują nad pragmatycznym przygotowaniem działań, logistyką i umiejętnościami. Powstanie Warszawskie jest ukoronowaniem takiej postawy. Oczywiście koroną cierniową, bo jakże inaczej. Innych koron światowe mocarstwa nie rozdają.

Jesteśmy narodem, który lubi rozprawiać o historii, ale własnej historii nie zna, a jeśli zna jej wyrywki dzięki kulturze masowej, literaturze czy popularnym opracowaniom historycznym, to w zasadzie jeszcze gorzej. Wdrukowano  nam w głowy pewną wizję polskości, która może jest dobra i szlachetna, ale do diabła, dla ludu, nie dla osób, które decydują o sprawach poważnych. Jasne, że są to sprawy poboczne, ale skoro z tych najważniejszych niewiele wynika, nie można całkiem odrzucić kwestii wychowania, bo przecież znakomita większość dowódców miała od dziecka serca pokrzepione Sienkiewiczem i podobnymi lekturami. Czy to źle? Dobrze, o ile się wie, że to tylko romanse na tle historycznym. Źle, gdy za chwalebne ma się wysadzenie twierdzy razem z kilkuset piechurami, bo tu już niedaleko do całkowitego zidiocenia. Niestety, ale coś podobnego pobrzmiewa w zapisach rozmów, rozkazach, tamtejszej propagandzie skierowanej do bojowników i cywilów.

Wojna od zawsze, poza okrucieństwem, śmiercią i zniszczeniem jest dla jej uczestników i cywilów nieprawdopodobnie wręcz uciążliwa pod każdym względem. My, urodzeni i żyjący w takim czy owakim, ale pokoju, nawet niespecjalnie możemy sobie to wyobrazić, ale bitwa to zupełnie co innego niż wojna. Bitwa jako akt rozstrzygający jest w pewnym sensie świętem, dlatego poważni wodzowie tak starannie je planowali. Dobór możliwych do zaakceptowania miejsc starcia, zaopatrzenie w materiały wojenne i nie tylko i masa rozmaitych szczegółów mających na celu minimalizację strat, łącznie z drogami ewakuacji w razie zawsze możliwej klęski. No i żeby cywile się nie pętali pod nogami. Powiecie, że Powstanie to nie bitwa, to ja spytam, co w takim razie?

Cena życia wyszkolonego żołnierza rośnie wraz ze stopniem jego sprawności. Celem walki jest pokonanie lub chociaż znaczne osłabienie sił wroga przy możliwie najmniejszych stratach własnych, nie tylko ludzkich, ale i materialnych. Wiedzieliśmy to pięćset lat temu, a teraz nie wiemy i oddajemy się bajaniu o emocjach i chwale. Od dawna nie wiemy, bo już powstańcy styczniowi zdumiewali się obojętnością z jaką przyjmowano ich ofiarę. Potem to zagłaskano zupełnie po dzisiejszemu. Kobiety w czarnych sukniach, biżuteria patriotyczna, antycarskie graffiti, literatura. Zagraniczny autorytet się zachwycił, Konfederaci z dalekiej Ameryki, ale już Lincoln twardo przy ruskim carze. I tak dalej.

Wczoraj obchodziliśmy 77 rocznicę Powstania Warszawskiego. Jak mawiał Zagłoba, gdy miał właśnie tyle lat poczuł jakby dwie siekiery nad nim zawisły, ale potem odmłodniał i czuł się znacznie lepiej. Czego Polsce i wszystkim, którzy przebrnęli przez ten niejasny tekst szczerze życzę.