niedziela, 7 sierpnia 2022

CPK czyli test na światowe prawo jazdy

 Najpierw poproszę o coś, co w zasadzie jest niemożliwe, a mianowicie o odłożenie dosłownie na moment sympatii i antypatii politycznych. Dam dobry przykład nie używając w tekście ani razu nazwy jakiejkolwiek partii politycznej. Rozpatrywanie bowiem tak wielkiego, wieloletniego projektu, od którego powodzenia tak wiele zależy, w kontekście chwilowości naszych politycznych przetasowań wedle mnie mija się z celem. Mówimy bowiem o koncepcji o takiej sile kreacyjnej dla tak wielu aspektów naszego narodowego bytu, o tak dużym wpływie na jakość infrastruktury naszego kraju, że dosłownie śmiesznym by było przy tej okazji zaprzęgać do jej oceny emocje dnia dzisiejszego. 

W sensie politycznym stosunek do powstania CPK jest oczywistym testem skierowanym do wewnątrz politycznego kotła. Krytycy projektu, wiedząc doskonale o jego zaletach rozpalają ogień sprzeciwu w głowach swoich miłośników, o których wiedzą równie dobrze, że ci świetnie reagują na zarządzanie poprzez hasła i emocje. Argumenty wysuwane przez przeciwników CPK są w zasadzie miernikiem ich stosunku do Polski, jako państwa i jego roli w zmieniającym się świecie, a te zmiany nabrały ostatnio znacznego przyspieszenia. Udawanie, że cennym i jedynie możliwym do zaakceptowania konceptem jest utrzymanie chwiejącego się status quo areny europejskiej w obliczu świata, który patrzy na nią z coraz większym zażenowaniem jest błędem. Polska już nie jest i mam nadzieje, że nie będzie taką trochę większą Mołdawią, gdzie siły zewnętrzne hulać będą mogły na potęgę. Lustro pomniejszające i wykrzywiające gębę naszą i naszej Ojczyzny zostało rozbite, a resztki wyniesione. Próba jego ponownej instalacji jest co najmniej dziwna, a że odbywa się w kontekście wielkiego projektu infrastrukturalnego zakrawa na kpinę z rozumu. 


CPK to przecież nie tylko gigantyczne, nowoczesne lotnisko i projekt nie tylko istotny dla Polski. To stworzenie nowego centrum, być może pierwszego z rzędu, przesuwającego ciężar odpowiedzialności i biznesu do środkowej Europy. W zasadzie jest to projekt bezalternatywny ze względu na nasze usytuowanie na mapie świata. Nie mamy bowiem i nie będziemy mieli dostępu do oceanów, ani nawet Morza Północnego, a zdawanie się i opłacanie możliwości wymiany towarowej i transportu pasażerskiego innym krajom ogranicza cały czas nasze możliwości. Każdy bowiem i zawsze, najpierw realizuje własne potrzeby, co doskonale widać po uwikłaniach energetycznych w jakich tkwimy obecnie. Nie ruszymy jako państwo i naród dalej, bez tej i podobnych inwestycji. Warto zauważyć, że podobne projekty z konieczności muszą mieć coś w rodzaju geopolitycznego glejtu, dotyczącego nie tylko jego finansowania, ale i zmian, także politycznych, jakie jego zakończona powodzeniem realizacja może spowodować. Gdyby tak nie było, CPK nie generowałby aż takich emocji i sprzeciwu. To gra interesów, kolejna zresztą, gdzie część polskich polityków jawnie staje przeciwko własnemu państwu. Nie znaczy to oczywiści, że gdyby jakoś udało im się przejąć władzę, od razu zaniechaliby dalszych prac, bo nie tylko ich obecni mocodawcy mają w tym względzie coś do powiedzenia.  


Zresztą o wartości tworzenia nowej infrastruktury chyba od czasów rzymskich nie trzeba nikogo przekonywać, to znaczy nie powinno być trzeba, a jednak...  Pomijając tych, którzy uważają, że powinniśmy chodzić pieszo, a towar do supermarketów dostarczać furmankami, naprawdę nie powinno być nikogo, kto na poważnie i z dobrą wolą stawiałby argumenty przeciwko jej rozwojowi. Jeśli zaś ktoś je wysuwa, niech powie jasno, że chce Polski skansenu, eksportującej swoich obywateli do pracy zarobkowej w innych, łaknących taniego pracownika krajach. Niech powie jasno, że łaknie Polski, która jest i będzie krajem podrzędnym i usługowym w każdym możliwym aspekcie. Zamiast tego słyszę, że nagle modernizacja dróg jest zła, a szybka kolej to po prostu morderstwo na narodzie i podobne brednie godne pięciolatków, płynące z ust ludzi, którzy doskonale wiedzą, jak podobne projekty się finansuje i jaki mają wpływ na rozwój gospodarki.  


Powtarzam, od czego zacząłem. Stosunek do powstanie CPK to miernik stosunku do Polski, oraz jej obecnego i przyszłego miejsca w świecie. Wzrost gospodarczy, do tego w kontekście faktu, że od pewnego czasu zyskujemy jakby nowych obywateli, a sytuacja zewnętrzna powinna nawet kamiennym głowom dać do myślenia, dzięki takim inwestycjom dostaje impulsy wzrostowe. Chcemy się liczyć w świecie, rozwijać kontakty handlowe i inne z azjatyckimi potęgami, to róbmy. Niech karawana jedzie dalej, nie zważając na wiadome odgłosy.  

 

sobota, 6 sierpnia 2022

Ateiści wojujący i inne instrumenty ciemnoty

 Wszędzie pełno sekt, a jedną z najdziwniejszych wśród tych popularnych jest sekta wojujących ateistów, której członkowie dla niepoznaki i bez żadnych podstaw nazywają się czasem racjonalistami. W głośno wyrażanych założeniach scjentystyczna, w rzeczywistości zabobonna i charakteryzująca się raczej nieuctwem. Każdy człowiek ma prawo wierzyć lub nie wierzyć w Boga czy inne byty nadrzędne. To oczywiste, ale dziwność zaczyna się wtedy, gdy nie dość, że epatuje swoją niewiarą ze zgoła niezrozumiałych dla mnie powodów, to jeszcze innych do swej niewiary zachęca, a z tonu widać, że najlepiej by było, gdyby mógł przymusić. 

Tu nie ma, żeby uprzedzić zarzut, żadnej symetrii z wierzącymi. Którzy nakłaniają innych do wiary. Tych usprawiedliwia sama wiara, ponieważ wierząc, chcą czynić bliźnim dobro, za które mają, powiedzmy, uniknięcie wieczystego potępienia. W swoim rozumieniu ofiarowują rzecz niebagatelną. Na tym polu wojujący ateista, misjonarz ateizmu bezwzględnie przegrywa, ponieważ ofiarowuje za coś, przyjmijmy nawet, że za pewną niesprawdzalną obietnicę, po prostu nic. No, może poza samozadowoleniem, że jest się mędrszym nad zabobon, co jest bzdurą, bo takie właśnie myślenie, poza pychą, jest też jawnym zabobonem.  


Zabawnie się robi, gdy uświadomimy sobie, z jakim Bogiem, z jaką wiarą jest ta walka. W najlepszym wypadku mamy do czynienia z projekcją do zadumań metafizycznych osiemnastowiecznego ciemniaka, ale takiego ciemnego z ciemnych. Cała nauka, kosmos, fizyka kwantowa, teorie Einsteina i sto innych odkryć dotyczących czasu, struktury świata, budowy materii, psu na budę, bo walka z Bogiem, co siedzi nad chmurami i kosym okiem spoziera na nasze niedoskonałości. To tak jak walka tych samych i podobnych im myślicieli z ciemnotą wieków średnich, bez cienia wiedzy, co faktycznie w tych czasach rozumiano o świecie. 


Mało sto razy czytałem mądrości różnych lelków, jak to ludzie wówczas wierzyli, że Ziemia jest płaska. I dopiero wielkie odkrycia geograficzne, bo Kolumb czy inny Magellan... Czynię taką dygresję, ale bynajmniej nie odbiegam od tematu, którą jest ciemnota przebrana za naukowość. Otóż podstawowym autorem, na pismach którego wsparto całość ówczesnej wiedzy kosmologicznej był Ptolemeusz, ten sam, którego system podważył nasz Kopernik. Tyle, że Ptolemeusz był świetnych matematykiem i w drugim wieku naszej ery obliczył na przykład obwód Ziemi, o ile mnie pamięć nie myli, myląc się o 23 kilometry. W swoim mapach jako jeden z pierwszych stosował projekcję kuli na płaszczyznę, przez co dzisiejszy idiota cieszy się, że starożytne mapy przedstawiają płaską Ziemię.  


Kolumb nie dlatego miał problemy z uzyskaniem grantów na swoją wyprawę do Azji, bo wierzono, że morskie potwory go zjedzą, albo spadnie w otchłań, a dlatego, że wedle Ptolemeusza wychodziło prawidłowo, że do brzegów Azji jest za daleko. No, ale on oparł się na błędnych wyliczeniach współczesnego mu pseudonaukowca i dalej miał szczęście, bo jednak do lądu dotarł.  


Wracając z tej wyprawy do wojujących ateistów warto też dodać, że wśród nich są też osoby nieco sprytniejsze, które w swoim zapale do samego Boga nie sięgają, kontentując się walką na niższym poziomie, w parterze niejako. Tu są dwa główne odgałęzienia. Pierwszy, nie mogąc sięgnąć absolutu, koncentruje się z powodzeniem na atakowaniu Kościoła, który nie potrafiąc z powodu braków, nazwijmy to delikatnie, intelektualnych, nie walczy prawie wcale i krok po kroku wycofuje się, niebezpiecznie zbliżając się do przepaści. To jest niewątpliwe najskuteczniejsza metoda wojującego ateizmu, której na dodatek często sekundują ludzie przedstawiający się jako wierzący. Tak sobie sami przybliżają piekło na ziemi, może podświadomie licząc na palmę męczeństwa. Drugie odgałęzienie, z powodu jawnego infantylizmu jest głównie skierowane ku młodym. Tu powiela się w kółko pytanie w rodzaju “Jak Bóg mógł do tego dopuścić?” i tym podobne, świadczące o kompletnym niezrozumieniu istoty religii.  


Oczywiście, wszystkie te działania są częścią składową nieustannej, toczonej od stuleci walki o nowego, lepszego człowieka i najczęściej wynikają z nieświadomego czerpania z zatrutego źródła tak zwanego humanizmu. Na razie efektem tych starań były tylko kolejne hekatomby i śmierć setek milionów ludzi. Zupełnie to nie przeszkadza różnym mądralom twierdzić, że za całe zło świata odpowiadają religie. Byłoby to zabawne, ale z przywołanego powyżej względu, nie jest. Przerażające jest to, jak łatwo ludźmi manipulować, nawet nie zbliżając się do prawdy i prezentując zwykłe, pardą, pierdoły jako owoc głębokich, filozoficznych przemyśleń.  

wtorek, 2 sierpnia 2022

Rzeczpospolita, kiedy była

 Jeszcze raz, bo już kiedyś to robiłem, zachęcam do czytania Kraszewskiego, ale nie mam na myśli jego beletrystyki historycznej, choć to też żaden znowu grzech, ale jego wspomnień i reportaży podróżniczych, wielce popularnych w pierwszej połowie XIX wieku. Aby uniknąć porównań z Cejrowskim i tą drugą panią, której nazwiska zapomniałem, bo ci zacni ludzie w zasadzie piszą tylko o sobie, nazwijmy je reportażami peregrynacyjnymi. Pan Kraszewski wędruje sobie po Wołyniu, Polesiu, bywa w Wilnie i tym podobnych miejscach i całkiem dziarskim i barwnym językiem wszystko co widzi opisuje. To są lata trzydzieste dziewiętnastego wieku, więc nie będzie wielkim nadużyciem, jeśli użyję formuły, że 200 lat temu. 

Prawie każdy, kto opisuje spustoszenie naszych ziem, kto włosy wyrywa, o ile ma włosy, z głowy nad brakiem, nad niekompletnością źródeł, nad małością i rzadkością zabytków, zawsze przywołuje zniszczenia dokonane przez Sowietów czy Niemców. A tu mamy sytuacje sprzed 200 lat i jest zgoła podobnie. Kraszewski wydziwia nad zabytkami Wilna, odbudowanymi w pokracznej formie, nad doklejonymi kolumienkami, nad brakiem jakiegokolwiek smaku i niszczeniem poprzez nowomodną architekturę pamięci historycznej społeczeństwa. Jedzie przez tereny Rzeczpospolitej i opisuje co kawałek, że to wzgórze zarośnięte, gdzie jeśli się wlezie przedzierając się przez dziką puszczę jeżyn, to zamek, w salach którego książe Witold podejmował europejskich władców, a znowu tutaj, gdzie widzimy nędzną wiochę i ludzi na pół dzikich było miasto, prowadzące wielki handel. I tak w kółko. Tu był klasztor, gdzie ufundowano wielką bibliotekę, a tu gdzie ktoś przemyślnie kozy pasie w resztach ruin, archiwum. 

Dwieście lat temu Kraszewski rozpacza nad zniszczeniem zasobów archiwalnych, często sięgających wieki całe w przeszłość. Magnackie jeszcze istniały, ale i one gdzieś się, panie tego, rozeszły, vide ogromne archiwum Potockich. Ale przecież każdy piśmienny, posiadający ziemię szlachcic, gromadził pilnie wszelkie dotyczące rodu i gospodarstwa papiery. Jeszcze wcześniej, bo jako zamiłowane w historii chłopię Kraszewski za grosze kupuje takie zbutwiałe, cuchnące dokumenty w workach. Rodzice go z tym smrodem wyganiają z domu do szopki, a tam przecież prawdziwa historia, co komu, za ile, po co? Korespondencja, rachunki i tak dalej... 

Skala zniszczenia opisywana przez autora jest przerażająca, a przed dziedzictwem były jeszcze prawie dwa wieki starannego niszczenia i zacierania śladów po dawnej potędze i kulturze materialnej. Kraszewski opisuje resztki, które potem trafiły jeszcze na przemiał, a my z tego, knując i kombinując, w oparciu bardziej o literaturę tworzyć próbujemy żywe obrazy przeszłości. 

A potem Kraszewski w Horodcu, gdzie kolekcja numizmatów w oryginalnych szafach, dar Ludwika XV dla Stanisława Leszczyńskiego, gdzie w bibliotece rękopisy nawet z XIV wieku, archiwa gospodarza, rzecz jasna i obrazy Rubensa "jeden kobietę nagą w futrze wyobrażający, drugi zaślubiny N. Panny", obraz Rafaela i podobne dzieła. Jest też, podany przez Kraszewskiego za pewny oryginał obraz Leonarda da Vinci "Święty Jan Chrzciciel". Rzecz dla kogoś, kto się zna, bo być może wierna kopia. Ja nie pretenduję, ale opis Kraszewskiego zgadza się idealnie z dziełem. Obraz tak czy tak w Luwrze i można go sobie obejrzeć nawet w internecie. Horodec też jest i można o nim w Wikipedii przeczytać, że wiocha. Nawet wspominają, że Kraszewski opisał. Cóż.

Rzecz w tym, że mamy te resztki po resztkach Kraszewskiego i nic z nimi nie jesteśmy w stanie zrobić. Trochę przesadzam, bo na przykład udało się spalić krakowskie archiwum. Nie można przez to powiedzieć, że nasze pokolenie jest całkiem bezczynne. Uuu... Ale jak się ktoś przeszłością zajmuje na sposób niepublicystyczny, ale na przykład publikując dzieła rzadkie i niedostępne, to zaraz go w łeb, a jeśli nawet nie w łeb, to na żadną pomoc liczyć nie może. Pełno jest bowiem ględzenia o historii, ale dosłownie na kilka, już nudnych do porzygania tematów. I oczywiście tylko tam, gdzie są etaty i można obrzydliwie ględzić o wychowaniu patriotycznym młodzieży. Reszta jest nędzną beletrystyką i bajaniem dla głupców. To się sprzeda, tamto wcale, a reszta niech zgnije. Piszę się na to, żeby razem ze mną.




















niedziela, 31 lipca 2022

Rząd się zużył

Rzec szczerze muszę... No dobra, nie będę się wygłupiał, bo jeszcze ktoś po starodawnemu tylko na głos potrafi czytać i sobie język połamie. Nie wiem czy wiecie, ale nawet tak wydawałoby się oczywista rzecz jak czytanie bez otwierania gęby też musiało zostać wynalezione. Święty Augustyn był chyba pierwszą znaną postacią, która to potrafiła i praktykowała, czym budził podziw i zdumienie. Niezły gwar musiał panować w tych starożytnych bibliotekach nad zwojami. Aż szkoda, że ja nie o tym, tylko o rządzie pod przywództwem pana Morawieckiego, który zaczyna tonąć w ględzeniu, zapowiedziach i niekonsekwencjach. Jasne, że ma swoje zasługi i nie mam zamiaru ich tu podważać. Jasne też, że działa w tak trudnych warunkach, że kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić podobne, ale jednocześnie są to czasy, które stwarzają jedyną w swoim rodzaju okazję na podniesienie Polski.  

A co mamy? Mamy patriotyczną retorykę, gadanie o suwerenności, a tak naprawdę jest to tylko lawirowanie pomiędzy oczekiwaniami własnych wyborców, a dalszym wyzbywaniem się resztek suwerenności. Można ględzić o wetach, twardości w polskich sprawach, a potem wysyła się ministerialnego kundelka, żeby gdzie trzeba podkulił ogonek. Takie może i są zasady gry politycznej, ale nie wtedy, gdy nasi wrogowie są do tego stopnia beznadziejni. Kacap właśnie się obnażył, a Szkop wcale nie lepszy, za nic mając niemieckie społeczeństwo, sam sobie założył podwójnego nelsona i charczy. Na Kacapa pokrzykujemy zza pleców Ukraińców, ale przed Szkopem, wiadomo, pełna kultura, bo potęga.

Tak nam wmówiono i nawet przeciwnicy ulegania we wszystkim Niemcom święcie w to wierzą. A ta cała potęga opiera się właśnie na wierze. Ach, jaki przemysł niemiecki jest wspaniały, ale przecież widać, że w energochłonnych dziedzinach, że rozlokowany po świecie, że w tradycyjnych, wcale nie najnowocześniejszych gałęziach, że spóźniony informatycznie. Ludzie rządzący Niemcami po prostu muszą "uciekać do przodu" a do tego są konieczne rozlokowane blisko państwa o statusie na poły niewolniczym i stąd ta cała presja, by nasze, pozostające tymczasem szczęśliwie w opozycji zdradzieckie potworki powróciły do władzy. 

Zbroimy się, to świetnie! Dywersyfikujemy dostawców uzbrojenia, jeszcze lepiej! Idziemy w tym względzie w kierunku Azji, po prostu wspaniale. Ale broń jest po to, żeby ją użyć w stosownej chwili, a przedtem, żeby nas i naszego potencjału się bano. Nikt przytomny nie będzie bał się kogoś, kto we wszystkim ulega. No, proszę... 

Europa, w sumie mało znaczący fragment świata, żaden tam jego pępek czy mózg, jest na zakręcie. Jesteśmy przyzwyczajeni do status quo, do Europy, gdzie obowiązuje stare rozdanie, gdzie Polska jest trochę większą Mołdawią i tyle naszego. Takie myślenie musi iść do lamusa. Nie tylko na rynku wewnętrznym. Przecież nawet nasi wrogowie lepiej myślą o nas, niż my sami. Nie lekceważą, tylko atakują w sposób, na jaki ich stać w tej chwili. 

W tym sensie rząd się zużył, ponieważ nie jest w stanie udzielić na arenie międzynarodowej stosownej odpowiedzi, a takiej można udzielić tylko poprzez działanie, a potem można łaskawie poczekać na reakcję. Rząd non stop bity po głowie i sądzący, że nie ma życia poza Unią Europejską będzie tkwił w tym uwikłaniu z powodów politycznych, bo Polacy nigdy by się nie zgodzili, bo Polacy lubią być traktowani jak ludzie drugiej kategorii i tak dalej. Potem będziemy patrzeć jeden na drugiego i główkować jak niegdyś nasi przodkowie, gdzie się podziała ta nasza Polska? I do tego w momencie, gdy miała szansę stać się znowu Rzeczpospolitą. Potrzeba tylko niezbędnej w takich chwilach odwagi. Niczego, tym razem, więcej. Dosłownie niczego.

sobota, 18 czerwca 2022

Dlaczego kocham Jarosława Kaczyńskiego?

 Od razu się sumituję, bo oczywiście i na żaden sposób nie kocham tego zacnego polityka. Wymyśliłem taki tytuł, bo wiem, że część czytelników dalej się nie zapuszcza. Ale coś w tym jest. Rzecz w tym, że mamy do czynienie z człowiekiem, który przejął stery polityczne, któremu wrogowie zarzucają rzeczy, z których dosłownie żadna się nie trzyma przysłowiowej kupy. Pierwsza rzecz, to oczywisty fakt, że Jarosław Kaczyński jest typowym warszawski inteligentem, ale też inteligentem, który po części rezygnując z dóbr doczesnych przeszedł na pozycję o jedną wyżej, czyli politycznego intelektualisty.

Stal się niejako bytem osobnym. Zanurzony w historii, historii idei, oraz znając doskonale wszystkie możliwe i niemożliwe drogi rozwoju państw wybrał jedną, drogę starożytną i pełną codziennej męki, drogę starożytnego Rzymu. Niezrozumiany, często przez swoich fanów, robi dokładnie to, co robił następca Cezara, Oktatawian, nazwany Augustem. Wynalazkiem tamtego była wywiedzione logicznie przekonanie, że  lud, społeczeństw, musi być, przede wszystkim zapewnione, że instytucje trawają/

Rzymska Republika upadła nie dlatego, że niezadowolony z systemowych rozwiązań Cezar z Juliuszów przekroczył jakiś tam potok Rubikon. Republikę pokonała wewnętrzna korupcja i wynikła z zalewu pieniądza pogarda dla tych, którzy  nie mogą się pieniądzem obronić. Cezar Cezarem, ale popatrzcie na tego  Augusta, wątpliwego następcę. Wątpliwy i wątły, za młody i zbyt mało  rozumny, a. co lepiej może przemówić do współczesnego, mało z definicji, rozgarniętego czytelnika, a jednak zatryumfował.

I tak sobie rządził dawniejszą Europą przez 41 lat. Mieszkał sobie w prywatnym domu, nie, że aż na barbarzyńskim Żoliborzu z malutką obsługą służby i wierną, dobrą Liwią, którą haniebnie obsmarował Graves. niczym, a jednocześnie wszystkim rządził. Zapamiętajcie to! Niczym, a jednocześnie wszystkim.

Podobnych władców było wielu, ale żaden w takim stopniu jak Oktawian nie zbliżył się do najprostszej z prawd, że/ tak naprawdę wynosi do władzy i wywalczoną władze wspiera nie rzeczywistość polityczna, a wyobrażenie  o  niej. Gdy Oktawian  szedł na Palatyn wśród okrzyków gawiedzi, wiedział sam, albo jego doradcy, że wszystko przeminie, ale władza i jej  spersonalizowany charakter nigdy.

Nie szydzę z Jarosława Kaczyńskiego, choć można tak sądzić z kwantyfikatorów porównań. Wielkie są, ale też nasze życie jest wielkie i swoiste w swym wyrazie. 

Różnica jest taka, że gdyby jakimś cudem JarKacz, jak go zwykle nazywam przeczytał ten tekst, uśmiałby się być może setnie, a jego adwersarze zaraz kubek z kawą by mój przewrócili i z pyskiem swych chamskim, rozdarty wystąpili w szranki. Gdzie, panie tego., Rzym, a gdzie znowuż Krym?


poniedziałek, 28 lutego 2022

Czy dureń może nawrócić się na bycie rozumnym?

 Dla tych, którzy nie lubią za dużo czytać od razu odpowiem na zadane w tytule pytanie, że oczywiście nie może. Nie może, ponieważ jest durniem i durniem pozostanie. Opadnie wojenny kurz i momentalnie wylezą spod kamieni razem ze swoimi urojeniami, chorymi ideologiami i ogólną zgnilizną umysłową. Tak będzie, ponieważ dureń polityczny po prostu nie istnieje bez swoich manii, którym chce uszczęśliwić świat. To jest jego racja politycznego bytu, klepanie w kółko wyuczonych formułek i zmuszanie innych, by przez jego okulary widzieli świat, a wszystko po to, by zamazać rzeczywistość. Teraz, nagle, ta okropna rzeczywistość stanęła w świetle i nie sposób jej nie zauważyć. Durnie zostali na chwilę postawieni do pionu, choć tak naprawdę nadal gniją w barłogach. Wystarczy przejrzeć serwisy informacyjne i zapoznać się falą mądrości i otrzeźwienia zalewającą naszą kochaną Europę. Już wojsko dobre i potrzebne, już energia jądrowa całkiem fajna, NATO znakomite, pomimo, że na jego czele straszne USA, już nagle, że nie tylko forsa jest ważna, a bezpieczeństwa nie zapewniają czarodziejki czy inne jednorożce. I te wszystkie mądrości w ustach durniów, którzy sami, od dziesięcioleci podcinali gałąź na której siedzą razem ze swoimi narodami. 

Nie wierzę ani przez chwilę w zmianę europejskiego czy unijnego paradygmatu, ponieważ durnie zostali wyniesieni przez podobnych sobie, a gdyby nadeszła era rozumnych działań, nie będą potrzebni, a ich biadolenie zostanie wyśmiane. Alkoholik czy narkoman może wytrzeźwieć, złodziej stać się człowiekiem uczciwym, ale tu mamy sytuację beznadziejną. Pusty śmiech mnie ogarnia, gdy w miarę poważni ludzie łapią się w pułapkę i gotowi są wierzyć w prawdziwość i szczerość tych wszystkich deklaracji. Ta dziwaczna Urszula z wypisanymi na buziaku deficytami umysłowymi, albo ten Kanclerz, co nagle zmądrzał, pewnie w nocy, i dalejże od nowa przewodzić Europie, już prawie jako militarysta. Ci wszyscy politycy, nagle nadęci bojowo, że użyję wiekopomnych słów Haszka z przygód Szwejka, strojący minę "jak kot srający w sieczkę". Tak będą trwali, aż opadnie wojenny kurz, ale bez względu jak i kiedy zakończy się rosyjska agresja, minie tydzień i zaczną mielić od nowa swoje zaklęcia. Niektórzy, durnie wyższego stopnia, czyli kwalifikowani, już przecież zaczęli, choć teraz ich chore jojczenia pasuje jak pięść do nosa. Z udziałem, jak zwykle durni naszego chowu wyskoczyli ze swoją wymierzoną w Polskę rezolucją wzywającą do natychmiastowego i retrospektywnego uruchomienia mechanizmu praworządności... Tak to będzie wyglądało za chwilę. Znowu zacznie się ględzenie o żabkach, klimacie, o doskonałych w swym prawnym idealizmie sędziach i agresywnej faszystowskiej Polsce. Tak będzie, bo musi być coś w zamian, a machiny głupoty nie da się tak łatwo zatrzymać, tym  bardziej, że częściowo jest już poza zasięgiem wyborców. 

Zresztą i wyborcy mają swoje przyzwyczajenia. Wczoraj na twitterze fala zapewnień, że sankcje i zmianę nastawienia Niemiec załatwił Tusk, rzecz jasna po cichu, bo tak robi się prawdziwą politykę, a polski rząd nic nie robi, bo jest skłócony z UE i NATO. Sądząc z komentarzy ludzie w takie rzeczy całkiem poważnie wierzą. Zaraz się dowiemy, że Donald czy inna Spurek osobiście strącają kacapskie samoloty bojowe. Czasem naprawdę nie wiadomo, gdzie oczy podziać. Inny gatunek twitterowych komandosów, bo to jest wyższa sprawność, w dwustu osiemdziesięciu znakach potrafi skomentować wojnę, wspomnieć o Wołyniu, Izraelu, Covidzie i zrobić tajemniczy wygibas, że coś jeszcze wie, ale nie powie, bo reżim czuwa. Inni znowu, że żadnej wojny nie ma, że ustawka, maskirowka. Za tę maskirowkę to lałbym w pysk. Gdzie w tym wszystkim głębsze otrzeźwienie? Część ludzi najwyraźniej sądzi, że wojna to coś w rodzaju meczu i okazja, żeby się lansować na jej tle. Zapewniam, że wojna to nie mecz, a dureń pozostanie durniem, choćby ubrał się w zbroję Aleksandra Macedońskiego.



niedziela, 27 lutego 2022

Rosyjska agresja. Symulacja kontra rzeczywistość

 Czy Rosjanie mogliby zmiażdżyć opór Ukrainy? Oczywiście. Wystarczą zmasowane bombardowanie miast i hekatomba ofiar wśród cywilów. Mogą to zrobić bez użycia broni nuklearnej, ale w ten sposób uczyniliby swoją inwazję bezsensowną. Nie chodzi bynajmniej o to, że agresor ma czułe serduszko, bo nie ma. Jak widać niewiele też ich obchodzą reakcje świata, na zasadzie, że i tak wszystko mija, a ludzka pamięć, o ile w grę wchodzi forsa, bynajmniej nie na końcu. Celem jest bowiem rządzenie Ukrainą i Ukraińcami. Dlatego miało iść szybko i stosunkowo łatwo. Nie poszło i Kacap stanął przed problemem. W tej chwili nawet zdobycie Kijowa i zainstalowanie własnego rządu niewiele da, ponieważ wydarzenia stworzyły taką dynamikę, że świat, choćby chciał i nie wiem jak był przez Rosję skorumpowany już takiego rozwiązania problemu nie zaakceptuje. Gwarancje milczenia i niechętnej, a może i pełnej oburzenia aprobaty, które niewątpliwie otrzymał na drodze dyplomatycznej od przedstawicieli niektórych państw zachodnich zostały już unieważnione. Można oczywiście do nich wrócić, ale to musiałoby potrwać, a czasu nie ma. 

Cała rosyjska ofensywa utknęła w stanie pewnej niemożności i nie chodzi o sukcesy, porażki czy zaniechania militarne. Rosja ma znaczne rezerwy, które może i będzie przesuwać na Ukrainę, będzie maszerować, wjeżdżać, robić desanty, nękać ostrzałem, ale dotychczasowe efekty wobec już użytych nakładów nie wyglądają najlepiej. To nie symulacja komputerowa, których pewnie przeprowadzono setki, ale operowanie żywym organizmem armii, wobec oporu obrońców. Pierwsza rzecz, która szczególnie dziwi i być może jest powodem kacapskiego ambarasu jest silne przekonanie rosyjskich elit wojskowych, że w zasadzie nie natrafią na poważniejszy opór. To musiało wynikać z jakichś analiz, pewnie opartych na prawdziwym zresztą przeświadczeniu, że Ukraińcy nieszczególnie, delikatnie rzecz ujmując, cenią swój rząd czy swoje państwo, a być może państwowość jako taką. I po takich przenikliwych analizach udało się Kacapowi zmienić, prawie natychmiast odwrócić to nastawienie. Sukces jak cholera! Rosja przywykła do atakowania z pozycji Boga, przed którego siłą same gną się kolana. Wiara w to jest powszechna wśród rosyjskiego ludu i wspina się ta wiara po szczeblach kompetencji i władzy, aż do tronu na którym zasiada Putin. Po drodze nikt tego przeświadczenia nie zaneguje, nie podda w wątpliwość, nie zwróci uwagi na możliwe problemy czy reperkusje inwazji, a  nawet jeśli, jest to głos osobny, nie służący karierze takiego defetysty.

Z podobnym problemem mierzy się rosyjska armia, organizm ogromny, ale wielce zróżnicowany pod względem siły, skuteczności i przeznaczanych nań nakładów. Każda wielka armia tak miała i rzecz w tym, jak sprawnie dowodzący potrafią utrzymać jej morale poprzez skuteczną aprowizację, utrzymywanie linii dostaw paliwa, amunicji, żywności, leków i tak dalej. Braki logistyczne i w zaopatrzeniu są zawsze problemem sygnalizującym słabość i zachęcającym przeciwnika do działania. W przypadku obecnej rosyjskiej agresji jest to problem, co już widać, narastający, a jego przyczyna jest zgoła podobna do opisanych powyżej błędnych w tworzeniu analiz.  Każda armia ma do tego w swoich szeregach złodziei, głupców i ludzi zajmujących stanowiska daleko powyżej swoich kompetencji, a podejrzewam, że armia rosyjska, o ile akurat nie defiluje po Placu Czerwonym, ma ich znacznie więcej niż przeciętna. Do tego szczególnie w systemie rosyjskim wszystko musi po prostu być w jak najlepszym porządku, ku zadowoleniu przełożonych. Tak tworzy się piramida, powiedzmy, półprawd. W trakcie ofensywy staje czołg, bo zabrakło paliwa. Nie znaczy to, że jego załoga po drodze rozsprzedała go, by nabyć wódkę. Taki czołg na przejechanie odcinka X potrzebuje sto litrów paliwa. Nasze palą sto dziesięć, ale to niedobrze, to zapewnimy, że dziewięćdziesiąt siedem, to może dowódcy premia wpadnie. Dalibyśmy żołnierzom porcje na dwanaście dni, ale te łobuzy albo zeżrą od razu, albo sprzedadzą, to damy na trzy dni i jakoś się dowiezie. I tak dalej, w ten właśnie deseń. To jakoś przechodzi na poligonie, nawet największym, ale tu nie poligon. 

I co ma myśleć żołnierz najpotężniejszej, wedle odwiecznego przekonania, armii świata, który ma się gdzieś przedzierać z narażeniem życia, skoro wie, że jego armia dysponuje środkami, które mogłyby natychmiast oczyścić mu drogę, ale nie może czy nie ma zamiaru ich użyć. I jeszcze, co bardzo dziwne, może zginąć na zawsze i nieodwołalnie. Trudno tak walczyć, nawet bez wydumanej racji moralnej, o ile rzecz nie w naciskaniu śmiercionośnych guziczków.