niedziela, 18 stycznia 2026

Namnożyło się w Polsce łajdaków

 Namnożyło się w Polsce łajdaków, a co trzeci to hrabia. No, może nie co trzeci, ale razem z paniczami, prawie. A niektórzy narzekają, że Rzeczpospolitą, panie tego, diabli wzięli, bo było za dużo szlachty. Owszem wzięli, nie oddają i oddać nie zamierzają. Niby komu, hrabiom we władanie? I żeby to jeszcze jeden z drugim miał rozum, albo jakiś znaczący majątek, a tu tylko gołe zadki oraz poczucie wyższości, niby nad tym ciemnym ludem. Jednak trzeba przyznać, że część z nich jest dość sprytna, ale metoda, której używają dogorywa.

Na co dzień my i oni, od święta wszyscy Polacy. My, znaczy się światłość i rozum, oni zaś czerń, do której pasują wszystkie, nawet najwymyślniejsze epitety. Od święta, że niby wszyscy Polacy powinni, albo to czy tamto… A już przy okazjach wyborczych to nawet, owszem nieco selektywna, ale miłość. Aby nie oślepiać tym swoim hrabiowskim, zagranicznym tytułem, można na przykład nazwać się demokratami, stroną demokratyczną. Sprytne to jest, bo bardzo ogólnikowe i zawsze można powiedzieć, że zostaliśmy źle zrozumiani z tą całą demokracją.

Wszystkie ich działania są powtarzalne niby scenariusze jakiegoś serialu dla niezbyt rozgarniętych widzów. To bardzo sprytne, bo widownia ich popisów, no wiecie, taka sobie. Podam to na przykładzie ustaw wetowanych przez Prezydenta. Zawsze są to projekty, o których można mówić dużo i pięknie, przypisując sobie jak najlepsze intencje. Nie ma tam żadnych wrzutek czy pomyłek. Idea jest taka, żeby za każdym razem wymusić weto i móc się rozczulać, straszyć i wygłupiać we własnych mediach, licząc na to, że wyjaśnienia Prezydenta czy jego kancelarii dotrą do mniejszej liczby osób, niż ich medialny bełkot. I mają w tym swoją rację.

Dziwne dla nich, że na razie to nie działa. Lud ciemny się uparł i trwa przy swoim, ale scenariusze kolejnych odcinków są już gotowe. Do tego zbliża się finał WOŚP i Prezydent, który nie gra razem z Jurasem, czyli dojdzie jeszcze, że nienawidzi też dzieci, czy tam czegoś, co wymyślił hrabia Owsiak. Będzie bardzo zabawnie, ale lud ciemny nawet nie drgnie. Być może po prostu znudziło go pouczanie, co ma myśleć i czuć na żądanie byle obszczymurka, choćby i z zawodu był hrabią. Nudne są te połajanki, te bezmyślne gęby na stanowiskach ministerialnych, ten bełkot… Na dodatek masa krytyczna tego całego wykształceństwa dominującego w przestrzeni publicznej została przekroczona i wkrótce może nastąpić BUM!

piątek, 16 stycznia 2026

Krzyżak PIMO - wspomnienie z lat odległych...

 

Wraca Krzyżak Pimo z wizyty u polskiego króla bardzo zmęczony – tak jakby nie na koniu jechał a koń na nim. Zresztą uroda krzyżaka jest tego osobliwie nordyckiego typu, że gdyby nie siodło, to trudno by konia od jeźdźca odróżnić. No chyba, że po zbroi, ale dzisiejsze konie też potrafią się stroić.

- Żebym to chociaż nie był posłem, ale gdzież tam! – martwi się po niewczasie krzyżak Pimo.

Aby być wierny prawdzie, nasz dzielny krzyżak był z zawodu posłem, ale do tego całewgo europejskiego parlamentu i w Malborku wszyscy mają go za nic.

Tym razem – Wielki Mistrz wysłał go do Polaków po toster!

Kryzys w Zakonie straszny, bo mistrz bez tostera wytrzymać nie może a stary toster się spalił całkiem sam z siebie.

- Zimnego chlebka nie kumam - mawia Wielki Mistrz.

No i wraca nasz dzielny krzyżak z bratniej Polski dumając, jak to za dawnych czasów było fajnie. Bitwy, podpalanie wiosek i rabowanie tosterów, a teraz?

Proszę, dziękuję…dzień dobry!

Jedzie zziębnięty i styczniowy krzyżak Pimo - słucha Floydów - a po prawej stronie siodła buja się polski, znaczy się chiński toster, a po lewej hełm z białym pióropuszem. "Jestem Krzyżakiem pełnym tajemnic" - myśli nieco na wyrost.

Żebym się tylko nie pomylił, bo Wielki Mistrz się wkurzy, znajdując, że jednak, co hełm to nie toster! – martwi się krzyżak, który z powodu ziąbu oraz wiatru od wschodu, choć cały w srebrzystych blachach – przecież w wełnianej czapce z pomponem - na głowie.

Jego koń w takiej samej oraz w końskim kraciastym szaliku na szyi.

Ciemny wieczór, a droga daleka! I coś mży, jak na złość.

Gdy wyjeżdżał wydawało mu się, że jest do wizyty doskonale przygotowany. Nażarł się jakichś proszków. Na ramieniu przykleił sobie plaster, że niby rzuca palenie, bo straszne historie opowiadano w zakonie o polskich papierosach. Z tym plastrem narobił sobie szydery - bo zaraz Zyndram się kapnął, że na naramienniku nakleił i mówi:

- Ty mordo krzyżacka – taka owaka - gdzie sobie nakleiłeś? – i zaraz go fajką, jakby na złość częstuje.

Palą tak do płuc dechy, a tu Zawisza napity jak to zwykle on - zaraz do przedsionka gębę swą wraził i piwem częstuje. Jak tu takiemu odmówić nie tracąc głowy?

Porwał naszego krzyżaka wir imprezy. Toster? Bierz toster! Bierz dwa!

Prowadzą go gdzieś po schodach w górę i w dół a potem poziomym korytarzem do sali tosterowej, gdzie Polacy zwykli przechowywać tostery.

Dają mu dwa a potem jeden zabierają, nie wiadomo dlaczego. Zaraz uczta. Król Jagiełło siedzi na tronie i tylko wodę popija z kubka.

- Daliście jego krzyżackiej mości toster? – pyta - a nasz Krzyżak widzi, że sam król, chociaż wodę źródlaną tylko pije, przecież ujarany tak, że ledwie siedzi.

Obok niego biskup Oleśnicki też cały się śmieje!

Aż się zakręciło w głowie Krzyżakowi od światła świec - przedziwnie cudnego - A tu muzykanci zapodają muzę - średniowieczne - żelazne techno. Niedźwiedzie tańczą! Krzyki, śmiech i jak to mówią w Rzeszy „prapolska ruja und porubstwo”

Wraca Krzyżak do domu, a co się koń zatoczy – ( dzisiejsze konie potrafią ) to na żółtą gębę Księżyca spojrzy.

- Oj, ty Księżycu – na cóż nam obu przyszło? – a Księżyc na to tylko kicha

Aaaa…psik!

- Na zdrowie! – odpowiedział odruchowo krzyżak.

- Kha trowie! – dodaje koń.

Poprawił się Krzyżak w siodle i rozejrzał po okolicy, ale nic nie zobaczył, bo było prawie całkiem ciemno. Tylko tyle widział, co z łaski Księżyca, czyli niewiele.

A potem była uczta i – co wspominał teraz z pewnym zawstydzeniem, pojedynkował się z jakimś wrocławskim karłem na tostery. Na szczęście dostał nowy w zamian – ach ci Polacy! Jacy oni przewidujący.

Trzeba by im założyć… a mówili, że to bezpieczna lokata! – niespodziewanie Krzyżak rozpłakał się jak dziecko. Przebiegający mimo brukołak Kazek tylko westchnął i ukrył się w rowie melioracyjnym.

Wyjechali wreszcie z brzózek na wrzosowisko. Aż się koń zaśmiał widząc nasmarowany na kawałku dykty drogowskaz:

Malbork - 300 metrów













Tylko pozytywnie

 

Ledwie świt, po grudzie i lodzie, w bamboszach zbiegam po schodach i wołam, żeby panowie z komunalki zaczekali, to zaraz wypchnę mój kosz z popiołem.

- Popioły już zebrane – oni do mnie, a ja w szlafroku.

Ósma rano. O, cholera!

Potem w drodze do sklepu dwa razy się wywaliłem. To mój rekord! Raz na dupę, na przejściu dla pieszych, a drugi raz na kolana i łapy. Rzecz jasna w miejscach, skąd starannie usunięto lód. Drugie wywalenie gorsze, bo dżinsy na kolanie rozdarte. Gdyby mnie śledził jakiś smutny, napisałby w raporcie, że osobnik pijany. Portki do niczego, ale akurat wywaliłem się przed szmateksem. Wchodzę i za trzy dychy kupuję całkiem nowe dżinsy, bardzo zgrabne.

Grenlandia wypycha Ukrainę, zahaczając o Iran. Więcej emocji niż te domniemane wojny, dostarczył mi kot Traktorek, który przez ponad dwadzieścia godzin nie wracał do domu. Pewnie uznał, że zero stopni świadczy o marcu, ale odkąd wrócił, nie bawi się w jakieś sentymenty, tylko sobie smacznie śpi. Dziecinada straszna, ale wielu komentatorów nierzeczywistości jest w swoim żywiole. Jeden dobrodziej przywołał nawet Stefana Czarnieckiego, że niby bronił Danii, a jest w hymnie, w związku z czym powinniśmy wspomóc Duńczyków. Dobrze, że ancymon nie pamięta, jak dzielny hetman pacyfikował Ukrainę.

Nie pisałem od wielu miesięcy. Wybaczcie toporny styl, ale mam nadzieję wrócić do odpowiedniej formy. O sporcie w styczniu mam niewiele do napisania. Zabawiła mnie tylko kreacja na sporowca roku pani Zwolińskiej, która ściga się kajakiem w betonowych rynnach. Pomimo tego, że z daleka widać, że jest to planowany wyczyn marketingowy, dziennikarze sportowi debatują nad tym całkiem na poważnie. I tak tematem wiosny będą osiągnięcia pana Papszuna, który poprowadzi warszawską Legię - właśnie – do czego? Pisząc te słowa mam na podglądzie sparing z Sigmą Ołomuniec. Jest 1-0.










sobota, 31 sierpnia 2024

Składka na PiS, czyli kibicowanie obywatelskie

 

Kibicowanie ograniczyłem do futbolu, a i tu nie wykazuję specjalnej przesady bo kibicuję tylko mojej lokalnej Polonii. Pójdę dostojnym krokiem na stadion, obejrzę mecz, potem tabelę ligową, czy, prawda, jest dobrze, czy wprost przeciwnie, ale wariacji z tego powodu nie wyprawiam, mebli nie tłukę, gęby po dwudziestej drugiej nie rozdzieram bez potrzeby.

Z przykrością zauważam, że wielu ludzi traci swe bezcenne zdrowie na kibicowanie politykom i każdą rzecz widzi akurat przez ten pryzmat, a to nie żaden pryzmat, tylko, na przykład, kapsel od piwa. Gapić się w niego można godzinami, a szanse, że rozszczepi światło, że w ogóle zobaczysz miły czytelniku coś innego niż kapsel są naprawdę znikome. Na darmo Ojciec Bocheński w Podręczniku mądrości tego świata pouczał, że nie ma co się unosić o sprawy, na które nie ma się wpływu. A ludzie się unoszę i to jak! Oczywiście najczęściej w necie, bo już werbalnie, gdy muszą się liczyć z tym, że kibic przeciwnej opcji jest większym ludojadem i na przykład ma zwyczaj popychać czy bić po pysku swoich adwersarzy, wtedy już nie. Dlatego mamy teraz tak wielu wojowników, choć na ulicach cisza.

Człowiek żyjący poza środowiskiem politycznym ma niewiele okazji wpływania na bieg wydarzeń. Daleko mniej niż kibic piłkarski na wynik rozgrywanego w jego przytomności meczu. Wybory, jakieś otwarte spotkanie polityczne, raz na rok demonstracja i poza wypisywaniem w internecie, w zasadzie nic więcej. Politycy to akceptują, w pewnym sensie jako złożony im hołd, ale idą dalej po swojemu i najwyżej jeden z drugim uśmiechnie się pod nosem, że, pardą, uaktywnił plebs.

Teraz, zwolennicy PiS mają okazję wesprzeć finansowo partię, z którą się utożsamiają. Bez względu na rezultat jest to dobre, ponieważ właśnie daje realny wpływ na bieg wydarzeń politycznych. Przeciwnikom dedykuję, jednym ględzenie o tak zwanym społeczeństwie obywatelskim, tym z innej mańki o tym, że chcącemu nie dzieje się krzywda.

Inna rzecz, czy PiS wyciągnie z tej sytuacji, której częścią jest zbiórka jakieś wnioski? Oczywiście, że nie! Gdy tylko znajdzie możliwość zaraz ozłoci jakąś pannę Pimcirymcie czy innego dziennikarza śledczego, który jest podobnie śledczy jak pan Czuchnowski, a obydwaj znani z tego, że własnych tyłków nie byliby w stanie znaleźć po zmierzchu. Czy wreszcie PiS zrozumie, z jaką dziczą ma do czynienia po przeciwnej stronie? Jeszcze bardziej nie, bo cały czas nadrzędną idę jest duopol władzy i politycznego sporu.

Kibicowanie ograniczyłem do futbolu, co wszystkim polecam. Dzisiaj do nas przyjeżdża Jarocin i trzeba ich ograć. Tyle tylko, że nie znaczy to wcale, że należy to miłe miasto zburzyć, mieszkańców wybić, a na gruzach, że posłużę się cytatem z pana Jerome, zaśpiewać wesołą piosenkę. Nie, chodzi tylko o to, żeby wygrać dzisiejszy mecz, pamiętając o tym, że na wiosnę rewanż na ich boisku. I o to właśnie chodzi, o nic więcej.


niedziela, 18 sierpnia 2024

Kością w gardle

 

Polskie partie polityczne, które jak ognia boją się swoich własnych wyborców, za najwyższą zręczność polityczną mają nieustające układanie się z mediami, choćby sobie wrogimi. Ich kalkulacje są tak naprawdę wewnętrzne i stąd powstaje wrażenie oderwania od spraw istotnych dla Polski oraz jej przykrych, marudnych obywateli. Od dawna retoryka polityczna nijak się ma nie tylko do faktycznego zaangażowania, ale i do realnych oczekiwań. Głosem ludu staje się głos działaczy niższego szczebla, a głosem młodzieży głos nadętych teczkowych i śmiesznych młodzieżówek partyjnych.

PiS pogrążony w gabinetowych rozgrywkach, a dla wyborców od czasu do czasu klika propagandowych sloganów, żeby nie było, że tu Ojczyzna upada, a wszyscy, cholera, na wakacjach. Frakcje się zmagają, tu fangę w nos dostaje pani premier Szydło, tam znowuż trudno niektórym ukryć radość, że koalicyjna Solidarna Polska jest tak gnębiona i ciężko doświadczana, niby to przez wrogów, ale czy na pewno? Potencjalni wyborcy Zjednoczonej Prawicy mają tym żyć, czy nadal odczuwać nieustającą wdzięczność za osiem lat rządów? Jeszcze trochę, a partia, która uzyskała najlepszy wynik wyborczy stanie się wielkim, milczącym nieobecnym. Co ma poruszyć ludzi? Ględzenie o wyborach prezydenckich i pokazywanie jakichś nic nie znaczących ludzi jako kandydatów, że niby są wspaniali? Stracili telewizję razem z jej bełkotem dla idiotów i jak widać, nic innego nie potrafią. Oni naprawdę wierzyli święcie w moc agitacji przez telewizyjne okienko.

Oczywiście tą samą drogą idzie PO, również zajęte głównie knuciem i uradowane własną bezkarnością w czynieniu dowolnych świństw. Tyle, że ci mają ten swój miejski, kompletnie bezrefleksyjny proletariat, który każde głupstwo przyjmie za swoje. Zresztą, podstawowym celem wewnętrznym jest tu wykończenie nie PiS-u, a własnych koalicjantów, którzy już teraz, gdyby nie matematyka sejmowa, zostaliby rzuceni w kąt. Nic, dosłownie nic nie mogą zrobić, a fakt, że stanowiska ministerialne dane im było obsadzić ludzikami śmiesznymi we własnej niekompetencji i zidioceniu, krępuje ich w sposób absolutny.

O Konfederacji nic, bo skoro nie potrafią znaleźć atrakcyjnej formuły, przy jawnej słabości politycznych rywali, niech dalej robią swój szum, na zdrowie.

Nikt, żadna z polskich partii nie otworzy się, nie przekształci w partię, choć trochę bardziej masową, gdzie na niższych szczeblach zobligowana by była do zachowywania procedur demokratycznych. No jakże to tak? A nasi doświadczeni działacze, nasi gwardziści gotowi na każde skinienie centrali? Niech Polska całkiem upadnie, a nie zrobią nic i to zamknięcie stanie zarówno im jak i nam wszystkim kością w gardle. W takim przypadku dla ratowania życia czasem trzeba łakome gardło przeciąć, a nie jest to widok przyjemny.

czwartek, 15 sierpnia 2024

Bzik olimpijski

 

O Igrzyskach warto dopiero teraz, gdy zaczyna się obłędne ględzenie ludzi odpowiedzialnych za wyczyny naszych sportowców. Głos zabrał prezes PKOL i jasne, że cała rzecz sprowadza się do prostego: Dawajcie więcej pieniędzy! Inni znowu, z tych co chcą uchodzić za nieco mądrzejszych, opowiadają, że sport szkolny, że więcej wf czy diabli wiedzą jeszcze czego. Szkolenia, dotowania klubów, czy nawet wyszukiwania niszowych dyscyplin, w których mamy szanse.

Jaka to wszystko jest bujda na resorach, aż wstyd udowadniać, bo już, jak wypada zacząć; po pierwsze, kładzie całkowicie temat na łopatki. Po pierwsze bowiem, cała ta olimpijska hucpa mało kogo obchodzi, a już najmniejsze zainteresowanie budzi wśród młodzieży, a przecież to niby dla niej, dla jej ekscytacji, nie dziadków, którzy pamiętają biegi Szewińskiej.

Igrzyska Olimpijskie są dla zawodowców i nikt nawet nie udaje, że jest inaczej. Ciekawostką jest to, że poza kilkoma dyscyplinami, a są to głównie gry zespołowe i w pewnym sensie lekkoatletyka pozostałe są utrzymankami państw fundatorów, z nielicznymi wyjątkami, gdzie szkolenie na olimpijskim poziomie należy do szkolnictwa wyższego. Im wyższe budżety, tym bardziej bezsensowna jest to przedstawienie. Przecież, skoro jakaś dyscyplina przez cztery lata nie wywołuje żadnego większego zainteresowania, poza ewentualnie lokalnym, jaki jest sens podniecać się jej sukcesami czy klęskami w czasie Igrzysk?

Poza tym, całe to towarzystwo, począwszy od MKOL, poprzez komitety olimpijskie państw członkowskich a na związkach sportowych kończąc jest skrajnie skorumpowane i bezgranicznie bezczelne, tworząc grupy nacisku w celu oczywistym, żeby jak najlepiej żyć za pieniądze podatników, a pracować możliwie jak najmniej. U nas nawet sportowcy przestali trzymać gęby na kłódki, co skończy się jak najgorzej dla nich, bo kurz po Igrzyskach zaraz opadnie, a oni zostaną sami.

Stworzono pewien mit, któremu ulegają ludzie decydujący o naszym codziennym życiu i w naszym niejako imieniu podpisują czeki, które są przepalane w ramach olimpijskiego bzika. Tysiące trzymają za gardło miliony i żądają pieniędzy, by nadal mogli uprawiać swoje wysokopłatne hobby w naszym imieniu. Wałęsowskie „zdrowie wasze w gardła nasze” w wersji sportowej.

Nic się oczywiście nie zmieni i za wielkie szczęście miał będę, że nie uda się naszych rządzących zmusić do goszczenia w Polsce podobnej imprezy. Może te śmieszne Igrzyska Europejskie czegoś tych durniów nauczyły. I nie zapomnijcie, żeby dawać więcej pieniędzy, to może dostaniemy medale, znaczy się nie my przecież, ale to detal.

czwartek, 15 lutego 2024

Co jest do czego potrzebne?

 

Nareszcie jest za co pochwalić małpy z lewicy zarządzające obecnie oświatą. Planowane cięcia w programie historii oraz języka polskiego są wprost fantastyczne. Budzą nadzieję, że wychowane w najnowszym duchu pokolenie wreszcie wyjdzie na ludzi. Pierwsza nauka, historia. Rządzący dotychczas w swoim zidioceniu chcieli trafić do młodych z przekazem patriotycznym w sposób tragiczny, nierozumny i przeciwskuteczny. Dla nich (poważnie!) idealny bohater, którego miałaby naśladować młodzież zawsze kończy fatalnie. I w zasadzie ten fatalny koniec jest najważniejszy. Osobiście nie znam nikogo, kto chciałby być bity, poniżany, zamordowany, a na koniec pochowany gdzieś pod płotem. Do tego dodawano niezbędną w takich sytuacjach informację, że jego oprawcom działo się później jak najlepiej, a dzieciom i wnukom oprawcy, to już ho, ho… a nawet dzisiaj. Takie kuszenie na patriotyzm jest raczej koszmarne. Lewica tych oprawców nie wystawi na piedestał, ale wszystko zamieni w obłędne kłamliwe ględzenie i marudzenie, które nie trafi już do nikogo, a przy odrobinie szczęścia również okaże się przeciwskuteczne. Komuna już próbowała tresować młodych w tym duchu, no może po śmierci Stalina, nie aż tak bezczelnie jak Nowacka i jej banda, ale wykazywała pewien oficjalny zapał. Mam tu pewne zastrzeżenia, bo żal mi bitwy pod Grunwaldem, ale skoro i tak wychowano już teraz całe pokolenia, które nie radzą sobie z osią czasu i wieją w podskokach przed każdym faktem historycznym, jakie to ma znaczenie?


Bez zastrzeżeń natomiast co do rzezi lektur. Marudzenie o kodach kulturowych wsadźcie sobie pod kożuch. Swobodnie można, o ile nadal będzie się zmuszało młodzież do czytania, zastąpić Sienkiewicza Grocholą, a Prusa czy innego Reymonta rozczochraną noblistką Tokarczuk. To, że nieczytanie starych dzieł zastąpi nieczytanie nowszych nie ma większego znaczenia. Żaden kod kulturowy nie jest potrzebny do czytania dzieł jakiegoś Mroza czy innego ananasa. Naprawdę nie ma się czym przejmować. No, może tym, że tak zwana klasyka zostanie całkowicie wypchnięta z bibliotek, gdzie w gruncie rzeczy dogorywała z konieczności szkolnej, jako lektura. Tu też, z tej racji, że biblioteki nie są z gumy, z konieczności dziejowej gorsza literatura wyprze lepszą. Na boku zauważę, że biblioteki, jako instytucje utrzymywane z pieniędzy publicznych nie mają obowiązku udostępniać kanonu literatury polskiej i przede wszystkim światowej. Nikt o tym nawet nie pomyślał.


Przecież trylemat Lema nie powstał dzisiaj, a jakieś pięćdziesiąt lat temu. Jeśli ktoś nie zna, to niech się zapozna poniżej.

Po pierwsze, nikt nic nie czyta.

Po drugie, nawet jak czyta, nie rozumie.

Po trzecie wreszcie, nawet jak czyta i rozumie, natychmiast zapomni.


I tego się trzymajmy!

Rzecz w tym, że od dawna wszystko jest dla chętnych. Naprawdę cieszę się z tych planowanych zmian i chwalę lewicę. Weźmy takiego Jacka Woźniakowskiego, który w 1988 roku wydał zbiór felietonów „Czy kultura jest do zbawienia koniecznie potrzeba?” Tak się zastanawiał, a spłodził Rożę Thun. No właśnie.