Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 200 słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 200 słów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 kwietnia 2017

Dwieście słów o futbolu. Żarłoczne rybki

Wczoraj komentatorzy piłkarscy uczcili pamięć Pawła Zarzecznego krotką pogadanką i minutą ciszy. Bardzo szlachetnie. Osobiście wolałbym, by w ramach kultywowania pamięci o zmarłym koledze, przyłożyli się do pracy. Żeby wykreślili „jakość” ze swojego słownika, żeby w przeszłości wydarzały się rozmaite rzeczy, nie zaś jak obecnie „podziewały się”. Co w ogóle znaczy zwrot: „Jakoś tak się podziało, że...”. Ogólnie rzecz ujmując mam taką obsesję, że sprawozdawca sportowy powinien starać się mówić poprawnie.

W ich wspomnieniach, mam nadzieję, że tylko z powodu prostoty żałobników, Zarzeczny wychodzi w najlepszym razie na oczytanego menela i sympatycznego konfabulanta. Zresztą i tak każdy mówi o sobie. A zazdrość?
Czy jakiś korporacyjny potwór zabrania używania barwnego języka, sięgania w opisie boiskowych wydarzeń do anegdot wywiedzionych z literatury, filmu czy historii?
Jeśli szczerze zazdrościcie panu Pawłowi erudycji, może zamiast koncentrować się na doborze właściwego żelu do zajebistej fryzury, po prostu, jeden z drugim, zacznie czytać.

Czy w kółko muszę słuchać, że zawodnik wart dziewięćdziesiąt milionów, po podaniu kolegi wartego trzydzieści milionów, strzeliłby gola, gdyby nie faul obrońcy, wartego marne pięć milionów? Przyjaciel przypomniał mi wczoraj zapamiętany z dzieciństwa dowcip rysunkowy: Na obrazku gruba, zadowolona z siebie ryba.

Podpis objaśnia: Rybka za dziesięć pensów zjadła rybkę za pięć funtów. 

sobota, 18 marca 2017

200 słów o futbolu

Obejrzałem wczoraj obydwa mecze polskiej ekstraklasy. Poza Wisłą Kraków wystąpiły w nich drużyny bez właściwości. Wyróżnia się Nieciecza, jako wioska, ale to już nie bawi. Ot, zgraja dość walecznych wyrobników. Podobnie Wisła Płock. Sądząc po frekwencji, zespół mało potrzebny w mazowieckiej, diecezjalnej stolicy. Dziwaczne gwardie zaciężne z udziałem graczy na poziomie trzecioligowym, tyle że pozyskanych przez żyjących z prowizji cwaniaków, zupełnie jakby brakowało na Mazowszu chłopiąt przyzwoicie kopiących piłkę.
Z  kwartetu wystaje Wisła Kraków, z całą swą nędzą, jakimś cudem nadal grająca „krakowską piłeczkę” i wrocławski Śląsk, ale ten... Nie na minus nawet, a na dwa minusy.  Nic nie zmienia, że wygrał 2-1 z Termalicą. W aspirującym do wielkości mieście średnia frekwencja na poziomie dziesięciu tysięcy widzów świadczy o tym, że Śląsk Wrocław stał się niepotrzebnym dziwadłem. Niedawny mistrz Polski zmienił się w piłkarską zbieraninę: Od Japonii do Laponii, ze starannym pominięciem Dolnego Śląska. Szczere pisząc, gdybym był mieszkańcem Wrocławia nie grzebałbym w kieszeniach, szukając pięciu dych, by oglądać popisy tej zbieraniny. Jakiś smętny Japończyk, Portugalczyk z koziej wioski, trzecioligowy Hiszpanie, plus jeden, który łapał się do gry w rezerwach Barcelony, a do tego Urban. Trener. Ktoś powie, że tak jest wszędzie, że w Europie... Może i jest, ale po co?