czwartek, 8 października 2009

Wojsko Obywatelskie. Zbiórka

- Zbiórka klubu parlamentarnego platformy obywatelskiej! Czaaaas trzy minuty! – Schetyna patrzył z zadowoleniem na szykujących się do zbiórki posłów. Nie można zaprzeczyć, że szło to coraz sprawniej. Po dwudziestu sekundach zameldował się Karpiniuk.

- A wy co Karpiniuk? Zamiast wypoczywać staliście za drzwiami z laptopem? Jakiś przeciek? Skąd mieliście laptopa na sali? Już ja wam dam stać za drzwiami! Odłożyć laptopa! Padnij i jedzie! Dwadzieścia pompek!
Gwizdnął na gwizdku. Wszyscy stać! Widzicie tego posła! Wszyscy z powrotem w piżamy i na koje! – Otarł pot z czoła i popatrzył jak posłowie rozchodzili się do sal szurając nogami i komentując pod nosem nadgorliwość swego kolegi. Będzie kocówa! – pomyślał i uśmiechnął się z zadowoleniem. – Już ja im pokaże, grzbietom niemytym, co to jest wojsko!

- Nowak do mnie!

- Tak jest panie przewodniczący?

- Jesteście Nowak dyżurnym nie po to, żeby tu się przy kaloryferze wygrzewać! Skąd poseł Karpiniuk miał w sali laptopa, komórkę i przyrządy piśmienne? Jak k…a sprawdzacie magazyn?

- Magazyn był zaplombowany, wszyscy zdali…

- Nie pieprzcie mi tu Nowak. To nie jest k…a zabawa! To jest wojna polityczna! Jesteście dyżurnym na kompanii czy nie?

- Jestem panie przewodniczący!

- To wam tak się tylko Nowak wydaje. Sprawdzić magazyn czy wszyscy zdali sprzęt, a jutro zameldujecie się w kuchni do obierania ziemniaków.

Nowak zasalutował i odszedł do magazynu, uśmiechając się, czego na jego szczęście nie widział Schetyna – pod nosem.

- I nie uśmiechajcie się pod nosem Nowak. Zameldujecie się do kuchni po zajęciach taktycznych z użycia broni chemicznej przeciwko pisowczykom! Sprawdźcie czy macie maskę i op1 w porządku! Wy……

Uśmiech zgasł na twarzy Nowaka. Sprawdził magazyn. Tym razem wszystko było w porządku. Na drewnianych stelażach tkwiły w równych rzędach laptopy, komórki, dyktafony i wieczne pióra. Zamknął i zaplombował magazyn.

- Dyżurny Nowak do mnie!

- Otworzyć magazyn, biegiem! Bieg mówię!

-Zbiórka klubu parlamentarnego platformy obywatelskiej na kooorytarzu! Czaaaas trzy minuty!!!!
Zaroiło się od ubierających się w biegu posłów. Wszyscy gnali na złamanie karku do magazynu.
Schetyna spojrzał na zegarek i ryknął: – A że w sejmie czas szybko leci, zostało półtorej minuty!

Szedł wzdłuż szeregu zaspanych posłów i posłanek sprawnie wychwytując niedociągnięcia.

- Palikot już ja ci zdejmę tę szmatę z szyi! Czemu nieogolony? A ty, co? Garnitur za pięć kawałków a gdzie guzik? Urwał się? Sam się urwał? Szkoda, że ci się łeb nie urwał! Grupiński! Czym człowieku tak usmarowałeś ekran? Parsknąłeś? A co ty k…a koń jesteś żeby parskać?

Przeszedł wzdłuż dwuszeregu, starannie ukrywając zadowolenie, bo platformersi wyglądali naprawdę nieźle, ale nie jest rolą dowódcy chwalić sierściuchów.

- Baczność! – Ryknął. Zapadła cisza. Słychać było tylko skrzypienie butów dowódcy przechadzającego się przed stojącymi w postawie zasadniczej posłami. Pod lewą pachą laptop, w prawej dłoni komórka. Regulaminowo.

- Spocznij!

- Posłanka Mucha!

- Jestem!

- Od jutra przejmujecie obowiązki dyżurnego za tego tutaj Nowaka!

- Ku chwale platformy!

- Baaaaczność!

- Kim jesteśmy?

- Platformersami!

- Z kim walczymy?

- Z pisowszczykami!

- Naszym wodzem?

- Donald Tusk!

- Jakieś pytania?

- Żadnych panie przewodniczący!

- Do sal rozejść się! Za pięć minut dla klubu parlamentarnego platformy – capstrzyk! A że w sejmie czas szybko leci do capstrzyku zostało….

środa, 7 października 2009

Dom Elżbiety VIII- Nowa opowieść ( Iwona )

Weszła do swojego domu, bo tak go zaczęła nazywać w myślach „Mój Dom” i usiadła przy kuchennym stole. Rozejrzała się, polubiła już atmosferę tu panującą, zwłaszcza kuchnia, była duża, a zarazem jakaś przytulna. Przymknęła na chwilę oczy, by wsłuchać się w ciszę.

Zdała sobie tu, dopiero sprawę, że zawsze ulegała czyjejś woli, najpierw ojca, bo on, był bardzo dobrym człowiekiem, ale i kochał ją w sposób bardzo zaborczy. Tak jakby bał się, że jeżeli jej pofolguje i nie będzie wywierać jakiejś presji, to ją straci. Ona, no cóż, ulegała, bo tak naprawdę nie potrafiła się jakoś sama określić. Potem, gdy zaczęła studiować w Warszawie, zamiast Łodzi, bo to była jej decyzja, choć ojcu nie bardzo się to podobało, ojciec zachorował. Przerwała studia, by się nim zaopiekować, no ale niestety, ojciec zmarł. W tym czasie już w jej życie wdarł się następny człowiek, który wywierał na nią wpływ, to był Marek.
Marek w pewnym sensie zastąpił jej ojca, choćby pod względem silnej osobowości. To ona zawsze realizowała jego plany, nigdy tego, czego by ona sama chciała.
Tylko, czego ona właściwie chciała? Teraz wiedziała, że chce tu być, odnaleźć to, co otwiera ten srebrny kluczyk i napisać o tym powieść. Ale jeszcze dwa tygodnie temu, zanim zadzwonił ten prawnik, czego chciała?
Przełknęła głośno ślinę, bo nawet przed sobą bała się do tego przyznać, a pragnęła tak bardzo prawdziwego uczucia, uczucia silniejszego niż śmierć. Tak, pragnęła ponad wszystko kogoś, kogo mogłaby kochać, ale i by ten ktoś kochał ją. Pragnęła też dziecka, ale chciała, by to była decyzja ich obojga, kiedy wspomniała o tym kiedyś Markowi, gdy byli razem, on powiedział jej tylko, że chyba oszalała i na tym skończyły się ich dyskusje o dziecku.

Tak zawsze kończyło się to, o czym ona marzyła, zawsze to było, albo „oszalałaś”, albo „zwariowałaś”, wiec rezygnowała na rzecz drugiej osoby, osoby, która wywierała na nią wpływ. Gdy poznała Karolinę, ta, jakby zauważając jej brak zdecydowania, czy wręcz całkowitą rezygnację, zaczęła ją trochę namawiać, by się postawiła.

Tak, Karolina to następna osoba, która tak naprawdę chciała mieć na nią wpływ. Oczywiście, to była z jej strony pomoc, bo chciała obudzić ją do działania na jej korzyść, tyle, że te jej namowy kończyły się awanturami z Markiem, a ona nieprzywykła na stawianiu na swoim i tak w końcu rezygnowała.
Fakt, w końcu odeszła od niego, tu też pomogła jej Karolina, oferując jej pokój, tyle, że problem naprawdę tkwił w niej samej…wciąż sama bała się tego co ją może spotkać.

Więc dopiero „jej Dom” pomógł jej z samookreśleniem? Nagle zdała sobie sprawę ile czasu zmarnowała, miała 35 lat i wciąż dreptała w miejscu. Może tak naprawdę przypomina swoją matkę, matkę której tak bardzo nie znosiła, za to, że jej nie zaakceptowała, że uciekła od niej, że nigdy nie starała z nią się skontaktować? Wciąż pewnie też szukała…i na pewnym zakręcie nie zdążyła zahamować?

Otworzyła oczy, słońce zajrzało do kuchni, więc było już późne popołudnie, bo okno wychodziło na zachód. Tak długo rozmyślała przy tym kuchennym stole? Czy czas robi znów jej psikusy? W mieście kupiła ogromne latarki, chciała dziś trochę zacząć porządkować strych. Jutro zadzwoni do firmy instalacji elektrycznej, by jej tam założyli światło. A dziś po prostu trochę tam ogarnie, omiecie pajęczyny, wyniesie zalegające sterty gazet. Może znajdzie tam coś ciekawego?

Poczuła się bardzo głodna, więc postanowiła zrobić sobie konkretny obiad, ale schab od Kanusi był zamrożony na kość. Wzięła garnek i wstawiła sobie kawałek kiełbasy z postanowieniem, że od jutra będzie sobie dogadzać i gotować obiady z dwóch dań.

Potem przebrała się w jeansy i koszulkę, na włosy zawiązała chustkę, by nie zakurzyć sobie bardzo włosów, bo wciąż nie miała pojęcia jak włączyć boler i ruszyła na strych z latarkami.

Trzy latarki podwiesiła na belkach i rozejrzała się. Wokół piętrzyły się zdezelowane krzesła, jakiś kulawy kredens, skrzynie z okuciami, wiklinowe kosze. Na podłodze leżały sterty gazet. Pod zakurzonym oknem stał koń na biegunach, a obok na skrzyni siedziała porcelanowa lalka, którą już zauważyła poprzednio.

Strych był ogromny, pachniał kurzem i starością, ale też roztaczał jakiś czar.

Pomyślała, że powinna zacząć od tych rozwalonych mebli, ale kusiło ją zajrzeć do skrzyń, co mogą zawierać? Szybko jednak opanowała ciekawość i zabrała się za znoszenie na dół krzeseł, gazet i innych niepotrzebnych rupieci. Przez całe popołudnie znosiła wszystko na dół, a by nie robić koszmarnego bałaganu, wszystko co można spalić znosiła prosto do piwnicy i kładła przy ogromnym piecu c.o. Najgorzej, bo nie wiedziała, co zrobić z tym monumentalnym kredensem, był ładny, tyle, że trochę zniszczony, jedna noga odpadła i podłożono pod nią kilka klapek drewna by się nie przewrócił. Było jej szkoda go wynieść, a nie wiedziała co z nim zrobić właściwie. Gdyby oddała go do renowacji, zapewne zapłaci majątek i gdzie właściwie naprawia się takie meble? Poza tym, ma przecież tam na dole całe mnóstwo takich antyków. W końcu przestała się zajmować tym kredensem, bo szuflady był zaklinowane i nie mogła ich otworzyć. Jedne drzwiczki, gdy próbowała otworzyć, wyleciały.

Teraz podeszła do skrzyni z lalką, była ciekawa co się w niej kryję. Ostrożnie zdjęła lalkę, z której wzbił się kurz, pomyślała, że weźmie ją na dół i oczyści. Ale tylko zniosła ją i posadziła na kuchennym stole, teraz ciekawość dawała o sobie znać coraz bardziej, więc szybko wróciła na strych i …no właśnie chciała otworzyć skrzynię, ale była zamknięta na zamek, a dziurka informowała, że powinien być gdzieś od niej klucz.

Sprawdziła pozostałe dwa kufry, ale i tamte były zamknięte na głucho. Wiklinowe kosze nie kryły w sobie niczego zaskakującego, były tam ubrania, jakieś stare zasłony, wszystko zniszczone i pogryzione przez myszy, lub mole. Poszła na dół poszukała śrubokrętu i wróciła na górę, chciała otworzyć, czy też spróbować się włamać do tych kufrów, ale okazało się, że to solidne zamki.

Jeszcze raz z braku czego innego podeszła do kredensu, poruszyła szufladami, jedna lekko się poruszyła, więc pociągnęła. Rozczarowało ją wnętrze, bo nic w sobie nie kryło, było tu zupełnie pusto. Wysunęła następną, bo gdy pierwsza została wysunięta, nagle i pozostałe się od klinowały. Niestety wszystkie szuflady były puste, choć jedna z nich wydawała się płytsza. Zastukała w dno, każdej z nich, dźwięk płytszej szuflady był inny. Trochę zmęczona wysunęła szufladę całkiem, śrubokrętem, który wciąż miała w kieszeni, próbowała podważyć dno. Suche drewno zaskrzypiało złowrogo i cienka płytka odskoczyła, a oczom Elżbiety ukazała oprawna w skórę i opatrzona metalowymi, a raczej srebrnymi okuciami jakaś księga, czy może raczej coś w rodzaju dziennika.

Ale bieda!

Donald Tusk będzie zwalniał, co oznacza, że będzie zatrudniał. To nic nie da. Premier stanął przed ogromną, jedyną i niepowtarzalną szansą zastosowania „Prawa Parkinsona” wyłożonego przytomnym czytelnikom w rozdziale o komitetach i gabinetach. Wedle Parkinsona idealny, zdrowy skład gabinetu to pięć osób.

Jeden zna się na obronie.

Drugi na polityce wewnętrznej.

Trzeci na zagranicznej.

Czwarty na finansach.

Piąty na niczym i ten zostaje premierem.

Czyli jakby nie patrzeć, premiera już mamy.

Druga rzecz jest taka. Przy okazji dymisjonowania członków gabinetu pojawia się nieodmiennie sugestia, że jeśli czas pokaże, że okażą się niewinnymi barankami, będą mogli powrócić. Przypomina to w jakimś stopniu niezrealizowany pomysł reformy prawa karnego przygotowany przez pewnego carskiego oberpolicmajstra. Dobry ten człowiek proponował by osobom skazanym za kradzież wypalać na czole słowo „wor” czyli złodziej. Na uzasadnione obiekcje, co zrobić, gdy okaże się poniewczasie, że tak naznaczony obywatel jest niewinny, miał gotową odpowiedź, że w takim przypadku przed słowem złodziej wypali się na czole słowo „nie” i jako „nie złodziej” będzie mógł dalej funkcjonować jako uczciwy obywatel.

I ostatnia sprawa. Niejako na boku. Profesor Sadurski miał rację, że nagonka na inteligencje, artystów i autorytety może doprowadzić do bardzo przykrych wydarzeń. Oto Dziennik donosi, że podczas zgrupowania piłkarskiej reprezentacji polskich artystów w Alpach ( Kto to funduje, że spytam? ) Trener, były piłkarz – nomen omen – Iwan, przywalił w gębę artyście Mroczkowi za „gwiazdorzenie” Może nadszedł czas na jakiś list otwarty w sprawie nie bicia w naszych "elit" w gębę? Że to nie elita? Każdy ma taką na jaką sobie zasłużył. Podobnie z politykami, ale to już temat na całkiem inne opowiadanie.

wtorek, 6 października 2009

Sport w trudnych czasach

- Jola 40mm – Odczytał Brodacz i zdziwiony spojrzał na Łysego.

- Nie żadna Jola. Panu to się wszystko… – Joola! Bardzo porządna piłeczka swoją drogą. Niech pan łapie, leci następna.
Faktycznie skacząc żwawo po schodach kolejna biała piłeczka zmierzała w ich kierunku. Brodacz próbował ją zatrzymać nogą, ale nawet najzagorzalszy jego wielbiciel musiałby stwierdzić, o ile jest człowiekiem sumiennym, że uczynił to w sposób wielce niezgrabny zgniatając z chrzęstem białą, delikatną kulkę.

- Piłeczek do ping ponga się nie stopuje. To nie futbolówka – z wyrzutem dodał łysy, ale podniósł ją z posadzki i schował do kieszeni – Sztuki muszą się zgadzać. Dziennikarze…

- Dwadzieścia jeden do piętnastu, czyli dwa jeden dla mnie – dobiegł z góry głos premiera.

- Grają starym systemem – zainteresował się Brodacz – Wie pan, tez kiedyś lubiłem sobie pograć w świetlicy albo gdzie.

- Ja też – pokiwał głową Łysy – każdy lubił pograć. Nie to, co teraz dzisiejsza młodzież. Całe dnie przy komputerach. A pamięta pan piłeczki? Po złotówce były polskie, ale się zupełnie nie nadawały. Sztywne i słabe. Nawet seta się tym szajsem nie dograło.

- Z rozwalonej piłeczki można było zrobić sobie takie wyłupiaste oczy do straszenia dziewczyn. Narysować pisakiem czerwone żyłki – zaangażował się we wspomnienia Brodacz.

- A po pięć złotych były chińskie. Można było grać aż się napis wytarł. Co chińskie to było dobre. Shel? Jakoś tak.

- A grałeś czeskimi? Były po trzy złote, ale jakby z kamienia. Ja kiedyś kumplowi nabiłem guza na czole, albo on mi – nie pamiętam. Nie pamiętam też ich nazwy, ale to była prawdziwa broń. Jak skończą, może zagramy secika – zapalił się Brodacz.

- Innym razem. Pamiętaj, że jesteśmy tutaj służbowo.

- Szesnaście do dziewięciu! Zaraz będziesz wisiał! – Z góry dobiegł ich wesoły śmiech premiera.

- Swoją drogą. Zobacz jak to szybko idzie, taka rekonstrukcja, jak się raz zacznie to ciężko skończyć. A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno grywali sobie jedenastu na jedenastu na Polonii. Sportowcy! – Łysy podrapał się kościanym grzebykiem za uchem a widząc zdziwione spojrzenie Brodacza – dodał – Ja głowę golę żeby mi się z nazwiskiem zgadzało z powodu tej całej wiarygodności.
Brodacz ze zrozumieniem pokiwał głową i postanowił w najbliższym czasie zapuścić brodę.

- Potem grali w siatkówkę, bo mniej ludzi trzeba no i jest taki trend. A teraz to już tylko ping pong został – westchnęli jednocześnie, jakby byli umówieni.

- Dwadzieścia jeden do siedemnastu, czyli trzy do jednego i na dzisiaj dosyć.

- A w co można grać samemu? – Zainteresował się Brodacz zapinając marynarkę

- Nie mam pojęcia – zgodnie z prawdą odpowiedział Łysy wchodząc po schodach na piętro.

- Panie premierze!
Premier zajęty był zwijaniem siatki, ale widząc ich nie okazał zdziwienia. Ani jeden mięsień nie drgnął na jego męskiej, przystojnej twarzy. – Czyńcie panowie, co do was należy!

Kiedy został sam, wszedł do gabinetu. Zapalił światło i chwilę ponudził się patrząc na ścianę. Z szuflady biurka wyjął notatnik. Najpierw zapisał wynik zwycięskiego meczu, złośliwie wpisując zamiast nazwiska swojego niedawnego rywala jego pierwszą literę. Zdjął buty i w samych skarpetkach podszedł do stojaka na piłkę. Sprawdził czy jest „nabita” akuratnie. Była.
Zrobił dziesięć przysiadów i zaczął żonglować. Jego rekord wynosił 421. Był rozgrzany i pewien, że nikt mu już dzisiaj nie przeszkodzi. Lewa, prawa, kolanko, lewa, prawa, kolanko, kolanko, główka! Lewa, prawa, kolanko…

niedziela, 4 października 2009

Jarecki z Sobakiewiczem przy obiedzie o rządzie

No tak. Przerabiałem Sienkiewicza, to, czemu mam się nie dobrać do Gogola? A Gogol moi mili bardzo mi pasuje do dzisiejszej sytuacji. Co prawda chciałem pogadać z Nozdriowem, ale ten diabli wiedzą gdzie pojechał? Znowu się łajdak zgra w karty do czysta. Tyle, że podobno we wtorek wróci, ale z drugiej strony, co podobnego do prawdy może powiedzieć Nozdriow we wtorek? Przecież ogólnie wiadomo, że Nozdriow w swoim życiu słowa prawdy nie powiedział!
Na szczęście zastałem Sobakiewicza. Wchodzimy, prawda, z Gogolem.

- Ty gadaj, bo mi się już nie chce – mówi – Siadamy do stołu. Cisza. Patrzę na niego. On na mnie. Sobakiewicz swoim zwyczajem patrzy na piec. Cisza.

…...

- Mówiliśmy o panu u ministra spraw zagranicznych, u Sikorskiego – rzekł wreszcie Jarecki, widząc, że nikt nie decyduje się rozpocząć rozmowy – w ubiegły czwartek. Spędziliśmy tam czas bardzo mile.

- Tak, nie było mnie wtedy u ministra – odpowiedział Sobakiewicz.

- Wspaniały człowiek!

- Kto taki? – Rzekł Sobakiewicz spoglądając na róg pieca.

- Minister.

- No, być może, że to się tak panu tylko wydało: tyle tylko, że mason, ale dureń, jakiego jeszcze nie było na świecie.

Jarecki stropił się tym nieco ostrym określeniem, lecz zaraz poprawiając się ciągnął dalej:

- Naturalnie każdy ma jakąś słabostkę, ale za to premier, co za wspaniały człowiek!

- Premier wspaniały człowiek?

- Nieprawdaż?

- Rozbójnik!

-Jak to, premier – rozbójnik? – rzekł Jarecki i zupełnie nie mógł zrozumieć jak premier może być rozbójnikiem. – Przyznam się, iż nigdy by mi to nie przyszło do głowy – ciagnął dalej. – Pozwoli pan jednak zauważyć: jego postępowanie zupełnie na to nie wygląda; przeciwnie, jest w nim wiele łagodności. – Tu przytoczył jako dowód zamiłowanie do gry w piłkę nożną i pochwalił uprzejmy wyraz twarzy premiera.

- Nawet twarz rozbójnika! – rzekł Sobakiewicz. – Niech pan mu tylko da nóż i puści na gościniec, zarżnie, za eurocenta zarżnie! On i minister sportu - to Gog i Magog.

„Nie, widocznie Sobakiewicz musi mieć z nimi na pieńku” – pomyślał Jarecki. – Pomówię z nim lepiej o ministrze spraw wewnętrznych.

- Zresztą co do mnie – powiedział – powiedział – przyznam się iż najbardziej ze wszystkich podoba mi się Grzegorz Schetyna. Charakter taki prosty, otwarty, w twarzy widać coś szczerego.

- Łajdak! – rzekł z zimną krwią Sobakiewicz. – Sprzeda, oszuka i jeszcze zje obiad z panem.

Znam ja ich wszystkich: same łajdaki; cały rząd taki. Łajdak na łajdaku i jedzie i jeszcze łajdakiem pogania. Wszyscy judasze. Jeden tam jest porządny człowiek: minister sprawiedliwości - Czuma; ale i ten prawdę mówiąc świnia.

Po tych chwalebnych, chociaż nieco zwięzłych biografiach, Jarecki zrozumiał, że o innych członkach rządu nie warto wspominać, i przypomniał sobie, że Sobakiewicz nie lubił się o nikim dobrze wyrażać.

Jarecki maczając bliny w śmietanie zamyślił się głęboko.

- Wszystko to wymyślili doktorzy Francuzi i Niemcy: powywieszałbym ich za to. Dietę wymyślili… - perorował Sobakiewicz.

Spojrzałem na Gogola, który akurat coś zapisywał w notatniku. Niestety cyrylicą.

sobota, 3 października 2009

Pawiany


Małpy skaczą niedościgle,
Małpy robią małpie figle.
- Niech pan spojrzy na pawiana,
Co za małpa, proszę pana.
J. Brzechwa

- Zmykajcie stąd – syknęła sfora pawianów, do siedzących na sąsiadującym drzewie Szympansów – to nasz teren i już go wam nie oddamy – i wystawiły swoje czerwone zady pokrzykując radośnie.

Dwa szympansy z góry drzewa zaśmiały się ironicznie.

- Tak jesteście tego pewne? – powiedział pierwszy szympans – w dżungli już wiedzą, że jesteście gorsze niż zaraza. Kokosy zbijacie, gdy nikt nie widzi


Do przodu wysunął się jeden z pawianów, zaszczekał wrednie i parsknął, aż się cały opluł.

- Nie prawda – wykrzyknął – te kokosy były już od dawna nasze, należały się nam!

- A handel bananami? – zapytał drugi z szympansów – podlizujecie się hienom, by dzieliły się z wami padliną. Trzy lwice to widziały.

- Głupie lwice – jęknął jeden z pawianów, o pysku odlanym jakby z plastiku, kępka ryżych kudłów zatrzęsła mu się na łbie – Hieny to nasi sąsiedzi, musimy się z nimi dogadywać. Same przecież to robiłyście siedząc na tym drzewie!

- Tyle, że nie żarłyśmy tych resztek padliny po nich, a wy tak. Trzymałyśmy je też na dystans.

- Ale one nam pomogą, wszak mamy unię, a hieny są najsilniejsze, bo zawsze chodzą w gromadzie.

- Zobaczymy jeszcze, jak wam pomogą te hieny. – Dwa szympansy uśmiechnęły się z politowaniem patrząc na pawiana o pysku z plastiku. - Dalej kulajcie kokosy, przed trąbami słoni, zobaczymy jak długo jeszcze posiedzicie na drzewie.

Pawiany podniosły wrzask, widać brak argumentów wywołała u nich furię.

Szympansy oddaliły się od ich psich pysków, bo ta hałaśliwa hałastra od dawna wzbudzała niechęć całej dżungli, a do wyborów jeszcze trochę zostało…jak rzekł jeden ze słoni.

czwartek, 1 października 2009

W środowisku naturalnym


Wygrzebał się spod pierzyny. Przetarł oczy, przygładził włosy i usiadł na łóżku ziewając rozdzierająco. Bosą stopą dotknął desek podłogi. Jakie zimne! Spojrzał przez okno. Jak szaro!
Popatrzył na śpiącą żonę. Jaka, prawda, żona! Śpi sobie a on musi wstać.
Nie, nie od razu do roboty. Szczać mu się po prostu niemożebnie zachciało. Namacał pod łóżkiem kapcie, poprawił kalesony, okrył się kufajką i podreptał do kuchni.
Otworzył zamknięte na haczyk drzwi do korytarzyka. W ciemności zahaczył o wiadro i o mało nie rozlał jego zawartości. Zaklął i pociągając za sznurek zapalił żarówkę i zdjąwszy pokrywę z wiadra wreszcie opróżnił pęcherz.
Poczuł ulgę, ale zaraz się wkurzył. Wiadro było pełne. Chcąc nie chcąc zaportkował się w stare podarte sztruksy, obuł popularne gumiaki i niezgrabnie niosąc przed sobą wiadro wyszedł na podwórko. Cuchnącą zawartość wylał na gnojowisko.

- Idź gówno do gówna! – wymruczał znacząco. Odstawił wiadro na miejsce i ponownie wyszedł na podwórko by sobie zajarać. Na dworze nie było tak zimno. Było nieźle. Po zapuszczonym, zdziczałym sadzie snuła się mgła. Popatrzył po swoich włościach i nim zapalił smarknął z palca celując w biegającą bez żadnego widocznego celu kurę.
Nadleciał Burek i zaczął go obszczekiwać.

-Mój własny pies mnie obszczekuje? – Zdenerwował się nieco i chciał Burka kopnąć, ale przypomniał sobie, że jest w gumiakach i stoi w beznadziejnej błotnistej brei.

– Niech sobie kundel szczeka! – No tak – pomyślał. Gospodarka jakby bardzo zapuszczona. Płoty pochyłe, ogródek warzywny jak dżungla, sad zdziczały, zboże zmarniało. Stodoła. Cóż to za stodoła? Niby duża a pusta. Jeszcze się wierzeje zerwały i na jednym zawiasie wiszą.
Dobrze, że pusta, bo inaczej złodzieje by nas rozkradli. Krowy pewno głodne – przypomniał sobie, ale że nie muczą jeszcze, to nie ma pośpiechu. Jak zamuczą damy im wody albo, czego?

Zapalił drugiego skręta. Z plastykowej beczki nabrał wiadro wody i nalał do koryta. Zleciały się dwie kaczki i cztery kury. W chlewiku odezwał się prosiak.

- Mój pocieszyciel jedyny! – Pomyślał czule. Świniak obudził krowy i powiedziały „muuu”
Jakie to nie nażarte wszystko! – Pomyślał tym razem ze złością. Tylko im dawaj i dawaj a skąd brać?

Na podwórku rozległy się błękitno – złociste dźwięki „Ody do R.”. Wygmerał z kieszeni kufajki komórkę i przez chwilę słuchał.

- I za co ja wam skurwysyny płacę! Dopiero wstałem.

Ze złością zamknął klapkę telefonu i jednak spróbował kopnąć Burka. Gumiak oczywiście spadł mu z nogi i pięknym łukiem poszybował w kierunku studni. Do kamiennego progu musiał skakać na lewej nodze.

W sieni zrzucił gumiaka i wrzasnął:

- Wstawać nieroby, sukinkoty, mamy kryzys rządowy!

Rumor na strychu! Rumor w piwnicy! Agenci ochrony wskakują w wyjściowe kufajki. Sekretary i sekretarki potykają się o wiadra, kociołki, koszyki. Nadbiegają zewsząd z dzbankami kawy zbożowej, precelkami i listkami sałaty. Jak czupiradła. W halkach, woalkach, szalikach, nocnikach – Dosłownie Sodoma i Gomora. Już z pieca chlebowego wyłazi jakaś postać spocona.
A żona? Śpi biedactwo!
Akcja.
Rolety trzaskają, skarpety się gubią. Burek szczeka! Krowa muczy! Świniak nadaje morsem do Berlina a w studni topielica śpiewa arię z Rigoletto. Nie pomogła strychnina ani bomba atomowa. I to ma być zgoda narodowa?
Sześciu zastępców już w akcji. Plakietki. Serwetki. Dusery i bajery. Do przybytku z serduszkiem kolejka. Piękność posągowa zamiast się ubierać, nagle się rozbiera. Jasna cholera! Gdzie viagra?
I kto tu wpuścił Burka?
Zamęt jednym słowem a za kwadrans ma być wszystko gotowe!
Przy ściemniałym lusterku brzytwy śmigają jak miecze pod Grunwaldem.

- Gdzie mój nos? – Wrzeszczy zastępca zastępcy. Nos się przykleił do ściany pomalowanej wałkiem w dość obrzydłe różyczki. Wynajętemu filozofowi z powodu tych różyczek przypomniał się „Obywatel Kane” i teraz bidula płacze, czołem oparty o zaparowaną szybę.
Wreszcie drób aresztowany, świniak ostrzeżony ponownie, krowy zastraszone milczą.
W tym momencie oczywiście budzi się żona. Piekło!

Paluchy jeszcze senne stukają w klawiatury liczne. Sieć trzeszczy. Żarówki mrugają. Jakby tego było mało, zaczyna padać deszcz.

Ktoś się spyta, że niby, gdzie pointa?
Ten tekst jest pointą właśnie. Bo niby, dlaczego mamy tych naszych polityków oglądać zawsze w salach gdzie lśni podłoga, gdzie marmury, fraki i z kawioru konfitury?
Czyż swoimi działaniami nie udowadniają, że w ten sposób robimy im krzywdę, wyrywając ich z naturalnego środowiska? Mało to było na świecie krzyku o różne dzikie plemiona siłą odziewane w majtki i koszulki? Mało?

Popatrzcie na Burka! Niby pies, a ile ma roboty!
Szczeka na wszystkich, choć wszyscy wysyłają go do budy!
A budy już prawie nie ma! Ot jakieś deseczki zbite wedle wskazań pijanego abstrakcjonisty.
I to jest pointa.