wtorek, 27 grudnia 2011

Święta. Karciana tradycja

Przeżywam dużo przygód w ciągu roku, niemniej Święta mam od lat uporządkowane jak chyba nikt z moich szanownych czytelników.

Boże Narodzenie i Wielkanoc są w zasadzie identyczne.

Pomijając aspekt religijny oraz rodzinny/intymny, wykorzystujemy ich oczywistą dwudniowość, by grać w karty. Tacy są faceci!
Od sześciu, siedmiu lat wszystko ma swój tradycyjny tryb. Przedtem bywało nas więcej przy stole, ale niektórzy gdzieś odeszli. Mniejsza z tym.

W pierwszy, świąteczny dzień odwiedzamy Rodzinę, a w drugi Oni – nas.

U nich, siadamy przy stole. Jemy, wypijamy po dwie pięćdziesiątki ( dla uczynienia sprawnym żołądka ) by potem opuścić Panie ( których jest dużo ) i przechodzimy do „gabinetu” czyli do drugiego pokoju, na cygaro ( papierosa & wódkę ) by pobawić się kartami.

Jest nas tylko trzech ( Krzysio w tym roku jeszcze za mały ) Rozwalamy się w fotelach, popijając z małych kieliszków i z racji, że brak czwartego, gramy w „3,5,8” Każdy gra na własny licznik, ale grając przeciwko Ojcu i Synowi zawsze mam do czynienia z czymś w rodzaju spółki.

Przedwczoraj ( onegdaj ) po raz pierwszy od sześciu lat, skopałem im tyłki! Skończyłem na 21 punktach, przy ich nędznych ( -10 ) i ( -11 ) Kobiety ( ich ) trochę przeszkadzają, nie wiedzieć czemu pragnąc, byśmy cały wieczór spędzali przy zastawionym obficie stole. To też tradycja! Zarówno nasza gra, jak i te babskie okrzyki.

Nazajutrz, u nas, jest podobnie.
Tyle, że „dochodzi” po męskiej stronie, mój dzielny szwagier.
Pakujemy w brydżdżydżka! Ja ze szwagrem w parze – oczywiście. Większe emocje, a i ludzi więcej, to i przywoływanie nas do porządku słabsze. Jakoś tak rozwodnione.

Popijamy, palimy i gramy. W każdy zespole jeden amator/zawodowiec. U nich „Antonio” a ze mną szwagier „Jabu – popularny Casiga”. Synek Antonia, wesoły Przemas i ja jesteśmy ino dodatkami. Gramy!

Pierwszy roberek, minimalnie, dla nich, a potem karta się odwraca i w końcu miażdżymy ich 4-2. W tym trzy robry, wygrane na sucho. Ile w tym satysfakcji, wesołej zabawy z ostatecznego tryumfu.

Byłoby 5-1, ale ostatniego trzeba było szybko skończyć, ponieważ ich Panie stały już nad nimi w płaszczach/kurtkach i jawnie zbierały się ku wyjściu. Wyobraźcie sobie, że „pro publico bono” odpuściłem licytację, mając w łapie 14 pkt ( w kartach ), z dwoma szóstkami, singlem i renansikiem słodkim.

Ale cóż mi tam, skoro wynik był korzystny!

Gorzej, że w przedostatnim, zwycięskim robrze, przewróciłem się na szlemiku w kiery. Mogłem wyłożyć karty, ale zachciało mi się popisów und dramatyzmu. Miałem wszystko oplanowane ze szczegółami. Nawet nie trzeba było zakładać impaszczaków. Ot, na stole będąc, trza było zagrać w karowego króla i zrzucić z łapy waleta pikowego, który był ryzykowny.
I jakoś o tym Królu zapomniałem, pewnie dlatego, że już wypiłem dość. To mnie nie usprawiedliwia! Przepadł szlemik, „jakoby w wychodku”

Radość ze zwycięstwa jest, ale ten szlemik kością w gardle mi stoi.
Mam nadzieję, że za kilka miesięcy, w czasie Świąt Wielkiej Nocy, nie dam już takiej plamy!

Tradycja!

sobota, 24 grudnia 2011

Wszystkiego Najlepszego!

Pojadłem, popiłem, nasyciłem się świąteczną atmosferą i w końcu przylazłem do internetu.

Wszystkich Was kocham bez wyjątku.

Baczność, od lewego, spolegliwie und miłośnie, odlicz!

Raz!

Dwa!

Trzy!

– Niepełny!

Jasne, że niepełny, ponieważ wielu ananasów brakuje. Dobrze!

Siedzę sobie w cygarze „Made In Cuba” Nie mam pewności, że Kuba, ale nawet gwatemalskie chętnie wypalę. W żadnym razie, cygara nie są chińskie!

( od Córki dostałem!)

Napisałem uprzednio, że Was kocham. Przyjmijcie to za pewnik.

Taki, cholera, lajf.

Trzymajcie się!

piątek, 23 grudnia 2011

Włos Magellana

Ludzie w Polsce są ogólnie rzecz biorąc, bardzo konfliktowi.

Pierwszy i prawdopodobnie ostatni raz byłem, na tak zwanej, firmowej Wigilii. Dodatkowego smaku dodaje fakt, że nie jestem i nie byłem nigdy pracownikiem tej firmy.
A, tak jakoś mnie zaproszono, jako ozdobę.
Broszkę z diamentów, prawda, do kożucha.

Jedzenie smaczne. Towarzystwo miłe i w większości znajome. Przy okazji, jako człowiek z rozrosłym ego, miałem okazję dowcipkować. Sami rozumiecie.

Nagle znalazłem włos. W kapuście. Czarny. Pokręcony jak diabli. Przemyłem go w brandy, obejrzałem pod światło i mówię, że to pewnie jest włos Magellana.

W innym kraju, przytomni i obecni duchem i ciałem, potwierdziliby niezawodnie moją tezę, choćby dla sławy.
Nie w Polsce.
U nas wszyscy zaraz „huzia na Józia, czyli w tym przypadku; na Jacka!

Jeden opowiada z całym przekonaniem, że jest to włos łonowy tutejszej kucharki.
Drugi, jako człowiek łysy o żadnych włosach nic nie chce wiedzieć, i w ogóle, włos ma za prowokację tajnych służb.
Trzeci – słów szkoda – nieudolnie stara się mnie podrywać.

Konfliktowi są tutejsi ludzie. Upieram się przy swoim, że to włos Magellana.

DNA! DNA! – Krzyczą wszyscy, ponieważ każdy naoglądał się serialu „CSI Kryminalne zagadki Goliny”

Dzwonię do Portugalii.

- Helou! Czy jest tam, w tej waszej Portugali jakiś potomek niezłomnego Magellana?

Oszczędzę wam dalszych szczegółów, niemniej przyjmijcie za pewnik, że tamtejsi urzędnicy to chamy! Po Polsku nie rozumieją, ni w ząb.
A u nas praca wre. Podzieliliśmy włos na czworo – nie w poprzek, a wzdłuż. Badamy DNA i wyszło nam, ze to włos ludzki. Teraz tylko trzeba go porównać.

W związku z niechętnym stosunkiem portugalskiej administracji, wysłałem do Portugalii specjalnego agenta, po włos jakiegoś potomka Magellana.
Wrócił zniesmaczony i opowiadał, ze Magellan naturalizował się jako Hiszpan.

Przywiózł, co prawda jakieś włosy w pudełku, ale diabli wiedzą, co to w ogóle za włosy nieuczesane.

Siedzę przed kominkiem z włosem Magellana w paluszkach, rozważając ludzką dzielność, niezłomność i bezwzględność.
Wkrótce wypłynę na kurtce ze „szmateksu” w rejs dookoła Świata.

Świat , piszemy, z dużej litery.

wtorek, 20 grudnia 2011

Róża. Pies, który zasługuje na Święta

To, że moja psica Różyczka jest najmądrzejszym i najpiękniejszym psem na świecie, wie każdy, który ma osobliwą przyjemność wszcząć ze mną dyskusję o zwierzętach.

W styczniu miną dwa lata od chwili, gdy przygarnęliśmy słodką Różę. Zimą dokarmiam ptaki. Biedaczysko przyszło i wyjadało suche kromki chleba i temu podobne łakocie. Zaglądała do mnie i uciekała. Przed decydującym dniem błąkała się po zamrożonej, śnieżnej Golinie przez co najmniej tydzień. Wiem. Już to kiedyś opisałem, ale dążę dzisiaj do osobliwej pointy..

W końcu skusiła się na miskę wody i psie żarcie. Spała trzy godziny, a potem wstała i przytuliła do mnie łepek. Iwona na sznurku zaprowadziła ja do domu. Krzysiu nadał jej osobliwe imię; Róża. Osobliwe jak na smolisto - czarną psicę. Róża to Flat Coated Retriver.

Jakiś skurwysyn wyrzucił ją dwa lata temu na mróz i śnieg.

Dzięki temu, od dwóch lat jest z nami samozwańczy obrońca i szczera przyjaciółka, w jednym. Nazajutrz po tym , gdy rozgościła się w domu, raczyła szarpnąć za pupę faceta , który wszedł do domu by spisać licznik za wodę. I słusznie!

Teraz Róża jest nie tylko domownikiem, ale jest szczerym człowiekiem. Kto zna opowieść o Dersu Uzała, ten zrozumie to w połowie. Rzecz w tym, że Róża jest cały czas między ludźmi. Zostawiona sama na marna godzinę, rozpacza.

Trudno to opisać, ponieważ cała tajemnica tkwi w tych słodkich, brązowych ślepiach. W ślepiach/ oczach, których nie odwraca gdy się w jej źrenice patrzy. Towarzyszy każdej domowej rozmowie, i do diabła, wszystko rozumie! Nie ma sposobu by ją zmylić.
Ale ja nie o tym. (Uwaga zbliża się pointa)

Róża prowadzi też działalność informacyjną, która polega na tym, że szczeka zawsze gdy ktoś zbliża się do naszej bramy. To tajemnica dla mnie, że nie szczeka gdy samochód zatrzymuje się pięć metrów dalej; nie szczeka gdy ktoś przechodzi mimo, a zawsze informuje gdy ktoś ma zamiar zatrzymać się przed nasza bramą/furtką.

Dalej jest jeszcze gorzej. Gdy do domu chce wejść ktoś w jej rozumieniu obcy, trzeba ją zamykać w pokoju. Inkasenci oraz inni przedstawiciele najmarniejszej nawet władzy, bez wątpienia zostaliby zaatakowani. W tym ludzie pożyteczni, jak na przykład facet rozwożący gaz w butlach.

Jest tylko jeden wyjątek.

Nasza Mama/Teściowa przyjmuję Komunię w domu, w związku z czym przyjeżdża do nas Ksiądz. Tu taka uwaga; Zwykła wizyta przy okazji kolędy księdza przed zapałami Róży nie chroni.

Ale przy tej, wyjątkowej okazji Róża zmienia swoje zachowanie. Nie szczeka ani informacyjnie, ani agresywnie. Nie wierzyłem w opowieści kobiet, mając to za idealizację ostrej przecież rzeczywistości, ale w ostatnią sobotę byłem chory i leżałem w uchu.

Coś niesamowitego! Trudno to opisać. Zamknięta, na wszelki wypadek, ze mną w pokoju. Nagle cicha i spokojna. Do drzwi, a od drzwi do mego łoża boleści i wyraźnie stara się coś powiedzieć. Jakieś : eąć, ęć, bęć…i tak po swojemu do mnie gada, a taka jest zajęta i przejęta. Przypada, kładzie się, tuli łeb i dalejże gadać … mruczeć.

Po wszystkim pytam, na co Mama/Teściowa mówi, że tak się należy, ponieważ ksiądz z Panem Jezusem przyszedł. Bywa i tak.

Trzy minuty później włożył nam w furtkę jakiś dobrodziej ulotkę. Róża, gdybym jej pozwolił, wyrwałaby drzwi ze złości.

Piszę ten tekst z przerwami, od godziny, a brązowe ślepia obserwują mnie czujnie.

Naprawdę nie mam pewności czy Róża tego tekstu nie sylabizuję. Taka ucieszona i zajęta.

Wygłaskany łepek i lodowaty nosek, który pcha się do klawiatury. Z niecierpliwością czekam na Wigilię.

Pogadamy o sprawach fundamentalnych, Różenko słodka?

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Pan Coryllus

Pan Coryllus dużo i nieźle pisze. Doszedł, jak to mówią. do wprawy. Czasem wkurza mnie Pan Coryllus swoim pisaniem, a czasem wręcz przeciwnie. Tyle, że dotyczy to z reguły treści, nie formy.

Pan Coryllus jest w formie.

Tyle, że ja dzisiaj nie mam zamiaru recenzować tekstów Pana Coryllusa. Panu Coryllusowi recenzja wyprodukowana przez takiego ancymona jak ja, nie jest do niczego potrzebna.

Pan Coryllus pod każdym swoim tekstem umieszcza informację gdzie można nabyć jego książki.

Pan Coryllus wydaje swoje dzieła, „nakładem własnym autora” Tak to się chyba nazywa?
To oznacza, że Pan Coryllus sprzedaje książki pachnące farbą drukarską. Swoje i nie swoje, czyli, że poza tym, że jest pisarczykiem, stał się przy okazji wydawcą. W czasach, gdy każdy czytelnik jest na wagę złota, to całkiem niezła idea, która niewątpliwie będzie mu policzona w niebiosach, czy gdzie tam, Pan Coryllus trafi.

Pod tekstami Pana Coryllusa, odkąd zaczął wydawać książki, pod każdym tekstem pojawiają się komentarze piętnujące jego działalność zarobkową. Co więksi idioci piszą, że Pan Coryllus publikuje notki tylko po to, by przy tej okazji reklamować swoje wydawnictwa.

Takie pierdoły wypisują ludzie przyznający się przy innych okazjach do wszystkich dostępnych, politycznych opcji. Komuchy, leberały, liberałowie, prawaki, prawicowcy, narodowcy a nawet syneczkowie Mamy Gai.

Komuchów rozumiem, bo jakże to samemu wydawać i samemu swój produkt reklamować, bez akceptacji KC Pisarzy?

Ale wszyscy inni? Mój Boże! Czyście ludziska poszaleliście?
Pan Coryllus pisze, wkładając w pisanie swoją pracę. Wydaje, dając zarobić innym ludziom. Prowadzi dystrybucję i sam dba o reklamę. Pan Coryllus pracuje na swój sukces/ porażkę ale pracuje sam. Tak było przez setki lat i trzeba być wariatem by z tego szydzić.

Krytykować czy wyśmiewać jego dzieła, o ile się je przeczyta, jest jak najbardziej na miejscu, ale krytykowanie czy wyśmiewanie tego ostatniego, tradycyjnie umieszczanego pod jego tekstami akapitu promocyjnego, świadczy, mili moi, o waszej głupocie!

W czasach, gdy miernoty, nawet nie pisarczykowie, masowo wykładają się literacko w witrynach księgarń, ponieważ miejsce na półce zależy od finansowego wkładu „patrona medialnego” a „Trylemat Lema” stał się oczywistością o której nie warto gadać, wolni ludzie internetu atakują człowieka, który bierze sprawy wydawnicze w swoje ręce.
Byście zaakceptowali Pana Coryllusa potrzebna Wam jest pieczątka z „Gazety Ważnej” od redaktora, znanego idioty?
Mało macie na półkach dzieł sportowców, celebrytów, małp politycznych, redaktorów, piosenkarek, lewackich i prawicowych „PornoArmistów? Mało głupoty, oczywistego niechlujstwa z braku porządnej korekty? Mało wspomnień garkotłuków, zakamieniałych brudasów, bajd na poziomie gimnazjalnym o rycerzach, wampirach i diabli wiedzą, o czym jeszcze?

Ktoś to wszystko pisze wraz z pięcioma pomagierami, ale Polski ni prawdziwego życia w tym nie ma za grosz.

Tyle, że nie ma w blogosferze czasu na „nalewkę” ze współczesnej literatury polskiej.

O, w Pana Coryllusa uderzyć, inna sprawa!

Głupcy! Po trzykroć; Głupcy!

Trzym się Pan, Panie Coryllusie, a ja skromny, za Pana trzymam kciuki!

niedziela, 18 grudnia 2011

Realizm

Z rozbawieniem przeczytałem tekst czołowego realisty, pana Krzysztofa Kłopotowskiego. Tezy tekstu są dość dobrze uzasadnione a przez to warte odpowiedzi, nie zaś pokrzykiwania na autora, co widziałem w komentarzach.

Tyle, że Szanowny Autor ukazując, obyczajem realistów, szereg uwarunkowań i konieczności, które należy przyjąć obecnie, by zabezpieczyć przyszłość; jednocześnie zapierając się o głazy geopolityki i historii z uporem popycha nas ku przeszłości.
Czyni tak, stawiając się ze swoim realizmem w pustce intelektualnej i stąd moja uwaga o rozbawieniu w jaki mnie wprawił. Jeśli przyjąć historyczne analogię Pana Kłopotowskiego musiałbym przyjąć założenie, że stoimy wobec dwóch morderczych reżimów, które na nas dybią. Jeśli tak miałoby być cała realistyczna konstrukcja natychmiast z tekstu wyparowuje.

Nie wiem jak Pan Kłopotowski wyobraża sobie ograniczenie suwerenności w na rzecz Sowietów czy III Rzeszy w warunkach politycznych przed 1939 rokiem, ale użycie akurat takiego porównania w analizie dzisiejszej sytuacji politycznej jest dość zabawne.

To nie żaden realizm tylko negowanie dynamizmu obecnej sytuacji.

Samo nawoływanie do poddania się hegemonii „metropolii” to starodawne Wołanie niewolnika o dobrego pana. Kto dzisiaj w ogóle stawia takie tezy?

Żeby się zbytnio nie oddalać zajrzyjmy na Litwę, która leży sobie jak gdyby nigdy nic pomiędzy potężnymi sąsiadami. Czy tam w głównym nurcie polityki trwa dyskusja czy klękać przed Rosją albo Warszawą. Oj, chyba nawet przeciwnie.

Zgadzam się z autorem, że trzeba dyskutować na poważnie, ponieważ są to bardzo poważne tematy, a na naszych polityków nie ma co liczyć, ponieważ jak zwykle, zajęci są okładaniem się pałkami po głowach. Tyle, że nie z takim przytupem. Nie tak dramatycznie!

Dawno, dawno temu książę Bezprym aby uzyskać pomoc i umocnić swoją władzę odwiózł Cesarzowi insygnia koronacyjne Chrobrego i raczył ugiąć swe książęce kolana, a wyszedł, co widać po latach jakoś nieszczególnie na tej operacji.

Matejko nie uwzględnił go w Poczcie i przepadł, jak to mówią, w pomroce dziejów.

Co robić w takim razie? Uśmiechać się, analizować, rozkładać ręce i robić swoje. Nigdy nie wychodzić przed szereg i nie siadać do politycznego pokera w okularach, ponieważ w szkłach odbijają się karty gracza. To jest błąd.

http://klopotowski.salon24.pl/374327,co-ten-pis-wyprawia

środa, 14 grudnia 2011

Ludzie pisani "z małej litery"

Znudzony bluzganiem, zmęczony wymyślaniem inwektyw, postanowiłem wyrażać swoją dezaprobatę wobec rozmaitych łajdusów, męczących nas publicznie swym prywatnym kure....m, inaczej, do czego zachęcam PT blogerów i dzielnych komentatorów.

Już nie Urban a urban.

Nie Jaruzelski a jaruzelski.

Do rzyci z ortografią!

wałęsa, miller, kwaśniewski ... o nadbiega spóźniony celiński i krzyczy, że on też chce! Proszę bardzo!

celiński, lis, michnik, tusk, durczok, sikorski, olejnik, morozowski, schetyna, zajszczus ... uff, cała lista. Niech sobie każdy sam dosmaruje.

Ktoś może napisać, że to nieprzyzwoity pomysł, że tak nie wolno!

Wolno wolno!

"Najlepiej w szczerym polu i na lekkim mrozie!"