środa, 7 sierpnia 2013

Sakiewicz - Kup pan cegłę!

Tomasz Sakiewicz opublikował w Salonie24 tekst, który mnie zadziwił. A jestem, niczym jakiś Radziwił, człowiekiem, którego nic nie dziwi. W swoim czasie przysiegałem, że nic mnie nie zdziwi. I dotrzymałem do wczoraj, aż tu nagle Sakiewicz – Niczym Bolek Radziwił, mnie dziwi!
Pan Tomasz napisał, że jesień będzie nasza. Nieprecyzyjnie napisał. Jeśli Sakiewicza i jego nienasyconych kolegów, łże publicystów z Gapola czy innej Republiki to na pewno nie moja, czyli - Nie nasza, tylko ich. A co mnie jacyś „oni” obchodzą? Nic!
Nie kupuję „Gazety Polskiej” podobnie jak nie kupuję „Gazety Wyborczej” To nie żadna prasa tylko medialne szczujnie. Bujdy, nędzna publicystyka skierowana do fanów i zaspokajanie ambicji, przypadkiem potrafiących pisać koleżków/ synalków koleżków, oraz innych grafomańskich ananasów. Nic wielkiego – Ot, nędza.
I ta nędza chce prowadzic lud na barykady!
Pan Sakiewicz nie ma ambicji wykraczającej ponad medialny tryumf nad równie żałosną bandą Michnika. Ale co tu ma do rzeczy Polska, czy obalanie rządów imć Tuska? Włazi pomiędzy ostrza szermierzy i jeszcze się tłustawą pupą rozpycha.
On i inne marne publicysty wolność raczą nam wywalczyć? Taką, jak na ogarniętych szałem cenzury portalach internetowych, którymi zarządzają? Wolność- 0, cholera!
Rewolta spoleczna - Jakie to łatwe! Trza ino kupic plik gazet i opłacić abonament za „niepoprawną i do bólu niezależną telewizję” – Czegoś takiego, nawet szczery wariat by nie wymyslił. Zobaczcie - a redaktor Sakiewicz wymyślił! I na dodatek pisze to otwartym tekstem!
Przemyślałem. Nie jest liderem – Liderem jest i chyba pozostanie Lech Wałęsa, ze swoim hasłem: - Zdrowie wasze  w gardła nasze!
Pan redaktor jest tylko marnym epigonem, wobec genialnego w swej prostocie Lecha. Za dużo, prawda, kombinuje. Mam nadzieję, że pana Sakiewicza wraz z towarzyszącemi mu osobami, Kaczyńszczak odgoni na sto tysięcy kilometrów.
Słaba to nadzieja, niemniej jest.
Oczywiście, można użyć Gazety Polskiej w sposób skuteczny, nie zbaczając z ideologicznego kursu. Pałę owijamy, wymienioną wyżej gazetą. Zaczajamy się w miejscu słabo monitorowanym i sprzedajemy napotkanym lewakom, innym leberałom, oraz ludziom starszym, osłabionym przez życie, nabyte uprzednio cegły, po stówce, używając starodawnego sloganu – Kup pan cegłówkę za stówkę, a ocalisz pan główkę!
Jest zysk – Jest impreza! Redaktorzy popracują na świerzym powietrzu, rozerwą się, podyskutują z ludem roboczym und słabosilnym.
To nic wielkiego, inne, zasłużone dla demokracji 3RP media robią to od ponad 20 lat. Gdyby ludzie mieli tego świadomość, każdy, nawet przeciętny czytelnik czy oglądacz, dawno wybudowałby sobie z tych cegieł zgrabny domek.
Ktoś spyta, gdzie tu stówka? Przepraszam, a ile już naliczył licznik tego całego Balcerowicza?


sobota, 3 sierpnia 2013

Straszna nasza Polska cała!

Premier Tusk, jako wyjątkowo ohydny, określił czyn jakiegoś oszołoma, który strzelił w pysk funkcjonariusza jednej z telewizyjnych szczujni. Moim zdaniem, ohydni są przede wszystkim „nasi” łże dziennikarze, przez ludzi wydelikaconych do absurdu, nazywani funkcjonariuszami medialnego ścieku. Mniejsza z tym.

Uderzył. Wpłynęło oskarżenie. Odbędzie się proces i napastnik zostanie ukarany. OK. Każdy akt przemocy powinien być karany i napastnik winien ryzyko odsiadki wkalkulować w swój wyczyn.  Ale co tu ma Premier do gadania? 

Obrywanie po pysku to nie jest jeszcze najgorsza opcja w podobnych przypadkach – Ośmielę się zauważyć.

Namnożyło się ostatnio postaci, które można zamknąć w niezobowiązującym zbiorze pod łatwą nazwą „stary a głupi” Piję tu oczywiście do księdza Bonieckiego, który wylazł z tego zbioru, doszlusowując do grupy „zwariowanych staruszków” W obydwu grupach trwa zawzięta walka o „żółtą koszulkę lidera” Aluzję do tzw. „żółtych papierów” uważam za uzasadnioną.

I na koniec straszliwy pokaz kibiców Lecha Poznań w Wilnie. Wyborcza donosi z rozpaczą w kilku akapitach, że kibole odśpiewali pod Ostrą Bramą polski hymn, a następnie wznosili okrzyki – Polskie Wilno! Kolejorz! Kolejorz! – jeszcze pono deklamowali fragment poematu Mickiewiczjusa na stadionie! Ohyda! – Prawda, że ohyda?

Obejrzałem te ekscesy na Tubce. Mój podziw wzbudziło to, że kibole znają prawie cały hymn. Błądząc historycznie, przecież opowiadają na błądzenie litewskie, które nie głosami kiboli, a polityków, neguje oczywistą, polityczno–kulturalną, polskość Litwy. Co tu się czepiać kiboli?

Lepiej porazić ich ideą Rzeczpospolitej – Mogliby wówczas wznosić neutralne narodowo okrzyki w rodzaju:

„Warszawa! Wilno! Lwów i Kraków! – Rzplita dla wszystkich, nie tylko dla Polaków!”

„Gdańsk! Lwów! Królewiec i Warszawa – Rzeczpospolita to wspólna sprawa!”

„Szczecin, Wrocław, Kamieniec Podolski…

I tak dalej, i tak dalej…




czwartek, 1 sierpnia 2013

1944 - Odwrócenie

Skuteczny agresor, który na skutek zwycięstwa nad armią podbijanego kraju, rozpoczyna czasową lub trwałą jego okupację, wedle niektórych współczesnych autorów, winien móc w spokoju pożywać owoce swego militarnego sukcesu. 

Ci, którzy nie chcą pogodzić się z jego dominacją, podejmując działania zbrojne przeciw niemu skierowane, odpowiadają za straty wśród ludności cywilnej, oraz patrząc kategoriami państwa, niemniej ważne straty materialne. Wszelki ruch oporu, partyzantka, prowokowanie zaborcy, a szczególnie jawne powstanie w niego wymierzone, wedle tego rozumowania jest większą zbrodnią niż krew rozlana przez okupanta w ramach represji, odwetu.

Zbrojnego buntu nie usprawiedliwiają nawet jawne cele zaborcy, czy jak w przypadku II Wojny Światowej; zaborców. Rozumując w ten sposób można dojść do wniosku, że AK, zamiast w Warszawie, powinna wywołać powstanie w Berlinie, razem z niemieckim antyhitlerowskim ruchem oporu. Powstanie w Berlinie to byłoby coś! Niemcy musieliby zniszczyć swoją własną stolicę, nie czekając na koleżków ze wschodu.

Z prezentowanego jako realizm, zespołu poglądów, wynika niezbicie, że sprawiedliwą wojną jest wojna zaczepna. To jakieś dziwaczne ideologiczne zatwardzenie umysłowe z czasów, gdy decydowała walna bitwa, a jednym z ostatnich problemów szaraczków było to, jaki król jak raz nimi akurat rządzi.

Owszem, to były niezłe czasy, ale Hitler czy Stalin nie byli zasadniczo średniowiecznymi królami, tylko całkiem nowoczesnymi politycznymi mordercami w skali masowej.

Rozumując po tej linii wyrażam zdziwienie, że PT Moskalom, opłacało się wyganiać Polaków z Kremla, pomimo ogromnych strat ludzkich, oraz spalenia swojej ulubionej Moskwy. Romantycy!

Najstraszniejsze czasy dla Polski to była połowa 17 wieku. Chmielnicki, Szwedzi, Kacapy. Kraj został zniszczony w sposób wręcz niewyobrażalny, ponieważ wszystkie te wojny toczyły się na naszym, wówczas, podwórku. Mało tego! Nie tylko wrogowie, ale i nasza rozbita, nie płacona, partyzancka po części armia, wszędy siała spustoszenie.
Rozumiem, że trzeba było się wówczas poddać i o tyle wcześniej dopuścić do rozbioru Rzeczpospolitej? 

Przecież to wariactwo!

Zupełnie nie w tym rzecz. Nie byłoby wówczas tej hekatomby, gdyby Rzeczpospolita posiadała silną, nowoczesną armię i zapobiegawczo lała kogo popadnie w okolicy. Narzekamy na ówczesne lenistwo legislacyjne, marnotrawstwo środków, na królów? O cholera!

Bitwa, wojowanie to wyjątkowo trudne, jedne z najtrudniejszych przedsięwzięć logistycznych. 

Żołnierz musi jeść, koń mieć obrok a czołg paliwo. I poza czołgiem, wszyscy obecni muszą mieć zapewnione miejsce, w którym mogliby się wybejać nie zapuszczając w szeregach zarazy czy innej dyzenterii. Bez starannego przygotowania, nawet najbardziej kochana i patriotyczna armia jest niczym szarańcza. Nawet taki, często przywoływany major Hubal musiał dzielić swój nieliczny oddział, by jakoś przetrwać, a jego żołnierzami byli w większości subordynowani zawodowcy.

W dawnych czasach, bywało, że źle przygotowany pochód wojska pochłonął więcej ofiar niż sama bitwa.

Jak na tym tle wygląda Powstanie Warszawskie? 

Było miejską bitwą, która minęła cel, może o włos a może o sto kilometrów. Nie potrafię, pomimo przyrodzonego krytycyzmu, przyłączyć się do chóru rozumnych. 

Być może dlatego, że moi bliscy przeżyli je do samego końca. Ojciec miał w czasie PW mniej więcej tyle lat, co mój synek dzisiaj, babcia była „lekko po 40”, dwa lata starszy od niej dziadek był wówczas w niewoli. Stracili dosłownie wszystko, ale jakoś nigdy nie słyszałem od nikogo z nich, a także ich warszawskich znajomków jojczenia, charakterystycznego dla dzisiejszych rozumnych. 

Z całego ich ówczesnego życia zostały, wygrzebane po wojnie spod gruzów, pożółkłe, zniszczone fotografie. Jakiś, cudem ocalony, ozdobiony portretami dziewiętnastowiecznych władców świata, ozdobny talerzyk. 

I tak zostało, takie to dziecictwo, "nim werble warcząc ruszą"









poniedziałek, 29 lipca 2013

Powstanie 44 - Armia 2013... i dalej

Nadszedł czas rytualnej dyskusji o Powstaniu Warszawskim. W tym roku zaczął zręczny Zychowicz i wielu czuje potrzebę chwalenia lub besztania pana redaktora. 

Jako znanemu prostakowi, w związku z tą dyskusją, uporczywie przypomina się meni błahe, jak to u niego, opowiadanie fantastyczne Kiryła Bułyczowa w którym pewien chłopczyk, gromadzi w WielkoGuslarskim kinie małoletnią publiczność na seansach starodawnego filmu „Czapajew” tym, że natężając się, siłą woli zmienia zakończenie filmu, dzięki czemu Czapajew, choć rażony kulami białych kontrrewolucjonistów, przecież szczęśliwie wypływa i tryumfalnie żyć raczy. Małomiasteczkowa, młodociana publika szaleje, klaszcze i zadowolona udaje się do domów na obiad.

Właśnie tak, z mojej perspektywy wygląda twórczość pana Zychowicza i jego alternatywne wersje historii, które są zabawą starą jak literatura, tyle, że u nas odgrywaną na poważnej scenie, na scenie politycznej.

Czy naprawdę, na poważnie sądzicie, że wiedza o wydarzeniach przeszłych jaką dysponujemy obecnie, uprawnia nas do snucia konfabulacji na temat ich nieznanych wówczas i teraz następstw? 
W momencie, gdy jeszcze mamy szansę zapytać uczestników Powstania Warszawskiego, o ich osąd, który zresztą i tak jest przefiltrowany przez głębokie, siedemdziesięcioletnie sito pamięci?

Łatwiej napisać, pływając w baseniku popularnego obrazoburstwa o nieadekwatnym wobec wielkości zbrojnego celu, marnym uzbrojeniu Powstańców, niż o sile naszej obecnej Armii.

Jeszcze łatwiej rozpuścić w kwasie pogardy, starodawną I Rzeczpospolitą, opowiadając o jej minimalistycznej, biegającej po bardzo długich granicach, armii. Czym był przysłowiowy pacyfizm polskiej szlachty, oparty na fałszywej wierze w siłę mobilizacji (w razie czego) , wobec naszego pacyfizmu, polegającego na prostym podkuleniu ogona?

Nie jesteśmy lepsi ani gorsi od naszych przodków, dopóki nie zostaniemy sprawdzeni w ogniu bitwy. Choćby to była tak amatorska bitwa jak Powstanie Warszawskie. Mam nadzieję, że taka okazja nie nadejdzie, lecz co się pisze o nadziei, każdy przytomny wie.
Na przeszłość, panie Zychowicz, mamy wpływ jeno publicystyczny, w najlepszym razie. Na przyszłość mamy wpływ realny.

Miast tworzyć zakręcone wersje historii, pilnujmy spraw Polskiej Armii. I niech to się wreszcie stanie sprawą ponadpartyjną, sprawą Rzeczpospolitej, sprawą polityków, dziennikarzy und blogerów wszech-opcji. Sprawą wszystkich, którzy nie łakną rzezi, powstań, daniny krwi spłacanej przez cywilów.

Kto ma polityczną szansę, niech walczy o każdą dodatkową złotówkę na Armię, niech pilnuje tej złotówki, jej zbrojnego wykorzystania. W ten sposób stworzycie najlepszy, najżywszy pomnik w historii. Może za 70 lat jakiś dobrodziej, który będzie wiedział lepiej, nie zgłosi do nas, miażdżących nasze sumienia zastrzeżeń.   

By nigdy nasi nie szli w bój bez broni!




środa, 5 czerwca 2013

Zimny czerwiec

Obiecałem teściowej, że nazbieram szczawiu. Narobi się słoiczków i będzie rarytaśna szczawiowa, na przykład w styczniu. Łąka o rzut beretem, ale jest tak zimno, że zwlekam. Nie mam chęci na szczawiobranie, ot co. Ogród zarasta trawą, ale kto by tam kosił trawniki w taki ziąb.

Na łąkę chadzam ze słodką Różą, bo muszę. Ta wesoła mama na łące sika i nie tylko, także na szczaw, a moje zniechęcenie rośnie. Trzy szczeniaki, wyprowadzone do ogrodu, skaczą w tej przerośniętej trawie niczym małe kózki. Trzeba pilnować łobuziaczek, bo inaczej rozedrą ogród na strzępy i zza zasłony rzeczywistości może ukazać się jakaś osobliwość.

Aj. Chyba napiszę list do profesorki Środy z powodu osobliwego seksizmu, jaki rozpanoszył się wśród miłośników ślicznych szczeniaków. Psie chłopięta wydane, a panienek nikt nie chce. Nawet Pan Ambasador USA, ponieważ nie ma warunków. To niby ja mam warunki? O cholera! Przecież nie oddam szczeniaczków do ambasady Rosji, czy innych Chin Ludowych, szczególnie.

Smutne to wszystko. Zimno, a my musimy spać przy otwartych drzwiach balkonowych, ponieważ na balkonie Łysa Broda, Buldoczka Ala i Księżniczka mają nocą swoje „clo” Oj, żeby były choć konsekwentne w tym co robią. A one niczym politycy czy inni publicyści. Raz tak, raz tak. Najedzą się, wyśpią i apiać broją. Poza tym najgorszym gryzą się między sobą, uprawiają zapasy ale gdy zwrócę im uwagę na niestosowność  zachowania, a szczególnie gdy wspomnę o tym, że je żywię, chórem obszczekują mnie spod stołu, albo zza fotela. Oczywiście, po chwili przychodzą się łasić, ale plama na dywanie zostaje i raczy cuchnąć.

W blogosferze zupełnie sucha zima. Odkąd przestałem pisać nie mam co czytać. Publika snuje się niepewnie po łąkach. Dzikie pola zaorano, ale nie dowieziono nasion. Wrony i robaki. W takim Salonie 24 powstaje więcej tekstów o Coryllusie niż o Kaczyńskim. Wszyscy są bardzo zdenerwowani tym całym Coryllusem, ponieważ nie szanuje naszych publicystów und dziennikarzy.

Właśnie. Na twitterze, poza Cezarym Gmyzem, którego w tym miejscu serdecznie pozdrawiam, wszyscy nasi dziennikarze mnie blokują i stąd wiem, kto się zrepublikanił ostatnio i jacy szatani są tam czynni. Do czasu, oczywiście, aż ich kapiszon zrobi „tssssyyy” Zimny czerwiec.

Poseł Wipler, który oczywiście też mnie blokuje (Uwaga! Jarecczakocentryzm) Wipler z którym wiązałem rozmaite polityczne nadzieje, poszedł na swoje. Trochę tak, jak moje szczeniaki na balkon. Tyle, że nie ma tak słodkiego pyszczka jak Buldoczka Ala - Na przykład.

Szum się zrobił publicystyczny, ponieważ nasza polityka to publicystyka przecież, i na odwrót. O facecie, który dostał w wyborach nieco ponad cztery i pół tysiąca głosów, piszą: „charyzmatyczny lider” Ukuto nawet termin „wipleryzm” Pan Warzecha strasznie pokrzykuje na twitterze, że to żadna zdrada. I słusznie. Jak można zdradę mylić z wiernością dla własnych, dogłębnie przemyślanych przekonań?  Na przykład śliczna szczeniaczka Księżniczka jest przekonana, że powinna spać z nami w małżeńskim łożu. Nie potrafi jeszcze wskoczyć do łóżka w sposób prosty i otwarty, ale od czego szczenięcy umysł? Włazi za łóżko i zapierając się tłustą dupką o ścianę jakoś sobie radzi. Wszystko po to by polizać mnie po nosie o drugiej w nocy! 

Oddałbym ją do polityki, ale nie wiem, czy dwumiesięczna suczka ma bierne prawo wyborcze?

Tak to się kręci, skoro wiosny nie ma nawet w czerwcu.
Wczoraj był zimny, czwarty dzień czerwca. Ilość głupot wygadywanych i napisanych z okazji wyborów w 1989 jest z każdym rokiem większa. Dziwne, że wydarzenia, które większość zabierających głos pamięta, stają się w ich przekazie istnym dziwadłem. Gdyby w ten sposób zagłębiać się w przepaść historii, zaraz by ktoś napisał, że Bolesław Chrobry był Carycą Katarzyną.

Dodatkowym smakiem tegorocznego 4 czerwca była wizyta marszałek Kopacz w Chinach. Niektórzy, to naprawdę mają mózgi, niczym chińskie zupki. Sprasowany makaron i to coś w torebce. Aż się zimno człowiekowi robi, gdy pomyśli, że jak raz nami rządzą, ponieważ daliśmy im mandat. Żeby to było chociaż 500 złotych i sześć punktów karnych. Jest odwrotnie.

Zimno, ciemno i na dodatek deszcz siąpi z okapów nieba. Taki czerwiec.








niedziela, 5 maja 2013

Szczeniaki 2 - Portrety

Na zdjęciach maluchy mają po trzy i pół tygodnia. Dzisiaj skończyły miesiąc i powoli zbliża się moment, że trzeba będzie się z nimi pożegnać. Już, poza tym, co zapewnia im Róża, dostają trzy, cztery, dodatkowe posiłki dziennie, w tym rozdrobnione gotowane mięso z kurczaka. Ząbki jak igiełki. Pomysły na psoty wręcz nieograniczone. Zrozumie tylko ten, kto miał kilka szczeniaków w mieszkaniu. Teraz uwaga, prosze się skoncentrować.

Szczenięta są, co oczywiste, do rozdania. Pięć jest już zamówionych, ale na razie są to zamówienia ogólne, z tym, że dwie osoby zdecydowanie chcą przyjąć suczkę. Zresztą, wszystkie szczeniaki są piękne. Wydamy maluchy tylko w dobre ręce. Trzymający psa w kojcu, że o łańcuchu nie wspomnę, nie mają czego szukać.

Jeśli odziedziczą charakter po Róży, mogę je z czystym sumieniem polecić. Ich matka jest psem średniej wielkości. Waży 25 kg. Przygarnęliśmy ją w styczniu 2010. Jest bardzo czysta, nigdy nie nabrudziła w domu, niczego nie pogryzła -  Poza kośćmi oczywiście, a szczeki to ona ma! Dużą kość tukową załatwia w pół godziny zostawiając tylko jedną drzazgę. Nie cierpi inkasentów wszelkiej maści a raz nawet próbowała zagryźć faceta z wodociągów. ale powiedzcie sami, kto przyzwoity wchodzi do obcego domu bez pukania? 

Uwielbia spacery, biegi po łące, gdzie namiastką polowania jest rozkopywanie kretowisk i wyciąganie ich sprytnych lokatorów. Wedle profilu rasy, jest ulubioną zabawą jest aportowanie. Chętnie pływa. Od fachowca dowiedziałem się, że nie należy psicy kąpać. Latem naturalne zbiorniki, albo basenik, zimą, śniegowy szał. Jednak najważniejszą jej cechą jest zamiłowanie do przebywania blisko domowników, ciągła potrzeba pieszczot i zabawy. 

Teraz spoważniała, ponieważ ma się kim opiekować a opiekuje się maluchami znakomicie. Nie wiedziałem, na przykład, że suka czyści po swoim potomstwie nieczystości. Gdy się bawią krąży między nimi, zlizując to co w ich brzuszkach stało się niepotrzebnym balastem. Jeszcze raz. Jeśli ktoś ma życzenie dostać za darmochę fajnego przyjaciela, niech się zgłosi na pocztę. Jest na blogu. Sorry, za symboliczną złotówkę, z powodu zabobonu, że pies sprzedany lepiej się chowa. Zwróćcie uwagę, że szczeniak  będący w 100% Flat Coatet Retriverem kosztuje nawet 2000 złotych, a tu za złotówę macie połowę, albo więcej z puli genów. :) 



                                       
                                                            Muskwa - największy pies.

                                       

Maniek - pies w paski / znalazł nowy dom /

 
                                                                 Czortuś - czarny pies ( jako pierwszy znalazł nowy dom! Brawo Czortuś!)


                                                         
                                                             Bokserek - pies / Jutro wyjeżdża do nowego domu w Kole / zostaje sześciu wspaniałych/


                                                          Buldoczka - suczka



                                                         Doberman - pies w białym krawacie




                                                    Łysa Broda - wyjątkowo sprytna suczka


Księżniczka - suczka z białą gwiazdką na karku


To ich zadowolona z siebie mama, Róża.
  

środa, 1 maja 2013

Louis vs Schmeling


Otwieram Przegląd sportowy z 22.06.1936 roku. Trwają przygotowania do Olimpiady w Berlinie, ŁKS ogrywa na stadionie Wojska Polskiego Legię 2-1, Jadwiga Jędrzejowska zdobywa tytuł na kortach Queens Clubu i jest wymieniana wśród faworytek Wimbledonu, Bronisław Czech, po 15 latach startów odchodzi z Zakopiańskiego klubu i nie szczędzi gorzkich słów tamtejszym działaczom. 

Jednak sportowym tematem dnia, światowego sportu jest walka bokserska, która odbyła się 19 czerwca na Stadionie Jankesów w Nowym Jorku. W obecności 42 tysięcy widzów i milionów przed radioodbiornikami, rutynowany, niemiecki mistrz Max Schmeling znokautował w 12 rundzie, niepokonanego,dwudziestodwuletniego Amerykanina, Joe Louisa.


 Max Schmeling


W relacji zamieszczonej w Przeglądzie Sportowym czytamy:

„... jeszcze na godzinę przed walką można było postawić dowolną sumę na zwycięstwo Louisa przez KO. Zakłady stały 13-1 ... W Harlemie żałoba. Pochody i bankiety odwołano. Harlem idzie na żebry, bo każdy czarny zakładał się o zwycięstwo swego rodaka. Postawili na Louisa ostatnią koszule, - albo nawet - jak to się mówi w Harlemie – złote zęby własnej babki”

Niemcy przygotowują się do największej w dotychczasowych dziejach Olimpiady. Kanclerz Hitler dostaje atutową kartę propagandową. Max Schmeling, choć zawodowiec, będzie najbardziej fetowanym niemieckim sportowcem w czasie Igrzysk. Nikt jeszcze nie myśli o rewanżu, który odbędzie się za dwa lata na tej samej arenie. Otoczka tej przyszłej walki sprawi, że będzie to pierwszy mecz sportowy o wymiarze globalnym. Już nie tylko, jak będzie chciała propaganda niemiecka, walka pomiędzy przedstawicielami dwóch ras.


Polityczny ton nadadzą jej amerykańskie koncerny medialne, widząc w starciu bokserów, pojedynek demokracji z dyktaturą. Wolności ze zniewoleniem, gładko przechodząc nad tym, że ich mistrz, zawodnik reprezentujący demokrację, pomimo swych przewag ringowych i zaszczytów jakich mu nie szczędzono, był tylko Murzynem, czyli, nie w pełni obywatelem USA a na pewno, nie w pełni człowiekiem.

Tym razem zakłady są powściągliwe i oscylują wokół 2-1 dla Louisa. Sprzedano biletów za ponad 700 000 dolarów – krzyczą agencje. Transmisje radiowe na cały świat! Należy pamiętać, że „bzik sportowy” dopiero się rozpoczynał i dlatego ten mecz jest tak znaczący w historii sportu.

Specjalny wysłannik Przeglądu Sportowego - Jan Erdman, w relacji z przygotowań do walki, pod uroczym tytułem „W obozie czarnych wariatów” barwnie opisuje otoczkę ostatniego sparingu Louisa

„ ... Naokoło sama czekolada. 90% publiczności składa się z Murzynów. Wpuszczono ich 4000, potem policja zamknęła bramę. Drugie tyle zostało na zewnątrz, nasłuchując każdego oklasku, każdego okrzyku, każdego brawa. Na dachu wiszą Murzyniątka jak ciemne śliwki. Na płotach wiszą Murzyniątka jak granatowe winogrona. Na drzewach Murzyni. Na ringu Murzyni, na ławie dziennikarskiej Murzyni. Wśród policji Murzyni...”  

Luis wygrywa sparing przez poddanie przeciwnika w 2 rundzie, a nasz korespondent w konkluzji stawia takie oto pytania: „A co się stanie jeśli Louis wygra? Jeśli tego dnia pryśnie murzyński kompleks niższości? Czy czarni rzucą się na NY?”

22.06.1938 - Yankee Stadium, godzina 22:00. Bokserzy wychodzą na arenę. Pierwszy idzie Schmelling, ale niecierpliwy Louis wyprzedza go i jako pierwszy melduje się w swoim narożniku. Pięć minut później gong obwieszcza rozpoczęcie walki.

Louis rzuca się jak szalony na Schmelinga. Niemiec próbuje stopować rozpędzonego rywala lewym prostym, ale niewiele to daje. Obrywa w głowę, w korpus, wiesza się na linach i w końcu pada. Wstaje nim sędzia Donovan na dobre rozpoczyna liczenie. Po chwili pada drugi raz. Na pięć, wstaje by za chwile zostać znokautowany ostatecznie po 124 sekundach pojedynku. Donovan po walce mówi – Mógłbym liczyć do 100. Schmeling i tak by nie wstał.


 Joe Louis


To prawda. Niemiecki bokser, duma 3 Rzeszy trafia wprost z ringu na trzy tygodnie do szpitala. Po walce twierdzi, że przegrał przez cios zadany w nerki, gdy w ferworze walki odwrócił się na ułamek sekundy. Nikt poza Niemcami nie uznaje tego tłumaczenia. Jack Dempsey pyta brutalnie 

– Po co się odwracał, do cholery? 

W komentarzach amerykańskich gazet jest wiele rasistowskich smaczków, jak to, że w murzynie odezwała się prymitywna bestia i widząc białego, przewyższającego go intelektem ... i temu  podobne.

Kiedy czytałem o tej walce, sądziłem, że jest to współczesny, powojenny wymysł. Jednak już w relacji z walki, pojawia się informacja o telegramie, który dotarł na Stadion Jankesów  w momencie rozpoczęcia walki, a który brzmiał: „Pozdrawiam przyszłego Mistrza Świata. Adolf Hitler”

Stop. Nie zgłaszam żadnych krytycznych uwag do sportowej czy pozasportowej postawy Maxa Schmelinga. Takie były czasy i takie obowiązki. To był wielki sportowiec. Szczęśliwie dożył 100 lat ( zmarł w 2005 roku ) 
Łatwo jest pisać i oceniać z perspektywy czasu i dlatego w powyższym tekście starałem się opierać na tekstach prawdziwie źródłowych, czyli takich, które powstały w opisywanym czasie.  Podobnie z komentarzami Jana Erdmana. Jeśli nazwiecie go rasistą, staniecie poza historią.

Wydobyłem te walki z przeszłości po to, by uzmysłowić Wam, szanowni czytelnicy, jaką drogę od 1936 przebyła powiązana ze sportem propaganda polityczna. Przeglądanie starych gazet jest pouczające i zaskakujące. 

Oglądam na przykład fotografie z berlińskiego dworca. Przybywa pociąg z Olimpijską Reprezentacją Polski na Igrzyska w Berlinie. Polskie gwiazdy witają tłumy niemieckich kibiców. Ręce uniesione w charakterystycznym geście.

Joe Louis zmarł w 1981 roku na skutek wylewu krwi do mózgu. Część kosztów jego pogrzebu pokrył Max Schmeling.

Warsiawska ulica skomentowała opisany powyżej mecz taką oto, jakże trafną w wymowie, piosenką.

Raz w Ameryce, w mieście Chicago,
Rzecz była bardzo prawdziwa:
Żył sobie Murzyn, co chodził nago
I co się Luis nazywał.

A pewien bokser zza oceanu
Zapragnął sławy i zysku. 
Pisze do Luisa: ty się nie stawiaj, 
Bo możesz dostać po pysku.

A na to Luis mu odpisuje: 
Ach ty kretynie Szmelingu,
Po co się stawiasz za oceanem, 
Lepiej się postaw na ringu.

Jadą panowie Amerykanie, 
A każden we własnem fordzie,
Żeby popatrzeć, jak dwóch frajerów,
Będzie się prało po mordzie.

A że ten Louis był kawał chłopa, 
więc zlał Szmelinga na ścierkę,
Prawem sierpowem podbił patrzałkie,
A lewem przestawił szczękie.

Sędzia ogłosił: Szmeling na deskach!
Szmeling nie podniósł się więcej,
A Luisowi na rączkie dano
Miętkich aż dwieście tysięcy.

Z tej to powiastki morał wynika,
Jak się bokserzy bogacą. 
W Warszawie u nas też w mordę leją,
Tylko że za to nie płacą.