czwartek, 9 lutego 2017

Bałwanienie autorytetu, czyli incydenty

Jarosław Haszek nie żyje. To wstrząsająca informacja, o ile weźmie się pod uwagę, że codziennie dzieje się coś, co wymagałoby komentarza, równie martwego pana Józefa Szwejka. Bez odpowiedniej, opartej na życiowym przykładzie dygresji, wobec nawały dziwnych, komicznych w swej ponurości wydarzeń, staję prawie bezradny. Nie jestem pewien, czy nawet ta czeska para dałaby radę, ponieważ zdarzenia godne komentarza, same w sobie już mają wszystkie cechy opowiastek Szwejka. Na boku zauważę, przy okazji, że nieodparty dla mnie komizm dzieła czeskiego lewaka, polega na tym, że w całej niedokończonej powieści, nie ma ani jednego śmiesznego wydarzenia. Jest śmierć, poniżenie, głupota, strach, przebiegłość i skrajny brak szacunku, czyli zupełnie jak u nas.
U Haszka występuje sędzia, który oszalał i w cywilnym procesie o obrazę, polegającą na nazwaniu katechety czarną bestią, skazuje na śmierć ojca, spoliczkowanego przez tegoż nauczyciela religii ucznia i wszyscy baranieją, słysząc wyrok do tego stopnia, że woźny popycha podsądnego, żeby powiesić go na trzepaku. Ale w powieści, autorów takich ekscesów odwozi się jednak „w plecionce”. U nas sędziego łapią na sklepowej kradzieży, a „plecionka” nie nadjeżdża.
Szwejk wychwala współczesny mu system penitencjarny, który karmi i odziewa więźnia, nie stawiając go przed trudnym dylematem czy nazajutrz chce być spalony na stosie, czy może poćwiartowany? Jak nasz dzielny wojak znalazłby sędziego Tuleję z jego najnowszym wyczynowym wyrokiem? Poczułby się głupio? Miałby się za oszukanego przez czas i historię?
 Ktoś powie, że czepiam się sędziów, ale na Boga, czy ja każę im się aż tak wygłupiać? Czy ja podpuściłem panią prezes Sądu Najwyższego, by stworzyła kuriozalną opinię na temat tajności służbowych wydatków pracowników tej najwyższej instytucji? To tylko sprawki z ostatnich dni...A przepraszam, zapomniałem w tym natłoku o uwolnieniu za kaucją przebiegłego, brodatego wnuczka, a to jest historyjka żywcem i w całości wzięta z narracyjnych zasobów Szwejka. Tym bardziej, że obok wymiaru sprawiedliwości, w roli głównej mamy Cygana, a nawiasem mówiąc, Haszek jako starodawny lewak wielokrotnie na kartach swej powieści objawia się jako rasista i antysemita. Oczywiście wedle dzisiejszych kryteriów.
Wszystkie przywołane przeze mnie wydarzenia są, patrząc obiektywnie, zgoła nie śmieszne, a można napisać nawet, że wręcz przeciwnie. Tyle że mnie śmieszą, ale mnie przecież śmieszy opis agonalnych drgawek starego cesarsko-królewskiego porządku. Nie ma we mnie krzty obywatelskiego oburzenia na tak żałosny upadek autorytetu podstawowych dla funkcjonowania państwa instytucji. Widać, że to co mieliśmy za niewzruszony porządek społeczny jest nie warte, albo warte, funta kłaków. A i dzisiaj nastał nowy dzień, otwierający pole do popisu rozmaitym, nie wiedzieć jakim cudem wyforowanych na piedestały cymbałów. I jestem dziwnie pewny, że okazja ta nie zostanie zmarnowana.
To historyjki, opowiastki, dygresje o naszej współczesności. Drobiazgi? Incydenty? Ustrój się wali, mili moi, a upadku nie poprzedza pycha, która już była, ale śmieszność. Tak, tak, doszliśmy do fazy śmieszności. Nie da się bowiem zadekretować szacunku, a od pewnego momentu, przyzwolenie na głupotę i podłość, można zagwarantować tylko przy pomocy nagiej przemocy. Na nic wycie mediów, na nic mnożenie oskarżeń, podwójne i potrójne gardy standardów. Co zaczyna padać, padnie, bo grawitacji nie da się znieść nawet przy pomocy chóralnie wyśpiewywanych zaklęć ważnych redaktorów i celebrytów całego wszechświata, ponieważ im donośniej brzmią, tym boleśniejsze ich codzienne upadki.
To tak jak z obroną dobrego imienia Lecha Wałęsy. Im zacieklejsza, tym broniony głębiej siedzi w bagnie. Nie rozpatruję tego w kategoriach dobra i zła. Opisuję ponuro-komiczne symptomy. Nie pomoże ani przesławna lewatywa, ani zawijanie w mokre prześcieradło, a reszta...
Reszta jest bałwanieniem do kwadratu.

niedziela, 22 stycznia 2017

Adam Michnik przymierza ornat

Problem nie w tym, że opcja liberalno-lewacka przegrywa wybory, ponieważ to żadna nowość. Strach dotychczasowych elit budzi fakt, że tym razem nikt nie stara się niczego od nich kupować, w zamian za akceptację praw nowej władzy do rządzenia. Po prostu przez ostatnie lata zapędzili się za daleko, działając w zabobonnym przeświadczeniu, że społeczeństwa, którym przewodzili, na tyle skutecznie opętali swoją propagandą, że pozostaną im uległe, a ewentualne zmiany będą czymś w rodzaju możliwej do zaakceptowania korekty.
Stąd, bo przecież nie z podobieństw pomiędzy Polską a USA, bierze się zadziwiająca identyczność zachowań świeżo uformowanej opozycji, mediów i celebrytów. Nie trzeba też wielkiej przenikliwości, żeby zauważyć podobieństwa haseł ludzi demonstrujących w obronie status quo. No, może tamtejsi są młodsi, ale w USA wszak trudniej o byłych esbeków.
Na dodatek liderzy tego zamieszania zdają sobie sprawę, że cały ten krzyk, przysłowiowemu psu na budę. Świat wbrew zaklęciom medialnych szamanów działa i działał będzie, a eskalacja protestów wobec rzeczywistości, prowadzi utożsamiane z nimi partie i polityków na manowce, skąd powrót do władzy staje się prawie niemożliwy. Chwilowa satysfakcja z popierających ich roszczenia wrzaskliwych tłumów, dobra jest jako terapia na klęskę wyborczą, ale w dłuższej perspektywie nie tylko nuży i odbiera powagę, ale przede wszystkim w żaden sposób nie skłania obecnej władzy do ustępstw i charakterystycznego dla „dojrzałej” demokracji handelku kosztem własnego elektoratu. Nawet w Polsce, gdzie procesy myślowe opozycji są silnie zaburzone, co bystrzejsi już rozumieją, że totalny opór to droga do zatracenia. W USA pójdzie szybciej, choć wstrząsy mogą być większe, a wydarzenia dramatyczniejsze niż u nas.
Żeby nie być gołosłownym, wczoraj w duchu pojednania, zabrał głos nasz Michnik. Trump, którego redaktor się boi, stał się pretekstem, by wydukać kilka zdań, prawie bez skierowanych na rynek wewnętrzny inwektyw.
Czasy, rozumiecie, niespokojne. Zagrożona suwerenność i wolność, przeto czas, jak w 1989 zasiąść do stołu i się porozumieć. Z grubsza rzecz ujmując tak napisał. Nie linkuję z wiadomych powodów, ale każdy może sobie odszukać na stronach Wyborczej.
Jest to świadomie złożona propozycja handlowa i tak należy ją potraktować.
Problem w tym, że dawno minęły czasy, gdy Adam Michnik był demiurgiem polskiej sceny politycznej. Trudno dziś uwierzyć, by za tą ofertą stało coś więcej niż ego autora. A nawet gdyby, spóźnił się pan redaktor o caluteńki rok. Teraz już nie ma czym handlować. Nie mam tu na myśli narosłych uprzedzeń, obelg, ani odmowy legitymizacji demokratycznych wyborów. Po prostu, żaden nowy „okrągły stół” nie jest nam do niczego potrzebny. Nie ochroni naszej wolności kupczenie przywilejami niedawnych elit, bo cóż poza nimi czy gwarancją bezkarności, mogliby położyć na stole rządzący? A opozycja. Jaką wartością jest to, że jej liderzy przestaną robić z siebie durniów?
Michnik pisze też o skonfliktowaniu z sąsiadami, które jak się domyślam, czyni nas słabymi i bezbronnymi, a nie wymieniając Rosji, każe się domyślać, że chodzi tylko i wyłącznie o Niemcy, bo przecież nie o Białoruś.
Oddajmy na chwilę głos Nadredaktorowi:
 „ Filary bezpieczeństwa zaczęły się chwiać. Nic już nie jest pewne i oczywiste. Otwarte pozostaje pytanie: Czy będziemy umieli, tak jak w 1989 r., porozumieć się i ocalić suwerenność i wolność, czy w pełnym nowych zagrożeń świecie zwyciężać będzie logika polskiego piekła? A przecież porozumienia wymaga dzisiaj wolność Polski i wolność człowieka w Polsce.”
Piękna pointa, prawda? Aż chwyta za serce. I filary bezpieczeństwa i wolność człowieka i Polska suwerenność. I zgoda... A przepraszam, nie zgoda, a porozumienie. Kto wierzy w czystość intencji Adama Michnika ma dzięki zamieszczonemu cytatowi szansę, by zastanowić się nad  prywatną niegodziwością autora, ponieważ w mojej poincie nie będzie niczego ładnego, a na dodatek ośmielę się skierować kilka zdań do samego guru polskiej inteligencji oraz demokracji.
-Nie, panie Adamie. Po pierwsze nie ma niczego takiego jak „polskie piekło”. Owszem działają tu „różni szatani”, ale choćby kąpali się codziennie w różanym olejku pojednania, smród siarki, krwi zjełczałej i grozy, przebija przez sztuczne a słodkie wonie. A poza tym, łapy przy sobie. Handelek się skończył.

piątek, 20 stycznia 2017

Bal przebierańców

Całkiem niedawno rozpoczął się karnawał, ale dla miłośników wigilijnego pasztetu, bal przebierańców trwa od ponad roku, od momentu gdy ktoś wymyślił, żeby finansowych grubasów i  politycznych kombinatorów przebrać w kostium Solidarności lat osiemdziesiątych, sprytnie pomijając związkowy, pracowniczy charakter tamtego ruchu. Na dodatek, co dziwniejsi sądzą, że z powodzeniem. Faktycznie, obok stojących w pobliży opozycyjnego czoła dawnych liderów i doradców liderów panny „S”,  mają na boku samego Jaśnie Oświeconego Lecha Wałęsę, którego co rusz próbują wypakować z kartonika, ale i ta najgrubszego kalibru armata strzela jakoś koślawo i pożytki z niej bywają dość osobliwe.
 To nieprawdopodobne uroszczenie z jednej strony śmieszy, ale z drugiej zadziwiająca konsekwencja używania tak hucpiarskiego porównania, odnosi pewien skutek, gdyż odwołuje się do zakodowanych w umysłach nieco starszej części społeczeństwa słów, pojęć, nazw i sytuacji. Znowu prawa człowieka, wykluczeni, human coś tam i Fundacja Helsińska. Jeszcze TokFm niczym nowoczesna Wolna Europa. Brakuje by ktoś zechciał zagłuszać Jacusia Żakowskiego, albo żeby znani i lubiani aktorzy zaczęli bojkotować udział w reklamach emitowanych przez reżimową telewizję.  O, przepraszam. Ponoć reżim ukrywa Newsweek na stacjach benzynowych przed pragnącymi czytać lisowe mądrości obywatelami. Tu rządzący przekraczają granicę, wyznaczone przez komunę, bo w tamtych czasach, o chowaniu Newsweeka za pornosami, w ogóle nie było mowy.
 Przegrane wybory prezydenckie i parlamentarne przedstawiane są prawie jak wprowadzenie stanu wojennego, tylko w bardziej perfidny sposób, ponieważ bez użycia czołgów i z chłopakami takimi jak Jurek Urban po właściwej stronie.
 Nie przypadkiem ciągle słyszymy mantrę o dziewiętnastu procentach, które zawłaszczyły władzę w Polsce. To idiotyczny argument, ale nigdzie nie jest powiedziane, że argumenty polityczne muszą być rozsądne. Skutek przegranych wyborów, czyli wymiana kadr na kierowniczych stanowiskach w administracji i spółkach należących do skarbu państwa, to kolejne zawłaszczenie i jakby wejście wojskowych komisarzy do strefy dotychczas absolutnie apolitycznej. Dalej idą demonstracje, gdzie polska policja to istne ZOMO, które tylko chwilowo powstrzymuje się od bicia i strzelania. Nawet rajdy rozwielmożnionych liderów opozycji do Brukseli, gdzie skamlą o pomoc... No, przecież za komuny „zachód” pomagał opozycji demokratycznej.
 Teraz nadszedł czas represji, ponieważ istnieje przerażająca możliwość, że sabotujący obrady sejmu posłowie zostaną ukarani finansowo, a kilku dzikusów spod sejmu, być może grzywną za walkę w obronie demokracji. Oczywiście PiS może zapobiec tym wszystkim nieszczęściom, oddając władzę w powołane do tego, spracowane ręce tymczasowych opozycjonistów. Już widzę ten akt tryumfu, zagrany na wzór pamiętnej sceny z „Perły w koronie” gdzie zmordowani oporem, trzymający się pod ręce posłowie i senatorowie intonują pieśń, dumnie patrząc w oczy wyzyskiwacza Jarosława, a ponad lśniącymi posadzkami Urzędu Rady Ministrów niesie się: „U tych panów z wielkich stanów pieniędzy jest dość, a nam biednym tym górnikom, robotnikom, suchotnikom, jeno skóra, kość...”.
Jakoś trzeba tylko zastąpić górników, i ukryć w tylnych szeregach posła Kierwińskiego, ale ktoś naprawdę zdolny dałby radę.
 Przyznaję, że bardzo to wszystko głupie i naciągane, ale właśnie słowa, pojęcia i ględzenie na pograniczu obłędu, tworzą barykadę zza której opozycja walczy o społeczne uznanie swych roszczeń. Cała ta operacja oparta jest na osobliwym przeświadczeniu, że Polak ponad własny rozum, korzyść i przekonania, przedkłada idee oporu wobec władzy, jakakolwiek by ona nie była. Z drugiej strony wymyślony przez opozycję Polak, powinien być skrajnym oportunistą i koniecznie pragnąć przyłączenia się do większości. Stąd biorą się te wszystkie kombinacje przy opisywaniu liczebności demonstracji, te idiotyczne procenty, a szczytem wszystkiego jest ostatnio prezentowany sondaż „pacewiczowego” Oka, gdzie tamtejszym dobrodziejom wyszło, że ponad osiem i pół miliona Polaków jest za radykalizacją antyrządowych protestów, a ich kontynuację popiera czternaście milionów siedemset tysięcy obywateli. W tym miejscu dawna Solidarność po prostu leży i kwiczy.
 Niedługo jeśli ktoś zabłądzi w lesie i odnajdzie biedaka policja, dowiemy się o brutalnej pacyfikacji partyzanckiego oddziału. To nie żart, gdy co drugi spotykany na ulicy dorosły człowiek jest antyrządowym ekstremistą, a w mojej Wielkopolsce to nawet dwóch na trzech. Strach po prostu wyjść z domu do sklepu.

środa, 18 stycznia 2017

O kąsającym psiaku i ordynacji wyborczej

Kiedyś tłumaczono, że news o psie, który pokąsał człowieka, to żaden news i międzygatunkowym gryzieniem warto zajmować się, o ile sprawcą jest człowiek, a ofiarą zacny czworonóg. Dlatego ze zdziwieniem przyjąłem wczorajszy szum wokół pogróżek opozycji, że ma zamiar poruszyć europejskie niebo i ziemię, by te stanęły w szeregu obrońców polskiej, jedynej w swoim rodzaju demokracji, której podstawą miałby być jawny i niepodważalny system kastowy. Przecież od ponad roku, dzielni liderzy Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej niczym innym nie raczą się zajmować.  O, gdyby w ręce dziennikarzy wpadła wspólna deklaracja jej liderów o patriotyzmie, wyznaczającym granice ich antyrządowych poczynań, wtedy uznałbym to za sensację. Nie wart rozważań jest też fakt trzymania pod korcem przez Kukiz15 i PSL tej informacji. Pierwsi naprawdę mogli iść podobnym do mojego tokiem rozumowania, a drudzy od dawna nie wiedzą, co robić i po co?

Na dodatek Prawo i Sprawiedliwość straszy opozycję przezroczystymi urnami, inwigilacją komisji wyborczych przy pomocy kamer, a nawet ograniczeniem czasowym możliwości sprawowania jednoosobowej władzy, pochodzącej z wyboru. Te jawnie antydemokratyczne knowania spotkały się z odporem obrońców „małych ojczyzn”. Dwie pierwsze zmiany, to oczywiście przerażające koszty, a trzecia to wedle słów posła-myśliciela Kierwińskiego, orzekł, iż jest to:  „pozbawienie wójtów, burmistrzów i prezydentów ich elementarnych praw”.  Mam nadzieję, że zacna opozycja skorzysta z okazji, składając w związku z planami PiS-u kolejny zgrabny donos do instytucji europejskich, gdzie nikt o żadnej kadencyjności nigdy nie słyszał. Może też, przy okazji, wyprowadzić na ulicę milionową manifestację skrzywdzonych samorządowców.

Przy okazji pragnę zwrócić uwagę pomysłodawcom zmian, że ani przezroczyste urny, ani kamery, ani zasady produkcji, przechowywania i możliwości kontroli kart wyborczych, nie zabezpieczają przed fałszerstwem. Może w przypadku wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, ale samorządowe bez męża zaufania w każdej komisji wyborczej, nadal będą zagrożone, ze względu choćby na stosunkowo niewielką ilość głosów,  dzielącą tryumf od klęski. Zwrócę uwagę na fakt, który zdaje się umykać nawet uwadze tych, którzy publicznie wypowiadają się o sfałszowaniu ostatnich wyborów samorządowych. Przeważnie podaje się jedną przyczynę, sposób zmanipulowania wyników, zupełnie zapominając, że nieuczciwe chwyty i błędy można sumować. Osobiście policzyłem w 2014 do siedmiu. Dzisiaj numer szósty. Nie najważniejszy, ale i niepodnoszony  publicznie.

Otóż, na skutek zmian w ordynacji wyborczej, i wprowadzeniu na szczeblu wyboru radnych, obwodów jednomandatowych, doprowadzono do dziwnej sytuacji, mogącej skutkować wymianą wiadomych usług. Opanowanie komisji wyborczej przez przedstawicieli jednej opcji politycznej stało się stosunkowo proste, gdy każdy kandydat może mieć swój własny komitet wyborczy, który desygnuje do losowania, wyłaniającego komisję swojego przedstawiciela. Własny, dodam, ale niekoniecznie niezależny. Zasada jest oczywiście słuszna, ale bez zabezpieczenia stwarza możliwości nadużyć. W walce o fotel radnego, gdzie bywa, że wystarczy uczynić kilka głosów nieważnymi, ale przy okazji można „pohandlować” nieważnością na wyższym szczeblu, prawda?

Oczywiście moja pisanina jest skrajnie niedemokratyczna, spiskowa i podważająca zaufanie. Wzięła się stąd, że nie mam za grosz zaufania do ludzi, którym wszyscy podlizują się opowiadając, jakoby właśnie oni, gospodarze „małych ojczyzn” byli solą ziemi oraz ostoją demokracji. Idąc na wybory chcę po prostu oddać głos na najlepszego, wedle mojego rozeznania, kandydata, sprawdzić wyniki, zasmucić się, albo pogratulować i tyle. Mam nadzieję, że bez względu na ich wynik, tak przyjmę wyniki przyszłorocznej batalii samorządowej.






  

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Lustereczko mówi przecie

Choćbym zbił wszystkie lustra w domu, nie zmienię się dzięki temu w beztroskiego licealistę. Myśl, że przemiana, przy użyciu podobnej sztuczki jest możliwa, w najlepszym wypadku świadczyłaby o moim idiotyzmie. Ale w przestrzeni publiczno - medialnej, zgoła identyczna metoda jest stosowana od lat, a każdą próbę sklejenia rozbitego lustra, traktuje się jako najgorsze w świecie barbarzyństwo, ponieważ prawdziwym wrogiem polskiego mainstreamu nie jest żaden tam PiS, a prosta rzeczywistość.

Założenie było i jest takie, że ludzie mają oglądać lanszafty, wymalowane ze słoneczkiem, gdzie uśmiechnięte buzie, domki białe i kotek, prawda, miauczy na płocie. Mało, że oglądać, to jeszcze utożsamiać się z postaciami wymalowanymi przez artystów propagandy. Ta sztuczka się wyczerpała, ale wciąż z resztek, z pospiesznie sklejanych, dawno podartych kart próbują sklejać te swoje obrazki. Już nikt nie dba, że płotek na głowie, głowa na nodze, a kotek wbrew wszelkiej przyzwoitości śpi pijany w rowie.

Dlatego, wbrew wszystkim gniewom i zastrzeżeniom, jakie mam do Kurskiego, wczorajszą decyzję o emisji filmiku „Pucz” uważam za słuszną i w pełni uzasadnioną. Zebranie rozrzuconych po sieci filmików, co zabawne, nakręconych w większości przez samych „puczystów” jest próbą pokazaniem obrazka w całości. To jeszcze nie lustro, ale już coś.

Można opowiadać, że coś jest radosne, spontaniczne, że jest emanacją inteligenckiego poszukiwania rządów, ach, doskonałych, ale rzeczywistość jest okrutna. Młodych, wykształconych, z miast ludnych a bogatych, zastąpiły starodawne, wykrzywione nienawiścią mordy. Cóż za niespodzianka, wszak zawsze tak było, tyle że formuła oszustwa raczyła się wyczerpać. Już nie pomoże puder, ani nawet maska. No chyba, że pośmiertna.

Można bajać o wybrańcach narodu, misji, szlachetności i dumnym oporze, ale na filmie widzimy prymitywnych, rozhisteryzowanych ludzików, biegających po sejmowych korytarzach i starających się wyglądać groźnie. Inny znowu, wybitny umysł drze mordę z paki półciężarówki, aż zmarznięta plandeka nie wie gdzie się podziać ze wstydu.

Najlepsze, że to ich własny wyrób. Nikt nikogo nie zmuszał do publikowania w sieci obrazów własnego idiotyzmu i chamstwa. Prowadzi to do wniosku, że posłowie biorący udział w ekscesach, pokazanych wczoraj w telewizji, sami stali się ofiarą manipulacji. Wygląda na to, że oni naprawdę wierzyli w siłę swojego przekazu. W to że ich lekko zdegenerowane gęby są zdolne  poderwać społeczeństwo do walki z rządem, że ich agresja, wrzaski...  Mało tego, oni nadal w to wierzą. Nie udało się raz, spróbują ponownie. To jest obłęd!


Banda, nie boję się użyć tego zwrotu, pospolitych głupków sądziła i chyba nadal sądzi, że z pomocą zakłamanych mediów, oraz jakiegoś bliżej niesprecyzowanego wsparcia państw ościennych, doprowadzi w Polsce do politycznego przewrotu, jakichś walk, majdanów, barykad, krwi rozlewu.  Oni chyba z braku tytułowego lustra, sami siebie nie widzą. Może też nie słyszą, bo o posiadanie rozumu, w ogóle trudno ich podejrzewać. 

niedziela, 15 stycznia 2017

Certyfikat śmieszności

Szopka noworoczna, kabaret pana Górskiego, a ostatnio kot prezesa... Przez Polskę przetaczają się kolejne, wielce ponure dyskusje o humorze. Okazuje się, że i poczucie humoru jest doskonałym powodem, by okładać się wzajemnie po gębach. I muszę przyznać, że nie jest to, wbrew pozorom, sprawa błaha. To nie kolejny pretekst, a samo sedno. To spór o uprawnienia do wydawania certyfikatów śmieszności, zupełnie podobny do niekończącej się walki o prawo nadawania różnym typkom, statusu autorytetów życia publicznego. Nic przeto dziwnego, że ton nadają tu ludzie zdeterminowani, zawzięci, oraz poważni do śmieszności. Tak naprawdę, nadęcie spierających się stron jest jedynym akcentem humorystycznym. To walka o pieczątkę z napisem „śmieszne”. Bardzo poważna sprawa!

Nie piszę tego z przekąsem, ponieważ ludzie uczestniczący, choćby jako odbiorcy, w sporze o humor, zdają się być napięci, niczym fortepianowe struny. W jednych wciąż siedzi trauma lat ubiegłych, gdy propaganda wykorzystywała zawodowych żartownisiów do deptania ich uczuć. Drudzy, liniejąc z sierści niedawnych tryumfów, nie mogą się nijak pogodzić z faktem, że ktoś publicznie śmie śmiać się z ich obecnej politycznej tragedii. Jakby mało było nieszczęść związanych ze śmiechem, dochodzą jeszcze głosy różnych mądrali, że za „komuny” kabarety były śmieszniejsze. Bardzo źle, że to prawda, a najgorsze, i słabo uświadamiane jest to, że śmieszyły prawie wszystkich. Partyjniaków też! Swoją drogą wszystkie te legendarne skecze i piosenki miały cechę wspólną, czyli akceptację komunistycznej cenzury. I to nie jest zarzut, a skromne przypomnienie ważności odpowiedniej pieczątki.

Dzisiaj, gdy od cenzury odżegnują się wszyscy, ta ma się doskonale. Już nie jest zewnętrzną instytucją, której zalecenia można ominąć na scenie, przy pomocy przysłowiowego „mrugnięcia okiem” do rozradowanej publiki. Każdy autor zmaga się teraz z wieloma cenzorami. Na własnym grzbiecie ich dźwiga, a do tego musi udawać, że jest beztroską ptaszyną. Wymagający cenzor redakcyjny, okrutny cenzor polityczny, najstraszniejszy ze wszystkich cenzor, którym jest środowisko naturalne autora. Tradycyjni cenzorzy: społeczny i obyczajowy, to betka. Jak, pytam się, można być zabawnym, nosząc pięciu takich typów w sercu? To są sprawy beznadziejne!

Może i beznadziejne, ale w czasie antenowym musi być okienko z humorem, kawałek z psem, minuta na odśmianie publiki. Skoro tak, potrzebny jest satyryk czy inny komik, czyli są pieniądze do zarobienia, a to znowuż jest sprawa poważna. Spór o to, czy będzie to młody Stuhr, czy stary Marcin Wolski jest drugorzędny. Obydwaj prezentują dowcip charakterystyczny dla zmory, duszącej  nocą histeryka. Ma być śmiesznie, to jest!


Wiem, że nie da się oddzielić humoru od polityki, polityki od pieniędzy, a pieniędzy od chciwości i uległości. Ale my, my publiczność, postarajmy się chociaż wyrzucić cenzorów z naszych serc, bo nam nikt nie płaci za podziwianie nieśmiesznego chłamu, ani za oburzenie, ani tym bardziej za śmiech szczery. Inaczej nic z tego nie będzie i nawet naiwna, zgoła nieudokumentowana gadka o naszym narodowym poczuciu humoru odejdzie do lamusa.

piątek, 13 stycznia 2017

Putin i machina grozy

Początki propagandy zdatnej do użytku w walce o dominację, sięgają pewnie czasów, gdy nasi praprzodkowie uwijali się z zaostrzonymi kijami po sawannie. Jej zasady pozostały niezmienne do dzisiaj. W ogromnym skrócie polegają na zachwalaniu i budzeniu grozy. Zachwalanie jest trudniejsze, ponieważ trzeba posłużyć się własnym przykładem, czy choćby jego iluzją, podczas gdy lęk budzi byle bandzior, co to do trzech zliczyć nie potrafi. Poza tym, propaganda oparta na złu jest skuteczniejsza. Dzisiaj, w epoce charakteryzującej się nieznanym dotychczas natłokiem informacji, docierających do przeciętnego odbiorcy, aby propaganda była skuteczna, należy ją maksymalnie uprościć, jednocześnie starannie ukrywając jej źródło. W skali globalnej tym prostym chwytem posługuje się najskuteczniej, oczywiście dzisiejsza Rosja.

To, co dla niektórych jest antyrosyjską propagandą, w rzeczywistości ma swoje źródła na Kremlu. Dzięki temu Putin i spółka, tanim kosztem uzyskują podwójny efekt. Pierwszy, zupełnie oczywisty jest skierowany na potrzeby wewnętrzne. Nic tak dobrze nie robi dyktaturze jak atmosfera powszechnej niechęci, na dodatek podszyta jawnie okazywanym przez wrogów lękiem. Lud konsoliduje się wokół „tronu”, razem z władcą szydzi ze złowrogiej Ameryki, gardzi zdradzieckim Polakami, a potem słoninkę popija wódeczką.

Efekt zewnętrzny jest jeszcze lepszy, ponieważ wzmacniają go aparaty propagandowe, jeśli nie państw, to przynajmniej walczących o władzę ugrupowań politycznych. Posłużę się w tym miejscu drastycznym przykładem, mianowicie przykładem tragedii smoleńskiej. Dla wielu niejasnym pozostaje, dlaczego Rosja nie zwraca Polsce wraku Tupolewa, choć dzięki temu gestowi, skoro twierdzi, że to był zwykły wypadek, mogłaby się łatwo oczyścić z ciążących nad nią domniemań czy zarzutów? Otóż właśnie dlatego, że mają ciążyć. Wartość nie w niewinności, a w przerażającej, paraliżującej myśli, że w czasach pokoju, sąsiedni kraj mógł bezkarnie dopuścić się podobnej zbrodni. A kto wygrał wybory po Smoleńsku w Polsce? Czy aby nie partia, która jednała się z Rosją nad trumnami ofiar? A jaki wpływ na ten tryumf, miała zaszczepiona w naszym społeczeństwie lękliwa myśl, że wygrana Jarosława Kaczyńskiego czy Prawa i Sprawiedliwości może oznaczać wojnę z atomowym mocarstwem?

W tamtych, nieodległych wszak czasach, oświecona liberalizmem strona politycznego sporu, ucinała wszelkie spekulacje jako bezwartościowe teorie spiskowe. Razem z naszymi, jednym głosem brzmiały zachodnie, cywilizowane przez strach media. Teraz opowiadają, że wojna na Ukrainie otworzyła im oczy. Biedactwa iście niemowlęce.

Obecnie, gdy niezadowolenie społeczne może zmienić polityczną mapę Europy, Putin i jego demoniczne służby, stały się ostatnią deską ratunku dla gasnącego establishmentu. Już nie teorie spiskowe, a żelazne fakty! Kto wygrał wybory w USA? Putin! Kto stoi za każdą partią, podważającą władzę liberalno-lewackich nadzorców Europy? Putin! Gdzie wybory, tam Putin. Nawet na Szwecję się zawziął. Może przy okazji wyborów samorządowych zechce ten cały Putin odsunąć od władzy wielkorządców z PSL? Nigdy nie wiadomo.

To bardzo wygodne, że wystarczy za plecami politycznego oponenta postawić potwora i tegoż potwora wskazywać chytrze paluchem. I to jest dopiero sukces na skalę światową. Atmosfera grozy gęstnieje, a Rosji o nic innego nie chodzi. Kogo miałaby zanęcić swoimi wewnętrznymi „porządkami”? A tak, proszę bardzo, skoro wszystkim rządzi, trzeba troszkę ustąpić, ubłagać potwora, może nawet jakąś małą przebłagalną ofiarę złożyć?

Łatwo zapomnieć, nie zwrócić uwagi, że ogłaszana przez medialne megafony wszechmoc Złego, jest Złego korzyścią. A jego tryumf... Ktoś marzy, by jego potomkowie uganiali się po sawannie z zaostrzonymi kijami?