sobota, 28 marca 2020

Pandemia 2020. Jaki to za dom?


Medialne majty z drutu
Dawno temu przez media przeszła pandemia głupoty. Sformatowane do absurdu, promujące bezmyślność i najtańszą propagandę straciły już nawet walor informacyjny, zamieniając fakty na opis własnych, czy nakazanych idiosynkrazji. Dzisiaj, gdy na tapecie jest w zasadzie tylko jeden temat doskonale widać bezradność i miałkość towarzystwa próbującego kreować polską rzeczywistość. 
Okazało się, że na dłuższą metę nie da się omawiać epidemii w znanym i lubianym kontekście wojny politycznej, ponieważ ciekawi to już tylko maniaków, a wieloletnie tłuczenie tych samych motywów sprawiło, że dzielni dziennikarze oraz publicyści nie potrafią inaczej. Do tego wielka przykrość, bo w notesach, gdzie numery telefonów zawsze chętnych do rozmowy autorytetów i celebrytów, sami bez mała idioci.
No, ale klepią te swoje wywody, zaciekli fani basują w komentarzach na stronach internetowych. Ale to nie jest najgorsze i blednie wobec faktu, że redakcje najwyraźniej uznały, że ich rolą w czasach pandemii jest wzniecanie niepokoju. I to tylko dlatego, że jest to na rękę dość obrzydliwemu i szczęśliwie zdychającemu środowisku politycznemu. Ta kalkulacja jest z gruntu fałszywa, ponieważ jest zgoła odwrotnie, ale czego wymagać od ludzi, których do znaczenia wyniosła pandemia głupoty?
Ludzie i ludzie
Ludzie, w tym ja, lubią żyć bez wojny, zarazy i innych przykrych ekscesów, ale ludzkość nie bardzo może. Brak weryfikacji/ciągłych egzaminów prowadzi przez lenistwo do wyjałowienia umysłowego i bezradności wobec zagrożeń i prawdę pisząc, wobec samej idei człowieka, jako pana/suwerena rzeczywistości. Na czele niestety społeczeństwa europejskie, które są rozbrojone mentalnie do stanu absolutnego już pacyfizmu umysłowego.
Ten pacyfizm może prowadzić, oby nie, do masowych zbrodni. I bynajmniej nie jest receptą prymitywny darwinizm społeczny preferowany przez tak zwanych liberałów. Nie jest też nią powrót do uniwersalnych wartości, ponieważ dawno zostały zanegowane i wywalone w kosmos.
Zresztą, nie czas zajmować się całym światem, bo ani ja, ani Wy nie jesteśmy małpkami w gatunku tej byłej Grety. Pilnujmy siebie, bliskich, Polski wreszcie, bo taka jest nasza rola i powinność, bez względu na to, czy obecną sytuację widzimy jako dramat czy komedię. Rozliczymy się we własnych sumieniach i tyle.
Migawki z pandemii
Pandemia. Mąż leży i czyta książkę. Żona się zakrada i sylabizuje tytuł: Towarzysze broni... Cena zniżona 9.70. Gdzie on to kupił? - zastanawia się w łazience. Co jeszcze ukrywa?
Pandemia. Mąż wstaje i zaczyna odkurzać. Żona go informuje, że już odkurzała. Lekceważy jej pracę, nie zauważa. Mocują się przez chwilę. On ciągnie za kabel, ona za rurę.
Pandemia. Mąż stuka zdalnie dla korpo. Komputer, laptop, słuchawki. Praca wre. Sto procent motywacji przez telefon. Żona w kuchni powoli wychodzi ze zdumienia, że na tym to polega. - Wielkie mecyje, pomidorówka na gwoździach – mówi do lodówki.
Pandemia. Jak się wyciszyć, jak medytować, skoro sąsiad, nos malinowy, tak jeździ kosiarką jakby świat heblował. Z drugiej strony pies ujada zawzięcie. Do tego wjebało podręcznik jogi. I przez to z bosej, z nerwów w szafkę, o rany!
Pandemia. Mama, że jaki to dom, żeby nie było maseczek. Nic nie dbają, nic. Zięć protestuje. Co też mama! Córka nie pamięta, żeby kiedyś były. Co ty możesz pamiętać, nawet respirator był, stał taki mały za firanką. Ona, że to ojcowy balon na wino. Balon, balon – przedrzeźnia mama.
Pandemia. Dziadka portki piją w kroku. Rozgląda się. Poprawia narządy. Swoje przeżyłem, niech się młodzi martwią – gdera i gdera. Potem puszcza Led Zeppelin z laptopa, na cały głos. I can't get no satisfaction – drze się Jagger. I to właśnie nazywamy sklerozą. A sąsiedzi mają dziadka za chuligana.
Pandemia. Mąż odłożył książkę i dalejże narzekać na Henryka VIII, że nigdy nie miał forsy, że przeputał schedę po Henryku VII. A było oszczędzać – peroruje znad talerza z makaronem przyrządzonym diabli wiedzą po jakiemu. Jest cała póła makaronu i żeby się nie zmarnowało, wiadomo. Żona śmieje się w kułak. Normalnie mi się trafił Henio dziewiąty.

piątek, 20 marca 2020

Kryzys w branży szarlatanów

Wielu ludzi zgoła niepotrzebnie rozciągnęło swoje kompetencje także na wirusologię i dalejże odkrywczo produkować się w necie, że to czy tamto. Jedni, że zwykła grypa i zarazić się, to jakby istny raj. Drudzy znowuż, że zagłada świata. Trzeci idzie do sklepu żelaznego i potem rozpacza, że nie było bułek. Ci bardziej buntowniczy, gdy każą im myć łapska, to myją nogi, bo co im tam będzie jakiś rząd… Najbardziej dziwią się nogi, dotychczas rzadko zaszczycane takim obrzędem.

***

Czytam rozpaczliwe wywody, że czeka nas tragedia wyczynowego futbolu, że kluby zbankrutują, że obecny wspaniały stan spraw jest nie do utrzymania i tak dalej. Po prostu tak się dzieje w czasach kryzysu z bańkami spekulacyjnymi, a od dawna futbol nie jest niczym innym. Niech zdycha razem z całym tym reklamiarskim otoczeniem, a sport może wróci na właściwe mu miejsce. Wiem, że w czasie epidemii pisanie akurat o sporcie jest jakimś tam nadużyciem, ale to tylko przykład, bo takich baniek spekulacyjnych jest mnóstwo. Poczynając od ideologii służących tylko do zawracania ludziom głowy, a kończąc na bazarach i bazarkach próżności kreujących pseudoelity. Cały ten codzienny zgiełk, który organizował/kradł Wam podstępnie czas i emocje jakby przycichł. Pewnie na zapleczu trwa inwentura, ponieważ szykuje się drastyczna przecena wartości rzeczy w sumie bezwartościowych.

***

Jest taki odcinek Simpsonów, w którym Homer na miesiąc rzuca picie. Wszystko staje się piękniejsze, no prawie wszystko… Jak zwykle idzie na mecz baseballu, ale tym razem musi oglądać zmagania sportowych herosów bez stosownego wspomagania. Jego reakcja sprowadza się do stwierdzenia oczywistego faktu, że na trzeźwo tego oglądać się nie da. W tej chwili kibice i oglądacze produktów rozrywkowych są na czymś w rodzaju detoksu. Jeszcze trochę, a część z nich przekona się, że można spokojnie żyć bez tej nachalnie serwowanej im kosztownej manii. Dla wrażliwych intelektualnie cytat z naszego Witkacego:
„Sport rekordowy niczego nie odrodzi, tylko dogłupi jeszcze tych, których nie ogłupił dancing, kino i mechaniczna praca.”
Tak czy owak nadchodzi wielka przecena i wielce zdziwią się ci, którzy sądzili, że do końca świata będą wylegiwali się na swoich „milionowych pierzynach”. Najbezczelniejsi już wołają o grosz publiczny, niczym jacyś wykpiwani przez nich beneficjenci 500+. Tak jak u Twaina, gdy pociąg utkwił w zaspach i już po kilku godzinach pasażerowie zaczęli radzić, kogo należy zjeść pierwszego.

***

Świat według liderów opozycji jest zabawny. Rząd robi wszystko źle… Nie, robi dobrze, bo kradnie nam programy działania, które ukrywamy, żeby nam nie ukradł, ale teraz byśmy pokazali, ale nam się komputer zawiesił. Musicie uwierzyć, że wszystko zrobilibyśmy lepiej. Wystarczy poczytać Wyborczą, żeby się o tym przekonać. Weźmy tego Dudę. Jeździ i się reklamuje, podle wykorzystując fakt, że jest prezydentem, a my jako kandydaci nie mamy nawet żadnych służb do wizytowania, pochwalenia czy podniesienia na duchu. Pochwaliliśmy Borysa Budkę, ale to nie to samo. PiS ma szczęście, bo ten wirus uratował rząd w ostatniej chwili. Wypada mieć nadzieję, że nie będzie powodzi, bo wtedy byłby ten PiS całkiem uratowany. Jednakowoż PiS został znienawidzony, albo zostanie znienawidzony za to co robi, oraz czego nie robi, bo choć ukradł nam program działań, to wszystko robi przecież źle. Gdyby robił dobrze wspieraliby go popularni aktorzy, celebryci oraz sportowcy, choćby z braku innych zajęć, a nie wspierają. Nas wspierają, ponieważ my jesteśmy sprytni oraz inteligentni. Na przykład żądamy przeniesienia wyborów, bo wiemy, że zostaną przeniesione. Czy to nie sprytne? Wprowadzi ten cały PiS jakiś stan nadzwyczajny, żeby je przenieść, to my go z mańki, że zamach na demokrację. Czy to nie inteligentne? Ludzie po epidemii, po tych wszystkich restrykcjach, zakazach, tkwiący w kryzysie zapragną nowego przywództwa. Kogoś charyzmatycznego, inteligentnego, wesołego wręcz… Kogoś, kto potrafi porwać tłumy z kobietami na czele. Nie powiemy, o kogo chodzi, żeby nam PiS nie ukradł Borysa.


Konstanty Ildefons Gałczyński 

Kryzys w branży szarlatanów

Słoneczko z ruskich bylin
już się na zachód chyli
i pustoszeje targ.
Szarlatan na podmostku
sprzedaje lalki z wosku,
krzyczy gorączką warg:
- Hej, panowie, paniusie,
bracia-siostry w Chrystusie,
kupcie ode mnie coś:
Mam lalki od miłości,
maści od samotności
i Polikarpa kość...
Hej, paniusie, panowie,
kupcie u mnie cokolwiek -
z febry od rana drżę!
Ocet siedmiu złodziei
i babiloński kleik,
i poudre de pourlimpimpim...
Ale krzyk nie pomaga,
wszyscy mówią, że blaga,
sztuczki w diabelskim pudle.
Więc ty. Najświętsza Panno,
dopomóż szarlatanom,
by nie pomarli zimą jak wróble.



czwartek, 9 stycznia 2020

Koledzy go nie żałują, tylko mesiami go rozjeżdżają

Dziennikarz to trudny zawód i ja to rozumiem. Trudny, w sensie przeżycia, nie jakiejś tam wiedzy, czy nadzwyczajnych umiejętności, które trzeba posiąść. Oczywiście rzecz dotyczy głównego nurtu, bo trudno jednak być absolutnym ignorantem redagując, powiedzmy, miesięcznik wędkarski. Ale to już Twain wyśmiewał i nie będziemy tu wracać do staroci. No chyba, że dzięki internetowi i to się zmieniło. Tego nie wiem, bo nie jestem wędkarzem. W głównym nurcie, powiedzmy polityczno-obyczajowym, aspirującym do opisu rzeczywistości ignorancja, albo jej symulowanie jest wręcz wymagana, ponieważ wiedza, uczciwość a nawet dobre chęci, stawiają kandydata na gwiazdę żurnalistyki na przegranej pozycji. Uważny czytelnik zauważy, że nic nie wspomniałem o niezależności. Jasne, że nie, ponieważ byłoby to uwłaczające wam, a ośmieszające mnie. Więcej niezależności w swej pracy ma bowiem facet spawający rurociągi, niż najwybitniejszy dziennikarz, o ile oczywiście nie chce wylecieć w niebyt, który rozciąga się zaraz za progiem redakcji.

Trudno się dziwić, że ludzie wspinający się po medialnych drabinach awansu jednocześnie schodzą w dół, za nic mając swój rozum i swoje człowieczeństwo. Spawacz oderwany od spawania rurociągów, podrapie się po łbie i znajdzie robotę przy spawaniu konstrukcji, choćby psich bud, a dziennikarz, który ogłasza swoje mądrości milionom, nagle może zostać w całkowitej próżni. Poza tym różnica w zarobkach i czymś co uchodzi za prestiż, jaka pewnie istnieje i wśród spawaczy, nijak się ma do przepaści obserwowanej w mediach. Do tego spawacz rurociągów pracuje w delegacji, bo trudno, żeby każdy wychowywał się i żył w cieniu jakiejś rury. W mediach jest tylko jedna delegacja i nazywa się Warszawa. Jakże tu się dziwić, że wszyscy oni, nie wyłączając słodkich panienek-idiotek mają na dłoniach odciski od kurczowego trzymania się pańskiej klamki.

Wczoraj, po śmierci Krzysztofa Leskiego uderzyli się w piersi, bo nic nie zrobili, bo nie pomogli choremu, bo pozwolili na wykluczenie, bo go nie chcieli. Przepraszam, ale co oni mieli niby zrobić? Uczestniczą w zawodach, gdzie nie toleruje się wahań poglądów, a co dopiero depresji. Ich hymnem powinna być ta niby ułańska piosenka, że koledzy zamiast żałować, jeszcze delikwenta końmi tratują. Skoro z konia spadł, znaczy nie zna zasad trzymania się w siodle, ale skąd wziąć nagle konia, ze Służewca zakosić? Teraz popisali się czułością i wystarczy. Niech wrócą raczej do myślenia o sobie samych, bo ani wóda, ani kokaina za nich myśleć nie będzie. Lepiej też, żeby ich rzeczywiści sponsorzy nie dowiedzieli się, że pod pancerzami obłudy i zakłamania biją jakieś serduszka.

Wielu z nich łudził internet, że w nim dopiero pokażą, ale okazało się bardzo szybko, że ignorancja, bezczelność i tupet nie bardzo tu działają, więc szybko namacali stosowne klamki wielkich portali internetowych i znowu wiszą, ale sława i chwała wrócić jakoś nie chcą. W tym sensie, biorąc to pod uwagę, w sensie ludzkim jakoś ich wszystkich rozumiem, ale to też najważniejszy powód dla którego omawiam im jakiejkolwiek uwagi.

– Idźcie wy do diabła! – mawiam, a to nie byle co, żeby tak odsyłać całą branżę od lewa do prawa w jedno miejsce.

Szkoda w zasadzie stukać w klawisze, ponieważ oczywiście nie ma żadnej możliwości naprawy. Mało tego, należy wiedzieć, że będzie tylko i wyłącznie gorzej, choćby dlatego, że co więksi idioci są wykładowcami dziennikarstwa i produkują absolutnych już niemotów. Czy to znaczy, że ludzie nie łakną już informacji, że na informacje nie ma zbytu? A ktoś to sprawdza w świecie, gdzie informacje zastąpiły opinie oraz interpretacje szyte wedle wzoru wymaganego przez zleceniodawcę? Czy z powodu zaognienia sytuacji na Bliskim Wschodzie mam słuchać wywodów, których poziom wskazuje na to, że ich autor kwadrans przed programem ujrzał stosowną mapę i do tego dwóch silnych musiało go trzymać, bo tak się wystraszył tych kolorowych plamek z nazwami? 

I żeby tylko! Jeszcze jest przecież cały rynek interpretacji ujemnej, bezwstydnie wręcz fałszującej rzeczywistość. Wczorajszy przykład z Albanią, proszę bardzo. Irańskie ancymon wydukał coś o bardzo małym kraju, ale takim naprawdę małym, gdzie amerykanie spiskują z irańskimi renegatami. Choć już w informacji agencyjnej mamy jasną sugestię, że chodzi o Albanię, redakcje zaprzyjaźnione z opozycją zaraz, że oczywiście chodzi o Polskę i dalejże debatować nad naszym upadkiem z perspektywy istnych mułów, dosłownie. Mam znowu retorycznie zapytać, kim trzeba być, żeby stworzyć takiego newsa? Nie chce mi się, ale to doskonały przykład dziennikarskiej roboty. Powtarzam, dziennikarstwo to trudny zawód i nie od rzeczy byłoby, żeby tamtejsze związki zawodowe wywalczyły dla pracowników choćby stosowne deputaty mydła. Może być w kostkach, ale dla radykałów sukcesu koniecznie w płynie.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Pałki, szubienice i stosy


Ten cały C.S. Lewis od Narni był łebskim gościem. Na przykład ponad sześćdziesiąt lat temu stwierdził, że scjentyzm nauczany i propagowany przez środki masowego przekazu, to w najlepszym przypadku karykatura nauki. Należy dodać, że przez ponad pół wieku przekaz ten znacznie się upodlił, jednocześnie poszerzając i umacniając swój zasięg w takim stopniu, że dyskusja z zalewającą nas ciemnotą w zasadzie nie jest już możliwa, ponieważ ta zyskała nieosiągalny dla nas status prawdy objawionej. Wizja świata stojąca do dyspozycji ciemnoty w swym chaosie, braku logiki, ciągów skutkowo-przyczynowych, pełna luk wielkości oceanów, wydaje się spójna i nienaruszalna, ponieważ odrzuciła precz konieczność dowodzenia swych twierdzeń. Ktoś, kto zechce z nią polemizować musi trud dowodzenia wziąć na siebie, wiedząc jednocześnie, że to na nic, ponieważ w razie przeprowadzenia nawet krystalicznego w swej czystości wywodu, w ostateczności oberwie w głowę pałką autorytetu.

Jak zwykle, wszystko co złe nadeszło pod sztandarami piękna, dobra i powszechnego dostępu do wiedzy. Popularyzacja przez ułatwianie, bo jakże inaczej dotrzeć do milionów, które też chcą być wyżej i wyższymi zajmować się kwestiami, ale nie mają zamiaru tracić czasu na własne rozważania. To się udało. Wydźwignięto masy i niejako zmuszono do zajmowania się kwestiami, które niewiele je obchodziły. Nie obchodzą nadal, ale teraz by zabierać głos naprawdę niewiele trzeba wiedzieć. Wielu ludzi powtarza jako wyjątkową mądrość powiedzenie pana Dobrowolskiego, że nie ma nic gorszego nad człowieka wykształconego ponad własną inteligencję. Może pan Dobrowolski tak to widział, ale obecnie to już zabytek. Dzisiaj wykształcenie nie ma już żadnych korelacji z inteligencją, a nawet jeśli ma, nie daje człowiekowi wykształconemu odpowiednich narzędzi samoobrony przed zalewającą świat ciemnotą. Im bardziej jest punktowe i doskonalsze w założonych skutkach, tym więcej istotnych dla rzeczywistego rozumienia świata kwestii jest pomijanych jako zbędne.

C.S. Lewis daje w Odrzuconym obrazie przykład średniowieczny, a mianowicie, że w tamtych czasach nikt nie twierdził, że Ziemia jest płaska. W zasadzie ludzi pozostający poza kręgiem wiedzy nie zastanawiali się nad podobnymi problemami, a jeśli nawet przyjęli podobne mniemanie, było to mniemanie osobiste i niejako pokątne. Lewisowych „kopaczy rowów i karczmarki” zastąpili dzisiejsi absolwenci, celebryci, a nawet doktorowie nauk wszelakich, którzy co prawda nie twierdzą, że Ziemia przypomina placek, ale z chęcią promują całkiem podobne w swej jakości tezy i czynią to jak najbardziej publicznie zyskując aplauz i przyczyniając się do zagłady ludzkiego rozumu.

Zwrócę uwagę na przykład nieco odbiegający od tematu, ale moim zdaniem nieźle charakteryzujący istotę obecnego rozumienia rzeczy. Otóż od czasu do czasu, ale na tyle często by to zauważyć zrywa się gniewna, mająca wymiar połajanki dyskusja o tym, że Polacy czytają za mało książek. Uważam ją za głupią i niecelową, ale warto zauważyć oczywistą korelację pomiędzy procentowym wzrostem liczby ludzi z wyższym, a dalej średnim wykształceniem, a utratą zainteresowania dla czytelnictwa. Po prostu wzrosła liczba tych, którzy uważają, że wiedzą już wszystko, co jest im potrzebne. Na bazie tego głupstwa nabrali przekonań w każdej dziedzinie, także politycznej i są niczym skały, niczym opoka na której wznosi się gmach powszechnej już głupoty. Jak inaczej nazwać fakt, że ludzie zatracili rozumienie tak podstawowych pojęć jak czas czy miary opisujące odległości, że o powierzchni nie wspomnę. Trzeba upraszczać dalej, stąd te asteroidy wielkości Sosnowca, czy pożar buszu wielkości Danii.

Z jednej strony świat i wiedza o nim jest teoretycznie dostępna jak nigdy dotąd, a z drugiej coraz mniej ludzi dysponuje kluczami do zrozumienia, a co gorsza, o ile już, to kluczami fałszywymi, które prowadzą poszukiwacza w pustkę. Wszystko jest, ale nie wiedzą jak i gdzie szukać. O co pytać, o ile ktoś się odważy pytać. Nasza cywilizacja zdaje się zmierzać ku zagładzie przez sakralizację bezbożną. Są kapłani, ściśle religijny nastrój, dogmaty, świątynie i ludzie naznaczeni charyzmatem ciemności, gotowi nieść zniszczenie, ponieważ w zasadzie nic innego im nie pozostaje. Muszą zabić człowieka w człowieku, bo inaczej sami zginą. Wyzuli chrześcijańskiego Boga z Europy, ale prawie. Nauczyli ludzi czcić swe idiotyczne bóstwa, ale prawie. Wszystko jest „prawie” przez groźne dla nich w swym oporze enklawy. Ze zdumieniem i oburzeniem odnotowują każdy przejaw ich żywotności, każdy głos sprzeciwu, czy choćby wzywający do refleksji mają za bunt i prawdę pisząc już nacierają tłuszczem powrozy, już znoszą chrust na stosy i prawie są gotowi, prawie pewni, prawie…  


niedziela, 29 grudnia 2019

Bogowie, którym otwieracie drzwi


Jaka jest moi mili różnica pomiędzy chrześcijańską modlitwą o deszcz, a pogańskim zaklinaniem deszczu? Jaka jest różnica pomiędzy chrześcijańską modlitwą o pomyślność, a pogańskimi obrzędami mającymi tę pomyślność zapewnić? Można bez zagłębiania się w filozofię religii rzec w skrócie, że te pierwsze są wyśmiewane jako zabobon, a te drugie mają się doskonale, przynosząc ich kapłanom chwałę i dobra doczesne, ale nie w tym rzecz. Przede wszystkim skuteczność tych drugich wymaga ofiar z ludzi. Aby je bezkarnie składać należy najpierw rozgromić Chrześcijaństwo. Piszę to w sensie dosłownym, nie jakimś tam metaforycznym. Musicie wiedzieć, że mur graniczny pomiędzy ładem, pokojem a absolutnym chaosem mordu, przemocy i tryumfem ledwie opisywalnej dzikości jest chwiejny, zniszczony ciągłym naporem, szturmami dzikich ludów, a w serca jego obrońców są przepełnione wątpliwościami, chęcią spoczynku po trudach i rodzącym się przekonaniem, że zapewnienia dzikusów o wybaczeniu i przyszłym pokoju są szczere.

Jak to możliwe, że po doświadczeniach krwawych i przepełnionych podłością zmagań dwudziestego wieku ludzie wierzący w Boga są bezradni wobec kłamliwych ideologii, otumanieni do tego stopnia, że sami zabierają się za niszczenie muru dzielącego ich po prostu od śmierci i zniszczenia. Jak to możliwe, że chcąc być jednocześnie po obydwu stronach? Szturmować własne ja z pyskiem demona niesionym na kiju i barbarzyńskim wyciem na ustach, a jednocześnie z uroczym wzruszeniem zaglądać do stajenki by podziwiać Jezuska, świętą rodzinę i mile otaczające ich zwierzątka?

Jeśli chcemy rzecz wyjaśnić musimy przyjrzeć się tłu, bo każda epoka ma swoje, specyficzne tło, którego zawartość nie jest często rozważana przy takich okazjach, ponieważ nigdy nie jest ono jasne czy łatwo definiowalne, gdyż składa się z wirujących w ciemności  strzępów wiedzy, przekonań i nadziei ludzi o różnym poziomie rozumienia rzeczywistości. Obecnie tworzą je ludzie, w szerokim pojęciu odpowiedzialni za informację, kulturę i rozrywkę, co jest nieuprawnione o tyle, że sami tylko z tego tła korzystają. Nawet przy otwartych kanałach dostępu, do tkanki społecznej przenika tylko bełkot. Na tym tle zło chce nam zafundować nową religię, nowe społeczeństwo i nowego człowieka. Ma do tego środki finansowe, aparat przemocy, ma rzesze kapłanów płatnych i jeszcze więcej bezwiednych, uformowanych w bełkocie, ale nie ma czasu i dlatego spieszy się niesłychanie, dzięki czemu istnieje szansa, że ujawni swe potworne oblicze przed czasem, nim ludzi ogarnie ostateczne zwątpienie w sens oporu.

Zło zdaje sobie doskonale z tego sprawę i spiesząc się odwleka jednocześnie moment jasnej deklaracji swego ostatecznego celu, co jest wyłomem, niekonsekwencją w jego działaniu. Jeszcze chce dokładniej, pełniej zdominować ludzkie myślenie, jeszcze coś mu przeszkadza, uwiera, wstrzymuje. Gniewa się, marszczy pysk, ale tak, żeby nikt nie zauważył wilczych kłów. Nadal musi walczyć w ukryciu, choć jest doskonale widoczne, przez co zabiega, by nie patrzeć w jego stronę. Już Kościół na kolanach (ha, ha jakie śmieszne, że na akurat w tej pozycji), a jego głos jest co najwyżej jęczeniem starej baby. Już wierni we wszystkich prowincjach Cesarstwa rozgromieni i rozproszeni, już skorumpowane i zidiociałe uniwersytety, już lud otumaniony, już pseudonaukowy bełkot aksjomatem, ale to ciągle za mało, jak się okazuje, bo tchórz z tego współczesnego Złego i dzięki temu walka wciąż trwa. Odzywa się jeden z drugim, inny jawnie się buntuje, a jakże tu zabijać, skoro udaje się dobro? Nijak na razie.

Dlatego drzwi trzymajcie zawarte przed nowymi Bogami, ducha nie gaście, oporu nie poniechajcie, szable wecujcie, bo nie znacie dnia ani godziny, gdy będziecie konieczni. Wasz upadek byłby bowiem upadkiem cywilizacji, a z nią zginą i tacy jak ja, pozbawieni łaski wiary. Bo to jest łaska i ten fakt przyjmijcie choć do wiadomości.



środa, 25 grudnia 2019

Murzyn zdrajca i popkulturowe trele morele


Odkąd filmowcy, z amerykańskimi na czele zabrali się za realizację osobliwej akcji afirmatywnej polegającej na wciskaniu gdzie popadnie ciemnoskórych bohaterów i homoseksualistów, jednocześnie rozpoczęli demontaż problematyki, którą z taką gorliwością łakną się zajmować. Najlepsze, że nie zdają sobie z tego sprawy. Z racji swej wtórności cała akcja ma służyć powtórzeniu sukcesu wizerunkowego, jaki stał się udziałem Indian północnoamerykańskich, którzy z pokrzykujących w westernach dzikusów awansowali na mających wszelkie przewagi moralne rycerzy ekranu. Tyle tylko, że jest to wyobrażenie z gruntu fałszywe, co jest jasne dla każdego, kto zechciał zapoznać się głębiej z wyrobami filmowymi z lat czterdziestych czy pięćdziesiątych. Poza tym Indianie są częścią konkretnej opowieści, a przeniesienie indiańskich bohaterów w inne czasy czy miejsca nie nosi znamion rasizmu, co ewidentnie ma miejsce w przypadku naszych czarnoskórych braci.

Ten rasizm jest oczywiście nieintencjonalny i w zamyśle twórców ma przełamywać stereotypy i przyciągać ciemnoskórą widownię. Tak naprawdę rzecz w tym, że dla miglanców kina Afryka nie jest godna mieć swojej historii. Możemy mieć czarnego Wikinga, frankońskiego rycerza, saksońskiego maga, czy innego przebierańca, ale z filmu nie dowiemy się raczej o potężnych, świetnie zorganizowanych afrykańskich królestwach, do których zaczepiania niespecjalnie palił się nawet Rzym razem ze swoją potegą. Prędzej pokażą wam czarnego Juliusza Cezara dyskutującego z mulatem Einsteinem o napędzie rakiet, które zawiozą dwunasty legion na Marsa. Można tu zauważyć, że poza pasem wybrzeża zajętym przez Rzym i Egiptem cała reszta Afryki jest tak widoczna dla kultury masowej jak my sami. Może stąd moja solidarność ze światem, którego nikt nie chce przywołać.

Jedno w tym dobre, że PT Murzyni raczej przestali być definiowani tylko w odniesieniu do kajdan, które nosili ich przodkowie, ale z filmowej Chaty wuja Toma wyrwali się przecież kilkadziesiąt lat temu i żadna w tym nowość. W USA, kraju wielorasowym są w zasadzie u siebie na każdym miejscu, ale warto zauważyć, że filmowa akcja afirmatywna wypycha coraz częściej czarnoskórych bohaterów na niewygodne piedestały dotychczas zajmowane przez typ białego łajdaka. Doskonale to widać w sensacji. Jeszcze niedawno murzyński policjant czy detektyw był chętnie pokazywany jako jedyny myślący wrażliwiec i stawiany w opozycji do motywowanego rasizmem prymitywnego kolegi, z którym w końcu się zaprzyjaźniał przełamując stereotypy. Trele morele. Obecnie jako szef… Cóż szef jako postać jest często definiowany jako uciążliwy dla otoczenia bezduszny biurokrata. Bywa, że skorumpowany.

Dla ubarwienia narracji chciałoby się napisać, że krok w krok za Murzynem podąża homoseksualista, ale to byłaby z gruntu nieprawdziwa uwaga. Ciemnoskóry bohater wpasowany we współczesność czy przyszłość jest sobą i nie potrzebuje żadnego komentarza wyjaśniającego. Tylko bohater „Hair” Formana wyśpiewuje kapitalne „Może was zaskoczę, ale jestem czarny! Bohater homoseksualny, w produkcji, która nie dotyczy homoseksualizmu potrzebuje osobnego wątku, dzięki któremu poznamy jego preferencje, co przynajmniej mnie niespecjalnie interesuje. Żeby rzecz miała sens, jego gejowatość powinna pomagać w rozwiązywaniu problemów, jakie stawia przed nim scenariusz, a tak się nie zdarza. Rzecz w tym, że dzieła nurtu popularnego poruszają się w zamkniętym kręgu schematów, zarówno jeśli chodzi o fabułę, jak i postacie bohaterów razem z ich motywacjami. Nie wystarczy sama podmiana orientacji seksualnej by odfajkować tryumf przełamania barier.

Obejrzałem na przykład całkiem niezły serial „Mindhunter”, gdzie wątek lesbijskiego romansu kostycznej pani naukowiec, zaangażowanej w pracę zespołu, wlecze się i wlecze stwarzając fałszywą, jak się w końcu okazuje nadzieję, że coś z niego sensownego wyniknie. Ktoś powie, że to tylko odprysk współczesnej manii definiowania bohaterów poprzez seks, alkohol i narkotyki, ale różnica tkwi w statystyce i dlatego wątek homoseksualny musi być osobny i w swoim wyrachowanym epatowaniu samym sobą, zarówno nieskuteczny jak i zgoła niepotrzebny. Już w latach sześćdziesiątych Lem pytał w „Fantastyce i futurologii” dlaczego literatura popularna, koniecznie ukazująca bohaterów przez pryzmat przygód łóżkowych nie definiuje ich wcale poprzez rytuały i zwyczaje związane z innymi funkcjami fizjologicznymi, takimi na przykład jak wydalanie.

Nadzieja w  Netflixie i podobnych zaangażowanych propagandowo wytwórniach, że wkrótce to się zmieni, bo wszak wszystko co ludzkie… Trele morele. Tak naprawdę tylko Rabelais to rozumiał, a reszta żywi się schematem. Żrą gruz, jak mówią ludzie pozbawieni finezji.

niedziela, 22 grudnia 2019

O wszystkim, czyli o niczym, albo odwrotnie


Urzekła mnie informacja, że mniej więcej sto lat przed Chrystusem trafiły do Rzymu pierwsze sadzonki moreli oraz brzoskwiń, a ich owoce wkrótce zyskały wielką popularność. Zostały przywiezione, wystawcie sobie, z Armenii. Zawracam Wam tym głowę tylko dlatego, że na terenie dzisiejszej Polski dużo wcześniej, bo różnica jest szacowana na kilkaset lat, brzoskwinia była obok śliwy najpopularniejszym owocem. Nic w tym dziwnego, bo wedle badaczy archaicznego DNA nasi protoplaści przywędrowali nad Wisłę i Wartę z Półwyspu Indyjskiego. Ale spokojnie, nie jest to notka o klimacie, ani o wędrówce plemion.

Ta notka jest o niczym. Przede wszystkim dlatego, że każde bieżące wydarzenie, o którym chciałbym napisać, nim się nad nim zastanowię, zostaje natychmiast unieważnione. Weźmy nagrodę Nobla dla pani Tokarczuk. Zaszumiało, zagrzmiało i zapadła cisza. Można przyjąć, że teraz wszyscy fani oddali się lekturze jej wiekopomnych dzieł i trwając w zachwycie, nie mają czasu by podzielić się z nami swoimi emocjami. Zresztą, prawdę pisząc, ze dwa lata temu przeczytałem dobre trzydzieści stron Ksiąg Jakubowych i parafrazując opinię Hłaski o Żeromskim, poczułem się zwolniony z dalszej lektury.

Zresztą nasi literaccy nobliści mają u mnie ciężko. Nigdy na przykład nie przebrnąłem w całości przez Quo Vadis, ponieważ bohaterowie tej powieści niezmiernie mnie bawią, a chyba nie powinni. Jeden Reymont ze swoimi Chłopami, ale nie w szkole, bo męka to dla mnie była, a w zeszłym roku. Czytałem w zachwycie, bo to, co pan Władysław wyprawia z narratorem, to ludzkie pojęcie przechodzi, a współczujący narrator pani Olgi może iść na łąkę i tam szczaw liczyć. Tak, mili moi. Piszę szybko, a mimo tej zalety zdaję się trwać w jakimś zdumieniu światem, a jakimś niepojętym stuporze.

Teraz dla odmiany ta cała Greta i klimat planety. Co tu można napisać, skoro rzecz cała jest tak jawnie głupia, że w zasadzie komentowanie jej może być poczytane za wstydliwe dla komentującego. Nawet wyśmiać tego nie sposób, bo to tak jakby wzniecać śmiech i dyskusję nad znalezionym na śmietniku beznogim kadłubem plastikowej lalki. To wymaga specyficznego poczucia humoru, a ze mnie żaden tam Roland Topor. A skoro on, to zaraz nasz Romuś, bo Chimeryczny Lokator. Nie taki zresztą pan Polański chimeryczny, bo jego czyn wraca z uporem godnym lepszej sprawy.

Albo ten bohater senatu, pan Grodzki. Nic mnie nie interesuje, czy popełnił przestępstwo, czy się przedawniło, ani czy oszalał tłumacząc się w tak dziwaczny sposób. Powinno być tylko dla każdego jasne, że natychmiast powinien zrezygnować z zajmowanego stanowiska, bo jest już politycznym trupem. I sami powiedzcie, czy jest z tej osobliwości temat, którym warto się zajmować? I jeszcze ci sędziowie, którzy odkryli w sobie razem z boskością, chęć wzniecania niepokoju i trwania w nim, co na pierwszy i każdy kolejny rzut oka, wydaje się stanem niewygodnym i budzącym raczej politowanie  niż współczucie.

Ważnym tematem byłby Cyceron, z racji przydomku chyba krewny pani redaktor Renaty Grochal. Tak, Cyceron i jego polityczne kalkulacje, na których końcu była głowa myśliciela uprzejmie wychylona z lektyki, by żołdak spełnił powinność miecza. Bywa i tak, gdy zmyślność zawiedzie, a pretekst sprzed lat stoi niby kamienny bałwan. I zaraz, że znowu ten Rzym i przemoc. Jasne, że może komuś wydać się to nudne, ale mnie to nie zraża. Warto na przykład wiedzieć, że dopiero w III wieku oficjalnie usankcjonowano zasadę prawną, że dla bogatych i ustosunkowanych są inne kary niż dla ludzi pospolitych.

Oczywiście te kary, to zagrożenie nie różniło się tak radykalnie jak obecnie. Dzisiejszych celebrytów czy inne jeszcze ważniejsze osoby nie usatysfakcjonowałaby różnica między ścięciem mieczem, a rzuceniem dzikim zwierzętom na pożarcie. Pusty śmiech, po prostu! I teraz mam problem, ponieważ założyłem, że notka o wszystkim i o niczym powinna zmieścić się w siedmiu akapitach, a każdy składać się z siedmiu wersów. Widzicie, muszę o tym, bo już nic ważnego nie przychodzi mi do głowy. Ratunek w Wiedźminie! Informuję przeto, że zasnąłem po kwadransie, co nie jest powodem do chwały.