piątek, 9 lutego 2024

O ósmej

 

W dyskusji o istnieniu czy nieistnieniu Boga ludzie utknęli w dziewiętnastym wieku. Ateiści nie rozumieją, że podążając za ozdobnymi sztandarami przestarzałej nauki maszerują w niewłaściwą stronę. Niedługo odkryją maszynę parową i wynalazek druku. Obrońcy Boga, którzy są w defensywie na gruncie popkultury, mniej winni, bo w kółko muszą walczyć z tymi właśnie wiatrakami. Niczego nowocześniejszego niż wiatrak tu nie ma. Nawet truizm, że wiara nie jest sprzeczna z nauką, tak jak hokej na lodzie nie jest sprzeczny ze sztuką ikebany, pojawia się niezbyt często. I nie mam na myśli zacietrzewieńców, a zwykłych dyskutantów. W dwudziestym pierwszym wieku powinno być jasne, że na pytanie, czy istnieje Bóg, można odpowiedzieć:

- Istnieje i nie istnieje.

- Istnieje, nie istnieje, istnieje.

- Nie istnieje, istnieje, nie istnieje.

Jest jeszcze najstraszniejsza odpowiedź.

- Nie dla wszystkich.


O szóstej

 

Ból od rana, a jakże. Jeszcze o szóstej kot Musio na piersi, żeby koniecznie, żeby już na nogi. Istny fenomen, że zawsze godzinę przed czasem, a czas leci, byle czas leciał, aby czas leciał, ale czas niesie ku śmierci. Ki diabeł? Wtedy będziesz poza czasem i żaden kot cię nie obudzi – kusi kusiciel. To marne, zbyt dopasowane, zbyt oczywiste. Trudno się myśli o niebycie, a co dopiero o byciu poza czasem. Tak mówią nasze mózgi, że czas płynie, a my widzimy rzekę. Można dać się nieść nurtowi, albo wyjść na brzeg. Nic z tego, to nie tak. Być jednocześnie na początku i na końcu wszystkiego, ale jak być jednocześnie, będąc poza czasem. Co oczywiste nie może być tam następstwa czasu, więc ni początku, ni końca. Nie, źle. Nie da się tego sensownie pomyśleć. Lepiej ból rozgrzać. Kawa, herbata – nasze dzienne sprawy. To zawsze pomaga, odpycha myśli. Koty nakarmić, psa wygłaskać. Dalej i dalej, a czas płynie… Znowu to samo.

poniedziałek, 10 lipca 2023

Siedemnasty zeszyt. Dzieciaki

 

Skąd się biorą dzieci? Rozważanie tego problemu zajmuje od lat wielu poważnych ludzi, a za nimi nawet duża część społeczeństwa zachodzi w głowę. Niektórzy zapomnieli, inni pomimo swej pozornej dorosłości jeszcze się nie dowiedzieli, a są i tacy, którzy nawet na tak oczywisty temat zmyślają ile wlezie. Można się dowiedzieć, że dzieci rodzą się z powodu pieniędzy, z powodu istnienia żłobka czy przedszkola, z powodów patriotycznych, religijnych, a nawet z powodu prawa do przerywania ciąży. I na bazie takich intelektualnych rozważań kombinuje się, jak zwiększyć tak zwaną dzietność, bo inaczej nie będzie rąk do pracy, nie będzie z czego płacić emerytur i w ogóle wymrzemy jak te dinozaury. Cóż, bywa i tak.


Jak ma być, skoro cała współczesna kultura i idąca za nią moda jest wroga dzieciom i rodzicielstwu. Ba, kultura, cały system społeczny, z jego awansami i degradacjami jest wrogi, ponieważ wzorce, które promuje są wrogie. Na to wychodzi państwo ze swoim sentymentalnym biadoleniem. Tu jeszcze brakuje gadki w rodzaju, że dziad złożył Ojczyźnie ofiarę krwi, to ty choć nie skąp spermy czy innych jajeczek.


Po co, w ogóle, są te dzieci? Sens pragmatyczny, że są inwestycją, z której zyski otrzymuje się na starość zanikł prawie zupełnie, choć niekoniecznie chodzi tu o kwestie materialne. Powód jest prosty. Starość też zanika. Wszędzie pełno wesołych, sześćdziesięcioletnich istnych bobusiów, pięćdziesięciolatków jeszcze nie gotowych na dziecko, i tak dalej. Czyż nie jest tak, że w wielu środowiskach deklarowanie chęci posiadania dzieci jest zgrzytem, wyrazem braku aspiracji życiowych i odrzuceniem możliwości jakie daje świat, a skromna ilościowo rodzina z trójką dzieci jest traktowana już z dużą dozą podejrzliwości?


Podobnie jest z miłością, zastępowaną w coraz szerszym zakresie ględzeniem o niej, stawianiem warunków, samorealizacją, czy wreszcie przygodą. Co dziwniejsze nawet seks, wkrótce to zauważycie, powoli staje się czynnością podejrzaną. Nawet jemu stawia się coraz częściej rozmaite, coraz dziwniejsze warunki.


To jasne, że wszystkie te uwagi nie dotyczą wszystkich, nawet pewnie połowy zdolnej do prokreacji populacji, ale istnieją realnie, w formie uwarunkowań psychicznych i ma to odbicie statystyczne. I teraz, co można z tym począć?


Nic, rzecz jasna. Po prostu się nie da niczego sensownego zrobić. Każde odgórne działanie, każdy pomysł wynikający z najlepszych nawet intencji jest skazany na porażkę. Polska sprytnie porwała trochę młodych ludzi z Ukrainy, bo dotychczas tylko ich traciliśmy, ale to tylko na chwilę zahamuje proces starzenia się społeczeństwa. Trzeba się po prostu przyzwyczaić, zabezpieczać przed skutkami i czekać, bo wiadoma rzecz, że wszystko już było, a trendy są po to, żeby je odwracać.


niedziela, 9 lipca 2023

 


Siedemnasty zeszyt. Jasne niebo.


Odpowiedź na pytanie, czy warto pisać, skoro nikt nie czyta jest prosta. Oczywiście, nie warto. A jednak Ziemia się kręci, ludzie jak zawsze głupieją, ptaki śpiewają za oknem, koty oblizują się wietrząc polowanie i krwawy łup. Nie pojawiają się żadne znaki na niebie, w rodzaju gorejącego krzyża, albo chociaż komety. Lekkie lato z nami.


W polityce też flauta. Oklapły polityczne żagle i tylko chorągiewki mediów trzepoczą dziarsko. A wybory za pasem. PiS w gruncie rzeczy skazany na plajtę i wielce zdziwiony, że stare zaklęcia nie działają. Przegłupie TVP tylko mnoży wrogów, jakby starych było nie dość. Przed laty PO stała się zakładnikiem wspierających ją mediów, a teraz ci. I wszystko z maniakalnym, dosłownie, uporem. Po wyborach być może czekają nas kolejne, bo mniejszościowy rząd żadnej ze stron może się nie utrzymać. I tu się żarty kończą, bo polityczny zamęt jest ostatnią rzeczą, której nam potrzeba, choćby ze względów gospodarczych. Ale wiadomo. Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało!


Opozycja zbiera plony, z Konfederacją na czele. Elektorat się cieszy, resztę współobywateli mając za głupców. Zupełnie jakby ludzie tęsknili za czymś, co przy bliższym oglądzie nie wydaje się zbyt atrakcyjne. Może nie doceniam, że jednak miło jest odpocząć na bezrobociu, pozwiedzać kraje ościenne. Nie wiem, ale zawsze mnie dziwi, do jakiego stopnia ludzie są gotowi żyć nie swoim życiem i o nie swoje martwić się problemy. Ale jak odciąć wrzaski, rytualne zaklęcia i starannie wypracowaną przez media nienawiść, to flauta, pustka i nuda, w rzeczy samej.


Do tego wojna na Ukrainie, do której coraz trudniej się sensownie odnieść. Nie służy ani nadmierna ekscytacja, ani wyniosła obojętność. I znowu idiotyczna propaganda, która bezwarunkowo wiąże nas z losami sąsiedniego, bynajmniej nie przyjaznego nam państwa. We wszystkim przesada i jakaś zgoda ponad podziałami, że Polacy muszą koniecznie podlegać wojennej propagandzie, choć to nie jest ich wojna. Niezwykle głupie i jak niby ma takiej Konfederacji nie rosnąć poparcie?


To na dzisiaj. Krótko, a i tak zdążyłem pójść z Azą na spacer, podlać ogródek, nakarmić i wybawić koty, czyli zrobić coś pożytecznego. I wszędzie miło, spokojnie, jasne niebo.


wtorek, 21 marca 2023

Lenin wcielony, czyli ratowanie planety

 

- Dzień dobry, nazywam się Lenin i przychodzę obdarować pana świetlaną przyszłością.


Za każdym razem, gdy włączacie telewizor, czy otwieracie informacyjną stronę portalu internetowego, pojawia się ten ponury degenerat ze swoją obietnicą. To, że nie słyszycie tych słów pełnych bezdennego sarkazmu jest efektem prostego znieczulenia przez lejącą się zewsząd głupotę. Dzisiejsza obietnica grozy, prześladowań i przelewu krwi jest bowiem ukryta w szczebiocie medialnych idiotek i idiotów. Inżynieria społeczna na masową skalę to nie przelewki, choć jej dostępne publicznie przejawy wydają się błahe, śmieszne i nie bardzo możliwe do zrealizowania. Nie dajcie się nabrać, bo siekiera już została przyłożona do pnia waszego życia.


Przygotowania zostały już zakończone i zbliża się czas realizacji programów, których inaczej niż przemocą wprowadzić się nie da. Dlatego przekierowuje się sferę decyzyjną w ręce organów niewybieralnych w procesie demokratycznym. Można przecież, nawet niespecjalnie interesując się polityką, łatwo skonstatować, że Europą rządzą skrajni lewacy, a jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby gdziekolwiek wygrali wybory parlamentarne. Tu wchodzi tchórzostwo i oportunizm zawodowych polityków, którzy nawet nie próbują przeciwstawić się jawnemu przecież obłędowi promowanemu przez skorumpowane do absurdu media. Chcąc płynąć z głównym nurtem, tak naprawdę szykują serię kataklizmów tym, których zobowiązali się reprezentować.


-Dzień dobry, nazywam się Lenin i razem uratujemy naszą nieszczęsną galaktykę!


Oczywiście zaraz po uratowaniu naszej udręczonej przez człowieka planety. Dziw bierze, że żaden parszywiec nie zabrał się jeszcze za ratowanie kosmosu cudzym kosztem. Zupełnie jak w przypadku wszelkich proroków, którzy mają doskonałe rozeznanie w przyszłości na tyle odległej, że nikt nie będzie pamiętał ich proroctw, a im przyszłość bliższa i sprawy ciut szczegółowsze, całe prorokowanie okazuje się bujdą na resorach. Ludzie, którzy nie potrafią przeforsować żadnych pożytecznych reform, a nawet prosto wbić gwoździa w ścianę, z ogromnym zapałem biorą się za ratowanie Ziemi. Kto ich sprawdzi, kto zweryfikuje ich dane i kto przeliczy grabioną przy okazji forsę? Nikt. Jest to całkowicie bezpieczny bandytyzm, bo dla dobra wspólnego przecież! Weźcie pod uwagę, że na razie to w większości gadanie i presja ekonomiczna, ale wierzcie mi, że nikt nie zawaha się zabijać, bo to cały czas miot Lenina, który tak grzecznie się z wami wita.


Pozostałe miliardy ludzi, o ile o tych europejskich idiotyzmach w ogóle słyszały, muszą być nieźle zdumione, że przodująca jeszcze niedawno cywilizacja prze ku samozagładzie. Z uporem maniaka Europa ogranicza swoje możliwości i jednocześnie obniża na wszelkie sposoby jakość życia najszerszych warstw społecznych w tempie karabinu maszynowego rodząc kolejne dyrektywy i zalecenia. A najciekawsze, że nikt nie pyta się o sposób ich realizacji czy ciągi skutków, które spowodują, a to są rzeczy podstawowe. Nie, bo przecież postęp! Odkąd przemoc, ignorancja czy wypięcie się na realia życiowe jest postępem? To raczej przejmowanie władzy przez wariatów i dzieci. To nowa odsłona leninowskiego „władza rad i elektryfikacja”. Wszystko na prąd, a prąd z wiatraków i paneli. Czysto, miło i przyjemnie, prawda? A może zamiast wiatraków zacznijmy budować kieraty, które będą napędzały pieprzone tęczowe jednorożce?


Dla przykładu weźmy te wiatraki. Nie mam nic przeciwko nim, o ile per saldo pozyskiwanie z ich pracy prądu będzie tańsze, bez sztuczek i dopłat ukrytych w cenie urządzeń i przede wszystkim stabilne, bo dmuchać w ich łopaty nie mam zamiaru. Nie jest dla mnie szczególnie istotne, że szpecą krajobraz jak cholera, ani inne podnoszone przez ich przeciwników wady. Najgorsze jest to, że forowanie finansowe obecnych rozwiązań powoduje, że zamyka się możliwy jak najbardziej postęp techniczny w tej dziedzinie. Skoro ideologia tryumfuje nad ekonomią, ględzenie skorumpowanych cwaniaków nad bilansem kosztów i zysków, trudno w ogóle o tym sensownie rozmawiać. To samo z każdym innym forowanym obecnie rozwiązaniem. Teraz najnowszy, nieco humorystyczny pomysł, że eko, super i trendy jest budowanie drewnianych domów. Gdyby mnie było stać, sam bym chętnie kazał sobie wybudować duży drewniany dom. Podkreślam, że duży, bo w psiej budzie dla plebsu mieszać nie mam ochoty. I pięknie, ale skąd na te domy drewno, skoro najnormalniejsza w świecie gospodarka leśna jawi się w postępowej propagandzie jako przestępstwo. Może zrobimy drewno z plastiku? Aha.


- Dzień dobry, nazywam się Lenin i chcę pana/panią zabić.

- Przepraszam, ale to nie mój zaimek. Proszę się do mnie zwracać per pano.

- A, w takim razie przepraszam.

poniedziałek, 20 marca 2023

Kalkulacje polityczne, czyli huzia na Józia!

 

Mijają lata, a politykom największej partii opozycyjnej rozumu nie przybywa. Platforma Obywatelska nigdy nie była zbyt silna intelektualnie, ale i tak widać znaczący regres. Polega on choćby na tym, że z kolejnych porażek wyborczych spece od zarządzania partią nie wyciągają zgoła żadnych wniosków. Owszem, rozpoznają potrzeby swojego żelaznego, skrajnie prostackiego elektoratu, ale poza tym wszystko zdaje się dla nich niezrozumiałą ciemną magią. Obecny pomysł, wcale nie nowy, wystawienia jednej listy w wyborach tylko to potwierdza. A już sposób, w jaki się za to zabierają i kalkulacje, które za tym stoją, to istne horrendum.

Po pierwsze, kolejny raz pokazują, że wyborcze kombinacje scedowali na media, zupełnie jakby własnego rozumu całkiem nie mieli. I to dosłownie chwilę po tym, jak idiotyczny TVN zapędził ich na antykatolickie pole minowe. To nie pierwszy raz zresztą. Teraz równie pusta Wyborcza narzuca przekaz o wspólnej liście i jedynym łączącym wszystkie te partie haśle, że należy odsunąć PiS od władzy. Tam nie ma nic więcej i nie pomaga nazywanie samych siebie jedynymi demokratami in universum. Dziwna to byłaby demokracja bez faktycznego wyboru programu czy idei, za którą wyborca może się opowiedzieć. Już na tym etapie wychodzi kompletny brak powagi i błazeństwo, którego emanacją są stand upy podstarzałego lidera.

I od razu pogróżki, że kto nie z nimi, kto nie posłucha wezwania, to wróg i zapłaci za to wysoką cenę. Znaleźli się dawcy światła ze zużytym Tuskiem na czele. Po to stworzyli wydzielony profil niejakiego Hołowni, żeby mieli się gdzie podziać nieszczęśni wyborcy, którym macierzyste PO zbrzydło, żeby teraz zawracać ich kijem do iście pierwotnej wspólnoty. Pięknie. I Lewica, która w większości zatraciła jakąkolwiek tożsamość, poza nienawiścią do kościoła i polskości, jak ją po swojemu rozumieją. To akurat może być cechą łączącą, w tej iście pierwotnej wspólnocie, ale niekoniecznie jest to najcenniejsze dla ich elektoratu. Owszem, można pokazać Tuska tulącego się do drzewa, albo chodzącego z ekologicznym wiatrakiem na kiju, ale nie sądzę, by to były naprawdę chwytliwe pomysły.

W ogóle narzucanie się na absolutnego lidera i zbawcę opozycji w sytuacji, gdy ekscytowane w ten sposób partie same mają niezłe szanse wyborcze jest, delikatnie rzecz ujmując, nie na miejscu. Nie sądzę, by wyzbycie się tożsamości, własnego programu w najważniejszym dla partii politycznych okresie przedwyborczym było sensowną zachętą. Już nie warto się nawet rozpisywać o wojnie jaka nastąpiłaby podczas układania list wyborczych, bo to już sprawa frajerów, którzy zgodzą się na podobny koncept. Naprawdę sądzicie, że liderzy partyjni nie znają Tuska i jego metod działania? Zgoda na promowany obecnie szeroki blok, to wobec własnych szeregów i elektoratu pokazanie słabości, że niby tylko na plecach Tuska mogą jeszcze gdzieś wleźć. Raz, że to bujda, a dwa, że mająca być spoiwem nienawiść do PiS nie wydaje się być wystarczająco atrakcyjną motywacją. Stąd też i pokazane przez Wyborczą słupki, w dużej mierze są wynikiem chciejstwa i oszołomienia własną władzą nad partiami. Gdzieś umyka, że sama Gazeta już od dawna nie jest na poziomie sprawczym w stylu „wasz prezydent, nasz premier”. To raczej ściek dla miłośników wąchania nieczystości.

Zresztą poza nudnym ględzeniem o własnej wyższości, okraszonym eksplozjami chamstwa na pograniczu absolutnego zdziczenia, PO nie ma do zaprezentowania absolutnie nic. Sama, na własne życzenie i własnymi środkami doprowadziła się do takiego stanu w czym żywo przypomina właśnie Wyborczą. To ci dopiero liderzy opinii prowadzący lud na barykady. Boki zrywać!


niedziela, 28 sierpnia 2022

Nim poleje się krew, jak wiosenny deszcz

 Chrześcijaństwo upada od momentu, gdy Paweł z Tarsu położył podwaliny pod jego istnienie i przetrwanie. Upada od wewnątrz i jest obalane z zewnątrz. Lokalnie i globalnie, odkąd stało się religią światową. Jest podzielone, wręcz poszatkowane, ale jakoś tam trwa w instytucjach i ludzkiej świadomości. Mechaniczne czy duchowe, albo choć jako spuścizna czasów minionych. Od czasu do czasu pojawia się chęć jego ostatecznego unicestwienia lub sprowadzenia go do roli skansenu. Jego ostateczny kres, przynajmniej lokalnie, miał już miejsce wielokrotnie i zawsze wiązał się z masowym przelewem krwi. Poza tym ruchy mające za cel obalenie porządku chrześcijańskiego zawsze przy pierwszej nadarzającej się okazji przeczyły hasłom, pod którymi zawładnęły świadomością tłumów i zawsze w ostatecznej formie przyjmowały i przyjmują sekciarski, ściśle religijny format. Zupełnie tak, jakby z samej natury ludzkiej wynikała konieczność powielania tego schematu. Doskonale widać ten mechanizm na przykładzie rewolucji francuskiej, gdy władza polityczna przeszła w ręce prawników, zawodowych polityków, dziennikarzy i innych podobnych mądrali.  

Abstrahując od rzezi jaką prawie natychmiast udało się im wywołać, warto zwrócić uwagę na dwa charakterystyczne fakty. Pierwszy jest taki, że hasła o wolności, równości i braterstwie momentalnie wykorzystano do podzielenia społeczeństwa na myśliwych i ofiary, bezpośrednio adresując swój przekaz do plebsu, który za nic miał uzasadnienia polityczne i moralne. Druga rzecz, bardzo istotna, to fakt, że obalając Kościół, natychmiast próbowano stworzyć nowy. Ekscesy tego okresu, któremu kres położył Napoleon, razem z ich świątyniami rozumu, byłyby tylko ponurym błazeństwem, gdyby właśnie nie rzeka krwi, która popłynęła przy tej okazji. Podobnie, ściśle religijne na swój sposób były wszystkie reżimy totalitarne XX wieku, mające za podstawę teoretyczną model marksistowski. Była i nadal jest to religia, po rozmaitych weryfikacjach i poprawkach, w pewnym sensie zawiadująca światem w jakim żyjemy. Pomysły są stare, a różnią się tylko sposobem wykonania. Do czasu, oczywiście, gdy będzie trzeba oddzielić prawdziwych, w pełni ludzi, od ciemnoty, którą trzeba zniszczyć albo zmusić do uległości. Maszyna już dawno została puszczona w ruch.  

Tym razem szanse na ostateczne rozwiązanie kwestii chrześcijaństwa są większe niż kiedykolwiek, ponieważ nigdy jeszcze społeczność ludzka nie była tak zatomizowana, zależna od sztucznych bodźców zewnętrznych jak obecnie. Nigdy też nie było tak łatwym budowanie z gruntu fałszywych religii jak obecnie. Już nie trzeba tworzyć skomplikowanych systemów teoretycznych czy filozoficznych. Wystarczy rzucić tłuszczy byle ochłap, a ta leci z wrzaskiem niby do jakiegoś miodu najwyższej prawdy. Nie trzeba też trudzić się budową autorytetu, już byle krzykliwy czy płaczliwy błazen wystarczy. Do tego dochodzi pośpiech, bo jeszcze pod wpływem jakiegoś niespodziewanego impulsu, cała ta wielka kombinacja weźmie w łeb.


Dlatego tworzy się na gwałt organizacje i nadaje im się sztuczne autorytety, w tym takie, które za chwilę mogą uruchomić prawdziwe narzędzia śmierci.  

Weźmy na przykład to, co dzieje się obecnie w Europie, a co będzie miało wkrótce potworne konsekwencje. Mamy tu dwie główne idee, które są realizowane z maniakalnym wręcz uporem. Pierwsza jest jawna i jest to federalizacja Europy, poprzez stworzenie jednolitego państwa z narodowymi prowincjami. To jest zresztą zwornik naszej dziwacznej opozycji, tyle tylko, że niezbyt chętnie o tym mówi, powielając codziennie zestaw lokalnych bredni. Druga jest nie tyle tajna, ale też się o niej zbyt głośno nie mówi, tylko po prostu się ją krok po kroku realizuje. Otóż jest to w rzeczy samej obalenie demokracji takiej jaką teraz znamy i zastąpienie jej rządami instytucji, składających się z ludzi bez pieczęci wolnego wyboru, które wewnętrznie tworzą własne hierarchie i prowadzą własne gry polityczne. Z chwilą pokonania państw narodowych dostaną w swoje ręce sankcje dotychczas im przynależne. Demokracja rozumiana jako wybór zostanie w formie fasadowej jaką niektórzy z nas poznali w czasach PRL. Całość jest jawnie antychrześcijańska, nie ze względów politycznych nawet, bo tu już o żadnej polityce nie ma mowy.  


Grunt już jest doskonale przygotowany i można w zasadzie rozpocząć siew zła, które nas czeka, ale grunt, to jeszcze nie poszczególni ludzie. Na razie jesteśmy w okresie realizacji luterańskiej zasady, że wiara księcia musi być wiarą jego poddanych. To przekonanie zdobyło instytucje europejskie i nie tylko. Jest zasadą w tworzących własne hierarchie wielkich firmach, także i może przede wszystkim medialnych, na uniwersytetach i wszędzie tam, gdzie człowiek nie może już swobodnie, bez obstrukcji towarzyskiej i narażania się na sankcję wyrażać swobodnie własnych poglądów. Oczywiście prawie od razu okazuje się, że nie wystarczy milczeć, a trzeba też religię swojego księcia aktywnie popierać, uczestniczyć w swoistych liturgiach i organizowanych przez księcia nagonkach. Człowiek poddany podobnym presjom, aby nie wypaść z hierarchii albo nie oszaleć, musi najpierw pokątnie, a potem coraz aktywniej angażować się w proces własnej reedukacji, pozbywając się po drodze człowieczeństwa jakie zyskał dzięki chrześcijaństwu i wewnątrz niego. To, czy wierzy w Boga, nie ma tu żadnego znaczenia.  


Ktoś powie, że skoncentrowana władza, silne instytucje i fasadowy senat, to na przykład też cechy starożytnego Rzymu. Owszem, ale tu trzeba by przyjąć wszystkie konsekwencje i przyjrzeć się drodze do dewastacji tego systemu. Cesarski Rzym nie zaczął się bowiem od Heliogabala, bo wtedy wcale by się nie zaczął. I na pocieszenie dodam na koniec, że obecny też wcale się nie zacznie, ale czekają nas lata prawdziwej udręki, o ile już teraz ludzie nie pojmą, jakie piekło jest im szykowane. Co ma z tym wspólnego Chrześcijaństwo? Otóż, ni mniej, ni więcej, ale dosłownie wszystko.