Skąd się biorą dzieci?
Rozważanie tego problemu zajmuje od lat wielu poważnych ludzi, a za
nimi nawet duża część społeczeństwa zachodzi w głowę.
Niektórzy zapomnieli, inni pomimo swej pozornej dorosłości jeszcze
się nie dowiedzieli, a są i tacy, którzy nawet na tak oczywisty
temat zmyślają ile wlezie. Można się dowiedzieć, że dzieci
rodzą się z powodu pieniędzy, z powodu istnienia żłobka czy
przedszkola, z powodów patriotycznych, religijnych, a nawet z powodu
prawa do przerywania ciąży. I na bazie takich intelektualnych
rozważań kombinuje się, jak zwiększyć tak zwaną dzietność, bo
inaczej nie będzie rąk do pracy, nie będzie z czego płacić
emerytur i w ogóle wymrzemy jak te dinozaury. Cóż, bywa i tak.
Jak
ma być, skoro cała współczesna kultura i idąca za nią moda jest
wroga dzieciom i rodzicielstwu. Ba, kultura, cały system społeczny,
z jego awansami i degradacjami jest wrogi, ponieważ wzorce, które
promuje są wrogie. Na to wychodzi państwo ze swoim sentymentalnym
biadoleniem. Tu jeszcze brakuje gadki w rodzaju, że dziad złożył
Ojczyźnie ofiarę krwi, to ty choć nie skąp spermy czy innych
jajeczek.
Po
co, w ogóle, są te dzieci? Sens pragmatyczny, że są inwestycją,
z której zyski otrzymuje się na starość zanikł prawie zupełnie,
choć niekoniecznie chodzi tu o kwestie materialne. Powód jest
prosty. Starość też zanika. Wszędzie pełno wesołych,
sześćdziesięcioletnich istnych bobusiów, pięćdziesięciolatków
jeszcze nie gotowych na dziecko, i tak dalej. Czyż nie jest tak, że
w wielu środowiskach deklarowanie chęci posiadania dzieci jest
zgrzytem, wyrazem braku aspiracji życiowych i odrzuceniem możliwości
jakie daje świat, a skromna ilościowo rodzina z trójką dzieci
jest traktowana już z dużą dozą podejrzliwości?
Podobnie
jest z miłością, zastępowaną w coraz szerszym zakresie
ględzeniem o niej, stawianiem warunków, samorealizacją, czy
wreszcie przygodą. Co dziwniejsze nawet seks, wkrótce to
zauważycie, powoli staje się czynnością podejrzaną. Nawet jemu
stawia się coraz częściej rozmaite, coraz dziwniejsze warunki.
To
jasne, że wszystkie te uwagi nie dotyczą wszystkich, nawet pewnie
połowy zdolnej do prokreacji populacji, ale istnieją realnie, w
formie uwarunkowań psychicznych i ma to odbicie statystyczne. I
teraz, co można z tym począć?
Nic,
rzecz jasna. Po prostu się nie da niczego sensownego zrobić. Każde
odgórne działanie, każdy pomysł wynikający z najlepszych nawet
intencji jest skazany na porażkę. Polska sprytnie porwała trochę
młodych ludzi z Ukrainy, bo dotychczas tylko ich traciliśmy, ale to
tylko na chwilę zahamuje proces starzenia się społeczeństwa.
Trzeba się po prostu przyzwyczaić, zabezpieczać przed skutkami i
czekać, bo wiadoma rzecz, że wszystko już było, a trendy są po
to, żeby je odwracać.