czwartek, 22 sierpnia 2019

Niemoralne propozycje

Ponad dziesięć lat temu do założenia konta na twitterze namówił mnie pan Mistewicz i choć od lat blokuje mi dostęp do treści, które sam prezentuje, nadal jestem mu za to wdzięczny. Jest to bowiem jedyne dostępne szerszej publiczności medium, gdzie można oglądać polityków, dziennikarzy oraz inne publiczne osoby w całej ich intelektualnej i emocjonalnej nagości. Nieco przypomina to okres, gdy tak zwani liderzy opinii masowo pisali teksty w blogosferze, bo też było z tego dużo śmiechu, ale na twitterze dla łatwości i skrótowości przekazu jest to znacznie ciekawsze. Ludzie bowiem zapominają kim są i koniecznie chcą przypodobać się, zadziwić, albo sprowokować przeciwników tylko po to, by za ich wpisami szedł stosowny aplauz. Co dziwne nie rozumieją najprostszych spraw związanych z prowadzeniem konta, z zasadami bezpieczeństwa, a przede wszystkim nie potrafią oszacować wiarygodności rozmówców. Wszyscy chyba znają powiedzonko „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. Otóż w sieci jest odwrotnie i to jest pierwsza zasada, którą każdy z tych naszych żałosnych wipów powinien zrozumieć, a ni cholery nie rozumie.  
Weźmy aktualnie grzaną aferę pana wiceministra w randze sędziego. Sprawdziłem swoje konto i okazało się, że ta cała Emi obserwuje moje wyczyny na twitterze, a ja jej wyczynów nie, choć w dziewięćdziesięciu procentach przypadków odwdzięczam się obserwującym wzajemnością, bo akurat mnie to nic nie może zaszkodzić. Z tym, że najpierw zaglądam i sprawdzam, co delikwent wypisuje. Oczywiście nie pamiętam, dlaczego negatywnie zweryfikowałem akurat Emi, ale najwidoczniej coś w jej pisaniu sprawiło, że strząsnąłem ją z twitterowego płaszcza. Takie reakcje nie wynikają z jakiejś tam mądrości, a z doświadczenia. Ze szczególną ostrożnością należy bowiem traktować ludzi, którzy wznoszą patriotyczne okrzyki, deklarują dozgonną miłość ideom, partiom politycznym czy samym politykom, co już jest aberracją wyższego stopnia. Skąd o tym może wiedzieć polityk, urzędnik, czy inny ananas obdarzony władzą? Ano znikąd, bo pewnie na co dzień otaczają go podobne deklaracje i wyrazy najwyższego uwielbienia. Co najwyżej zweryfikuje osobę, z którą rozmawia u przychylnych mu młodych dziennikarzy, którzy nie dość, że są idiotami, to na dodatek prześcigają się w serwilizmie w stopniu wprost nieprawdopodobnym. Ponoć niektórym pali się w związku z Emi pod tyłkami, z czego bardzo się cieszę, ponieważ są to ludzie najzwyczajniej w świecie wstrętni.
Sama myśl, że można wymieniać na prywatnej poczcie twittera uwagi poważnej rangi, albo co lepsze spiskować z osobami, których nie znamy jest co najmniej dziwna, a uważać to za prywatne i niedostępne… Tu brakuje mi słów. Ku nauce, nie żeby się chwalić, bo nie mam czym, ale prywatnie rozmawiam tylko z ludźmi, których znam. Niekoniecznie osobiście, ale na przykład z blogosfery i mam o nich dobre zdanie. Z zasady nie otwieram też żadnych załączników. To jest elementarz. Myśl bowiem, że ktoś podsuwa akurat mnie jakieś istotne dla spraw państwa materiały jest absurdalna w najwyższym stopniu i podejrzana, choć warto pamiętać, że ja nic, ale to kompletnie nic nie znaczę.
Przed kliku laty dostałem materiały z wnętrza Platformy Obywatelskiej i wówczas przerobiłem je, bo były naprawdę fajne i zabawne, na teksty humorystyczne, że niby tak sobie wyobrażam kulisy ówczesnej władzy, a i tej zabawy zaniechałem, gdy zorientowałem się, że to tylko element wewnętrznej rozgrywki w PO. Kto ciekawy może je sobie znaleźć w necie, ale ostrzegam, że to nadal tylko teksty humorystyczne. To chociaż były informacje od osób publicznych, których tożsamość była dla mnie jawna. I to są właśnie tytułowe „niemoralne propozycje”. Potem miałem jeszcze do czynienia z dziennikarzem, który był wówczas zagrożony a dzisiaj zaszczytnie jest redaktorem naczelnym pewnego szmatławca, ale to już było za głupie, żeby na tej kanwie choćby sobie żartować. Ostrzegam, nigdy nie łapcie się na podobne chwyty, na informacje o sprawach, które tylko wy możecie upublicznić i temu podobne brednie. Nie zwracam się tu do polityków czy urzędników, bo oni i tak nie zrozumieją, ale do was mili blogerzy i komentatorzy. Dla tych pierwszych mam tylko taką radę: Jak nie umiesz pływać, to nie próbuj przepłynąć jeziora, choćbyś uważał się za tego jeziora kierownika, bo pewnikiem utoniesz.


Wracając do obecnej afery pragnę zauważyć, że dziennikarze i politycy, którzy tak przeraźliwie wrzeszczą z jej powodu tak naprawdę zgoła jej nie rozumieją. Dobre i jednocześnie złe jest to, że szersza publiczność także.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Radykałowie w objęciach

Popatrzcie na waszych ulubionych radykałów z gębami pełnymi frazesów. Kukiz, pierwszy obywatel, który uwiódł niezgorsze rzesze twórczo rozwijając idee ruchu śp. profesora Przystawy teraz obściskuje liderów PSL, partii ucieleśniającej partyjny oportunizm i nepotyzm współczesnej Polski. Drugi Zandberg, który naiwnym wydał się socjalistą szczerze społecznym, rzuca się w objęcia partii komunistycznych zdechlaków, w objęcia SLD, które ma być cennym sojusznikiem naszych złodziejskich liberałów. I nadal gęby pełne frazesów. Jeden o konserwatyzmie, zgodzie, drugi Marks wie o czym, chyba o konieczności zwarcia szeregów. Gdyby Zandberg zgolił, a Kukiz zapuścił brodę mogliby się zamienić miejscami, bo są identyczni przynajmniej w jednym. Obydwaj przepieprzyli ostatnie cztery lata. Po biblijnemu, z prochu ludzkich nadziei powstali i w proch te nadzieje obrócili.
Tak bywa, ale zabawne jest to, że dobrze im z tym, że już tchu nabierają, by znowu kusić naiwnych. Tyle tylko, że obciążeni świeżo nabytym balastem oraz czteroleciem pieprzenia w bambus nie są w stanie wywołać jakiejkolwiek fali społecznej. Jeszcze myślą, że są wynajętym mieczem, a stali się ozdobą na tarczach skończonych łajdaków. Będą nimi wywijali w ogniu wyborczej walki, razy na ich łby będą zbierali. Taki widać los radykałów, że zawsze są produktem jednorazowego użytku. Potem już tylko zabiegają o przetrwanie, gdy mocodawcy ich wzlotu tracą cierpliwość. Ze wszystkich idei, które zdobiły ich polityczny byt została jedna i do tego bardzo prosta: za wszelką cenę odsunąć PiS od władzy. Reszta jest czczym gada-niem, ponieważ chodzi tylko o taką właśnie kalkulację polityczną. I wszystko byłoby pięknie, ale z powodu pewnej ułomności umysłowej, o której kiedy indziej, ci stratedzy sądzą, że w tych koalicjach jeden drugiego wspiera, że jeden drugiemu ciężary nosi, że jeden załatwia sprawy organizacyjne, a drugi przyciąga wyborców swą charyzmą…
Nie widzą, że tego, co powinno być od dawna jasne dla każdego przeciętnie rozumnego człowieka, że te zalety są niweczone przez to, że jeden drugiego jednocześnie topi oraz unieważnia. Dla doraźnej korzyści kilkudziesięciu osób lekką ręką niszczy się tożsamość ugrupowań politycznych, która dotychczas była tym, co utrzymywało je na powierzchni. Rozumiem, że Kukiz ma pozyskać dla PSL głosy w miastach, a Zandberg z Biedroniem dla komuchów głosy miejskiej i nowoczesnej młodzieży. No proszę… Oto są efekty zapaści wykształcenia matematycznego! Oni, wystawcie sobie państwo biorą potencjalne elektoraty poszczególnych partii i je po prostu sumują. Bardziej świadomi ujmują z otrzymanej puli pięć, sześć procent, a powinni co najmniej dwadzieścia. Efektem rozczarowanie podobne temu ostatniemu, przeżytemu przez nich przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego. Nauka oczywiście poszła w las, z czego należy się jedynie cieszyć.
Mieliby pewne szanse, gdyby utrzymali choć tę przegraną koalicję, ale zwyciężyła najwidoczniej chęć zamknięcia wszystkich możliwości poza tymi, którymi zarządzają. Nie dadzą swoim fanom, których dotychczasowe wybory i tak świadczą o nieprzesadnej lotności, czasu na zorientowanie się w kwestii dla antypisu podstawowej, a mianowicie na kogo opłaca się w końcu głosować, żeby zaszkodzić Kaczyńskiemu? A przecież tylko o to chodzi! I jeszcze uwaga na koniec, uwaga o czymś pozornie nieistotnym. Otóż w ciągu minionych czterech lat bardzo, ale to bardzo wielu wyborców wymieniło dowody osobiste. Ostrzegam, żeby potem nie było płaczu i wrzeszczenia o faszyzmie, gdy ktoś solidnie zabierze się za sprawdzanie podpisów poparcia, a jest to dzisiaj zadziwiająco łatwe.

sobota, 17 sierpnia 2019

Wojna domowa

Codziennie dociera do mnie bełkot jakiegoś idioty o grożącej nam wojnie domowej. Jest to niewątpliwie stopień wyższy ględzenia o dramatycznym, bezprecedensowym podziale polskiego społeczeństwa. Bierze się radykałów razem z ich zachowaniami oraz emocjami i pod-pisuje się nimi wielkie grupy społeczeństwa. Dopiero, jeśli ktoś szczerze uwierzy w tak jawne nadużycie, staje się podatny na rozważania o czekającej nas wojnie domowej. Wczoraj, nie śledząc jakoś specjalnie mediów natknąłem się na dwie takie wojny. Jedną zapowiadał Wałęsa, drugą Ferency. Niby wiadomo, że głos tego pierwszego do niczego nie powinien się już liczyć, a drugi klepie brednie jak na polskiego aktora przystało, ale ostatecznie są to głosy, które pojawiły się w przestrzeni publicznej, a nie są incydentem tylko codziennością. Do tego Ferency twierdzi w wywiadzie dla Onetu, że Europa nie zniesie takich antagonizmów w Polsce i pozbawi nas niepodległości. No ładnie.
Staję bezradny wobec takiego małpiarstwa, bo naprawdę nie jestem w stanie pojąć, jak te ponure pętaki wyobrażają sobie wojnę domową pomiędzy Polakami. Chyba nas wszystkich mierzą poziomem własnej fiksacji i sami pod pozorem troski dyszą na krwawo chęcią zemsty. Dobrze, ale zemsty za co? Miałbym w ramach tej wojny domowej napaść na znaną mi działaczkę PO, zresztą sympatyczną, bo gardzę Tuskiem? A może ona, zgromadziwszy aktywistów Platformy, miałaby najechać mój dom i uciąć mi łeb? O! Tyle, że moje suczki by ich przegoniły. Taka to wasza wojna domowa. Powtarzam, bo już to kiedyś napisałem: Każdy, kto straszy wojną domową powinien dostać trzy razy w pysk. Raz dla otrzeźwienia, drugi, dla nauki, a trzeci ku pamięci.
Nie musiałbym o tym pisać, gdyby w Polsce nie wyprowadzono za drzwi polityki, jako zbędnej w starciu ideologicznym. Zastąpiono ją szeregiem akcji i reakcji, a efektem takich działań jest zdumienie opozycji, że ciemny lud nie reaguje na tak efektowną zanętę. Przed trzema laty szczerze antypisowski przyjaciel tłumaczył mi dzikie zachowanie posłów opozycyjnych w sejmie dojmującym poczuciem bezradności, jakie ich ogarnęło, gdy zauważyli, że jakimś cudem znaleźli się w mniejszości. Miałem to za wielkie głupstwo, ale dzisiaj to się jakby potwierdza. W szerszej skali stoją bowiem przed murem, którego znanymi sobie metodami nie potrafią skruszyć. Nie wierzą w argumenty gospodarcze i polityczne, w związku z czym wydzierają się jak najgłośniej mogą. Sprawia to wrażenie, jakby ich celem była tylko i wyłącznie konsolidacja własnych szeregów, nie naturalny wydawałoby się cel, czyli wygranie wyborów i odzyskanie władzy. Być może stąd bajanie o wojnie domowej, wyłażąca z podświadomości idea rozlewu krwi jako remedium, a może naiwna próba zwycięstwa przez zastraszenie. Nie wiem, ale jedno jest pewne. Mianowicie to, że dzisiejsza sytuacja, a wiele wskazuje, że i jutrzejsza jest dla nich nienormalna w każdym możliwym aspekcie. Co pozostaje, poza marze-niem ukrytym pod troską, poza majakiem, że Polacy chwycą się za gardła, że pomoże obca potęga? Ano, coraz wyraźniej widać, że nic.
Błąd tkwi w tym, że przeceniają poziom emocji własnych zwolenników. Pomiędzy niechęcią czy pogardą dla PiS czy Kaczyńskiego, a chęcią wzięcia udziału w przelewie krwi jest tyle przestrzeni, że z powodzeniem zmieściłby się w niej cały Układ Słoneczny. Dużo łatwiej byłoby zastanowić się nad swoimi codziennymi poczynaniami, bo może skończyć się i tak, że za rok czy dwa, jacyś dzisiejsi zwolennicy opozycji poczują dziwną chęć stworzenia poważnej partii centrowo-liberalnej, ale bez obecnych polityków, nie z ich nadania, nie z woli antypisowskich mediów i bez pomocy podstarzałych służb PRL. Ot, tak sobie, bo chyba wolno? To wcale nie jest nieprawdopodobne, o ile tylko ludzie o podobnych poglądach zauważą, że działalność dzisiejszej opozycji służy dewastacji ich własnych, prywatnych emocji. Powtarzam, żadnej „wojny domowej” nie będzie, a każdy o niej wspominający, bez względu na stronę po której stoi, co powinien dostać? Ano, trzy razy w pysk. Na taką przemoc się zgadzam i takiej wojnie z jawnym przecież zbydlęceniem chętnie przyklasnę, bo krew i zniszczenie, to nie jest figura retoryczna, którą wolno się bawić.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Tęczowa zaraza i szczepionka, która już jest w drodze

Rzecz w tym, że nie tylko przyzwyczailiśmy się do kreowanych przez lewackie media lawin czystego małpiarstwa periodycznie spuszczanych na nasze głowy, a jakimś cudem zdołaliśmy wyznaczyć strefy bezpieczeństwa, z których spoglądamy na te niezbyt urocze w swej istocie widowiska. Oglądane z boku czy z góry, przestają robić wrażenie wszechogarniającego kataklizmu. Widać za to doskonale mechanizmy każdej kolejnej hucpy. Po prostu brak sukinsynom środków, aby jednocześnie sprowadzić kilka takich lawin, a nie mam tu na myśli pieniędzy, bo promotorzy zła mają ich w nadmiarze.
Fakt, że w większości europejskich państw zatryumfowali zamydla im ślepia. Próba odwracania znaczeń, manipulacje językiem i stygmatyzacja przeciwników… Wszystko niby robią jak należy, ale na chybcika, nieporządnie, a w sferze politycznej bez przekonania. Stąd, gdy ktoś posłuży się prawdziwym słowem, nazywając rzecz po imieniu, albo zauważy i opisze łańcuchy przyczynowo-skutkowe podnosi się nieprawdopodobny jazgot, ale właśnie w tym rzecz, że cały ten zgiełk generowany przez jawnych medialnych łajdaków, nikogo nie przekonuje, a gdy nawet gdzieś przypadkiem dotrze, raczej złości i śmieszy.
Powiedział arcybiskup Jędraszewski o tęczowej zarazie, to zaraz medialne małpy obrażonymi katolikami, zaraz na sztandarach lewactwa Chrystus, ale ten Chrystus, wedle ich gustu uczyniony to tylko pierze z ich prywatnych rozprutych poduszek, nie żaden Bóg. Dziwni są także obrońcy biskupa, którzy podnoszą, że mówił o ideologii, nie o ludziach. Paradne! Znaczy się, że nie można atakować, na przykład, zdrajców, a jedynie pojęcie zdrady jako takiej. O, właśnie!
Przecież cała ta banda, która swą aktywnością próbuje nieudolnie zatruć nasze życie, to jawni zdrajcy, z tym tylko, że nie zdradzają państwa, ani narodu, a całą cywilizację i związaną z nią kulturę. Są jak ludzie, którzy depczą tarczę, która służy ich własnej obronie. Jak ludzie, którzy z wyżyn swej pokracznej ideologii chcą patrzeć na jej zagładę. Być może sądzą, że tryumf wyniesie ich tak wysoko, że sami będą nieosiągalni i bezpieczni w kokonach wypracowanego statusu, ale do tego jest potrzebny powrót do ustroju opartego na realnym niewolnictwie. Aby tego dokonać, aby ludzie zrzekli się swoich praw potrzebna jest wojna, związana z nią przemoc i ostateczne zerwanie wszelkich hamulców, a po niej już tylko światłość i światłość.
Tyle tylko, że żadnej takiej wojny nie będzie, a co najwyżej lewactwo dostanie po łbie, a do tego akurat tam, gdzie najmniej się dostania po łbie spodziewa. Szczepionka jest już w drodze.

wtorek, 30 lipca 2019

Polityka dewastacji emocji. List do wyborców PiS


Media i sprzęgnięta z nimi klasa polityczna codziennie używa narzędzi służących już nie polityce, zwycięstwu wyborczemu czy pozyskaniu sympatii, a służących wprost do dewastacji Waszych emocji. To jest bezczelność! To jest deptanie Waszych dusz i czynienie ich podległymi. Wystarczy przejrzeć medialny zapis ostatnich dni, by zauważyć, że nie ma tam ani jednego ściśle politycznego problemu, a przede wszystkim ani jednego odwołania się do Waszego rozumu. Macherzy najwyraźniej sądzą, że takowego nie posiadacie.

Odkąd polityczni troglodyci opozycji zrozumieli, że nie są w stanie przekonać Was do głosowania na siebie, rozpoczęli kampanię zniechęcającą Was do udziału w wyborach. To pokłosie nieoczekiwanej klęski w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przed ogłoszeniem wyników byli pewni, że zwiększenie frekwencji da im oczekiwany bonus, a rzeczywistość jak zwykle ich zaskoczyła. Przez chwilę zastanawiali się nawet, czy nie wrócić do normalnej polityki, ale jak tylko ochłonęli, dali się podpuścić na stworzenie trójgłowego politycznego smoka, licząc na to, że to co stracą na codziennym propagowaniu świństwa, odzyskają dzięki ukrytym, atakującym ich teraz sojusznikom. Taka taktyka zakłada, wbrew deklaracjom, ograniczenie chęci do głosowania mniej zaangażowanego politycznie elektoratu. Odkryto, że można osiągnąć cel działając na emocje tak długo, aż ludzie zmęczą się intensywnością serwowanej im ohydy.

Pozornie jest to działanie pozbawione sensu, ale jak się bliżej przyjrzeć jest to powielenie metody użytej na początku lat dziewięćdziesiątych. Wtedy udało się najpierw wmówić ludziom, że wszyscy politycy są w zasadzie tacy sami, że wszyscy są kłamcami, hipokrytami oraz łajdakami. Na takiej operacji, co zrozumiałe, lepiej wyszli politycy, którzy codziennie nie deklarowali przywiązania do triady: Bóg, Honor, Ojczyzna. Tyle tylko, że podglebiem operacji były nieudolnie przeprowadzone reformy gospodarcze, które poraniły rzesze ludzi i stosunkowo łatwo było odwołać się do słusznego resentymentu wobec polityków wyklutych z dawnej Solidarności. Ówczesne zwycięstwo komuchów osiągnięto właśnie dlatego przy zadziwiająco wysokiej frekwencji, która powtórzyła się dopiero w 2011 roku, gdy naród poparł PO blokując złowrogi PiS, o którym starannie wykreowany vox populi szeptał, że chce doprowadzić do wojny z Rosją. Teraz rzecz jest w zasadzie nie do powtórzenia, ze względu na szczupłość i ograniczony zasięg oddziaływania grup społecznych, które czują się poranione rządami Prawa i Sprawiedliwości, a Rosję zastąpiły przepychanki z unijnym lewactwem. Dlatego nie ma już miejsca, ani na wielkie lęki, ani na pragmatyczną, wynikającą z codziennego doświadczenia odmowę.

Czekają nas trzy miesiące nieustającego jazgotu na dosłownie każdy temat, a szczególnie na tematy, które obchodzą naprawdę niewielu. Ludzie dziwią się, że machina propagandowa opozycji skierowana jest jakby do wewnątrz i służy utwardzaniu już posiadanego elektoratu, który jest dalece niewystarczający, by przejąć władzę. Nie, moi mili, to nie jest brak konceptu, a koncept właśnie. Zatruć i udręczyć, nie rządzących, a Was, którzy będą mieli wpływ na kształt przyszłego sejmu. To działanie obarczone dużym ryzykiem, ale jedyne możliwe. Pomysły polityczne w rodzaju „sześciopaku Schetyny” pojawiają się tylko dlatego, że wypada coś pokazać, a publiczne rozebranie się lidera do naga, jeszcze nie wchodzi w grę. Starannie przygotowaną bronią opozycji jest bezczelność i niewiarygodna wprost nachalność w pokazywaniu siebie, czy środowisk, które wydają się jej pomocne, jako ofiar. To oczywiście liczenie na sentymentalizm i łatwowierność ludzi, ale przede wszystkim na zmęczenie ciągłym zastanawianiem się, kto ma rację. To próba sprzedaży pakietu o niejasnej zawartości, ale przede wszystkim chodzi o zniechęcenie do kupowania w ogóle, że posłużę się taką trochę nieudolną alegorią.

Osobiście mam koncepty opozycji za błędne, ponieważ wynikające z dziwacznego przeświadczenia, że poza polityką i mediami niczego nie ma, a na przykład trwa lato. O, właśnie lato. Nie wiem, czy politycy opozycji jeszcze jeżdżą oglądać zwykłych ludzi, czy już im się to sprzykrzyło. Wiem za to, że do dnia wyborów nie wrócą do polityki, ponieważ zajęci będą wrzaskami oraz codziennymi pokazami własnej głupoty. Pojutrze rocznica Powstania Warszawskiego, czyli okazja by jazgot wznieść na wyższy poziom. Już poseł Misiło spróbował, ale został zgaszony, bo nie z tej paszczy trójgłowego smoka wystaje jego łeb. Czeka nas właściwa powtórka tego samego wyczynu. Rada taka, nie dajcie się zadręczyć, a emocje trzymajcie w odwodzie na wypadek spraw poważnych, a jakie to sprawy zdecydujecie sami, nie zakłamane media.

środa, 17 lipca 2019

Nasi miażdżą redaktora Mazurka

Pan Mazurek zaatakował panią Holecką, ta odpowiedziała w stylu charakterystycznym dla programu, który prowadzi i dla mnie byłby to koniec komedii, ponieważ wojny dziennikarzy nic mnie nie obchodzą, a sami dziennikarze obchodzą mnie w stopniu możliwie najmniejszym, ale użyte przy okazji sporu argumenty już tak, ponieważ pokazują, jak znaczące spustoszenia dokonały się w umysłach ludzi, którzy na co dzień z prostego amatorstwa lubią komentować politykę. Pomijam inwektywy skierowane wobec wrażego redaktora, zarzuty zdrady, także z finansowej zawiści wobec sukcesu dziennikarzy patriotycznych w rodzaju pani Holeckiej właśnie. Linia obrony programów informacyjnych i publicystycznych produkowanych przez TVP wygląda mniej więcej tak:
Po pierwsze, TVP uprawia nachalną propagandę, ale jest to jedyna możliwa odpowiedź na nachalną propagandę uprawianą od lat przez zaprzyjaźnione z opozycją media w rodzaju TVN. To trochę na zasadzie, że skoro mój sąsiad lewak leje żonę, to i ja, choć jestem łagodnym, religijnym patriotą, też muszę swojej przyłożyć. Inaczej rzecz ujmując, łajdackie to wszystko bardzo, ale to nasi łajdacy. No dobrze, ale czy propaganda musi ociekać wazeliną, a mówiąc o politycznym przeciwniku należy utwardzać ton głosu, tak by całość przypominała parodię komuszej kroniki filmowej?
Po drugie, chodzi o złamanie monopolu informacyjnego. Szczególnie zabawny argument, bo współcześnie jest tak, że w mediach informacja bez interpretacji nie istnieje, zupełnie jakby ludzie nie potrafili samodzielnie wyciągać wniosków. Może i tak jest, nie wiem. Jeśli już, to chodzi o złamanie monopolu interpretacyjnego. W tym miejscu wracamy do punktu pierwszego, a problem tkwi w estetyce. Co ciekawe ludzie namiętnie wynoszący i wielbiący poetę Herberta wydają się nie rozumieć, że ta cała estetyka jest naprawdę pomocna w życiu. Można jej nauczać w dziurawych portkach i chodząc boso, ale nie da się mając dziurawą czy
niedomytą duszę.
Po trzecie, ta propaganda nie jest dla ciebie, ponieważ jest skierowana do prostych ludzi. To chyba najpaskudniejszy argument, bo akurat ja jestem człowiekiem najprostszym z możliwych, a zdzierżyć jej nie potrafię. Mówiąc wprost, tak musimy, bo nasi odbiorcy są głupi. No pięknie! – Jak mawia Powolniak w serialu „Co ludzie powiedzą”. Na boku zauważę, że trudno mi wyobrazić sobie człowieka, który odczuwa satysfakcję słysząc tysięczny raz, że totalna opozycja to czy tamto… Nie wiem, bo nie oglądam, ale czy ten cały TVN też każdą informacje o rządzie okrasza podobnym zwrotem?
Po czwarte, trwa wojna i to są nasi żołnierze na medialnym froncie. W tym miejscu pozostaje tylko poinformować zebranych, że na razie nie trwa żadna wojna. Przy okazji wojennej mogę tylko nieśmiało przypomnieć, jak żołnierze medialni II Rzeczpospolitej donosili we wrześniu 1939 dla podniesienia morale ludności o licznych sukcesach naszej armii, z bombardowaniem Berlina włącznie. Nie wiem, czy ktoś w to wierzył, ale ludzie lubią wierzyć w dobre informacje i nikt nie zapytał, co z tymi, którzy w związku z wiarą w prawdomówność mediów podjęli złe decyzje i na przykład zginęli. Ups i tyle.
Po piąte i najgłupsze, dzięki takiej propagandzie PiS wygrywa. To już przypomina żywcem obwieszczenia Tomasza Sakiewicza, że dzięki niemu i Gazecie Polskiej, PiS wygrało wybory w 2015. Nikt specjalnie nie podchwycił tego wątku i pan Tomasz szczęśliwie przycichł, ale widzę, że ten koncept odżywa i jesienią możemy mieć powtórkę z panią Holecką i towarzystwem na czele, no chyba, że złośliwy, pazerny i nad wyraz chamski redaktor Mazurek przeszkodzi w tryumfie dobra nad totalną ze wszech miar opozycją.

niedziela, 14 lipca 2019

Dylematy opozycji

Słuszny i pożyteczne dla opozycji zgromadzonej wokół Platformy Obywatelskiej był brak jakiegokolwiek programu. Wbrew pozorom ten stan służył im o tyle, że fani opozycji mogli sobie sami dopisywać, co tam im przyszło do głowy, a nawet tworzyć dowolne koalicje. W kupie chmurę tych rozmaitych wyobrażeń trzymała wspólna nienawiść do potwornego Prawa i Sprawiedliwości. Teraz mają swój program, który choć niejasny co do realizacji, infantylny do granic możliwości, jednak stanowi jakiś punkt odniesienia. Diabeł ich chyba podkusił. Tu wtrącę anegdotkę, o mojej świętej pamięci sąsiadce, która wybrała się na pielgrzymkę do Bieniszewa. W drodze powrotnej fatalnie zmokła i swoje rozczarowanie wyraziła słowami: - Diabeł mnie podkusił iść na pielgrzymkę! No właśnie.
Rzecz w tym, że porażkę opozycji w zbliżających się wyborach można było stosunkowo łatwo przewidzieć pół roku po przegranych kampaniach w 2015 roku. Wybór kursu na męczącą, nieustanną konfrontację z rządzącymi oraz zupełne niezrozumienie przyczyn porażki, to wy-starczające powody, a można jeszcze dodać tuzin drobniejszych. Pierwszy punkt jest chyba jasny, bo przecież z własnej woli opozycja dorobiła sobie gębę okropnie bezmyślnych, a namolnie wrzeszczących z sejmowej mównicy pań z Nowoczesnej i jeszcze gorszych chłoptasiów o twarzach, jak pisał poeta pszenno-buraczanych. Eksces, wrzask, podejrzane indywidua na „barykadach postępu” i ciągłe zapewnienia, że już teraz, że za chwilę… I te pogróżki, co niby zrobią z politycznym przeciwnikiem, jak dojdą do władzy. To jest właśnie starannie wypracowany wizerunek ludzi niepoważnych i kłótliwych, którego z dnia na dzień nie da się unieważnić.  
Żadnych sensownych wniosków nie wyciągnięto z wyborczych porażek. Od lat królują proste, prymitywne wyjaśnienia, że 500+, że sowie taśmy… Samo gadanie o tym jest już grubym błędem politycznym, ustawiających wyborców, których chce się odzyskać czy pozyskać, na pozycji pazernych sensacjonistów. Wszystkie, choć trochę poważniejsze analizy były i są natychmiast odrzucane, ponieważ przekonanie o własnej wyższości jest w opozycyjnej bańce polityczno-medialnej tak silne, że wymaga absolutnej akceptacji, podziwu i oklasków.
Opozycja miała cztery lata, by przemyśleć odpowiedzi na klasyczne pytania, skąd się wywodzą, kim są i dokąd zmierzają, a wymyśliła, że trzeba obalić rządy Prawa i Sprawiedliwości. Nic więcej. Reszta to kwestie techniczne w rodzaju: Z kim iść w koalicji, z kim nie iść, a kogo stanowczo wykluczyć. Bardzo zajmujące dla elektoratu, a nawet obarczone grubym błędem logicznym wynikającym z prostego do prymitywizmu sumowania elektoratów, o czym przekonaliśmy się podczas wyborów do PE.
Teraz wyskakują z programem w stylu „dla każdego coś miłego” i patrzą ciekawie, jak też naród zareaguje, o ile im wzrośnie poparcie. W tym miejscu powinienem wyrazić zdumienie pychą tych dziwnych ludzi w sposób adekwatny, czyli nieparlamentarny, ale tym razem się powstrzymam. Oni po prostu nie mogą pojąć, że same obietnice są niewiele warte dla ludzi, bo gdyby były, to wybory wygrywałyby partie skrajne, gotowe obiecać wszystko i wszystkim, a przecież tak się nie dzieje! Dla ludzi nieprzesadnie zainteresowanych bieżącą polityką, a takich jest znakomita większość, liczy się bowiem nabywane latami ogólne wyobrażenie o politykach i stanie państwa, a przede wszystkim stabilność. Przecież sami to widzą, a nawet wychwalają, gdy rzecz dotyczy wyborów samorządowych. Ba, na tej zasadzie rządzili osiem lat Polską i pewnie rządziliby nadal, gdyby PiS nie zmieniło strategii, odrzucając umoralniające gadki i wyrażanie świętego oburzenia na patriotyczno-moralną niedojrzałość ludu.
Do tego dochodzi, niestety dla PO i całej reszty, wiarygodność. To są progi, których opozycja nawet nie próbuje forsować, a jeśli nawet, to w sposób zmieniający te starania w istną parodię. Przejawem tego nieintencjonalnego komizmu jest obecna kampania wyborcza i całe to wychodzenie do ludzi. Raz, że wbrew oczekiwaniom pomysłodawców wygląda to na przejaw skrajnej pychy. Dwa, że jest prowadzona na poziomie iście gówniarskim, a trzy, że jak wszystkie kampanie opozycji jest skierowana do wewnątrz, czyli do fanów, ale nawet ci chyba zauważyli, że całość jest czymś w rodzaju wypracowywanego w mękach alibi.
Jakby tego było mało, ogłosili ten cały program, który oczywiście może ulec radykalnej zmianie, w zależności od tego, kto się w końcu skusi, by startować w koalicji z PO i co na niego powiedzą autorytety i media prowadzące ich wszystkich do boju.