niedziela, 12 kwietnia 2009

Argumenty współczesnych komuszków

Obudziłem się dzisiaj w ciemnościach. Wszyscy w domu śpią – tylko ja jeden, jak ten dureń zawsze w sobotę się budzę o piątej rano. Nawet nie muszę sprawdzać godziny. Aby nikogo nie obudzić, cichutko szlafrok na grzbiet – w łazience zęby po cichu i twarz też po cichu, spłuczka bardzo cichutko a w kuchni kubek z kawą również po cichu. Patrzę na kalendarz – cholera - 13 grudnia! Wszyscy będą pisać o stanie wojennym.

Kawa w kubku, ozdobionym wizerunkiem misia na wczorajszej gazecie, żeby nie stukać o blat biurka. Delikatnie obudziłem komputer. Nie ma Internetu!

Pierwsza myśl – ktoś przegiął na blogu i władza wprowadziła stan wojenny! Już się miałem ubierać i pędzić by napieprzać się pod Urzędem Gminy z naszym jedynym strażnikiem miejskim – bo jak wyczułem, on takiej okazji by nie przegapił – aby pokazać, że jednak jest władzą.

Jednak coś mnie tknęło i poruszałem kabelkiem – Jest Internet, czyli to tylko moja rocznicowa nadwrażliwość!

Bo niby kto miałby dziś coś wprowadzać i po co? No chyba, że Kaczyńscy – tak sobie pomyślałem, ale bardziej ze smutkiem, bo jak tak dalej pójdzie to za kolejne dwadzieścia siedem lat – o ile dożyję – być może gdzieś przeczytam, że Jaruzelski w 81 - działał po prostu na polecenie Kaczyńskich. A może nie będę musiał na to czekać aż tak długo?

Już teraz niektórzy różnie o tym mówią, bo przecież nie może być wielu postaci symbolizujących zło, ponieważ wprowadza to zamieszanie w papierowych i telewizyjnych głowach.

Już teraz tyle jest kręcenia i odwracania kota ogonem, że przypomina mi się rozmowa jaką kilka lat temu przeprowadziłem z prawdziwie idiotycznym komuchem. Użył on w swoim wywodzie argumentu tak głupiego, że pamiętam go do dzisiaj, mało tego i dzisiaj znajduje go – może w bardziej subtelnej formie – w rozmaitych tekstach próbujących usprawiedliwić wyczyny sowieckich pachołków, choćby takie jak ten cały ich stan wojenny.

Argument idiotycznego komucha brzmiał tak:

- Co to teraz za władza, ta cała demokracja – oni by nie umieli rozdzielić między ludzi tych wszystkich kartek! A ile to było rodzajów! I komputerów nie było – wszystko ręcznie! A my umieliśmy i każdy pracujący karki dostał!

Wtedy sobie pomyślałem, że facet jest pomylony, że z czymś takim wyjeżdża, ale przecież i dzisiaj przeczytałem wiele tekstów i komentarzy w tym duchu. Że Jaruzelski i jego pałkarze nas obronili przed nami samymi przede wszystkim, ale także przed Sowietami. Już i Breżniewa za brew wytargawszy – Nie wejdziesz łobuzie do Polski!

Że miała być wojna domowa – ba, że to była wojna domowa! Za tę "wojnę domową" to bym tłukł, bo to wyjątkowe świństwo tak napisać. Już i komuszek zapateruszek wziął się za tłumaczenie historii tą metodą.

Już przecież czytam, że zwolennicy PiS to dawni moczarowy, komuchy oraz ich dzieci a być może nawet wnuczęta w powiciu zaczadzone ideą redystrybucji dóbr. Już czytam, że Prawica to to samo co ZOMO a dokładnie to czytam takie oto słowa:

„Ta krótka migawka pokazuje jedno: prawicowo-katolicka młodzież nie różni się mentalnie od zomowców. Katolicyzm, o którym tyle mówią, nie sprawił, że są lepszymi od podwładnych Kiszczaka.

Katolicyzm nie ma widocznie mocy leczenia swoich wyznawców z pogardy wobec innych ludzi” – Tak napisał dzisiaj na swoim blogu, Pan Walpurg ( rzecz dotyczy naplucia w gębę komuchowi podczas pikiety pod domem Jaruzelskiego, co można było obejrzeć w TVN24 )

I teraz tylko zostaje ładnie to wszystko spleść w jeden warkoczyk, bo przecież ogólnie wiadomo, że większość partyjniaków tak boczkiem chadzała do kościoła, chrzciła swe dzieci, że przecież chłopaki z ZOMO nie byli znajdowani w kapuście tylko mieli jakichś przodków, najpewniej katolików. I tak splatając te brednie w warkoczyk już moglibyśmy wysnuć tezę, że stan wojenny wprowadzili katolicy!

I byłby winny z prawdziwego zdarzenia, i mógłby ktoś napisać dzieło „Od inkwizycji do stanu wojennego – Z dziejów polskiego katolicyzmu”

Ale piszę w trybie warunkowym, bo skoro stan wojenny był dobry a nawet zbawienny – jakże oddawać jego autorstwo katolikom, prawicy czy nawet Kaczyńskim?

Niby to nęci, ale 44% nie w kij dmuchał. I tak się trzeba wić niestety, bo jakby nie zakłamywać, jakich by nie użyć sztuczek – w końcu tak czy tak macherzy od historii stają przed tradycyjnym dylematem: „Albo rybka albo pipka” Inaczej – kulturalniej - W„1984” Orwella możemy przeczytać taką wyliczankę:

Oto ciastko! Możesz zjeść połowę, a to topór, który zetnie ci głowę… I to tyle.

Emerytury takie i owakie. Titanic tonie

Rozpisywanie się o jakichś emeryturach, na dodatek „pomostowych” czy nawet „kładkowych” nie ma większego sensu, ponieważ wkrótce, że „pojadę” Witkacym, który „pojechał” Mickiewiczem:

„Żadnych już emerytur na szczęście nie będzie

i tylko świństwo bezszelestnie rozpełznie się wszędzie”

Bo niby, dlaczego miałyby być te emerytury? Że są?

Wiele rzeczy jest a ich nie będzie, podobnie jak wiele rzeczy było a ich nie ma. Innych, tak jak emerytur nie było - teraz są - a wkrótce ich nie będzie. Czy kogoś rozsądnego może to dziwić?

Całkiem niedawno nikomu nie wpadło do głowy - by systemem emerytalnym obejmować rolników. I co? Nie było chętnych do rolniczenia, rolników? Umierali po rowach i na wielkomiejskich śmietnikach?

No tak – ręce do pracy były potrzebne w przemyśle to się rwało struktury społeczne i wszystko było ok. Synkowie przy maszynie, a ojcowizna dla państwa za emeryturę.

I można się było bawić w spółdzielnie i różne takie nowomodne wynalazki, które dawno diabli wzięli, a obecnie gromadzą różni tacy w ramach akcji „ Żywią y bronią”

Wszystko diabli wzięli, ale KRUS został, bo nawet diabeł ma trochę rozumu pod rogami, i się od tego tworu odwrócił - i nie wziął.

Złośliwi mówią, że budżet piekła by padł, gdyby diabli wzięli KRUS.

Ale co tam KRUS przy ZUS i funduszach emerytalnych? Chłop, nawet postarzały i w ciemię bity jakoś sobie da radę na zasadzie: „Tu ziemniaczek a tam świnka, zupa z pokrzyw lub boćwinka”

Ale co z resztą, rozbyczoną myśleniem o złotych latach oczekiwania na śmierć i comiesięczną wizytę listonosza?

A tu jeszcze zdrowe byki kilka lat starsze ode mnie, albo w niektórych przypadkach młodsze – już łakną nie tyle odpoczynku - a raczej coś jakby drugiego etatu – jako pierwszy traktując swe zasłużone emerytury.

I ja to rozumiem!

Mało tego – Ja to popieram! Popieram dawanie wszystkim chętnym – przynajmniej lewiatan współczesnego państwa szybciej zdechnie, a tuż przed oddaniem się urokom agonii ukaże ludziom swoje prawdziwe oblicze.

Co to w ogóle za gadanie z tymi pomostówkami?

Pracowałeś tyle a tyle – wpłaciłeś tyle a tyle – w związku z tym, wedle naszych szachrajskich wyliczeń dostaniesz człowieku tyle a tyle.

I tyle.

Ja pracuję 25 lat i na przykład już mam dość. Idę – kalkulator „Mewa” w ruch

– Panie Jarecki – należy się panu 470 złotych brutto.

- Dziękuję bardzo i całuję rączki pięknych pań! Oczywiście przechodzę na emeryturę!

I idę sobie pracować dalej. Należy mi się emerytura wynikająca z szachrajskich wyliczeń urzędu czy nie? Pewnie, że mi się należy – należy mi się jak psu miska do popilnowania!

Zresztą to tylko takie teoretyzowanie, bo jak wspomniałem na początku – te całe emerytury to jest „szpas i bujda” a także tumanienie prostych ludzi.

Weźmy Homera. Czy Homer przeszedł kiedykolwiek na emeryturę?

Albo taki Abraham Lincoln? A gdzież tam – został zastrzelony w teatrze!

Jakiś maruda zaraz się odezwie, że jego nie stać na teatr! To żadne tłumaczenie, odkąd każdy na własną rękę może umrzeć z nudów przed telewizorem.

Zresztą to i tak nie ma znaczenia, odkąd nie respektuje się ani praw nabytych ani podjętych zobowiązań. Ja nawet nie muszę mieć zdania na ten temat – osobiście te kwestie mam w nosie – ale zasady, moi drodzy – zasady powinny obowiązywać nawet do smutnego końca, bo bez tego nie ma ani państwa ani obywatela.

Jest za to banda niewolników poganiana przez chimerycznych nadzorców.

Nawet jeśli Titanic tonie, to jeszcze nie jest powód by wyrzucać za burtę osoby starsze, kobiety oraz małe dzieci.

I kapitan schodzi z pokładu ostatni!Ot, znowu się nie udała podróż do krainy szczęśliwości oraz snów na jawie.

Zawsze spokojny i wyluzowany - Nawet w obliczu śmierci! - nie zaś spieprza motorówką z kasą zapełnioną cennym depozytami pasażerów – i jeszcze się szczerzy z oddali a tonącym macha ręką i pokazuje kciuk wzniesiony ku górze.

Współczesny cesarz!

Technika narracyjna "Na gęś"

Jest w Polsce partia polityczna, którą wedle sondaży popiera 60% badanych. Aby nie zostać posądzony o kryptoreklamę nie podam jej nazwy.Taki jestem!

Sześćdziesiąt procent to naprawdę dużo. Tak jak w starym dowcipie, oznacza to, że nawet u mnie w domu partia ta, której nazwy nie wymienię – ma nieco ponad trzech zwolenników.

Nie jest dziwna wysokość poparcia, bo nie takie cuda się zdarzały na świecie. Taki na przykład Fidel Castro potrafił przemawiać przez sześć godzin bez przerwy, a tysiące ludzi, co jeszcze dziwniejsze – potrafiły go słuchać bez śmiechu.

Nie dziwię się także zwolennikom tej partii, lubującym się w przytaczaniu tak znakomitych wyników, bo wiadomo przecież, że w kupie raźniej, a nawet jak nie raźniej to na pewno cieplej!

Dziwi mnie tylko, że ludzie – z racji swych faktycznych lub domniemanych przymiotów ducha, uważający się za coś lepszego od ciemnego plebsu, za elitę w pewnym sensie – nie odczuwają żadnego dyskomfortu z powodu swej nadmiernej liczebności.

Przecież, nawet gdyby pozostałym 40% odmówić jakichkolwiek przymiotów umysłowych, to nadal statystycznie nie będzie się zgadzać, ponieważ jak zauważono już w starożytności – większość ludzi jest dość głupia.

Dzisiaj większość ludzi nie czyta książek, z biedą pojmuje to, co sobie wyczyta w Super Expresie, ba – większość naszych obywateli nie potrafi pojąć informacji podawanych w dzienniku telewizyjnym, a kontentuje się produkcjami telewizyjnymi, których też nazw nie wymienię z powodu tej całej kryptoreklamy – ale kto ciekawy, sam może sobie sprawdzić czym się chwalą telewizje.

Specjaliści mówią, że partia, której nazwy nie wymienię, zastosowała techniki przekazu, techniki narracyjne niedostępne dla swych konkurentów z powodu ich zapóźnienia oraz amatorskiego podejścia do zagadnienia. Zgadzam się! Nie będę się przecież sprzeczał z fachowcami, pragnę tylko zauważyć, że aby zgarnąć tak wielu fanów – przekaz nie mógł być nadmiernie skomplikowany. Delikatnie mówiąc – mało elitarny.

Niby nic takiego, ale to w pewnym sensie nowość – bo jednak udało się przerobić swoich politycznych konkurentów z tej drugiej partii na prawdziwych potworów i sprawić, że ludzie nie odróżniający swojej lewej od prawej ręki, ani Moniki Olejnik od dębu „Bartek” rosnącego między Bartkowem a Zagnańskiem i do tego w województwie świętokrzyskim, podczas gdy Pani Monika rośnie w Warszawie - że ludzie ci poczuli się wstecznie, bo przecież w przeszłości – zastraszeni, sponiewierani i wytrąceni z równowagi.

W sumie to dość dziwne, że właściwie dojrzeli straszliwą grozę tej drugiej partii dopiero po roku, a przedtem nie bardzo, oczywiście odczuli, ale dopiero teraz mamy apogeum tego odczuwania.

Tak ponoć jest po amputacji, że chociaż noga ucięta – dopieroż boleć, swędzić i przeszkadzać.

Dla mnie jest to jakaś sztuka, no powiedzmy – podejrzana nieco - ale sztuka. Podobnie jak utrzymywanie przez ponad rok całkiem pokaźnej liczby ludzi w przeświadczeniu, że już za chwilkę pokażemy jak się rządzi a brak pokazu uzasadniając przeszkodami stawianymi przez tych, którzy co prawda nie rządzą, ale za to są wredni.

Kolejne sprawy przeciwko byłemu ministrowi, którego nazwiska też nie wymienię, są fajną ilustracją tego uwredniania przeszłości, ale uwredniania w starannie określonych ramach czasowych, bo przed rokiem 2005 wszystko było zawsze w jak najlepszym porządku. Czasem ktoś półgębkiem zauważy, że Kazimierz Wielki był k…rz, ale zaraz go zakrzyczą, że nawet jeśli, to w porównaniu z tym co we wszystkim przeszkadza, a w blokowaniu inicjatyw - mimo nikczemnego wzrostu - ma statystyki godne środkowego z NBA - to był "sam świątobliwy cadyk"

Pewnie by mnie wyśmiał Eryk Mistewicz, bo z całą pewnością takie techniki narracyjne, które potrafią zwabić zarówno profesora jak i pospolitego łachudrę mają bardzo subtelne i fachowe, z angielska brzmiące nazwy.

Ja to, co prezentuje w dziedzinie swej autopromocji, partia, której nazwy nie wymieniłem przez cały tekst – nazywam techniką „na gęś”

W pełnym brzmieniu:

„Sto lat jak gęś zjadł, a jeszcze mu w dupie gęga”

Pijar podstawowy

Weźmy jakiegoś, obojętnie jakiego polityka - ale bez nazwisk oczywiście.
Im taki polityk ważniejszy tym więcej ma okazji, żeby się ośmieszyć. Inaczej mówiąc, dać elektoratowi do myślenia. Niby zatrudniają tych speców od pijaru, ale nawet najlepszy spec wszystkiego nie przewidzi.

Polityka ubiorą, buciki wypastują, niesforny loczek żelazkiem do głowy przyspawają, ale wszystkiego nie przewidzą - mowy nie ma.

Należy zwrócić uwagę, że w starodawnych czasach ludzie wielu rzeczy uczyli się w dzieciństwie, ale potem jakoś tak to poszło - samopas.

Teraz niestety trzeba zdrowych i rumianych pięćdziesięciolatków nauczać takich rzeczy, że aż dziw bierze.
Na przykład - Co zrobić z łyżką?
Jak stać?
I żeby widelcem nie pukać się po głowie!
Żeby nie wylizywać talerza z sosu, a jeśli już przymus z powodu wybujałej łapczywości, to raczej pod stołem.
A skoro już pod stołem, to żeby po wylizaniu nie opowiadać, co się tam widziało.

Żeby publicznie w niczym nie dłubać! To jest podstawa dobrego wychowania. Nos, ucho, oko – odpadają.
O innych miejscach nie wspomnę!

To niby jest elementarz, ale cały czas trzeba pamiętać, bo jak ktoś ma nieposłuszny palec który sam dąży do ucha – na przykład - to niestety czuwać musi, bo nikt mu palca nie będzie pilnował.

To samo dotyczy stroju, ale z tym jest najłatwiej. Ubiorą go i wystarczy pilnować, żeby z czym nie wyskoczył, na przykład podczas pobytu w WC przebierając się za jakąś maszkarę. Ale od tego są ludzie! Widzę ostatnio, że trochę pilnują.

Najgorzej oczywiście jest z gadaniem.
Raz, że gadanie dla polityka zawsze jest ryzykowne, ale z drugiej strony, taki polityk co nic nie mówi, tylko stroi miny - też dziwnie wygląda.
W gadaniu niewiele można poprawić, jak już delikwent zacznie gadać. Trudno, żeby podwładny wyskakiwał i tłumaczył na żywo, co szef chciał akurat powiedzieć.

Straszne jest to, że polityk jednocześnie musi trafić ze swoim przesłaniem, zarówno do staruszka skromnego, jak i do jakiejś fajnej laski, która właśnie odebrała dowód osobisty i stała się ze zwykłej gówniary cenną wyborczynią i obywatelką.

Aby poznać dogłębnie problemy ludzi polityk ogląda telenowele w rodzaju „M jak miłość” czy „Plebania” - a żeby rozgryźć Amerykańców - „Modę na sukces”.

Najważniejsze, żeby nie używać słów, których znaczenia się nie rozumie.
Na przykład „dogging”. To prawie nowe słowo i wcale nie oznacza joggingu z psem po pobliskim parku. Chwaląc się swoim sportowym stylem życia można trafić do youtube i narobić sobie obciachu.
To był przykład "z myszką" bo autor też najnowszych słów nie zna - niestety.

Skoro nie używa jeden z drugim słów, których nie rozumie i myśli że to koniec pułapek, jest naiwny.
Najtrudniej jest, gdy zaczynają się tzw. luzackie pytania w rodzaju: Jaką książkę pan ostatnio przeczytał, jaki film zrobił na panu wrażenie, jakiej muzyki pan słucha dla relaksu?

Jeśli dopuścimy do takich pytań - tragedia gotowa. Raz, że wystawiamy własny gust na publiczne pośmiewisko, albo gust faceta od PR, który nas nauczył co czytaliśmy a czego słuchamy, co i tak idzie na nasze konto, a dwa że trzeba coś wymieniać, do czegoś się przyznać, a gusta moi drodzy są różne!

I jak tu wpasować się w gust elektoratu, żeby nie narobić sobie szydery?
Można oczywiście mówić prawdę, ale jak powiedzieć że książki to nudziarstwo, że w filmach cenię jak się kopia po ryjach, a muzyka to brzęczenie?
To bardzo ciężkie sprawy są, nawet dla takich co czytają, oglądają i słuchają.
Dla takich co niezbyt, prawdziwa tragedia.

A, i jeszcze nie można być za cwany w te klocki, bo wiara powie, że mądrala i się wywyższa.

Już lepiej tym widelcem, starannie oblizanym podczas pobytu pod stołem - po głowie publicznie się stukać!

Oblizanym bez zbędnej ostentacji i pokazywania języka przypominającego łopatkę - oczywiście.

Skromnie i z klasą.

Gadanie ludzkim głosem - ale po jakiemu?

Podobno w Noc Wigilijną, zwierzęta mówią ludzkim głosem, czyli w moim przypadku – po polsku – a jeśli po chińsku, tajsku albo po francusku - to jak wyglądam nasłuchując gaworzenia bydląt?

Wyglądam – Drodzy Państwo – na głupka!

Tak w ogóle, to nie jest chyba ustalone, po jakiemu gada się w niebie, a po jakiemu w piekle.

Niektórzy mówią, że tam i tam – po rosyjsku!

Głupstwo wielkie, tym bardziej, że świadczy o tym, jedynie ten staroświecki dowcip o kozakach wyganiających Adama i Ewę z raju.

Pop tak uczył, a na pytanie skąd wówczas ci kozacy na koniach, świstem batogów umajeni, skoro - Adam i Ewa byli pierwszą, mającą się ku sobie parką – odpowiedź była prosta:

- Kozacy byli zawsze!

Ale to Prawosławna teologia jest, którą na przykład Ojciec Bocheński lubił nazywać: -„Prawosławnym wyciem” I coś w tym jest, bo żadnego rozumu poza biciem łbem pod nogi aktualnemu carowi – trudno tam u Moskali stwierdzić. Ale nie czepiajmy się głupot i wróćmy do naszych „mniejszych braci” tym bardziej, że taki Putin nawet nie obwiesza się medalami.

Chyba pierwszy to jest car, który na szaro ubrany chodzi – z którego złoto nie kapie.

Ale czy to jest dobre, to nie wiem? Francuzi wyhodowali też takiego karakana, który w szarej sukmanie chodził. Poczytajmy o tym u Mickiewicza.:

"Przypatrzcie się - rzekł Robak - tej groźnej postawie;
Zgadnijcie, czyja? - Wszyscy patrzyli ciekawie.-
Wielki to człowiek, cesarz, ale nie Moskali,
Ich carowie tabaki nigdy nie bierali".
"Wielki człowiek - zawołał Cydzik - a w kapocie?
Ja myśliłem, że wielcy ludzie chodzą w złocie,
Bo u Moskalów lada jenerał, Mospanie,
To tak świeci się w złocie jak szczupak w szafranie"

Ale cóż mi tu wadzą Moskale?

Dziecięciem będąc, słyszałem w Wigilię – gęś mówiącą

Chwyciłem ją za gardło, a ona do mnie;

-Pofolguj chłopcze! Ajem de gęś!! !



I takim lingwistycznym cudem gęś wsławiona

z rąk maluszka została przecie uwolniona!

I jeszcze pewnie biega - na przechodniów syczy

gęś gęsięta wygęga – Strzeżmy się słodyczy! – W czas Świąt!



Podobno w Noc Wigilijną, zwierzęta mówią ludzkim głosem!



Być może w sejmie, może na salonach - w mieście Warszawie?

Ja nigdy na jawie takiego cudu przecie nie stwierdziłem

Patrzę na kota, kot z mych kolan na mnie

Że rozumiemy się – zgadniecie snadnie

Ale by mówił, by gadał nicpoty

Nie, nigdy chyba nie doszło ochoty - kotu by gadać!

By wierszem swawolić - By pisać bloga – choćby - by, by by

łapkę ustroić

W Pióro Homera!



Patrzy z kolan na mnie biedaczek skromny – powieki ciężkie

Radujące człowieka mruczenie - w całym domu jak gwiazda

A my za nim idziemy do stajenki – jakby na gotowe!

Za tym mruczeniem w którym brak jest treści

Sama radość, ciepło i dobra myśl

Kot

Już do piwnicy!

Biegiem zabijać myszy popędził!

Nim zaczną gadać po kociemu - pojutrze!

Co się wydarzy w 2009 roku? - część 2

Pies mi odpowiedział swoim zagranicznym: Hur! Hur! – I cóż mi pozostało, jak nie odejść z pustą głową. Teraz w dół, więc już bez przesadnego zmęczenia, już wyluzowany we własnej niewiedzy. I zaraz ludzie wydali mi się sympatyczniejsi – a górskie powietrze dodawało mi animuszu.

W hotelu zmarudziłem godzinę, wykąpałem się, przebrałem – w barze wypiłem kawę i przez chwile obserwowałem ludzi. Ludzie tacy jak u nas, tyle że trochę piękniejsi, choćby przez to, że nie rozumiałem co do siebie mówią po hiszpańsku. Niedaleko od mojego stolika siedzieli Francuzi, z których pogawędek też nic nie rozumiałem. I pomyślałem sobie, jakie to szczęście być w tłumie nieznajomych, dostatnio ubranych i bez wyjątku sympatycznych ludzi, jeśli nie trzeba cierpieć ich pospolitości, przebiegłości i głupoty, która objawia się w słowach.

Zapłaciłem za kawę i poszedłem na umówione spotkanie z Markiem – tym doktorantem z Łomży. Choć byłem tu pierwszy dzień, sam wybrałem lokal przy Avenida Granderos. Urzekła mnie nazwa, której nie rozumiałem. I wędrowałem ze słownikiem w ręku, wędrowałem śmiało, zupełnie tak jakbym był bywalcem, wędrowałem do „Las Brasas” by być tam jako pierwszy, by zadomowić się tym dziwnym zadomowieniem, gdy wyprzedzimy kogoś o godzinę i dzięki temu stajemy się jakby gospodarzem miejsca.

I jestem, i siadam, i oglądam kartę dań bo uznałem, że zdążę coś zjeść na wszelki wypadek, gdyż tak naprawdę nie piłem wina z nikim pochodzącym z Łomży, a do tego jeszcze w Chile.

I kelner, ciemnoskóry bożek z aprobatą kiwa głową, bo wybrałem jak miejscowy – bez wahań i popisywania się swoją cudzoziemskością.

- Cozuela de mariscos i kieliszek mocniejszego pisco.

I kelner gdy z pomocą słownika wdaję się w uszczegóławianie zamówienia, z miejsca odgaduje, że jestem z Polonia. Już się cieszy na zapas, oraz z własnego obycia i częstuje mnie wiedzą jaką posiada o Polsce:

- A Polonia! A Boniek! A Waleza! A Domeyko! – Jestem w szoku, bo nie wymienił Papa Polaco – że też zawsze mnie musi coś takiego spotkać, czyżby Prawosławny? Ale nie dopytuję się tylko raduję się wraz z nim jego niestandartową wiedzą, i oczywiście jako Polak

Prawy chcę mu odpowiedzieć w podobny sposób, ale poza piłkarzem Francescolim…Co miałem mu powiedzieć?

-A Chile! A Francescoli! A Pinochet! A Allende! – tylko Ci trzej przyszli mi do głowy, więc się głupio uśmiechając – Gracia! Gracia! – Co miałem niby powiedzieć, skoro mi facet z Domeyki zajechał? I jakie szczęście, bo ten Francescoli to znowuż Urugwajczyk. Mógłbym zarobić w pałę!

Zjadłem tę niby zupę, ale to gęste coś w stylu naszej osobliwej fasolki po bretońsku tylko zamiast fasolki i kiełbasy występują w niej tak zwane owoce morza i kawałki ryb. Nawet nie wiem co, ale dobre.

Zjadłem, wypiłem pisco – zamówiłem butelkę półsłodkiego na początek i czekając rozglądam się po sali. I znowu uderzyło mnie to samo – gęby jak gęby – ale przecież w jakiś sposób uszlachcone swą innoplemienności. Ściszone rozmowy – najbliżej całkiem zwyczajny facet ale za to z Japonką i po japońsku coś do niej szepce. Ale może to Chinka? Jeśli to Chinka to chyba nie po japońsku a po chińsku. A może Wietnamka?

Ale już wchodzi Marek, ale nie sam wchodzi, tylko z jakimś brodaczem. I z daleka machają do mnie, więc ja też macham i uśmiecham się szeroko. Ten drugi, jakże by inaczej mogło być – też Marek, ale za to z Wrocławia. Witamy się i śmiejemy nawet niezbyt głośno, ale towarzysz Japonki, Chinki lub Wietnamki, która za chwilę okaże się jednak Japonką – już do nas podchodzi z groźną miną. Ale z bliska mina już nie groźna – tylko wesoła

– Cześć! Mam na imię Marek i jak widzicie jestem tu z żoną. Czy możemy się przysiąść? Ona jest Japonką – wiecie – my mieszkamy w Osace, ale ona prawie wszystko rozumie.

I oczywiście, i wspaniale – tyle tysięcy kilometrów od kraju przy jednym stole ja, trzech Marków i Japonka o imieniu Yukari – artystka na dodatek.

I po co było się tłuc na drugi koniec świata? Siedzimy, pijemy wino i uśmiechamy się do siebie, zadowoleni że przechytrzyliśmy rachunek prawdopodobieństwa.

Co się wydarzy w 2009 roku?

Hur! Hur! – powiedział pies. Nic więcej nie potrafiłem wymyślić a miałem napisać rozsądną i wiarygodną prognozę polityczną na rok 2009. Wiem, że początek jest w porządku, ale jest trochę za mało tekstu. Chciałem zmienić na „ powiedział pan pies” ale co to znowu za pan, co potrafi tylko powiedzieć: Hur! Hur!

Tyle to każdy głupi potrafi, ale na szczęście dowiedziałem się, że w mieście Calama mieszka pewien emerytowany historyk, który tak zapędził się w studiowaniu historii najnowszej, że doszedł już do 2011 roku.

- Tak się cholera zapędziłem, że nie zauważyłem chwili bieżącej i ją niepostrzeżenie minąłem – wygadał się siedząc na werandzie swego białego domu i popijając akurat herbatę z rumem.

Usłyszał to pewien niepoważny chłopiec i wkrótce za pośrednictwem Internetu ta wiadomość trafiła przypadkiem na moją pocztę.

Ktoś powiedział: - O zaraz tam, z Chile do Polski? A dlaczego nie? – odpowiedziałem pakując walizkę i ledwie ta moja odpowiedź dostatecznie wybrzmiała w przedpokoju, już byłem w drodze na lotnisko!

Fakt, że nie trzeba prosić się o wizę, bardzo ułatwił mi sprawę. Dopiero nad oceanem przeczytałem w przewodniku, że mogłem zabrać ze sobą 10000 dolarów, 400papierosów i 2,5 litra alkoholu. Machnąłem ręką bo nie leciałem do Chile jako jakaś zwariowana „mrówka” tylko, żeby się dowiedzieć co się będzie działo na świecie a przede wszystkim w Polsce, w roku 2009!

Chciałem się dowiedzieć nie w żadnym tam komercyjnym celu, a tylko po to by szpanować na blogu. Doleciałem do Santiago, a potem okazyjnym samolocikiem produkcji czeskiej do Antofagasty. Potem oczywiście autobusem do Calamy. W autobusie, aż ciężko to sobie wyobrazić – sami chyba Chilijczycy, ale nawet się za mocno nie bałem. Trochę ich nawet nauczałem o Polsce i naszej sytuacji politycznej. Jeden taki siwawy profesore chyba coś źle mnie zrozumiał bo zażądał od kierowcy zatrzymania pojazdu w dzikiej okolicy, niby w celu „na siku” a tak naprawdę zaczął uciekać. Kierowca musiał go złapać na lasso, ponieważ tam jest tak, że kierowca odpowiada za bezpieczeństwo pasażerów.

Po drodze spisałem sobie najważniejsze rzeczy, o które chciałem się wypytać. Całą listę sobie przygotowałem pytań. O gospodarkę, o konflikty zbrojne, o to, do ilu procent wzrośnie w Polsce poparcie dla PO? Czy będą wybory? Dla kibiców i aby zwróciła mi się podróż, miałem też pytania o różne imprezy sportowe, w tym mecze Polski w eliminacjach – na przykład ze Słowenią. No masę ciekawych pytań miałem w kajeciku.

Wysiadam w tej Calamie. Słońce świeci a zimno.

Wtedy mi się skojarzyło, że nie znam adresu. Dalejże wypytywać miejscowych przy pomocy podręcznego słownika. Już mnie tak ręce bolały, że postanowiłem iść najpierw do hotelu Diego de Almagro by rozpakować walizkę i coś zjeść, aż tu widzę: „Museo Arqueológico y Etnográfico del Loa” No, gdzie jak gdzie, ale w muzeum powinni historyka znać!

Wchodzę, jakiś facet w kraciastej koszuli przykręca panel stojąc na aluminiowej drabince. Ciągnę go za koszulę – Ej Siniore!

- Czego dusza pokutująca potrzebuje? – on do mnie i już było po kłopotach. Jakiś nasz doktorant i do tego z Łomży.

Znał, wytłumaczył, narysował trasę jak dojść, umówiliśmy się na wieczór w niezbyt odległej knajpce. Idę, a cały czas pod górę. Już mnie nawet przyroda ani tubylcy nie interesują, bo jak to mówią „język na wierzchu”

Wreszcie jest. Biały domek z werandą. Po asfalcie jakiś mało poważny chłopiec toczy koło od roweru. Może ten sam, co wówczas? Nie pytałem.

Dzwonię. Wychodzi gruba baba, zupełnie w typie naszych grubych bab. To ja do niej ze słownikiem, a ona, że profesor wyjechał i już go nie będzie w tym roku, ani pewnie w następnym, że niby coś takiego wyczytał, że się zwinął i czmychnął do Australii.

Ale ja twardo, bo koniecznie chciałem się czegoś dowiedzieć, ale baba gwizdnęła i zaraz się pojawił taki niesympatyczny duży kundel.

- Hur! Hur! – powiedział pies, to i poszedłem. I tyle się drodzy moi dowiedziałem o roku 2009. Tyle, co od tego psa chilijskiego, a przyznacie chyba, że to trochę zbyt mało żeby szpanować na blogu?