środa, 11 listopada 2009

Dom Elżbiety XIII - Nowa opowieść

Ela coś dostrzegła w jej oczach, to była jakby prośba. Andrzej jednak nie spuszczał ich obu z oczu, więc nie mogły porozmawiać. Potem pojawił się lekarz, który okazał się znajomym Andrzeja i Kanusi. Rozmawiał z nimi a Elżbieta stała z boku. Nagle Andrzej, jakby teraz dopiero ją dostrzegł powiedział:

- Piotr, przepraszam, to Elżbieta, wnuczka pani Leokadii – zwrócił wzrok w jej stronę.

- Witam, Piotr Pawlicki – wyciągnął dłoń w jej stronę

- Elżbieta Loretańska, bardzo mi miło – musnęła lekko wyciągniętą dłoń Piotra.

- Piotr to mój bardzo stary kumpel, razem chodziliśmy do szkoły – Andrzej z uśmiechem przedstawiał lekarza - tylko on poszedł w doktory, a ja zostałem sklepikarzem. Mama zawsze go bardzo lubiła, nie mamo? – zwrócił się w stronę Kanusi.

- A jakże, nie był takim leniuchem jak ty – uśmiechnęła się – nie Piotruś?

- Kochana pani Kanusiu, ależ Andrzej był przecież najlepszy w klasie z matmy, zawsze mi pomagał przy zadaniach, nawet potem, jak byliśmy już starsi. Nie był nigdy leniem. A jak się pani teraz czuje? – Zmienił temat, a kątem oka przyglądał się Elżbiecie.

- Lepiej dzieci, lepiej, w ogóle nie wiem, po co tu mnie zostawiliście, trochę się źle poczułam i zaraz wielkie halo, ja już stara jestem, to i czasem niedomagam.- Zauważyła wzrok Piotra który, kierował się w stronę Eli.- No, ale jeżeli trzeba tu zostać, to zostanę. Tylko – zwróciła się do Elżbiety – jak ty mnie dziecko tu będziesz odwiedzać.

Andrzej też zauważył spojrzenia kierowane przez Piotra, uśmiechnął się i zapewnił:

- Mamo, co dzień będę do ciebie Elę przywoził, bylebyś chciała tu trochę zostać i się podleczyć, a i Piotr pewnie będzie tu co dzień.- Uśmiechnął się.

Elżbieta kątem oka przyglądał się Piotrowi, był szczupłym, jasnowłosym mężczyzną o czarującym głosie. Miał piękny uśmiech i intensywnie niebieskie oczy. I małe, chłodne, kojące dłonie, których dotyk wciąż czuła. Był naprawdę interesujący. Złapała się na tym, że zadawała sobie w myśli pytanie, czy Piotr jest z kimś związany.
Nawet przez moment całkiem zapomniała o Zofii Mioduckiej i o całej sprawie z kluczykiem, pamiętnikiem, z zasłabnięciem Kanusi i wreszcie dziwnym wypadkiem na szosie w lesie.

Do rzeczywistości przywrócił ją Andrzej z pytaniem, czy mogą już jechać, bo bardzo późno i Piotr będzie miał nieprzyjemności, jak ich tu znają na jego dyżurze.

- Jasne – odparła dość nieprzytomnie – już i tak pewnie narobiliśmy zamieszania – spojrzała na Piotra.

- Ależ skąd – zbyt głośno zaczął zapewniać Piotr – Andrzej przesadza, ale pani Kanusia powinna odpoczywać, a tu zrobiliśmy prawie przyjęcie. Mam nadzieję jutro panią zobaczyć – zwrócił się do Elżbiety – wszak słyszałem obietnicę, że będzie pani tu naszą chorą odwiedzać.

- Panie Piotrze – Ela zadrżała, głos zaczął jej płatać figle, stał się piskliwy, choć chciała, by był zmysłowym – może po prostu mówmy sobie na ty? Z Andrzejem i Marylką szybko się zaprzyjaźniliśmy, więc sądzę…

W ich rozmowę wtrąciła się Kanusia, chyba chcąc im pomóc.

- Młodzi powinni sobie mówić po imieniu, zwłaszcza tak ładna para jak wy.

Ela zarumieniła się, a Piotr to zauważając szybko powiedział:

- Ma pani rację – uśmiechnął się do Kanusi -prawda Elżbieto? – zwrócił się do niej, przy czym jej imię powiedział tak urzekająco, że Eli język skołowaciał całkowicie.

Wymruczała coś jak „ychy” i wtedy do sali weszła pielęgniarka.

- Doktorze Pawlicki, jest pan potrzebny w trójce, znów pacjent ma kłopoty z oddychaniem.

- Już idę - i odwracając się do Eli, Andrzeja i Kanusi – niestety muszę iść. Bardzo miło mi było Cię poznać Elżbieto, a Andrzej, nie martw się o mamę, jest w najlepszych rękach, bo moich – uśmiechnął się. – Do widzenia wszystkim – i wyszedł.

Wkrótce i oni pożegnali się z Kanusią, czekała ich dość długa droga powrotna, a dochodziła już pierwsza w nocy. Kiedy wsiedli już do samochodu, Andrzej stwierdził, że lepiej pojadą normalną drogą, jakoś nie bardzo mu się chce jechać jeszcze raz przez ten las. Ela kiwnęła głową, nadal jej myśli zaprzątał Piotr. Dopiero po chwili doszedł ją sens słów Andrzeja.

- To znaczy, że jednak widziałeś tam na tej drodze to samo co ja?

- Wiesz, pogadamy o tym jutro, ok.? Jestem zchapany, od piątej na nogach, nie wiem co widziałem i chyba nie chcę wiedzieć.

Drogę powrotną odbyli w milczeniu, dopiero pod domem Elżbiety Andrzej stwierdził.

- Wiesz, Piotr to naprawdę fajny facet, tyle, że jakoś do kobiet nie ma szczęścia. Jedna mu uciekła z przed ołtarza, druga dwa miesiące po ślubie uciekła z Belgiem. Potem z taką jedną już, już miał się ożenić…też nie wypaliło.

- To znaczy, że taki interesujący facet jest sam?

- Tak, wiem, bo przecież mieszka z nami po sąsiedzku. Do dziś się przyjaźnimy, mamy czwartkowe szachy, które są zmorą mojej Maryli.

- Nie wiedziałam, że on tu mieszka.

- Wiesz, wieś to nie koniec świata. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Ale nie zawracam ci głowy, dobranoc, bo pewnie też padasz z nóg.

Teraz dopiero Ela poczuła jaka jest zmęczona, zauważyła też, że nadal jest w tych starych brudnych jeansach i zakurzonej koszulce, a na wierzch włożyła ohydny różowy sweter, którego dawno miała się pozbyć.

sobota, 7 listopada 2009

Jacek

Dom Elżbiety XII - Nowa opowieść ( Iwona )

Lekarz wraz z Andrzejem wbiegli do pokoju, a Kanusia nagle złapała Elę za rękę.

- Będzie próbowała tobą manipulować…- zdążyła jeszcze szepnąć.

Potem wszystko rozegrało się bardzo szybko, tlen, nosze i za chwilę karetka zniknęła im z pola widzenia.
Stali we troje na ganku, to znaczy Ela stała wraz z Marylą i Andrzejem. Maryla już teraz trochę bardziej opanowana, z lekko rozmazanym makijażem. Andrzej silnie zdenerwowany i Ela, która bała się o Kanusię, a zarazem zastanawiała, dlaczego Kanusia rozchorowała się tak bardzo na samo wspomnienie tej Zofii Mioduckiej?

- Pojadę za nimi – przerwał milczenie Andrzej – pojadę i się dowiem jak z mamą, co? – Spoglądał to na Marylę, to na Elę, jakby niepewny własnych słów, a może gdzieś podskórnie obawiał się jakiegoś nieszczęścia.

- Wiesz, nie powinieneś jechać sam, jesteś zdenerwowany – rozsądnie zauważyła Ela.- Może pojedziemy wszyscy, też się o twoją mamę boję.

- Marylko…- Andrzej patrzył z czułością na żonę – pojedziemy?

- Może jedź z Elżbietą, ja musiałabym się przebrać, zmyć ten rozmazany makijaż. Zadzwońcie, jak coś…czyli jak z mamą, dobrze – twarz Maryli zawsze pogodną spowijał lęk.

- Jasne mała – powiedział Andrzej uśmiechając się blado.- zadzwonimy zaraz jak się czegoś dowiemy, wiesz, możemy jechać skrótem, przez las, będziemy zaraz po karetce.

- Przez las? – Zdziwiła się Elżbieta.

- Tak, to krótsza droga, tyle, że niezbyt wygodna, ale ja tu znam każdą dziurę.

- Wiesz, że nie lubię, jak tamtędy jeździsz – Maryli chyba nie podobał się ten pomysł.

- Nic nam nie będzie i już się nie martw, ok.? Wskakuj do samochodu – zwrócił się do Eli – chyba, że i ty się boisz czarownic z naszego lasu.

- Czarownic? Dobra, jedźmy, szkoda czasu i wsiadła do szoferki dostawczego samochodu Andrzeja.

Jechali w milczeniu, Elżbieta zastanawiała się, o co chodziło Andrzejowi, mówiąc, czy nie boi się czarownic, ale jakoś nie umiała rozpocząć rozmowy. Andrzej też się nie odzywał, jakby zajęty tylko prowadzeniem samochodu i wpatrywaniem się w drogę, która rzeczywiście była wyboista. Z obu stron otaczał ich wysoki i teraz ciemny las. Spoglądając na mijające drzewa, można było odnieść wrażenie, że gałęzie wyciągają swoje palczaste szpony w ich kierunku, próbując ich pochwycić.

Nagle, coś przebiegło w poprzek drogi, coś przewinęło im się przed samą maską i jak się pojawiło tak znikło, choć Andrzej nacisnął na hamulec.

- Co to było? – Wychrypiał przerażony.

- Nie wiem, ale zwijajmy się stąd, ok.? – powiedziała Ela, bo stanęli w środku lasu.

- Fakt – przekręcił kluczyk w stacyjce i silnik znów ożył – nie przyjemnie tu, a i do Białegostoku jeszcze kawał drogi. Ale co to mogło być? Wyglądało jak człowiek.

- Tak, też to widziałam…a co miałeś na myśli mówiąc, czy nie boję się czarownic?

- E, tam, matka czasem gada bajdy, że tu jakaś czarownica jest, czy była, ludzie tu niechętnie przychodzą, wiesz, las stary, drzewa dość gęste, zawsze tu ciemno i ponuro, to i dobrobił się złej sławy.

- No, ale przyznasz, że tamto, co tam było, no wiesz…nie było z tego świata.

- E, pewnie wyobraźnia nam płata figle, pewnie to była sarna, albo coś.

- Może, ale mogłabym przysiąc, że widziałam twarz kobiety.

- Przez ten ułamek sekundy?

- Nie, jasne, może mi się przewidziało.- Ale gdzie w głębi, Ela wiedziała, że wcale jej się nie przewidziało i że przez drogę przebiegła kobieta w białej sukni.

Potem, gdy dojechali do szpitala, nadal nie mogła pozbyć się tego obrazu i słów Kanusi, które dzwoniły jej w uszach „ będzie chciała tobą manipulować”.

Andrzej poszedł się dowiedzieć, co z mamą, a Ela podeszła do automatu z kawą. Kawa była obrzydliwa, ale dawała się jej uspokoić. Po schodach zbiegł Andrzej.

- Z mamą lepiej, choć dają jej jeszcze tlen. Za chwilę możemy na chwilę do niej wejść. Dzwoniłem do Maryli, by ją uspokoić.

- Bardzo się cieszę, wystraszył mnie stan twojej mamy, wiesz?

- A mnie! Kurcze, nie pamiętam, kiedy widziałem matkę w takim stanie, chyba nigdy. Wiesz, matka ma astmę, ale nigdy nie było takich ataków. Lekarz mówi, że to był wpływ bardzo silnych emocji. Dlatego nic nie pomogło, wiesz, zawsze mama sobie psiknęła inhalartorkiem i przechodziło, a dziś…

- Myślę, że to moja wina, nie potrzebnie zapytałam się o tą Mioducką, to przeze mnie się rozchorowała. – Wyznanie Eli raczej rozbawiło Andrzeja.

- Żartujesz? Matka nigdy nie była mimozą, może po prostu tak się czasem przy astmie zdarza. Ona ma ją od wczesnej młodości, my byliśmy bardzo mali, to wtedy, gdy twoja babcia wyciągnęła do niej rękę.

- Wiem, rozumiem. Chodźmy teraz do twojej mamy. – Powiedziała, a Andrzej spojrzał na zegarek.

- Fakt, chyba możemy teraz tam na chwilę wejść.

Gdy weszli, zobaczyli Kanusię w białej pościeli, bladą, ale już bez tej zatrważającej siności. Uśmiechnęła się do nich i ciężko westchnęła.

- Pewnie jechał jak wariat? – Zapytała się Eli i spojrzała na Andrzeja.

- Nie, jechał ostrożnie.- Uśmiechnęła się Ela - baliśmy się o panią, dzięki Bogu, widzę, że już w porządku, prawda?

- Tak, ale doktory uparli się mnie zostawić tu na obserwacji, jakby nie mieli kogo obserwować, tylko starą babę.- Znów się blado uśmiechnęła do nich.

piątek, 6 listopada 2009

Szanowny Rządzie!

Na wstępie pragnę poinformować Szanowny Rząd, że w sklepach i kioskach można bez żadnych ograniczeń kupować karty do gry w taliach po 24, 32 i 52 kart. Ogólnie wiadomo, że karty te mogą służyć do uprawiania hazardu, który może prowadzić ludzi do upadku moralnego i finansowego. Nie od rzeczy będzie w tym miejscu wspomnieć, że gry takie powodują nie ewidencjonowany przepływ gotówki pomiędzy osobami grającymi, a możliwość ściągnięcia przez fiskusa należnych Państwu podatków jest iluzoryczna. Na dodatek karty sprzedaje się bez ograniczeń osobom małoletnim!

Postuluję wprowadzenie obowiązku sprawdzania dowodów osobistych nabywających karty oraz spisywanie ich danych wraz z peselem na specjalnych kartach ewidencji graczy w karty. Osoby małoletnie, które nie ukończyły 18 lat mogłyby kupować jedynie karty do gry w Piotrusia, a grać w brydża tylko w specjalnych klubach pod nadzorem dorosłych.

Przy okazji pragnę podziękować za pomysł urzędowej kontroli internetu. Blokowanie dostępu do stron niebezpiecznych jest akurat tym, czego potrzebuję. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przecież protestował, gdy powaga urzędu odetnie go od stron promujących, pedofilę, hazard, terroryzm czy propagujących sianie nienawiści na tle i w ogóle. Mam nadzieję, że stworzenie takiego działającego mechanizmu da się pogodzić z możliwie szerokim zakresem definicji, szczególnie, jeśli chodzi o te dwie ostatnie, szczególnie niebezpieczne dla praworządności kwestie. Być może pomocą będą mogli posłużyć działacze organizacji „Nigdy więcej” Wspominam o nich, dlatego, że na stronie internetowej Gazety Wyborczej przed chwilą przeczytałem zatrważający tekst o sojuszu PZPN z kibolami. Przedstawiciele tych ostatnich sugerują, że „Nigdy więcej” straci swój cenzorski status na stadionach piłkarskich:

Co prawda Jacek Purski ze stowarzyszenia celnie ripostuje, ale niesmak i wątpliwości pozostały. Oto, co mówi ten dzielny młody zapewne człowiek, poświęcający swe życie walce z rasizmem i ksenofobią:

„ UEFA w walce z rasizmem na stadionach zaleca federacjom współpracę z "Nigdy więcej". Gdyby sami kibice mieli decydować, jakie symbole nie powinny znajdować się na stadionach, zrobilibyśmy duży krok w tył. Mam zapewnienie działaczy PZPN, że lista symboli zakazanych może zostać, co najwyżej poszerzona”

I takich postaw nam potrzeba, Szanowny Rządzie! Ludzi, którzy sami chcą decydować, w co grają, co wypisują albo czytają w internecie, a wreszcie, co krzyczą na meczach, czy wywieszają na stadionowych płotach, czas wreszcie nazwać po imieniu. To wichrzyciele, chamy i potencjalni przestępcy a z takimi ludźmi nam nie po drodze!

Szanowny Rządzie! I żeby temu łobuzowi Berlusconiemu ręki nie podawać – wraz ze szwagrem prosimy! Jaki on daje obywatelom przykład nieposłuszeństwa! Jaki wstyd dla całych Włoch i Sycylijczyków! Pizzy więcej do ust nie wezmę!

Właśnie. Dla poprawienia zdrowia obywateli możnaby wrócić do świeckiej tradycji i wprowadzić w sklepach i restauracjach poniedziałek jako dzień bezmięsny. Byłoby to rozwiązanie nowoczesne i przy okazji ukłon wobec dyskryminowanych przez katolicki „piątek” ateistycznie nastawionej mniejszości. Bo niby, dlaczego tylko katolicy mają prawo do postu, przez co strasznie się ostatnio rozbyczyli?

Zdrowia życzę i pieniędzy w budżecie!

wtorek, 3 listopada 2009

Dom Elżbiety XI - Nowa opowieść

Stukanie było natarczywe, jakby ktoś walił na alarm.
Było późno, minęła już dziesiąta i nie spodziewała się nikogo. Gdy wyszła Kanusia, zamknęła drzwi i zabezpieczyła je łańcuszkiem.

Przeszła przez hol i z głośnym zapytaniem „kto tam” stanęła przy drzwiach.

- Elżbieta! – usłyszała po drugiej stronie głos Andrzeja – mama zasłabła, prosiła byś do niej przyszła.

Szybko zdjęła łańcuszek i otworzyła drzwi, po drugiej stronie stał przerażony Andrzej, syn Kanusi.

- Twoja mama zaledwie kilka minut temu ode mnie wyszła! To nie możliwe, by się jej coś stało, była w świetnej formie.

- To się stało jak wróciła do domu, nagle jęknęła, powiedziała, że powinna ci coś powiedzieć, a potem zaczęła łapać powietrze, jakby jej zabrakło tlenu. Karetka już przyjechała, lekarz chce ją wziąć na obserwację do szpitala, a ona się upiera, że nie pójdzie, jeśli ci czegoś nie powie.

- W takim razie, wejdź ja za chwilę będę gotowa, muszę tylko włożyć jakiś sweter, bo zrobiło się chłodno.

- Poczekam, pospiesz się, naprawdę mama wyglądała źle, a wiesz jaka jest uparta, nie podda się żadnym zabiegom ani prośbą Maryli, póki nie przekaże ci tego, co uważa, że musi.

Ela szybko włożyła pierwszy sweter który wyłowiła z jeszcze nie rozpakowanego nesesera. Przemknęło jej przez myśl, że powinna się była najpierw zająć rozpakowywaniem własnych rzeczy, a nie myszkowaniem po strychu. Podświadomie miała żal do siebie, że przy Kanusi poruszyła temat Zofii Mioduckiej, bo jak sądziła, to, to. wyprowadziło ją z równowagi. Widziała, jak zareagowała na sam dźwięk jej nazwiska.

- Już jestem gotowa – zwróciła się do stojącego wciąż w drzwiach Andrzeja. – Tylko zamknę drzwi i możemy iść.

Po drodze Andrzej się prawie nie odzywał, Ela widziała, że bardzo niepokoił się o matkę. Nagle, jakby głośno wyrażając własne myśli powiedział:

- O czym z mamą rozmawiałyście? Do domu przyszła jakaś nieswoja, wiesz, to taki typ człowieka, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. A dziś jak od ciebie przyszła, usiadła ciężko w kuchni przy stole i siedziała, aż do momentu, gdy zasłabła.

- Zapytałam się jej o jedną moją krewną…Zofię Mioducką.

- Nie rozumiem, to ją tak wyprowadziło z równowagi?

- Podejrzewam, że tak. Nie wiedziałam, że to wywrze na niej takie wrażenie, wybacz. Sam mi polecałeś, bym się jej wypytała o swoich przodków.

- Mama z panią Karską wciąż o twojej rodzinie rozmawiały, szukały różnych źródeł informacji, więc…rozumiesz, mama jest skarbnicą wiedzy o waszej rodzinie. Widać, ta Mioducka jest jakaś trefna, bo ją naprawdę nie łatwo wyprowadzić z równowagi.

- Jasne, wiem.

Na tym rozmowa się skończyła i za chwilę doszli do domu Kanusi.
Kiedy weszli, lekarz z karetki próbował podać jej tlen, a ona nie dawała sobie pomóc, mimo, że twarz nabrała ziemistej barwy, a oczy okalały ciemne obwódki. W kuchni szlochała Maryla, jej obfity biust falował wraz z każdą falą łkania.

- Elżbieto! – Zawołała Kanusia gdy ją dostrzegła – muszę ci coś powiedzieć, to bardzo ważne – tu spojrzała wymownie na lekarza i syna.

Mężczyźni posłusznie usunęli się z pokoju, mimo, że lekarz się trochę opierał. Andrzej przekonał go, że tak będzie lepiej, bo matka i tak nie da za wygraną.
Kiedy tamci wyszli, Kanusia poprosiła, by Ela zamknęła drzwi i do niej podeszła.

- Pytałaś mi się o Zofię Mioducką – zaczęła, a świszczący oddech świadczył, że naprawdę powinien się nią zająć jak najszybciej lekarz – Uważaj, to bardzo niebezpieczna osoba. Nie wiem, czy zjawiła ci się we śnie, czy przemknęła jak mgła po domu…to zły duch twojej rodziny. – krople potu na czole Kanusi świadczyły ile wysiłku wkłada by ją ostrzec.

- Powinna pani jak najszybciej udać się do szpitala – Ela ze strachem przyglądała się zmienionej twarzy Kanusi – Nie wierzę w duchy, a zapytałam się, bo gdzieś w bibliotece znalazłam na kartce zapisane jej nazwisko.- Skłamała, by ją uspokoić.

- Niemożliwe! Pani Leokadia usunęła wszystko, co było z nią związane.- Na obrzeżach ust Kanusi zaczęły pojawiać się sinawe obwódki.

- Kanusiu droga, potem o tym porozmawiamy, ty teraz powinnaś jak najszybciej znaleźć się w szpitalu. – Ela była przerażana tym co się Kanusią działo – a nie ważne kim była ta Mioducka, teraz jesteś ważna ty.

- Nie! Muszę cię ostrzec. Panią Leokadię ta Zofia nachodziła w snach, ona się jej bała, czasem prosiła, bym u niej została na noc, to nie był zwykły lęk, to było przerażenie dziecko. Twoja babcia nie należała do osób strachliwych. Wiem, że Zofię usunięto z ksiąg rodzinnych i parafialnych. Była ekskomunikowana…- siność wokół ust Kanusi się pogłębiało, powietrze wciągane świszczało, a ona sama zaczęła tracić przytomność.

- Panie doktorze! – Wykrzyknęła Ela.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Dom Elżbiety X - Nowa opowieść ( Iwona )

Ela wzdrygnęła się patrząc na tą stronę tytułową. Minęło tyle lat, ponad sto. Zofia Mioducka mogła być babcią jej babci, a może nawet prababcią. Wpatrywała się w wyblakły atrament i odwaga ją opuściła, by przewrócić kartkę.

Gdy usłyszała pukanie d drzwi frontowych poczuła ulgę, jakby odroczenie egzekucji. Z drugiej strony była zażenowana, jakby ktoś przyłapał ją na czymś niedozwolonym.
Spanikowała i pierwszą dostępną rzeczą nakryła swoje znalezisko i wybiegła na spotkanie tego, kto stał za drzwiami.
A w drzwiach stała uśmiechnięta Kanusia.

- Witaj dziecko! Martwiła się o ciebie, więc przyszłam zobaczyć, czy wszystko w porządku.

- Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór. Wieczór. U mnie wszystko w porządku, porządkowałam strych, bo mam tam zamiar zrobić sobie pracownię i nawet nie zauważyła upływu czasu.

- No to pewnie przyszłam nie w porę?- Pytanie Kanusi wprawiło ją w nowe zakłopotanie.

- Ależ skąd! – Wykrzyknęła – Już na dziś skończyłam. Zapraszam, może napijemy się herbaty? – I nie patrząc w oczy Kanusi skierowała się w stronę kuchni. Za sobą usłyszała jej głos.

- Herbata? Oczywiście, przyniosłam ci trochę konfitur wiśniowych i malin zagotowanych w cukrze.- Ela odwróciła się w jej stronę, teraz dopiero zauważyła wypchaną torbę Kanusi.

- Wprawia mnie pani, w coraz większe zakłopotanie, czym sobie na to zasłużyłam? Jak się pani zrewanżuję? Wciąż zeruję na pani jak pasożyt.

- O czym ty dziecko mówisz? To, że jesteś wnuczką pani Leokadii jest dla mnie równoznaczne, jakby była moim własnym dzieckiem. – I zaczęła wypakowywać torbę, nie zwracając uwagi na oponowanieElżbiety.

Za chwilę stół w kuchni wyglądał jak delikatesy, konfitura wiśniowa, maliny, grzybki marnowane. Na koniec wyciągnęła kartonowe pudełko.

- Przyniosłam ci kawałek placka, wczoraj upiekłam. To zwykły drożdżowiec z kruszonką, ale smaczny, może się nada do herbaty – spojrzała w stronę Eli.

- Matko! – wykrzyknęła Ela – Nie pamiętam, kiedy jadłam placek z kruszonką, a sama mam lewe ręce do spraw kuchennych.

Siedziały potem w wielkiej kuchni, popijając herbatę z pysznymi malinami i jedząc drożdżowiec z kruszonką.

W pewnej chwili Ela nie wytrzymała, wiedziała, że Kanusia trochę interesowała się jej rodem, więc zapytała.

- Kanusiu, powiedz, wiesz kim była Zofia Mioducka?

Zauważyła poruszenie na jej twarzy, nawet lęk, jakby jej słowa, czy ich sens stały się ogniskiem, czy pożarem.

- To twoja krewna…- zaczęła niepewnie – ale przecież masz tylu bardziej znanych i szanowanych…krewna o dość dziwnym życiorysie, nie zajmuj się nią. – Coś w jej głosie mówiło Elżbiecie, że jakby nawet obawiała się o tej Zofii Mioduckiej mówić.

- Nie rozumiem – Ela jednak ciągnęła temat – co dziwnego jest w jej życiorysie?

- Późno już – nagle Kanusia zerwała się z krzesła – muszę wracać. Może ci kiedyś o niej opowiem, ale w dzień, po nocy jakoś mi nie sporo.


Kanusia rzeczywiście nagle zaczęła się bardzo spieszyć i nawet Elżbieta nie zdołała jej zatrzymać. Jakby nazwisko zadziałało na nią, jak płachta na byka, co wprowadziło Elę w jeszcze większe zdziwienie.
Została sama, tam w pokoju leżało rozwiązanie, wystarczyło mieć trochę odwagi, by otworzyć księgę. Tylko, czy odwaga jej nie opuści? Czemu Kanusia nie chciała o tym mówić? Jakie tajemnice kryją się w tym pamiętniku?

Odruchowo, zaczęła sprzątać słoiczki ze stołu, wkładając wszystko do kredensu. Otwarte maliny włożyła do lodówki. Ściereczką zaczęła ścierać niewidzialny brud ze stołu, jakby bała się, że gdy wejdzie do pokoju, już nie będzie odwrotu.

„ Odwrotu od czego?” – zapytała samą siebie.

Zegar w pokoju wybił dziesiątą, wzdrygnęła się, na ten dźwięk. Zdała sobie sprawę, że jest tu sama, w wielkim domu na uboczu. Że w promieniu kilkudziesięciu metrów, nie ma prócz niej żywej duszy.

„A ciekawe ile duchów?” – powiedziała głośno, rozglądając się nagle. To głupie pytanie, wprowadziło ją w jeszcze większy niepokój.

„Czego się sama straszysz?”- powiedziała znów w próżnię – „przecież nic się nie dzieje, masz pamiętnik swojej pra pra babki i jako pisarka powinnaś kwiczeć z radości, czytając te zapiski”

I z tymi słowami na ustach weszła do pokoju. Teraz dopiero dostrzegła czym przykryła dziennik, to były jej koronkowe bokserki. Nie przypominała sobie jednak, by je tak precyzyjnie ułożyła, a właściwie włożyła na dziennik. Dziennik był w nie ubrany!

Pomyślała, że wariuje. Zdjęła majtki z księgi, otworzyła i zaczęła czytać.

Dzieje spisane,
Na klucz zamknięte.

Komu klucz spasuje,
Temu to ofiaruje.


Z.M.


Brzmiało motto, a dalej:

Dziś mam urodziny, skończyłam trzydzieści osiem lat. Postanowiłam spisać moje dzieje i zamknąć w sekretnym miejscu. Już obstalowałam stolarza, który mi zrobi płytę do szuflady, bym mogła to tam umieścić.

Nie chcę, by zostały po mnie tylko te złe wspomnienia, to co widoczne dla oczu. Jako wyklęta z Kościoła, nie mam do niego wstępu, więc, zapewne nie zostanę też pochowana w rodzinnym grobowcu.

Mówią, żem czarownica, że jestem nawiedzona przez złe duchy. Do tej części domu, nikt nie wchodzi prócz mojej pokojówki, a ja tu jestem jakoby w więzieniu. Oczywiście wyjść mogę, ale gdy widzę jak na mnie patrzą, z lękiem się przede mną rozsuwając, chowając za siebie dzieci…nie chcę wychodzić.

Moja córka się mnie wyrzekła. Ojciec zmarł ze zgryzoty. Uczyniłam wiele zła, ale chcę wszystko odpokutować. Stąd na stronie pierwszej ta ufność do Boga.

Kluczyk od mego pamiętnika przekażę, jako talizman w spadku swojej córce, chyba go uszanuje, dam też instrukcję, że niech on przechodzi z matki na córkę.

To tyle z racji wstępu, dla tego, kto to otworzył.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Nie wiem, gdzie zaczęło się moje życie. Ojciec znalazł mnie na progu domu, owiniętą w wełnianą narzutę. Kim jestem naprawdę, nikt nie wie. Ojciec mnie przygarnął i wychował jak własne dziecko. Pół roku wcześniej pochował swoją młodą żonę i córkę. Byłam mu jak wybawienie. A może rzeczywiście, jak szeptano po kątach, byłam jego nieślubnym dzieckiem, bękartem? Nie wiem i już się nie dowiem.
Dał mi nazwisko, pozycję. Sprowadził guwernantkę.
Gdy skończyłam lat dwanaście powiedział mi o tym, bał się, bym nie dowiedziała się tego od służby. Nigdy też nie odczułam, że jestem przez to mniej kochana, ojciec kochał mnie nad życie, byłam jego jedynym dzieckiem, jeśli to tak można określić. Nigdy powtórnie się nie ożenił, choć, nie był święty, wiem, że miewał kobiety w łożu.
Najczęściej, były to służące, ale…nie o ojcu miałam pisać.

Ela przerwała czytanie, wyraźnie słyszała, że ktoś dobija się do drzwi.

niedziela, 1 listopada 2009

Żeliwiak

Od kilku lat, kiedy pierwszego listopada zapalamy znicze na grobach naszych bliskich, mam przeczucie, że to już ostatni raz po tej, prawda, stronie. I zawsze to przeczucie mnie zawodzi. Czy to dobrze, czy źle, nie mnie sądzić, ale tak czy tak w końcu trafię. Zawsze jest jakiś ostatni raz.
Cmentarz jest zawsze pełen ludzi oraz ludzkich losów, ale dziś jest ludny. Opanowany przez jeszcze żywych. Spacerują, podziwiają iluminację, wspominają, niektórzy się modlą. Inni idą by być między ludźmi. Mówią.

Gdy cmentarz się rozrasta groby powstają w kolejności umierania. Nie, oczywiście są kwatery rodzinne. Grobowce wieloosobowe, ale nie o nich mowa. Moja mama zginęła w wypadku trzynaście lat temu i obok niej spoczywają ludzie, którzy zmarli jesienią 1996. Między innymi dwóch młodych chłopaków, którzy zginęli w wypadku, w miejscowej odlewni żeliwa. Pracowałem wówczas w tej firmie. Dwunastego grudnia 1996 roku, zginęło jednocześnie czterech młodych ludzi. Znałem ich pobieżnie, ale przecież znałem.
Wiecie jak to jest, gdy w małej firmie jednego dnia zginie czterech pracowników? To była wówczas głośna sprawa. Wspominam to dzisiaj, bo ich śmierć była – nie wiem jak to napisać – przejawem solidarności międzyludzkiej, koleżeństwa?

Pracowałem wówczas w dziale handlowym, w siedzibie firmy w Koninie, choć paradoksalnie budynek odlewni stoi sto metrów od mojego domu. Kiedy dowiedzieliśmy się o wypadku sądziliśmy, że podczas wytopu urwała się kadź z płynnym metalem. Było inaczej.
Wytop był przygotowany. W żeliwiaku już rozpalono. Na koksie leżała warstwa kamienia wapiennego. Prowadzący wytop zauważył, że wymurówka wewnętrzna pieca jest w jednym miejscu uszkodzona, a że piec był jeszcze zimny, zrzucił w czeluść stalową drabinkę i zszedł do środka. Nie ma tam wiele miejsca. Może metr szerokości. To był doświadczony pracownik, ale zszedł nieco za późno. Atmosfera beztlenowa. Osunął się tracąc przytomność. Dwóch jego młodych pomocników zeszło po niego. Ze strasznym skutkiem. Kolejny widząc, co się dzieje zbiegł po metalowych stopniach szukać ratunku. Przybiegł kierownik, ale wtedy był już tylko dym. Jedyną szansą stało się otwarcie pieca.
Wysypał się płonący koks, kamień i cztery ciała. W hali… nie, bez szczegółów.
Skąd się wzięły czwarte zwłoki? Ach, przez tę krótką chwilę nim nadbiegli odpowiedzialni, jeszcze jeden próbował sam ich wyciągnąć. Nie wiadomo czy zszedł, czy przewieszony przez otwór próbował sięgnąć, wyrwać śmierci ludzkie istnienie i spadł.

Straszna tragedia. Dotarłem tam wieczorem. Policja, prokuratura. Ludzie dosłownie skamieniali.

Piszę o tym, bo ciągle, na każdym kroku widzę smutne pamiątki tego wypadku. Stojąc przy grobie matki widzę grób jednego z tych chłopaków. Żył lat 21. Z okien domu widzę dom, który zdążył postawić Bronek, nim wszedł poprawiać ubytek wymurówki. Przez kolejne trzynaście lat pracowałem w tej firmie, w tym pięć na terenie odlewni. W 2001 jako ostatni schodziłem z jej pokładu, gdy firma przenosiła się do nowej siedziby. Nadzorowałem demontaż urządzeń, ich złomowanie. Na okna zakładaliśmy kraty. Zdemontowaliśmy urządzenia żeliwiaka, ale konstrukcja została. Góruje nad okolicą zardzewiały grzyb komina. Jest. Stoi we wnęce. Można wejść po stalowych schodkach i zajrzeć w czeluść. Teraz mieszkają tam wróble. Zaczynają się do mnie przyzwyczajać.

Wynająłem część tej hali i wraz z moją obecnością, miejsce powoli zaczyna ożywać. Po ośmiu latach. Wróblom wystarczy odrobina chleba i się zbliżają, zabawnie przekrzywiając łebki. Ale uwaga, dzielne wróble, bo do hali zaczął zaglądać całkiem obcy kot. Na razie wstawia przez drzwi swój szary pyszczek. Chwilę popatrzy, co też porabiam, miauknie i sobie idzie. Wszystko zatacza koło.

Gdy wieje wiatr żeliwiak ożywa. Tłuką się blachy, wiatr wyje w kominie, ruszają wielkie, niepotrzebne już wentylatory.