niedziela, 9 stycznia 2011

Dom Elżbiety XCII




Weszła. Nie chciała…nie miała zamiaru ulec atmosferze domu. Nie tym razem. Pootwierała wszystkie okna i rozsunęła zaciągnięte zasłony. Poszła do kuchni i w szufladzie kredensu poszukała kluczy od składziku. Były spięte kółeczkiem i opisane "komórka".

Szybkim krokiem poszła w tamtą stronę, nie czuła nawet, że deszcz znów zaczął padać i zerwał się zimny wiatr. Zanim doszła była całkiem przemoknięta. Nie zwracała jednak na to uwagi. Otworzyła składzik, zapachniało ziemią i pleśnią. Jeszcze był tam jakiś zapach i już Ela zaczęła się nad nim zastanawiać, gdy otrząsnęła się z tego.
„Nie tym razem „ – szepnęła. –„nie dam sobą więcej manipulować, bez względu na to kim jesteś” – powiedziała w przestrzeń dodając sobie w ten sposób odwagi.

Weszła do środka i poszukała łopaty, wzięła też motykę i łom, który stał oparty w kącie. Tak zaopatrzona wróciła do domu i skierowała się prosto do piwnicy.

Zapaliła światło i rozejrzała się. Wokół kamienne ściany, nigdzie śladu różnicy.
„Gdzie jest ta druga strona piwnic? Ten zaczarowany krąg do cholery! Wszędzie taki sam kamień. Pomóż mi Zofio!” - Jęknęła i otarła ręką twarz z wody, która ociekała jej z włosów.

Zobaczyła ją. Przezroczystą i nikłą, ale dostrzegalną. Stanęła w miejscy, gdzie był zamontowany bolier i wtedy dostrzegła , że za nim, w cieniu ściana jest jaśniejsza, prostokąt odcinał się od reszty. Był robiony tą samą metodą, ale kamienie nie były już tak wygładzone, a zaprawa zaczęła się wykruszać.

Poszła i próbowała podważyć kamień łomem. Okazało się, że to nie takie łatwe. Łom, był ciężki, a zaprawa tylko na pierwszy rzut oka wydawała się fuszerką. Wróciła do składziku i zaczęła gorączkowo szukać młotka i jakiegoś przecinaka. Młotka nie znalazła, ale znalazła siekierę i narzędzie do robienia dołków. Wróciła do piwnicy i zaczęła wybijać zaprawę między kamieniami. Przy trzecim uderzeniu narzędzie do robienia dołków pękło, a Ela uderzyła się w palec. Zabolało, bo uderzała z całej siły. Włożyła palec do ust, by złagodzić ból. I wtedy na półce tuż obok zauważyła młotek, obcążki i stalowe kliny.

Teraz zabrała się za rozbijanie ze zdwojoną energią. Wyłupywała zaprawę i wyjmowała kamienie. Jeszcze bardziej mobilizowało ją to jak zobaczyła, że tamta strona wcale nie jest zasypana. Po prostu, ktoś tylko zamurował drzwi.
Zaczęła wyszarpywać kamienie rękami, by dziura jak najszybciej się poszerzyła. Bolały ją ręce, bo starła je sobie do krwi, ale nie zwracała na to uwagi, musiała tam wejść, zobaczyć i dowiedzieć się wszystkiego.

Wreszcie dziura okazała się na tyle duża, że mogła się tam wślizgnąć. Uderzyła młotkiem jeszcze kilka razy, by wybić te kamienie, które nie trzymały się tak mocno. Nie chciała, by coś spadło jej na głowę, gdy będzie tam wchodzić i wtedy usłyszała nawoływania z góry. Słyszała głos Piotra i Janusza, którzy ją szukali.

„Za późno.” – Pomyślała z satysfakcją. – „Już mi nie przeszkodzicie. Odkryję to co zakryte, a krąg, który tyle lat niszczył dom i w nich zamieszkałych, przestanie istnieć.”

Usłyszała, że ktoś schodzi na dół. Słyszała rozmowę między Januszem i Piotrem i pełne niepokoju – Piwnica.

Potem wślizgnęła się przez otwór. Zanim tam jeszcze weszła, poczuła na policzkach ciepło i zapach rozkładu. W końcu cała przedostała się na drugą stronę. Tak, to było dobre porównanie, DRUGA STRONA. Panowało tu oprócz zapachu rozkładu i stęchlizny, coś, co można określić zatrzymaniem czasu. Opis piwnicy z pamiętnika Zofii i to co zobaczyła Ela było identyczne. Ława, na której dręczyli Rachelę, łańcuchy i po środku wyrysowany Pentagram, a w jego środku odwrócony symbol Eihwaz’u. Nie było to narysowane kredą, ale czymś brunatnym, ledwie dostrzegalnym, zwłaszcza, że przyprószonym stuletnim kurzem, ale mimo wszystko widoczny, bo jakby fosforyzującym.

Wtedy dokładnie za sobą usłyszała poruszenie, jakby ktoś się za nią skradał. Spojrzała w stronę otworu, który przed chwilą sama pokonała, ale nikogo tam nie było. Znaczy ani Piotr, ani Janusz, jeszcze tego nie dostrzegli…więc kto stoi za nią?

piątek, 7 stycznia 2011

Rząd Tuska lewitował. Głupia grawitacja!

Międzynarodowe Centrum Badań Naukowych Medytacji Transcendentalnej przysłało w latach 80 znanemu ze złośliwości wobec paranauki oraz pokrewnych, nikomu nie przydatnych wynalazków, panu Jamesowi Randiemu list, w którym między innymi wyszczególnione są cztery stopnie lewitacji.

W tym miejscu zacytuję fragment książki pana Randiego zatytułowanej
"Daniken, tajemnica Syriusza, parapsychologia i inne trele-morele"

Cytuję:

"list w którym znalazłem informacje, że obecnie mają na składzie cztery stopnie lewitacji. Są to następujące umiejętności:

1. Drżenie i pocenie się.

2. Skakanie jak żaba.

3. Chodzenie po pajęczynie i zawisanie w powietrzu.

4. Latanie- Całkowite panowanie nad Żywiołem Nieba"


To jest droga dojścia do lewitacji. Finalnym efektem ma być swobodne bujanie się w powietrzu. Po co? - Do końca nie wiadomo, ale przyjmijmy, że jest to jakaś wartość albo chociaż ciekawostka, ponieważ "bujanie" jako takie ma chwalebna tradycję.

Ale cóż tam sekta jakiegoś brodatego Mahesha Yogiego.

Rząd Donalda Tuska (baczność!) i naprawdę powinniśmy być z tego dumni, twórczo rozwinął podstawowe stopnie nauki niezwykłego stanu lewitacji, zaczynając swój osobliwy pokaz umiejętności, niejako od końca.

Trzy lata temu i ciut później znajdował się w punkcie czwartym:

Latanie - Całkowite panowanie nad Żywiołem Nieba ( bez względu na to, co to może tak naprawdę znaczyć)

W 2009 chodził po pajęczynie i zawisał w powietrzu

W ubiegłym roku, dumnie skakał niczym żaba.

Teraz. Teraz jest u szczytu swoich możliwości.

Patrz - Punkt pierwszy!

czwartek, 6 stycznia 2011

Dom Elżbiety XCI


Podjechali pod dom i wysiedli. Elżbieta zdała sobie sprawę, że nie była jeszcze u niego w domu. I nagle ją olśniło, że to zapewne dom w którym mieszkał Ksawery. Że to dom jego żony. Zapytała się o to Piotra. Ten skinął głową na znak, że to prawda.

Oboje to odkrycie zdziwiło.

- Wiesz – powiedział Piotr – właściwie nigdy o tym nie pomyślałem. Niby wiedziałem, że dom stał się naszą własnością od czasów Ksawerego. Babcia Katarzyna, czyli żona Ksawerego była jedynaczką, więc całe gospodarstwo i dom odziedziczyli. Ale ty mi to uzmysłowiłaś.

- Czy w domu coś po Ksawerym zostało?

- Raczej nie. Ale chodźmy do domu, bo zmarzniesz. Poza tym – mówił otwierając drzwi – wszystko pozmienialiśmy. To kiedyś była po prostu wiejska chałupa. Kilka razy dom został przerabiany. Wiesz, to nie twoja posiadłość – dodał jakby z lekkim przekąsem.

- Rozumiem – Ela jakby się zmieszała – i wiesz – nagle zmieniła ton – powinnam być jednak w swoim domu. Nie wiem, ale nie pozwolę się Carlocie zastraszyć. – Odwróciła się na pięcia i ruszyła sama w stronę swojego domu.

- Elżbieta! – Krzyknął wystraszony Piotr – oszalałaś? Mieliśmy poczekać na Janusza! A poza tym, sama wiesz, że przez nią straciłaś przedtem przytomność!- wołał i próbował ją dogonić, bo Elżbieta szła zdecydowanym krokiem, jakby dom miał siłę przyciągania.

- Wszystko to wiem – odparła nie zwalniając ani trochę – tylko czuję, że dom mnie potrzebuje. Wiem, to brzmi jak bredzenie chorego psychicznie. – powiedziała tonem usprawiedliwienia – ale jeżeli tam nie pójdę stanie się coś strasznego…ja to wiem. – i odwróciła się w stronę próbującego dogonić ją Piotra. Zobaczył, że Ela ma łzy w oczach i drży.

- Poczekajmy na Janusza – poprosił i spróbował otoczyć ją ramieniem – przecież on zaraz powinien tu być. – Spojrzał jej w oczy, łzy płynęły nadal, ale odbijał się w nich upór.

- Ty poczekaj, ja nie mogę. Piotr, pewne rzeczy chyba muszę załatwić sama. Muszę się dowiedzieć kim naprawdę jestem. Rozumiesz? Nie bój się o mnie, nic mi się teraz nie stanie, to też wiem. Ja po prostu muszę wiedzieć, czy…nie ważne. Słuchaj, wróć do domu i czekaj na Janusza. Ja w tym czasie muszę zrobić to, co zamierzam. Wybacz.

- Nie puszczę cię samej. – Głos Piotra był równie zdecydowany – najwyżej pójdziemy razem, a Januszowi zostawimy na drzwiach kartkę.

- Piotr! – Elżbieta próbowała uwolnić się z jego objęć – nie rozumiesz? Ja muszę tam pójść sama. Muszę.

- Dlaczego? Przecież to dotyczy nas obojga.

- A jesteś pewien? – Głos Eli stał się obcy, wręcz szorstki. Wyrwała rękę, którą wciąż trzymał we własnej dłoni – Nie zatrzymuj mnie i wróć do domu.

Piotr stał na środku drogi i patrzył ja Elżbieta zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę swojego domu. Po chwili skręciła i zniknęła mu z oczu. Stał bezradny. Czuł się tak, jakby ktoś go oszukał.
Ale to przecież ona. To ją oszukano, chciano ją okłamać, zataić to wszystko. Westchnął i poszedł czekać na księdza.



W Elżbiecie wszystko drżało, ale wiedziała, że jeżeli teraz stchórzy, nie uratuję ani siebie, ani Zofii. Wiedziała to. Bała się, nie wiedziała co może ją spotkać tam wewnątrz, ale wiedziała już czego szuka.

Mgła. Wytęż wzrok!

Obejrzałem wczoraj dołączony do Gazety Polskiej film pań Lichockiej i Dłużewskiej. Film bardzo prosty w konstrukcji i ascetyczny poprzez samoograniczenie się twórców. Od razu dodam, że wyszło to obrazowi na dobre.

Oto mówią wprost do widzów filmowani w dużym zbliżeniu pracownicy Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego panowie Duda, Kwiatkowski, Opara, Sasin, Wierzchowski i Zołoteńki. Mówią jasno nie uciekając w dygresje czy własne przypuszczenia. Opisują jedynie to co widzieli, co słyszeli, w czym brali osobisty udział.
Ich naprzemienna opowieść jest ilustrowana fragmentami filmów z miejsca katastrofy, sprowadzenia zwłok oraz uroczystości pogrzebowych. Film ilustruje muzycznie Andrzej Dziubek, lider kapeli DEPRESS wspaniale wykonujący utwór „Suplikacje, Święty Boże”

W zasadzie większość opowiedzianych w filmie scen była mi wcześniej znana, może poza kuriozalną sytuacją gdy ludzie ówczesnego Marszałka Sejmu a obecnego Prezydenta w obecności Jacka Sasina powołują się na jego śmierć jako na argument za natychmiastowym przejęciem władzy w kancelarii.

Tak naprawdę film „Mgła” przynajmniej dla mnie, jest przede wszystkim smutnym i przerażającym obrazem upadku moralnego i intelektualnego członków ekipy obecnie rządzącej Polską, a przy okazji także i naszego upadku, bo wszak to z naszej woli rządzą.

Cóż z tego, że działają na obrzeżach tragedii, że z oczywistych powodów nie są jej bohaterami, skoro większość ich działań opowiedzianych w filmie polega na nachalnym włażeniu na plan pierwszy. Są niczym przysłowiowi teatralni halabardnicy wytaczający się z kątów, nachalnie wyłażący w światła reflektorów by wygłaszać swoje pokraczne monologi.

Scena ze Smoleńska, gdzie obok ciał poprzykrywanych folią trwa ustawianie scenek dla mediów niczym na planie filmowym. Tu sobie Tusk z Putinem podadzą dłonie a tu się uścisną, a jak Kaczyński nadejdzie tamtędy to odejdą tędy, a jak tędy to Tusk tamtędy.

Do tego chaos informacyjny, lekceważenie rodzin ofiar, ich uczuć i potrzeb. Od początku do końca z tupetem charakterystycznym dla prawdziwych chamów dbają tylko o to by błyszczeć w pierwszym szeregu. Nie mogą się od tego powstrzymać w żaden sposób.

Jeszcze podczas wawelskiego pogrzebu nie mogąc się doczekać wyjścia z krypty rodziny pary prezydenckiej wystawiają swe gęby by odbierać kondolencje od zaproszonych oficjeli.
Trójka politycznych herosów: Tusk, Komorowski, Sikorski.

Twarze nie skażone empatią ani rozumnym zastanowieniem nad najprostszymi zasadami kurtuazji czy dobrego tonu.
Oto trzech Dyzmów dwudziestego pierwszego wieku! Zachwyceni sobą i własną siłą przebicia.

Tytułowa mgła. Po obejrzeniu filmu mam wrażenie, że autorkom nie do końca chodziło o mgłę wypełzającą z parowu opodal lotniska w Smoleńsku. Bo czymże jest taka mgła, którą byle wiatr potrafi rozwiać.

Pomyślcie jak gęsta mgła musi wisieć od lat nad Polską, skoro nie pozwala ludziom w żaden sposób jasno dostrzec kogo obdarzają darem władzy. Przykre to i niepokojące doświadczenie.
Przyjrzyjcie się twarzom, posłuchajcie ich bełkotu. Mgła powoli się przerzedza.
Wystarczy się trochę skoncentrować i wytężyć wzrok.

Gdy byłem dzieckiem na ostatniej stronie Przekroju drukowano dwa pozornie identyczne obrazki. Zadanie brzmiało „Wytęż wzrok i znajdź dwadzieścia szczegółów, którymi różnią się te dwa obrazki”

I ty, miły czytelniku, wytęż wzrok i znajdź na początek 20 szczegółów którymi różni się wykreowany w mediach wizerunek naszych władców od rzeczywistości. To nie jest na początek jakieś specjalnie trudne zadanie!

Acha, dla ułatwienia sobie zadania możesz obejrzeć „Mgłę” Naprawdę warto!

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Tuska będą obalać!

Nie mam zamiaru się z tego cieszyć, ponieważ do władzy pchają się tacy, przy których Tusk to jest sam świątobliwy cadyk!

sobota, 1 stycznia 2011

Dom Elżbiety XC


Mężczyźni podnieśli się z ławki i Ela dostrzegła, że Piotr w ręce trzyma coś wełnianego i miękkiego.

- Włóż to, to mój sweter, bo na dworze jest raczej zimno – powiedział tonem rozkazującym.
Posłusznie włożyła ogromny sweter, poczuła się w nim jakby bezpieczniejsza. Uśmiechnęła się już trochę szczerzej i wszyscy troje ruszyli w stronę parkingu, na którym zaparkował Piotr.
Po drodze rozmowa się jakoś nie kleiła, ksiądz siedział z tylu, a ona przy Piotrze. Widziała w lusterku jak bacznie się jej przyglądał, aż ją to denerwowało. Miała wrażenie, że chce ją o coś zapytać i chyba wolałaby by to pytanie już padło.

W końcu nie wytrzymała i sama zapytała. – Czy ksiądz chce mnie o coś zapytać?

- Tak – odparł lekko zmieszany – przyglądam ci się, nie z ciekawości, wybacz. Widzisz, chodzi o to, że…jakby ci to powiedzieć? Wiesz jak wyglądała Mioducka?

- A to o to chodzi – uśmiechnęła się nawet trochę kokieteryjnie – Piotr księdzu nie mówił, że znamy portret Zofii, że nawet go odzyskaliśmy? Wiem, że jestem idealną repliką Zofii jeśli o to chodzi.
- Uf – ksiądz odetchnął – wiesz, nie chciałem ci tego mówić. Twoja babcia najbardziej obawiała się spotkania z tobą właśnie z powodu tego podobieństwa. I może – ksiądz zmienił temat - ty też będziesz do mnie mówić mniej oficjalnie, w końcu nie jestem takim starym księdzem dobrodziejem – uśmiechnął się szeroko, rozładowując trochę ciężką atmosferę.

- Janusz – powiedział wesoło Piotr – widzę, że Elżbieta i ciebie uwiodła.

- Oj przestań, bo popamiętasz. – Uśmiechnął się, ale zmarszczył brwi.- A– zwrócił się do Eli – wiesz, że mąż Józefiny zmniejszył dom, prawie o połowę. Podobno cały dwór był podpiwniczony, ale z nakazu Zofii, połowa piwnic została zasypana, ta, nad którą obecnie nie ma już domu. Podobno tam były pokoje Zofii.

- Skąd ksiądz, znaczy ty wiesz o tym?

- Trochę od ludzi, trochę wyczytałem między wierszami – zagadkowo odpowiedział Janusz.

- Mówiłem ci – odezwał się Piotr do Eli – że Janusz to prawdziwy logik? Zresztą, zawsze ogrywa mnie w szachy. Ale bez żartów, - Zwrócił się do nich obojga. – Coś mi opowiadałeś, już dawno, że połowa dworu jest zniszczona przez tego hulakę, jak mu tam było?

- Juszkiewicz. – Powiedział Janusz i westchnął. – prawie roztrwonił cały twój majątek – zwrócił się do Elżbiety – Dobrze, że Józefina nie wtajemniczyła go w jej zagraniczne dochody. To była bardzo szlachetna osoba, tak można odczytać z zapisów. Ufundowała obraz Ukrzyżowanego Chrystusa, do dziś zdobiący ołtarz. Była bardzo hojna dla kościoła. Może chciała w ten sposób odpokutować za matkę?

- Z tego co mówiła Kanusia, wiemy, że była osobą bardzo oschłą, wręcz zimną. – Powiedziała Ela – Prawda Piotr? – spojrzała na niego, by ten potwierdził jej słowa.

- Prawda, - potwierdził i zaraz dodał - ale, może jej chłód był spowodowany brakiem jakiejkolwiek miłości? Matka jej nie kochała, przyznasz sama – spojrzał jej na moment w oczy – mąż też nie. Nie miała gdzie ulokować uczuć. Pewnie na swoją córkę patrzyła też jak na balast, który wiązał ją z Juszkiewiczem, który delikatnie mówiąc ożenił się tylko z jej majątkiem. Myślę, że powinniśmy przestudiować cala historię twojego rodu. Myślę, że wszystko jest jakoś powiązane. Nie sądzisz Janusz?- Zwrócił się do siedzącego z tyłu księdza.

- Myślę, że tak, ale…słuchajcie, ja znam prawie całą historię. Myślę, że resztę wyjaśni pamiętnik – spowiedź Zofii. Poza tym musimy odebrać moc Carlocie, która ją ma nadal. Myślę, że jest w niej coś z demona, jeśli nim samym nie jest. Ale to nie takie proste, ona się jakoś zabezpieczyła, żeby mogła nadal oddziaływać na dom, na was…- Ksiądz na chwilę się zawahał i po chwili dodał – może będą potrzebne egzorcyzmy – stwierdził i jakby sam się wystraszył własnych słów. – Tyle, że egzorcyzmy to nie takie proste. Najpierw potrzebne są badania kościoła. To ma bardzo długą procedurę…

- A ty, nie mógł byś sam tego zrobić? – Zapytał Piotr, a Elżbieta skinęła głowa na znak, że też tak sądzi.

- Chyba nie mówicie poważnie? Nie jestem egzorcystą, a poza tym, na to są potrzebne zezwolenia ordynariusza, a on musi uzyskać zgodę papieża. Kościół Katolicki podlega hierarchii i ja nie zrobię niczego, na co nie dostanę zezwolenia. Czy to jest jasne? – Twarz Janusza stała się bardzo poważna. – No dojeżdżamy. – Zmienił temat – Wysiądę, zaraz tu na początku, bo chcę wejść jeszcze na chwilę do Jakubiakowej – a wy jedźcie do Piotra i czekajcie ze wszystkim na mnie. Dobrze?

Tęskniąc za elitą

Wszyscy zdają się cieszyć, że w Polsce zawieruszyły się elity i niezależne od bieżących politycznych rozgrywek-autorytety.

A ja się nie cieszę i coraz bardziej brakuje mi głosu mądrości w publicznym dyskursie, a przecież nie będę chodził ze świeczką po mieście i szukał mądrych ludzi.

Jak to się stało, że my, zwykli obywatele zostaliśmy sami, zdani jedynie na swoje rozumki, skażone emocjami rozbudzanymi przez media i polityków?

Co jakiś czas ktoś przytomny zaczyna „na piśmie” rozpaczać, że brak w Polsce „think tanków” poważnej debaty i analiz dotyczących już to stanu państwa, już to obronności czy polityki zagranicznej. Podejrzewam, że gdzieś na zapleczu, w niszach zimnych i ciemnych trwają takie debaty, fachowcy analizują i wyciągają wnioski.

Nie, oczywiście nie domagam się transmitowania takich debat w telewizji, ani nawet ich relacjonowania. Rzecz w tym, że nikt nie stara się o przekucie poważnych kwestii na język atrakcyjny i przyswajalny przez publiczność a pierwszym, jak się wydaje, zadaniem polityków i mediów jest wtłoczenie niezależnej myśli w szranki partyjnej wojny gdzie można ją do woli okładać partyjną pałką albo miętosić niczym ciasto dla własnych szybkich acz ulotnych korzyści.

Tyle tylko, że szanse na dotarcie głosu mądrości czy nawet rozsądku do zwykłego zjadacza medialnego „papu” są niewielkie, w związku z czym spory odsetek ludzi, ma wszystkich przeszkadzających ględzeniem w oglądaniu sportu czy estradowych podskoków za zwykłych durniów.

Nic dziwnego bo jak już się skoncentruje i posłucha ze zrozumieniem serwowanych mu w mediach mądrości łatwo znajdzie potwierdzenie swoich prostackich osądów.
Potem trzeba takiemu obywatelowi tłumaczyć, że nie każdy profesor czy doktor to dureń a wręcz przeciwnie! A obywatel się dziwi, dlaczego akurat durniów mu serwują jako elitę i autorytety?

To jest trudne pytanie, bo naprawdę nieco dziwi, że w 40 milionowym społeczeństwie zdani jesteśmy na opinie kilku dyżurnych politologów, socjologów z dodatkiem publicystycznych kukieł a nawet zwykłych socjopatów.

W cenie jest utwierdzanie dobrego samopoczucia odbiorców i powielanie wydumanych na politycznych salonach obiegowych mądrości. Wszystko co nie mieści się ze względów ideologicznych albo zbytniego skomplikowania materii w zwężającej się ciągle ścieżce przekazu automatycznie staje się wrogie, niszowe i dostępne jedynie dla „zainteresowanych”

A, że jak głosi jedna z obiegowych mądrości: „przykład idzie z góry” nisze naśladują w tym względzie mainstream przedstawiając jako elity swoich własnych niszowych durniów co powoduje powstanie kolejnych mniejszych nisz, jaskiń i lepianek.

Gdyby pojawił się nagle, będący wszak symbolem mądrości, biblijny król Salomon siedziałby niezawodnie w lepiance na skraju urwiska i gadał do glinianej ściany.

Budzi to mój niepokój. Nie żebym przeczuwał pojawienie się Salomona w 2011 roku, ale fakt, że władza kreowania rzeczywistości i nadawania tonu debacie o najważniejszych sprawach państwa i świata została oddana w ręce ludzi małej mądrości, ludzi skoncentrowanych na swoim osobistym sukcesie, zasmuca mnie. Och, żeby tylko w tym głównym nurcie byłoby pół biedy.

Elita intelektualna dla kraju i narodu jest bezcenną wartością. Nie zanosi się byśmy się takiej elity w najbliższych latach dorobili. Raz, że aspirujący do niej albo są korumpowani przez rozdawców intelektualnych koron, albo sami siebie korumpują, odrzucając w zmaganiach z rzeczywistością, to co winno być ich najgroźniejszą bronią – intelekt i bezkompromisowy osąd.

Ale też my sami, zwykli do bólu obywatele chyba odwykliśmy od elit wysokiej jakości. Mam wrażenie, że niezbyt chętnie słuchalibyśmy prawdy o sobie jako społeczeństwie. Lepiej się czujemy jako „ciemnogród” czy „lemingi” jeśli jesteśmy w ten sposób oznaczani przez kogoś kogo mamy ochotę kopnąć w tyłek niż przez kogoś, kogo szanujemy.

Pewnie dlatego na wszelki wypadek odmawiamy szacunku wszystkim, którzy nas nie głaszczą po główkach.

Jedno jest dla mnie oczywiste. W ten sposób jako Polacy daleko nie zajedziemy, a nawet jak zajedziemy to wysiądziemy na stacji, na której nigdy nie chcielibyśmy wysiadać.