środa, 13 kwietnia 2011

Gwiazda dnia. Pan Kamiński

Każdy przytomny człowiek wie, że tak naprawdę podróbka skurwysyna jest gorsza niż oryginalny skurwysyn, a prawdę tę, w znakomity sposób potwierdzają swoimi publicznymi wypowiedziami posłowie i eurodeputowani PiS, którzy obecnie występuja jako posłowie i eurodeputowani PJN.

Zwyczajowo cykl "Gwiazada dnia" polega na jednozdaniowym komentarzu, ale dzisiaj tak nie będzie.

Dodam jedno słowo: BYDLAKI!

TVN24

Od lat marudzę w internecie o polityce i mediach, a zaledwie od trzech tygodni mam dostęp do TVN24. Wiem, że to wstyd, ale cóż mogę na to począć, post factum? Mało tego, przez bite siedem lat miałem incydentalny kontakt z telewizją, czerpiąc wiedzę z sieci, a nawet, o zgrozo, zdarzało mi się wyśmiewać i obrażać blogerów, jak to na własne potrzeby nazywałem: “kłócących się z telewizorem”

Jednak, jak ogólnie wiadomo, wszystko co dobre i złe, ma swój koniec, w związku z czym, gdy znajomi z krainy tulipanów zaproponowali, że obdarują nas całkiem nowym, panoramicznym pudłem, zgodziłem się znaleźć dla niego miejsce w sypialni.

Początkowo, jako znany idealista, przeznaczyłem go do oglądania filmów z płyt, ale znajomi z twittera tak długo przerzucali się wrażeniami z ligi angielskiej, że połasiłem się na wynajęcie usług pewnej telewizji.

Nie, nie jestem rozczarowany. Piłki mam do przesytu, a “Angielczycy” prezentują się równie dobrze jak siedem lat temu, gdy przestałem się na nich gapić.

Niemniej, biorąc pod uwagę, że mam teraz, przy okazji, dostęp do TVN24 mogę napisać, że “diabeł mnie podkusił” co jest u mnie w domu kultową odzywką, odkąd nasza szlachetna sąsiadka wybrawszy się na odpustową pielgrzymkę do pobliskiego klasztoru kamedułów w Bieniszewie, podczas której fatalnie zmokła i następnego dnia poskarżyła się mojej teściowej, że:

“diabeł mnie podkusił iść na pielgrzymkę”

Oczywiście, nie moknę, no chyba, że w sensie metaforycznym, podczas oglądania czy słuchania TVN24, ale wpływ tej stacji na moje zdrowie jest zauważalny. Nie, szanowni prześmiewcy, nie chodzi o tak zwane “zdrowie psychiczne” tylko o całkiem realne skoki ciśnienia, na przykład.

Słuchanie ( piszę, słuchanie, ponieważ siedząc przy “komiku“, telewizor mam za plecami i wystarczy, że na początku programu obejrzę się, by rozeznać gęby, ponieważ nie potrafię się skutecznie zmusić do oglądania przez kwadrans Millera czy innego Niesiołowskiego)

TVN 24 to dla mnie jak jazda rollercoasterem. Przez 50 % czasu audycji śmieję się wesoło z prymitywizmu prowadzących oraz głupoty i bezczelności zaproszonych gości, przez 30% ziewam, przez 10% czasu nachodzi mnie ochota do zadawania pytań, a resztę wypełnia szczera wściekłość.

Takie reakcje to chyba moja wina, spowodowana opisaną na wstępie pauzą w przyswajaniu telewizyjnej propagandy. Zresztą tak naprawdę, opisywana stacja, nie służy, poza najprymitywniejszym poziomem, ani opisywaniu, przybliżaniu czy komentowaniu wydarzeń politycznych tylko bezpośredniemu “robieniu polityki”

Przypominam, że ostatnim medium obarczonym taką rolą była Gazeta Wyborcza w latach 90, gdzie wstępniak naczelnego napędzał polityczną narrację, nieraz na całe tygodnie. Teraz wiadomo, inflacja słów, ale za to słów rozpędzonych, powielanych w nieskończoność, obrazów, grymasów i kłamstw z gatunku, naprawdę bezczelnych.

Nie żal mi polityków opozycji, wkręconych w tryby pyskówek udających dyskusję, ponieważ jak powiada stare powiedzonko ludowe: “cierp ciało jeśliś chciało” Pisząc o “politykach opozycji” mam na myśli “pisowczyków” bo chłopaki z PJN czy SLD czują się tam jak u siebie, co specjalnie nie dziwi.

Paradoksalnie, najbardziej żal mi dziennikarzy kojarzonych w jakiś tam sposób z prawicą. Widziałem Igora Janke, lidera spolegliwości i politycznej równowagi, którego nie uchronił nawet chwyt z występowaniem w okularach, oraz pana Zarembę, moim subiektywnym zdaniem, jednego z najmędrszych komentatorów politycznych w Polsce, zaatakowanego przez naszą rodzimą parodię Lyttona Stracheya, że nie rozumie pojęcia “naród” Żal mi ich, ponieważ, jako dziennikarze muszą chyba być nieco źli, że pokrzykuje na nich także dziennikarka, która ich zaprasza.

Żal mi także zapraszanych gości, ale tych najsłuszniejszych, że wymienię Stefana Niesiołowskiego. Widziałem jak się człowiek niepokoił, zaciągnięty 10.04. przez obowiązki Marszałka Sejmu na mszę i inne uroczystości, podczas gdy całe jego jestestwo parło ku miłemu studio TVN24.
Gdybym pisał na twisterze, dopisałbym w tym miejscu “@owsiki”

Tekst nie ma oczywiście żadnej pointy, ponieważ jako telewizyjny nuworysz w żaden sposób nie czuję się godny, podsumowywania tej dziwacznej stacji informacyjnej, poza oczywistym stwierdzeniem, że w jakiś pokrętny sposób jest dla mnie atrakcyjna.

Podobnie na początku lat 80 w kiosku przy dworcu PKP w Koninie, można było nabyć za 30 groszy sowiecką, białoruską gazetę wydawaną w języku zbliżonym do polskiego, noszącą dość oczywistą nazwę “Czerwony sztandar”
Kupowałem ją pasjami i z wielką radością czytałem, dowiadując się jakie to Solidarność ma składy broni, z rakietami ziemia-powietrze włącznie.

I to by było, na tyle, ale jeszcze przypomniał mi się dziennikarz TVN, pan Jarosław Kuźniar, którego wczoraj spostponowałem przesuwając na drugie miejsce w tabeli najbystrzejszych Kuźniarów za pana Romana, doradcę Prezydenta.

Na pocieszenie napiszę, że ilekroć Pana widzę, panie Jarosławie, czy słucham, przychodzi mi na myśl fragment starej Polskiej pieśń w zupełnie nieortodoksyjnej wersji:

“Armaty pod Stoczkiem zdobywała wiara, rękami czarnymi od pługa
Lecz zamiast armaty zdobyła Kuźniara
Czy zwrócić Kuźniara się uda?….”

wtorek, 12 kwietnia 2011

Gwiazda dnia - Pan Kuźniar

Sądziłem naiwnie, że najbystrzejszym Polakiem, noszącym nazwisko Kuźniar jest popularny dziennikarz, Jarosław, ale kudy mu tam do pana Romana, doradcy Prezydenta Komorowskiego, któremu nie wystarcza ziemska władza i właśnie zabrał się za skazywanie na wieczne potępienie przeciwników politycznych swego pryncypała, wchodząc w kompetencje Pana Boga, co było, jest i będzie, działaniem obarczonym dużym ryzykiem.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Jak policzyć demonstrantów?

Problemy z liczeniem ludzi biorących udział w jakimś wydarzeniu, nie są żadną nowością. Weźmy coś tak prostego jak bitwę pod Grunwaldem.
Wedle rozsądnych założeń, brało w niej udział z obydwu stron, od 70 do 100 tysięcy wojowników.
W starodawnych, dotyczących bitwy źródłach, można wyczytać prawdziwe cuda!

Na przykład, wedle jakiegoś, przypominającego dzisiejszą "wyborczą", krzyżackiego źródła, zjednoczone siły Polaków Und PT Pogan sięgały 4 000 000 osób zaangażowanych w bitwę. Jasne jest, że ta starodawna propaganda miała na celu zdyskredytowanie zwycięzców i ukazanie w jak najlepszym świetle tych co dostali bańki.

W tamtych czasach nie było telewizji, nawet przemysłowej, ani gazet, ani tygodników opinii. Kto się załapał na bitwę, albo chociaż na odzieranie zabitych na pobojowisku, ten mniej więcej wiedział, co się wydarzyło. Ale nie mógł nigdzie zadzwonić, ponieważ nie było telefonów!
Na wszelki wypadek zwiększono liczbę przeciwników, zmniejszając własną potęgę wojenną, by, tak czy tak, zaakcentować bohaterstwo.wlasnych szeregów.

Przenieśmy się teraz 572 lat później, do 31.08.1982.
Pozmieniało się!

Tego dnia odbyła się jedyna w stanie wojennym demonstracja w moim rodzinnym Koninie.
Liczba demonstrantów była stosunkowo łatwa do obliczenia, ponieważ ludzie szli jednym ciągiem komunikacyjnym, w jednym czasie i kierunku.

Zarówno organizatorzy jak i tacy jak ja, młodociani pomagierzy szacowaliśmy demonstrację na 7000 osób, po, odjęciu 1000 na optymizm na 6000, co w skomunizowanym do imentu Koninie było całkiem niezłym osiągnięciem.

Ale ja nie o tym, tylko o problemach z liczeniem!

W lokalnej gazetce, Przeglądzie Konińskim, napisano, że było nas 2000.
W Gazecie Poznańskiej oszacowano na 800!
W Trybunie Ludu ujawniła się “niewielka grupka prowodyrów” - około 200 osób
W Telewizji wymieniono Konin, jako miasto w którym panował absolutny spokój.

Wczoraj zastosowano zbliżoną metodę, z tym, że zatrzymano się na wersji dawnej “Gazety Poznańskiej” ponieważ zbytni radykalizm kłamstwa w “demokracji” się nie zwraca.

Zwróćcie uwagę na zmianę metody i zastanówcie się z czego ta zmiana wynika, biorąc pod uwagę zarówno kłamstwa z 1410, 1982 jak i wczorajsze bujdy dotyczące ilości demonstrantów?

Odpowiedź jest prosta.
Bitwy to była realna, śmiercionośna walka, a obecne, i te sprzed prawie 30 lat demonstracje są jedynie agresywnym sporem z władzą.

W pierwszym przypadku mamy Polskę i jej urządzenie, narzuconą przez Moskwę, która to Polska, opisywana pogardliwie jako PRL, jedynie przez kompletnego wariata może być uważana za demokratyczną, a w drugim z Polską, namaszczoną przez procedury demokratyczne i ogólne przekonanie, że do jasnej cholery, jesteśmy u siebie!

Dlaczego, w takim razie, w sprawie tak prostej, jak policzenie uczestników demonstracji, dochodzi do równie zadziwiających kontrowersji, i dlaczego media rozpowszechniają bujdy?

Bardzo to dziwne, tym bardziej, że w przeciwieństwie do czasów “komuny” można było wczoraj, opisywane demonstracje obejrzeć w rozmaitych telewizjach, oraz internecie.

Jedynie na podstawie dostępnych przekazów, szacuję skromnie, że “w szczycie” brało w nich udział około 20 000 osób. Doliczam rotację uczestników na poziomie ( też skromnie ) około 2,5, co daje około 50 000 tysięcy uczestników.

Czy to dużo?
Wypowiem się delikatnie - średnio!
Zresztą, nie moja sprawa. Oglądałem w TV, koncentrując się na reakcjach i komentarzach, ale zawsze przyjemnie zobaczyć tyle Polskich flag łopoczących na wietrze i usłyszeć skandowanie z tysięcy gardeł, że:

-“Tu jest Polska!”

A nie jest, że spytam?

Smolar. Gwiazda dnia

Ze wszystkich wygłoszonych wczoraj komentarzy, najwieksze wrażenie zrobił na mnie komentarz Pana Smolara, który przywołując przykład amerykański podzielił, nasze skromne, zantagonizowane partie postsolidarnościowe na partię zapatrzoną w przeszłość ( w domyśle PiS ) i partię nadziei ( PO ) czym potwierdził prawdziwość przysłowia:
"Nadzieja jest matką głupich"

środa, 6 kwietnia 2011

Zaniechanie, Rekolekcje i pyski elit



Posłuchaj! W zgiełku targowiska,
gdzie wsiąkła w ziemię święta czerwień,
tłum źre i ślinę leje z pyska,
tańcuje, parzy się na ścierwie

i rzyga…

W. Broniewski


Dlaczego takie motto?

Właściwie mogłabym po nim już nic więcej nie pisać, bo akurat poeta wyraził dokładnie moje myśli i odczucia. Od roku obserwuje ten taniec chocholi, którym mnie częstuje obecna elita władzy uśmiechając się do mnie głupawo i wytrzeszczając przekrwione oczy. O co w tym wszystkim chodzi?

O zaniechanie.

Ale tego można było się spodziewać. Ja wiem, jestem świadoma jak szybko obsychają nieszczere łzy i gaśnie fałszywy smutek.

Świętoszkowie o duszy grzesznika?

Tu nawet nie można takiego porównania, bo żeby grzeszyć, trzeba mieć sumienie, a pewne elity ich już nie posiadają. To jak z pokutnikiem, który klęka przy konfesjonale tylko dlatego, że tak wypada raz do roku (przed Wielką Nocą). Potem wychodzi za drzwi kościoła i od razu bluźni przeciw Bogu i bliźnim.

A swoją drogą od kilku lat obserwuje coraz większe pustki w Kościele, tym moim parafialnym. Co roku mniej ludzi uczestniczy w rekolekcjach. W tym roku, można ich było policzyć na palcach! A nie mieszkam w tzw. wielkim mieście.

To jest przerażające.

Pan Bóg, był zbyt łaskawy dając nam wolną wolę, bo zamiast z niej korzystać, dajemy się zamykać w klatce „sekunda rozkoszy” podpisując Cyrograf, Volkslistę?

piątek, 1 kwietnia 2011

Moje 46 urodziny



Za chwilę będę miała urodziny, niestety już 46. I zrobiło mi się melancholijnie…bo to szmat czasu. Czasu, mojego życia, ale i historii. Pamiętam czasy, kiedy w powiatowym Koninie otwierał się pierwszy (wtedy dla mnie ogromny) sklep o nazwie „supersam”. Bo szczerze z mojej małej Goliny na zakupy jeździło się właśnie do Konina. Natomiast, gdy miał to być zakup typu płaszczyk, czy kurteczka, jeździło się aż do Wrześni, albo do samego Poznania.

Co najbardziej zapamiętałam z dzieciństwa?
Fryzury typu chałka, chyba, albo ogromne koki (takie tapirowane). Pamiętam moje ciotki, które się tak czesały i słynne jaskółki na powiekach. Czemu o tym piszę? Bo wtedy bardzo chciałam być taka dorosła, robić sobie takie fryzury, zamiast warkoczyków, które miałam z wywiązanymi kokardami. Malować sobie oczy i paznokcie. Widać byłam taką małą kobietką.

Pamiętam nasz pierwszy telewizor, nazywał się Neptun i miał jeszcze szybkę, która chroniła kineskop. Ja urodziłam się już w erze TV, bo u nas tenże pojawił się zanim ja przyszłam na świat. Pamiętam też dlatego tow. Wiesława, który czasem przemawiał w czasie, gdy powinna być dobranocka.

Co jeszcze zapamiętałam?

Może to bardzo subiektywne, ale taką szarość…wszystko było szaro-bure. Gdziekolwiek by nie spojrzeć, było bardzo dużo szarości. W sklepach, na ulicach…

Na ulicy prowadzącej do naszego domu, był sklep z zabawkami, często stałam z przyklejonym nosem do szyby i oglądałam wystawę. Zawsze były tam lalki, a te były zawsze kolorowe i piękne, więc trudno mnie było od tej wystawy odkleić.

OK., dość o wczesnym dzieciństwie.

Potem była dekada Gierka, a ja zaczęłam chodzić do szkoły. Rodzice zaczęli budować dom, nasz dom. Wiec to był okres tzw. wyrzeczeń, bo każda złotówka szła w budowę, ale wszyscy byliśmy zbyt szczęśliwi, że będziemy mieli własny dom, ogródek, że niedogodności typu wakacje w domu i uszyte przez mamę ubrania, nie były dla nas żadnym problemem. Choć często też zdarzało się tak, że brakowało rodzicom do pierwszego, ale…w końcu mogliśmy przeprowadzić się do własnego domu.

Potem z dziecka zaczęłam stawać się nastolatką, bardzo buntowniczą nastolatką.
Obawiam się, że nie chciałabym, być własną córką.

Mając czternaście lat uciekłam z domu. Nie dlatego, że mi w nim było źle, nie, uciekłam, bo chciałam dotrzymać koleżance towarzystwa.
Złapano nas bardzo szybko i wylądowałyśmy w izbie dziecka.

Potem był okres mojej fascynacji filozofią marksistowską…dlaczego?

Bo wszyscy byli przeciw więc ja by być oryginalną była marksistką. Godzinami przesiadywałam w bibliotece publicznej i czytałam Marksa, Engelsa i Lenina. Byłam pierwszym czytelnikiem tych książek. Nawet bibliotekarki przyglądały mi się dziwnie.

No a potem?

To już znacie. Wyszłam za mąż, urodziłam dzieci. Pierwszą córkę Anię w 86, drugą Natalię 93, a ostatniego syna Krzysia, już w XXI wieku, bo w 2003 roku.

I nagle mam już 46 lat. A wolałabym mieć znów tamte mysie ogonki z kokardkami. Bu!