środa, 7 listopada 2012

Pokłosie 2 ... i jedna czwarta


- Lubisz Żydów?

- Pan się mnie pytasz, czy ja lubię Żydów? Owszem, że lubię, ale przecież nie każdego Żyda, tak jak nie jestem w obowiązku lubić każdego Polaka. Ja panu nawet więcej odpowiem. Z Żydami to ja mam stosunek poprzez kulturę, głównie, a z Polakami, wprost przeciwnie.

- …

- Izrael? Czy lubię Izrael - I to ma być pytanie? Cenię i podziwiam Izrael, ale na przykład, jego piewcy Barbura, nie lubię, ponieważ to bubek. I nic to nie ma do rzeczy, że prawicowiec. Większości polskich prawicowców też nie cenię. Zresztą, każdy ma swoje lusterko! Co mnie do tego?

- …

- Wczoraj, akurat wczoraj, oglądałem film braci Cohen Poważny człowiek, film nie zrobiony przez Gojów, przecież. Oj, jaki to dobry film! W tym dobrym filmie jest taka scena. Bar micwa, syna bohatera filmu. Synagoga. Przed uroczystością chłopak ujarał się trawą, ale nie w tym rzecz. W polskim filmie na tym polegałby dowcip, a w żydowskim nie. Uroczystość brnie i w końcu dochodzi do sceny, gdze przewodniczący  Kahału podnosi zwoje Tory.
Ciężkie, na drewnianych drążkach. Zmagając się z nimi, szepcze bezwiednie – O Jezu!

- …

Tak, mnie śmieszy. Mam taką, naciągniętą do maksimum, żydowską strunę w duszy. Z niej pochodzą melodie, które od czasu do czasu wygrywam. Była tu kiedyś Rzeczpospolita. Po narodach, w polskim tyglu, zostały poszczególne słowa i koloryt. Powiedzonka. Wiersze. Po Żydach zostały strzępy duszy. Strzępy szczerej, wartościowej materii.

-…

- Nie sądzę antysemitów. Gdybyśmy kupowali na co dzień towar, w sklepie na rogu, od Salcie czy brodatego Izydora Goldszteina, możnaby jakoś argumentować. Teraz to tylko mity zawieszone w powietrzu na poduchach z anielskiego puchu, albo zanurzone w krwi. Tutaj nie chodzi o kompromis, ani tym bardziej o prawdę. Chodzi o forsę i brutalną przepychankę na rynku idei.

- …

- Ilu Żydów zamordowali Polacy? Ostrze, nieprzypadkowo jest w wieś wymierzone. W ziemię. Oszczep radykalnej naiwności. W pewnym sensie to nawet zabawne, biorąc pod uwagę, skąd wywodzą się nasze dzisiejsze, opiniotwórcze elity. Grają tu nami, niczym kamieniami we warcaby. Narodowe słodziaki, w wypielęgnowanych dłoniach wznoszą ku niebu ryngrafy niewinności. Inni, przelewając krew dawno przelaną, płonąc w zawartych stodołach, grabkami wygrabiając z pogorzelisk złote zęby – Nie, bez przekleństw nie mogę o tym mówić.

-…

- Tak, czytałem o tym filmie. Na uciętej jeńcowi głowie, rosół gotują. Moim zdaniem, na głowiźnie lepiej wychodzi kapuśniak.

-…

- Ilu Polaków zamordowali Żydzi? Ilu Żydów zamordowali Żydzi? Ilu Polaków  zamordowali Polacy? Ilu ochronili, obronili przed zagładą. Nikt tego nie wie, nikt tego nie policzy. Szale wagi drżą. Można by dołożyć w tym miejscu Niemców i Kacapów. Niewiele to da, ponieważ wedle najnowszych wskazań, to tylko ofiary wojny.  Tej wojny. W ciemnym oku świata, Druga Wojna Światowa w Europie, jawi się jako wojna Polsko – Żydowska.

-…

- Tak, w ciemnym oku świata! Podtrzymuję obelgę. Niech będzie, że jestem z tych najgorszych, z tych, których odgłowi różowy pluszak. Zaprzyjaźniona, medialna maskotka.

-…

- Jedno jest pewne. Obecnie Polacy są Żydami Europy.  Polacy są winni, a Żydzi mają Izrael. Własne państwo  Izrael – Brawo! Zazdroszczę…

piątek, 2 listopada 2012

Stanisław Kiecal - "Zabójca z Michigan"


1956. W St.George, miasteczku założonym przez przywódcę Mormonów Brighama Younga zmarł Walter Displey. W 1934 zamieszkał tam po zwolnieniu z więzienia, w którym przesiedział dwadzieścia trzy lata za zbrodnię popełnioną w 1910 roku. 

Rankiem 15.10.1910 na farmie należącej do pułkownika Dickersona ten pracownik najemny farmy, zamordował strzałem w plecy, strzelając przez otwarte okno - Stanleya Ketchela, światowego czempiona wagi średniej. Zabójca posłużył się karabinem zamordowanego, któremu po zabójstwie zrabował 2000 dolarów. Stanley Ketchel miał wówczas 24 lata i był u szczytu sportowego powodzenia.


Przed nim była walka w obronie mistrzowskiego pasa, którą miał stoczyć na dystansie 45 rund (!) z Samem Langfordem oraz wyjazd na tournee po Europie, którego uwieńczeniem miała być paryska potyczka z Samem McVae. Znakomitym, czarnoskórym, amerykańskim bokserem, który w czasach niezbyt sympatycznych dla  walczących na amerykańskich ringach PT Murzynów, znalazł sobie spokojna przystań w Europie.

Stanisław Kiecal urodził się 14 września 1886 roku w Grand Rapids ( Michigan) Jego rodzice; Jan Kiecal i Julia z domu Niszewska przybyli do USA ze wsi Sulmierzyce, woj. Łódzkie.

Wkrótce narodził im się synalek, który okazał się niezłym ananasem i ancymonem. 
Mając 12 lat zwiał z domu i wyruszył, na jeszcze - w porywach - całkiem "Dziki Zachód". Przez Chicago, Kanadę(!) dotarł w końcu do Montany. 

Wzgardziwszy jej zieloną, uporczywie cywilizowaną przez rolnictwo i hodowlę bydła części dotarł w Góry Skaliste, do górniczego miasteczka Butte, w którego okolicy wydobywano miedź, srebro i złoto. Kto oglądał kiedyś westerny dziejące się w takich okolicach, może mieć jakieś wyobrażenie o ruchu, gorączkowym użyciu i atmosferze panującej w takich miejscach, na przełomie wieku. 

Obok burdelu, knajpy i związanych z nimi przyjemnościami, istniało stałe zapotrzebowanie na męskie rozrywki. 
Akurat takie jak boks. 
Począwszy od zwykłych mordobić aż po organizowane, płatne walki miejscowych bokserów.

Stasio, chłopak wyrośnięty i zahartowany czteroletnią włóczęgą, podczas której imał się przeróżnych prac fizycznych nie stronił od zwady, nie miał, że się tak wyrażę, zwyczaju ustępowania z drogi. 

W Butte znalazł pracę jako posługacz w knajpie, ale awans na kelnera nie był jego przeznaczeniem. Podczas jednej z ulicznych bójek zauważył go Maurice Thompson, górnik, dawny lokalny bokser. Pod jego okiem, w miejscowej salce treningowej uczył się podstaw techniki pięściarskiej. A, że jak wiadomo trening i nauka czyni mistrza...

Nie mając skończonych 17 lat zadebiutował jako zawodowiec na ringu w Butte, wygrywając przez nokaut w 1 rundzie z Kidem Tracy'em. Swoje niezwykłe możliwości fizyczne potwierdził w drugiej walce nokautując Mose’a Lafontise’a w 24(!) rundzie. Jakby nie patrzeć, w siedemdziesiątej drugiej minucie walki!

Wkrótce stał się lokalną sławą okręgu górniczego, a następnie całej Montany.  

Gdy w 4 lipca 1907, stawał do walki z Joe Thomasem, którego nazywano „Chlubą Kalifornii” oraz „Cudownym człowiekiem” mógł pochwalić się bilansem 40 walk, z których wygrał 35 (wszystkie przed czasem ) 3 zremisował a dwa razy przegrał, na początku kariery, z własnym trenerem i mentorem.

Joe Thomas był murowanym faworytem starcia w Marsyville ale w ringu lekką przewagę miał Kiecal. Starcie, choć zakończyło się remisem, przychylnie nastawiło publiczność i fachowców do młodego pięściarza z Montany.

Po dwóch miesiącach, w Colma doszło do rewanżu. Pojedynek zakontraktowano na 45 rund i kreowano jako bój o Mistrzostwo Świata, wakujące po Tommym Ryanie. 

Sędziujący walkę Wiliam Roche po latach twierdził, że nigdy w życiu nie widział tak strasznej bijatyki w ringu. Sam ledwie dotrwał do jej końca, choć jak skromnie zauważył, ani nie bił, ani też nie był bity.

Zarówno Kiecal jak i Thomas byli po kilka razy liczeni, a w 29 rundzie Polak padł na wznak po potwornym prawym w szczękę. Ku zdziwieniu przytomnych, wstał i w 32 rundzie doprowadził rywala do takiego stanu, że sekundantom Thomasa nie pozostało nic innego jak rzucić ręcznik na ring.

Zwycięzca poza tytułem i gratyfikacją finansową zyskał dwa ringowe przydomki „Dziki kot z Michigan” i drugi, wiele mówiący o jego sposobie walki, przydomek, który przylgnął do niego na stałe – „Zabójca z Michigan”

Kalifornijscy promotorzy nie mogąc pogodzić się z klęską swojego faworyta doprowadzili w grudniu 1907 roku do trzeciego starcia, które Kiecal rozstrzygnął na swoją korzyść po 20 rundach. Tym razem na punkty.

Do tytułu pretendowali wówczas bracia bliźniacy, Sullivanowie, robiąc, jak się później okazało medialną awanturę o nic. Mike poległ w połowie pierwszej rundy po atomowym ciosie w szczękę, a Jack, chcący pomścić klęskę brata został znokautowany w 20 rundzie.

Nadszedł czas na wspomnienie bokserskiej wojny Polsko – Niemieckiej, obejmującej cztery pojedynki. Na drodze syna emigrantów z Polski, stanął jego rówieśnik, syn emigrantów z Niemiec, niepokonany dotąd Wiliam Herman Papke – „Piorun z Illinois” Zakontraktowana na 10 rund towarzyska walka odbyła się na ringu w Milwaukee. Po zaciętym, obfitującym w wymiany ciosów starciu, zwyciężył Polak.

Siódmego września 1908 roku w Vernon, doszło do rewanżu. Tym razem Kiecal walczył w obronie tytułu. Walczył i został w 12 rundzie odniesiony do narożnika przez swoich sekundantów. Walkę ustawił zdradziecki postępek Papkego na początku pierwszej rundy. Istniał wówczas zwyczaj, zarzucony po tej walce, że już po pierwszym gongu rywale „przybijali” na środku ringu popularną „piątkę” 


Niemiec zamiast się witać, przywalił mistrzowi lewym sierpem w szczękę i poprawił prawym prostym w nasadę nosa. W pierwszej rundzie Kiecal trzykrotnie leżał na deskach ale najbardziej brzemienna okazała się opuchlizna po wspomnianym ciosie w  nos. 

Półślepy i zmaltretowany do ostateczności „Zabójca z Michigan” ledwie dowlókł się do szatni, by po 11 tygodniach, w San Francisco odzyskać tytuł, nokautując Papkego w 11 rundzie. 

W czwartym, niezwykle zażartym starciu tych dwóch pięściarzy, ponownie zwyciężył Polak. Tym razem na punkty, po 20 rundowym starciu, wygrywając 10  a przegrywając 6 rund. To możesz zobaczyć, klikając w poniższy link.

http://www.youtube.com/watch?v=B_Avjlmtni0

16 października 1909 na ring w Colma wyszedł niekwestionowany mistrz wagi średniej Stanisław Kiecal by zmierzyć się z mistrzem wagi ciężkiej, czarnoskórym Jackiem Johnsonem, do dzisiaj uznawanym przez wielu fachowców za jednego z trójki najwybitniejszych w historii, mistrzów pięści, bez podziału na kategorie wagowe, który wówczas w najcięższej wadze nie miał w Stanach Zjednoczonych poważniejszych konkurentów. 

http://www.youtube.com/watch?v=F_gWov_tc50&feature=related

Przez pierwsze rundy nacierał Polak, ale Johnson poza miażdżącym ciosem, był także mistrzem defensywy. Różnica wagi i wzrostu w połączeniu ze znakomitą techniką rywala uniemożliwiała zadanie Kiecalowi decydującego ciosu. 

W dwunastej rundzie udało się mistrzowi wagi średniej dosięgnąć Johnsona prawym sierpowym a poprawka w okolice ucha przewróciła Murzyna na deski ringu. 


Jack, liczony, na polecenie sekundanta, czekał  na czworakach do 8 sekundy uważnie obserwując Kiecala, gdy ten zupełnie odkryty stał opodal, by na znak sędziego, dokończyć egzekucji. 

Gdy Johnson wstał, zadał dwa ciosy a następnie potwornym prawym w twarz wyrzucił Polaka w powietrze. Było po walce. Cios był tak potężny, że Johnsonowi pękła rękawica a Kiecal stracił przednie zęby w górnej szczęce.




Pół roku później. 

Przenieśmy się zresztą na chwilę do sali w gmachu "National Athletic Club" w Filadelfii. Oto w towarzyskim pojedynku „no decision” Kiecal staje do walki z Samem Langfordem, znanym jako "The Boston terror"  

http://www.youtube.com/watch?v=JUdoGBkeqWQ

Stłoczeni wokół ringu i na trybunach kibice, w oparach tytoniowego dymu, przesiąknięci zapachem męskich trunków wpatrują się w ring, oświetlony upiornym żółtym światłem lamp łukowych. 

Pojedynek jest reklamową potyczką przed wspomnianą na wstępie, zakontraktowaną na 45 rund walką o pas Mistrza Świata. Walką, która nigdy nie dojdzie do skutku. 

Po trzech rundach wzajemnego badania, które spowodowały głośne niezadowolenie publiczności, przeciwnicy ruszyli do takiej walki, że Langford po latach wspominał:


„ Nigdy przedtem nie spotkałem nikogo, kto by tak na mnie natarł. I nigdy później nie zaznałem już czegoś takiego”

Walka nie zakończyła się nokautem a walki „no decision” nie były punktowane. Zwycięzcę kreowały media i każda gazeta trzymała się swojego zdania. Taka ciekawostka. 

Po tej walce Kiecal rozegrał jeszcze trzy walki. W Bostonie, na początku trzeciej rundy znokautował Flynna. Dziesięć dni później w Nowym Yorku po 4,5 minutach rzucił na deski Willie Lewisa, a po niespełna miesiącu, również w Nowym Yorku, znokautował w piątej rundzie niezwykle bojowego boksera Jima Smitha.

Kiecal miał 24 lata. Był niezwykle popularnym, wspaniale zarabiającym czempionem. 

By wypocząć od wielkomiejskiego zgiełku, który wyraźnie nie służył jego sportowej formie, a przede wszystkim, by w spokoju rozpocząć przygotowania do ringowych zmagań 1911 roku,  wyjechał na rancho swojego przyjaciela - starego pułkownika Dickersona. 

Piętnastego października zasiadł w jadalni do śniadania. Z kuchni dochodziły wesołe zapachy i jeszcze weselsze skwierczenie smażonych plastrów boczku. Kucharka rozbijała jaja. Było gorąco. Nie wstając z krzesła Stanisław odwrócił się i otworzył okno. Sięgnął po szklankę i nalał sobie z ceramicznego dzbana, domowego piwa.




UWAGI:
1    
    - Po pierwszym akapicie, używam dalej oryginalnego zapisu nazwiska Mistrza. Po pierwsze, nie chcę robić zamieszania, ponieważ tekst publikuję w miejscach gdzie fani i znawcy boksu stanowią mniejszość. Po drugie, choć Mistrz urodził się w USA, w „księgach” został zapisany jako Stanislavus Kiecal i nigdy nie zmienił nazwiska. Po trzecie –  nie sposób w tak krótkim tekście zaznaczać cały czas, że to Amerykanin narodowości polskiej, podobnie jak w przypadku pana Papke – Amerykanin narodowości niemieckiej.  Dlatego występują jako Polak i Niemiec. Przy okazji, o ile ktoś chce dowiedzieć się czegoś więcej o Stanisławie Kiecalu, skazany jest na amerykańskie źródła. Należy szukać w necie wpisując nazwisko "Stanley Ketchel"

2.     Tekst powyższy oparty jest w całości na książce Aleksandra Rekszy „Słynne pojedynki” której egzemplarz odnalazłem w zwałach makulatury. Książka została wydana przez KAW w 1980 roku w trzydziestu tysiącach egzemplarzy. Nie wiem, czy były jakieś wznowienia. Z Internetu pochodzą dodatki. To wręcz nieprawdopodobne, ale każdy z Was może obejrzeć fragmenty niektórych z opisywanych powyżej walk. Prześledzić inne starcia, przeciwników Kiecala.

3.     Aleksander Reksza to sportowy dziennikarz z przedwojennej szkoły. Z czasów, gdy nawet dziennikarze potrafili pięknie pisać o sporcie. Ostatni, Bohdan Tomaszewski, jest jeszcze wśród nas.

4.     Należy, czytając o dawnym boksie przyjąć pewne poprawki. W części opisywanych walk, jedynym, także punktowym arbitrem był sędzia ringowy.  Rękawice bokserskie w tamtych czasach bardziej przypominały młot, niż łagodzącą siłę uderzenia, współczesną „poduszkę” Pojedynki bywały rozgrywane na otwartych stadionach, także podczas padającego deszczu. Gdyby w Polsce była kinematografia, zamiast produkować się w blogosferze, biegiem smarowałbym scenariusz.  








czwartek, 1 listopada 2012

Smoleńsk 2012. Pod pozorem spaceru


Wbrew wszelkim zasadom zacznę od wniosku. Uważam, że w najbliższym czasie teza o zamachu w Smoleńsku zostanie potwierdzona przez źródło znajdujące się poza Polską. Wiedza o nadchodzącym wydarzeniu jest już pewnie dostępna na najwyższych, że tak się wyrażę, piętrach władzy / niekoniecznie naszej/ Nie ma tu nic do rzeczy, czy będzie to prawda, czy nie.
Dowody, oczywiście zostaną przedstawione, ale nam pozostanie tylko wiara lub brak wiary w ich autentyczność. Obydwie strony wewnętrznego konfliktu w Polsce nie doceniły Rosjan, tyle tylko, że całkowitą winę za zaniedbania, błędy i rozsiewanie kłamstw ponosi strona, którą można ogólnie nazwać „rządową” Obecnie mamy do czynienia z serią sygnałów wysyłanych z Moskwy. Są sygnały delikatne, jak sugestie, że śmierć chorążego Musia, nie była dziełem przypadku. Innym jest zamiana zwłok. Bardzo precyzyjna i symboliczna. Przecież poza parą prezydencką trudno byłoby znaleźć na pokładzie TU154, dwie osoby bardziej symboliczne niż Anna Walentynowicz i ostatni prezydent na uchodźctwie. Ludzie piszą o „ruskim bardaku” – Byłby to przypadek, nie sygnał?
Teraz te ślady. Co by o nich nie pisać, jakby nie podważać ich powiązania z materiałami wybuchowymi, w świat poszła informacja o możliwości wybuchów na pokładzie. Rosjanie przetrzymują wrak naszego samolotu przez trzydzieści miesięcy i nie zadbali o ich usunięcie. Niesamowite!
Napiszę jasno – W każdej, dogodnej dla siebie chwili, albo przymuszona nadciągającym kataklizmem, Rosja może potwierdzić, że do zamachu doszło i rzucić na geopolityczny stół pliki papierów z tajnego śledztwa, łącznie z wszelkimi możliwymi analizami, nagranym przypadkowo filmem z ostatnich chwil samolotu, oraz zeznaniami kilkudziesięciu wiarygodnych świadków, których może do woli maglować wariografem Komisja Międzynarodowa, której powołania oczywiście zażądają.
Dlaczego nie oddawali wraku oraz innych dowodów?
Ponieważ nie ufali stronie Polskiej, podejrzewając ją o próby mataczenia i ukrywania prawdziwych winowajców zamachu. Nie myli wraku, niczego nie niszczyli, a wręcz przeciwnie – Zbierali dowody! No, drodzy polscy przyjaciele, przecież ten samolot leciał z Warszawy, nie z Moskwy!
Że hucpa? Nie, zwykły ruch wyprzedzający! A siła ruskiej argumentacji jest jasna dla każdego, kto pamięta przedstawienie pani Anodiny. Kolanem przepchną w światowych mediach, a nasi mądrale będą musieli na gwałt szukać zamachowców. Nie będzie to łatwe ani przyjemne, po tylu kłamstwach i podłościach, jakich zdążyli się dopuścić.  Dla marnych, łże politycznych korzyści dali się wyprowadzić przez uzbrojonych bandytów do lasu.
Pod pozorem spaceru.

wtorek, 30 października 2012

Wiadomość nie zdementowana....


... to żadna wiadomość.
Ile razy mam pisać, że rządzą nami pospolici bandyci? Nie żadna mafia - też coś!
Bandyci. Wleją babci, obrobią kiosk, wepchną chromego staruszka pod wózek widłowy, żywego wróbla nadzieją na patyk. Potem na murku, na zapleczu, rąbią wińczacho z gwinta
i zaśmiewają się do rozpuku.
Bezkarni. W końcu zabijają.
Nadal bezkarni.
Kłamią, ponieważ oskarżonemu wolno kłamać.
Rządzą nami bandyci i skurwysyny. Sądzę, że jeszcze ze trzy dni.
Jeśli, drogi czytelniku, raczysz się dziwić, że niby niemożliwe jest, że burmistrz może być bandytą, polecam lekturę "Martwych dusz" pana Gogola


poniedziałek, 22 października 2012

Możesz zostać pszczołą!


I Ty możesz zostać pszczołą!

Wypiłem ostatni słoik. Cóż, kwestia wiary. Mogłem nazbierać kwiecia na więcej niz 12 słoiczków, ale nie nazbierałem, ponieważ przepis wydawał się dziwny.

Miód robią pszczoły! Tego uczą w przedszkolach.

Ty też możesz być pszczołą, dziwnie i grubo buczącą! Możesz zrobić znakomity miód, wspierający kurację oskrzeli oraz innych kaszlących kawałków Twojego ciała.   

Testowane na Jareckim!

Osobiste doświadczenie jest ważne. Skutki są takie:
- łagodzi kaszel
- ułatwia odpluwanie flegmy
- jest smaczne i zdrowe
- z grzanym piwem/winem – Rewelacja!
- jako nalewka – Sam cymes!

Przepis

Doczekać do wiosny, do czasu gdy zakwitnie Mniszek Lekarski, czyli popularny Mlecz. Idziemy na łąkę, a jeśli ma ktoś zapuszczony ogród, niech idzie do ogrodu.
Zbieramy 500 kwiatów z Mlecza/ same żółte kwiatuszki.

Zebrane, zalewamy litrem wody. Moczymy je 6-8 godzin.

Gotujemy je 15 minut. Pod koniec gotowania dodajemy dwie cytryny pokrojone w plastry ze skórą. ( wyparzone uprzednio )

Gdy wywar wystygnie, odstawiamy na dobę do lodówki.

Zaglądamy do lodówki, gdzie znajdujemy nasz wywar.

Idziemy do apteki gdzie kupujemy gazę. Wyciskamy kwiaty przez zakupioną gazę i dodajemy do płynu 2 kg cukru.

Gotujemy to coś przez dwie godziny. Gorący płyn wlewamy do uprzednio przygotowanych słoiczków i zakręcamy.

FAKTY

- Przesmaczne coś, o konsystencji miodu
- Starodawny przepis ( XVI wiek )
- Podstawowy produkt jest darmowy
- Lepiej łagodzi kaszel niż chemiczne wynalazki

WADY

- Trzeba zaczekać na wiosnę. Zimą mlecze nie raczą kwitnąć. 

REKOMENDACJA

Gdy nadejdzie wiosna i zakwitną mlecze, będę się szlajał po łąkach, jako zbieracz wiadomych kwiatków. Nie będą nas pszczoły szantażowały jakimś tam miodem. Pracowite?

Jako Jarecki -  Pszczoł/Truteń


wtorek, 9 października 2012

Donald poleciał z gaśnicą!


Ich bezczelność jest nieprawdopodobna! Przywodzi na myśl dowcip z cyklu „szczyt bezczelności” 

Żart, który kończy się pointą: „ … i poprosić o papier” 
Oto, ...  Z wyżyn swych dobrych chęci, głos zabrał profesor Zoll. 

Raczył się obudzić po kilku latach hibernacji, ni mniej, ni więcej, tylko  proponując Polsce, nowy Okrągły Stół. O tym starym, przy którym komusze łajno wywalczyło sobie prawa i bezkarność, profesor pisze:  

- „przepaść między opozycją solidarnościową w 1989r,a ówczesną elitą rządzącą, była mniejsza niż dzisiaj”

No ładnie! Jak mawiał Powolniak, w serialu: „Co ludzie powiedzą?” 

Miałby Kaczyński wziąć władzę w zamian za nadanie przywileju rozgrabiania Polskie, przez łobuzów z dzisiejszych elit? Platforma Obywatelska, wedle profesora, jest starodawną komuną?

No ładnie!

Wszyscy mają okazać dobrą wolę, a całość w świetle telewizyjnych jupiterów zrelacjonują ogłupiałej tłuszczy, pewnie: Lis, Olejnik, Sakiewicz i Stankiewicz. 

Dziękuję za takie przedstawienie. To już było! Pamiętam Adama Michnika z logo Solidarności wymalowanym na kartoniku. W TVP odważnie je prezentował. Z Jackiem Kuroniem, wespół zespół. Bywał też tam Gieremek...

Dalej, profesor Zoll, przywołuje z popielnika termin „autorytety moralne” 

Panie Profesorze! Informuję, że autorytety, a szczególnie te moralne, dawno spłonęły w ogniu propagandowych SZCZUJNI. Na dodatek, samodzielnie biegały, te autorytety, po redakcjach z podpałką i zapałkami.

Głupocie i łajdactwu łże elit, zawdzięczamy upadek statusu autorytetów.
Nikt autorytetów nie zmuszał do gromienia i wyszydzania oponentów w czasach tryumfu i nikt nie zmusi mnie, człowieka prostego, bym jeszcze raz uwierzył w ich nową, bardzo dobrą wolę, gdy płonie ognisko pod ich, wypieszczonymi przez milionową demokrację, tyłkami.

Platforma Obywatelska, jako komunistyczny reżim? 
Mój Boże, jak to się plecie!

Poza profesorem Zollem odezwał się dzisiaj, przywołany powyżej, pan Michnik. W 1989 roku, jego głos brzmiał w debacie publicznej, niczym dzwon. „Wasz Prezydent, nasz Premier!” ….uczłowieczenie Cimoszewicza… że przytoczę ogólnie znaną „łatwiznę”.

To był szczyt.

Pan Michnik, jako człowiek przeważnie inteligentny, zdążył zauważyć, że jego głos przestał się liczyć. Medialne, polityczne podfruwajki, które karmił, leżą na własnych wymiętych mordach i kwiczą.

Klęska, panie tego, O. Rydzyk górą! Medialny segment Gazety, dołem. Sam tego chciałeś, Adamie Michniku! Dyndało trzeciej RP.

I żadnego, drugiego stołu kwadratowego czy okrągłego nie będzie. I świństwo, kolejny raz, nie rozlezie się wszędzie, że sobie luzacko sparafrazuję Witkacego.

Nie ma woli po temu.

Platforma Obywatelska umarła i zgniła.

Nie przygotowaliście, pt demiurgowie 3RP niczego sensownego, w zamian - pompując jełopską palikociarnię. Teraz, w październiku 2012 chcecie się prostować.

Pod szafą Lesiaka, że spytam?

Nie da rady!

Zacząłem od przywołania dowcipu i smętnym dowcipem skończę. Brzydko, o ile się komuś wszystko kojarzy z brzydkimi rzeczami.

Lecą samolotem: Kaczyński, Tusk i Pawlak. 
Awaria! 
Samolot płonie! 
Okazuje się, że trzech pasażerów, a tylko dwa spadochrony. 

Kaczyński proponuje losowanie, ale Tusk, szybszy niż myśl, chwyta pakunek awaryjny i wyskakuje!

Kaczyński przejmuje inicjatywę.  - Cóż, wiadomo, że Donald nie był zbyt uczciwy, mamy teraz szansę 50 na 50. Proponuje szybkie losowanie. Z czego pan się tak śmieje, panie premierze Pawlaku?

- Booo…bo…o rany…Panie Premierze… oj… booo… Bo… bo… Donald poleciał z gaśnicą!

środa, 3 października 2012

Omfalos


Nikt nie wie co mnie jest. 
Poszedłem do lekarza. Nie powiem, kulturalny lekarz. Proszę się rozebrać. Nie, tego nie trzeba. Osłuchał. Popukał tu i ówdzie. Cisza. Nasikałem do pudełka. Zabrali trochę krwi.

Pan przyjdzie pojutrze! Za plecami szurum burum i dla oka w ciup buzie i krzywe uśmiechy i białe fartuchy i na korytarzu jedzie kwaszoną kapustą i plakat na którym przykładowa dieta. Należy spożywać owoce i ryby. Kapustę oczywiście. Nie pij! Nie pal! Nie wyśmiewaj!

Nic nie wykryto, a ja nadal blady. Krzywy i jakby nadgryziony zębem czasu. Skierowano mnie do innego lekarza. Specjalisty. Ten chyba pomylil mnie z innym pacjentem, ponieważ o nic nie pytając, a jedynie głaszcząc się po łysinie, mrugał do mnie znacząco. Zauważyłem, że ma brudne paznokcie. Brud wżarł się bardzo głęboko. Potem już tylko pisał. Oto skierowanie. Podniosłem papierek z blatu taniego biurka i złożony we czworo schowalem do portfela. Dziękuję doktorze!

Poszedłem do szamana. Ten miącha, wydziwia. Oferuje w promocji nastawianie gnatów, ale niestety ja niczego sobie nie złamałem. Nie wie, łobuz, co mnie jest. W poczekalni szamańskie plakaty. Wyspy tropikalne, a w izdebce do ktorej nieopacznie zajrzałem, nudziły się kosmate pająki. Pająkotopia.

Morze. Oddycham jodem. Wysokie sosny. Biały piasek. Wydmy, bryza. Bałtyk. Brnę na bosaka. Sweter razi mój nagi, spocony pod wełną tors milionem delikatych ukąszeń. W lewej dłoni niosę buciki do których wtłoczyłem kulki skarpetek. Z prawej zrobiłem daszek nad oczkami i stojąc na fali piasku spoglądam w głąb morza. Nade mną białe samolociki mew.

Bursztyn! Nie, to tylko szkło butelki. Morze  wyrzuciło na brzeg pół drewnianej palety. Z Tajwanu. Idę, mijam, dotykam. Jakiś dobrodziej na wilgotnym, ciężkim piasku narysował palcami swojej prywatnej stopy, znaki zodiaku. Nieco koślawe. Nieważne!

Między wydmami, a wysokimi, ukoronowanymi sosnami zielona plama brzeziny. Siadam na karpie, oddycham. Kładę się na wznak i wpatruję się w niebo. Październikowe chmury przemykają ukradkiem. Morze szemrze. Robaczki  bawią się na moim swetrze. Na mojej klatce piersiowej.

Zasnąłem i śniłem, że Węgrzy opatentowali gulasz, w nastepstwie czego wszędzie się kręcili, zaglądając ludziom do garów. Po lepszych domach chodzili huzarzy, a po gorszych, zwykłe, tęgie baby.

Powiało chłodem, albo robaczek z robaczków wszedł do mojego nosa. Nie pamiętam.
Przebudziłem się. Szukałem jaśka by osłonić oczy przed blaskiem. Nie było słodkiej poduszeczki. Piasek, sosny, posiwiałe morze. Budząc się, przeważnie mam głowę pełną pomysłów. Tym razem nie. Pustka.

Najgorsze jest to, że sam nie wiem. Mam niejasne wrażenie, że kiedyś, dawno temu wiedziałem. Teraz nie wiem niczego. Omfalos!

Omfalos!

Cóż za zadziwiający pruderyjny atawizm. Poszedłem  odlać się pod stuletnią sosnę, tak jakbym nie mógł po prostu wstać, otrzepać dżinsy z piasku i wyszczać się na na piasek, patrząc na morze. Ulga. Mocz, panie tego, to nie zdrój. Nie krynica.

Pamietajcie, że czytając powieści tracicie czas na poznawanie świata w jakim żyje ich autor. Rozumu, żeby to było jasne. Niczego więcej nie doświadczycie. Nie ma wartości dodanej. Talent potrafi ukryć ten prosty fakt. Na chwilę.

Nawet sam Bóg nie ma szans by wyjść z ludzkiej skali. Mikrej, co przyzna każdy przytomny. Reszta jest komentarzem.

Przygladziłem włosy, ubrałem buciki na bose stopy. Skarpetki ukryłem pod korzeniami karpy. Za bardzo cuchnęły człowiekiem.

Omfalos!

Minęły lata. Nastała era internetu.

Przepisałem powyższy tekst z karteczki ukrytej i zapomnianej między malarskimi popisami, z albumu wypełnionego dziełami sztuki, obecnie składowanymi w Rosyjskim muzeum. W Ermitażu.

Karteczka wypadła z księgi, gdy układałem się w łóżku, gawrze, a księga miała służyć jako podstawka pod laptopa. Na karteczce ktoś, kto kiedyś był mną zapisał datę. 4.10.1983.

Omfalos!

Minęło dwadzieścia dziewięć lat. Przynajmniej tak się wydaje ludziom naiwnym. Czas, o dziwo, nie ma tu nic do rzeczy.

Jeśli jest ktoś, kto raczył przeczytać powyższy tekst, ma prawo cofnąć się o dwdzieścia dziewięć lat i samemu sobie spojrzeć w twarz. Jeśli chodzi o mnie, uciekam!

O, po tylu latch przyszła pocztą kartka z diagnozą. Nic nadzwyczajnego. Wyniki analiz wskazały, że jestem zwykłym Polakiem. Bywa i tak.