sobota, 14 lutego 2015

Nasz Bronek i jakiś obcy Duda

Raz się udało i Lech Kaczyński został prezydentem, bo lud się wtedy dziwnie znarowił, jakby zniecierpliwiony rządami degeneratów. Wyjątek- prawda - potwierdza regułę.

Pozostali prezydenci, nie licząc kukły Jaruzelskiego, byli „swoimi chłopami” Ta wychodząca bokiem - ludziom wzmożonym patriotycznie oraz intelektualnie - swojskość to jest niestety samograj, który się doskonale sprawdza. Atutem Wałęsy była nie tylko legenda Solidarności, ale i jawne prostactwo. Kwaśniewski tryumfował, jako pijaczyna i drobny cwaniaczek, a nasz Komorowski pozuje na gamonia i nieuka.

Patrzę w necie na wklejane zdjęcia szusującego Dudy, postawione w kontrze do rozpaczliwego zjazdu naszego Bronka. Uwaga: - Proszę nie pisać, że nie szanuję urzędu, pisząc o Panu Prezydencie – „nasz Bronek” ponieważ na wykreowanie takiego wizerunku poszła gruba forsa, a ja pieniądze podatników szanuję.

To jest idealny układ propagandowy. Z jednej strony, nieświadome, acz zaciekłe w popieraniu obecnie rządzącego reżimu media nie szczędzą naszemu Bronkowi pochwał i nieprawdopodobnych, żenujących określeń w rodzaju: „ojciec narodu” z drugiej zaś podsuwają wyborcy szereg faktów, kompromitujących to kuriozalne propagandowe zadęcie. I naiwniaki mają radochę, że luka i dysonans. A guzik prawda! W tej narracji nie ma żadnej luki.

To, że nasz Bronek zjeżdża ze stoku, w stylu powolnej bomby, podkreśla jedynie, jego propaństwową odpowiedzialność – podczas gdy szusujący Duda wywyższa się haniebnie i można się z niego śmiać, jako z drugiego Tuska ( był taki pisowski premier swojego czasu) że niby : Mieliśmy piłkarza, a teraz Kaczyński - cholera – rai nam... narciarza!

Nie wiem, jak tam płacą, ale ja bym dał milion facetowi, który wymyślił, że nasz Bronek wali byki ortograficzne. Ten wyczyn z „bulem” to absolutne mistrzostwo świata. Od lat wszyscy o tym klepią w necie, a prezydent łyka kolejne procenty poparcia, niczym gąsior, kluski. W Polsce sadzenie byków, pchanie się w kolejce do metra, sadzanie tyłka na krześle, nim usiądzie kobieta, gadanie od rzeczy, a nawet robienie wydarzenia z ogolenia wąsów to są właśnie oczekiwane przez publiczność wydarzenia.

Darmo szusować, mieć doktoraty czy znać jakieś wraże języki. Od dawna wiadomo, że u nas, pierwszy między równymi, czyli najlepiej nieco głupszy od wybierającego. Taki, którego można doścignąć na stoku, sprawdzić mu dyktando, a przy tym podziwić stałość charakteru i moc męża stanu, która jednak pozwala się od czasu do czasu obudzić podczas uroczystości świeckiej, albo kościelnej.

Takiego wizerunku - Wizerunku, który pod pozorem gamoniowatości skutecznie kryje i raz na zawsze unieważnia prawdziwe oblicze Bronisława Komorowskiego, już nie da się kupić w żadnym sklepie z wizerunkami. Może się Duda przewracać na skórce od banana, pisać Polska z małej litery i zasnąć przy konfesjonale – Nic z tego!


Skazany na gorączkowy aktywizm przegra, jako aspirujący do zaszczytów cwaniaczek, który wywyższa się w mowie, piśmie i fizycznej sprawności, podczas, gdy nasz Bronek, otoczony przez swoich sztabowych głupków – wygra ku radości ludu roboczego miast i wsi, potwierdzając prawdziwość znanego z opowieści o Szwejku przysłowia, że... 
dobra świnia i na wodzie się upasie!

czwartek, 5 lutego 2015

Ida - Jak przekuć szare na złote?

Słonko jest już czerwone ze zmęczenia, a my nadal dyskutujemy, jak zdyskontować sukces filmu „Ida”.  Przeważa opinia, że skoro udało się zachwycić świat delikatnym, doskonałym pod względem formalnym i ideowym dziełem, pora dobrać się do serc i portfeli szerokiej publiczności. Jest kilka propozycji ekranizacji współczesnej literatury. Na przykład Marcepan ciągle wyjeżdża na stół z tym swoim Krajewskim. Jasne, światowa publiczność marzy o tym, by oglądać brutalnego dziada kręcącego się po Wrocławiu. Poza tym Mock myli się z serialowym Monkiem, nawet samemu Marcepanowi, który twierdzi, że zjadł na Krajewskim zęby.

Kutuzow przechadza się z założonymi z tyłu rękoma i daje wyraz dezaprobacie wobec kolejnych pomysłów, jakie zgłaszamy. Przez chwilę wydaje się, że rąbnie Pusiołka w łeb, gdy ten wspomina o komedii romantycznej, w której znana dziennikarka łamie nogę, zakochuje się w ortopedzie i wspólnie wyjeżdżają w Alpy na narty.

- Ze złamaną nogą na narty? – Może lepiej niech ją reumatyzm pokręci!

- Popularne są filmy o zombie i innych potworach...-odzywa się nieśmiały Karol.

- W Polsce film o zombie? – Kutuzow zgrzyta zębami – Po pierwsze nie wozi się drewna do lasu, a po drugie, u nas nie ma jeszcze takiego zwyczaju w kinematografii, żeby kąsać władzę, która nas karmi. Czy wy – pyta – Nie pojmujecie, że ten film ma nas promować, pokazać nasze problemy i trudne dojrzewanie do demokracji oraz... – zamilkł tracąc najwyraźniej wątek.

- Detektyw Mock znajduje w zaułkach podziemnego Wrocławia rakietę skonstruowaną przez Von Brauna, a znając niemiecki odczytuje instrukcję obsługi. Okazuje się, że tą rakietą można polecieć na księżyc. Ruscy chcą się dobrać do wynalazku, ale Mock zabija wszystkich i chce przekazać swoje znalezisko niepodległościowemu podziemiu, ale... – Marcepan chce mówić dalej, ale Kutuzow kładzie mu dłoń na ustach.

- Sam to wymyśliłeś?

- Tak, przed chwilą wymyśliłem i nadal jestem w trakcie... ale dowódca leśnego oddziału do którego trafia ze swą propozycją, okazuje się... – Marcepan próbuje kontynuować, ale Kutuzow przerywa mu stanowczo.

- To świetne, przemyśl to w domu, spisz na kartce i jutro wrócimy do twojego - przyznaję -inspirującego pomysłu.

Zapada cisza, którą można nazwać twórczą. Zdumieni tak nagłą erupcją jawnego talentu milkniemy. Wtedy Kutuzow wyjmuje z tylnej kieszeni dżinsów kartkę, rozkłada ją starannie i przez chwilę patrzy na jej zawartość z poważną miną. Chrząka.

- Wiecie, że Amerykanie zanim rozejrzą się za czymś nowym... ile na przykład jest rozmaitych Batmanów, albo... Cóż, sądzę, że i my powinniśmy wykorzystać koniunkturę... –chrząka – nie jestem mówcą, ale przeczytam, bo ta „Ida” to jest dzieło ... i uznanie międzynarodowe, a... Czytam!
I czyta na głos:

„Ida 2 – Ostatnia misja” – Ida wraca do klasztoru, ale raz rozbudzona intelektualnie, kobieco i duchowo, nie potrafi zaakceptować nudnej egzystencji. Potajemnie ćwiczy pompki i przysiady w wyniku czego rozpierająca ją energia sprawia, że bije inne siostry, tłucze talerze i przewraca stoły. Wydalona, próbuje wstąpić do SB, ale jest akurat 1969 rok i nasza bohaterka udaje się do Szwecji. Tam, zwerbowana przez Mosad, najpierw bierze udział w wojnie Jom Kipur, rozpracowując siatkę arabskich dywersantów a następnie osobiście wysadza w powietrze dwa egipskie czołgi. W połowie lat siedemdziesiątych trafia do Watykanu, jako norweska zakonnica niemowa. Podczas zamachu na JPII ciosem karate miażdży grdykę komunistycznemu snajperowi, zjeżdża na lince z bazyliki a potem biegnie w zwolnionym tempie, by osłonić własnym ciałem papieża. Nie daje rady, załamuje się i wyjeżdża do USA, gdzie oddaje się hazardowi, by oczekiwać na część trzecią „Ida 3 – Zemsta zakonnicy” w której dzięki zabiegom scenarzysty wydobędzie się z dna moralnego upadku.

Milknie. Klaszczemy. Wreszcie mamy coś konkretnego.


- W Szwecji mogłaby spotkać Mocka... – odzywa się Marcepan i wszyscy wybuchamy śmiechem.

środa, 4 lutego 2015

Misiek? Tylko nie, Misiek!

To znaczy, pan Michał Kamiński - jak najbardziej - może być, ale proszę nie nazywać go Miśkiem, znaczy się w komentarzach, o ile takie się pojawią pod tekstem, ponieważ, jako dziecko uwielbiałem książki Curwooda i nie sądzę, by jakikolwiek niedźwiadek czuł się zaszczycony takim przyrównaniem.

Cieszę się niezmiernie, że pani Kopacz wreszcie doceniła jego żałosne antyszambrowanie w poczekalniach medialnych i obdarzyła go stanowiskiem w randze sekretarza stanu. Korzyści z tej decyzji są wielorakie. Po pierwsze, pan Kamiński nie będzie musiał płaszczyć się tak nachalnie. Nawet jeśli weszło mu to już w krew, nie będzie już  tego robił, jako niezależny ekspert od wizerunku, narracji czy tam, jak się to teraz nazywa. Po trzecie, przynajmniej dopóki rządzi PO, nie grozi jego powrót do PiS, a wreszcie po czwarte, facet będzie się kręcił przy prorządowych kampaniach wyborczych, co dobrze wróży wszelkiej opozycji.

Mamy bowiem do czynienia, nie z żadnym guru politycznych narracji, a z pływakiem. I proszę to dobrze zrozumieć. Z pływakiem, nie w sensie jakiegoś kraulisty, tylko z takim, który całą siłę, ambicję i intelekt musi poświęcać, by w ogóle utrzymać się na powierzchni. Zabawne jest, że karnet na basen załatwił mu Jarosław Kaczyński, najwyraźniej widząc w nim kandydata na przyszłego olimpijczyka. No, ale szef PiS, zna się na ludziach i pływaniu, jak mało kto, co potwierdzają niezwykłe osiągnięcia niektórych jego wychowanków. Na szczęście znalazł się nowy klub i nowi trenerzy, którzy uwierzyli, że ten zasuwający pieskiem ancymon, poprowadzi ich sztafetę do zwycięstwa.

I dobrze, bo temu klubowi życzę, jak najgorzej. Już to, że jego działacze i trenerzy wyciągają wnioski z propagandy lansowanej przez telewizyjne szczujnie, u których tę propagandę sami zamawiają, wiele mówi o stanie umysłów włodarzy tego klubu.

Pokazywanie Kaminskiego, mające na celu wykreowanie go na przenikliwego analityka, przyniosło dziwny skutek. Podczas, gdy zwykli gamonie wysiadujący przed telewizorami, na jego widok rechoczą, albo używają słów niecenzuralnych,  znaleźli się amatorzy na jego usługi. I nie żaden, rozpaczliwy polski kabaret, a Rząd III RP.

Mylę się? To proszę wymienić jeden - ale taki prawdziwy - sukces pana Kamińskiego, poza ogoleniem się na łyso i znalezieniem klucza do serca Moniki Olejnik.

Jest sprawnym politycznym manipulatorem?

Proszę przyjrzeć się w takim razie, jego największemu wyczynowi, czyli stworzeniu tego nieszczęsnego, dawno zapomnianego PJN. Oto grupa usadowionych na brukselskich mandatach ananasów, daje się namówić innym jeszcze obrotniejszym cwaniakom do założenia tej dziwnej partii, ponieważ, wedle jakichś ich przekonań, badań(?) Polacy o niczym innym nie marzą w swojej masie, jak tylko o poparciu skrajnych oportunistów i politycznych miernot, udających „pierwszą naiwną” polityki.

Doprawdy, prawdziwy okaz polskiego Makiawela, dającego się w knajpie namówić na tak skrajny wygłup, tylko dlatego, że kilka redaktorskich „osób” wyraziło przekonanie, że lepszy PiS, czyli taki bez złego Kaczyńskiego, porwie za sobą naród.

No chyba, że zawarto wówczas umowę na rozpieprzenie Prawa i Sprawiedliwości, z wypłatą opóźnioną o czas posłowania pana Kamińskiego w Brukseli. Projekt mało się powiódł, ale nasz obecny sekretarz stanu, przez ostatnie miesiące, wcale nie antyszambrował, tylko łaził za obiecaną zapłatą. Trochę się pozmieniało, ale w końcu dopiął swego.


Tak, czy owak... życzę panu Michałowi Kamińskiemu wszystkiego najlepszego, a jego mocodawcom  zalecam, by dla własnego komfortu psychicznego, mieli swój nowy nabytek na oku, znaczy się, nie odwracali się do niego tyłem, szczególnie wtedy, gdy mu na czymś osobliwie zależy.

wtorek, 3 lutego 2015

"wSieci" - Grają, jak Cajmer o północy

Dzień się wydłuża, wiosna zbliża, ale ludzie ponurzy i jeden na drugiego łypie okiem niczym jakiś... Cajmer po północy. To jest powiedzonko z lat pięćdziesiątych: „zagrał, jak Cajmer po północy” Lubię je, od czasu, gdy dobre dwadzieścia lat temu, podczas gry w brydża, użyła go moja teściowa, widząc, że zegar wskazuje dwudziestą czwartą dziesięć. I zgodnie z ironicznym znaczeniem, którego nie znała, faktycznie wpadła bez pięciu.

Skąd mnie dzisiaj przyszedł do głowy Cajmer, nie mam pojęcia. Chciałem napisać o wygłupach dziennikarzy, przez niektórych, zwanych z przyzwyczajenia „naszymi” aż tu nagle ten Cajmer. I od razu siedzę na mieliźnie, inaczej mówiąc, na d...e.

Poszedłem sprawdzić na zasadzie, że jak w głowie pusto, można zajrzeć do Wikipedii. Już sam ten pomysł zbliża mnie nieco do tematu dziennikarstwa, w sensie poszukiwania źródeł wiedzy. Czytam, że Cajmer to był muzyk pochodzenia żydowskiego, studiował w Wiedniu, grał w kawiarniach, z armią czerwoną przywędrował i w końcu, pod wodzą Szpilmana prowadził Orkiestrę Taneczną Polskiego Radia i w 1957 – niespodziewanie - jak zabawnie piszą w Wiki – wyemigrował.
Życiorys, jak życiorys, ale nadal nie zbliża mnie do naszych dziennikarzy kochanych.  Ha, jednak docieram do informacji, że dla Wytwórni Mieczysława Fogga „Fogg record”, która działała w latach 1945-1951, a okazuje się, że dzięki prawnukowi artysty działa i dzisiaj, nagrywał pod pseudonimem Jan Rem.

Z tego pseudonimu korzystał później  znany i popularny dziennikarz Jerzy Urban. I w ten sposób dotarliśmy po wielu perypetiach do zasadniczego tekstu, który wyposażony w świeżo nabytą wiedzę, mogę śmiało zatytułować „wSieci” – Grają, jak Cajmer po północy”

Repertuar wytwórni Fogga był nastawiony na publikę przedwojenną. Mamy i czerwone maki, wierzby płaczące, miłość nad Nilem i dymki z papierosa. Walce, panie i panowie, a nawet Monolog Konrada z Dziadów. Po repertuarze widać, że gdyby Fogg miał wówczas odpowiednie „moce przerobowe” i to coś twardego, z czego robiło się wówczas płyty, zostałby grubym miliarderem a jego potomek wykupiłby te nieszczęsne Polskie Nagrania, nie żaden głupi Warner.

- No dobra, facet miał koncesje, zarabiał i gwiazdorzył, podczas, gdy innym strzelano w potylice – oburzy się zaraz niezawodnie jakiś wzmożony patriotycznie dobrodziej, na co nic mu nie odpowiem, bo inaczej nie przejdę do zasadniczego tematu tego tekstu.

Panowie dziennikarze zbudowali swój projekt medialny na podobnych zasadach, jak ten starodawny projekt muzyczno - wydawniczy. Tu, prawda, płynie szerokim nurtem rzeka kłamstwa, obłudy i propagandy, a tu – nieco z boku – nasze żwawe strumienie prawdy, gdzie i ptaszek ćwierka i można się napić wprost ze źródła (po opłaceniu abonamentu – żeby nie było!) Publiczność zapewniona, pióra - prawda – świetnie naostrzone, facjaty przyjemne. Nic, tylko liczyć forsę i cieszyć się rosnącym prestiżem.

A tu figa z makiem. Zamiast wartkich strumieni, coś płynącego w odwrotnym kierunku, ale zasilanego wodą z głównej, cuchnącej trupem rzeki . Napić się z tego nie idzie, bo flaki rozrywa.

Wszystko wtórne, bo powstałe z reakcji oraz pragnienia dorównania zwalczanemu na łamach wrogowi. Szata graficzna, działy tematyczne – zupełnie, jakby taki Newsweek zjadł kamień filozoficzny na śniadanie. My o winie, oni o piwie, oni o samochodach hybrydowych, my o hybrydach samochodu i paralotni, ci o filmie „Ida” my dla odmiany o filmie „Ida”, oni na okładce dają Palikota w trumnie, nas brzydzą asocjacje funeralne i dajemy faceta z trzema cyckami. I tak to się kręci. Oni mają Czuchnowskiego, my anty Czuchnowskiego. My kręcimy karuzelą „Wpolityce” głupi Lis ma swoją „parówkę” Licytacja trwa, a publika ziewa. Nakład spada, to trzeba podkręcić emocje! A może złagodzić ton i trafić do centrowego ( to ci dopiero!) czytelnika? I tak źle i tak niedobrze. Migrena i księżyc nad Warszawą.

Wytwórnia Fogga, co widać po repertuarze, ciśnięta przez UB i cenzurę, z biegiem lat upadała w ludowość i akordeony grały aż huczało. Was ciśnie spadek zysków, ale reakcja jest podobna. Coraz prościej, łatwiej, z większym przytupem! A efektów nie ma. Co z tego, że Newsweek czy Polityka są jeszcze żałośniejsze? Nawet nie mam zamiaru tego porównywać. Czy w Polsce nie ma miejsca na interesujący, w miarę obiektywny tygodnik traktujący o polityce, także międzynarodowej z aspiracjami wyższymi niż czytadło na podróż koleją czy autobusem?


To są pytania retoryczne, na które nie oczekuję odpowiedzi. Nie macie Fogga, ale czy koniecznie musicie grać, jak ten przysłowiowy „Cajmer po północy”? I uważajcie, by się wam nie zalągł w redakcji, jakiś całkiem nowy i „nasz” Rem – niekoniecznie Jan.

niedziela, 1 lutego 2015

Kandydaci na Prezydenta, jako "horror story" Część druga

Kończąc moje niegodne wygłupy, dzisiaj prezentuję kandydatów lewicy w kupie, oraz Panów Jarubasa i Brauna, jako popremierowe mini recenzje. Zapraszam cierpliwych zwolenników horroru:

Lewicowy kwartet, czyli... Ogórek, Palikot, Kalisz, Grodzka... do kupy  - Czwórka znajomych jedzie w lutym nad jezioro, by zażyć odpoczynku w opustoszałym o tej porze roku prowincjonalnym ośrodku wypoczynkowym. Początkowo wydają się zgraną paczką i nawet śpiewają wspólnie zetempowskie piosenki, podczas gdy za oknami auta przelatują smętne krajobrazy rozmokłej polskiej zimy. Szybko zauważamy, że każdy z uczestników wyprawy skrywa jakąś tajemnicę. Tłuścioszek, który powinien być zabawny, a zabawny nie jest, wiezie nad jezioro urnę z prochami, ale nie są to ludzkie prochy, a produkt spalania jakichś tajemniczych dziewiętnastowiecznych ksiąg. Czy jest magiem, ukrytym w przebraniu hipstera-alfonsa? Czy starsza pani o niebanalnej urodzie jest kobietą, skoro podczas postoju na stacji benzynowej korzysta z męskiej toalety? Czy mężczyzna o rozwichrzonej fryzurze, naprawdę jest łowcą aligatorów, który sądzi, że kogokolwiek nabierze na powtarzane w kółko historyjki o swoich przygodach, skoro nie wie nawet, że aligatory nie występują masowo w Polsce? Auto prowadzi urocza, milcząca blondynka, która domyśliła się już, że występuje w horrorze i jako blondynka, ma największe szanse, by zginąć, jako pierwsza.
Na miejscu okazuje się, że obiecane luksusowe domki, toną w błocie. Kłódki są zardzewiałe, pomost zmurszały, a wszędzie widoczne ślady, wskazują na obecność wilków, niedźwiedzi, bosego człowieka i ohydnych bobrów. Pomimo tak zniechęcających początków, nasi bohaterowie po krótkiej kłótni zostają na miejscu. Decyzja przychodzi im tym łatwiej, że któreś z nich chytrze zepsuło samochód, telefony nie działają, zapada zmierzch, a do najbliższej osady jest dziesięć kilometrów przez nadbrzeżne błota i szuwary.
Tłuścioszek ciągle narzeka, że na wyprawę namówił go sam diabeł, ale milknie widząc za szybą rogaty łeb kozła. Zwichrzony na głowie, próbuje znaleźć po ciemku jakiegoś skrzywdzonego przez państwo, albo kler - rybaka, ale nie znajduje i tylko nabija sobie guza, gdy nie wiedzieć po co, włazi pod pomost. Atmosfera grozy narasta. Wilgotne bierwiona dymią w kominku. Ponura starsza pani ciągle poprawia sobie piersi, w wyniku czego można odnieść wrażenie, że ma ich pięć, albo sześć sztuk. Dotychczas milcząca blondynka, chcąc rozładować napięcie, wynikające z tego, że w domku są tylko dwa łóżka, zaczyna nerwowo szczebiotać.  Zmierzwiony nie chce dzielić łoża z tłuścioszkiem, twierdząc, że ma to już za sobą i wie, jak ten rozpycha się i kopie. Nikt nie chce też spać z panią o sześciu cyckach. Wszyscy patrzą łakomym okiem na blondynkę, ale ta ma ich w nosie i wybiega na dwór wprost w łapy domniemanych potworów.  Napięcie opada i zaczyna się ostre picie, po którym naszym bohaterom jest już wszystko jedno, kto z kim śpi. Pragną tylko doczekać świtu, ale już o dziewiętnastej trzydzieści wszyscy są martwi, gdy zamknięte na haczyk drzwi forsuje banda kanibali o trudnych do ustalenia poglądach politycznych.
Tymczasem blondynka, której zgon przedwcześnie uczczono toastem, ucieka po cienkiej tafli lodu przez jezioro. Daleko za jej plecami płonie domek kampingowy, oświetlając na różowo jej niepewne kroki po łamiącym się lodzie. Zbawczy brzeg jest blisko, gdy cienki lód pryska rozbity od spodu przez łeb ogromnego aligatora. W ostatniej chwili przerażona bohaterka widzi rozwartą paszczę potwornego gada. Potem jest tylko klaps i następuje z niecierpliwością oczekiwany przez znużonych widzów, poprzedzający prawdziwą listę płac, napis: THE END, co jakiś dobrodziej przetłumaczył dla mniej obytych widzów, jako: KONIEC.
Adam Jarubas –Podupadła wytwórnia filmowa, która raz na kilka lat, próbuje zwabić widzów do kin, kolejną opowieścią  o mumii, i tym razem kieruje swój przekaz do bliżej nieokreślonej widowni, co nie wróży jakiegoś osobliwego sukcesu. Już sam zawiązujący akcję pomysł, że stara, dobrze nam znana mumia, przechodzi na emeryturę, jest dziwny, a zastąpienie jej „młodą mumią” wydaje się nadużyciem.  Autorzy filmu nie zauważają, że nazywanie mumii – młodą, jest oksymoronem. I cóż ta mumia porabia przez dziewięćdziesiąt sześć minut projekcji. Pierwsza odpowiedź, jaka nasuwa się po obejrzeniu filmu brzmi: - Ta mumia nic nie porabia! Gdy wdaje się w rozmowy z drugoplanowymi postaciami, uporczywie podważa ideał mumiowatości, argumentując, że nie każdy, z kogo wypruto flaki, zamiast nich natkano słomy czy siana, zaszyto, nasmarowano balsamami i od stóp do głów owinięto bandażem, koniecznie musi być mumią. A czym, że spytam, ptaszkiem?
Grzegorz Braun –Film niskobudżetowy. Na ekranie niewiele widać. To, że mamy do czynienia z horrorem wynika z zapewnień pochodzących z przesterowanej ścieżki dźwiękowej, oraz z tego, że akcja rozgrywa się w ciemności. Są jednak krytycy, którzy wysoko cenią to niedorobione dzieło, nazywając je: ironicznym. Jeszcze inni, z całą powagą twierdzą, że nie jest to żaden horror, tylko film ukazujący trudne życie bohaterskiego strażaka. Moim zdaniem to bujda. Oglądałem dwa razy i nie zauważyłem, ani pożaru, ani nawet błysku chromowanej końcówki sikawki.

sobota, 31 stycznia 2015

Kandydaci na Prezydenta, jako "horror story"

Co jest równie przewidywalne, jak scenariusz współczesnego horroru? Jasne, nasza polityka! Nawet efekty specjalne są podobne. Manipulowanie dźwiękiem, wrzaski z zza kadru i nagle objawiające się w świetle latarek wytrzeszczone w nienawistnym grymasie twarze. Horror story? A dlaczego nie? Dzisiaj trójka najbardziej znanych kandydatów w wyborach prezydenckich w postaci jajek, z których nigdy nie wyklują się sensowne scenariusze.
Bronisław Komorowski – Wiecznie uśmiechnięty, popularny wśród wykładowców i studentów historyk, skrywa mroczną tajemnicę. Podczas niedawnego pobytu na wsi, nie bacząc na swoją tuszę, wdrapuje się na stóg siana, w pogoni za czyniącym szkody kotem, spada i doznaje urazu głowy, co skutkuje utratą umiejętności czytania i pisania. Oczywiście nie przeszkadza mu to w codziennej pracy akademickiej, ale rzecz wydaje się, gdy jeden z jego kolegów  zastaje go, dukającego nad elementarzem. Aby uniknąć szantażu, zaprasza niechcianego odkrywcę - i dla niepoznaki - dwóch innych naukowców na polowanie. Plan jest prosty i wydaje się łatwy do zrealizowania. Nasz dobroduszny bohater ma zamiar zastrzelić potencjalnego szantażystę, wypruć mu flaki, nakłaść do rozciętego brzucha kamulców i całość utopić w bagnie. Plan, jak plan, ale pamiętajmy, że mamy do czynienia z humanistą. Niestety, tak przyjazny dotychczas las, podczas nieobecności wesołego profesora opanowała tajemnicza banda degeneratów, udająca ekologów chroniących jakieś żaby, a tak naprawdę pożerająca turystów, myśliwych i grzybiarzy, co się często zdarza na terenach zaniedbanych infrastrukturalnie. Gdy kolejno giną wszyscy znajomi naszego historyka, a on sam natyka się na wanienkę z zabejcowanym udem doktora habilitowanego, nabiera podejrzeń, że i jemu może się przydarzyć jakieś nieszczęście. Na dodatek w kryjówce zdegenerowanych zbrodniarzy znajduje numer Gazety Polskiej. Ostrzeliwując się, ucieka przez bagna i w ostatniej chwili zostaje uratowany przez miejscowych chłopów, którzy widzą w nim, z dawna oczekiwanego przywódcę swojego zapuszczonego sioła. Nasz bohater wreszcie godzi się z samym sobą, zapuszcza wąsy, poklepuje po pupach dorodne wieśniaczki i tryska energią. W ostatniej scenie widzimy go, jak wspina się na stóg siana, w pogoni za czyniącą szkody kaczką, co daje możliwość nakręcenia kolejnej części tego nietuzinkowego horroru.
Andrzej Duda – Scenarzysta przenosi nas w czasy, gdy mężczyźni chodzili w cylindrach, a paradowanie po ulicy z laską, nie oznaczało urazu, choroby, ani związku z młodszą kobietą.  Zdolny chirurg starszego pokolenia, Irlandczyk, profesor O’Kaczy od lat musi udawać wiernego poddanego królowej Wiktorii, ale jego rebeliancka dusza cały czas knuje, jak obalić znienawidzone imperium zła. Pewnego dnia kupuje od ślepego sprzedawcy bażantów książkę  „Frankenstein” - Mary Shelley. Zafascynowany dziełem, przenosi swoją praktykę do Bournemouth, miejsca wiecznego spoczynku autorki, a obecnie miasta znanego z występów w miejscowym klubie Artura Boruca. Tam, w atmosferze nadmorskiego kurortu, gdzie stosunkowo łatwo o świeże zwłoki, postanawia odtworzyć fantastyczny eksperyment doktora Frankensteina. Jego celem jest stworzenie idealnego polityka, dżentelmena, który mógłby zawładnąć wyobraźnią tłumów i obalić przestarzałą monarchię. Po pierwszej, nieudanej próbie, gdy efektem jego pracy był osobnik obdarzony zbyt nachalną inteligencją, który zupełnie nie nadawał się do celu, w jakim został stworzony – Demoniczny O’Kaczy ponawia budzącą grozę próbę.  Tym razem, wśród błyskawic, wichru i gradu wielkości przepiórczych jaj, rodzi się z dawna oczekiwany bojownik sprawy. Młody, piękny i dzięki wysokiej, acz potocznej inteligencji, silnie związany z codziennością. Plan O’Kaczego zdaje się bliski powodzenia. W ostatniej scenie widzimy  kandydata na przyszłego przywódcę przed pałacem westminsterskim.  O’Kaczy najpierw ze zdumieniem, a potem rosnącym przerażeniem zauważa, że zewsząd nadchodzą identyczni, podobni do jego „dzieła” dżentelmeni z laseczkami, w podobnych płaszczach i w cylindrach. Krzyczy rozpaczliwie, ale uspokaja się, czując na ramieniu dłoń policjanta. Kamera wykonuje najazd na tłum identycznych, idealnych polityków nowej ery i pojawiają się napisy końcowe.
Korwin Mikke – W niewielkim miasteczku, przy drodze prowadzącej do tradycyjnej, ludowej Biedronki, powstaje sklep z antykami , połączony z antykwariatem. Ludzie są zdumieni tą prywatną inwestycją, nie mniej niż powstającym naprzeciwko salonem piękności dla psów. Kiedy pojawia się właściciel, zdziwienie przechodzi w przerażenie, które budzą plotki rozsiewane przez mieszkającego w okolicy kuriera DHL, który twierdzi, że dostarczając pod adres sklepu długą ciężką paczkę, słyszał, jak ktoś w środku paczki, klnie po rosyjsku. Nowy mieszkaniec miasteczka to wysoki, posunięty w latach mężczyzna o niezbyt przyjemnym wyglądzie. Najgorsze jest to, że zamiast miłośników staroci i wyzywająco zachowujących się pań w wieku balzakowskim, gromadzi wokół siebie młodzież. Przy pomocy skażonych cudzoziemszczyzną sztuczek i paradoksów, którymi żywo szermuje, odciąga rzeczoną młodzież od nauki, pracy w organizacjach młodzieżowych, a nawet przeciąga na swoją stronę najstarszych ministrantów. Wkrótce rozwydrzenie sięga zenitu, a do okrutnego starca przyłączają się także dorośli. W miasteczku zaczynają rodzić się dzieci o dziwnie ascetycznych rysach. Ludność miejscowa potajemnie, pod wodzą burmistrza, organizuje się, by dać odpór przybyszowi. Wspólnie zamawiają przez Allegro pochodnie, widły i sztachety z gwoździem. Gdy przesyłka wreszcie dochodzi, ruszają do walki. Przybysz otoczony w swoim sklepie z antykami jest na straconej pozycji, tym bardziej, że akurat trwają ferie zimowe i część jego zwolenników opuściła miasteczko. Na czele gotującego się do szturmu tłumu staje miejscowy poseł stronnictwa ludowego, obecnie chrześcijanin. Niestety, wszystko na nic. Sklep jest opuszczony. Nie ma w nim ani demonicznego przybysza, ani antyków. Na podłodze zdumieni ludzie znajdują tajemniczy znak napisany przeklętą czarną kredą, z którego ma wynikać, że dwa plus dwa równa się cztery. Takie przynajmniej krążą potem plotki. W ostatniej scenie kamera umocowana na dronie, krąży nad ulicami miast i miasteczek, a zza kadru pada pytanie, będące jednocześnie ostrzeżeniem –Czy w pobliżu twojej Biedronki nie pojawił się czasem, jakiś nowy, podejrzany sklep? Nikczemny sklep wprost z piekła?

wtorek, 6 stycznia 2015

Korwin po KNP, czyli...chcącemu nie dzieje się krzywda

Wczorajsze odsunięcie Korwina od władzy w KNP to, moim zdaniem,  przejaw, w najlepszym razie, skrajnej głupoty. No, chyba, że KNP nie zależy na udziale w realnej polityce, albo "zakon UPR" dzieli skórę na niedźwiedziu, jakim byłaby powyborcza koalicja z PiS. Innych wytłumaczeń, takich na przykład, jak deklaracje JKM, że wraz z innymi europosłami będzie kandydował w wyborach sejmowych, w razie zwycięstwa tracąc brukselskie frukta, także nie mogę stanowczo odrzucić.
Pisanie o obronie, przed wrogim przejęciem i  zacieśnianiu ideologicznych szeregów to okropna, polityczna bujda, ale przykład, który na swoim blogu podaje Grim Sfirkof, muszę tu dla jasności wywodu zacytować:
„Stąd inaczej teraz patrzę na opisywaną kiedyś przez Rafała Ziemkiewicza scenkę, kiedy na jakiejś koferencji z działaczami angielskich czy amerykańskich konserwatystów, bodaj Ludwik Dorn z satysfakcją obwieścił, że jego partia (PiS)  "poradziła" sobie z dopływem świeżej krwi po wyborczym sukcesie, a było mnóstwo kandydatów. Gość z Zachodu nie załapał o co chodzi, poprosił o powtórzenie tłumaczenia. U nich partie się cieszą, jak zyskują nowych członków. Niestety, u nas warunki lokalne są takie, że ci "nowi" to nie tylko ideowi zwolennicy, ale też ludzie żądni kariery za wszelką cenę, albo podstawieni kolesie ze służb”
No, właśnie!  Zachowanie działaczy PiS zarówno po sukcesie wyborczym, jak i po tragedii smoleńskiej było grą na odrzucenie chętnych do pracy w partii, i tą kluchę PiS trawi do dzisiaj, obecnie bijąc się w piersi, że to był błąd, ale klucha z gardła już nie wyskoczy.
Realnie to jest tak, że wbrew temu, co sądzą zwolennicy czystości ideologicznej, tacy jak Marusiak, wyborcy i pewnie większość z masowo wstępujących do KNP, niewiele o taką czystość dbają.
Ludzie głosują na pewne wyobrażenie, mocno uogólnioną ideę, której składnikiem jest, co się może podobać lub nie, właśnie Korwin. Jest tu wolność ( której zakres jest pojmowany indywidualnie i niekoniecznie chodzi tylko o wolność gospodarowania) radykalny sprzeciw wobec polityków establishmentu, ich medialnej otoczki. Protest przeciwko urzędniczej opresji i wiele innych, czasem sprzecznych z surowym programem partii pragnień, fobii oraz przejawów idealizmu.
Przy czym, ludzie popierający KNP doskonale rozumieją, że wejście tej partii do sejmu nie spowoduje gwałtownej zmiany w ich życiu codziennym, ale chcą mieć prawo do własnego politycznego oddechu, do sprzeciwu wobec konieczności wyboru między politycznymi obozami, z którymi nie mogą się już identyfikować, czy to na skutek rozumowo wypracowanych poglądów, czy to zwykłego obrzydzenia.
Argumenty zwolenników ruchu wykonanego przez Marusiaka, żywo przypominają argumenty padające ze strony mądrali, którzy nie tak dawno opuszczali PiS. Tam, ze względu na statut i sam ciężar partii, musieli odejść, ale idea, że PiS bez Kaczyńskiego stałby się lepszą, większą i bardziej lubianą partią, tkwią w niektórych niedoważonych głowach do dzisiaj.
Pomyślcie, jak wyglądałaby dzisiaj scena polityczna, gdyby zamiast odchodzić, pozbawili władzy w Kaczyńskiego, a ten założyłby PJN? Gdzie byłyby dzisiaj te polityczne byty, PJN z brzydkim JarKaczem, a PiS z pięknym Miśkiem Kamińskim, na czele?
Tu jest jeszcze jedna narzucająca się analogia, ponieważ, jak zrozumiałem, liderami pomysłu odsunięcia Korwina, byli euro posłowie, którzy rok temu, z całą pewnością, i bez Korwina dostaliby się na brukselskie salony, tak jak dostałby się tam, nieoceniony Migalski, bez pomocy Kaczyńskiego.
To już nie są sprawy wewnętrzne, ponieważ dotyczą sympatyków, elektoratu partii politycznej, nie zaś jej zarządu. Nie rozstrzygam, czy spersonalizowanie idei politycznej jest dobre, czy złe, ani nawet tego, czy Korwin jest dobrym liderem, czy złym. Po prostu jest i dopóki sam nie odejdzie, będzie. Takie są realia, a kto chce upiększać rzeczywistość, ten kiep.
Jedyną drogą, prowadzącą do ograniczenia korwinowej omnipotencji, była gra na poszerzenie partyjnego spektrum, o co, właśnie on sam zabiegał. Jasne, że niosło to za sobą wymierne ryzyko, ale na lęku przed podjęciem ryzyka, nie buduje się politycznego poparcia.
Nie ocenia się też, i to jest sprawa podstawowa, własnego lidera, struktury czy elektoratu, na podstawie opinii konkurentów czy wręcz politycznych wrogów.
Przecież już dla pięciolatka, powinno być jasne, że wbrew wczorajszym pojednawczym deklaracjom, Korwin wyspał się i już zbiera siły, by pomścić się na dzisiejszych tryumfatorach.
Stworzy własny komitet wyborczy w wyborach prezydenckich, na jego bazie partię pod dowolną nazwą i stanie do wyborów parlamentarnych. W pierwszej kampanii ściągnie osiemdziesiąt procent członków KNP dobierze nowych, a KNP podzieli los UPR.  
Strata! Jasne, że strata, ponieważ po raz pierwszy, to już nie jest zabawa w politykę, a marnowanie realnej szansy już na starcie roku wyborczego to przejaw (oby) szczerego idiotyzmu. Trudno, jak często powtarzacie, panowie z KNP:
Chcącemu nie dzieje się krzywda!