sobota, 2 maja 2015
wtorek, 24 marca 2015
Czy uczestnicy kampanii wiedzą, że biegną na długim dystansie?
Warto przed
zawodami poznać zasady nimi rządzące. Na przykład, jeśli mamy zagrać w nogę,
musimy wiedzieć, że do piłki nie ma co się pchać z łapami, a wystawanie przez
cały mecz pod bramką przeciwnika nie przyniesie nam korony króla strzelców,
gdyż jesteśmy na spalonym. Nic tu do rzeczy nie mają nasze osobiste przekonania,
nasza opinia na temat zasad gry i nasze przeświadczenie o własnych
zdolnościach. Złośliwy sędzia liniowy zawsze podniesie chorągiewkę. Przed
zawodami należy się skoncentrować. Miałem w pierwszej klasie liceum kolegę o
dźwięcznym pseudonimie Willy, który miał ukruszony ząb na przedzie i nosił
włosy do połowy pleców. W bójce okrutny i niezwyciężony, pozował na oryginała
do tego stopnia, że w czasach, gdy Cejrowskiemu o niczym podobnym się jeszcze
nie śniło, nasz Willy przychodził do szkoły na bosaka. Otóż zdarzyło się, że na
lekcji wychowania fizycznego ( zaznaczę, że Willy był wówczas obuty) złośliwy
nauczyciel zrobił nam sprawdzian biegowy na osiemset metrów. Przy czym, jako
człowiek przesiąknięty niezdrową ambicją znalezienia w naszych
niezainteresowanych bieganiem w kółko szeregach drugiego Juantoreny, wyznaczył
jakiś osobliwy tryumf dla zwycięzcy. Po rozgrzewce długo rozwodził się nad
zasadami biegu na średnim dystansie, który nam wydawał się dziwacznym maratonem,
podzielił nas na grupy i przygotował stoper, oraz specjalną tabelkę. Byłem w
pierwszej grupie razem z Willym. Stoimy na starcie, jak te łachudry i żal
patrzeć, jak nędznie i z widocznym przymusem, pochylamy się lekko. Zerkam w
lewo, a Willy wyrabia sobie trampkiem w żużlu blok startowy i klęka. Do
biegu... Gotowi... Start! Jak nie ruszy, jak nie odpali torpedy! Po kilkunastu
krokach zostawia nas daleko w tyle, a jeszcze łajdak przyspiesza. Tłuste kłaki
łopoczą daleko przed nami, a po stu metrach Willy podnosi tryumfalnie ręce do
góry i rzuca się ciężko dysząc na trawę. Mijamy go, a on krzykliwe składa
reklamacje. Nauczyciel, ze względu na wzrost i tyczkowaty wygląd nazywany
powszechnie „Długopisem” drze się z linii startu, że to dwa okrążenia! Willy
się zbiera i próbuje gonić, ale nie dogania. Biedak, zamiast słuchać ględzenia
o zasadach rządzących biegiem na osiemset metrów, męczył i zastraszał rywali
opowieściami o swoich sukcesach sportowych w podstawówce.
Taką
historyjkę sobie przypomniałem, oglądając trwającą kampanię wyborczą, gdy
uświadomiłem sobie, że do mety zostało jeszcze prawie pięćdziesiąt dni, a
rywalizujący zawzięcie chłopcy i dziewczyny rozpędzili się tak, jakby meta była
tuż przed ich nosami. To wcale nie takie „w kij dmuchał” ponieważ rozłożenie
sił w kampanii wyborczej jest cholernie ważne. Po pierwsze sam kandydat może
nie wytrzymać tempa, po drugie jego sztab, po trzecie propagandziści medialni
dopingujący swojego człowieka, a po czwarte, najistotniejszy uczestnik tych
zmagań, czyli publiczność.
Ile w końcu można wykonać szarż, ilu bez znużenia
wysłuchać decydujących, otwierających oczy przemówień. Ile obwieścić afer
kompromitujących kontrkandydatów i jak przy tym udawać świeżość?
Czy naprawdę
wszyscy wiedzą, na jakim dystansie startują? To mało, to jeszcze nic! Ledwie
dobiegną do mety, zarówno zwycięzca, jak i przegrani, muszą się oblizać, napić
wody i podyszawszy chwilę, stanąć na starcie nowego biegu. Szczególnie
przegrani, którzy muszą jawnie pokazać swoim fanom, że ich wynik jest dokładnie
taki, jakiego oczekiwali.
Komorowski i
Duda, walczą o zwycięstwo, wyprzedzając rywali o kilkadziesiąt metrów. Gdyby
byli końmi, można by wyliczyć to w długościach ich grzbietów, ale koń tym razem
nie startuje, a w przypadku ścigających się ludzi, gadanie o długości jest
nieco wulgarne. Duda ruszył nieco jak
Willy, ale na szczęście ktoś go nieco przyhamował, co znaczy, że ma zamiar
finiszować. Prezydent biegnie, jak na majestat przystało. Dudnią jego ciężkie
kroki po bieżni i choć wzrok ma dość dziki, jednak efekt sztucznego
wspomagania daje mu na razie pewną
przewagę. Złośliwi twierdzą, że ścigający go Duda jest narażony na działanie
specyficznej broni chemicznej, która nie jest bynajmniej nieświeżym oddechem.
Walka o
trzecią pozycję jest równie ciekawa. Rutynowany w pogoni za laurem Korwin, nie
bacząc na swój wiek zasuwa w podskokach. Co prawda niespecjalnie zbliża się do
uciekającej dwójki, ale nie można mu zarzucić, że swój udział w zawodach
finguje. Czy wytrzyma tempo wojaży i niekończących się spotkań i wreszcie
wskoczy na podium?
Kukiz,
którego „lornetują” fani z ostatnich rzędów, sadzi za Korwinem wielkimi susami
i nawołuje, by zaczekał to może jesienią pobiegną w sztafecie.
Dama Ogórek
ubrana w białe prześcieradło, zamiast biec, próbuje straszyć biegnących, co
jakiś czas wyskakując z krzaków przy bieżni, jako duch nowych czasów, ale nie
ma wystarczająco przerażającego wyglądu. Startowały jeszcze dwie damy, które
akurat ten wymóg spełniały z naddatkiem, ale ostatnio zaginęły w akcji.
Inny znowu
Jarubas, ni mniej ni więcej, tylko siedzi na taborecie i studiuje wyniki
wyborów samorządowych. Od czasu do czasu wzdycha po czesku, że to se ne vrati!
Kowalski
ćwiczy trójbój siłowy, ponieważ nie rozróżnia konkurencji w jakiej startuje. a
Palikot gdzieś zaginął. Jedni mówią, że liczy podpisy poparcia, inni, że kanary
schwytały go w autobusie na jeździe bez biletu.
Słońce
świeci i nie grozi mu w najbliższym czasie żadne zaćmienie. Ptaszki ćwierkają,
pąki pęcznieją i wiosna w całej swej urodzie, a oni biegną. Niech pędzą, my nie
musimy. Rozejrzyjmy się trochę po słodkim świecie, który istnieje dla nas, także po to,
by go obserwować, póki jeszcze możemy.
Ważne, by
uważnie patrzeć na sędziów, nie wierzyć wrzeszczącym komentatorom a przede
wszystkim nie pozwolić, by ktoś gmerał przy fotokomórce, bo widzę, że finisz
będzie, bez obrazy, łeb w łeb.
niedziela, 22 marca 2015
Czy "hejt" powstaje z szacunku dla prawdy?
W książce
„Piękni dwudziestoletni” Marek Hłasko początki swej kariery pisarskiej opisuje
w ten sposób, że przeczytał jakiś radziecki produkcyjniak o szoferach „Kierowcy” i zauważył: „tak głupio,
to i ja potrafię” po czym usiadł o nasmarował „Bazę Sokołowską” rozpoczynając
karierę literacką. Zauważa też skromnie, że w rozwinięciu skrzydeł pomogło mu
bieganie po wódkę dla poety Broniewskiego. Dziś prawdziwych poetów już nie ma,
ale zabawną bujdę pana Marka, niespodziewanie przypomniałem sobie wczoraj, gdy
dotarły do mnie echa kolejnego „hejterskiego” ataku na pana dziennikarza
Kuźniara z powodu jego cwaniactwa i zapobiegliwości, jaką się wykazał
podróżując po USA.
Dlaczego ludzie
poświęcają swój czas, by wyśmiewać osoby publiczne? Wyśmiewani twierdzą, że z
zazdrości powodowanej bezsilnością wobec ich zdobytej ciężką pracą pozycji
zawodowej i popularności. Nie śmiem wątpić, że redaktor Kuźniar do swojej
pozycji, apanaży i sławy doszedł ciężką, codzienną pracą, jako dziennikarz. Nie
sposób, bez ciężkiej, wręcz wytężonej pracy doprowadzić swój umysł do stanu,
jaki publicznie prezentuje ten sympatyczny młody człowiek. Pan redaktor żali
się, że wylewa się na niego pomyje, że wrogowie, źli ludzie... a on przecież
prawa nie złamał.
Normalna reakcja? Dla mnie, zgoła niepotrzebne fikanie
koziołków. To dzięki takim reakcjom, pan redaktor jest najpopularniejszym
polskim dziennikarzem na twitterze. Ważne, by pisali, prawda?
Rzecz w tym,
że ludzie mają nawyk, często podświadomy, porównywania i ustalania własnych,
opartych na obserwacji hierarchii. Coraz częściej zdarza się, że kreowane przez
media osobistości, nijak przy dokładniejszym oglądzie w nie pasują do roli,
jaką im wyznaczono. Tylko w sporcie, który jest bezwzględny, nikt nie stara się
rozczłapanego grubasa kreować na gwiazdę sprintu, ponieważ choćby nie wiem czym
go nafaszerować, taki typek nigdzie nie dobiegnie.
Krótko
mówiąc „hejt” bierze się z rozdźwięku miedzy oczekiwaniami a podsuwanym widzowi
pod nos produktem, takim właśnie, ja redaktor Kuźniar. Wiem, doszedł do swojej
pozycji ciężką pracą, a zazdrośnicy i ludzie, którzy marzą o podobnej
karierze... Stop.
Innym, źródłem
„hejtu” jest rozczarowanie wynikłe z naiwności. Człowiek ogląda, słucha, czyta
i kombinuje, jak przywołany na wstępie Hłasko, że tak głupio, słabo - to i on
potrafi, w związku z czym aplikuje. Zakłada bloga, uprzykrza sąsiadom życie
swoim śpiewem, a w skrajnych przypadkach pisze powieść o czarownikach ratujących
Ziemię przed księdzem Godzillą, po czym porównuje efekty swojej pracy z
dziełami, które odniosły sukces i dziwi się niezmiernie, że nie został
celebrytą literatury. Czy „hejt” w jego wykonaniu wynika naprawdę li tylko z
zazdrości?
Ważni
redaktorzy, artyści wszelkiej maści, celebryci z łaski kolorowych pisemek a
nawet niektórzy politycy, nie mogą pojąć, jakie zażenowanie i gniew budzą ich
publiczne występy.
Publiczność
wyobrażają sobie najwyraźniej, jako tłum zasmarkanych chłopów, przestępujących
z nogi na nogę, mnących z nieśmiałości w spoconych dłoniach zniszczone czapki,
a gdy pan raczy się odezwać, schylających głowy przed jego autorytetem. Być
może dlatego wyobraźnia płata im takiego figla, że tacy ludzie ich otaczają na
co dzień, a być może to jakaś projekcja z życia ich przodków. Nie mnie to
rozstrzygać.
Czy jest
tak, że „hejt” wobec osób publicznych powstaje z szacunku dla prawdy? To może
przesada, ale na pewno jest to, często nie do końca uświadomiony protest
przeciwko zaburzeniu hierarchii.
Redaktor Kuźniar jest tylko najnowszym
przykładem i nawet nie użyłbym w tekście jego nazwiska, gdyby nie to, facet
wciąż udaje, że nie rozumie, dlaczego chwalenie się własną zaradnością
spowodowało wylanie na niego „wiadra pomyj” choć wielu swoim znajomym zaimponował
sprytem. No właśnie!
sobota, 21 marca 2015
Czy chcemy upaść pod ciężarem głupoty?
Wiele lat
straciłem na próby racjonalizowania naszej sceny politycznej i uleganiu
złudzeniom. Jednym z najdziwniejszych było przekonanie, że za fasadą znaną z
mediów i pokrzykiwań politycznych przeciwników, kryje się mechanizm obronny - Maszyna,
która lepiej, lub gorzej działa, a wynik jej działań, wbrew wszelkim
zastrzeżeniom, zawsze jest minimalnie dodatni. Rozumowałem wskaźnikami
gospodarczymi, trochę na odwróconej ruskiej zasadzie, że owszem, minister i
jego otoczenie to banda cymbałów, ale niżej niewątpliwie pilnie pracują
kompetentni, pełni dobrej woli ludzie.
Przyjmowałem
naiwnie, że próg niezbędnych do rządzenia państwem kompetencji jest pewną stałą
i skoro poniżej progu rozsiedli się przywódcy, dla równowagi niższy personel,
rzeczony próg kompetencji przekracza. Nie doceniłem erozji związanej z upływem
czasu i oczywistej zależności pomiędzy stanem umysłowości kolejnych,
wpływających wzajemnie na siebie szczebli hierarchii.
Naturalna
chęć posiadania przewagi, błyszczenia na tle otoczenia, dodatkowo zainfekowana
wirusem korupcji i nepotyzmu, w ciągu ostatnich kilkunastu lat zmieniła aparat
państwowy w coś dziwacznego. W prawdziwą osobliwość, gdzie rygoryzm prawny i
zakusy do regulowania każdej możliwej sfery życia idą w zawody z chaosem i
dążeniem do samozagłady.
To nie jest
przypadek, czy zła passa, że codziennie jesteśmy wręcz zasypywani skandalami o
rozmaitej skali rażenia. Od drobiazgów obyczajowych, przez gigantyczne
przekręty finansowe, po jawną, niczym nie skrywaną agresją aparatu państwowego
godzącą w jego obywateli. Jest tego tyle, że już nie sposób sensownie
analizować kolejnych skandali, kłamstw, aktów przemocy, wyłudzeń, przykładów
bezkarności i temu podobnych. A przecież do publiczności dociera tylko drobna
część tego, co dzieje się codziennie w naszym pięknym kraju.
Trzeba sobie
wreszcie uświadomić i zakonotować raz na zawsze, także na wypadek jesiennej
zmiany zarządzających Polską, że cymbał i oszust wyniesiony na fali politycznej
do władzy, nie ma żadnych powodów, by otaczać się ludźmi lepszymi, niż on sam.
Tworząc swój dwór obniża standardy tak, by jego gwiazda błyszczała. I tak to
idzie niżej i niżej.
Tryumfująca
miernota, zgniły owoc wewnątrzpartyjnych i koalicyjnych zależności i układów,
zagarnęła instytucje, samorządy i zarządzane przez państwo segmenty gospodarki.
Nie wolno na
codzienne upadki państwa patrzeć, jak na przysłowiowe drzewa w lesie, nie
widząc samego lasu. Tu nie pomoże żadna wymiana elit. Polska wymaga gruntownej
przebudowy, z tym, że na taką pracę brak przyzwolenia politycznego i
społecznego. Elity nie mają samobójczych odruchów, a naród pozwala im dosłownie
na wszystko, rządzony zwykłym strachem o jutro. Ludziom ciągnącym swój wóz, od
wypłaty do wypłaty, wolno się bać.
Pozwolę sobie w tym miejscu na dygresję: Ten
lęk jest zresztą starannie podtrzymywany przez media, w których kilka razy
dziennie udowadnia się ludziom, że są po prostu nikim, bo taki wniosek płynie z
tych wszystkich szalenie popularnych programów, zwanych interwencyjnymi. Moim
zdaniem interwencja polega na tym, by ludzie zrozumieli, że jak przyjdzie im do
głowy podskakiwać, zostaną po prostu zmiażdżeni.
Nie
zapominajmy też o tym, a często w ferworze dyskusji o tym fakcie łatwo
zapominamy, że Polska nie jest państwem suwerennym i nie jest to żadna „prawacka
figura retoryczna” ale oczywistość. Przy czym nie przesądzam, w kontekście tego,
co napisałem powyżej, jest to stan pożądany, czy nie. Jedno jest pewne, że na
mapę naszej głupoty nakłada się dodatkowo mapa głupoty europejskiej, razem z
jej obłędną ideologią i złowieszczą retoryką.
Jest wielu
poczciwych idiotów, którzy pracowicie próbują dowieść, że Polska rządzą Służby
Specjalne, oficerowie byłej WSI, masoni, Żydzi, mafia, Putin, banki, Merkel, a
być może nawet kosmici. Ten ostatni wniosek można faktycznie wyciągnąć,
przyjrzawszy się dokładniej, obecnej pani premier.
Moim
zdaniem, rzeczywistość może okazać się gorsza niż te bajania i wkrótce, nie na
skutek żadnego przewrotu, działań zielonych ludzików czy uderzenia zabójczych
bomb atomowych... Całkiem po cichu Polska runie pod ciężarem strukturalnej,
upaństwowionej głupoty, a my będziemy daremnie wołać o pomoc spod gruzowiska.
środa, 25 lutego 2015
Ida
Przed chwilą skończyłem oglądanie „Idy” Pawlikowskiego.
Oglądałem ten skromny film z rosnącym zdumieniem, choć, żeby nie skłamać...
Cóż, spodziewałem się, że spora część opinii o filmie pochodzi od ludzi, którzy
nie zadali sobie tego trudu. Po projekcji wróciłem do kilku scen, wedle jednych
genialnych, a wedle innych wprost haniebnych. Być może moja wrażliwość jest stępiona,
albo zbyt wiele widziałem w życiu filmów, ale pozostaję nieporuszony.
To film, jakich wiele. Film o popełnionych przed laty
zbrodniach, wyrzutach sumienia i nieudolnej próbie zmazania win. Tytułowa Ida
asystuje swojej ciotce w drodze, na której końcu jest samobójczy skok z okna.
Jest milczącym, albo mamroczącym –chciałoby się napisać „chórem z greckiej
tragedii” ale jedna osoba nie może być niestety chórem. Kontrastowość postaci,
wraz z narzuconymi przez reżysera rygorami formalnymi, ma w założeniu sugerować
świeżość dzieła, a przy tym jego zakorzenienie w historii kina, ponadczasowość
i uniwersalizm postaci. Sądząc z ilości nagród i entuzjazmu większości
krytyków, misja się powiodła. To też jawny dowód na dokonaną w tym środowisku
wymianę pokoleniową. Film został sporządzony wedle przepisu na film mający
przynieść prestiżowe laury i nie mam tu wcale na myśli jego tematu. Chodzi
raczej o kwestie techniczne, z których rodzi się tak zwany „klimat dzieła” a to
byłoby jeszcze całkiem niedawno zdemaskowane i skwitowane wzruszeniem ramion.
Aż strach to napisać, ale dzięki tym zabiegom ” Ida” nie stała się arcydziełem,
ponieważ nuda nie jest właściwym składnikiem wielkości, a wielkie kreacje nie
powstają, jako wycinanki krawieckie z żurnala aktualnej mody.
Tak naprawdę film nie wytrzymuje też najprostszego rozbioru
psychologicznego postaci, nie zbliżając się nawet do podstawowego poziomu
prawdopodobieństwa. Ludzie, którzy oddali się złu do tego stopnia, że mordują
bliźnich siekierami, albo świadomie posyłają niewinnych na śmierć, tak długo,
jak pozostają bezkarni, nie zaczynają ni z tego ni z owego się mazać, czy
wyskakiwać przez okno.Inaczej powstaje
niewygodne pytanie, co robili ze swoimi wrażliwymi sumieniami przez kilkanaście
lat, jakie minęły od ich zbrodni. Prawdopodobieństwo stoi po stronie losu,
domniemanego pierwowzoru panny Gruz, czyli prokurator Wolińskiej, popijającej
herbatkę – być może z malinową konfiturą, gdzieś w saloniku słodkiej Anglii.
Dobrze, pójdę na rękę reżyserowi i przyjmę założenie, że Ida
jest katalizatorem wyzwalającym ukrywane dotąd emocje i wrażliwość sprawców. Fakt,
zakonna nowicjuszka o żydowskich korzeniach, snująca się i patrząca na świat
oczami jaszczurki, może sprawiać na zbrodniarzu wstrząsające wrażenie. Ale ta
ciotka strasząca chłopa mordercę, kobieta, która zmarnowała lata, gdy jej
władza nad losem kata jej rodziny była śmiertelnie realna, jest już całkowicie nie
do przyjęcia. Mam przyjąć, że działając w ramach stalinowskiej machiny terroru,
ukrywała swoje żydostwo, nawet za cenę odstąpienia od ukarania morderców swoich
bliskich, których znała? To przesada!
Tyle tylko, że ten skromny i moim zdaniem nie do końca udany
film, stał się wydarzeniem zgoła z innych powodów i w tym miejscu wracam do
zdumienia, które zasygnalizowałem na początku tekstu. Pomimo tego, że
obejrzałem go dopiero teraz, znając reakcje i opinie z prawa, lewa i diabli
wiedzą skąd jeszcze, a więc byłem w jakimś sensie uprzedzony do filmu, nie
znalazłem w nim dosłownie nic z tego, co jest paliwem publicystycznych zmagań
na jego temat. Film nie jest antypolski, ani antyżydowski.
A tu pojawił się
jakiś pomysł, by film poprzedzić napisem wyjaśniającym kontekst historyczny.
Czy szanowni, którzy w dobrej wierze składają taką propozycję znają pojęcie:
niedźwiedzia przysługa? Dopiero wtedy film byłby oglądany w polskim kontekście!
Tak, jak nie rozumiem zachwytów, tak nie mogę pojąć tego dziwacznego przewrażliwienia,
godnego pani Agnieszki Graf, która z kolei widzi w filmie antyżydowski
stereotyp. Informuje, że zarówno wśród Polaków, jak i Żydów można dawniej i
obecnie, spotkać bestialskich morderców, zabijających przy pomocy siekier albo
paragrafów. W tym drugim przypadku, cudzymi rękami, co w niczym nie umniejsza
ich winy.
Cóż, powtórzę początkowe zastrzeżenie, że być może, moja
wrażliwość jest stępiona, ale z drugiej strony, biorąc pod uwagę tylko
najnowsze Oscary, poruszyły mnie tak obce tematycznie filmy, jak „Birdman” czy
„Wiplash” a „Ida” wcale.
No może artystyczny dobór nazwisk bohaterów. Pani
prokurator Gruz, że niby nie został kamień na kamieniu i chłop Skiba, z
wiadomych powodów. Tak, zupełnie na marginesie, czy tłusty lider „Big cyca” też
protestuje?
piątek, 20 lutego 2015
Czy ludzie siedzący, mogą głosować nogami?
Owszem,
głosują masowo, czego doświadczamy od kilkunastu lat . Wyjeżdżają z Polski,
osiedlają się za jej granicami, sprowadzają rodziny, rodzą dzieci, płacą
podatki, zakładają firmy, a nawet zaczynają nieśmiało wygłupiać się politycznie.
Wyjeżdżają szukając pracy, lepszych warunków życia i o dziwo stabilizacji, co
jest dziwacznym paradoksem, biorąc pod uwagę fakt, że większość z
wyjeżdżających początkowo ledwie coś tam potrafi wydukać w języku kraju, który
obrali sobie na nową ojczyznę.
Nasi
politycy i sprzęgnięte z nimi media, już to płaczą nad utratą witalnych sił
narodu, już to obiecują stworzenie warunków, dzięki którym dzisiejsi emigranci , z radością powrócą na łono
ojczyzny. Po cichu zaś cieszą się, że do Polski spływa część forsy zarobiona za
granicą, a i bezrobotnych jest mniej o te, minimum dwa miliony. A kto by się
martwił o długofalowe konsekwencje tego exodusu? Tyle się tym przejmują nasi
władcy, co procesami demograficznymi. Tak, już słyszymy o konieczności sprowadzenia
cudzoziemskiej siły roboczej. Może od razu, żeby obyło się bez rozczarowań,
kupmy od Francuzów potomków ich dawnej siły roboczej, zasiedlających urocze
dzielnice na obrzeżach tamtejszych aglomeracji?
Ludzie
wyjeżdżają „ głosując nogami” ale większość zostaje i dalej próbuje ciągnąć
nasz polski wóz. Raz to idzie lepiej, raz gorzej. Co jakiś czas, w
konstytucyjnie wyznaczonych terminach Polacy głosują w wyborach, próbując nadać
kierunek, wyrazić sprzeciw, bądź co ostatnio w modzie, swoje poparcie. Emocje
wywoływane przez media i agitację polityczną, nie sprzyjają ukazaniu
przejrzystych kryteriów wyboru. Wszystko pochłania gorączka codziennego sporu,
któremu rytm nadają wydarzenia zgoła nieistotne.
W
roku wyborczym warto zastanowić się poważnie, co tak naprawdę wybieramy?
Aby
czytać dalej, potrzebna jest odrobina
wyobraźni.
Proponuję takie oto osobliwe założenie, że nie tylko wyjeżdżając,
ale pozostając w Polsce, możemy „zagłosować nogami” Dosłownie. Zbieramy
się wszyscy, ilu nas tu jest, na pięknej, pachnącej majem łące i głosujemy, ale
głosowanie tym razem jest jawne i ma moc sprawczą. Wszyscy ( to model
fantastyczny, przecież ) znają zasady na jakich propozycje poszczególnych
ugrupowań oprą swoje rządy nad Polską i wiedzą, że te zasady zostaną wcielone w
życie w stu procentach.
Przystępujemy
do głosowania, wiedząc, że nasz wybór jest wyborem ostatecznym i w Polsce, jaką
wybierzemy, znajdziemy się wśród głosujących, tak jak my. Zostaniemy wyłącznie
we własnym gronie i tak już będziemy żyli, pracowali, rodzili dzieci, zakładali
firmy, ku powszechnemu szczęściu a naszemu zadowoleniu.
Powstaje
pytanie, jak byśmy się zachowali w tej hipotetycznej sytuacji, nagle postawieni
przed tak dramatycznym wyborem, gdzie prawidłowa ocena szans, będzie miała
wpływ na dalsze życie nasze i naszych najbliższych? Ktoś powie, że przed takim
wyborem i tak stawiają nas politycy. Jasne, tylko sądząc po sondażach, nie
zdajemy sobie z tego sprawy.
Tutaj
mamy do podjęcia konkretną decyzję i podejrzewam, że niewielu głosowałoby pod
wpływem chwili, czy emocji wywołanych najpiękniejszymi nawet przemowami.
Fortunę zbiłby ten, który dostarczyłby tam mityczne, obecnie znane tylko
wtajemniczonym programy partyjne. Popularnością cieszyłyby się tabele
proponowanych skal podatkowych, regulacji prawnych, w cenie byliby eksperci od
spraw wojska, policji czy zdrowia.
Sądzicie,
że takie sprawy przeciętnych ludzi nie zajmują? Oczywiście, że zajmują i to na
co dzień, w przeciwieństwie do polityki, której w ogóle nie kojarzą z własnym,
indywidualnym losem.
Oj,
czy na pewno, nawet pilnująca, niczym świętego ognia obecnych rządów, klasa
próżniacza, chciałaby żyć tylko wśród podobnych sobie, choćby z prostego
powodu, że brakłoby jej ludzi, na których dzisiaj tak radośnie żeruje?
Sprowadzając rzecz do absurdu, zapytam, czy członkowie i sympatycy PSL
chcieliby żyć w państwie złożonym z członków i sympatyków PSL, gdzie trzeba by
orać realnie, a nie w radzie nadzorczej spółeczki, gdzie szwagier „po szkole”
jest prezesem?
Jak,
na mocy tak poważnego głosowania, wyglądałyby jego wyniki?
Po
pierwsze, jak wyglądałyby ostatecznie przedstawione programy poszczególnych
ugrupowań, gdyby nie chodziło jedynie o zdobycie większości głosów, ale też o
stworzenie sensownie działającego państwa, bo nie jest osobliwą sztuką zebrać
głosy emerytów i powiedzmy urzędników, bo co potem począć z taką strukturą
społeczną? Podobnie głupio wyglądałby kraj biznesmenów, pozbawiony robotników,
i tak dalej.
Uważam,
że w takiej, hipotetycznej oczywiście, sytuacji, poszczególne programy
upodabniałyby się w szybszym tempie, niż jest zdolna ogarnąć nasza, skażona
politycznym ględzeniem, wyobraźnia. Do tego stopnia, że prawdopodobnie, żadne
wybory, w ogóle nie byłyby konieczne, bo tak naprawdę, nie mamy żadnego wyboru,
o ile chcemy przeżyć, jako naród zamieszkujące Polskę, oczywiście.
Jasne,
że to fantazja, ponieważ nikt nie dopuści, by ludzie zrozumieli, że ich wybór
polityczny ma większy wpływ na poziom życia, niż wybór kredytu, masła na półce
w sklepie, czy operatora sieci komórkowej. Gdyby to dotarło do elektoratu,
byłby to koniec świata, jaki znamy. Na razie, z takiej możliwości skorzystali
ci, którzy „zagłosowali nogami” zostawiając nas w świecie Durczoka, sałatki, poziomych
korytarzy i politycznych pokrzykiwań.
Nas to nie dotyczy, prawda?
czwartek, 19 lutego 2015
Prezydent Komorowski, jako ideał władcy!
Przedwczoraj
dowiedziałem się z mediów, że Polska obecnie znaczy w Europie tyle, co w
szesnastym wieku ( złotym – jak podkreślono ) a wczoraj, że ma najsilniejszą w
historii armię. Zanim usłyszę, że już Chrobry starał się o cesarską koronę i
dopiero Tusk zrealizował jego marzenia, wybaczcie, ale muszę chwilę ochłonąć.
Tak, cieszę się z wami, tym bardziej, że na tronie zasiada zacny Bronisław Komorowski,
który swoją osobą gwarantuje, że nie zajmie Kijowa, nie zgwałci żadnej ruskiej
księżniczki, nie przywlecze ze sobą tysiąca fur złota, ani nawet grających w
tamtejszych klubach piłkarzy, by zasilili naszą piłkarską ekstraklasę, jako
niewolnicy.
Jak
w ogóle można nie popierać władzy tak solidnej, nabożnej i dobrotliwej, jaka
nam przypadła w roku pańskim 2015. Zobaczcie, jak się rozwinęliśmy przez tysiąc
lat! Akurat w tym roku mija okrągły tysiączek, jak Cesarz sprzymierzony ze
zdradliwymi Czechami napadł na Polskę i kosztowało nas to wiele ofiar i
pieniędzy. Czy możecie sobie wyobrazić Tuska sprzymierzonego z premierem Subotką
napadających, choćby, na Krynicę, czy Zakopane? Nie, ponieważ chroni nas przed
takimi ekscesami, sam autorytet, jaki rozsiewa w okolicy, Prezydent Bronisław
Komorowski! ( Niech żyje!)
Okropna
opozycja, niczym wielogębna hydra próbuje odebrać naszemu władcy tron. I
jeszcze wrzeszczy, że jest prześladowana medialnie. Też mi prześladowanie!
Chrobry zaraz kazałby wszystkich wyłapać i gdyby miał dobry dzień, zjadł pyszne
śniadanie i ogólnie byłby happy, kazałby wydrzeć im oczy i zamknąć w ciupie do
śmierci. A nasz Prezydent patrzy dobrotliwie z wyżyn majestatu i tylko palcem
pulchnym grozi.
Albo
weźmy taki CBOS. Źli ludzie nie potrafią docenić jago ciężkiej pracy, ale dobra
władza, jak najbardziej. A taki Chrobry, nawet nie uznałby za stosowne zapoznać
się z tymi wszystkimi tabelkami, tylko profilaktycznie kazałby wszystkich wyrżnąć.
W
związku z tymi wszystkimi przykładami, jakie powyżej podałem, chyba każdy przytomny
zrozumiał, jak wiele zyskujemy, jacy szczęśliwi jesteśmy pod rządami koalicji
PO/PSL oraz światłym przywództwem Pana Prezydenta!
Za kolejne tysiąc lat,
gdzieś w odległej galaktyce, młodzi chłopcy sterujący bojowymi krążownikami
imperium, będą na błyszczących, nieco pedalskich, bluzach, przypinać zamiast
niestosownych mieczyków, takich maleńkich, uśmiechniętych Bronków.
I
kto wtedy gdzieś wspomni o Dudzie, czy innym Kaczyńskim? No, chyba, że jakiś
historyk, ale kto przytomny wierzy w historykom?
W
roku 3015 nie ma już żadnej opozycji, poza Korwinem Mikke, oczywiście, a
na dziwnych, nienazwanych dzisiaj planetach, dzieci wkuwają myśli wielkiego Wujka
Bronka na pamięć, aż im z entuzjazmu wszystkie macki różowieją.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
