Wielu ludzi narzeka, że taki „twitter” jest głupawą maszynką dla ludzi, którzy nie potrafią sklecić kilku sensownych zdań i strzelają do siebie jakiś komunikatami zawierającymi maksimum 140 znaków.
Jasne, że bywa i tak, ale należy pamiętać, że miedzy nami są geniusze słowa.
Od dzisiaj jednym z nich jest dla mnie znakomity blogger i gwiazda salonów
- Pan Azrael.
W odpowiedzi na reklamujący moją książkę, skromny i żartobliwy wpis Eryka Mistewicza, napisał coś, za co jestem i będę mu od dzisiaj wdzięczny. A będzie to żarliwa wdzięczność!
Wdzięczność bezwarunkowa i trącąca kapitulanctwem ponieważ do dzisiaj nie doceniałem publicystycznej twórczości popularnego „Aziego” Teraz doceniam ( poza ołtarzykami )
AZI, KOCHAM CIĘ!
Ten znakomity blogger i współpracownik wielu portali internetowych, jawił mi się dotychczas jako ktoś w rodzaju mniejszego Tomasza Hajto – Tego piłkarza. Gębacz wioskowy, straszydło i nudziarz pierwszej kategorii
Od dzisiaj, jak już wspomniałem zobowiązuję się wielbić bloggera Azraela, ponieważ jak nikt dotąd w kilkudziesięciu znakach poczęstować mnie dwoma takimi komplementami, ze gdyby nie było błota, po ciemku śmigałbym po lasach i wertepach na rowerze by się wyszaleć z tej wdzięczności.
Eryk Mistewicz napisał:
"Weekend? Czas nad Amazonię:http://www.goneta.net/sklep/product_info.php?products_id=98"
Na co najwspanialszy Azrael:
"Wybierasz się gdzieś koleją? Bo to literatura kolejowa, do tego dość mało śmieszna"
Czym się zachwycam?
Po pierwsze „literatura kolejowa” abstrahując od stanu naszych kolei oznacza takie chwilowe czytadło. Coś niezobowiązującego do głębszych przemyśleń, coś co można bez żalu zostawić niczym gazetę na półeczce by zabawił się lekturą kolejny pasażer. O niczym więcej nie marzę!
(
Trochę ściemniam bo wydałem na razie tylko w wersji elektronicznej, a nikt nie zostawi od tak sobie laptopa dla przyjemności jakiegoś obcego ancymona. Rozumiem, ze wielu chętnie by pogubiło swoje lapki, ale nie sadzę by byli akurat moimi czytelnikami )
W każdym razie uważam termin „literatura kolejowa” za sporej klasy komplement w czasach gdy nawet pies jeżdżący koleją głównie uważa na portfel.
Ale nie zawracałbym wam głowy,moi potencjalni czytelnicy, gdyby Azrael poprzestał na jednym komplemencie. Drugi komplement, komplement radykalny Azrael zawarł w ocenie moich tekstów, określając je, jako teksty "mało śmieszne"
Gdzie tu komplement? - Spyta jakiś niecierpliwy dobrodziej nie znający tekstów dzielnego Azraela?
Otóż komplement polega na tym, że lider portalu sklerotyków "Opinie" popularny Azi, jeśli chodzi o humor, jest wyżęty niczym ścierka poddana przemocy piętnastotonowych walców jakiejś galaktycznej maglownicy.
Łatwo to sprawdzić czytając jego teksty.
Czy popularny „Azi” ( w książeczce dwa teksty o tym dzielnym rycerzu ) ma rację?
Przekonaj się sam .... do jasnej cholery!
sobota, 27 lutego 2010
czwartek, 25 lutego 2010
Dom Elżbiety XXX- nowa opowieść (Iwona)
Gdy dojechali, zobaczyli, że na ławeczce przed szpitalem siedzi Kanusia, jakby w oczekiwaniu na nich. Gdy ich zobaczyła, jakby już nie mogła się doczekać, kiedy wysiądą z samochodu, więc wstała i zaczęła iść w ich stronę.
- Dzień dobry – Z uśmiechem powiedziała Ela wysiadając z samochodu – jak się pani czuje?
- Dobry…całkiem dobrze, ale chodźcie tu na ławkę – zwróciła się do Eli i Piotra, który właśnie zamykał samochód.
- Jasne – głos Piotra, był wesoły, nawet rozbawiony. – Widzę Kanusiu, że jesteś w formie. Uwielbiam gdy tak nas rozstawiałaś w dzieciństwie.
Kanusia spojrzała na niego poważnie.
- Tu się nie ma z czego cieszyć. A taką mam naturę – tu spojrzała jakby cieplej w stronę Elżbiety. – Muszę wam coś opowiedzieć. Jeżeli to tak daleko zaszło…- tu zamyśliła się, jakby wspominając coś – nie rozumiem, jak ten pamiętnik mógł zostać nie odnaleziony przeze mnie i panią Leokadię.
- Był w kredensie na strychu – poinformowała Ela, jakby chcąc jej wytłumaczyć, czemu go nie znalazła.
- No tak, graciarni – spojrzała na Elę – twoja babcia nie lubiła. W ogóle strychu. Mówiła, że w końcu trzeba tam zrobić porządek, ale się jakoś nigdy nie złożyło, byśmy tam czego szukały. A szkoda jak widzę. Trzeba było te graty dawno porąbać.
- Oj Kanusiu – powiedział Piotr, jego glos zdradzał lekkie rozczarowanie – lepiej chyba poznać ją, znaczy tą Mioducką. Nikt nie jest tylko zły, uwierz. My z Elą to odkryliśmy, czytają te jej wspomnienia.
- Usiądźcie – powiedziała, bo doszli do tamtej ławeczki. Oboje posłusznie usiedli – Mówicie, że nie jest tak całkiem zła, tak?
- Tak – odparli równocześnie.
- Elżbiecie się nie dziwię, ale – tu spojrzała na Piotra – tobie tak. No, ale niech wam będzie. Chcecie wiedzieć wszystko, tak?
- Było by cudnie – powiedziała Ela – zwłaszcza, że podobno bardzo ją przypominam.
- Bzdury – głos Kanusi stał się twardy, nawet nieprzyjemny.- Widziałam ten jej portret, to był portret diablicy. Te jej oczy! Tak zimnego spojrzenia i uśmiechu się nie zapomina. Ona nie miała w sobie żadnych ludzkich uczuć, wierzcie mi.
- Nie przesadzasz? – Zaoponował Piotr.
- Nie, a mam ku temu powody by tak mówić. Znam jej historię, znałyśmy ją obie z panią Karską. Dlatego chciałyśmy zniszczyć wszystko, co było z nią związane.
- Z tego co my się dowiedzieliśmy i to wprost od niej – Piotr patrzył jak na to reaguje Kanusia, która była zdenerwowana. – To, to, że ten jej mąż Gerard, traktował ją jak niewolnicę i to w najgorszym tego słowa znaczeniu. Zwłaszcza, że to była jeszcze nastolatka, nami to wstrząsnęło, prawda Elżbieto? – zwrócił się w stronę Eli.
Elżbieta kiwnęła potakująco. Wpatrywała się w Kanusię, która jakby się nad czymś zastanawiała, może rozstrzygała za i przeciw, o czymś co miała im powiedzieć.
- Tak, zdeprawował ją Gerard, macie rację – zaczęła i westchnęła ciężko – tylko, że to ją nie tłumaczy z tego, co zrobiła…hm. Najlepiej zacznę od początku, dobrze?
Kiwnęli głowami, wpatrując się w Kanusię.
- Nie mam za wiele czasu, bo o czwartej zapowiedział się Robert – tu spojrzała na Elę – mój drugi syn – dodała.
-Ok.!
- No więc tak, rzeczywiście wydano ją za tego Mioduckiego, który zaszantażował jej ojca, z powodu długów. To prawda, że poniewierał nią i bił. Z tych jej francuskich czasów wiem nie wiele. Tyle, co z listów od niej do ojca. Czy pisała prawdę? Bardzo możliwe, że tak.
- A pisała, ze pastwił się nad nią fizycznie, seksualnie i psychicznie? – Zadał pytanie Piotr.
- Tak – Kanusia znów westchnęła – ja wiem, że to was wzruszyło. Fakt, została sprzedana jak worek kartofli. To dlatego jej ojciec zmarł ze zgryzoty, nie mógł sobie tego wybaczyć. Potem… ale zaraz, bo to bardzo ważne, ta jej pokojówka, podobno uratowała ją od śmierci.
- Tego jeszcze nie czytaliśmy – powiedziała Elżbieta.
- Byli w Hiszpanii, wtedy, gdy ona była w ciąży. To wtedy uratowała małą Katalonkę, którą podobno chciano utopić.
- Czemu?
- Podobno była czarownicą.
- Jak Zofii udało się ją uratować? Co na to Mioducki?
- Mioducki cieszył się, że będzie mieć potomka, Zofia stała się dla niego bardzo cenna, więc niczego jej nie potrafił odmówić w tym czasie. Zwłaszcza, że ta Hiszpanka, była podobno przepiękna, a Zofii w tym czasie nawet nie tknął.
- Sugerujesz, że chciał sobie zrobić z niej kochankę? – zapytała Elżbieta.
- Nie tylko sugeruje, ale wiem. – Nagle Kanusia przerwała patrząc w stronę parkingu.
- Coś się stało? – Zapytał Piotr.
- Nie, nic, tylko widzę, że Robert przyjechał wcześniej. Myślałam, że wam opowiem wszystko. Ale mnie starej jakoś nie sporo o pewnych rzeczach gadać. Za nim mój Robciu tu przyjdzie, ostrzegam was dzieci…nie ufajcie jej, jeśli już musicie to czytać, proszę was, nie ufajcie jej!
- Komu mamuś mają nie ufać? Mi? – Mężczyzna który do nich podszedł, był podobny do Andrzeja, ale młodszy i jakby szczuplejszy. – Cześć Piotrek – zwrócił się do Pawlickiego – A pani nie znam – uśmiechnął się ujmująco.
- To wnuczka pani Karskiej – za Elżbietę odpowiedziała Kanusia.
- Dzień dobry – Z uśmiechem powiedziała Ela wysiadając z samochodu – jak się pani czuje?
- Dobry…całkiem dobrze, ale chodźcie tu na ławkę – zwróciła się do Eli i Piotra, który właśnie zamykał samochód.
- Jasne – głos Piotra, był wesoły, nawet rozbawiony. – Widzę Kanusiu, że jesteś w formie. Uwielbiam gdy tak nas rozstawiałaś w dzieciństwie.
Kanusia spojrzała na niego poważnie.
- Tu się nie ma z czego cieszyć. A taką mam naturę – tu spojrzała jakby cieplej w stronę Elżbiety. – Muszę wam coś opowiedzieć. Jeżeli to tak daleko zaszło…- tu zamyśliła się, jakby wspominając coś – nie rozumiem, jak ten pamiętnik mógł zostać nie odnaleziony przeze mnie i panią Leokadię.
- Był w kredensie na strychu – poinformowała Ela, jakby chcąc jej wytłumaczyć, czemu go nie znalazła.
- No tak, graciarni – spojrzała na Elę – twoja babcia nie lubiła. W ogóle strychu. Mówiła, że w końcu trzeba tam zrobić porządek, ale się jakoś nigdy nie złożyło, byśmy tam czego szukały. A szkoda jak widzę. Trzeba było te graty dawno porąbać.
- Oj Kanusiu – powiedział Piotr, jego glos zdradzał lekkie rozczarowanie – lepiej chyba poznać ją, znaczy tą Mioducką. Nikt nie jest tylko zły, uwierz. My z Elą to odkryliśmy, czytają te jej wspomnienia.
- Usiądźcie – powiedziała, bo doszli do tamtej ławeczki. Oboje posłusznie usiedli – Mówicie, że nie jest tak całkiem zła, tak?
- Tak – odparli równocześnie.
- Elżbiecie się nie dziwię, ale – tu spojrzała na Piotra – tobie tak. No, ale niech wam będzie. Chcecie wiedzieć wszystko, tak?
- Było by cudnie – powiedziała Ela – zwłaszcza, że podobno bardzo ją przypominam.
- Bzdury – głos Kanusi stał się twardy, nawet nieprzyjemny.- Widziałam ten jej portret, to był portret diablicy. Te jej oczy! Tak zimnego spojrzenia i uśmiechu się nie zapomina. Ona nie miała w sobie żadnych ludzkich uczuć, wierzcie mi.
- Nie przesadzasz? – Zaoponował Piotr.
- Nie, a mam ku temu powody by tak mówić. Znam jej historię, znałyśmy ją obie z panią Karską. Dlatego chciałyśmy zniszczyć wszystko, co było z nią związane.
- Z tego co my się dowiedzieliśmy i to wprost od niej – Piotr patrzył jak na to reaguje Kanusia, która była zdenerwowana. – To, to, że ten jej mąż Gerard, traktował ją jak niewolnicę i to w najgorszym tego słowa znaczeniu. Zwłaszcza, że to była jeszcze nastolatka, nami to wstrząsnęło, prawda Elżbieto? – zwrócił się w stronę Eli.
Elżbieta kiwnęła potakująco. Wpatrywała się w Kanusię, która jakby się nad czymś zastanawiała, może rozstrzygała za i przeciw, o czymś co miała im powiedzieć.
- Tak, zdeprawował ją Gerard, macie rację – zaczęła i westchnęła ciężko – tylko, że to ją nie tłumaczy z tego, co zrobiła…hm. Najlepiej zacznę od początku, dobrze?
Kiwnęli głowami, wpatrując się w Kanusię.
- Nie mam za wiele czasu, bo o czwartej zapowiedział się Robert – tu spojrzała na Elę – mój drugi syn – dodała.
-Ok.!
- No więc tak, rzeczywiście wydano ją za tego Mioduckiego, który zaszantażował jej ojca, z powodu długów. To prawda, że poniewierał nią i bił. Z tych jej francuskich czasów wiem nie wiele. Tyle, co z listów od niej do ojca. Czy pisała prawdę? Bardzo możliwe, że tak.
- A pisała, ze pastwił się nad nią fizycznie, seksualnie i psychicznie? – Zadał pytanie Piotr.
- Tak – Kanusia znów westchnęła – ja wiem, że to was wzruszyło. Fakt, została sprzedana jak worek kartofli. To dlatego jej ojciec zmarł ze zgryzoty, nie mógł sobie tego wybaczyć. Potem… ale zaraz, bo to bardzo ważne, ta jej pokojówka, podobno uratowała ją od śmierci.
- Tego jeszcze nie czytaliśmy – powiedziała Elżbieta.
- Byli w Hiszpanii, wtedy, gdy ona była w ciąży. To wtedy uratowała małą Katalonkę, którą podobno chciano utopić.
- Czemu?
- Podobno była czarownicą.
- Jak Zofii udało się ją uratować? Co na to Mioducki?
- Mioducki cieszył się, że będzie mieć potomka, Zofia stała się dla niego bardzo cenna, więc niczego jej nie potrafił odmówić w tym czasie. Zwłaszcza, że ta Hiszpanka, była podobno przepiękna, a Zofii w tym czasie nawet nie tknął.
- Sugerujesz, że chciał sobie zrobić z niej kochankę? – zapytała Elżbieta.
- Nie tylko sugeruje, ale wiem. – Nagle Kanusia przerwała patrząc w stronę parkingu.
- Coś się stało? – Zapytał Piotr.
- Nie, nic, tylko widzę, że Robert przyjechał wcześniej. Myślałam, że wam opowiem wszystko. Ale mnie starej jakoś nie sporo o pewnych rzeczach gadać. Za nim mój Robciu tu przyjdzie, ostrzegam was dzieci…nie ufajcie jej, jeśli już musicie to czytać, proszę was, nie ufajcie jej!
- Komu mamuś mają nie ufać? Mi? – Mężczyzna który do nich podszedł, był podobny do Andrzeja, ale młodszy i jakby szczuplejszy. – Cześć Piotrek – zwrócił się do Pawlickiego – A pani nie znam – uśmiechnął się ujmująco.
- To wnuczka pani Karskiej – za Elżbietę odpowiedziała Kanusia.
poniedziałek, 22 lutego 2010
Listy do polityków 1 - Bronisław Komorowski
Zupełnie nie rozumiem dlaczego trafiają do mnie zamiast do adresatów. Nie mogę tych listów odesłać bo nie znam znam adresów. Tylko do świętego Mikołaja pisze się: św. Mikołaj – Laponia. Nawet przesyłając listy do Donalda Tuska czy Lecha Kaczyńskiego wypada znać adres i kod pocztowy.
Dobrze, że jest Internet w którym można publikować. Nie ma tu żadnych haków ani wulgaryzmów, czyli to w sumie nic ważnego. Ot, listy jakie zwykle trafiają do kosza od koszykówki czyli wypadają dołem.
1. Panie Marszałku!
Jako kobieta europejska protestuję! W chwili, gdy parytety płciowe i w ogóle płeć jest na tapecie, Plotkarnia Obywatelska, mieniąca się partia liberalną wystawia w prawyborach dwóch mężczyzn. To przejaw seksizmu najgorszego gatunku!
Żądam wystawienia w prawyborach dodatkowej kobiety, nawet jeśli byłaby to konserwatystka liberalna Julia Pitera czy konserwatystka klerykalna Waltz!
Panie Marszałku! Jeśli ten chudy macho z wyłupiastymi oczami nie ustąpi, wzywam Pana jako wielodzietnego rodzica do ustąpienia miejsca kobiecie! To nie jest trudne. Wstajemy i mówimy do kobiety, żeby usiadła. I siedzi. I obserwuje krajobraz warszawski zza szyby tramwaju.
Podpisano: Zaangażowana
2. Ty draniu!
Czemu startujesz przeciwko naszemu Donaldowi, który wykarmił cię na swojej piersi? Chyba jesteś przekupiony przez Kaczorów! Niech żyje Plotkarnia Obywatelska i i jej wódz Donald.! Amen. A ty jako taki pamiętaj, że …( udarte )
Podpisano: Zorientowany
3. Drogi Bronku!
Zasługa wobec Ojczyzny zawsze w końcu wyjdzie na wierzch niczym koszula ze spodni. Zwycięstwo we wszystkich trzech turach masz pewne jak to, ze starodawny tur był większy niż nowoczesna krowa, a nawet żubr, jeśli chodzi o tego tam. Nic się nie martw!
Jeśli stawiasz na właściwych ludzi możesz być pewny, że oni postawia na ciebie w ważnej chwili. Oto jesteśmy!
Podpisano: Xmen
4. Szanowny Panie Marszałku!
W pierwszych słowach mojego listu uprzejmie donoszę, że czuję się dobrze czego i Panu Marszałkowi życzę! Od dnia w którym Premier ogłosił pański wybór cała jakoś tak drżę. Czy to polityczne emocje czy coś innego, nie wiem. Jestem tylko szeregowym członkiem.
Nadmieniam, że mojemu mężowi, który jest nic dobrego, tylko socjolog amator zapatrzony w Pawlaka Waldemara, kazałam zapuścić wąsy.
Myśli biedak, że to dla tego Małysza, a to dla Pana, panie Marszałku! Sama bym zapuściła nawet, ale nie rosną! Mąż zresztą do Pana podobny z policzków oraz z noszenia okularów. Wzrok całkiem straci czytając te głupie gazety!
Bardzo bym chciała żeby Pan wygrał te prawybory w PO bo potem to już pewna prezydentura.
Pozdejmowałam z karmika słoninki dla sikorek. Niech się darmozjadzki żywią u tych drugich!
Całuję : Sylwia
5. ?
Kupując nasze znakomite orientalne przyprawy o aromacie identycznym z naturalnym… – Cholera, zaplątała się jakaś głupia reklama!
Dobrze, że jest Internet w którym można publikować. Nie ma tu żadnych haków ani wulgaryzmów, czyli to w sumie nic ważnego. Ot, listy jakie zwykle trafiają do kosza od koszykówki czyli wypadają dołem.
1. Panie Marszałku!
Jako kobieta europejska protestuję! W chwili, gdy parytety płciowe i w ogóle płeć jest na tapecie, Plotkarnia Obywatelska, mieniąca się partia liberalną wystawia w prawyborach dwóch mężczyzn. To przejaw seksizmu najgorszego gatunku!
Żądam wystawienia w prawyborach dodatkowej kobiety, nawet jeśli byłaby to konserwatystka liberalna Julia Pitera czy konserwatystka klerykalna Waltz!
Panie Marszałku! Jeśli ten chudy macho z wyłupiastymi oczami nie ustąpi, wzywam Pana jako wielodzietnego rodzica do ustąpienia miejsca kobiecie! To nie jest trudne. Wstajemy i mówimy do kobiety, żeby usiadła. I siedzi. I obserwuje krajobraz warszawski zza szyby tramwaju.
Podpisano: Zaangażowana
2. Ty draniu!
Czemu startujesz przeciwko naszemu Donaldowi, który wykarmił cię na swojej piersi? Chyba jesteś przekupiony przez Kaczorów! Niech żyje Plotkarnia Obywatelska i i jej wódz Donald.! Amen. A ty jako taki pamiętaj, że …( udarte )
Podpisano: Zorientowany
3. Drogi Bronku!
Zasługa wobec Ojczyzny zawsze w końcu wyjdzie na wierzch niczym koszula ze spodni. Zwycięstwo we wszystkich trzech turach masz pewne jak to, ze starodawny tur był większy niż nowoczesna krowa, a nawet żubr, jeśli chodzi o tego tam. Nic się nie martw!
Jeśli stawiasz na właściwych ludzi możesz być pewny, że oni postawia na ciebie w ważnej chwili. Oto jesteśmy!
Podpisano: Xmen
4. Szanowny Panie Marszałku!
W pierwszych słowach mojego listu uprzejmie donoszę, że czuję się dobrze czego i Panu Marszałkowi życzę! Od dnia w którym Premier ogłosił pański wybór cała jakoś tak drżę. Czy to polityczne emocje czy coś innego, nie wiem. Jestem tylko szeregowym członkiem.
Nadmieniam, że mojemu mężowi, który jest nic dobrego, tylko socjolog amator zapatrzony w Pawlaka Waldemara, kazałam zapuścić wąsy.
Myśli biedak, że to dla tego Małysza, a to dla Pana, panie Marszałku! Sama bym zapuściła nawet, ale nie rosną! Mąż zresztą do Pana podobny z policzków oraz z noszenia okularów. Wzrok całkiem straci czytając te głupie gazety!
Bardzo bym chciała żeby Pan wygrał te prawybory w PO bo potem to już pewna prezydentura.
Pozdejmowałam z karmika słoninki dla sikorek. Niech się darmozjadzki żywią u tych drugich!
Całuję : Sylwia
5. ?
Kupując nasze znakomite orientalne przyprawy o aromacie identycznym z naturalnym… – Cholera, zaplątała się jakaś głupia reklama!
środa, 17 lutego 2010
Dom Elżbiety XXIX (nowa opowieść) Iwona
Kiedy brała prysznic, zadzwonił telefon. Owinęła się szybko w ręcznik i pobiegła odebrać, myśląc, że to Piotr, bo dzwonił telefon stacjonarny.
Po drugiej stronie jednak odezwała się Kanusia.
- Elżbietko, nie gniewaj się, że ci zawracam głowę, ale powiedziałam wczoraj Piotrkowi o wszystkim. Leżę w tym szpitalu i się cały czas o ciebie niepokoję. Piotruś wczoraj nagle zniknął ze szpitala, a ja nic nie wiem.
- Niech się pani nie martwi, wszystko jest w porządku. Piotr wczoraj do mnie przyjechał i…wie pani ja mam pamiętnik Mioduckiej i wraz z Piotrem go czytamy.
- Dziecko! – Głos Kanusi stał się teraz jeszcze bardziej zaniepokojony. – Nie rozgrzebuj tego, wyrzuć! Spał! Zniszcz! Mówiłam ci przecież, ona chce tobą manipulować, twoją babcię też nękała.
- Kochana Kanusiu – głos Eli nabrał miękkości – wie pani jak ta Zofia została skrzywdzona?
- Nie chcę wiedzieć i tobie też radzę tego nie czytać.
- Nie ma pani racji, nawet zwyrodnialcowi należy się spowiedź, prawda? Dlaczego pani się jej tak boi?
- Nie, nie boję – powiedziała zdenerwowana Kanusia – to nie tak. Przyjedziesz dziś tu do mnie?
- Jasne, poproszę Piotra, żeby mnie do pani podwiózł, ale niech się pani nie denerwuje, bo znów się coś pani stanie. – Głos Eli był zatroskany.
- Nic mi nie będzie. Przyjedź, to coś ci opowiem. Może to zmieni twoją decyzję.
- OK.! Przyjadę i chętnie wysłucham tego co pani wie, może przestanę kroczyć po omacku.
- No, to nie będę przedłużać. Do widzenia i przyjedź.
- Do zobaczenia. – Ela odłożyła słuchawkę.
Bardzo zaintrygował ją ton głosu Kanusi. Było w niej tyle zdecydowania i uporu. Co chce jej opowiedzieć?
Całkiem zapomniała, że stoi na środku pokoju w samym ręczniku i tak zastał ją Piotr.
- O wybacz !– Omiótł ją spojrzeniem – przepraszam, że włażę jak do siebie – zaczął się wycofywać z biblioteki.
- Przestań, ja już zmykam się ubrać.- Lekko się zarumieniła – Kanusia dzwoniła – zakomunikowała, jakby to właśnie ją tłumaczyło, że jest wciąż w ręczniku.
Zniknęła w sypialni, a Piotr stał chwilę oniemiały, gdy usłyszał głos Eli zza drzwi, że Kanusia ją prosiła, by przyjechać, bo chce jej coś opowiedzieć o Mioduckiej. I czy nie mógłby jej tam podrzucić.
- Oczywiście! –Odkrzyknął – to nici z naszego czytania na razie?
- Wiesz, jestem ciekawa, co ma do powiedzenia Kanusia – Ela stanęła w drzwiach w czerwonej bluzeczce i czarnej spódniczce. – A przecież czytać możemy potem, prawda?
- O kurcze! – Zawołał Piotr, gdy zobaczył Elżbietę – ale ślicznie wyglądasz. A jasne, sam jestem ciekaw, co chce ci powiedzieć Knusia. Wiesz, ojciec był mało rozmowny, dziadek też, nigdy nie opowiadali o tym…no wiesz.
- A twój ojciec, właśnie, czy on by nam nie mógł czegoś opowiedzieć?
- Nie sądzę, nie żyje od dwóch lat. Dziadek zresztą też. Ja sam jak palec – zrobił minę zagubionego szczeniaka.
- Przepraszam, nie wiedziałam – Ela nie przejęła lekko żartobliwego tonu Piotra.
- Słuchaj, tak bywa. Ty też nikogo nie masz.
Ela uśmiechnęła się słabo.
- No to co, jedziemy do Kanusi?
- Jasne, jestem gotowa.
- Tylko musimy zrobić spacer do samochodu, bo zaparkowałem koło siebie.
- O, spacer przed oknami? – Uśmiechnęła się Ela szeroko.
- Słuchaj i tak już zapewne wszyscy wiedzą, że spędziłem noc u ciebie. To moja wina, ale się stało.
- Przecież ci mówiłam, że nie ważne. To co idziemy?
- Jasne.
Wyszli, widzieli po drodze, ja lekko drgają firanki w oknach, byli pewni, że za nimi śledzą ich ciekawskie oczy.
- Daj mi rękę – uśmiechnęła się Elżbieta – niech mają choć na co patrzeć.
Roześmiali się oboje i Ela wsunęła dłoń w jego rękę. Poczuła ja napływa na nią fala podniecenia, było jej tak dobrze, jakby była z nim od zawsze. Spojrzała na jego twarz i aż się zaczerwieniła, bo on wpatrywał się w nią z takim samym rosnącym podnieceniem.
Po drugiej stronie jednak odezwała się Kanusia.
- Elżbietko, nie gniewaj się, że ci zawracam głowę, ale powiedziałam wczoraj Piotrkowi o wszystkim. Leżę w tym szpitalu i się cały czas o ciebie niepokoję. Piotruś wczoraj nagle zniknął ze szpitala, a ja nic nie wiem.
- Niech się pani nie martwi, wszystko jest w porządku. Piotr wczoraj do mnie przyjechał i…wie pani ja mam pamiętnik Mioduckiej i wraz z Piotrem go czytamy.
- Dziecko! – Głos Kanusi stał się teraz jeszcze bardziej zaniepokojony. – Nie rozgrzebuj tego, wyrzuć! Spał! Zniszcz! Mówiłam ci przecież, ona chce tobą manipulować, twoją babcię też nękała.
- Kochana Kanusiu – głos Eli nabrał miękkości – wie pani jak ta Zofia została skrzywdzona?
- Nie chcę wiedzieć i tobie też radzę tego nie czytać.
- Nie ma pani racji, nawet zwyrodnialcowi należy się spowiedź, prawda? Dlaczego pani się jej tak boi?
- Nie, nie boję – powiedziała zdenerwowana Kanusia – to nie tak. Przyjedziesz dziś tu do mnie?
- Jasne, poproszę Piotra, żeby mnie do pani podwiózł, ale niech się pani nie denerwuje, bo znów się coś pani stanie. – Głos Eli był zatroskany.
- Nic mi nie będzie. Przyjedź, to coś ci opowiem. Może to zmieni twoją decyzję.
- OK.! Przyjadę i chętnie wysłucham tego co pani wie, może przestanę kroczyć po omacku.
- No, to nie będę przedłużać. Do widzenia i przyjedź.
- Do zobaczenia. – Ela odłożyła słuchawkę.
Bardzo zaintrygował ją ton głosu Kanusi. Było w niej tyle zdecydowania i uporu. Co chce jej opowiedzieć?
Całkiem zapomniała, że stoi na środku pokoju w samym ręczniku i tak zastał ją Piotr.
- O wybacz !– Omiótł ją spojrzeniem – przepraszam, że włażę jak do siebie – zaczął się wycofywać z biblioteki.
- Przestań, ja już zmykam się ubrać.- Lekko się zarumieniła – Kanusia dzwoniła – zakomunikowała, jakby to właśnie ją tłumaczyło, że jest wciąż w ręczniku.
Zniknęła w sypialni, a Piotr stał chwilę oniemiały, gdy usłyszał głos Eli zza drzwi, że Kanusia ją prosiła, by przyjechać, bo chce jej coś opowiedzieć o Mioduckiej. I czy nie mógłby jej tam podrzucić.
- Oczywiście! –Odkrzyknął – to nici z naszego czytania na razie?
- Wiesz, jestem ciekawa, co ma do powiedzenia Kanusia – Ela stanęła w drzwiach w czerwonej bluzeczce i czarnej spódniczce. – A przecież czytać możemy potem, prawda?
- O kurcze! – Zawołał Piotr, gdy zobaczył Elżbietę – ale ślicznie wyglądasz. A jasne, sam jestem ciekaw, co chce ci powiedzieć Knusia. Wiesz, ojciec był mało rozmowny, dziadek też, nigdy nie opowiadali o tym…no wiesz.
- A twój ojciec, właśnie, czy on by nam nie mógł czegoś opowiedzieć?
- Nie sądzę, nie żyje od dwóch lat. Dziadek zresztą też. Ja sam jak palec – zrobił minę zagubionego szczeniaka.
- Przepraszam, nie wiedziałam – Ela nie przejęła lekko żartobliwego tonu Piotra.
- Słuchaj, tak bywa. Ty też nikogo nie masz.
Ela uśmiechnęła się słabo.
- No to co, jedziemy do Kanusi?
- Jasne, jestem gotowa.
- Tylko musimy zrobić spacer do samochodu, bo zaparkowałem koło siebie.
- O, spacer przed oknami? – Uśmiechnęła się Ela szeroko.
- Słuchaj i tak już zapewne wszyscy wiedzą, że spędziłem noc u ciebie. To moja wina, ale się stało.
- Przecież ci mówiłam, że nie ważne. To co idziemy?
- Jasne.
Wyszli, widzieli po drodze, ja lekko drgają firanki w oknach, byli pewni, że za nimi śledzą ich ciekawskie oczy.
- Daj mi rękę – uśmiechnęła się Elżbieta – niech mają choć na co patrzeć.
Roześmiali się oboje i Ela wsunęła dłoń w jego rękę. Poczuła ja napływa na nią fala podniecenia, było jej tak dobrze, jakby była z nim od zawsze. Spojrzała na jego twarz i aż się zaczerwieniła, bo on wpatrywał się w nią z takim samym rosnącym podnieceniem.
Politycy czy konferansjerzy?
Politycy zajmują się głownie innymi politykami. Jeden coś chlapnie a już stu otwiera gęby i zawraca mi głowę tym co sądzą o tej wypowiedzi. Wysyłają do siebie jakieś listy i pozwy. Masowo występują we wszystkich możliwych telewizjach i mówią tam oczywiście o innych politykach. Wszystko jest doskonale przewidywalne i przeraźliwie nudne niczym w jakiejś telenoweli.
Można uważać na przykład skoki narciarskie za nudną konkurencję sportową, ale taki Małysz musi w końcu skoczyć. Zmierzą mu odległość, dodadzą punkty za styl i efektem jest jakiś wynik końcowy. Kto by zdzierżył widowisko polegające na niekończącym się ględzeniu skoczków i ich wzajemnych pretensjach. Najcierpliwszego kibica szlag by trafił. Śnieg jest, skocznia jest to skaczcie do cholery!
A ci nic, tylko w kółko zapowiadają co zrobią prawie zaraz ( rząd ) albo czego rząd nie zrobił dotychczas i nie zrobi ( opozycja )
To czemu jeden z drugim nie wyuczył się na konferansjera tylko bierze się za rządzenie?
Są dwa wytłumaczenia takiej sytuacji. Albo nie ma już czym rządzić i nasza suwerenność jest suwerennością jednego z europejskich województw i nikt nie ma już do rządzenia ani głowy ani zapału i tylko pilnuje swojego słoju z miodem, albo wszystkie te konflikty i cała ta wojna polityczna to przedstawienie dla naiwnych. To żadna nowość, ale proszę zwrócić uwagę na fakt, że cichutko zmierzamy w kierunku systemu dwupartyjnego z grupką nic nie znaczących pozaparlamentarnych partyjek, którym łzy obetrze dotacja z budżetu na tak zwaną działalność.
Mnie zaczyna odrzucać, mierzić nasze polityczne towarzystwo gdy widzę i czytam ile energii wkłada w sprawy czwartorzędne. Armia? Gospodarka? Zadłużenie? Można się pytać ale odpowiedzi będą zawsze takie same. Od PO usłyszymy, że jest czarownie i kwitnąco, a jakieś tam drobne niedociągnięcia to wynik szkodliwych dla Polski poprzednich rządów. Co usłyszymy od opozycji, niech sobie każdy sam dopisze.
Ciekawa jest afera hazardowa i może komuś mniej domyślnemu otworzy jasne oczęta, ale to przecież tylko ornamencik, odpięty guziczek u bluzeczki.
Tymczasem Polska stała się militarnym i dyplomatycznym słabeuszem, już nie tylko w skali globalnej ale także biorąc pod uwagę najbliższe europejskie sąsiedztwo. Patrząc na premiera pozującego na tle słynnej, zielonej w oceanie czerwieni, mapy Polski, tym bardziej to razi. Sukces? Dobrze, niech będzie i sukces – tym lepiej, że sukces, bo nikt przytomny nie życzy własnemu krajowi klęsk, ale co to za sukces, skoro wyzuta z jakichkolwiek sukcesów Białoruś z nonszalanckim uśmieszkiem pluje nam do talerza? A my, że hę? Że o co niby chodzi?
Ale wiecie co jest najgorsze? Najgorsze jest to, że dajemy wodzić się za nos ludziom tak marnym. Gdy ich atakujemy, oni mają to od dawna wliczone w koszta. W najlepszym przypadku zbyt dociekliwy wyborca wypada z grupy docelowej do której adresowana jest ta cała łomotanina, zgodnie z komuszą zasadą o jednostce, która jest niczym, a Partia wszystkim. Czy naprawdę tylko na to nas stać, nieodwołalnie „na taki wybór nas skazano”?
Najwyraźniej tak.
Można uważać na przykład skoki narciarskie za nudną konkurencję sportową, ale taki Małysz musi w końcu skoczyć. Zmierzą mu odległość, dodadzą punkty za styl i efektem jest jakiś wynik końcowy. Kto by zdzierżył widowisko polegające na niekończącym się ględzeniu skoczków i ich wzajemnych pretensjach. Najcierpliwszego kibica szlag by trafił. Śnieg jest, skocznia jest to skaczcie do cholery!
A ci nic, tylko w kółko zapowiadają co zrobią prawie zaraz ( rząd ) albo czego rząd nie zrobił dotychczas i nie zrobi ( opozycja )
To czemu jeden z drugim nie wyuczył się na konferansjera tylko bierze się za rządzenie?
Są dwa wytłumaczenia takiej sytuacji. Albo nie ma już czym rządzić i nasza suwerenność jest suwerennością jednego z europejskich województw i nikt nie ma już do rządzenia ani głowy ani zapału i tylko pilnuje swojego słoju z miodem, albo wszystkie te konflikty i cała ta wojna polityczna to przedstawienie dla naiwnych. To żadna nowość, ale proszę zwrócić uwagę na fakt, że cichutko zmierzamy w kierunku systemu dwupartyjnego z grupką nic nie znaczących pozaparlamentarnych partyjek, którym łzy obetrze dotacja z budżetu na tak zwaną działalność.
Mnie zaczyna odrzucać, mierzić nasze polityczne towarzystwo gdy widzę i czytam ile energii wkłada w sprawy czwartorzędne. Armia? Gospodarka? Zadłużenie? Można się pytać ale odpowiedzi będą zawsze takie same. Od PO usłyszymy, że jest czarownie i kwitnąco, a jakieś tam drobne niedociągnięcia to wynik szkodliwych dla Polski poprzednich rządów. Co usłyszymy od opozycji, niech sobie każdy sam dopisze.
Ciekawa jest afera hazardowa i może komuś mniej domyślnemu otworzy jasne oczęta, ale to przecież tylko ornamencik, odpięty guziczek u bluzeczki.
Tymczasem Polska stała się militarnym i dyplomatycznym słabeuszem, już nie tylko w skali globalnej ale także biorąc pod uwagę najbliższe europejskie sąsiedztwo. Patrząc na premiera pozującego na tle słynnej, zielonej w oceanie czerwieni, mapy Polski, tym bardziej to razi. Sukces? Dobrze, niech będzie i sukces – tym lepiej, że sukces, bo nikt przytomny nie życzy własnemu krajowi klęsk, ale co to za sukces, skoro wyzuta z jakichkolwiek sukcesów Białoruś z nonszalanckim uśmieszkiem pluje nam do talerza? A my, że hę? Że o co niby chodzi?
Ale wiecie co jest najgorsze? Najgorsze jest to, że dajemy wodzić się za nos ludziom tak marnym. Gdy ich atakujemy, oni mają to od dawna wliczone w koszta. W najlepszym przypadku zbyt dociekliwy wyborca wypada z grupy docelowej do której adresowana jest ta cała łomotanina, zgodnie z komuszą zasadą o jednostce, która jest niczym, a Partia wszystkim. Czy naprawdę tylko na to nas stać, nieodwołalnie „na taki wybór nas skazano”?
Najwyraźniej tak.
poniedziałek, 15 lutego 2010
Dom Elżbiety XXVIII - nowa opowieść (Iwona)
- To jakiś ohydny sadysta – Piotr był tak samo przerażony jak Elżbieta. – Przecież to było jeszcze dziecko, ona miała niespełna szesnaście lat.
- Zwróć uwagę, że dopiero pokazał swoje prawdzie oblicze, gdy była zupełnie pod jego władzą. Ciekawam, czy jego ci przyjaciele, to też takie bestie.
- A, z tymi co przyjechał na własny ślub?
- Tak. Wiesz, nadal nie rozumiem, co się stało, że ona tu….że to ją ekskomunikowali.
- Sądzę, że to nie koniec, że w jej psychice coś się załamało, cholera wiesz, jak takie coś może zniszczyć młody umysł. Ona nawet pewnie nie zdawała sobie sprawy, że może być inaczej.
- Zobacz – Ela zmieniła temat – robi się jasno. Siedzieliśmy całą noc.
Rzeczywiście za oknem budził się dzień. Ptaki wesoło zaczęły świergotać w gałęziach. Czyste niebo i słońce. Tamta rzeczywistość pamiętnikowa nagle straciła na barwie. Jakby się zbudzili po nocnym koszmarze.
- Tak, chyba czas, byśmy dali sobie trochę czasu, po tym, cośmy się dowiedzieli? – Piotr spojrzał na Elżbietę.
- Masz rację. Mam szaloną ochotę na mocną kawę, a ty?
- Czytasz w moich myślach? – Piotr uśmiechnął się ujmująco.
W kuchni zaparzyli kawę, Ela chcą być dobrą gospodynią, gdy Piotr poszedł do łazienki szybko zarobiła ciasto na naleśniki. Gdy Piotr wrócił, już pierwsze, gorące stały na stole.
- Chyba się z tobą ożenię – niby żartem powiedział Piotr, przyglądając jak na to zareagowała Ela.
- Nie chwal, zanim nie spróbujesz – w tym samym tonie powiedziała Elżbieta. – A skąd wiesz, czy bym cię chciała?
Oboje się roześmiali, co było im potrzebne po tej ciężkiej nocy.
- Łap naleśniki, póki gorące, ja zaraz skończę smażyć – Powiedziała Ela z zarumienioną twarzą.
Piotr zastanawiał się, czy to z powodu gorąca bijącego od patelni, czy raczej z powodu ich żartów.
Wkrótce potem, gdy kończyli jeść, dopijając resztki kawy Piotr zapytał:
- To co, dziś w nocy też będziemy czytali?
- A masz czas?
- Mam zaległy urlop, czas go wykorzystać. Co prawda miałem go przeznaczyć na malowanie mojego apartamentu, ale…wiesz, nie palę się do tego. – Tu znów uśmiechnął się uroczo, aż Elżbiecie serce podskoczyło w piersi.
- Słuchaj – powiedziała lekko drżącym głosem – jeżeli tak, to może zostań – tu spojrzała badawczo jak na to zareagował. Gdy stwierdziła, że raczej po jej słowach odczuł ulgę, kontynuowała – zrobię obiad, a ty w tym czasie będziesz czytał?
- Świetny pomysł! Tylko wiesz, tu jest wieś, tu wszyscy zauważą, że poszedłem do ciebie wczoraj, a i dziś jestem tu nadal.
- I co z tego?
- Niby nic, ale wiesz ludzie tworzą własne scenariusze. Zwłaszcza, że mój samochód wciąż stoi przed twoim domem.
- Acha, zrozumiałam. Znaczy, że jesteś tu bo…no, że spędziłeś ze mną noc, tak?
- No, dokładnie. Teraz żałuję, że nie zostawiłem samochodu koło własnego mieszkania, ale po tym co usłyszałem od ciebie przez telefon…a, wiesz, że przez moment miałem wrażenie, że ty, to nie ty, wczoraj?
- Wiesz, podejrzewam, że ona chciała mnie wczoraj po prostu zmusić do przeczytania pamiętnika. Wiem, teraz, że to rodzaj spowiedzi, ty też. Więc chodziło jej o to właśnie, może dlatego próbowała wszystkich sposobów? Sama przez moment czułam się bardzo dziwnie, rozumiem o czym mówisz.
- A ten zapach? Cholera, ja go dokładnie pamiętam, wtedy w lesie, był najpierw on, potem zimno, ale takie, że czułem jak mi krew zamarza, wiesz?
- Wczoraj na szybę też zaczął wchodzić mróz, na moment. Tyle, że ja potem poczułam ulgę, i tylko wiedziałam, że muszę przeczytać zapiski Zofii. Wiesz, może jej chodziło, byśmy to razem czytali?
- Może – Piotr na chwilę się zamyślił, jakby coś sobie przypominał. – Wiesz, wtedy w tym lesie, też miałem wrażenie ulgi, mimo tego zimna. To dziwne, dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Wiesz – zmienił temat - muszę wykonać kilka telefonów, wrócić choćby na chwilę do domu, przebrać się, trochę umyć, ogolić. Nie masz nic przeciwko temu?
- Jasne, wiesz, przepraszam, że nie pomyślałam o tym. Sama też powinna wziąć prysznic.
Piotr wyszedł, a Elżbieta poszła do łazienki.
- Zwróć uwagę, że dopiero pokazał swoje prawdzie oblicze, gdy była zupełnie pod jego władzą. Ciekawam, czy jego ci przyjaciele, to też takie bestie.
- A, z tymi co przyjechał na własny ślub?
- Tak. Wiesz, nadal nie rozumiem, co się stało, że ona tu….że to ją ekskomunikowali.
- Sądzę, że to nie koniec, że w jej psychice coś się załamało, cholera wiesz, jak takie coś może zniszczyć młody umysł. Ona nawet pewnie nie zdawała sobie sprawy, że może być inaczej.
- Zobacz – Ela zmieniła temat – robi się jasno. Siedzieliśmy całą noc.
Rzeczywiście za oknem budził się dzień. Ptaki wesoło zaczęły świergotać w gałęziach. Czyste niebo i słońce. Tamta rzeczywistość pamiętnikowa nagle straciła na barwie. Jakby się zbudzili po nocnym koszmarze.
- Tak, chyba czas, byśmy dali sobie trochę czasu, po tym, cośmy się dowiedzieli? – Piotr spojrzał na Elżbietę.
- Masz rację. Mam szaloną ochotę na mocną kawę, a ty?
- Czytasz w moich myślach? – Piotr uśmiechnął się ujmująco.
W kuchni zaparzyli kawę, Ela chcą być dobrą gospodynią, gdy Piotr poszedł do łazienki szybko zarobiła ciasto na naleśniki. Gdy Piotr wrócił, już pierwsze, gorące stały na stole.
- Chyba się z tobą ożenię – niby żartem powiedział Piotr, przyglądając jak na to zareagowała Ela.
- Nie chwal, zanim nie spróbujesz – w tym samym tonie powiedziała Elżbieta. – A skąd wiesz, czy bym cię chciała?
Oboje się roześmiali, co było im potrzebne po tej ciężkiej nocy.
- Łap naleśniki, póki gorące, ja zaraz skończę smażyć – Powiedziała Ela z zarumienioną twarzą.
Piotr zastanawiał się, czy to z powodu gorąca bijącego od patelni, czy raczej z powodu ich żartów.
Wkrótce potem, gdy kończyli jeść, dopijając resztki kawy Piotr zapytał:
- To co, dziś w nocy też będziemy czytali?
- A masz czas?
- Mam zaległy urlop, czas go wykorzystać. Co prawda miałem go przeznaczyć na malowanie mojego apartamentu, ale…wiesz, nie palę się do tego. – Tu znów uśmiechnął się uroczo, aż Elżbiecie serce podskoczyło w piersi.
- Słuchaj – powiedziała lekko drżącym głosem – jeżeli tak, to może zostań – tu spojrzała badawczo jak na to zareagował. Gdy stwierdziła, że raczej po jej słowach odczuł ulgę, kontynuowała – zrobię obiad, a ty w tym czasie będziesz czytał?
- Świetny pomysł! Tylko wiesz, tu jest wieś, tu wszyscy zauważą, że poszedłem do ciebie wczoraj, a i dziś jestem tu nadal.
- I co z tego?
- Niby nic, ale wiesz ludzie tworzą własne scenariusze. Zwłaszcza, że mój samochód wciąż stoi przed twoim domem.
- Acha, zrozumiałam. Znaczy, że jesteś tu bo…no, że spędziłeś ze mną noc, tak?
- No, dokładnie. Teraz żałuję, że nie zostawiłem samochodu koło własnego mieszkania, ale po tym co usłyszałem od ciebie przez telefon…a, wiesz, że przez moment miałem wrażenie, że ty, to nie ty, wczoraj?
- Wiesz, podejrzewam, że ona chciała mnie wczoraj po prostu zmusić do przeczytania pamiętnika. Wiem, teraz, że to rodzaj spowiedzi, ty też. Więc chodziło jej o to właśnie, może dlatego próbowała wszystkich sposobów? Sama przez moment czułam się bardzo dziwnie, rozumiem o czym mówisz.
- A ten zapach? Cholera, ja go dokładnie pamiętam, wtedy w lesie, był najpierw on, potem zimno, ale takie, że czułem jak mi krew zamarza, wiesz?
- Wczoraj na szybę też zaczął wchodzić mróz, na moment. Tyle, że ja potem poczułam ulgę, i tylko wiedziałam, że muszę przeczytać zapiski Zofii. Wiesz, może jej chodziło, byśmy to razem czytali?
- Może – Piotr na chwilę się zamyślił, jakby coś sobie przypominał. – Wiesz, wtedy w tym lesie, też miałem wrażenie ulgi, mimo tego zimna. To dziwne, dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Wiesz – zmienił temat - muszę wykonać kilka telefonów, wrócić choćby na chwilę do domu, przebrać się, trochę umyć, ogolić. Nie masz nic przeciwko temu?
- Jasne, wiesz, przepraszam, że nie pomyślałam o tym. Sama też powinna wziąć prysznic.
Piotr wyszedł, a Elżbieta poszła do łazienki.
środa, 10 lutego 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)



