środa, 31 sierpnia 2016
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
piątek, 1 lipca 2016
Koniec balu, a piłka wciąż w grze
Apogeum możliwości naszej reprezentacji piłkarskiej. Mogliśmy wygrać, byliśmy o włos od półfinału, nie przegraliśmy meczu, przeżyliśmy, aż za wiele emocji, ale to już koniec. Śpiewy kibiców ucichły, światła zgasły i czas wrócić do realiów. Jak raz, wczoraj Cracovia i Zagłębie Lubin rozegrały pierwsze, wyjazdowe mecze pierwszej rundy eliminacji Ligi Europy. Pasy przegrały 0-2 z macedońskim Tetovem, a miedziowi ulegli czwartej drużynie ligi bułgarskiej 0-1. To są realia i linia z której starujemy. Mecz z Portugalią zakończył sezon, te zawstydzające porażki, otwierają nowy.
Czytam o błędach Nawałki, o tym, co mogliśmy, a co przez zachowawczą taktykę straciliśmy, zupełnie jakby lud kibicowski nagle zapomniał, że w pocie czoła mieliśmy walczyć o wyjście z grupy. Owszem, graliśmy zachowawczo, chwilami minimalistycznie, czasem nieskutecznie, ale moim zdaniem osiągnęliśmy maksimum.
Choćby zabrzmiało to śmiesznie po tych wszystkich emocjach, ale dzisiaj, pierwszego lipca, najważniejszy jest wyjazdowy mecz z Kazachstanem, który rozegramy za dwa miesiące, a zaraz potem z Danią. I się potoczy. Mecz po meczu, wyzwanie po wyzwaniu. A poprzeczka podniesiona i kibice będą chcieli więcej i lepiej. Ustawienie, sposób gry, skład wyjściowej jedenastki, jakie zaproponował i z konsekwencją realizował Nawałka w czasie turnieju, to już historia. Zamknięty rozdział. Jesteśmy o tyle w znakomitej sytuacji, że nie musimy gwałtownie przebudowywać reprezentacji. Patrząc li tylko na metryki graczy, doskonale mogę sobie wyobrazić tych samych graczy skutecznie walczących w finale mistrzostw świata 2018, a tak zwany kręgosłup drużyny, w kolejnych finałach Mistrzostw Europy. Rzecz w tym, że aby tam się dostać, a dostawszy się, osiągnąć więcej niż teraz, musimy wyzbyć się schematów bezpieczeństwa, które rządziły naszą grą, pomimo oczywistego faktu, że przyniosły nam sukces.
To truizm, ale nie możemy dłużej grać dwoma defensywnymi pomocnikami. Linie defensywne muszą też sobie radzić bez interwencji środkowego napastnika w roli wymiatacza. Zawsze jest coś za coś. I nie chodzi mi o ulotne piękno gry, a o skuteczność. W wyjściowej jedenastce musi znaleźć się miejsce dla Kapustki i Zielińskiego. Ten drugi, choćby spieprzył grę w trzech kolejnych meczach, musi poczuć się jak jeden z kluczowych reprezentantów. To niewiarygodne, że tak dobry piłkarz nie może się odnaleźć na poziomie reprezentacyjnym. Musi, po prostu musi!
Pamiętacie, jak było z Krychowiakiem? No właśnie. Było, minęło i teraz bez niego trudno wyobrazić sobie drużynę. Nie mam w ogóle pretensji do Nawałki, że nie stawiał na Piotra. Wyszedł w pierwszym składzie i spieprzył. Finały Mistrzostw Europy to nie miejsce na odbudowywanie psychiczne graczy. Podobnie ma się rzecz z rotowaniem składem, o które post factum wołają niektórzy. Gdy sukces od porażki dzieli włos, niestety nie mieliśmy zmienników, którzy wnosiliby na boisko energię i błysk, jednocześnie nie osłabiając gry obronnej. To sprawiło, że z meczu na mecz, podstawowi gracze ofensywni byli eksploatowani ponad miarę. Gdy ze Szwajcarią siedział za kartki Kapustka, daremnie szukałem w pamięci kogoś, kto mógłby dodać, nie ujmując. Trzeci napastnik Stępiński, mógłby sensownie zastąpić chyba tylko Lewandowskiego, którego zdejmowanie z boiska byłoby jawną głupotą. Jodłowiec wchodzący za Mączyńskiego, to z całym szacunkiem dla obydwu graczy, żadna zmiana. Nie wiem, jak na zgrupowaniach prezentował się Linetty. Nie zagrał ani sekundy i moim zdaniem szkoda.
Trzeba jasno napisać, że wyszła nam gra defensywna. W szerokim znaczeniu, jako skuteczna neutralizacja poczynań przeciwnika na całym boisku, oraz w węższym, czyli dotyczącym pola karnego i jego najbliższych okolic. Straciliśmy dwie bramki w pięciu meczach, w tym jedną, diabli wiedzą jak strzeloną, i to jest naprawdę nowa jakość.
Największym sukcesem reprezentacji Polski jest to, że udało jej się wrócić na swoje miejsce. Zagrać przed światową widownią o najwyższe cele, a podstawowym zadaniem na przyszłość jest utrzymanie tej, z takim trudem wywalczonej pozycji. Zrobienie z faktu, że gramy nie o alibi, a o końcowy sukces, zasady. Raz się uda, innym razem nie. Nie bać się nikogo, lać kto się nawinie, a nie będziemy musieli czekać kolejnych trzydziestu lat na swoją szansę.
Bal się skończył. Teraz Kazachstan z gwiżdżącymi przez cały mecz kibolami, potem Dania na Narodowym. Piłka się toczy, piłka wciąż jest w grze. Jeszcze tylko, żeby ta Cracovia... Zagłębie...
piątek, 24 czerwca 2016
O Mistrzostwo Europy 16. Dlaczego piłka?
Piłka nożna jest najpopularniejszym sportem w znanej nam części kosmosu, ponieważ jest to najbardziej ludzka gra, jaką wymyślono. Jeśli zdarzy się, że napotkamy na swej drodze „obcych” jednym z ważniejszych zadań, zaraz po wycyganieniu od nich tajemnic napędu grawitacyjnego i pigułek przedłużających nasze nędzne życie do lat trzystu, będzie skopanie im tyłków w meczu futbolowym. Dlaczego akurat piłka?
Jest siedem zasadniczych powodów.
1. W piłkę może skutecznie grać prawie każdy. Nie decyduje wzrost, ani siła fizyczna. Na boiskach piłkarskich nie widzimy horrendalnie umięśnionych atletów, ani nakoksowanych do obłędu biegaczy. Piłka, co by nie powiedzieć o możliwościach wydolnościowych graczy, jest grą ludzi przeciętnych fizycznie.
2. Aby rozegrać fascynujący mecz piłkarski, nie trzeba nic więcej, poza, mniej więcej kulistym przedmiotem, który można kopać i popychać nogami. Reszta jest luksusem. Spróbujcie zagrać w koszykówkę bez koszy, albo w siatkówkę, bez siatki i wyznaczonego liniami boiska. To będzie tylko dziwna zabawa, a tu wystarczy cokolwiek, czym wyznacza się bramki i coś do kopania. Nie jest przypadkiem, że pamiętam z dzieciństwa mecz rozegrany piłką do tenisa, na wydeptanym trawniku koło torów. Mecz zakończony zwycięstwem 25-24, w którym strzeliłem decydującą bramkę leżąc na murawie, w wyniku czego zostałem zaatakowany przez rozemocjonowanego kolegę o dźwięcznym pseudonimie Bibas. Pozdrawiam!
3. Piłką można się fascynować na każdym poziomie. Tylko w meczu piłkarskim dziewiątej ligi, można znaleźć elementy porównywalne z zagraniami na poziomie mistrzostw świata. Inne gry są skażone specjalizacją i tylko absolutna elita graczy może skutecznie budzić podziw kibiców, podczas gdy na meczu B klasy, stosunkowo łatwo zobaczyć gola strzelonego z trzydziestu metrów w samo, prawda, okienko!
4. Piłka nie jest grą inflacyjną. Mecz, jego najwspanialsze fragmenty można zawrzeć w trzyminutowym skrócie i da to oglądającemu, jakiś tam obraz gry. Na tej samej zasadzie, mecze futbolowe zostają w naszej pamięci. Nie sposób wyobrazić sobie fascynującego meczu koszykówki, zakończonego wynikiem 0-0, a historia piłki kopanej jest pełna takich wydarzeń.
5. Futbol jest grą sensacyjną. Jedyną, gdzie przed pierwszym gwizdkiem każdy może liczyć na sukces. Bierze się to z ludzkiej niedoskonałości ( hi, hi ) w operowaniu kończynami dolnymi. Wystarczy pechowy dzień faworytów zderzony z meczem życia naszego bramkarza i już mamy radosną niespodziankę. Choćby, przepraszam wrażliwych, nasz mistrzowski Stelmet Zielona Góra narobił w portki, na sto meczów z mistrzem NBA przegra sto, a taki Piast Gliwice zawsze będzie miał swoje szanse, wybiegając na boisko przeciwko Realowi Madryt.
6. Na piłce nie trzeba się znać, nie tylko, by kibicować, ale nawet by zgarnąć pełną pulę dostarczonych przez graczy emocji. Odwieczne ględzenie o kobietach, nie znających zasad spalonego, psu na budę! Niby, akurat tutaj sytuacja jest zbliżona do innych sportów, bo nie wierzę, by rozśpiewane trybuny meczów siatkarskich, wypełnione były znawcami tej gry, ale nagroda za kibicowanie i to, co zostaje w pamięci... Patrz na punkt trzeci.
7. Piłka jest zbiorem wszystkich naturalnych aktywności i stosunkowo łatwo powiązać tę grę nawet ze starożytnymi Igrzyskami Olimpijskimi. Poza rzucaniem ciężkimi przedmiotami, mamy tu wszystkie obecna tam formy aktywności. Bieg, walkę, zapasy... Piłka jest zbiorem, konglomeratem absolutnej przeciętności z gwiazdorskim wyczynami obdarzonych przez Boga indywidualności. Każdy chłopiec może wyobrażać sobie, że będzie drugim Lewandowskim, a tylko nieliczni wyrośnięci chudzielcy mogą inspirować się wspaniałymi karierami Kurka czy Wlazłego.
Prawdziwy, szczery kibic piłkarski, zaciska kciuki i drze mordę, by wspomóc Naszych w każdym sporcie. Siatka, ręczna, hokej, rugby... Tam, gdzie emocje i gdzie gra Polska, tam znajdziesz fanów piłki kopanej. Odwrotnie, niekoniecznie. Od lat słyszę, że nożna to sport dla plebsu i takie tam. Na dzień przed wielkim meczem, powstrzymam się przed rozwijaniem tego tematu.
Jest i tajny punkt ósmy, składający się z jednego słowa.
8. Wygramy!
czwartek, 23 czerwca 2016
O Mistrzostwo Europy 15. Dobrzy faworyci, źli barbarzyńcy.
Piłkarze rozegrali trzydzieści sześć meczów, i tak jakoś wyszło, że w ćwierćfinale nie zobaczymy Hiszpanów albo Włochów. Na dodatek, zwycięzca ich starcia trafia na Niemców. Zwolennicy przewidywalnych tryumfów narzekają, że nie godzi się odprawiać z kwitkiem tak słynnych drużyn, nim gra o złoto wkroczy w decydującą fazę. Na szczęście obecne Mistrzostwa Europy, podobnie jak każdy wielki turniej, mają swój własny oryginalny scenariusz, własną dynamikę i tworzą własnych bohaterów. Na przykład, przy całych zachwytach nad ambicją Islandczyków, wielu traktuje ich awans do fazy pucharowej jako dysonans, zapominając, że tak naprawdę turniej rozpoczął się dwa lata temu i właściciele wielu gejzerów wyeliminowali, dwukrotnie ogrywając do jaja, trzecią drużynę świata, czyli Holandię. Czy ktoś przytomny dziwiłby się widząc Olendrów w jednej ósmej finału?
Wróćmy na moment do eliminacji i przypatrzmy się, skąd się wzięło szesnaście drużyn, z których każda ma szansę na zdobycie Mistrzostwa Europy. Okazuje się nagle, że najsilniejszą, mającą największy potencjał grupą eliminacyjną była nasza grupa, ponieważ zespoły w niej grające, w komplecie awansowały do szesnastki. Fakt, że Irlandczykom pomogli, grający rezerwami Włosi, nie umniejsza ich sukcesu. Szkoci mogą sobie teraz pluć w szkockie brody. Podobnie w samych finałach, choć dzięki systemowi rozgrywek, nie było to niczym osobliwym, z naszej grupy wywlókł się na szerokie wody komplet zespołów, i znowu awansowała Irlandia, tylko inna. To była taka dygresja, by wzmóc nieco optymizm wśród czytelników tego bloga
Najpopularniejszym argumentem tłumaczącym kłopoty faworytów jest gadka o zmęczeniu sezonem. Nie neguję liczby rozgrywanych przez najlepszych meczów, ale to żaden argument. Gra wśród świetnych zawodników, reprezentantów własnego oraz innych krajów, w lidze, gdzie tak jak w hiszpańskiej, odprawia się słabszych rywali kilkoma bramkami, a każde dotknięcie wielkiej gwiazdy jest traktowane jak napad na bank, nie jest znów taką tragedią. Spytajcie piłkarzy grających na zapleczu angielskiej ekstraklasy. Tu chodzi raczej o kłopoty z mobilizacją, gdy faworyzowany team mierzy się z przeciwnikiem, którego gracze są dla mistrzów jakimiś anonimowymi barbarzyńcami. Nie dość, że nie wiedzieć czemu chcą wygrać, to jeszcze nie przebierają w środkach.
Takich dzikusów przystąpi do dalszej gry dokładnie połowa, o ile zaliczymy do nich reprezentację Polski. O dziwo, uważam, że byłoby to nieco naciągane. Naszpikowana piłkarzami grającymi w najlepszych ligach Chorwacja jest liderem, ale właśnie liderem barbarzyńców, podczas gdy nasz zespół niepostrzeżenie, krok po kroku, troszkę trzymając za rękaw Niemiaszków, przesunął się do strefy akceptowalnych, powiedzmy, ćwierć faworytów. Ale dwie Irlandie, Walia, Węgrzy, Słowacy i dzielni Islandczycy, postrzegani są jako zakały turnieju, których zrządzenie losu wyforowało na tak znaczące miejsce w tegorocznej imprezie.
Oczywiście wszyscy deklarują szacunek dla takich rywali, wychwalają ich zaangażowanie i umiejętność gry zespołowej, ale jak tak potencjalni mistrzowie siedzą w szatni, stukając niecierpliwie korkami w lśniącą posadzkę, tak naprawdę, zbliżający się mecz odhaczyli w swoich łepetynach jako wygrany. Kto tak kombinuje, zdziwi się niewąsko. A potem wypluskany przy brzegu egzotycznej wyspy, będzie w śliczniutkim barze, sącząc wyszukane koktajle oglądał mecze półfinałowe.
W sobotę rozpoczyna się najstraszniejsza dla kibiców tura. Kto przegra, wraca z niczym. Mgła niepamięci pokryje najcudowniejsze gole, wspaniałe robinsonady i zawziętą walkę o każdy metr murawy. Tylko Irlandczycy, Słowacy, Islandczycy i Węgrzy, o ile polegną po zaciętej walce, nie osiągając ćwierćfinału, będą mogli uznać turniej za udany. Dla wszystkich pozostałych drużyn, porażka będzie li tylko zawiedzeniem rozbudzonych nadziei. Zapowiada się kapitalna gra. Będą dogrywki, serie karnych, sensacje i gole w ostatnich minutach. Wszystko, co prawdziwi kibice lubią najbardziej.
A my? My trafiamy na idealnie średniego rywala. Nie na zawiedzionych dotychczasową grą faworytów, ani na niesionych niespodziewanym sukcesem barbarzyńców. Szwajcaria w tym turnieju jest niczym ciepłe piwo. Wypić można, ale żeby się takim napitkiem pasjonować, to już przesada. Takie podejście, wiem, jest trochę niebezpieczne, ale z naciskiem na „trochę”. Mam nadzieję, że naszym piłkarzom nie zależy na wcześniejszych urlopach i nie uznali wyjścia z grupy za sukces, skoro gramy o Mistrzostwo Europy, dokładnie tak, jak nazwałem ten skromny cykl.
Powtarzam: O Mistrzostwo!
środa, 22 czerwca 2016
O Mistrzostwo Europy 14. Szwajcarowi grosz za fatygę
Wczorajszy mecz z Ukrainą jest w tej chwili równie istotny, jak eliminacyjne mecze ze Szkotami. Przyniósł nam korzyść. Gramy ze Szwajcarią, a wnioski, co do postawy i przydatności poszczególnych piłkarzy, niech wyciąga Nawałka. Na razie Polska drużyna, od początku sprawia wrażenie świadomej celu, w jakim pojawiła się we Francji, a jedynym sensownym jest zdobycie mistrzostwa. Nie piszę tutaj, czy i jakie mamy szanse, tylko o wyznaczonym celu. Na zimno, z nieskrywaną premedytacją, Nawałka minimalizuje straty. Osiągamy kolejne cele, cały czas sprawiając wrażenie, że już za chwilę, w kolejnym meczy pokażemy prawdziwe, jeszcze groźniejsze oblicze. Nawet jeśli to złudzenie, to bardzo przekonujący miraż. Dwieście siedemdziesiąt minut bez straconej bramki. – Nie w kij dmuchał!
Zdobyliśmy siedem punktów, siedmiokrotnie strzelając celnie na bramkę rywali. Z jednej strony, te siedem strzałów to straszna nędza. Z drugiej, każe myśleć o ukrytym potencjale drużyny. Nasz najbliższy rywal oddał dwa razy więcej celnych strzałów, choć podobnie jak my, w jednym meczu nie trafił w bramkę ani razu, i podobnie jak my strzelił w trzech meczach dwa gole.
Tak naprawdę statystyki już rozegranych meczów Polski i Szwajcarii w jednym punkcie różnią się zasadniczo, a jest to punkt, który chyba najlepiej obrazuje sposób gry obydwu drużyn. Nasz zespół sześciokrotnie został przyłapany przez sędziego na spalonym, czyli dokładnie tyle samo razy, co jego rywale. Bilans Szwajcarii jest zasadniczo różny. Skrajny, można rzec i wynosi trzy do piętnastu. W meczach z Helwetami, rywale tylko trzykrotnie „spalili” a nasi rywale aż piętnastokrotnie! To wiele mówi o ich sposobie gry, a także o metodach jakich musimy użyć, by dobrać im się do skóry. Będzie trzeba cholernie uważać na kontry, podczas gdy oni nie stworzą nam zbyt wielu takich możliwości. Nie ma innego wyjścia niż nacisk, niż gniecenie, zamykanie, ostrzeliwanie pozycji przeciwnika, co w kontekście statystyki oddanych dotychczas strzałów, nie musi budzić koniecznie przesadnego optymizmu. Na dodatek wchodzimy w fazę pucharową i patrząc na zawziętość dotychczas rozegranych meczów , gra na dogrywkę i karne, staje się wielce prawdopodobną taktyką wielu drużyn. Szczególnie w jednej ósmej, bo ćwierćfinał dla zespołów nie postrzeganych jako faworyci, to już jest jakiś wymierny sukces.
Z tym ćwierćfinałem to już jest zabawnie. Eksperci zastanawiali się, czy lepiej zagrać z Hiszpanią, czy z Włochami, w związku z czym, możemy trafić na Chorwację, albo jej najbliższego rywala z trzeciego miejsca, bo ci dzielni południowcy lubią być chimeryczni do rozpaczy, więc w sumie nic nie wiadomo. Na razie naszym zmartwieniem są tylko i wyłącznie Szwajcarzy. Uważam, wbrew opinii rozpowszechnianej przez niektórych dziennikarzy, że na naszą korzyść działa fakt dłuższego o czterdzieści osiem godzin wypoczynku Helwetów po meczach grupowych. To żaden handicap w tej fazie turnieju. Może w półfinale jedna doba to skarb, ale teraz to tylko wytrącenie z rytmu meczowego, tym bardziej, że po naszych chłopakach nie widać, by jakoś szczególnie nadwyrężali swe siły. Dwa dodatkowe dni myślenia o meczu, podtrzymywania bojowego nastroju, uważania na treningach, żeby nie wydarzyło się nieszczęście... Trzeba wyjść i skopać im tyłki! Mamy się bać Szwajcarów? Niech nas się boją!
Bardziej boję się komentatorów, którzy chcąc ubarwić swój słowotok, będą ględzić o spadkobiercach Wilhelma Tella, frankowi czach, gwardii papieskiej i szwajcarskim serze. To ja tu dodam złośliwie, że Szwajcar to gość, który drzwi z namaszczeniem otwiera. Mam nadzieję, że także do ćwierćfinału.
Nie jestem przesądny, nie wiem, co to zabobon, i przepraszam, że gdzieś mi umknął trzynasty numer notki o mistrzostwach. Umknął to umknął, nie będę ganiał za jakimś głupim numerem, bo i wiek nie po temu i siły na kibicowanie muszę oszczędzać.
Panowie piłkarze, z Bogiem, do pracy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








