niedziela, 12 kwietnia 2009

Iwona - Życzenia na Zmartwychwstanie Pańskie

Dziś sobota, więc czas bym złożyła życzenia wszystkim odwiedzającym.

Ze szczerego serca życzę, by święta

Wielkiej Nocy były dla państwa czasem refleksji i szczęścia w gronie rodziny i innych bliskich osób.

By Zmartwychwstanie Pańskie było nie tylko okazją do spotkań rodzinnych, ale by w tej wspólnocie się umocnić, by rodzina nie była tylko rodziną na święta, lecz w codziennym zmaganiu z przeciwnościami.

Pomyśleć co jest naprawdę ważne dla naszej Ojczyzny, o tym, że zbliżają się wybory do europarlamentu i tylko od nas zależy, czy nasz głos będzie słyszalnym…i czy nasze bunty, bojkoty zagrzmią, czy tylko będą piskiem myszy…
.

Jeszcze raz życzę miłości i radości, odpoczynku i refleksji i by te święta były odrodzeniem dla rodziny, która w Polsce też przeżywa kryzys.

Serdecznie pozdrawiam.

Jacek - Dżony Mamarony i Armia Wałęsy

Mój kumpel – Dżony Mamarony, w związku z tym, że wielokrotnie starał się o wizę do USA, bardzo się zamerykanizował. Strach pomyśleć, co się z nim stanie, kiedy wreszcie go do tej jego Ameryki wpuszczą. Taki się zrobił nieprzejednany, że na wszystko ma gotową odpowiedź. Problemy dla niego nie istnieją.
Spotkałem go dzisiaj.

- Cześć

- Cześć, co u ciebie Dżony?

- Fajn, ogólnie fajn, tyle tylko że rękę złamałem.

- Rękę złamałeś? – dziwię się widząc, że wymachuje kończynami bardzo dziarsko.

- Przecież nie sobie, tylko takiemu jednemu Józikowi, poszło – rozumiesz – o tego Obamę. Mniejsza z tym. Powiedz Jacek, co te kurwy wyprawiają?

No i gadamy. O tym, o czym należy. O Tusku, Wałęsie, Ipeenie, Zyzaku oraz o wolności słowa. Mamarony jako człowiek oczytany zaraz mi po angielsku tamtejszą konstytucję cytuje. Tak gadamy, aż sobie przysiedliśmy na ławce. Nie, żeby jakaś tam awantura, ale fakt, że ludzie na drugą stronę ulicy przechodzą. Pewnie na wszelki wypadek.
W końcu Dżony sprzedał mi taki greps, że padłem.

- Wałęsa – mówi – powinien wreszcie okazać swą prawdziwą siłę!

- Co okazać? – zdziwiłem się, może nieco zbyt teatralnie, tak że Dżony się obraził i nawet próbował mnie kopnąć, a żeby się czegoś więcej dowiedzieć, musiałem go długo namawiać.

- Słuchaj Jacek! Zgodzisz się chyba z tym, że jak się walczy to trzeba użyć wszystkich dostępnych sił, co?

- No tak.

- Ty trochę kumasz z historii. Pamiętasz, że był kiedyś taki Jan Sobieski, który zanim został królem pełnił różne funkcje wojskowe, aż się dochrapał stanowiska hetmana?

- Jakże bym miał nie pamiętać?

- No, bo to się tyczy Wałęsy – akurat!

- Akurat Wałęsy? Bój się Boga, co ma Sobieski…

- Niby nic, ale słuchaj! Ten cały Sobieski brał kasę od Francuzów, także przy okazji elekcji – no i sprawa się rypła. Szlachty całe masy i zaraz się zaczęło, że zdrada jawna, że korupcja i w ogóle, dawajcie go tutaj to my mu zrobim dekapitacjonibus.

- I co to ma…

- Słuchaj, nie przerywaj! Marnie by było z Sobieskim, i Wiedeń by ci się teraz tylko z Kurnikiem albo Ałganowem kojarzył, ale…

- Ale?

- Ale była armia, a armia za Sobieskim stała murem, bo wielki to był wódz, a taki żołnierz jeden z drugim zawsze woli gonić niż być gonionym. Sute łupy brać i w zwycięskiej chwale brodzić! No i żołnierze go kochali, a siła to była znaczna i gdyby krzywda się wodzowi stała, mogłaby Warszawa krwią przecie spłynąć – a może nie tylko stolica.

- Ale co to ma do Wałęsy?

- Jak to? Przecież Wałęsa też ma armię, na czele której stał, dowodząc którą zwyciężał, a nawet zmienił losy całego Świata, czego nawet o Sobieskim nie można powiedzieć!

- No, przecież bronią go jak najęci! Wszystkie autorytety! Sam Premier a nawet jego były rywal…

- Weź przestań! To liżygarnki, papierowe towarzystwo, które wiatr może…

- Co ty Dżony? Już nic nie rozumiem – To jaką Wałęsa ma armię i kto ma go skutecznie bronić?

Mamarony wstał i dla dodania swoim słowom znaczenia, aż wzniósł ręce ku niebu, tak że wyglądał jak Skarga na obrazie Matejki.

- Jak to kto ma bronić?

- No kto?

- ROBOTNICY!
…….

Kiedy wróciłem do domu, Iwona oglądając moją kurtkę obiecała, że mnie zabije, ale gdy wyjaśniłem jej dlaczego z Dżonym kulaliśmy się ze śmiechu po miejskim trawniku, przecie złość jej przeszła.
Kurtka w pralce a ja sobie piszę.
Dopóki wolno pisać, co się chce.

Żąd żądzi na cztery fajerki

Twarz premiera jak ćwiartka niedojrzałej pomarańczy.
Mówiąc rządzi, a rządząc miota pioruny.
Oczy jak planety Mars.
Załączam pozdrowienia dla dzielnej załogi medialnego balonu – podpisano – Tusk Donald. W nawiasie Premier Rządu Krajowego brutto.
Podpis z zawijasem. Należność uregulowana. Żołądek zbadany przy pomocy zagranicznej sondy. Długi Gierka spłacone.

Czas wziąć się za ciąg dalszy.
W biegu się formuje Nowy Wspaniały Świat!
Już nie wystarczy prawdy dla wszystkich. Będą kartki. Żółte i czerwone.
Za żółtą dostaniesz kalendarz ścienny albo raz w mordę. Do wyboru, jak to w demokracji.
Za czerwoną nic nie dostaniesz. Gdzie napisano, że musisz coś dostać? Tyle twojej radości, że będziesz miał czerwoną kartkę. Możesz sobie powiesić nad łóżkiem, jako przestrogę.
O ile masz łóżko, ścianę i gwóźdź.
W gazecie ogłoszenie –

„Żąd rozdaje wędki do łowienia naiwnych!”

Puryści wrzeszczą, że trzeba pisać Rząd, nie Żąd.

Konferencja prasowa. Chlebowski tłumaczy:

- Zainicjowaliśmy w odpowiedzi na zapotrzebowanie społeczne błąd ortograficzny, ponieważ wielu obywateli pisało zamiast „żłób” – „rzłób” Od dzisiaj wszystko piszemy przez „ż” a jeszcze więcej przez „h”

Dziennikarze się cieszą. Strażnicy miejscy, zamalowują w napisanych na murah wyrazach, „chuj” literkę „c”
I znowu zapotrzebowanie społeczne zaspokojone!

Minister Kudrycka czerwonym pisakiem zaznacza w książce Zyzaka ortografy.
Ale nawalił byków! Dopadliśmy drania!
Rzecznik Praw Obywatelskich protestuje, że niby „ortografia nie działa wstecz”

A działa, działa jak najbardziej – cieszy się minister od zdrowia.
Nagle gdzieś się podziali chorzy a zostali hoży. Hoży biorą się do pracy w podzięce, tryskając energią z zaczerwienionych hożością policzków.
Czyż nie jest nasz żąd genialny w załatwianiu problemów?

Teraz tważ premiera jak dojżała pomarańcza.
Już nie oczy jak Marsy a oczęta jak Merkurki.

- Od dzisiaj wszyscy oddychamy lżej.
I wszyscy oddyhają.

- I nieh nikt mi tu nie żażuca, że to zamah na wolność słowa!
Nikt nie zarzuca. Brawa!

- W nagrodę, aby zgromadzony tu naród odniósł jakąś kożyść naukową, poseł Palikot odwróci kota ogonem.
Poseł Palikot whodzi na skżynkę po pomarańczach, kłania się i faktycznie odwraca kota ogonem.

Ogólny zachwyt i brawa!

Jacek - Sobota. Nie ma lekko

Usiadł na pniu porośniętym mchem i podziwiał jezioro. Podniósł wygrzebaną ze ściółki szyszkę i rzucił, ale pocisk nie doleciał do wody i ugrzązł w przybrzeżnym mule z cichym plaśnięciem. Pogrzebał raz jeszcze i natrafił na płaski kamień. Zważył go w dłoni. Cisnął. Cisnął i tym razem udało mu się dorzucić do wody. Ledwie zauważalne koncentryczne kręgi. Przepadł kamień. Przepadł w zimnej toni.

- To tu będę nie żył. Mieszkał na tym pochyłym zboczu w białym, spalonym przez słońce domku. Miejsce do spania, kuchnia i pokój, gdzie wyrósł nagły stół do pisania. Będę tu nie żył przez jakiś czas. Uprawiał warzywa, sadził, szczepił a nawet…
Zmusił się, by przez chwilę patrzeć wprost w Słońce, a potem, gdy zamknął oczy, zabawiał się barwnymi obrazami, wyświetlanymi przez darmowe kino pod powiekami. Im mocniej zaciskał powieki, tym widział więcej błysków. Piramida ognia!
Twarze tych, którzy tam zostali. Chimeryczne – chybotliwe budowle, które gwałtownie rosły i rozpadały się. Pachniało sosnami.
Więc to tak wygląda? Tego się bałem?

- Będę tu nie żył. Rano będę szedł razem z innymi do kościoła. Będę się modlił, choć wyżej, sto metrów bez mała – pradawny las. Na drzwiach domu zawsze będę pisał kredą moje skromne wyznanie wiary, ponieważ nawet tutaj krąży smok. Oj, widzę go – słyszę – jak obiega mój pośmiertny dom. Wyje. Straszy. Próbuje wygryźć okna. Wyłamać oczy.

- Jeszcze słyszę jak się naradzają. Tak, tak – albo jeszcze trochę – nie ma sensu tego ciągnąć. Ktoś płaczęł. Jeszcze rower.

Wstał i z przyzwyczajenia ocenił wysokość piaszczystej skarpy, a potem, ostrożnie zaczął schodzić. Początkowo chwytając się korzeni, kęp trawy – a potem już odważnie, jakby zrozumiawszy, że nic nie może mu grozić – poturlał się w dół.
Głosy ucichły. Pozbierał się. Otrzepał ubranie z piasku i zdjął buty. Boso, podwinąwszy nogawki stanął na wodzie. Drobne fale obmywały mu stopy.

- Zawsze, gdy tylko wbije szpadel w ziemię to spadnę. Niżej jest jezioro.
Trzeba iść dalej. Do sklepu, który świeci na drugim brzegu neonem.

Siedzi na pniu. Brzozy, sosny i dęby. Po tafli jeziora płyną ku nam papierowe okręciki. Chłopcy na drugim brzegu bawią się w kapitanów.

- Przymykam oczy i razem z wiatrem zapadam w drzemkę poobiednią. Śni mi się lew szczający na tarczę. Podnosi łapę jak pies. Podchodzę do niego i za łeb chwytając lwi, pytam:

- Kim jesteś lwie, by szczać na moje godło? Na moją tarczę herbową?

- Lwem jestem – odpowiada Lew .

- Szyszki. Szyszki tylko mamy. Tyle po nas zostanie. Szyszki. Po duchach. Po nas. Idę, mijam, dotykam. Na wilgotnym piasku … Dobra! Nie ma tak dobrze
Wiem, że muszę wrócić, to idę

Jacek - Piątek. Dwa razy

- Co jest? Nie popychaj mnie! Swoją kobitę popychaj! Gdzie się z łapami pchasz do mordy? Dobra, jeszcze raz opowiem, ale naprawdę już nie mogę – mdli mnie od tego gadania. No jak było? Normalnie było! Szedłem z tyłu. Łeb mnie tak napierdalał, bo się schlałem jak wieprz. Pasuje? Nalej! Nawet go dobrze nie widziałem, ale musieli go nieźle sprać, bo co chwila się wywalał i trzeba go było batem stawiać na nogi.

-...

-Tłum jak to tłum, raczej wyli i chcieli mu dołożyć, ale ja przepisy znam. Tak. Prawda, że jednemu przypierdoliłem tarczą. Dobra, może i niepotrzebnie, ale pluł na mnie i wygrażał. Wiem, że trzeba tylko odpychać, ale ten łeb mnie czaił, no i co będzie pluł, jeszcze tak obmierzłym pyskiem? Przywaliłem mu z kanciaka. Dalej to już poszło gładko, to znaczy najpierw gładko, ale dobra. Nalej Greku!

-…

-Trochę patrzyłem, ale wiatr piasek mi w oczy, bo stałem akurat pod wiatr. No i to Słońce. Słońce dawało w palnik! Zdjąłem hełm i usiadłem w cieniu przy takiej skałce, ale mnie dowódca wypatrzył, a ja akurat, taki mój pech, się zdrzemnąłem. Jak mi nie zasadzi kopa! I dalej pod te krzyże, że niby za karę mam dobijać. Dał mi włócznię, ale że stałem pod słońce to gówno widziałem

- I wtedy…

- Co wtedy?

- No słońce zaszło i zobaczyłem jego twarz, bo ci obok, to już byli dead. Ale on się trzymał i kurcze, patrzył na mnie z góry, i coś tam szeptał. Nie wiem, co szeptał, bo po ichniemu nie rozumiem. Znaczy takie proste rzeczy, że pić, że jeść, że…

- Milcz!

- Milczę!

- Nie! Mów, tylko pohamuj się trochę – Opowiadaj żołnierzu!

- Jak tak na mnie spojrzał to mnie złość wzięła, bo tak jakoś patrzył, no tak jakoś inaczej niż wszyscy. Złość mnie porwała na to jego patrzenie i jak mi dali włócznię to zaraz go, ale musiałem poprawić, bo tylko mu trochę bok sprułem. Jak poprawiłem to się wygiął – coś krzyknął i zaczął się miotać. Wtedy lunął deszcz i krwią się schlapałem. Błoto, krew. Nie mogłem się pod tym krzyżem ogarnąć. Wtedy umarł.

- …

- Nic się takiego nie stało. Umarł – wiadomo, że miał umrzeć, to umarł. Odszedłem na bok, żeby się oczyścić. Zagarnąłem piasku w garści, a ten pieprzony – O ten – Ten co tam drzemie – Trak – lał wodę z dzbana. Szorowałem łapska z krwi, a już dobrze lało i ze wzgórza wszyscy zwiewali do miasta, bo pioruny zaczęły walić jak wszyscy diabli!
No to i ja pobiegłem, ale facet z pewnością już nie żył. Chociaż był z niego kawał chłopa – ale ja nie takich wielkoludów zabijałem to wiem.

- I twierdzisz, że z pewnością skonał, ale jednocześnie utrzymujesz, ze z nim rozmawiałeś później!

- Tak Panie, rozmawiałem i na pewno to był on, ale nie rozmawiałem, bo mnie coś tak ścisnęło. Było tak, że wracałem z burdelu i tak mi wszystko przed oczami migotało. Te cypryjskie – kurwa – wynalazki dodają do wina. A jak tu w burdelu nie pić? Ze sobą przynosić flaszkę? Przegonią w diabły, bo mają tam jakąś koncesję czy coś takiego. Kiedyś spróbowałem to mi taka jedna powiedziała, że może innym razem sobie do burdelu dziwkę sprowadzę? No –kurwa –powalający argument!

- Do rzeczy! Do rzeczy!

- Jasne! Za twoje piję! Już mówię – Nalej!

- Do rzeczy!

- Tak. Zobaczyłem go jak szedł z dwiema kobietami i się śmiali głośno. Najpierw go nie poznałem, ale jak byli blisko, to już byłem pewny i włosy stanęły mi dęba na głowie. Żadna tam bitwa, nie ten strach!
To było gorsze, czułem się... ...że się rozpadam, o mało nie zlałem się w gacie.
Cały się trząsłem. Jak ja musiałem wyglądać, jak tak stałem na baczność jak przed jakimś oficerem, trzęsąc się i płacząc.
On podszedł do mnie, objął mnie, zdjął mi hełm i tak mnie gładził po głowie. I powiedział…

- ?

- Powiedział jakoś tak, jakby zanucił coś, ale nie zrozumiałem a potem już tylko powtarzał:
Bracie. Człowieku, Bracie mój… człowieku!
I tam zostałem, na tej zakurzonej drodze, spocony, na kolanach. Płakałem jak dziecko. Jak jakieś dziecko!

- Teraz stawiacie mi wino żebym opowiadał, to opowiadam. Tak było! Dwa razy. Dźgnąłem go włócznią dwa razy! Co teraz czuję? Nie wiem. Chyba nic nie czuję. Nalej Greku!

Jacek - Czwartek. Panie, gdzie jesteś?

Wszystko, co ważne zostało powiedziane przed chwilą. Siedzimy za stołem i jemy. Jezus kroi pomidory ostrym kozikiem.

- O, jakie smaczne pomidory. Zupełnie jak z ogrodka! I sery. Musi być duży wybór serów, bo samym zielskiem nikt się nie naje.
Dziewczyny zaraz przyniosą pizze. Pijemy wino Kleimy gadułę. Czekamy na to, co musi nastąpić. Znowu dzwoni komórka Judasza.

- Że co? Tak mamo! Jest mamo! Wrócę po 22! Nie Martw się mamo! Tak, pójdziemy do parku! Tak, włożę czapkę. Dobrze mamo!
Jezus wznosi oczy ku sufitowi. Żałosne są wybiegi, szyfry Judasza. Wszyscy wiedzą, że robi za psa.

- Panie, jeszcze tylko wyślę SMS-a, przepraszam – i wysyła pomagając sobie językiem. Paluchy jak serdelki a klawiatura taka maleńka. Ot, jeszcze jeden uparty chłopiec na służbie.

Piotr za dużo wypił. Stanął przy oknie i wypatruje.
Widzę jak chwycił dechę parapetu. Aż mu palce zbielały.

- Tam ktoś jest – ktoś krąży wokół domu! Już trzeci raz go widziałem, biega wokół domu.

- Piotrze, czego się boisz, wszak jesteś wśród przyjaciół?

- Ale on krąży, krąży i krąży. Krąży i krąży i zagląda do okien.
Piotr wraca do stołu i pierwszy wyciąga rękę po kawałek pizzy. Tomasz dyskretnie przestawia butelkę. Piotr zauważa i tylko syczy bezsilnie, bo Jezus grozi mu palcem.

Zaniepokojony gadaniem Piotra wychodzę na dwór. Zapalam papierosa i rozglądam się starannie. Cisza. Księżyc na niebie jak smutna panna młoda w pożółkłym welonie. Idzie zmiana pogody. Nasłuchując okrążam dom, szukając śladów intruza.
Nic nie ma. Cisza.

Gdzieś w oliwnym gaju drą się koty, ale jakby zawstydzone nagle milkną.
W ciemności nowy dźwięk. Przytłumiony, skórzany, czarny – nierozpoznawalny. I znowu ciężka, nienaturalna cisza.
Żadnych psów, samochodów, telewizorów. Nawet wiatr ucichł.
Gaszę papierosa a peta wyrzucam w ciemność trawnika.

W przedpokoju spotykam żonę. Głaszcze mnie po policzku i całuje w usta.

- Wszystko będzie dobrze – mówi, a dla dodania swoim słowom powagi wymierza mi pieszczotliwy cios maleńką piąstką w bok.

Jeszcze jesteśmy, jeszcze siedzimy, jeszcze uśmiechamy się do siebie, gdy gaśnie światło i przez okna, przez wyrzucone żelazną pięścią drzwi wpadają ciemni. Smugi celowników, brutalność. Wyuczona brutalność i wrzask. Leżę z twarzą w dywanie.

- Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus?Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus? Który to Jezus?

Nie szło nic zrobić.
Ledwie zdążyłem ze trzy razy odetchnąć, już ich nie było.
Zabrali.

Wiatr hulał po pokoju, gdy zostaliśmy sami. Okna wybite. Drzwi. Same szkody.
Znowu odezwała się komórka Judasza. Uciekając porzucił ją na kanapie. Wiadomości. Skrzynka odbiorcza. Wybierz. Siedzimy teraz i spoglądamy na siebie nawzajem zdumieni.
Co robić? Gdzie biec? Dzwonić?
Na stole jedzenie. Wino.
Siedzimy w milczeniu, bo o czym tu gadać? A świat ożył. Znów drą się kwietniowe koty. Szczekają psy, gonią się samochody i ludzie. Ryczą telewizory.

- Panie! Gdzie jesteś?

Iwona - Wielki Piątek

- Jeszcze ciasto, tak…sernik i babka, muszę zaraz zabrać się za pieczenie - była bardzo zmęczona, oparła głowę na ręce i przymknęła na chwilę oczy.
Sceny jak w kalejdoskopie zaczęły jej się przesuwać…zasypiała na siedząco.

Usłyszała szloch…otworzyła oczy – Gdzie jestem – zdziwiła się, siedziała w jakiejś chacie, opodal na ławie płakały dwie kobiety otulone chustami.

Podniosła się i podeszła do kobiet, nie zareagowały…- Co się stało? – zapytała, ale jej słowa nie dochodziły do uszu kobiet.

Więc jestem we śnie, tylko gdzie?

Nagle zobaczyła wchodzącą postać był to młody mężczyzna, który bez słowa podał ramię jednej z kobiet i wyszli z chałupy.
Poszła za nimi, z ciekawości, ale podejrzewała, że wie kim są osoby z jej snu.

Wyszli na ulicę, gwarną i gorącą…szła jakieś trzy kroki za nimi, aż doszli do miejsca, gdzie tłum był przerażający, pot i zapach bydła, mieszał się z zapachem bólu i kaźni…

Zgrzyt metalu, ogólny hałas i ryczenie osłów…a nad tym wyrywał się okrzyk rozkazu…jęków, cierpienia i krwi, tak najsilniejszym zapachem był zapach krwi.

Tłum jakby zelżał…zobaczyła GO, szedł zbroczony krwią…całą twarz miał skrwawioną, na plecach dźwigał ogromną belkę, obok niego szło jeszcze dwóch, oba też mieli belki, ale nie byli poranieni.

Za sobą usłyszała szept…” mój Mistrzu, czemuś nie okazał mocy, którą ofiarowywałeś najmniejszemu z najmniejszych?” i zniknął jej w tłumie.

Widać było, że ON został skatowany, ale jakby nie odczuwał bólu, szedł spokojnie, choć potykał się z osłabienia…upadł, ale za chwilę się podniósł, by dalej dźwigać swój krzyż.

Przymykał co chwila oczy, by strząsnąć krew, która mu je zalewała…szedł jak ślepiec, popychany włóczniami żołnierzy rzymskich.

Nie wytrzymała, podeszła i wyjęła z kieszeni chustkę, otarła MU czoło i twarz…i zdziwiła, że mogła to zrobić i jak to możliwe…spojrzała na skrwawioną chustkę, a ON przemówił do niej…- wiem, że jesteś zmęczona, ale to na moją mękę i chwałę…

Ręka opadła jej się ze stołu, obudziła się…

Pozdrawiam serdecznie.:D